WSTĘP
Są miejsca, o których ludzie nie mówią głośno. Nie dlatego, że nie mają o nich nic do powiedzenia, lecz dlatego, że czasami samo wypowiedzenie ich nazwy może sprawić, że coś, co powinno pozostać uśpione, zacznie się budzić.
Wysoko pośród gór, tam gdzie zimą śnieg przykrywa całe doliny, a wiatr potrafi przez wiele godzin wyć między skałami, znajdowało się miejsce, którego mieszkańcy pobliskiego miasteczka unikali od pokoleń. Nazywano je Kruczą Skałą. Nad stromymi zboczami górowały tam czarne skały, stare lasy i ruiny zamku, którego wieże ginęły w chmurach. Z daleka wyglądał jak cień przyklejony do zbocza góry. Czasami, kiedy pogoda była wyjątkowo zła, zamek znikał całkowicie i pojawiał się ponownie dopiero po kilku dniach. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się działo.
Najstarsi mieszkańcy miasteczka znali jednak pewną historię. Powtarzano ją przy kominkach, kiedy za oknami szalała śnieżyca, lecz zawsze ściszonym głosem. Dawno temu w górach mieszkała kobieta, która potrafiła rozmawiać z rzeczami, których zwykli ludzie nie potrafili nawet zobaczyć. Niektórzy nazywali ją czarownicą, inni wiedźmą, a jeszcze inni twierdzili, że była strażniczką czegoś znacznie starszego niż sam zamek. Mówiono, że zawierała umowy z ludźmi i że każda z nich miała swoją cenę. Nikt jednak nie wiedział, jaka była największa z tych umów.
Wiedzieli tylko jedno.
Nigdy nie należy prosić o coś, czego naprawdę nie jesteśmy gotowi stracić.
Drugą częścią legendy był biały wilk. Pojawiał się w lesie od wielu lat. Zawsze samotny. Zawsze milczący. Jego sierść była tak jasna, że w czasie śnieżycy niemal znikał na tle gór, a jego oczy miały niezwykły, jasny blask. Myśliwi próbowali go tropić, lecz nigdy nie znaleźli jego legowiska. Psy odmawiały podążania jego śladem, a konie płoszyły się, kiedy tylko wyczuły jego obecność. Ludzie mówili, że wilk nie atakuje bez powodu. Pojawiał się tylko wtedy, gdy ktoś znalazł się w niebezpieczeństwie.
Alicja znała te historie od dziecka.
Nigdy jednak nie traktowała ich poważnie.
Dla niej Krucza Skała była tylko odległą górą, którą czasami można było zobaczyć z okna podczas bezchmurnych dni. Zamek był jedynie ciemną plamą na skalistym zboczu, a biały wilk — legendą, którą dorośli straszyli dzieci, żeby nie chodziły samotnie do lasu.
Alicja miała swoje własne życie, swoje problemy i pytania, na które nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Największym z nich było pytanie o przeszłość. O ojca, którego prawie nie pamiętała. O wspomnienia, które czasami pojawiały się w jej snach i znikały, zanim zdążyła je uchwycić. Pamiętała pojedyncze obrazy: ciepło kominka, zapach starego drewna, czyjeś dłonie, głos opowiadający jej historię przed snem. Nie wiedziała jednak, czy były to prawdziwe wspomnienia, czy tylko fragmenty snów.
Z czasem przestała pytać.
Aż nadeszła zima, podczas której wszystko miało się zmienić.
Pierwszy śnieg spadł wcześniej niż zwykle. W ciągu jednej nocy przykrył dachy domów, wąskie uliczki i pola ciągnące się aż pod las. Góry zniknęły za białą zasłoną, a mieszkańcy zamknęli okiennice i przygotowali się na długie, mroźne tygodnie. Jednak tej zimy coś było nie tak.
Zwierzęta zaczęły zachowywać się dziwnie.
Ptaki znikały z lasu.
Psy szczekały nocami w stronę gór, choć nie było tam nikogo.
A czasami, kiedy wiatr ucichał, mieszkańcy słyszeli z daleka pojedyncze wycie.
Nikt nie chciał o tym rozmawiać.
Alicja również.
Do pewnego wieczoru.
Stała wtedy przy oknie swojego pokoju i patrzyła na śnieg wirujący w świetle latarni. Nagle coś poruszyło się między drzewami. Początkowo pomyślała, że to cień. Potem zobaczyła białą sylwetkę.
Wilk wyszedł z lasu.
Zatrzymał się na skraju drzew i spojrzał prosto na jej okno.
Alicja nie wiedziała, dlaczego, ale poczuła wtedy coś dziwnego. Nie strach. Raczej wrażenie, że właśnie zobaczyła kogoś, na kogo czekała, choć przez całe życie nie wiedziała, że na niego czeka.
Wilk przez chwilę stał nieruchomo.
Potem odwrócił się i ruszył w stronę lasu.
Zatrzymał się jeszcze raz.
Spojrzał za siebie.
Jakby chciał sprawdzić, czy Alicja pójdzie za nim.
Dziewczynka nie wiedziała wtedy, dokąd prowadziła ścieżka wydeptana przez białe łapy. Nie wiedziała, co znajduje się za linią drzew ani dlaczego odległe góry wydawały się nagle bliższe niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie wiedziała, że tej samej nocy w jednym z okien starego zamku zapaliło się światło.
Nie wiedziała, że ktoś od dawna czekał na jej przybycie.
