E-book
16.38
drukowana A5
75.89
Bibliotekarka

Bezpłatny fragment - Bibliotekarka


5
Objętość:
603 str.
ISBN:
978-83-8245-129-0
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 75.89

Zamiast wstępu

Mówią, że oprócz naszego prawdziwego świata istnieje również inny — kolebkowy świat, za którym rozpościerają się jeszcze kolejne i następne światy. Niewiele o nich wiadomo. Dlatego, pozwólcie moi Drodzy, że nie będę się nimi zajmować. Opowiem Wam za to o kolebkowym świecie. Otóż wedle tego, co niektórzy o nim mawiają, zanim w świecie rzeczywistym cokolwiek się wydarzy, ma ono swą zapowiedź w świecie kolebkowym — zgodnie z wolą Wszechwładcy. To właśnie tam zapoznają się ze sobą człowiecze dusze, aby uzgodnić warunki, w jakich spotkają się w ludzkich powłokach na Ziemi.

A zatem…


Zatem na jednym z białych obłoków, którymi wypełniony jest kolebkowy świat, siedziała Dusza Żeńska i kołysała nogą. Siedziała i czekała, aż dołączy do niej z woli Wszechwładcy Dusza Męska. Siedziała i marzyła o tym, jak spotkają się tam, na Ziemi, w prawdziwym świecie, i obmyślała na tę sytuację różne okoliczności spotkania.

— Cześć! — Gdy wreszcie Dusza Żeńska usłyszała, natychmiast się odwróciła.

Z pobliskiego obłoku, o sympatycznie lśniącym liliowym kolorze, zerkała na nią Męska Dusza. Aureola Męskiej Duszy była gładka, bez skazy i bardzo spodobała się Duszy kobiecej.

— No, cześć! — Odpowiedziała i zaprosiła ją do siebie, na swoją chmurkę, od tej chwili lekko kołyszącą się w miękkiej liliowej aureoli.

Męska Dusza opadła na obłoczek, przycupnęła obok i zajaśniała srebrzystym blaskiem.

— Lubię cię. — Rzekła i jej blask się nasilił.

— Też cię lubię. — Odpowiedziała mu Dusza Żeńska i wokół jej aureoli przebiegła fala tęczy.

— O czym myślisz?

— O tym, jak spotkamy się na Ziemi. Czy wyobrażasz już sobie, jak to się tam stanie?

— Nie, nie wyobrażam. Bo i po co? Wszystko odbędzie się zgodnie z wolą Wszechwładcy. Po co o tym rozmyślać? — Odpowiedziała Męska Dusza i chuchnęła w nią zimnym podmuchem.

Mimo to Dusza Żeńska zbliżyła się do Duszy Męskiej i poczuła jej ciepło.

— Jesteś gorąca, Duszo, ale mówisz tak chłodno…

— Przyzwyczaj się do tego, bo tak samo będzie ze mną na Ziemi.

— No to obdarzył mnie Wszechwładca szczęściem! A niech mnie… Moja przyszła połówka jest gorąca na ciele, ale zimna w rozmowie, a na dodatek nie jest ciekawa przyszłości… Ależ będę się musiała z tobą nacierpieć na tej Ziemi. — Odpowiedziała Żeńska Dusza i jej aureola nieco zmatowiała.

Męska Dusza zmierzyła Duszę Żeńską badawczym spojrzeniem i tym razem chuchnęła w jej kierunku ciepłym powiewem.

— Hej! Nie złość się. Jestem mimo wszystko dobrą Duszą, choć owszem: trochę „z grubsza ciosaną” — jak powiedział o mnie Wszechwładca, ale jestem cierpliwa i wytrwała. Więc może będzie nam ze sobą dobrze, bo już cię polubiłem.

Żeńska Dusza ponownie zajaśniała tęczowym światłem i odpowiedziała:

— No to nie będę na ciebie zła, a jeśli już… to tylko troszeczkę, i na niedługo. A w ogóle, to wiedz, że jestem przebiegła i zaradna, czasami lubię też pofantazjować. Poza tym bywam okropnym pracusiem i uwielbiam czytać książki.

— To miłe cechy, szczególne w życiu rodzinnym. Tylko że ja chyba nie będę chciał się zbyt szybko ożenić. Kocham wolność, wiatr we włosach, więc…

— Więc najwyraźniej Wszechwładca miał rację, mówiąc o twym „z grubsza obciosaniu” — Żeńska Dusza zakończyła za nią — Tylko dlaczego akurat mnie obdarowuje taką połową? Co zrobiłam źle?

