E-book
23.63
drukowana A5
45.91
drukowana A5
Kolorowa
66.61
BIBLIA DLA DZIECI

Bezpłatny fragment - BIBLIA DLA DZIECI

„Opowieści pełne światła, miłości i nadziei”


Objętość:
120 str.
ISBN:
978-83-8455-047-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 45.91
drukowana A5
Kolorowa
za 66.61

Twoja Wielka Księga Światła


Trzymasz w dłoniach niezwykły skarb. To nie jest zwykła książka pełna liter i kartek. To mapa najwspanialszej przygody, jaką kiedykolwiek poznał świat. To opowieść o wielkiej miłości, która zaczęła się od jednego słowa wypowiedzianego w ciemnościach kosmosu i trwa aż do dzisiaj specjalnie dla Ciebie.

Dziś w dniu Twojej Pierwszej Komunii Świętej stajesz się częścią tej historii w wyjątkowy sposób. Gdy przyjmujesz do serca Chleb, który daje życie stajesz się przyjacielem Wielkiego Króla o którym przeczytasz na tych stronach


Co znajdziesz w środku?


Poznasz odważnych bohaterów, którzy budowali arki i pokonywali olbrzymów.

Odkryjesz tajemnice, które szeptali prorocy pod rozgwieżdżonym niebem.

A przede wszystkim  spotkasz Jezusa, który pokazuje, że nie ma nic potężniejszego niż dobroć i przebaczenie.

Niech ta księga będzie Twoim kompasem. Czytaj ją, gdy szukasz odwagi, gdy chcesz się uśmiechnąć lub gdy potrzebujesz poczuć, że nigdy nie jesteś sam/sama. Pamiętaj, że każda z tych historii prowadzi do jednego odkrycia Jesteś ukochanym dzieckiem Boga, a Twoja własna opowieść właśnie nabiera najpiękniejszych barw.


"Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce."

— Psalm 119


Na samym początku, zanim jeszcze istniał czas, zanim zegary zaczęły odmierzać sekundy, a słońce wyznaczać dni i lata, nie było absolutnie niczego. Nie było przestrzeni, którą można by zmierzyć. Nie było wielkiego, błękitnego nieba, ani twardej ziemi pod stopami. Nie istniały góry pokryte śniegiem, ani szumiące, głębokie oceany. Nie było zapachu deszczu, ani ciepła ognia. Wszystko spowijała bezkresna, głęboka i gęsta ciemność, przypominająca najcichszą noc, w której nie mruga ani jedna gwiazda. Świat jeszcze nie istniał; spał w nicości, czekając na pierwszy, życiodajny oddech.


Ale Bóg już był.


Bóg nie miał początku i nigdy nie będzie miał końca. W tej nieprzeniknionej ciszy i pustce Jego serce biło potężnym rytmem miłości. A miłość ma to do siebie, że nie lubi być sama – zawsze chce się dzielić, zawsze chce obdarowywać, zawsze pragnie tworzyć coś pięknego. Bóg miał w swoim umyśle niezliczone, cudowne pomysły. Widział kolory, których nikt jeszcze nie namalował, słyszał melodie, których nikt nie zaśpiewał. Nie potrzebował młotków, desek, gliny ani żadnych narzędzi, jakich używają ludzcy budowniczowie. Jego narzędziem była nieskończona moc, a budulcem – Jego własne Słowo.


W końcu nadszedł ten moment. Bóg wziął głęboki oddech, a Jego głos, potężny jak grzmot, a jednocześnie łagodny jak najczulszy szept, przebił pustkę nicości.


„Niech stanie się światło”.


W ułamku sekundy stało się coś niewyobrażalnego. Ciemność pękła, ustępując miejsca absolutnie czystemu, potężnemu blaskowi. Pojawiło się światło – ciepłe, radosne, tętniące życiem. Rozlało się we wszystkich kierunkach, rozświetlając wszystko, co Bóg zamierzał stworzyć. Bóg spojrzał na to zjawisko, uśmiechnął się i uznał, że światło jest naprawdę dobre. Postanowił oddzielić je od ciemności, aby wszechświat miał swój porządek. Światło nazwał Dniem – czasem na radość, odkrywanie i działanie, a ciemność nazwał Nocą – czasem na odpoczynek, wyciszenie i nabranie sił. Tak minął pierwszy, cudowny dzień. Dzień, w którym obudziło się istnienie.


