Powtórzę za Claude Lelouch’em:
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń prawdziwych jest przypadkowe. To nie prawda, ale tak się pisze.
Mojej żonie Agnieszce.
(Tydzień wcześniej)
Zapłacił za taksówkę i ruszył w stronę klatki, wieczór zakończył się jak większość takich wyjść łażeniem od knajpy do knajpy, niestety wszędzie okazywało się, że właśnie zamykają. Trzecia rano była godziną, kiedy grupki niedopitych klientów szukały miejsca, w którym mogliby się pokiwać nad kuflem, a złośliwi barmani uparli się, żeby iść spać.
Dłuższą chwilę zajęło mu znalezienia odpowiedniego klucza, bo w różowym świetle latarni ulicznej wszystkie wyglądały jednakowo. Wszedł do klatki schodowej, sięgnął do włącznika światła i w tym momencie zapadł się w ciemność. Niczego więcej nie pamiętał.
Poniedziałek
(dzisiaj)
Piotr Iwaniuk wracał z pracy. Świeciło piękne słońce. Wiosna przyszła w tym roku późno, był początek maja a dopiero od kilku dni temperatura w południe przekroczyła 18 stopni. W nocy nadal zdarzały się przymrozki. Ośmielone słońcem ptaki postanowiły zaimponować swoim samiczkom i świergotały na cały głos starając się przekrzyczeć samochody pędzące ulicą Składową.
Czekały go dwa tygodnie nudy. Dwa lata temu podjął, jako jeden z wielu decyzje o przejściu na wcześniejsza emeryturę. Teraz uważał to za błąd, ale wtedy w gazetach rozpisywali się o tym, że trzeba zlikwidować przywileje emerytalne dla policjantów. Postanowił wiec skorzystać póki mógł. I w ten sposób został czterdziestoletnim emerytem.
Jako emeryt mógł zarobić tylko 1700 zł miesięcznie. Pracował w firmie ochroniarskiej obsługującej bankomaty w całym województwie i często wracał po godzinach. Co pewien czas musiał, zatem brać wolne. Czasami udawało się dorobić sobie w wolnym czasie „na czarno” przy remontach, ale tym razem nie miał nic na oku i zapowiadał się dwutygodniowy maraton telewizyjny.
Do domu wracał korzystając z rowerów miejskich zwanych Bikerami. Uważał je za wspaniały wynalazek, po pierwsze nie musiał wydawać na benzynę, a po drugie jazda na rowerze pozwalała zachować kondycję. Jako wyzwanie traktował dojazd do domu w czasie nieprzekraczającym 20 bezpłatnych minut. Zwykle udawało mu się to, ale czasami przy pechowym układzie świateł na przejściach, musiał zapłacić złotówkę.
Podszedł do stacji dokującej, przyłożył kartę miejską i zaczął wpisywać PIN-kod. W połowie przerwał mu komunikat „Proszę czekać”, zaczął ponownie, ale tym razem urządzenie napisało: „wypożycz rower w innej stacji”.
— Trzeba mieć anielską cierpliwość — Pomyślał. — Mogliby zainwestować w nowy komputer.
Nagle za jego plecami odezwał się głos.
— Hej muchacho, może byś się przestał siłować z tym głupim automatem i przejechał ze starym przyjacielem jego super wózkiem?
Piotr obejrzał się i ujrzał Arnolda Sosnowskiego. Znali się od dawna. Po studiach udało mu się dostać do palestry i odnosił sporo sukcesów, ale prawdziwie mistrzowskim posunięciem było sześciokrotne podniesienie stawek za usługi. Dzięki temu klienci zaczęli myśleć, że skoro jest drogi, to musi być dobry. Od tej pory zawsze miał, kogo bronić.
Z blond lokami wokół pucołowatej twarzy, w lnianym kremowym garniturze i białej koszuli bez krawata, Arnold wyglądał jak przerośnięty amorek. Wychylał się z czerwonego Alfa Romeo i wesoło machał do Piotra.
— No wsiadaj! Powspominamy!
Szeroko uśmiechnięty Piotr zagłębił się w miękki fotel obok kierowcy.
— No opowiadaj, co tam u ciebie? — Kontynuował Arnold ruszając. — Albo nie! Najpierw podziwiaj mój samochód. Mam go dopiero od tygodnia, Giulietta proszę ja ciebie Sprint. Jakie to romantyczne. Imię super kochanki wszechczasów w zestawieniu z biegiem na 100 metrów, to pobudza wyobraźnię. Tak czy inaczej jest piękna i szybka!
— … — Piotr pokiwał głową.
— Słyszałem, że masz dwa tygodnie wolnego. Wybacz, ale skoro nie zastałem cię w pracy, pozwoliłem sobie wypytać twojego szefa o szczegóły.
— Nie jest to, więc zupełnie przypadkowe spotkanie?
— Jak wiesz, jako adwokat dostaje czasami sprawy z urzędu. Teraz właśnie mam taką sprawę, a co gorsza wygląda beznadziejnie. Wszystko wskazuje na mojego klienta. Ale ja szóstym zmysłem czuję, że coś tu nie gra. Jak wiesz zawsze chciałem dążyć do prawdy, chociaż kilka razy wybroniłem naprawdę złych ludzi, ale tylko z powodu ułomności prokuratorów.
— … -Piotr ponownie pokiwał głową.
— Mam jeszcze jedną motywację. Przegrane sprawy beznadziejne źle wyglądają w statystykach, zaś wygrane powodują, że adwokat obrasta w legendę. Dlatego proponuję żebyś trochę powęszył zamiast się nudzić. A ja pokryję wydatki i jeśli udowodnisz niewinność gościa, dostaniesz moje „urzędowe” wynagrodzenie, zwróci mi się to potem w zleceniach od innych klientów.