Męska Dusza rozjaśniła się, nie rozumiejąc ciemnoniebieskiego koloru swej towarzyszki, i zapytała:

— A ty, co? Oczekujesz ode mnie tylko i wyłącznie bieli? Czystej aury, bez skazy? No to idź do Wszechwładcy i proś, by nie wysyłał cię na Ziemię. Bo tacy niewinni to pomieszkują tylko tutaj. Jednak, gdy pójdziesz, on wyśle cię na Ziemię… jeszcze szybciej, żebyś za dużo sobie nie nawyobrażała i nie oczekiwała na wyrost. A mówisz, iż jesteś przebiegła! Czuję, że i ja, choliwcia, nacierpię się z tobą na tej Ziemi.

Dusza Żeńska zbladła i trochę się skurczyła.

— No, dobra. Nie szkalujmy się nawzajem. — Powiedziała i ponownie rozkwitła. — Lepiej obmyślmy, jak spotkamy się tam, na Ziemi. Masz jakieś sugestie?

— Ja? Nie, nie mam. Po co mi one? Gdy już cię trochę poznałem, boję się cokolwiek zasugerować. — Męska Dusza dokładnie zbadała ją wzrokiem i dodała — Powiem ci za to coś innego: jesteś bardzo duża, więc raczej nie sposób, bym cię nie zauważył. Prawdopodobnie będziesz chciała być wysoka, bo taka dusza potrzebuje czegoś, żeby się zmieścić. Tylko, proszę, nie wyrastaj nazbyt ponad przeciętność, bo takich się boję. I nie bądź zbyt mała, bo, jak mawiają, takie czasem kompensują niewielki wzrost zarozumiałością.

— Zobacz, jak bardzo jesteśmy pryncypialni. Już teraz sądząc po twojej krągłości, na Ziemi będziesz gruby, niezgrabny i zawsze niezadowolony. No, ale cóż… Jestem skazana na zakochanie się w tobie. O, Wszechwładco, pomóż mi!

Dusza Żeńska poderwała się z obłoku, zawirowała trochę w przestworzach i ponownie opadła na swe wymoszczone gniazdko.

— Nalatałaś się?! Lataj, lataj, zanim zadzwoni dzwonek, i nie myśl więcej o tym, w jakich okolicznościach się spotkamy. Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie? Dla mnie, drepcząc po omacku, możemy się nawet walnąć łbem o łeb. Wszystko jedno!

— Co?! Wszystko ci jedno? I naprawdę wolisz, abym cię spotkała, gdy oberwiesz solidnego kuksańca w głowę? Czy ty rozumiesz, czego chcesz?! — Żeńska Dusza ponownie uniosła się nad obłok i zaświeciła jeszcze mocniej.

— Jasne, że rozumiem! — Męska Dusza również uleciała i zawirowała wokół Żeńskiej. — Tak! Chcę cię poznać w momencie, gdy i ty dostaniesz kuksańca w to swe inteligentne czółko. Proszę Cię, Wszechwładco, niech tak się stanie!

Dusza Żeńska nie zdołała już nic odpowiedzieć, bo zadzwonił dzwonek i… jakby po machnięciu czarodziejskiej różdżki zmieniła się w złociste zanikające iskierki.

— Odleciała bez pożegnania! Prawdziwa kobieta! Okej… Wkrótce spotkam się z nią na Ziemi.

Po jakimś czasie zadzwonił dzwonek i dla niej: Męskiej Duszy.

Nudziła się i niecierpliwiła Męska Dusza, wyczekując na ten dzwonek. Słysząc go, bezzwłocznie rozsypała się na iskierki i uleciała… Za Żeńską Duszą. Na Ziemię.

— 1 —

Jest coraz bardziej przerażona. Już od blisko godziny siedzi w antywirusowej maseczce w hali przylotów lotniska Regana w Waszyngtonie i kompletnie nie wie, co dalej robić? Nikt po nią nie przyszedł! Przyleciała rejsowym z Nowego Yorku, wymęczona, otumaniona wcześniejszym całodniowym lotem z Warszawy i chciałaby wreszcie odpocząć, zdjąć tę cholerną maseczkę, wyluzować się, a tu — taka przykra niespodzianka… Jak mogła tak lekkomyślnie zaufać zapewnieniom obcej osoby, która obiecała, że kogoś podeśle po nią na lotnisko, że ktoś na pewno będzie czekać w hali przylotów, skąd ją bezzwłocznie odbierze… Jak mogła tak naiwnie w to uwierzyć!?