Następnego dnia Bóg spojrzał na rozległe, bezkształtne wody. Słowem swojej potęgi rozdzielił je. Część wód podniosła się wysoko do góry, tworząc bezkresne, błękitne sklepienie. Bóg nazwał je Niebem. Od tej pory nad światem rozciągał się gigantyczny, nieskazitelny dach, po którym z czasem miały zacząć żeglować białe, puszyste chmury, przypominające żaglowce na spokojnym morzu. To był drugi dzień stworzenia.


Trzeciego dnia Bóg nakazał wodom, które pozostały na dole, aby zebrały się w jednym miejscu. Nagle, z wielkim hukiem, zaczęły wypiętrzać się potężne skały. Woda spływała z nich, tworząc spienione wodospady i rwące rzeki. Pojawił się suchy, twardy ląd. Bóg nazwał go Ziemią, a zebrane, głębokie i szumiące wody – Morzami. Ziemia wciąż była jednak surowa, brązowo-szara i pusta. Dlatego Bóg wypowiedział kolejne słowo. Nagle cała planeta zaczęła drżeć od rodzącego się w niej życia. Z nagiej gleby wystrzeliły miliony zielonych pędów. Trawa niczym miękki, szmaragdowy dywan pokryła rozległe doliny. Wyrosły potężne dęby o silnych konarach, smukłe brzozy o białych pniach i drzewa owocowe uginające się pod ciężarem słodkich jabłek, soczystych pomarańczy i fig. Zakwitły kwiaty w kolorach tak intensywnych, że aż zapierało dech w piersiach: karmazynowe róże, śnieżnobiałe lilie, złote słoneczniki i drobne, niebieskie niezapominajki. Powietrze wypełniło się oszałamiającym zapachem pyłku, nektaru i żywicy. Bóg spojrzał na tę paletę barw i wiedział, że to jest dobre.


Czwartego dnia Bóg spojrzał na rozległe niebo i postanowił zawiesić na nim niezwykłe zegary. Stworzył słońce – ogromną, złotą kulę ognia, która miała królować w ciągu dnia, dawać światłu ciepło i sprawiać, że rośliny mogły rosnąć. A kiedy słońce chowało się za horyzontem, niebo przejmował księżyc – chłodny, srebrzysty strażnik nocy. By nie był sam na tym ogromnym atramentowym sklepieniu, Bóg z niezwykłą delikatnością rozsypał miliardy gwiazd. Wyglądały jak diamentowy pył rzucony na ciemny aksamit. Każda gwiazda otrzymała swoje miejsce, by wędrowcy, którzy kiedyś się pojawią, nigdy nie zgubili drogi w ciemności.


Piątego dnia świat był już przepiękny, ale wciąż zbyt cichy. Bóg przemówił ponownie, a Jego słowa napełniły oceany i niebo. Woda zaczęła się gotować od ruchu. Pojawiły się srebrzyste ławice ryb, które zwinnie przemykały między koralowcami. Z głębin wynurzyły się majestatyczne, potężne wieloryby, wypuszczając z radością wielkie fontanny wody. Zwinne delfiny wyskakiwały ponad fale, bawiąc się w promieniach słońca. Na niebie natomiast rozległ się pierwszy wielki koncert. Powietrze zaroiło się od ptaków. Sokoły i orły szybowały wysoko, rozkładając szerokie skrzydła, kolorowe papugi przelatywały przez korony drzew, a malutkie słowiki i skowronki zaczęły śpiewać pieśni, od których lasy dosłownie ożyły dźwiękiem.


Szóstego dnia Bóg zwrócił się do Ziemi, prosząc, aby wydała z siebie zwierzęta. I tak się stało! Na lądzie pojawiły się wielkie, spokojne słonie, które swoimi trąbami dotykały młodych drzew. Lwy wstrząsnęły swoimi złotymi grzywami, biegły szybkie gepardy i rącze konie. Pojawiły się owce o miękkim futrze, zwinne wiewiórki skaczące z gałęzi na gałąź i drobne owady brzęczące wśród kwiatów. Każde zwierzę było idealne. Żadne nie czuło strachu, żadne nie polowało na drugie. Świat był oazą absolutnego pokoju i harmonii.

