E-book
6.3
drukowana A5
21.6
Biały Wieczór (1)

Bezpłatny fragment - Biały Wieczór (1)


Objętość:
27 str.
ISBN:
978-83-8440-890-2
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 21.6

Biały Wieczór

„Jedna już tylko jest kraina taka,

W której jest trochę szczęścia dla Polaka;

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty jak pierwsze kochanie,

Niezaburzony błędów przypomnieniem,

Niepodkopany nadziei złudzeniem

Ani zmieniony wypadków strumieniem.

Gdziem rzadko płakał, a nigdy nie zgrzytał,

Te kraje rad bym myślami powitał.”

— Adam Mickiewicz

Rozdział I

Lato tego roku należało do wyjątkowo pięknych na Wyspach Brytyjskich. Najstarsi mieszkańcy wspominali, że tak dobrze nie było chyba od lat sześćdziesiątych. Najpopularniejszym sposobem korzystania z tej rzadkiej pogody było rozstawianie dmuchanych basenów w przydomowych ogródkach, wspólne barbecue z sąsiadami, mycie samochodów przed domem czy malowanie płotów — wszystko to w akompaniamencie kosiarek pracujących od rana do wieczora. Każdy zdawał sobie sprawę z ulotności tej chwili, więc cieszył się nią tu i teraz, bez zbędnego narzekania, że jutro zapewne znów będzie padać.

Adam był jednak zupełnie inny. Zawsze wybiegał myślami gdzieś daleko, jakby uciekał przed zastaną rzeczywistością — niezależnie od tego, czy była przyjemna, czy ponura. Mając darowane piękne lato, marzył o surowej polskiej zimie, a zimą fantazjował o tym, jak wspaniale byłoby wygrzewać się na Kanarach. Przez to swoje malkontenctwo nigdy nie potrafił w pełni cieszyć się chwilą.

Tego słonecznego dnia usiadł z książką w cieniu drzewa i spróbował zagadnąć Alicję, która w pełni korzystała z uroków lata.

— Może kiedyś wybierzemy się na święta do Polski?

— Możemy pojechać tam przed świętami albo po nich — odpowiedziała spokojnie. — Też poczujesz atmosferę. A same święta wolę spędzać w domu.

— Oj tam, w domu! Co roku siedzimy w domu. A ja przecież nie namawiam cię na Kanary, tylko na najbardziej tradycyjne święta, jakie można sobie wymarzyć.

— U twoich czy u moich rodziców? — zapytała z zaczepnym uśmiechem.

— Ani u moich, ani u twoich.

— To jak ty to sobie wyobrażasz?

— Możemy polecieć do twojego ukochanego Zakopanego albo do Krakowa. Pójść na pasterkę do Bazyliki Mariackiej albo innej świątyni z wielowiekową tradycją. Tam będzie twój Mickiewicz, twoje Planty…

— Może i bym chciała — przerwała mu — ale ja jednak wolę Boże Narodzenie w domu.

— Przecież to, co proponuję, też jest jak dom. Mówiłaś ostatnio, że w Zakopanem odpoczywasz lepiej niż na Majorce.

— A jak ty sobie wyobrażasz przemieszczanie się zimą? Polską zimą?

— Możemy przecież wypożyczyć samochód na lotnisku.

— Pamiętasz, że to ja jestem jedynym kierowcą w tej rodzinie? Tobie zabrali prawo jazdy.

— Zdaję sobie z tego sprawę.

— Dobra, możemy teraz o tym nie rozmawiać? Mam dziś jeszcze wiele rzeczy do zrobienia.

Rozdział II

Adam nieco sposępniał — jak zwykle wtedy, gdy coś nie szło po jego myśli. Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę z emocjami, starając się nad nimi zapanować. Wiedział, że gdy wymykają się spod kontroli, nigdy nie kończy się to dobrze. Zrobił kilka łyków wody i wrócił do przerwanej lektury, a Alicja tymczasem skierowała się do domu.

Po chwili wróciła z miską świeżego prania. Jej smukła sylwetka i długie nogi przyciągały spojrzenia — nie tylko jego. W słońcu lakier na paznokciach delikatnie połyskiwał, gdy rozwieszała kolejne rzeczy.