Wtorek
Siłownia mieściła się w budynku po starej rozdzielni ciepła. Ściany odrapanego betonowego prostopadłościanu pokryte były graffiti. Dominowały barwy „Jagiellonii” ulubionego klubu piłkarskiego białostoczan, ale przyglądając się bliżej można było dostrzec kilka liczb 18 i 88 (numer litery alfabet oznaczający AH-Adolf Hitler i HH-Heil Hitler), widniała tutaj też stylizowana ręka z mieczem zwana „Falangą” i szubienica, na której wisiała literka A wpisana w koło.
Za ciężkimi metalowymi drzwiami była obskurna recepcja, którą celowo utrzymywano w stanie brudu i zaniedbania żeby odstraszyć kogoś, kto chciałby tu przez przypadek poćwiczyć, gdyby ktoś jednak był uparty, to dodatkowo zniechęcał go wielki napis wpisowe 300 zł.
Jednak stali członkowie (w większości krępi i ostrzyżeni „na zero”) nie płacili żadnego wpisowego, ich biletem było bezgraniczne oddanie sprawie.
Doktor, niepozorny chudy mężczyzna po czterdziestce, poza siłownią był dentystą, miał swój gabinet w jednym z bloków na Zielonych Wzgórzach. W siłowni oficjalnie był wolontariuszem dbającym o odpowiednią opieką nad ćwiczącymi, którzy ewentualnie mogli doznać kontuzji. Jednak w rzeczywistości każdy wiedział, że to on tutaj rządzi. Zajmował mały gabinet obok szatni. Nie było tu biurka, tylko czerwona kanapa pokryta sztuczna skórą, telewizor i ekspres do kawy.
Doktor rozmawiał z około dwudziestoletnim chłopakiem, wysokim i chudym o brązowych oczach. Jako jeden z niewielu bywalców miał na czubku głowy pozostawioną kępkę włosów, a w jego brodzie widać było charakterystyczny dołeczek. To zagłębienie stało się źródłem jego ksywki: Dziurawy.
Dziurawy mówił uniesionym głosem:
— To nie jest metoda, powinniśmy dążyć do siły narodu naturalnymi metodami, to potrwa dłużej, ale da lepsze skutki.
— Ale my nie mamy czasu — powiedział Doktor — zobacz, co się dzieje na Ukrainie! Musimy być gotowi już teraz.
— Koks ich ogłupia! — Upierał się przy swoim Dziurawy.
— Dobrze pogadam z Komitetem Sekcji — Powiedział Doktor.
Jego twarz wyrażała troskę i zainteresowanie. Jednak w duchu przeklinał gówniarza, za to, że jego gadanina może rozwalić cały interes.
— Trzeba będzie się go jakoś pozbyć, za dużo kombinuje. -Pomyślał.
Po wyjściu Dziurawego do gabinetu wszedł Wąski: osobnik o czaszce pokrytej licznymi bliznami zdobytymi podczas „ustawek”. Wielkie wytatuowane bicepsy ledwo mieściły się w białej koszulce z orłem na piersi.
— Udało się — powiedział. I podał Doktorowi pudełko po zapałkach wypełnione mydłem. Na miękkim materiale widniał odcisk klucza.
Doktor „na wszelki wypadek” gromadził odciski kluczy pozostawianych w szafkach na czas ćwiczeń. Kto wie, kiedy trzeba będzie skorzystać z czyjegoś samochodu lub mieszkania bez wiedzy właściciela.
***
Budynek Prokuratury mieścił się przy ulicy Kilińskiego, zaraz za byłą lożą masońską, obecnie Książnicą Podlaską, dokładnie naprzeciw zabytkowej kamienicy Jossema.
Piotr uzbrojony w pełnomocnictwa od Arnolda, przekroczył masywne drzwi umieszczone w centrum szaro kremowej elewacji. Oczy musiały się chwilę przyzwyczaić do panującego wewnątrz półmroku. Myliłby się ten, kto spodziewałby się dębowych balustrad i gipsowych sztukaterii. Siedziba prokuratury została kilka lat temu odnowiona i wszędzie panowało aluminium, szkło oraz plastik. Bardziej przypominało to siedzibę jakiegoś banku niż urząd.
Piotr pokazał papiery strażnikowi w okienku i dowiedział się, że ma czekać.
Po około dwudziestu minutach pojawił się jakiś młody człowiek, zwolnił elektrozamek za pomocą karty zbliżeniowej i uchyliwszy drzwi powiedział:
— Proszę za mną, jeśli ma pan telefon komórkowy lub broń proszę zostawić w depozycie.
Piotr znał procedurę, więc telefon zostawił w samochodzie.
Weszli na pierwsze piętro, skręcili w lewo w korytarz zabezpieczony kolejnymi drzwiami otwieranymi za pomocą karty.
Na końcu korytarza znajdowała się kancelaria jawna.
Kobieta, na oko czterdziestoletnia, którą zobaczył po drugiej stronie blatu ciągnącego się przez całą szerokość pomieszczenia, miała czarne, długie, kręcone włosy w stylu „mokrej włoszki”. Blado niebieski sweterek opinał biust, a rozpięte górne guziczki kierowały wyobraźnię Piotra w rejony niezbyt adekwatne do instytucji, w której się znajdował. Kiedy wstała, po przeczytaniu pisma, w którym adwokat prosił o udostępnienie kopii akt. Okazało się, że strój dopełnia pasek z metalowych ogniw połączonych skurzanymi patkami, spódnica do kolan i sandałki na wysokim obcasie, oplatające rzemykami dolną część łydki. Całość, w połączeniu z dosyć ostrym makijażem, stwarzała wrażenie nieco odpustowe, ale seksowne.