Ale w sercu Boga wciąż było miejsce na coś... a raczej na kogoś jeszcze. Wszystkie zwierzęta były wspaniałe, ale nie potrafiły świadomie podziwiać piękna zachodzącego słońca. Nie potrafiły złożyć rąk i powiedzieć: „Dziękuję”. Bóg pragnął stworzyć kogoś, z kim będzie mógł mieć prawdziwą relację. Kogoś, kto będzie posiadał wolną wolę, mądrość, empatię i zdolność do wielkiej, bezinteresownej miłości. Kogoś ukształtowanego na obraz i podobieństwo samego Stwórcy.


Bóg zniżył się do ziemi. Z niezwykłą czułością, niczym mistrz garncarstwa, ulepił z prochu ziemi ciało. Miało ono ręce zdolne do pracy i przytulania, nogi gotowe do przemierzania świata i serce gotowe do bicia. Ale ciało to było nieruchome. Wtedy Bóg zbliżył się i tchnął w jego nozdrza swój własny oddech – tchnienie życia.


Ciało drgnęło. Serce uderzyło po raz pierwszy, tłocząc ciepłą krew, a klatka piersiowa uniosła się w głębokim wdechu. Mężczyzna otworzył oczy i po raz pierwszy ujrzał blask stworzonego świata. Spojrzał na Boga, a Bóg spojrzał na niego z nieskończoną ojcowską miłością. Pierwszy człowiek otrzymał imię Adam.


Bóg przygotował dla Adama miejsce doskonałe, prawdziwy raj na ziemi, znany jako Ogród Eden. To było miejsce, w którym wiosna trwała wiecznie. W centrum ogrodu rosły dwa szczególne drzewa: Drzewo Życia, dające nieśmiertelność, oraz Drzewo Poznania Dobra i Zła. Bóg dał Adamowi pierwsze zadanie – miał dbać o ogród i nazwać wszystkie zwierzęta. Adam chodził po pięknych alejach, a zwierzęta podchodziły do niego z ufnością. Gładził potężną głowę lwa, pozwalał by baranki spały u jego stóp. Z radością i mądrością nadawał imiona: „Będziesz żyrafą, a ty niedźwiedziem, ty zaś jaskółką”.


Jednak podczas tej pracy Adam poczuł coś dziwnego. Widział, że lwy miały lwiece, słonie miały partnerki, a ptaki zakładały gniazda parami. Wszyscy mieli kogoś równego sobie, z kim mogli dzielić świat. Tylko Adam, mimo całego piękna Edenu, był sam. Bóg, widząc to, powiedział: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam. Uczynię mu odpowiednią do pomocy”.


Bóg zesłał na Adama bardzo głęboki, spokojny sen. Gdy Adam spał, Bóg delikatnie wyjął jedno z jego żeber. Z tego żebra, z części samego mężczyzny – by była mu równa, by stała u jego boku, a nie nad nim czy pod nim – Bóg stworzył kobietę. Kiedy Adam się obudził i ją zobaczył, jego serce zabiło mocniej z zachwytu. Zrozumiał od razu, że to jest ktoś z jego kości i z jego ciała. Była piękna, mądra i wreszcie ktoś, z kim mógł rozmawiać i kogo mógł obdarzyć pełnią ludzkiej miłości. Nadał jej imię Ewa, co oznacza „Matka wszystkich żyjących”.

Bóg pobłogosławił ich, przekazując im cały ten niezwykły świat we władanie. Dał im tylko jedną, niezwykle ważną zasadę. Pokazał im Drzewo Poznania Dobra i Zła rosnące w samym sercu ogrodu i powiedział: „Możecie jeść owoce ze wszystkich drzew tego ogrodu, ale z tego jednego drzewa wam nie wolno. W dniu, w którym z niego zjecie, na pewno umrzecie”. Bóg nie ukrywał tych owoców, nie zbudował wokół drzewa płotu z drutu kolczastego. Dlaczego? Ponieważ prawdziwa miłość i prawdziwe zaufanie muszą być oparte na dobrowolnym wyborze. Bóg pragnął, aby Adam i Ewa ufali Mu dlatego, że chcą, a nie dlatego, że muszą.


Życie w Edenie było sielanką. Adam i Ewa spacerowali o chłodzie wieczoru z samym Bogiem, rozmawiając z Nim jak z najlepszym przyjacielem. Nie znali bólu, złości ani wstydu, choć oboje byli nadzy, ich czyste serca sprawiały, że widzieli w sobie tylko dobro.