Odległy kontynent, do którego po raz pierwszy w swym życiu przybywa, wyludnione otoczenie za sprawą szerzącej się pandemii — wszystko to, wraz z chłodem lotniskowej obojętności, przytłacza ją. Jej umysł zablokowany strachem nie jest w stanie zainicjować żadnego racjonalnego działania. A takie powinna podjąć jak najszybciej. Musi! — Ponieważ na zewnątrz coraz bardziej zapada zmrok i personel lotniska wkrótce zacznie przygotowywać port do pracy w reżimie nocnym. To oznacza, że z powodu pandemii covid-19 i tak nielicznie dotąd funkcjonujące bary i sklepiki zaczną się zamykać, że na hale wjadą ekipy z maszynami odkażającymi i sprzątającymi, a służby informacyjne, będące ostatnią ostoją, do której wciąż jeszcze mogłaby się zwrócić o pomoc, opuszczą lotnisko i pozostawią ją samą sobie, jak przysłowiową ofiarę na pastwę bezdusznego losu.

Kretynka! — Oto co jedynie ciśnie jej się teraz do ust i co mimowolnie wyartykułowała na głos, i to tak donośnie, że śpiący na sąsiedniej ławce zdrożony mężczyzna, zaniepokojony jej okrzykiem, otworzył oczy i półsennym wzrokiem zmierzył ją od stóp do głów. Najwidoczniej uznał, że zachowanie nieznanej mu kobiety nie odbiega od normy, gdyż po krótkiej chwili wrócił do swej drzemki.

Tymczasem myśli dziewczyny stają do bezpardonowej potyczki z jej zranioną dumą: ostrzegała cię matka, abyś dodatkowo zapisała w kalendarzyku wszystkie niezbędne kontakty, z których będziesz mogła skorzystać w razie nieprzewidzianej sytuacji? — Ostrzegała! A ty, co? Zignorowałaś radę matki. Uwierzyłaś, że całkowicie wystarczy ci kilka notatek wklepanych poprzedniego dnia do smartfonu. No to masz teraz!… Jak mogłaś, kretynko, dopuścić do tego, aby ten najbardziej zaufany przez ciebie przedmiot — smartfon — został w twym mieszkaniu w Starych Babicach? No, jak mogłaś o nim zapomnieć, beznadziejna wariatko, pospiesznie wybiegając z domu do czekającego na ciebie w samochodzie Sebastiana?! Chłopak poproszony przez twoją przyjaciółkę Olgę był na tyle uprzejmy, by zawieźć cię na lotnisko Chopina w Warszawie… Tak, to miło z jego strony. Doceniłaś ten gest, obdarzając go na pożegnanie żarliwym buziakiem. (Swoją drogą — moja droga — uważaj! Facet, mimo że sprawia wrażenie statecznego i porządnego gościa, jeszcze za dużo sobie nawyobraża, a przecież jest żonaty od ledwie roku, na dodatek z twą najlepszą przyjaciółką!). No i czemu przez całą drogę, miast dokonać ostatniego przeglądu sytuacji, ty — z determinacją jakiejś maniaczki — kłapałaś przy nim ozorem jak najęta, dzieląc się z tym przystojniakiem bzdurnymi babskimi nadziejami związanymi z nowo podejmowaną pracą?… Zaraz, zaraz! — A w ogóle, od kiedy stałaś się taka gadatliwa przy facetach, beznadziejna introwertyczko? Miast użalać się przed mężem przyjaciółki — nie trzeba ci było właśnie wtedy sięgnąć po telefon i zadzwonić do mamy? Widząc, że jego nie masz, byłaby jeszcze szansa na ogarnięcie zaistniałej sytuacji… No i sięgnęłaś, owszem, sięgnęłaś durna dziewczyno, ale dopiero po odprawie paszportowej. Z góry uznałaś, że to będzie najlepszy moment na pocieszenie mamusi, iż „wszystko, mamuś, leci jak z płatka”. No i poleciało… Jak cholera poleciało jak z płatka, na łeb i szyję poleciało. Gratuluję!…

Kurczę! Co ja mam teraz robić? — W końcu myśli dziewczyny skierowały się na bardziej pragmatyczne tory. — Nie mam telefonu, nie pamiętam oczywiście nawet numeru do moich pracodawców, więc jak mam ich poinformować, że od ponad godziny jestem i niecierpliwię się tutaj, na lotnisku w Waszyngtonie? — Chyba najlepiej będzie, gdy po prostu zaczekam na kolejny rejsowy z Nowego Yorku. Możliwe, że podczas rozmowy z panią Alicją doszło między nami do jakiegoś nieporozumienia. Każdego dnia z Nowego Yorku do Waszyngtonu przylatuje kilkanaście samolotów. Może więc wyraziłam się nieściśle i pani Alicja zrozumiała, że przylecę o innej porze? Pewno tak… Tak właśnie musiało się stać. Trudno. Muszę sobie teraz radzić sama. Do przylotu kolejnego rejsowego, i ostatniego w tym dniu samolotu, mam jeszcze grubo ponad półtorej godziny. Zasięgnę języka w biurze informacyjnym dla podróżnych, bo na szczęście to biuro wciąż jeszcze tu pracuje…