I nie wiedziała, że pierwsze spotkanie z białym wilkiem było początkiem historii, której nie dało się już zatrzymać.
Bo niektóre tajemnice można ukrywać przez lata.
Można zamykać je w starych zamkach, zakopywać pod śniegiem, wymazywać z pamięci i strzec zaklęciami.
Ale jeśli tajemnica należy do ciebie, prędzej czy później sama odnajdzie drogę do domu.
Alicja miała właśnie poznać swoją.
ROZDZIAŁ I
Miasteczko leżało u podnóża gór tak długo, że jego mieszkańcy przestali już pamiętać, kiedy dokładnie powstały pierwsze domy. Starsi ludzie twierdzili, że pierwsze chaty postawiono tutaj jeszcze wtedy, gdy las był znacznie mniejszy, a ścieżki prowadzące w góry nie zarastały mchem. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, kto jako pierwszy zdecydował, że właśnie w tym miejscu powinno powstać ludzkie osiedle. Jedni mówili, że przyciągnęła ich żyzna dolina i czysta woda spływająca ze zboczy. Inni twierdzili, że dawni osadnicy uciekali przed wojną i szukali miejsca, którego nie znajdą żołnierze. Byli też tacy, którzy szeptali, że to nie ludzie wybrali to miejsce, lecz góry wybrały ludzi. Zimą miasteczko wyglądało jak wyjęte z dawnej opowieści. Dachy małych drewnianych domów uginały się pod ciężarem śniegu, wąskie uliczki znikały pod zaspami, a kamienne schody prowadzące do starszych budynków stawały się śliskie i niemal niewidoczne. Z kominów nieustannie unosiły się smugi dymu, które przy bezwietrznej pogodzie zawisały nad domami i mieszały z bladą mgłą. Na rynku stała stara studnia, której kamienne obrzeże było tak gładkie od upływu lat, że zimą pokrywało się grubą warstwą lodu. Nieopodal znajdował się niewielki kościół z wysoką, spiczastą wieżą oraz karczma, której okna wieczorami świeciły ciepłym, żółtym blaskiem. To właśnie tam mieszkańcy spotykali się po zmroku, rozmawiali o pogodzie, cenach drewna, nadchodzących śnieżycach i wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia. Jednak były tematy, których przy stołach nie poruszano nigdy. Jednym z nich był zamek.
Dalej, za ostatnimi domami, zaczynał się las. Gęsty, ciemny i tak stary, że najstarszy człowiek w miasteczku zwykł powtarzać, iż pamięta czasy, kiedy drzewa były jeszcze młode. Nikt nie traktował tego dosłownie, ale nikt też nie śmiał się z jego słów. Las miał bowiem coś, czego nie miały inne lasy. Nawet w południe, kiedy słońce wisiało wysoko nad doliną, pomiędzy jego pniami panował półmrok. Światło wpadało tam wąskimi smugami i zatrzymywało się na warstwie śniegu, który pozostawał niemal nietknięty. Zimą drzewa wyglądały jak olbrzymie, czarne postacie pochylające się nad białą ziemią. Ich gałęzie skrzypiały podczas mroźnych nocy, a kiedy wiatr przechodził pomiędzy pniami, wydawało się czasem, że las szepcze. Nad nim wyrastały góry. Ogromne, surowe i niemal zawsze częściowo ukryte w chmurach. Najwyższe szczyty przez większą część roku pokrywał śnieg, który w blasku księżyca przybierał srebrzysty kolor. Jednak mieszkańcy nie bali się samych gór. Bali się tego, co znajdowało się wysoko ponad nimi. Na jednym z kamiennych zboczy, w miejscu, gdzie skalna ściana przechodziła w urwisko, stał zamek. Z daleka wyglądał jak część góry. Ciemne mury wyrastały ze skał, wysokie wieże ginęły w chmurach, a wąskie okna przypominały czarne szczeliny. Zbudowano go tak dawno, że nikt nie pamiętał imienia pierwszego właściciela. Oficjalnie od wielu lat stał pusty. Tak przynajmniej głosiły opowieści. Starsi mieszkańcy twierdzili jednak, że w niektóre zimowe noce w jednej z wież pojawia się światło. Czasami czerwone. Czasami niebieskie. Niekiedy tak blade, że wyglądało jak odbicie księżyca. Nikt nigdy nie odważył się wejść na górską ścieżkę prowadzącą do zamku. A ci, którzy próbowali, podobno zawsze wracali przed zmrokiem i nigdy nie chcieli powiedzieć, co zobaczyli.