Ale zło, które zostało strącone z nieba pod postacią upadłego anioła, szukało sposobu, by zniszczyć to wspaniałe dzieło. Pewnego dnia w ogrodzie pojawił się wąż. Był najbardziej przebiegłym ze wszystkich stworzeń na ziemi. Lśnił w słońcu, poruszał się cicho, niemal bezszelestnie, i potrafił używać słów jak najostrzejszej broni. Zbliżył się do Ewy, gdy ta przechadzała się niedaleko zakazanego drzewa.


Jego głos był jedwabisty i spokojny, nie przypominał w ogóle groźnego krzyku. Zapytał, jakby tylko od niechcenia:


— Czy to prawda, że Bóg powiedział, byście nie jedli z żadnego drzewa w tym ogrodzie?


Wąż użył kłamstwa, by wywołać dialog. Ewa, z natury szczera, natychmiast mu odpowiedziała:


— Oczywiście, że możemy jeść owoce ze wszystkich drzew. Bóg zabronił nam jeść tylko z tego jednego drzewa, które jest w środku ogrodu. Zabronił nam go nawet dotykać, żebyśmy nie umarli.


Wtedy wąż uśmiechnął się – był to uśmiech zimny i pełen zdrady. Spojrzał jej prosto w oczy i powiedział z pełnym przekonaniem:


— Na pewno nie umrzecie! Bóg wam tego zabronił, bo dobrze wie, że gdy tylko zjecie ten owoc, wasze oczy się otworzą. Staniecie się tacy jak sam Bóg – będziecie znali i dobro, i zło. Nie będziecie już musieli Go słuchać, będziecie swoimi własnymi panami.


Ewa spojrzała na owoce. Nagle cała ich soczystość i piękno wydały się kuszące jak nic wcześniej na świecie. Pomyślała, że przecież to cudowne stać się mądrą, wiedzieć tyle, co Stwórca. Wątpliwość, niczym maleńkie, trujące nasionko, zakiełkowała w jej sercu. Przez moment w jej głowie toczyła się wielka bitwa. Ale pokusa była zbyt silna.


Wyciągnęła dłoń. Zerwała owoc i wzięła pierwszy kęs. Nic wielkiego w fizycznym świecie się nie wydarzyło – niebo nie spadło jej na głowę, słońce nie zgasło od razu. Podała owoc Adamowi, który stał obok. Adam, chociaż wiedział, że robi źle, również jadł.

I wtedy... wszystko się zmieniło. W ułamku sekundy coś w nich pękło. Oczywiście, wąż kłamał. Nie stali się bogami. Zamiast ogromnej mądrości, spadła na nich świadomość własnej nędzy. Spojrzeli na siebie i nagle poczuli coś, czego nigdy wcześniej nie znali – palący, potężny wstyd. Zobaczyli, że są nadzy, i poczuli się bezbronni. Szybko zerwali duże liście figowe, próbując ukryć się przed własnym wzrokiem i zrobili sobie z nich prowizoryczne ubrania.


Pod wieczór, kiedy wiatr zaczął szumieć w koronach drzew, usłyszeli kroki. To Bóg przechadzał się po ogrodzie, szukając swoich dzieci. Ale zamiast wybiec Mu na spotkanie z uśmiechem, jak robili to każdego dnia, Adam i Ewa uciekli. Przerażeni rzucili się w gęste zarośla. Ich serca łomotały z przerażenia. Strach zajął miejsce miłości.


— Adamie, gdzie jesteś? — zawołał Bóg. W Jego głosie nie było nienawiści, lecz rozdzierający smutek ojca, który wie, że jego dziecko upadło.


Adam wyszedł zza drzewa, drżąc na całym ciele, nie mając odwagi podnieść wzroku.


— Usłyszałem Twój głos, Panie... i przestraszyłem się, bo jestem nagi. Więc się ukryłem.


Bóg zadał mu najtrudniejsze pytanie:


— Kto ci powiedział, że jesteś nagi? Czy zjadłeś z drzewa, z którego zabroniłem ci jeść?


I wtedy wydarzyło się coś smutnego – zło, które w nich zamieszkało, sprawiło, że zamiast wziąć odpowiedzialność, zaczęli zrzucać winę na innych. Adam wskazał na swoją żonę i, co gorsza, pośrednio na samego Boga:


— To kobieta, którą Ty mi dałeś! Ona mi podała ten owoc, i ja jadłem!