Pracownica Airport information office — młoda piękna mulatka z przyklejonym uśmiechem na twarzy, sympatycznie prezentującym się nawet pod przezroczystą antycovidową przyłbicą, sprawnie pomogła ustalić Mariannie optymalną trasę do małej miejscowości Taneytown w stanie Maryland, gdzie znajduje się dom i winnica pani Alicji. Wydrukowała też dla niej mapkę ze szczegółową trasą podróży, którą, siedząc w wygodnym fotelu biura, zaczęła teraz skrupulatnie studiować. Ponieważ zależało jej, aby podróż była możliwie najtańsza, będzie musiała kilkakrotnie zmieniać środek lokomocji. I tak, w kolejności: najpierw czeka ją podróż liniami Greyhoundu przez Baltimore do Frederick. Tu — na Transit Center będzie musiała się przesiąść do lokalnej linii w kierunku Emmitsburga, skąd podmiejskim autobusem dojedzie do docelowego Taneytown. Jednak to nie koniec. Dalej czeka ją jeszcze pieszy przemarsz z walizą i plecakiem po kompletnie nieznanej okolicy do Commerce St — czyli tam, gdzie znajduje się dom, którego właścicielka: Alicja Fimié wynajęła ją do pracy. Najgorsze jednak jest to, że podczas tej całej eskapady będzie musiała się obyć ledwie jedną jedyną butelką wody mineralnej i paczką herbatników. Po odliczeniu kosztów podróży po prostu na nic więcej nie starczy jej pieniędzy.

Sfrustrowana tym faktem zdała sobie sprawę, że jeśli zaproszenie do pracy okazałoby się w ogóle czyimś nieodpowiedzialnym żartem, wtedy do domu w swych Starych Babicach musiałaby wracać na piechotę, po drodze, rzecz jasna, przepływając Atlantyk wpław albo… Nie! Nie chciała nawet myśleć o tym „albo”, podświadomie rozumiejąc, że konsekwencje takiego „albo” byłyby dla niej absolutnie nie do przyjęcia.

— 2.1 —

Gdy wróciła z biura informacyjnego do swej ławeczki, z konsternacją stwierdziła, że została zajęta. Całą okupowała starsza ciemnoskóra kobieta z czwórką małych dzieci. Być może fakt, że wszystkie pociechy kobiety były w maseczkach, dzieciarnia zachowywała się w miarę spokojnie, nie zakłócając ciszy. Na szczęście Marianna niedaleko dojrzała obszerny welurowy fotel. W Polsce takie siedziska pousuwano z miejsc publicznych, z uwagi na wymogi sanitarne służące zapobieganiu szerzenia się pandemii, tutaj, okazuje się, wciąż funkcjonują w najlepsze. Prędko do niego podbiegła. Dopiero gdy siadła w przepastnym miękkim zagłębieniu, gdy chwilę odpoczęła, była w stanie ponownie zacząć rozmyślać o czekającej ją przymusowej eskapadzie. A rozmyślając, poczuła, jak oczy mimowolnie zaczęły wypełniać się łzami, które za moment uleją się nad jej naiwnym zaufaniem w ludzką dobroć. Życzliwość, którą w swym własnym przekonaniu zawsze okazywana wszystkim znajomym, ale i nieznajomym, oto odpłaca jej się teraz pięknym za nadobne. — Pamiętaj Marysiu! Nie wolno bezkrytycznie ufać ludziom, córeczko… — niczym echo z odległego dzieciństwa rozbrzmiewały teraz w jej myślach słowa przedwcześnie zmarłego ojca. Na pewno tata miał rację, ale dlaczego miałaby nie ufać takiemu Łuszyńskiemu — założycielowi i właścicielowi świetnie prosperującego portalu Akademia Pisarza, za którego poręczeniem podjęła się tej pracy? A poza tym, to właśnie u Iwana Łuszyńskiego, jeszcze do wczoraj pracowała jako redaktorka, ale także jako autorka publikacji tworzonych dla potrzeb portalu. To Łuszyński, za rekomendacją jej mamy, która z kolei była zaprzyjaźniona z jego matką, w rok po ukończeniu przez Mariannę studiów dziennikarskich wciągnął ją, tę cichą introwertyczną dziewczynę, do swego medialnego przedsięwzięcia, przysposobił do zawodu redaktorki, przyuczył i zachęcił do wspólnego robienia biznesu. Gdyby nie on — na pewno do dzisiaj ślęczałaby za ladą małego butiku z biżuterią i pamiątkami i naiwnie marzyła o tym, jak to kiedyś, w przyszłości zakocha się szczęśliwie w księciu z bajki, a potem jak zostanie wielkim pisarzem. Od czasu studiów takie były jej przecież najważniejsze marzenia. Jednak, żeby już tak do reszty nie narzekać na tę nieciekawą pierwszą po studiach pracę, musi tu oddać pewną sprawiedliwość: miała ona także niekwestionowane walory — na przykład: nie było w niej zbyt dużo do roboty. Podczas przesiadywania przed butikowymi półkami mogła sporo czasu poświęcić na uprawianie swego ukochanego hobby: pisania. To wtedy zresztą na zwykłych kartkach papieru, ręcznie i pospolitym długopisem napisała swą pierwszą w życiu powieść. Zatytułowała ją trochę dziwnie, a może prowokacyjnie: „Książka o cichych ludziach”, czyli takich ludziach jak ona. Ona Marianna uważa, że cisi ludzie to ci, którzy mają wiele do powiedzenia. Nie trwają w ciszy ze strachu przed mówieniem, ale rozmawiają tylko z tymi, którzy potrafią je zrozumieć. Dlatego chciała w tej powieści ustami swych bohaterów porozmawiać z czytelnikami, którzy, jak ona — wolą być cisi. Chciała dowiedzieć się, dlaczego tacy są, a może: dlaczego ona sama jest taka? Nie dowiedziała się. Nigdy powieści tej ani nie wydała, ani nikomu nie dała do przeczytania.