Alicja miała jedenaście lat i od dawna zauważała, że dorośli zachowują się inaczej, kiedy ktoś wspomina zamek. Rozmowy cichły. Ludzie spoglądali w stronę okien, jakby chcieli upewnić się, że nikt ich nie słucha. Niektórzy robili znak ochronny na piersi, inni spluwali przez ramię albo zmieniali temat. Alicja nie rozumiała tego zachowania. Dla niej zamek był przede wszystkim tajemniczym miejscem widocznym z daleka, miejscem, które pobudzało wyobraźnię. Przez całe dzieciństwo słyszała różne historie na jego temat. Jedni mówili, że mieszkała tam kiedyś księżniczka, która zniknęła bez śladu. Inni twierdzili, że w podziemiach zamku znajdowały się tunele prowadzące pod całymi górami. Była też opowieść o kobiecie, która podobno znała magię starszą od samego miasteczka. Nikt nie mówił o niej głośno. Kiedy Alicja zapytała kiedyś starszą sąsiadkę, kim była ta kobieta, starsza pani tylko ścisnęła mocniej różaniec i odpowiedziała: „Niektóre imiona nie powinny być wypowiadane”. Najbardziej dziwnie zachowywała się jednak matka Alicji. Za każdym razem, kiedy córka pytała o zamek, odpowiadała tylko: „Nie interesuj się tym”. A kiedy Alicja pytała o ojca, odpowiedź była jeszcze krótsza. „Nie ma go”. Dziewczynka nigdy nie potrafiła zrozumieć, co właściwie oznaczały te słowa. Czy nie żył? Czy odszedł? Czy gdzieś mieszkał? Dlaczego nikt nie chciał o nim rozmawiać? Alicja nie znała jego twarzy, głosu ani dłoni. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek siedział przy jej łóżku albo prowadził ją za rękę przez śnieg. Nie miała nawet jego portretu. Jedyną rzeczą, która przypominała jej, że kiedyś istniał ktoś jeszcze, był mały srebrny medalion przechowywany przez matkę w starej drewnianej skrzyni.
Medalion był niezwykły. Nie wyglądał jak kosztowna biżuteria. Srebro było miejscami pociemniałe, na krawędziach widoczne były drobne zadrapania, a zawieszka miała kształt starego półksiężyca otoczonego cienkimi liniami, które z bliska przypominały splątane gałęzie. Pewnego dnia, kilka lat wcześniej, matka wyjęła go ze skrzyni i bez słowa podała Alicji. Dziewczynka zapytała wtedy, do kogo należał. Matka długo milczała, zanim odpowiedziała: „Do kogoś, kto chciał, żebyś go kiedyś miała”. To było wszystko. Od tamtej pory Alicja często trzymała medalion w dłoni, szczególnie wtedy, kiedy czuła się samotna. Nigdy nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Czasami odnosiła wrażenie, że srebro staje się cieplejsze, kiedy patrzy w stronę gór. Zdarzało się również, że budziła się w środku nocy z dziwnym poczuciem, że ktoś ją woła. Nie słyszała wtedy żadnych słów. Było to raczej wrażenie obecności, jakby gdzieś daleko ktoś czekał.
Tego ranka śnieg padał od świtu. Za oknem małego domu na końcu ulicy świat wyglądał niemal zupełnie biało. Płoty znikały pod zaspami, drzewa uginały się pod ciężarem śniegu, a ścieżka prowadząca do lasu była już prawie niewidoczna. W piecu trzaskał ogień, a w kuchni pachniało świeżym chlebem, suszonymi ziołami i drewnem. Alicja siedziała przy oknie i obserwowała płatki wirujące za szybą. Jej matka krzątała się przy stole, przygotowując śniadanie. Była kobietą spokojną i cichą. Miała ciemne włosy, które zwykle wiązała z tyłu głowy, i twarz, na której czas pozostawił niewiele śladów, ale Alicja coraz częściej zauważała w jej oczach zmęczenie. Nie zwyczajne zmęczenie po pracy. Było w niej coś głębszego. Jakby od wielu lat spała zbyt mało, ponieważ każdej nocy czekała na coś, czego bardzo się bała. — Nie wychodź dzisiaj do lasu — powiedziała nagle, nie odwracając się. Alicja spojrzała na nią. — Dlaczego? — Będzie śnieżyca. — Jeszcze jej nie ma. — Będzie. — Skąd wiesz? Matka zatrzymała się przy stole. Przez chwilę trzymała dłonie nieruchomo nad miską. — Po górach. Alicja zmarszczyła brwi. Wiedziała, że matka nie mówi o pogodzie. — Co jest w górach? Kobieta powoli odwróciła się. — Nic. — Przecież jest tam zamek. Twarz matki natychmiast stężała. — Alicjo. — Tak? — Nigdy nie idź w tamtą stronę. — Dlaczego? — Bo cię proszę. Dziewczynka chciała zapytać ponownie, ale zobaczyła jej spojrzenie. Było w nim coś, czego nie widziała wcześniej. Nie złość. Strach. Prawdziwy, głęboki strach.
Alicja zjadła śniadanie i pomogła posprzątać stół, ale myślami wciąż wracała do słów matki. Im bardziej próbowała o nich zapomnieć, tym bardziej wracały. Po południu wyszła przed dom po drewno. Powietrze było nieruchome, a śnieg padał coraz gęściej. W oddali góry znikały za białą zasłoną. Alicja podniosła jeden z kawałków drewna i wtedy zauważyła coś pomiędzy drzewami. Cień. Stał na skraju lasu, częściowo ukryty za pniem. Dziewczynka zamarła. Kształt był wysoki i jasny. Przez sekundę miała wrażenie, że patrzy na nią para oczu. Potem cień zniknął. Alicja stała jeszcze chwilę, nasłuchując. Nic. Tylko wiatr. — Pewnie sarna — powiedziała cicho. Ale sama nie wierzyła w swoje słowa.