Bóg zwrócił się do Ewy:


— Dlaczego to zrobiłaś?


Ewa, ze łzami w oczach, odpowiedziała:


— Wąż mnie oszukał... i jadłam.


Bóg musiał wymierzyć sprawiedliwość, bo jest absolutnie sprawiedliwy. Skazał węża na pełzanie w prochu ziemi i zapowiedział nieustanną walkę między ludźmi a siłami zła. Kobieta miała odtąd rodzić dzieci w bólu, a ziemia, którą Adam miał uprawiać, miała zacząć rodzić oset i ciernie. Od tej pory każdy kęs chleba musiał być okupiony ciężkim, potoczystym wysiłkiem. Ale co najsmutniejsze – do świata wkroczyła śmierć. Ludzkie ciało, odcięte od życiodajnej relacji z Bogiem, miało kiedyś wrócić do prochu, z którego powstało.


Zanim jednak Adam i Ewa opuścili Raj, Bóg zrobił dla nich coś niezwykłego. Zrzucił z nich szorstkie, nieskuteczne liście figowe. Własnoręcznie, z ogromną troską, zrobił dla nich miękkie i ciepłe ubrania ze skór zwierząt, aby ich chronić przed chłodem i surowością świata poza Edenem. Był to pierwszy znak, że choć zawiedli, Jego miłość do nich nie wygasła. Co więcej, Bóg wypowiedział pierwsze na świecie proroctwo – obietnicę, że pewnego dnia, potomek kobiety zmiażdży głowę węża. Obiecał Zbawiciela.


Ciężkie wrota Edenu zamknęły się za nimi. Przed wejściem stanęli potężni aniołowie z mieczami pałającymi ogniem, strzegąc drogi do Drzewa Życia. Adam i Ewa stanęli na surowej, nieznanej ziemi. Zaczęło się trudne życie. Zaczęli uprawiać rolę, budować schronienia i uczyć się przetrwania.

Wkrótce po tym na świat przyszły dzieci. Ich pierwszym synem był Kain, a drugim Abel. Dorastali razem, ale ich charaktery i serca różniły się od siebie jak ogień i woda. Abel był pasterzem – spędzał dni pod gołym niebem, wypasając owce. Miał spokojne, łagodne usposobienie, a w jego sercu była wielka wdzięczność i głęboki szacunek dla Stwórcy. Kain natomiast wybrał trudniejszą ścieżkę – został rolnikiem. Od świtu do nocy pracował w polu, przekopując ziemię, siejąc i zbierając plony. Choć był silny i pracowity, jego serce często było twarde i pełne niezadowolenia.


Nadszedł dzień, w którym obaj bracia postanowili złożyć Bogu dary, aby podziękować Mu za Jego opiekę. Zbudowali ołtarze. Kain przyniósł snopy zebranych zbóż i owoce ziemi, którą uprawiał. Abel natomiast wybrał ze swojego stada to, co miał absolutnie najlepszego i najcenniejszego – pierworodne, zdrowe i piękne owce. Złożył je w ofierze, a dym z jego ołtarza uniósł się prosto w niebo.


Bóg przyjął ofiarę Abla, ponieważ była ofiarowana z czystej miłości, szacunku i oddania. Ale na ofiarę Kaina Bóg nie wejrzał. Nie dlatego, że Bóg woli owce od zboża! Bóg przejrzał Kaina na wskroś — widział, że pod jego pracowitością kryje się brak szczerej intencji, że dar ten został dany bez prawdziwego, kochającego serca.

Kiedy Kain zorientował się, że to dar Abla spotkał się z aprobatą Boga, a jego własny nie, stało się z nim coś strasznego. Jego twarz poczerwieniała z gniewu. Gniew szybko przemienił się w gorycz, a gorycz zrodziła potężną zazdrość. Dlaczego ten młodszy, spokojny brat miałby być lepszy? Bóg, widząc, co dzieje się w duszy Kaina, przyszedł do niego z dobrym, ostrzegawczym słowem:


— Dlaczego jesteś tak bardzo rozgniewany, Kainie? Dlaczego twoja twarz jest tak ponura? Jeśli będziesz postępował dobrze, na pewno będziesz radosny. Ale uważaj, bo u progu twojego serca czai się grzech. On pragnie tobą zawładnąć, jak dzikie zwierzę, ale ty masz nad nim zapanować.