Kobieta chodząc poruszała kokieteryjnie biodrami. Możliwe, że było to wrodzone, bo kogo miała kokietować? Interesantów? Nie było wątpliwości, iż niejeden z męskiej części pracowników był już dawno skokietowany. Piotr starał się zachować kamienną twarz.
Urzędniczka podeszła do jakiejś szafki, zdjęła skoroszyt, dłuższą chwilę spędziła przy kserokopiarce i wręczyła Piotrowi plik kartek w tekturowej teczce oraz formularz zobowiązujący go do zachowania całkowitej tajemnicy.
***
Ulica Fabryczna składa się z dwóch części, niegdyś stanowiących całość. Ta bardziej znana część zaczyna się od nowo wybudowanej Galerii Jurowiecka i biegnie na północny wschód, aby rozmyć się pomiędzy blokami po minięciu Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania. Jeśli jednak poszlibyśmy dalej, przecięli tory i stare magazyny wojskowe, zwane „Węglówką”, to natrafimy na drugą cześć Fabrycznej.
Dom, w którym mieszkał Piotr, był typowym przykładem drewnianej zabudowy Białegostoku. Ściany budynku na dole do wysokości około metra obite były pionowymi frezowanymi listwami, powyżej był mały okapik i listwy ułożone poziomo. Zgodnie z miejscowa tradycją do naroży domu, nad oknami, oraz wzdłuż krawędzi dachu, przybito deski z powycinanymi rustykalnymi wzorami. Całość pomalowana była na żółto-brązowy kolor i pokryta dachówką.
Dom wybudował pradziadek Piotra. Do dziś w jednej z szuflad komody leżał biały skrawek materiału, na którym ktoś ołówkiem kopiowym narysował plan rzutu poziomego, poniżej zamieszczając dopisek: „„, zamaszysty podpis: „Ива́н Петро́вич Аргуно́в”. Całość wieńczyła pieczęć z dwugłowym orłem.
Jeszcze niedawno mieszkali tu rodzice i siostra Piotra. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie spedycyjnym i któregoś razu przyprowadził na obiad Hansa, młodego kontrahenta z Niemiec. Rok później siostra i Hans się pobrali i wyjechali do Hamburga, dwa lata później wprowadzono nowe przepisy, co spowodowało falę bankructw. Rodzice stracili pracę. Zięć cenił swoją polską rodzinę za pracowitość, więc zaproponował im stanowiska w swojej spółce. Piotr został w Polsce. Źle czuł się za granicą, a pracę w policji traktował, jako obowiązek względem społeczeństwa.
Jak wielu policjantów nie miał żony. Nie narzekał na brak powodzenia. Trudno byłoby go nazwać przystojnym, raczej jak to ujął jeden z jego znajomych, charakteryzował się niestandardową urodą. Był jednak dobrze zbudowany, a jego wiecznie ponurą minę kobiety odbierały, jako tajemniczą i kryjącą zagadkę, a wiadomo nic tak nie rozpala kobiet jak tajemnica.
Jednak ilekroć udawało mu się zacząć jakiś związek, kończył się on na skutek nagłych wezwań do pracy, przez które nie mógł się stawiać na randki. Kolejne kandydatki na miłość życia przestawały odbierać telefony jak tylko trzy razy pod rząd zostały wystawione do wiatru.
Teraz Piotr miał o wiele spokojniejsza pracę, ale przez lata przyzwyczaił się być sam. Czasem nawet łapał się na tym, iż jeśli spędził z dziewczyną upojną noc, to rano już go denerwowało, że „nadal łazi” po jego kuchni zamiast iść do domu. Oczywiście nigdy nie mówił tego na głos.
Zwykle gotował sobie obiady, ale dzisiaj postanowił zadowolić się odgrzaniem gołąbków ze słoika. Nie chciał marnować czasu. Była siedemnasta, włączył telewizor i zobaczył futurystyczny pociąg mknący przez ekran. Zaczynał się Teleekspress. Jadł spoglądając znad talerza.
Było jak zwykle. Jeden polityk w zawoalowany sposób nazwał drugiego durniem, cała partia obrażonego zaczęła protestować i udowadniać brak rozumu u autora spornej opinii, dodając zarzut złodziejskich skłonności całej rodziny z praprababką włącznie.
Następnie jakiś ekspert zastanawiał się czy Grecja spłaci długi czy nie. Doszedł do wniosku, że nie wiadomo.
Właściwie jedyną wiadomością, którą zainteresował się Piotr była ta, w której wymieniono jego rodzinne miasto.
Otóż nagle pojawiły się jak królik z kapelusza jakieś nowe taśmy kompromitujące polityków. Zostały nagrane w Pendolino. Sprawą zajęła się prokuratura w Białymstoku. Oprócz dużej ilości niecenzuralnych słów, była tam też wzmianka wypowiedziana przez ministra budownictwa na temat łapówki, którą oferował jeden z businessmanów z Bielska Podlaskiego. Materiał zilustrowano filmem przedstawiającym starszego człowieka w piżamie, leżącego na podłodze w otoczeniu kilkunastu czarnych podkutych butów i luf karabinów.