I jeśli ze stałą pracą, dzięki mamie i Łuszyńskiemu, jakoś w końcu się ułożyło, to w życiu osobistym wciąż było nijak. Wprawdzie jeszcze podczas nauki w liceum, na dwa lata przed maturą poznała kogoś wyjątkowo. Kogoś, jak jej się wtedy zdawało, absolutnie fascynującego, wzbudzającego zaufanie, mówiąc krótko — poznała swego pierwszego w życiu mężczyznę.

Przyjaciele nazywali go „sinior professore”. Znajomość z tym mężczyzną na długie lata odcisnęła się piętnem nie tylko na uczuciowym życiu Marianny. „Sinior professore” był artystą sztuki cyrkowej, a konkretnie treserem zwierząt. I, co nie było tu bez znaczenia, był od niej dużo, dużo starszy. Od pierwszych chwil poczuła w jego osobie powinowatą duszę. Jego niebieskie jak lazur południowego nieba oczy — mądre i przenikliwe, jego kruczoczarne włosy (typowe dla urody południowca z rejonu włoskiej Kampanii), ale przede wszystkim okazywane przez niego jej — młodej, niedoświadczonej życiowo dziewczynie, żarliwe uczucie — zrobiły swoje: zakochała się w tym mężczyźnie na zabój. Przez całe wakacje jeździła z jego trupą cyrkową po Polsce, od pierwszego dnia podróży ofiarowując mu swój nieustający podziw, zauroczenie, czas i oczywiście w końcu swe święcie dotąd strzeżone dziewictwo… I czy zawiniło spontaniczne uczucie, które i jej, i — co gorsza — temu doświadczonemu mężczyźnie odebrało cały rozsądek, dość powiedzieć, że dziewczyna po swym pierwszym razie zaszła w ciążę. Dowiedziała się jednak o fakcie dwa miesiące później, u ginekologa, do którego zmusiła ją, aby poszła, jej matka, zaniepokojona niespodziewanym obfitym krwawieniem córki. Okazało się, że doszło do samoistnego poronienia… Diagnoza lekarza była dla Marianny szokiem: „być może nigdy więcej nie będzie pani mogła zajść w ciążę…”. I dziewczyna miast wpaść w szok, a przynajmniej miast się zmartwić, już po kilku godzinach z takim stanem rzeczy pogodziła się. — Nie będę mogła mieć dzieci? Trudno. Widocznie mam inne do wykonania w życiu zadanie. Zostanę wielką pisarką! — I po raz pierwszy uświadomiła sobie, czego tak naprawdę oczekuje od życia, po raz pierwszy tak wyraziście wyświetliło się w jej myślach najważniejsze marzenie, a właściwie konkretny cel, do którego odtąd będzie za wszelką cenę dążyła.