Wieczorem wiatr rzeczywiście przybrał na sile. Śnieg zaczął uderzać w okiennice, a drzewa za domem skrzypiały pod ciężarem białego puchu. Matka zamknęła wszystkie okna i zasunęła zasłony. Alicja siedziała przy ogniu z książką na kolanach. Była to stara księga z opowieściami o dawnych królestwach, czarodziejach i stworzeniach, które według autora dawno wyginęły. Dziewczynka lubiła czytać o rzeczach, których nie rozumiała. Tego wieczoru jej uwagę przyciągnął opis białego wilka. Według starej legendy białe wilki miały pojawiać się w górach tylko wtedy, kiedy budziła się dawna magia. Nie polowały na ludzi. Nie atakowały bez powodu. Wierzono, że potrafiły rozpoznać człowieka, który potrzebował ochrony. Alicja przeczytała fragment jeszcze raz. — Mamo? — Tak? — Czy białe wilki naprawdę istnieją? Łyżka wypadła z dłoni kobiety i uderzyła o drewniany stół. Przez kilka sekund żadna z nich się nie odezwała. — Skąd to pytanie? — Mam w książce. Matka podeszła do niej i spojrzała na otwartą stronę. — Jakie białe wilki? — Takie jak w legendzie. Kobieta zamknęła książkę. — Niektóre historie powinny pozostać historiami. — Ale istnieją? — Alicjo, idź spać. — Mamo… — Idź spać — powtórzyła stanowczo.
Dziewczynka posłuchała, ale tej nocy długo nie mogła zasnąć. Wiatr wył za ścianami domu, śnieg przesypywał się po dachu, a gałęzie uderzały o okiennice. W pewnym momencie wszystko ucichło. Cisza była tak nagła, że Alicja otworzyła oczy. Przez kilka sekund leżała bez ruchu. Potem usłyszała wycie. Długie, głębokie i niezwykle smutne. Nie przypominało odgłosu zwykłego wilka. Zdawało się dochodzić z samego serca gór. Alicja usiadła na łóżku. Wycie powtórzyło się, tym razem bliżej. Dziewczynka wstała i podeszła do okna. Ostrożnie odsunęła zasłonę. Za szybą szalała śnieżyca. Ogród był niemal niewidoczny. A jednak na skraju lasu zobaczyła jasny kształt. Stał nieruchomo pośród śniegu. Był ogromny. Zbyt duży, by przypominać zwykłego wilka. Przez chwilę Alicja patrzyła na niego bez ruchu. Wydawało jej się, że zwierzę patrzy prosto na jej okno. Potem błysnęło światło, wiatr poderwał śnieg i postać zniknęła.
Następnego ranka Alicja próbowała przekonać samą siebie, że wszystko jej się przyśniło. Kiedy jednak wyszła przed dom, zobaczyła ślady łap. Prowadziły od lasu aż pod jej okno. Były ogromne. Każdy odcisk był głęboki, wyraźny i świeży. Alicja przykucnęła i dotknęła śniegu. Ku jej zdumieniu był on cieplejszy wokół jednego ze śladów, jakby łapa zwierzęcia pozostawiła po sobie nie tylko odcisk, ale również ciepło. — Alicjo! Głos matki wyrwał ją z zamyślenia. Dziewczynka odwróciła się. Kobieta stała w drzwiach. Kiedy zobaczyła ślady, zbladła. — Wejdź do domu. — Ale… — Natychmiast. Alicja nigdy wcześniej nie słyszała w jej głosie takiego strachu. Weszła do środka. Matka zamknęła drzwi, zasunęła rygiel i przez dłuższą chwilę stała przy nich nieruchomo. — To był wilk? — zapytała Alicja. — Nie wiem. — Wiesz. Matka spojrzała na nią. — Nie wszystko, co mieszka w lesie, chce cię skrzywdzić. Alicja poczuła dreszcz. — Co to znaczy? Kobieta odwróciła wzrok. — Nic. Zapomnij.
Tego samego dnia Alicja po raz pierwszy postanowiła złamać zakaz. Nie zrobiła tego z przekory. Nie chciała też udowodnić matce, że jest odważna. Po prostu musiała wiedzieć, czym było stworzenie, które przez noc stało pod jej oknem. Kiedy matka wyszła do sąsiadki, Alicja założyła płaszcz, wełnianą czapkę i wysokie buty. Przez chwilę stała przy drzwiach. Potem wyjęła z kieszeni medalion. Srebro było zimne, ale kiedy zacisnęła je w dłoni, poczuła delikatne ciepło. Nie wiedziała, dlaczego zabiera go ze sobą. Miała jednak wrażenie, że powinna. Wyszła z domu i skierowała się w stronę lasu.
Las przywitał ją ciszą. Śnieg tłumił każdy krok. Drzewa stały nieruchomo, a ich gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Im dalej szła, tym bardziej znikały odgłosy miasteczka. Najpierw przestała słyszeć dzwony kościoła. Potem nie słyszała już szczekających psów. W końcu nie było niczego poza skrzypieniem śniegu i własnym oddechem. Ślady pojawiły się po kilku minutach. Były takie same jak te przed domem. Wielkie, głębokie, prowadzące w głąb lasu. Alicja szła za nimi, choć coraz częściej spoglądała za siebie. W pewnym momencie zauważyła na jednym z drzew znak. Zatrzymała się. Na ciemnej korze wyryto symbol przypominający półksiężyc otoczony cienkimi liniami. Identyczny jak na medalionie.
Wyciągnęła rękę.
Gdy dotknęła znaku, poczuła ciepło. Nie delikatne, lecz gwałtowne, niemal przeszywające. Symbol rozbłysnął bladym, srebrzystym światłem. Alicja cofnęła dłoń. Światło zgasło, ale przez chwilę jeszcze widziała je pod powiekami. Z głębi lasu dobiegł trzask gałęzi. Dziewczynka odwróciła się.