Piotr rozłożył dokumenty. Ofiara nazywała się Blanka Obdulewicz. Fotografia przedstawiała ładną dziewczynę o kruczoczarnych włosach i oczach w kształcie migdałów. Wygląd w połączeniu z nazwiskiem sugerował, że wywodziła się od tatarów mieszkających na Podlasiu.
— Miejsce urodzenia: Ozierany Wielkie. — Przeczytał na następnej stronie. Włączył mapę w smartfonie. Rzeczywiście, było to w pobliżu Kruszynian.
— Będę się musiał spotkać z jej rodzicami. — Pomyślał.
Białystok był dosyć bezpiecznym miastem, ale Piotr pracując w wydziale kryminalnym, miał za sobą, co najmniej kilka takich rozmów. Za każdym razem czuł się „niezgrabnie”, chciał powiedzieć coś mądrego, ale nie miał pojęcia, co. Pomimo, że śmierć i jego przytłaczała, nie potrafił sobie nawet wyobrazić uczuć rodzin osób nagle znikających z tego świata, niezależnie czy na skutek wypadku, choroby, czy zabójstwa. Ich odczucia musiały być spotęgowane, zwielokrotnione, przekraczające próg percepcji.
Wrócił do akt.
Policja przyjechała na miejsce po anonimowym telefonie. Nie wiadomo, kto dzwonił. Telefon logował się z tej klatki schodowej w bloku, w której popełniono przestępstwo, ale żaden z sąsiadów nie przyznał się do jego wykonania. Komórka zaraz po zawiadomieniu stróżów prawa została wyłączona i do chwili obecnej nie można było jej namierzyć.
Po przybyciu na miejsce funkcjonariusze znaleźli ciało dziewczyny ze złamaną podstawą czaszki. I leżącego na niej bez spodni niejakiego Macieja Kałużnego. Na jego twarzy widniały zadrapania, a pod paznokciami ofiary znaleziono jego DNA. Był on nieprzytomny ze względu na zawartość alkoholu we krwi i LSD, które sobie zaaplikował za pomocą plastra naklejonego na ramię.
— Dziwne. — Pomyślał Piotr.
LSD nie było towarem lubianym przez dealerów, bo słabo uzależniało. Poza tym zwykle występowało w postaci tabletek lub papierków z nadrukiem uśmiechniętej buźki.
Plastry narkotykowe to była zabawka dla bogatych. Piotr przerzucił kilka stron.
Miejsce pracy: McDonald, Wyszyńskiego, Białystok.
Raczej nie było go stać. Chociaż mógł od kogoś dostać.
Z pliku papierów wysunęły się zdjęcia. Przedstawiały mieszkanie podejrzanego. Mieszkał w tej samej klatce dwa piętra wyżej. Na odbitkach widniały schludnie urządzone dwa pokoje i kuchnia. Wszędzie panował porządek, prawdopodobnie właściciel był pedantem. To znowu nie bardzo pasowało. Taki człowiek raczej zaplanowałby zbrodnię z premedytacją, a nie wariacki napad na sąsiadkę.
Poczuł lekkie mrowienie z tyłu głowy pod czaszką, wiedział, że to szósty zmysł, czy może podświadomość, podpowiada mu, iż coś przegapił. Cofnął się do zdjęć z zatrzymania. Kałużny miał trzy czerwone pręgi biegnące przez policzek, ślady paznokci Blanki. Ale co to za dwie plamki na szyi? W papierach nie było nic na ten temat. Patolog badał tylko ofiarę.
— Trzeba będzie poprosić Arnolda, żeby spojrzał na to lekarz. — Pomyślał.
Kałużny był już notowany za udział w bójce.
— Muszę przesłuchać świadków z tamtej sprawy, chcę wiedzieć, co to za typek, czym się kieruje.
Piotr wolałby osobiście porozmawiać z oskarżonym, spojrzeć mu w oczy, zobaczyć, co robi z rękoma, pozwolić działać podświadomości. Niestety chłopak został aresztowany z artykułu 258, mówiącego o obawie matactwa, w związku z tym nie mógł się z nim widzieć przed rozprawą nikt oprócz adwokata i rodziny. Zresztą prokuratura gdyby mogła zakazałaby chętnie i tych kontaktów.
Piotr zastanowił się, co robić dalej. Na odwrocie ulotki reklamującej tanią wymianę drzwi wejściowych, którą kilka dni temu wyjął ze skrzynki i zapomniał wyrzucić, zapisał kilka punktów: obserwacja mieszkania, przesłuchać rodziny ofiary i podejrzanego, sprawdzić miejsca pracy.
Środa
Osiedle „Leśna Dolina”, pomimo romantycznej nazwy, było zwykłym blokowiskiem. Temu, kto wybierał nazwy ulic ewidentnie las nie kojarzył się z niedzielnymi spacerami tylko z partyzancką ziemianką. Była tu ulica Batalionów Chłopskich, Szarych Szeregów i Armii Krajowej. Bloki budowane były w czasach, kiedy architektom dawano już trochę luzu, a oni starali się projektować budynki tak, aby różniły się pomiędzy sobą. Takiej desperackiej próbie „wyciśnięcia” czegoś nowatorskiego z „wielkiej płyty” należało zapewne przypisać fakt, że klatka, w której mieszkała Blanka Obdulewicz i jej domniemany zabójca, była odwrócona o 180 stopni w stosunku do pozostałych. Czyli miała wejście od strony ulicy a balkony od strony placu zabaw.
Ułatwiało to Piotrowi obserwację, wystarczyło zaparkować po przeciwnej stronie ulicy. Jego Toyota Starlet, co prawda była już pełnoletnia, a wnętrze wyglądało jak po przewiezieniu stada jeży, ale nie zamieniłby jej na nic innego, gdyż silnik 1.3 litra zamontowany w tak małym samochodzie pozwalał na świetne osiągi. Poza tym nigdy się nie psuła.