Niezrażona zatem traumatycznym życiowym doświadczeniem podczas kolejnych wakacji znów dołączyła do taboru i na powrót wróciła do mężczyzny o „oczach jak lazur południowego nieba”. — Jeśli mam zostać wielką pisarką, gdzie lepiej nauczę się życia, jak nie u boku i pod opieką dojrzałego mężczyzny?

I rzeczywiście: „sinior professore” jak przypuszczała, uczył ją wszystkich i smaków, i kolorów życia. Nie tylko tego rozgrywającego się w cyrkowych wozach, na i za areną, ale także tego najprawdziwszego życia — przewijającego się za oknami wędrującego po kraju taboru. Do dziś na przykład ze wzruszeniem wspomina dzień, gdy w jednej z małych miejscowości znajdujących się na trasie przejazdu zaprowadził ją do miejscowego kościółka. Odbywał się w nim letni festiwal muzyki organowej Jana Sebastiana Bacha. Wspaniała monumentalna toccata i przeszywające serca słuchaczy dźwięki fugi d-moll, a potem patetycznie i wzniośle rozbrzmiewające z wiekowych kościelnych organów passacaglia — przeniosły ją w inny wymiar świadomości. I nagle, niczym po obrzędowym katharsis, poczuła, jak pod wpływem transcendentalnej muzyki całkowicie oczyszcza się wewnętrznie i na zawsze odmienia się jej dusza. Oto w jednej chwili ona — dziewiętnastoletnia dziewczyna, dla wielu jej starszych kolegów wciąż jeszcze smarkula — staje się zupełnie inną Marianną. Ubogaconą wewnętrznie Marianną. Młodą osobą, która, jak piękny motyl nagle przepoczwarzony z larwy, rozpoznaje w sobie dojrzałą, świadomą swych walorów i życiowych celów kobietę.

Po drugim sezonie wakacyjnym i po ukończeniu szkoły średniej raz na zawsze pożegnała się z taborem i z mężczyzną „o oczach jak lazur południowego nieba”. Przekonała ją w końcu do takiej decyzji matka. Do dziś pamięta jej słowa: Najważniejszy mężczyzna w życiu kobiety, moja Maryś, to nie jej pierwszy, a ten, który sprawi, że nie będzie chciała mieć następnego… Zgodziła się z matką. Widocznie ten „jej pierwszy” nie okazał się najważniejszym…

Po zakończeniu szkoły średniej rozpoczęła naukę dziennikarstwa i komunikacji społecznej na wydziale filologicznym Uniwersytetu Warszawskiego. W tym celu miesiąc wcześniej przeprowadziła się ze Starych Babic do Warszawy. Nie musiała tego robić: stare Babice to podstołeczna gmina, z miastem połączona kilkoma liniami podmiejskich autobusów. Zdecydowała się na zmianę miejsca zamieszkania z pragmatycznego powodu: po prostu nadarzyła się okazja, by się usamodzielnić. W Warszawie mogła nieodpłatnie zająć mieszkanie swej stryjecznej siostry Felicji, która właśnie wyjeżdżała na kilkuletnie studia lingwistyczne do Mongolii. Felicji, która nie miała rodzeństwa, bardzo było na rękę zostawić mieszkanie pod opieką kogoś odpowiedzialnego, a przede wszystkim zaufanego, takiego właśnie jak Marianna. I, ku obopólnej korzyści sióstr stryjecznych, tak się stało. Wraz z mieszkaniem Marianna otrzymała jeszcze jeden od Felicji niespodziewany bonusik: czterdzieści słoiczków z sosami pomidorowymi, kilkadziesiąt z kabaczkami, papryką, z ogóreczkami kiszonymi, przecierami z buraków, wspaniałych sześć półlitrowych słoików keczupów — krótko mówiąc: przepyszne dodatki do codziennych kuchennych wiktuałów na całe długie miesiące, a nawet, można przypuszczać — lata. Mistrzyni domowych przetworów, niezrównana w pichceniu Felicja, przygotowała je oczywiście dla samej siebie, do końca nie wierząc, że wyjazd na dalekie studia dojdzie do skutku. Jednak, skoro już się stało, jak się stało, to nawet się ucieszyła, że przetwory się nie zmarnują, a posłużą jej ulubionej stryjecznej siostrzyczce, Mariannie. „Zobaczysz: jedząc je, aż język ci ucieknie do podłogi, takie to pyszności!” — zapewniała ją. I miała rację: przetwory naprawdę okazały się przepyszne, o niezrównanym delikatnym i wysublimowanym smaku… Słowem: palce lizać! Nic więc dziwnego, że już po kilku miesiącach pomieszkiwania Marianny nie ostał się z przetworów Felicji nawet słoiczek. Nawet najmniejszy słoiczek. (Szkoda tylko, że przy najbliższej okazji Marianna zapomniała siostrze za te wszelkie kuchenne wspaniałości podziękować).