Między drzewami stał biały wilk.
Alicja zamarła. Tym razem nie był cieniem widzianym przez okno ani śladem pozostawionym na śniegu. Stał naprawdę. Kilkanaście kroków od niej. Był wysoki, potężny i niezwykle spokojny. Jego sierść była tak biała, że niemal zlewała się ze śniegiem, lecz srebrzyste pasma na karku połyskiwały w bladym świetle dnia. Miał szeroką klatkę piersiową, długie łapy i ogromny ogon. Wyglądał jak stworzenie należące do tego lasu od zawsze. Najbardziej niezwykłe były jednak jego oczy. Bursztynowe. Jasne. Uważne. Nie było w nich dzikości ani głodu. Nie było też strachu. Było coś, czego Alicja nie potrafiła nazwać. Smutek. Czujność. I dziwne wrażenie, że zwierzę czekało na jej przybycie.
Dziewczynka nie uciekła.
— To ty — wyszeptała.
Wilk przechylił głowę.
Alicja zrobiła jeden krok.
Nie poruszył się.
Zrobiła drugi.
Nadal stał spokojnie.
— Nie boisz się mnie?
Wilk powoli usiadł.
Alicja poczuła, że może podejść bliżej. Nie rozumiała tego. Wszystko, czego nauczyła się o dzikich zwierzętach, mówiło jej, że powinna zachować dystans. Tymczasem zamiast strachu czuła coś zupełnie innego. Ciepło. Jakby patrzyła na kogoś znajomego, choć przecież nigdy wcześniej go nie widziała.
Kiedy znalazła się kilka kroków od niego, wilk podniósł się i ruszył w jej stronę. Każdy jego krok był cichy. Zatrzymał się tuż przed nią. Był tak duży, że jego głowa znajdowała się niemal na wysokości jej ramienia.
Alicja wyciągnęła rękę.
Zawahała się.
Potem dotknęła jego sierści.
Była niezwykle miękka i ciepła.
Wilk zamknął oczy.
Alicja poczuła łzy pod powiekami. Nie wiedziała dlaczego.
— Dlaczego mam wrażenie, że cię znam?
Wilk otworzył oczy.
W tej samej chwili medalion ukryty pod jej płaszczem zrobił się gorący.
Alicja gwałtownie cofnęła rękę i wyjęła srebrny przedmiot. Półksiężyc zaczął delikatnie świecić. Wilk zbliżył pysk i dotknął medalionu nosem.
Światło rozlało się pomiędzy nimi.
Alicja usłyszała szum.
Nie dochodził z lasu.
Dochodził z jej własnej głowy.
Przez krótką chwilę zobaczyła obraz.
Mężczyzna.
Stał na tej samej polanie.
Miał ciemne włosy i bursztynowe oczy.
W ramionach trzymał małą dziewczynkę.
Dziewczynkę, która wyglądała dokładnie jak Alicja.
Obraz zniknął.
Alicja cofnęła się gwałtownie.
— Kim jesteś?
Wilk patrzył na nią długo. W jego oczach pojawiło się coś, co przypominało ból. Potem podniósł łapę i delikatnie dotknął jej dłoni.
Ciepło przeszyło jej palce.
I wtedy Alicja usłyszała głos.
Nie w uszach.
W swoim umyśle.
Alicjo.
Dziewczynka pobladła.
— Ty znasz moje imię?
Wilk spuścił głowę.
Alicjo…
— Skąd?
Zwierzę spojrzało w stronę gór.
Alicja również podniosła wzrok.
Ponad koronami drzew, za zasłoną mgły, widoczny był zamek. Jedna z jego wież wyłaniała się z chmur. W najwyższym oknie paliło się światło.
Nagle zgasło.
Wilk zesztywniał.
Alicja usłyszała trzask gałęzi.
Ktoś był w lesie.
— Kto tam?
Nie było odpowiedzi.
Wilk natychmiast stanął przed Alicją. Jego ciało zasłoniło ją niemal całkowicie. Sierść na karku uniosła się, a z gardła wydobył się niski pomruk. Dziewczynka cofnęła się o krok.
Z ciemności dobiegł kolejny szelest.
Potem trzask.
A potem cisza.
Wilk nadal patrzył pomiędzy drzewa.
Alicja poczuła, że coś obserwuje ich z ukrycia.
— Musimy stąd iść?
Wilk spojrzał na nią.
Po chwili odwrócił się i ruszył.
Po kilku krokach obejrzał się przez ramię.
Czekał.
Alicja podążyła za nim.
Nie prowadził jej jednak w stronę zamku. Skręcił w boczną ścieżkę, która znikała pomiędzy starymi drzewami. Szli przez kilka minut, aż dotarli do niewielkiej polany. Pośrodku znajdował się kamień częściowo zasypany śniegiem. Jego powierzchnię pokrywały stare symbole.
Jeden z nich był identyczny jak znak na medalionie.
Alicja uklękła.
— Co to jest?
Wilk podszedł do kamienia.
Położył łapę na śniegu.
Ziemia pod ich stopami lekko zadrżała.
Znaki rozbłysły srebrnym światłem.
Alicja poczuła zawrót głowy.
Przed jej oczami pojawił się kolejny obraz.
Mężczyzna.
Ten sam, którego widziała wcześniej.
Stał przy kamieniu.
Obok niego znajdowała się młoda kobieta.
A między nimi mała dziewczynka.