Bóg dał Kainowi szansę na zmianę, ale Kain pozwolił, by zazdrość wygrała. Odwrócił się od Boga. Gniew trawił go od środka przez wiele dni, aż w końcu plan przerodził się w czyn. Pewnego chłodnego poranka Kain podszedł do swojego młodszego brata z fałszywym uśmiechem.


— Chodźmy razem na pole, bracie – powiedział.


Abel, ufny i niczego niepodejrzewający, poszedł za nim. Gdy znaleźli się daleko od domostwa, tam gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć, Kain rzucił się na brata. Zaślepiła go furią. Podniósł z ziemi kamień i zadał cios. Potem kolejny. Ziemia wokół Abla zabarwiła się na czerwono. Abel upadł i zamknął oczy na zawsze. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Wiatr wstrzymał oddech. Było to pierwsze morderstwo w historii wszechświata. Zło pokazało swoją najczarniejszą twarz.


Kain stał nad ciałem, ciężko dysząc, gdy nagle usłyszał znajomy głos:


— Kainie, gdzie jest twój brat, Abel?


Kain wyprostował się, zuchwale i arogancko odrzekł:


— Nie wiem! Czyż jestem stróżem mojego brata?


Ale przed Bogiem niczego nie da się ukryć.


— Cóż ty uczyniłeś? — powiedział Bóg ze smutkiem, którego nie dało się opisać. — Krew twojego brata głośno woła do mnie z ziemi! Od dziś ziemia, która wypiła krew Abla, nie da ci już więcej plonów, choćbyś pracował najciężej. Będziesz tułaczem, wędrowcem pozbawionym domu na tej ziemi.


Kain przeląkł się. Zrozumiał ogrom swojej winy i krzyknął:


— Mój ciężar jest zbyt wielki, by go unieść! Wyrzucasz mnie z tej ziemi, a każdy, kto mnie spotka, zabije mnie za to, co zrobiłem!


Mimo okropnego czynu, jakiego dopuścił się Kain, Bóg w swoim miłosierdziu postanowił go chronić przed samosądem ludzi. Zrobił na Kainie tajemnicze znamię – pieczęć, która mówiła wszystkim: „Tego człowieka nie wolno dotknąć”. Z ciężkim, skażonym sercem Kain odszedł od oblicza Boga. Opuścił swoją rodzinę, udał się do krainy Nod na wschód od Edenu i założył własne miasto, uciekając w pracę przed echem własnych czynów.


Z upływem stuleci na ziemi pojawiało się coraz więcej ludzi. Pokolenia Kaina i innych synów i córek Adama i Ewy rozprzestrzeniły się po całej ziemi. Człowiek stawał się mądrzejszy – uczył się wykuwać żelazo, budować namioty, tworzyć niesamowite instrumenty muzyczne, takie jak cytry i flety. Niestety, w miarę jak rozwijał się ludzki intelekt, ludzkie serce ciemniało. Zło wylało się na świat jak gęsta, kleista maź, która pochłaniała każdego, kogo dotknęła.


Ludzie zaczęli na potęgę oszukiwać, kraść i walczyć o ziemię. Silni krzywdzili słabych. W ich głowach pojawiały się tylko mroczne myśli o władzy i zaspokajaniu własnych rządz. Słowo „miłość” straciło znaczenie. Ziemia dosłownie jęczała pod ciężarem grzechu, pełna przemocy i ucisku.


Bóg patrzył na to z góry, a Jego serce krajało się z bólu. Kiedyś patrzył na zieloną ziemię ze słowami: „To jest bardzo dobre”. Teraz widział zepsucie. Biblia mówi wprost: Bóg pożałował, że stworzył człowieka. Smucił się tak bardzo, jak smuci się rzeźbiarz, którego najpiękniejsze dzieło zostało celowo roztrzaskane i wrzucone w błoto. Sprawiedliwość wymagała, aby powstrzymać to szaleństwo, zanim ludzie całkowicie się wymordują. Bóg postanowił oczyścić świat potężnym strumieniem wody i zacząć wszystko od nowa.


Jednak, nawet w najczarniejszej, najbardziej zepsutej epoce ludzkości, pośród wielomilionowego tłumu zapatrzonych w siebie ludzi, Bóg dostrzegł jedno tlące się światło. Był to mężczyzna o imieniu Noe.