Okres studiów i fascynujące lata nauki pod nadzorem wspaniałych pedagogów upływały Mariannie szybko. Poza studiami interesowało ją w życiu już niewiele. Nawet mężczyźni jako potencjalni kandydaci nie tylko przecież na przyszłego męża, bo i na zwykłych kumpli z roku, mogliby dla niej w tym czasie nie istnieć. Co nie oznacza, że całkowicie stroniła od seksu. Kilka razy zdarzyło się, że poszła z którymś kolegą ze studiów do łóżka, ale zwykle już następnego dnia o przygodnym kochanku zapominała. I oni o niej też. Ona, za sprawą swego wrodzonego introwertyzmu, a tym samym z powodu uciążliwej dla innych niedostępności emocjonalnej, oni o niej — prawdopodobnie z tego samego powodu.

Za to wśród studentek miała pewną oddaną, wierną i trochę do niej podobną przyjaciółkę. Nazywała się Stella Kowalczuk. Była Polką, lecz pochodziła z Ukrainy. Obie dziewczyny były rówieśniczkami. Obie przez lata zamieszkiwały w Starych Babicach. Marianna — w Zielonkach, w starym bloku niedaleko ulicy Warszawskiej, Stella — w pięknej willi w Latchorzewie, u przysposobionej rodziny. Obie studiowały na tej samej uczelni, na tym samym roku, tyle tylko, że na innych wydziałach. Stella była studentką zarządzania. Jednak i jedna, i druga wspólnie uczęszczały na kilka fakultatywnych zajęć, takich na przykład, jak: warsztaty lingwistyczne, joga, samoobrona. Ponadto, dzięki namowom Stelli, Marianna zdecydowała się na dodatkowe wykłady z „Kierowania przedsięwzięciem biznesowym”. Jak się w przyszłości okaże, decyzja o odbyciu tych fakultatywnych zajęć menedżerskich była dalekowzroczna.

Obie dziewczyny, pod względem usposobienia i temperamentu, były do siebie podobne. Jednak typem urody i posturą różniły się znacznie. Stella miała przepiękne rude włosy, smukłą wysportowaną sylwetkę i, w przeciwieństwie do Marianny, była dość wysoka. Jednak długa szpecąca szrama na twarzy przyprawiała dziewczynę o wieczne zgryzoty. Najprawdopodobniej ten drobny, ale krępujący feler był przyczyną jej bardzo niskiej samooceny. Z tego powodu, podobnie jak Marianna, i ona unikała jakichkolwiek kontaktów towarzyskich z kolegami.

Aż do trzeciego roku studiów obie były dla siebie jak przysłowiowe papużki-nierozłączki. I właśnie wtedy — na trzecim roku — Stella zaczęła przechodzić osobisty kryzys, który potrwał do zakończenia studiów. Nie miała, i jak się zdawało Mariannie, celowo nie znajdowała czasu na kontynuowanie ich przyjaźni. Tym bardziej nie dziwić powinno, że właśnie na tym samym trzecim roku Marianna zorientowała się, że od dłuższego czasu stała się obiektem nieustannego zainteresowania pewnego sympatycznego okularnika o imieniu Wojtek, nazywanego przez wszystkich jego znajomych Wojtuniem. Podobnie jak ona i on studiował dziennikarstwo. Tyle że w jego przypadku było to dziennikarstwo muzyczne. Chłopak udzielał się w akademickim chórze. Często zapraszał Mariannę na koncerty swego zespołu, a ona z chęcią zaproszenia przyjmowała.

Nie, nie mogła powiedzieć, żeby z tego powodu, to jest emablowania jej przez Wojtunia, a nawet jawnego jego podkochiwania się w niej, i ona zaczęła traktować go jak swego chłopaka, choć — owszem, bardzo go polubiła, a nawet pozwalała mu mówić przy wspólnych znajomych, że „są parą”. Miało to przecież i dobre strony. Odtąd wreszcie już wszystkie koleżanki i koledzy z roku przestali ją uznawać za dziwaczkę-odludka, a co bardziej gorliwi w zabieganiu o jej względy nie czynili więcej żartów z jej, jak prześmiewczo mawiali: „owianej tajemnicą orientacji”.