Piotr spojrzał w lusterko. Za nim ciągnął się pasaż małych sklepików mieszczących się na parterze kolejnego efektu eksperymentów adeptów architektury. Sklepiki były rozdzielone betonowymi łukami, być może w zamyśle mającymi imitować sukiennice. Ich wykonanie było iście turpistyczne: wystające gdzieniegdzie zardzewiałe pręty zbrojeniowe, łuszcząca się biała farba, i daszek pomarańczowego pleksiglasu.
W lokalach mieściły się sklep z częściami i grami komputerowymi, biuro rachunkowe i gabinet dentystyczny.
Mogłoby się wydawać, iż obserwacja mieszkania denatki w tydzień po dokonaniu morderstwa nie miała większego sensu. Jednak doświadczenie i intuicja podpowiadały Piotrowi, że warto wczuć się w atmosferę w zwyczaje mieszkańców, czasami mogło to doprowadzić do nowych odkryć, zwykle okazywało się stratą czasu.
W pewnym momencie jego uwagę zwróciła scena rozgrywająca się w cieniu pobliskich garaży, oddzielających osiedle od ulicy Popiełuszki.
Mały, może 10 letni, ciemnowłosy chłopiec był popychany przez dwóch wyrostków w wieku około maturalnym. „Bohaterowie” ci szarpali sięgającego im do piersi malucha i obrzucali go wyzwiskami. Pomimo wiatru, który porywał część słów Piotr słyszał w miarę wyraźnie.
— Sp… dalaj stąd czarnuchu je… ny. Polska ku..wa dla Polaków.
Korciło go żeby zrobić z nimi porządek, ale z drugiej strony nie chciał się dekonspirować. Na wszelki wypadek uruchomił kamerę w telefonie i ustawił tak żeby nagrywała zajście. Wysiadł z samochodu i ruszył wzdłuż ulicy skracając dzielący ich dystans, jednocześnie starając się nie zwracać na siebie uwagi.
Niespodziewanie sytuacja zmieniła się. Spomiędzy bloków wyszła kobieta w długiej spódnicy i cienkiej przetykanej srebrna nitka chustce na głowie. Zaczęła cos mówić. Piotr nie usłyszał, co. Z za garaży wyszło jeszcze trzech młodych mężczyzn. Dwóch złapało od tyłu kobietę za ramiona, a trzeci zerwał chustkę. Rozsypały się długie czarne włosy i zafalowały na wietrze. Napastnicy zaczęli rechotać. Jeden z nich wyjął nóż.
— Zetniemy ci te loczki ciapata szmato!!!
Piotr był już przy nich.
— Zostaw ją! — Powiedział.
— Spadaj dziadu! — Ręka z nożem powędrowała w kierunku szyi Piotra.
On na to właśnie czekał. Płynnym ruchem złapał za nadgarstek, wykonał obrót i zaparł się przedramieniem drugiej ręki w łokieć tamtego. Coś chrupnęło i ostrze wbiło się w piasek obok ich stóp.
Kobieta obróciła głowę w lewo i krzyknęła.
— Patrzcie!!
Trzymający ją napastnicy spojrzeli w lewo. Nic tam nie było. Za to nos jednego z nich znalazł się w zasięgu jej głowy. Chrupnięcie i zalany krwią osiłek zapomniał, że miał trzymać swą ofiarę.
Piotr kątem oka zauważył zbliżającą się pieść, wykonał unik, przerzucił atakującego przez plecy. Ten nie umiał padać, więc walnął o ziemię z całym impetem. Z trudem łapał powietrze.
Uwolniona ręka kobiety trafiła drugiego trzymającego w grdykę, a zaraz potem w splot słoneczny. Zanim opadł na kolana, jej noga powędrowała w górę, wykonała łuk i z furkotem spódnicy trafiła w głowę biegnącego w jej stronę prowodyra bandy.
Co do ostatniego napastnika, to zobaczyli tylko podeszwy jego neonowo żółto-zielonych butów. Wiodący producent odzieży sportowej zadbał, aby nawet w tej sytuacji, jego logo było wyraźnie widoczne.
***
Po złożeniu zeznań siedzieli w korytarzu „ozdobionym” szarozieloną lamperią. Czekali aż funkcjonariusz cierpliwie wstuka ich zeznania do formularza za pomocą maszyny do pisania, aby potem mogli je przeczytać i podpisać. Piotr wiedział, że we wszystkich pozostałych pokojach komisariatu dawno królowały komputery. Jedynie w pokoju przyjmowania zgłoszeń, nadal korzystano z maszyn do pisania.
— Czyżby szefostwo chciało zniechęcić obywateli do zgłaszania przestępstw? — Pomyślał Piotr.
Krzesełka ustawione wzdłuż ściany lepsze czasy miały już za sobą. W siedziskach i oparciach przykręconych do stelaża z niklowanych rurek, gdzieniegdzie brakowało śrub. Wygięta sklejka w wielu miejscach była rozwarstwiona. Meble były pogrupowane po cztery i połączone za pomocą sosnowej listwy, tak, że nie można było zabrać jednego krzesła i postawić gdzie indziej. Być może zresztą chodziło o względy bezpieczeństwa, pojedyncze krzesło mogło być użyte do walnięcia kogoś w plecy, albo do wybicia szyby.
Spojrzał na siedzącą obok kobietę.
— Jestem Piotr.