Adam zerkał to do książki, to na Alicję — z uporem, który zdradzał coś więcej niż zwykłe roztargnienie. W końcu parsknęła śmiechem, rozładowując napięcie wiszące w powietrzu.

— Jak ty się bezczelnie gapisz. Najbardziej mnie wkurza, jak tak patrzysz obcym kobietom na stopy.

— Teraz akurat patrzę na ciebie.

— A kto ci pozwolił? — zapytała, po czym niedbale rzuciła na stopy szmatkę, którą przed chwilą ścierała kurz z suszarki.

Byłby to może początek czegoś więcej, gdyby w drzwiach domu nie pojawiły się dzieci, przypominając o swojej obecności.

— A to wy w taki piękny dzień zamierzacie siedzieć w domu? — zapytał Adam.

— Ja jestem umówiony popołudniu na minigolfa z Rogerem i jego rodzicami — odpowiedział siedmioletni Konrad.

— A ty?

— Ja sobie wtedy spokojnie pogram w jego pokoju — odparł czternastoletni Michał.

— Może byś trochę posiedział na słońcu, bo ostatnio jakiś blady jesteś — odezwała się Alicja.

— Blady, bo ciągle siedzi i gra — dodał ojciec.

Chłopcy, nie czekając na dalsze uwagi, szybko opuścili ogród i zniknęli w chłodnym wnętrzu domu.

— Dobra, trzeba by rozpalić grilla, bo inaczej obiad zjemy dopiero na kolację — zdecydował Adam.

— No to bierz się do roboty, bo będę musiała cię ukarać.

— Tak jest, proszę pani.

Z przyjemnego odrętwienia wyrwały go dźwięki dziecięcej wrzawy dobiegające z pokoju na poddaszu. Sprowadziły go na ziemię.

— No cóż — skwitowała Alicja z lekkim uśmiechem.

Odwróciła się i, kołysząc biodrami, weszła do domu.

Rozdział III

Wieczorem, a właściwie nocą, mieli wreszcie chwilę tylko dla siebie. Chcieli obejrzeć jakiś serial, pobyć razem — bez ciągłych przerwań. Choć nawet o tej porze nigdy nie mieli pewności, że spokój potrwa długo.

Adam nie oczekiwał zbyt wiele. Z doświadczenia wiedział, że wieczór najpewniej skończy się jak zwykle — Alicja zaśnie w połowie odcinka. Co jakiś czas zerkał więc w jej stronę, próbując ocenić, czy jest jeszcze szansa na rozmowę.

Tym razem jednak wyglądała inaczej. Mniej zmęczona. Bardziej obecna.

— Co tak na mnie zerkasz? — rzuciła zaczepnie.

— A nie mogę? Podobasz mi się.

Zaśmiała się cicho, po czym wstała i przeciągnęła się leniwie. Ruszyła w stronę schodów, a w jej ruchach było coś wyraźnie zamierzonego.

— Zostań — powiedziała, nie odwracając się.

W jej głosie było coś, co natychmiast odebrało mu oddech.

Czekanie zawsze było najtrudniejsze.

Po kilkunastu minutach usłyszał stukot obcasów na schodach. Gdy pojawiła się w drzwiach, zamilkł. Choć znał ją od lat, potrafiła go wciąż onieśmielić.

Miała na sobie tylko jego marynarkę, włosy upięła w niedbały kok. Usiadła w fotelu i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

— Podejdź.

Zbliżył się bez słowa.

— Pomóż mi zdjąć buty.

Uklęknął przed nią i ostrożnie rozpiął paski szpilek. Każdy ruch wykonywał powoli, jakby chciał zatrzymać tę chwilę.

— Grzeczny — szepnęła.

Przez moment pozwalała mu na tę bliskość, obserwując go uważnie. Potem nagle wstała i odsunęła się, jakby uznała, że to wystarczy.

— Na dziś tyle.

Zniknęła na schodach, zostawiając go w zawieszeniu.

Chwilę później telefon zawibrował.

Na górę.

Poszedł natychmiast.

Siedziała na łóżku, spokojna, pewna siebie.

— Ściągaj to — powiedziała krótko.

Wykonał polecenie bez wahania.

Przyglądała mu się przez chwilę, z cieniem uśmiechu.

— Nie ociągaj się — dodała ciszej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.3
drukowana A5
za 21.6