Jednak z Tuniem — tak właśnie pieszczotliwie nazywała Wojtka, nigdy nie poszła do łóżka. Z jakiegoś trudnego dla niej do zrozumienia powodu to chłopakowi na tym nie zależało. A i jej — też niespecjalnie. Ważne, że od czasu do czasu, po rozluźnieniu kontaktów ze Stellą, znów miała z kim wspólnie uczęszczać na zajęcia i dzielić się notatkami z wykładów. Jednak nadal tak zwane szalone i hałaśliwe życie studenckie, a już szczególnie wypady do nocnych barów i dyskotek, w przeciwieństwie do Tunia, kompletnie jej nie pociągały. Czy dlatego, że od dnia zerwania z cyrkowym taborem czuła się w duszy całkowicie zaskorupiałą introwertyczką? — Sama tego nie wie. Może taką introwertyczką tak naprawdę była od dziecka? Jednak przecież otworzyła się na znajomość z mężczyzną „o oczach jak lazur południowego nieba”, otworzyła się na przyjaźń ze Stellą, a teraz na studenckie sympatyzowanie z Tuniem. Może więc nie była to prawda…?


Po kolejnej odmowie wspólnego wypadu do uniwersyteckiego klubu „Proxima” — Tunio znalazł sobie nową wielbicielkę. Marianna znów została sama.

— 2.2 —

Po studiach wróciła do swego małego mieszkania w Starych Babicach, w którym wciąż samotnie żyła jej matka. Marianna obawiała się tego powrotu. Jej matka bowiem należała do osób apodyktycznych, które niechętnie uznają czyjąkolwiek niezależność, nawet własnej córki. Poza tym dwie gospodynie w jednym domu to, jak powiada mądrość ludowa wpojona Mariannie przez Stellę: „przy jednym kominie nic nie uważą, ino oczy sobie jeszcze poparzą”.

Na szczęście podczas pierwszych tygodni wspólnego pomieszkiwania żadna z nich „oczu nie poparzyła”.

Wracając w domowe pielesze, Marianna mimowolnie powróciła także do swych ukochanych przyjaciół: psa i kota. Oba czworonogi darzyła jednaką miłością, choć psa, podświadomie, trochę większą. Może dlatego, że razem z Reksem chętnie wychodziła na długie spacery? Za to i na jednym, i na drugim „przyjacielu” w jednakim stopniu „ćwiczyła” angielskie słownictwo, traktując ich jak cierpliwych anglojęzycznych słuchaczy. Takim nietuzinkowym sposobem szlifowała znajomość gramatyki i frazeologii języka Charlesa Dickensa, coraz bardziej doprowadzając ją do perfekcji.

Dzięki Facebookowi odnowiła także znajomość ze Stellą Kowalczuk. Okazało się, że jej niegdysiejsza przyjaciółka ma się świetnie i że zaraz po studiach wyszła za mąż za dyrektora dobrze prosperującego biura projektowego Sebastiana Lateckiego. I najważniejsze: jeszcze przed podjęciem decyzji o ślubie Stella powróciła do swego ukraińskiego imienia i nazwiska: Olga Błoczek. Miało to czysto ambicjonalne dla przyjaciółki znaczenie, bo i tak po ceremonii ślubnej zdecydowała się przyjąć nazwisko męża: Latecka. Olga Latecka.

Olga zwierzyła się także Mariannie, że na podróż poślubną wybierają się do USA. I że razem z nimi wyjedzie pani Maria — jej ukochana przybrana „matka”, która jak prawdziwa mama przez ostatnie miesiące wspierała ją i chroniła przed toksyczną przyszywaną siostrą z rodziny zastępczej, w której się wychowała, a w której pani Maria sprawowała funkcję domowej gospodyni i kucharki. W USA mają się zatrzymać w domu polonijnej rodziny, u której zresztą pani Maria, zanim powróciła do Polski, przez długie lata pracowała jako gosposia. To dzięki rekomendacjom pani Marii firma Lateckiego zaprojektowała dla tej rodziny farmę fotowoltaiczną i kilka turbin wiatrowych.

Obie przyjaciółki przegadały na czacie ze sobą cały wieczór. Marianna wiele opowiadała Stelli o swych problemach zdrowotnych, o nudnej, choć nieuciążliwej pracy sprzedawczyni i o marzeniu zakochania się szczęśliwie tak jak Stella, w jakimś księciu z bajki i zostania kiedyś wielką pisarką. Olga obiecała rozejrzeć się w sprawie ewentualnej pracy dla Marianny, a na zakończenie rozmowy obie przyjaciółki wyraziły życzenie pozostawania ze sobą w stałej łączności. Jednak, jak z czasem się okazało, żadna z nich w postanowieniu nie wytrwała. Znowu kontakt między nimi na długie miesiące się urwał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 75.89