Alicja.
Mężczyzna trzymał ją za rękę.
Obraz zaczął się rozpływać.
Pojawił się zamek.
Czarna wieża.
Kobieta stojąca w cieniu.
Światło.
Krzyk.
Potem wszystko zniknęło.
Alicja otworzyła oczy.
Oddychała szybko.
— Kim był ten człowiek?
Wilk nie odpowiedział.
Dziewczynka spojrzała na niego.
— Znałeś go?
Bursztynowe oczy patrzyły na nią w milczeniu.
— Czy on żyje?
Wilk odwrócił wzrok.
Alicja poczuła ścisk w gardle.
Nie znała odpowiedzi.
Ale wiedziała jedno.
Wilk wiedział więcej, niż chciał jej pokazać.
Dziewczynka wyciągnęła dłoń i dotknęła jego pyska.
— Kimkolwiek jesteś… dziękuję, że mnie znalazłeś.
Wilk zamknął oczy.
Przez chwilę stali tak w całkowitej ciszy.
Potem zwierzę podniosło głowę i spojrzało w stronę gór.
Alicja podążyła za jego wzrokiem.
Zamek był teraz wyraźniejszy.
W jednym z okien ponownie pojawiło się światło.
Tym razem nie czerwone.
Białe.
Medalion w dłoni Alicji lekko zadrżał.
— Chcesz, żebym tam poszła?
Wilk spojrzał na nią.
Nie odpowiedział.
Ale jego spojrzenie wystarczyło.
Alicja poczuła, że ta noc nie była przypadkiem.
Ktoś lub coś chciało, żeby zobaczyła zamek.
Chciało również, żeby zaczęła zadawać pytania.
— Najpierw muszę porozmawiać z mamą — powiedziała.
Wilk odwrócił się.
Ruszył między drzewa.
Alicja zrobiła kilka kroków za nim, lecz po chwili zatrzymała się. Białej sylwetki już nie było. Pozostały tylko ślady łap prowadzące w głąb lasu.
Dziewczynka spojrzała na medalion.
Potem na góry.
I po raz pierwszy poczuła, że tajemnica, którą matka przez tyle lat próbowała przed nią ukryć, nie dotyczyła wyłącznie przeszłości.
Dotyczyła jej samej.
Kiedy wróciła do domu, matka stała przy stole. Wyglądała, jakby czekała.
Jej wzrok natychmiast padł na medalion.
Potem na śnieg na butach Alicji.
Kobieta pobladła.
— Gdzie byłaś?
Alicja zamknęła za sobą drzwi.
— W lesie.
Matka podeszła do niej.
— Mówiłam ci, żebyś tam nie szła.
— Wiem.
— Alicjo…
— Spotkałam wilka.
Kobieta znieruchomiała.
Przez długą chwilę żadna z nich się nie odezwała.
— Białego? — zapytała w końcu matka.
Alicja skinęła głową.
— Skąd wiedziałaś?
Matka zamknęła oczy.
— Co ci zrobił?
— Nic. Chronił mnie.
Kobieta spojrzała na córkę z wyrazem twarzy, którego Alicja nie potrafiła odczytać.
— Mamo, kim on jest?
Matka milczała.
— Dlaczego zna moje imię?
Cisza.
— Dlaczego medalion zareagował, kiedy go dotknął?
Kobieta odwróciła się w stronę okna.
— Nie powinnaś była go spotkać.
— Ale spotkałam.
— To niebezpieczne.
— Dla mnie?
Matka długo nie odpowiadała.
— Dla wszystkich — powiedziała w końcu.
Alicja ścisnęła medalion.
— A zamek?
Kobieta gwałtownie odwróciła głowę.
— Co z zamkiem?
— Widziałam go.
Matka zrobiła krok w jej stronę.
— Nigdy tam nie idź.
— Dlaczego?
— Bo są miejsca, z których człowiek nie wraca taki sam.
Alicja patrzyła na nią przez chwilę.
Chciała zapytać o ojca.
Chciała zapytać, kim był mężczyzna z jej wspomnienia.
Chciała zapytać, dlaczego biały wilk patrzył na nią tak, jakby znał ją od zawsze.
Ale coś ją powstrzymało.
Jeszcze nie teraz.
Po raz pierwszy poczuła bowiem, że prawda może być znacznie większa i bardziej niebezpieczna, niż sobie wyobrażała.
Matka podeszła do okna i zasunęła zasłonę.
— Obiecaj mi jedno — powiedziała.
— Co?
— Jeśli zobaczysz tego wilka jeszcze raz… nie idź za nim.
Alicja spojrzała na medalion.
— Dlaczego?
Matka przez chwilę milczała.
— Bo on nie pojawił się w twoim życiu przypadkiem.
Za oknem wiatr poruszył gałęziami.
Daleko, wysoko w górach, w jednym z okien czarnego zamku pojawiło się światło.
Alicja spojrzała w jego stronę.
Tym razem miała pewność, że nie było to złudzenie.
Ktoś stał za szybą.
Ktoś patrzył prosto na jej dom.
A potem światło zgasło.
Dziewczynka nie wiedziała jeszcze, kim był biały wilk.
Nie wiedziała, kim była tajemnicza postać w zamku.
Nie wiedziała, dlaczego jej medalion reagował na stare symbole ani dlaczego od chwili spotkania z wilkiem coraz częściej przypominała sobie fragmenty dzieciństwa, których wcześniej nie pamiętała.
