BIAŁY KRUK
Gdzieś w oddali, za miastami, rosła dolina z różnymi ptakami. Jeden duży, drugi mały, trzeci z kolorowymi skrzydłami. Wiele było tych gatunków, w tej dolinie, na podwórku. Prawie każdy chciał być miły, prócz jednej rodziny.
— Kraaa! Kraaa! — Wołały, gdy jakieś przelatywały.
Pióra miały jak noc ciemne, dzioby długie i pojemne. Oczy również miały czarne, tylko łapki, nie tak barwne. Niby siwe, niby szare, pomarszczone, jakby stare.
Pewien kruczek zwał się Toffi, bo był mały, no i słodki. Śpiewał sobie niczym słowik, kiedy słyszał czyjeś kroki. Myślał, że to dobry sposób, kiedy odda swego głosu, to przyjaciół będzie wiele.
— Gdzie jesteście przyjaciele?
Mieszkał w lesie pełnym mroku, kruki tam latały wokół. Przyglądając się co roku, marzył, by już zmienić lokum. Chciał pogadać tu z innymi, wciąż przebywał między swymi. Zbyt rozmowni to nie byli, co dzień tylko się kłócili. Gdy chciał z jakimś porozmawiać.
— Nie chce mi się z tobą gadać! — Potrafili odpowiadać.
Więc pewnego dnia wyruszył, dość już chyba się nauczył, życia w przykrej samotności — czas polecieć! Żyć w wolności! — I rozwinął swoje skrzydła, ta dolina już mu zbrzydła. Wzbił się jak samolot w chmury, każdy patrzył znów ponury. Tylko on się bardzo cieszył, bo w swą przygodę uwierzył.
Leciał wyżej, coraz wyżej! A ta zieleń coraz bliżej. W górze było jakoś ciszej.
— Tam na dole już głos słyszę.
Tam, gdzie zieleń, są zwierzęta, dla tych zwierząt, to rzecz święta. Z tego lasu do doliny, nie minęło pół godziny. Gdy lądował na gałęzi, słyszał dookoła pieśni. Siedział sobie tak na drzewie, bo zakochał się w tym śpiewie. Chciał podlecieć wnet do niego, chciał, by był jego kolegą. Gdy się zbliżył, ptaszek uciekł, takie było życie krucze.
— Nie odlatuj! Zostań ze mną! — Ptak nie słuchał, pognał prędko.
Wtedy zasmucił się chwilę i poleciał jedną milę. Ptaków przecież jest tu tyle, wróble, sowy, sójki, gile. Zdąży znaleźć przyjaciela, już do rzeczki on dociera. Koło rzeczki chodzi stado, wyglądało jak maraton. Podlatując, się przywitał, tylko jeden go zapytał:
— Czego tutaj szukasz czarny? — Toffi był też dość niezdarny.
— Witam ciebie! — Głośno krzyknął. Spłoszył wszystkie, znów mu przykro.
Zostawiły tylko pióra, popędziły jak wichura. Złapał w łapkę jedno pióro i porównał je z tą chmurą, która wisiała na niebie, chciał założyć je na siebie. Wziął więc w dziób
bialutkie cudo, włożyć w swoje, było trudno. I tak chodził koło brzegu, by mieć pióra jak ze śniegu. Gdy ostatnie już umieścił, tak jak zebra był, po części. Czarno-biały, również w
paski, czuł, że dostanie oklaski, kiedy inne go zobaczą, by wyglądać tak, pomarzą.
Wzbił się więc już na wyżyny i poleciał w tłum doliny. Toffi na marne się trudził, bo w powietrzu pióra gubił. Nic nie widział już z zachwytu, aż doleciał tam, do szczytu. Nim doleciał, był znów czarny, a on myślał, że polarny. Z dumą usiadł i wykrzyknął:
— Witam wszystkich! — Każdy milknął.
Ze zdziwienia stanął murem, po czym odleciały w górę. Nie nadążył nic powiedzieć, wszystkie zdążyły odlecieć.
— Znowu ja je wystraszyłem? Co się stało z moim skrzydłem? Wreszcie dojrzał, że znów ciemny.
— Przecież byłem taki piękny! Gdzie podziały się te piórka? Takie białe, jak ta chmura.
Znów był smutny i samotny, a w dodatku bardzo głodny. Słońce zachodziło szybko, nagle ktoś do niego krzyknął:
— Co tu robisz o tej porze? — Ptak był w tym samym kolorze.
— Szukam swego przyjaciela. — Przy tym lekko nos ocierał. Kruk się zaśmiał, obok pająk:
— Kruki przyjaciół nie mają!
— Wy nie macie, lecz ja chcę! Co dzień o tym, tylko śnię.
— Mały kruczku, weź dorośnij. To się rodzi ci z zazdrości.
— Nie! — Upierał się przy swoim. Chociaż w myślach wciąż się boi, że nie znajdzie już nikogo, dążąc do przyjaźni drogą.
— Rób, jak chcesz, ja już lecę. — I przeleciał przez dorzecze.
Póki księżyc nie dał blasku, został na gałęzi lasku. Obserwował sarny, dziki, ich zabawy i wybryki. Tamtej nocy był tak czarny, że dla innych niewidzialny. Nawet sowa nic nie widząc, obok stała, głośno dysząc. Gdy huczała, było miło, aż mu serce szybciej biło.
Mógł sobie na nią popatrzeć, z bliska, w ciszy, jak w teatrze. Jednak nie wytrzymał chwili, coś swędziało koło szyi. Musiał się wtedy podrapać, sowa zaś zaczęła skakać. Wystraszona, prawie spadła, krzyk niemały, powstał z gardła. Lecz usiadła, nie uciekła i nie była nawet wściekła:
— Ale ty żeś mnie wystraszył! — Tofii ciągle na nią patrzył.
— Nie odlecisz? Wciąż tu jesteś? — Dotarło do niego wreszcie.
— Czemuż miałbym odlatywać? — Zaczął on się wypytywać.
— Jestem przecież strasznym krukiem, wszyscy uciekają z hukiem.
— Owszem jesteś, lecz nie strasznym. — Mówił głosem, już dość starszym.
— Mówisz prawdę? I nie kłamiesz? Na noc całą tu zostaniesz?
— Mówię prawdę, nie żartuję, jak zapraszasz, to dziękuję.
Kruczek bardzo był szczęśliwy, on okazał się prawdziwy. Musiał dotknąć tamtą sowę, aż mu odebrało mowę.
— Inne ptaki mnie nie lubią. Jutro też już sobie pójdą. Sowa popatrzyła mądrze:
— Myślą, że masz serce mroczne. Takie mroczne jak twe pióra albo jakaś czarna
dziura.
— Jestem przecież dobrym ptakiem, jem owoce, kwiaty z makiem. Nie chcę sprawiać im kłopotu, nie mam żadnego powodu.
— Widzę, wierzę tobie mały. — Wielkie były jego gały. — Więc zapytam czego chcą, powiedz tylko, jak cię zwą?
— Jestem Toffi, miło mi, a jak się nazywasz ty?
— Zwą mnie mędrzec, bo żem mądry, znam tu wszystkie czworokąty. Wiem jak drzewa te obliczyć, komu dać, a nie pożyczyć. Rozwiązuje też problemy, jestem tu, w razie potrzeby.