Noe był człowiekiem sprawiedliwym. Nie był może idealny – żaden człowiek nie jest – ale starał się żyć tak, by podobać się Bogu. Kochał Stwórcę, był prawy w swoich wyborach i próbował tak samo wychować swoich trzech synów: Sema, Chama i Jafeta. Bóg zwrócił się do niego i podzielił się z nim swoim najtrudniejszym planem.


— Przyszedł czas na koniec wszelkiego stworzenia na ziemi — powiedział Bóg. — Ziemia jest pełna przemocy z powodu ludzi. Dlatego postanowiłem ich zniszczyć. Ale ciebie i twoją rodzinę uratuję. Zbuduj arkę.


Arka nie miała być małą łódką ratunkową, zrobioną z kilku desek. Bóg dał Noemu dokładne, niesamowicie skomplikowane instrukcje architektoniczne. Miała to być ogromna trzypiętrowa skrzynia z żywicznego drzewa cyprysowego (lub drzewa gofer). Miała mieć 150 metrów długości – czyli więcej niż wielkie boiska piłkarskie! Miała mieć 25 metrów szerokości i 15 metrów wysokości, przykryta dachem, z oknem na samej górze i jednymi, wielkimi drzwiami z boku. Aby woda nie wdarła się do środka, każdy zakamarek musiał być szczelnie posmarowany czarną smołą od wewnątrz i od zewnątrz.


Dla Noego musiało to brzmieć jak czyste szaleństwo. Nigdy wcześniej nie zbudował statku. A co gorsza, od stworzenia świata nigdy wcześniej nie padał ulewny deszcz, który mógłby spowodować powódź na tak wielką skalę! Ale wiara Noego była twardsza niż drewno cyprysowe, z którego budował arkę.


Rozpoczęły się dziesiątki lat ciężkiej pracy. Wyobraź sobie ten krajobraz: w palącym słońcu, na suchym terenie daleko od morza, powoli rośnie gigantyczna, czarna bryła statku. Dźwięk uderzających siekier, piłowania wielkich bali, zapach gorącej smoły – to wszystko przyciągało uwagę sąsiadów i okolicznych mieszkańców. Przychodzili tłumnie, zbijali się w grupy, patrzyli na Noego i wybuchali śmiechem. Szydzili z niego bezlitośnie.


— Noe! Postradałeś zmysły! Budujesz okręt w środku lądu! — krzyczeli, wskazując palcami na potężny szkielet z drewna.


Noe, choć pewnie serce go bolało od tych drwin, nie odkładał narzędzi. Głośno ostrzegał ludzi, tłumacząc, że nadchodzi potop z powodu ich złości. Prosił, by się odwrócili od swoich okrutnych dróg i przyszli po ratunek. Ale nikt, absolutnie nikt, nie chciał go słuchać. Byli tak pewni siebie, zatwardziali i wpatrzeni w swoje zepsute życie, że jego słowa traktowali jak bełkot wariata.


W końcu nadszedł dzień, w którym arka została ukończona. Stała majestatycznie na suchym pyle ziemi. I wtedy zaczął się cud, od którego wszystkim szydercom nagle zamarł śmiech na ustach. Zewsząd – z lasów, gór, stepów i dżungli – zaczęły wyłaniać się zwierzęta. Nie walczyły ze sobą, nie bały się, nie uciekały. Prowadzone przez niewidzialny instynkt od samego Boga, kierowały się prosto do wejścia arki. Szły majestatyczne lwy tuż obok saren, ciężko stąpały nosorożce i słonie, pełzły węże i maszerowały maleńkie owady. Nad głowami ludzi przeleciały klucze ptaków – sowy, orły i bociany posłusznie wlatywały pod dach arki. Noe i jego rodzina pilnowali, aby wszystko odbyło się zgodnie z planem, by zabrać odpowiednie zapasy żywności na wiele miesięcy.


Kiedy Noe wraz z żoną, trzema synami i ich żonami weszli na pokład, wokół zapanowała cisza. Bóg osobiście zamknął za nimi ogromne, ciężkie drzwi arki. Klamka zapadła od zewnątrz. Czas łaski i nawoływania do ostrzeżenia dobiegł końca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 45.91
drukowana A5
Kolorowa
za 66.61