Wiedziała tylko jedno.
W lesie znajdowało się coś, co znało jej imię.
W górach znajdował się zamek, którego bali się wszyscy dorośli.
A pomiędzy nimi istniała tajemnica związana z jej rodziną.
Tajemnica, której matka nie chciała jej wyjawić.
Tej nocy Alicja położyła medalion pod poduszką i długo patrzyła w ciemność.
Tuż przed zaśnięciem usłyszała jeszcze jedno, bardzo ciche wycie.
Tym razem nie dochodziło jednak z lasu.
Dochodziło z gór.
A gdzieś wysoko, za czarnymi murami zamku, ktoś otworzył starą księgę.
Na pierwszej stronie widniał srebrny znak identyczny z tym, który nosiła Alicja.
A pod nim jedno zdanie:
„Kiedy dziecko odnajdzie znak, przeszłość zacznie wracać.”
ROZDZIAŁ II
Noc minęła Alicji niespokojnie. Kilka razy budziła się z przekonaniem, że ktoś stoi przed jej domem i patrzy w okno, lecz za każdym razem, gdy gwałtownie podnosiła głowę z poduszki, widziała jedynie ciemny pokój, srebrzystą poświatę księżyca przesuwającą się po drewnianej podłodze i cienie nagich gałęzi tańczące na ścianach. Stary dom skrzypiał jak zwykle, wiatr wciskał się przez szczeliny w okiennicach, a gdzieś pod dachem coś małego przebiegło z szelestem. Jednak tego ranka wszystko wydawało się inne. Alicja usiadła na łóżku i przez chwilę nie ruszała się, nasłuchując. W głowie wciąż miała obraz białego kształtu stojącego poprzedniej nocy na skraju lasu. Nie potrafiła powiedzieć, czy naprawdę go widziała, czy też był tylko snem, który stał się zbyt wyraźny. Za szybą świat był całkowicie biały. Śnieg padał przez całą noc i przykrył dachy domów, płoty, wąskie uliczki oraz stare kamienie prowadzące w stronę lasu. Nad miasteczkiem wisiała ciężka, szara mgła, tak gęsta, że najwyższe domy po drugiej stronie ulicy wyglądały jak cienie. Góry zniknęły za mleczną zasłoną, jakby ktoś odciął je od reszty świata. Alicja odruchowo dotknęła medalionu. Metal był zimny, ale po chwili stał się przyjemnie ciepły. Dziewczynka zmarszczyła brwi. Przez moment miała wrażenie, że wewnątrz srebrnego przedmiotu coś pulsuje. Jak bardzo słabe bicie serca. Odsunęła dłoń i spojrzała na medalion. Był zupełnie nieruchomy. — To tylko wyobraźnia — szepnęła, choć sama nie wierzyła w swoje słowa. Szybko się ubrała, włożyła grubą wełnianą suknię, ciemny płaszcz i stare buty, które należały kiedyś do jej matki. Zanim zeszła na dół, spojrzała jeszcze raz w stronę okna. I wtedy zobaczyła coś, co sprawiło, że zamarła. Na śniegu, tuż za ogrodzeniem, znajdowały się ślady łap. Prowadziły od lasu prosto pod jej dom. Były ogromne, głębokie i wyraźne, jakby zwierzę przeszło tędy niedawno. Zatrzymywały się dokładnie pod jej oknem, a dalej nie prowadziły już nigdzie. Alicja podeszła bliżej szyby. Przez chwilę patrzyła na nie bez słowa. Wiedziała, że biały wilk wrócił. Nie wiedziała tylko, dlaczego przyszedł właśnie tutaj i czego od niej chciał. Zeszła na dół, zabrała kawałek chleba, narzuciła płaszcz i wyszła przed dom. Powietrze było lodowate. Śnieg skrzypiał pod jej butami, a z ust natychmiast wydobywały się obłoczki pary. Przez chwilę stała nieruchomo i patrzyła na ślady. Jeden z nich znajdował się niemal dokładnie pod jej oknem. Alicja przykucnęła i dotknęła odcisku palcem. W tej samej chwili wydarzyło się coś dziwnego. Śnieg wokół jej dłoni lekko zadrżał. Z głębi odcisku uniosły się drobne, srebrzyste iskry. Było ich zaledwie kilka. Zawirowały nad ziemią, po czym zgasły. Alicja gwałtownie cofnęła rękę i rozejrzała się po pustej ulicy. — Co to było? Nikt jej nie odpowiedział. Z domu dobiegał przytłumiony stuk naczyń. Matka była w kuchni i najwyraźniej nie zauważyła, że córka wyszła. Alicja jeszcze raz spojrzała na ślad. Tym razem nie wydarzyło się nic. Mimo to poczuła, że właśnie zobaczyła coś, czego nie powinna była zobaczyć. Ruszyła tropem. Ślady prowadziły wzdłuż płotu, następnie przez mały ogród, aż do starej bramy. Alicja otworzyła ją ostrożnie. Miasteczko dopiero zaczynało się budzić. Z kominów unosił się dym, gdzieś daleko skrzypiały koła wozu, a z piekarni dochodził zapach świeżego chleba. Kilka osób odśnieżało wejścia do domów. Starszy mężczyzna przechodzący przez ulicę podniósł głowę i spojrzał w stronę lasu, jakby coś wyczuł. Alicja natychmiast spuściła wzrok i poszła dalej. Im bardziej oddalała się od domów, tym ciszej się robiło. W końcu została tylko ona, śnieg i las. Zatrzymała się na skraju drzew. Przed nią rozciągała się biała pustka poprzecinana czarnymi pniami. Las wyglądał zupełnie inaczej za dnia niż poprzedniego wieczoru. Nie wydawał się jednak mniej groźny. Wręcz przeciwnie. W świetle pochmurnego poranka jego głębia sprawiała wrażenie nieskończonej. Nad drzewami pojawiła się blada smuga światła, choć słońce nadal było ukryte za chmurami. Alicja odniosła wrażenie, że światło układa się w wąską drogę prowadzącą pomiędzy drzewami. Zamrugała. Zniknęło. Ślady jednak nadal tam były. Prowadziły między drzewami. Alicja zawahała się. Pamiętała ostrzeżenia dorosłych. Do lasu nie chodziło się samemu. Zwłaszcza zimą. Zwłaszcza wtedy, gdy góry były niewidoczne, a śnieg mógł w ciągu kilku minut zasypać ścieżkę. Pamiętała również twarz matki, kiedy poprzedniego dnia zobaczyła ślady pod oknem. W jej oczach był strach, którego Alicja nie potrafiła zapomnieć. A jednak coś w środku mówiło jej, że powinna iść dalej. Zrobiła pierwszy krok. Potem drugi. Drzewa zamknęły się nad nią niczym ogromna brama.