— Amina.- Wyciągnęła do niego rękę. Uścisk miała silny prawie męski.
— Nieźle pani sobie poradziła, zna pani sztuki walki?
— Proszę mówić mi po imieniu, ja nieprzyzwyczajona do waszego pan, pani.
Zamilkła na chwilę. Piotr wpatrywał się w nią czekając na odpowiedź.
Po chwili podjęła.
— Ja z Czeczenii. Tam pracowała kiedyś też jakby w policji. Po pierwszej wojnie z Rosiją ja skończyłam akurat szkołę pielęgniarską, tam zauważyli mnie ludzie, które tworzyli nowe niepodległe służby i zaproponowali kurs. W etom czasie modne stały się porwania cudzoziemców dla okupu, później okazało sia, że stał za tym oficer FSB Adam Denijew. Ja byłam w grupie, która odbijała zakładników, podczas jednej z akcji zginął mój mąż, a ja zostałam ranna. Nie mogłam już pracować, zaczęłam mieć problemy z równowagą, czasem nie widzę i nie słyszę. Zresztą musiałam zajmować się synkiem. Znalazłam pracę w szpitalu, jako pomoc w kuchni. Zaczęła się druga wojna. Rosyjscy żołnierze i ich czeczeńscy pomocnicy dostawali żołd w zależności od tego, ilu bojowników zatrzymają.
— przez chwilę milczała wpatrując się w przestrzeń —
Szantażem oni zmuszali, więc ludzi, żeby kogoś wskazali: „wydaj kogoś, bo jeśli nie, to zabierzemy ciebie”, albo zapłać wykup — kilka tysięcy dolarów. Mnie wsypał sąsiad, jego zatrzymali za przepaloną żarówkę w samochodzie. Ale zaraz jak go puścili, znalazł budkę telefoniczną i mnie ostrzegł. Wracałam z przedszkola, poszłam do najbliższego bankomatu. Autobusem pojechałam z Groznego do Osetii, (w autobusie nie sprawdzają dokumentów), a z Władykaukazu pociągiem do Brześcia i Terespola.
Terespol eto był dla mnie szok. Pograniczniki krzyczeli, wepchnęli nas do wąskich pokojów, nie dawali wychodzić. Coś podpisywałam, nie wiedziałam, co. Nie było krzeseł, dzieci płakały. Na szczęście okazało się, że Rosjanie wydali list gończy. Powiedziano mi, żebym jechała do Dębaka, ale ja nie miałam pojęcia, co to jest Dębak. Jak tam dojechać. Nikt mnie nie spytał czy ja pieniędzy na to mam.
W Dębaku jedną noc spaliśmy z Rusłanem (tak ma na imię mój syn) na podłodze. Szła jakaś procedura, koło południa przyjechał autobus, dzięki Bogu bezpłatny, zawiózł nas do Białegostoku, do hotelu budowlanych. Po prawie dwóch latach czekania na status uchodźcy dostałam zgodę na pobyt tolerowany. Teraz pracuję w szwalni, to słaba praca, dostaję złotówkę za uszycie kompletu pościeli, ale pracując po 10 godzin dziennie starcza na jedzenie i wynajęcie mieszkania. Rusłan chodzi do polskiej szkoły i już prawie nie pamięta Czeczenii.
***
Rynek Kościuszki jest centralnym placem Białegostoku. Z lotu ptaka przypomina lejek.
Od wschodu znajduje się jego „szyjka”, na której początku wznosi się wysoki neogotycki kościół farny. Tak naprawdę jest on tylko przybudówką do małego rokokowego kościółka pomalowanego na biało. Na przełomie XIX i XX wieku obowiązywał ukaz carski zabraniający budowania nowych kościołów katolickich. Jednak sprytni mieszkańcy miasta uzyskali od władz zgodę na wybudowanie przybudówki, po czym ogrodzili wszystko wysokim płotem, a gdy mury pokazały się ponad ogrodzeniem dając pojęcie o wielkości budowli wręczyli kilka łapówek, które spowodowały dalszą ślepotę carskich urzędników.
Posuwając się dalej na zachód, mija się po lewej Klasztor sióstr miłosierdzia św. Wincentego, a po prawej dawny cekhauz, obecnie siedziba archiwum i zabytkową restaurację Astoria.
Dalej za, skrzyżowaniem z ulicą Sienkiewicza, Rynek przybiera postać trójkąta ograniczonego ulicami Suraską, Spółdzielczą i przedłużeniem Lipowej.
W centrum tej części placu stoi osiemnastowieczny ratusz z wieżą zegarową, będący jedną z wizytówek Białegostoku. Jednak zarówno on, jak i okalające rynek kamieniczki są jedynie replikami dawnej zabudowy. Oryginalny ratusz rozebrali Rosjanie po wkroczeniu do miasta w 1939 roku. Na jego miejscu miał stanąć pomnik Stalina. Kamienice zostały zaś wyburzone przez Niemców, w akcie zemsty, za wybuch powstania w białostockim getcie. Hitlerowcy wyburzali systematycznie dom po domu zostawiając tylko gruzy. Na zdjęciach z 1945 roku widać, że Białystok wygląda jak pole pokryte pokruszonymi cegłami, spośród których wystają dwa kościoły Farny i Rocha, ponoć oszczędzono je, bo były punktami orientacyjnymi dla lotnictwa.
Piotr wyminął ogródki piwne przyozdobione parasolami i zagłębił się w dalszą część ulicy Spółdzielczej. Przed wojną był tu pasaż przykryty szklanym dachem, podczas okupacji zamieniony na kasyno dla niemieckich oficerów. Jednak komuniści odbudowując miasto uznali, taką budowlę za zbyt burżuazyjną.
Zaraz potem wyszedł na kolejny trójkątny plac, nazwany imieniem Zamenhofa, twórcy języka Esperanto.
Piotr na chwilę przystanął przy fontannie w kształcie kamiennej kuli unoszącej się na strumieniu wody.
— To niesamowite! — Pomyślał — Ile siły trzeba żeby to unieść?
Wszedł do bramy i mozolnie zaczął wdrapać się na ostatnie piętro.
Zbyszek Mackiewicz był partnerem Piotra w czasach, kiedy służyli w policji. Razem przeszli na wcześniejszą emeryturę.
Większość byłych policjantów pracowało jeżdżąc taksówkami lub pracując w firmach ochroniarskich. Zbyszek został fotografem weselnym. Fotografia była jego pasją, postanowił, więc brać pieniądze za to, co i tak lubił. Jego prace wyróżniały się spośród innych i jedna z bulwarówek zaproponowała mu pracę w charakterze białostockiego korespondenta. Odmówił twierdząc, że nieszczęść ludzkich, takie zdjęcia głównie drukowała gazeta, naoglądał się w policji, a teraz chce uwieczniać tylko szczęśliwe chwile. Śmiali się potem, iż gdyby nie wiek można by go uznać za Yuccie.
Drugą pasją Zbyszka była Szkocja.
W 1662 książę Bogusław Radziwiłł, nie ufał nikomu. Podpadł wszystkim wokół i obawiał się zamachu. Sprowadził, więc w charakterze straży przybocznej oddział Szkotów i osiedlił ich wraz z rodzinami w Zabłudowie.
Mniej więcej 300 lat później w tej miejscowości urodził się Zbyszek. Wmówił sobie, że jego nazwisko, Mackiewicz, jest zniekształconą formą nazwisk szkockich, wszak zaczynają się one zwykle od przedrostka Mac. Jego salon zdobiła wielka flaga z herbem klanu MacKie w formie tarczy, której górną połowę zajmował lew na błękitnym tle, a poniżej widniały dwa sokoły przebite jedną strzałą.
Zbyszek jeździł kilka razy do Szkocji i właśnie w czasie takiej wyprawy poznał Swoją żonę Dorotę.
Dziewczyna właśnie próbowała dojść do siebie po rozstaniu z mężczyzną, z którym spędziła ostatnie dziesięć lat. Był on pijakiem i zwykle wyrzucano go wcześniej czy później z każdej pracy. Ale tym, co ich najbardziej dzieliło była jego niechęć do posiadania dzieci. Ona wprost przeciwnie marzyła o berbeciach biegających po domu. W końcu postanowiła przerwać toksyczny związek i wyjechała do Edynburga.
Ze Zbyszkiem pobrali się dwa lata temu i w krótce pojawiła się wymarzona ciąża.
Pierwsze objawy nieszczęścia zostały przegapione. Osłabienie, senność, oblewanie potem, wszystko to zostało złożone na karb brzemienności. Jednak, kiedy wyczuła, że węzły chłonne pod pachami przypominają włoskie orzechy, powiedziała o tym swojemu ginekologowi, a ten wykazał czujność i wysłał ja na badania. Diagnoza była szokiem dla wszystkich, chłoniak — nowotwór układu chłonnego.
Zaczęły się nerwowe dni. Zbyszek, Piotr i inni znajomi umierali z niepokoju. Dorota nie chciała uszkodzić płodu, więc zdecydowała się jedynie na lekką chemię dozwoloną w ciąży. Nikt nie wiedział czy przeżyje. Niektóre przypadki chłoniaka rozwijały się latami, ale były tez przypadki śmierci w przeciągu kilku tygodni. Internet był przekleństwem, ale i wybawieniem, z jednej strony uświadamiał możliwe skutki z drugiej pozwalał „pilnować” lekarzy, żeby nie zaniedbali żadnej możliwości.
W końcu urodziła się Dominika.
Zdrowa.
Można było przystąpić do konkretnej chemii, pół roku później można było odetchnąć. Lekarze ogłosili sukces. Jedynym śladem po przebytej chorobie było to, że proste niegdyś włosy odrosły, jako kręcone.
Schody 70 letniej kamienicy, po których wchodził pogrążony we wspomnieniach Piotr można było eufemistycznie określić, jako mające najlepsze lata już za sobą. Mieszkanie w centrum oprócz zalet miało także wady. Do najbardziej dotkliwych można było zaliczyć płatne parkingi i zapach moczu na klatce schodowej. Tym bardziej takiej, która ostatni raz była remontowana, kiedy Piotr ukończył szkołę podstawową. Stanął przed solidnymi drzwiami, które pokryte były wieloma warstwami farby. Warstwy te jak słoje ściętego drzewa ukazywały upływ lat od powojennej odbudowy miasta.
Nacisnął bakelitowy przycisk dzwonka w kształcie czarnego guzika na środku okrągłej oprawy.
Czekał dłużej niż zwykle.
Drzwi otworzył Zbyszek, ale wyglądał jakoś dziwnie. Starzej, niż kiedy widzieli się ostatnio. Nieogolony, jakby zapadnięty w sobie.
— On wrócił! — Powiedział grobowym tonem. Chłoniak… Dorota znowu jest chora!
Czwartek
W Kancelarii jawnej była ta sama urzędniczka, co poprzednio. Uśmiechnęła się poznając Piotra.
Miała na sobie pistacjowy kombinezon rodem z lat osiemdziesiątych. Gumka wszyta wyżej niż rzeczywista talia i wysokie obcasy powodowały, że nogi wydawały się wyjątkowo długie.