Światło dnia zniknęło niemal natychmiast. Pod koronami starych świerków panował zielonkawy półmrok, a śnieg tłumił każdy dźwięk tak skutecznie, że Alicja słyszała nawet własny oddech. Szła powoli, patrząc pod nogi i co kilka kroków upewniając się, że ślady nadal są widoczne. Po kilkunastu minutach zauważyła, że trop zmienił kierunek. Zamiast prowadzić głębiej do lasu, skręcał w stronę starego kamiennego muru. Dziewczynka nigdy wcześniej go nie widziała. Mur był częściowo zasypany śniegiem i porośnięty ciemnym mchem. Niektóre kamienie popękały, inne były tak stare, że trudno było odgadnąć, czy zostały ułożone ludzką ręką, czy też stanowiły część skały. Wyglądał tak, jakby stał tutaj od setek lat i czekał na kogoś, kto odnajdzie go po raz pierwszy. Na jednym z kamieni znajdował się znak. Wyglądał jak okrąg przecięty trzema cienkimi liniami. Alicja wyciągnęła rękę. Kiedy dotknęła kamienia, przeszedł przez nią lekki dreszcz. Znak rozbłysnął bladym, niebieskim światłem. Dziewczynka natychmiast cofnęła dłoń. Światło jednak nie zgasło. Przeciwnie. Przesunęło się po całym murze, jakby niewidzialna dłoń zapalała kolejne symbole. Jeden po drugim pojawiały się pod warstwą mchu. Były ich dziesiątki. Niektóre przypominały gwiazdy, inne oczy, jeszcze inne dziwne zwierzęta z długimi skrzydłami. Alicja patrzyła na nie z mieszaniną zachwytu i strachu. Nigdy nie widziała niczego podobnego, a przecież miała dziwne wrażenie, że symbole nie są jej całkowicie obce. Nagle jeden z nich zmienił kształt. Przypominał półksiężyc. Taki sam jak znak na jej medalionie. Medalion zrobił się gorący. Alicja wyjęła go spod ubrania. Srebrny przedmiot rozbłysnął, a światło z medalionu połączyło się ze światłem kamienia. Przez kilka sekund między nimi istniała cienka, srebrna nić. Potem rozbłysła tak mocno, że Alicja musiała zamknąć oczy. Kiedy je otworzyła, na śniegu przed murem znajdowały się nowe ślady. Nie wilka. Były to odciski ludzkich stóp. Pojawiały się jeden po drugim, jakby ktoś niewidzialny właśnie przechodził przed nią. Jeden ślad. Drugi. Trzeci. Czwarty. Zatrzymały się kilka kroków dalej. Alicja cofnęła się o krok. Potem ślady zaczęły znikać, jakby śnieg połykał je od środka. — Kto tu jest? — zapytała cicho. Odpowiedziała jej cisza. Nagle z głębi lasu dobiegł trzask gałęzi. Alicja gwałtownie się odwróciła. Między drzewami stał biały wilk. Był ogromny. Jego futro było niemal całkowicie białe, tylko na grzbiecie widniały delikatne srebrne pasma. Miał szeroką klatkę piersiową, potężne łapy i bursztynowe oczy, które w półmroku wyglądały niemal jak dwa małe płomienie. Patrzył na Alicję tak, jakby znał ją od dawna. Dziewczynka nie ruszała się. Wilk również. Przez długą chwilę patrzyli na siebie, a las wokół nich wydawał się wstrzymać oddech. W końcu Alicja wyszeptała: — To ty. Zwierzę zrobiło jeden krok. Potem drugi. Nie warczało. Nie było agresywne. Przeciwnie. W jego spojrzeniu było coś niezwykle smutnego. Alicja wyciągnęła rękę. Wilk podszedł jeszcze bliżej i dotknął nosem jej dłoni. W chwili, gdy ich dotknęli, medalion rozbłysnął. Tym razem Alicja nie poczuła strachu. Poczuła ciepło. Potem usłyszała dźwięk przypominający szept. Nie dochodził z lasu. Dochodził z jej własnego wnętrza. — Alicjo…