W jej oczach Piotr zauważył cień zainteresowania. A może mu się wydawało?
Na szyi miała wisiorek z malachitem.
— Pasuje do pani oczu. — Powiedział Piotr.
Uśmiechnęła się promiennie.
— Dziękuję! Pracuję tu tyle lat, że zapomniałam o istnieniu mężczyzn, którzy prawią komplementy.
— Na imię mam Piotr.
— Wiem. — Wskazała na pełnomocnictwa do odbioru akt. — Ja Iwona.
— Wiem. — Zaśmiał się Piotr i wskazał na tabliczkę na drzwiach.
Nie wiedzieli, o czym mogliby rozmawiać, ale nie czuli się już tak anonimowo jak przed chwilą.
Petent i urzędniczka, stali się nagle dwojgiem ludzi.
***
Z akt wynikało, iż w bójce brali udział, oprócz Macieja Kałużnego, jego dziewczyna i dwóch kolegów skinheadów, a po przeciwnej stronie trójka punków z Antify. Policja nie wnikała za bardzo w przebieg wydarzenia, zapakowała wszystkich hurtem do aresztu i przedstawiła zarzut udziału w bójce. Prokurator umorzył sprawę ze względu na niską szkodliwość, nikt nie ucierpiał, nie było uszkodzonego mienia, nikt nie wniósł skargi.
Piotr postanowił wziąć ze sobą Aminę, gdyż z akt wynikało, że przeciwnicy Kałużnego byli działaczami organizacji „Nie ma ludzi nielegalnych”.
Tak właśnie Aminę.
Nie chciał zawracać głowy Zbyszkowi pochłoniętemu chorobą żony. Zaczął się zastanawiać, kto inny mógłby pomóc w dochodzeniu i przypomniał sobie o tym, co mu mówiła uratowana Czeczenka, o jej pracy podczas niepodległości.
Arnold zgodził się pokryć jej tygodniowe zarobki, co okazało się śmieszną sumą. Następnie odwiedził jej pracodawcę i w pierwszym zdaniu użył słów policja, prokuratura i „nie interesują mnie warunki pracy”. Miało to ten skutek, że właściciel szwalni natychmiast przypomniał sobie o tym, iż w zasadzie Aminie należy się urlop.
Rusłan i tak popołudnia spędzał w świetlicy, więc do siedemnastej Amina mogła pracować dla Piotra.
Teraz siedzieli naprzeciwko dwóch chłopaków w jeansowych bluzach z naszywkami przedstawiającymi literkę A wpisaną w koło, oraz drobnej dziewczyny z dredami, zbyt mocnym makijażem i w butach desantowych. Czarna róża utworzona z cekinów na jej piersi nie pasowała do reszty stroju.
— Nie znajdziesz już osiedla w mieście, na którym ich nie ma. Antoniuk, Przydworcowe, zielone wzgórza, Meksyk… Meksyk to kiedyś była hiperpunkowa dzielanka. A teraz? Wszędzie ten szajs. Gliniarze i politycy ściemniają, że to nie są przestępstwa nienawiści tylko incydenty. No to namnożyli się jak mszyce.
Drugi chłopak podrapał policzek. Mimowolnie podciągnięty rękaw ukazał tatuaż, przedstawiający postać rozbijającą gitarę, wzorowany na okładce płyty The Clash.
Piotr podświadomie wyczuł, że to on jest przywódcą grupy. Widać to było w zdecydowanych ruchach i w oczach dziewczyny.
— Wtedy to ja zacząłem. Wcześniej narodowcy skopali mojego kumpla z Boliwii, studiuje w Wilnie i przyjechał na koncert. Nawet Pan nie wie ilu ludzi słucha tam polskiego punka. Więc jak ten burak zaczął się drzeć: „Polska cała tylko biała”. Pacior na niego wołają, znamy się z widzenia. To nie wytrzymałem i powiedziałem żeby się zamknął. Od słowa do słowa zaczęliśmy się szarpać. A ten, o którego pan pyta, to próbował nas uspokajać, ale mentownia zabrała wszystkich razem do „suki”. I nie wnikali. Byłeś tam to jesteś winny.
Piotr i Amina czekali jeszcze chwilę, ale nikt z młodych ludzi już się nie odezwał.
— Zostawię wam wizytówki, jakbyście sobie coś przypomnieli, to dzwońcie. — Piotr nie liczył zbytnio na telefon z ich strony.
***
Klientów McDonalda można było z grubsza podzielić na trzy grupy.
Dzieci, które zainteresowane były głównie zabawką, a kanapkę musiał za nich zjadać ojciec.
Kierowcy, którzy woleli zjeść coś, co ma niezbyt wyrafinowany, ale znajomy smak, zamiast ryzykować, że trafią na coś całkowicie niejadalnego oraz młodzieńcy, którzy postanowili nie wiadomo, dlaczego zamiast do kawiarni zaprosić tutaj swoje dziewczyny, a one na wysokich obcasach i z doklejonymi rzęsami zdawały się być zadowolone z tego wyboru.
Panował hałas. Manager Magda bardziej domyśliła się niż usłyszała, o co mu chodzi. Piotr jej nie znał, ale imię miała wypisane na plakietce przypiętej do piersi. Wskazała mu drugi koniec sali gdzie znajdowały się drzwi zabezpieczone zamkiem szyfrowym. Po chwili otworzyła je od środka i Piotr wszedł do wąskiego korytarza zastawionego wózkami z odmrażającymi się bułkami.