E-book
13.65
drukowana A5
40.47
drukowana A5
kolorowa
64.95
Białe Płaszcze z czarnym Krzyżem

Bezpłatny fragment - Białe Płaszcze z czarnym Krzyżem

Kroniki Jagiellońskie tom pierwszy

Objętość:
191 str.
ISBN:
978-83-8104-300-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.47
drukowana A5
kolorowa
za 64.95
autor

Kroniki Jagiellońskie

Białe Płaszcze z Czarnym Krzyżem

Krzysztof Jan Derda-Guizot autor

Okładka i część ilustracji Piotr Latka ps. Pygar i inni

Tom Pierwszy część pierwsza

Kroniki Jagiellońskie.

Dedykuję wnukom, dzieciom oraz swojej żonie i rodzinie

Rok 1384

Trzynastego października 1384 roku pańskiego, dzień nie był zbytnio pogodny, bo przecie deszczyk i mżawka z nieba zasnuła widnokrąg, liście z drzew leżały kupami wielkimi na trakcie z Węgierskiej Budy do Krakowa. Zaś porywisty chwilami wiatr, kręcił owymi jak opętany, czasami zaś wył głośno z rozpaczy że nie poradzi wszystkich za sobą zabrać. A chwilami jak by, ze śmiechu się zanosił, kiedy większą kupę listowia z jednej strony drogi, na drugą przerzucał. W kierunku Krakowa, z mozołem po mokrym piachu, zmierzał dość szybko, bryzgając spod kół błotem, duży orszak rycerstwa. Wraz z bogato rzeźbioną, miejscami złoconą z herbami Andegawenów na drzwiczkach, ciężką karetą, zaprzężoną w sześć karych mocnych koni, otoczoną z każdej strony, szczelnym kordonem zbrojnych, pędzili w stronę stolicy. Widać było zaraz, że przecie kogoś bardzo znacznego, wieźli owi zbrojni w sile tak wielkiej. Rycerze eskorty, ubrani byli jakoś inaczej niźli w tych stronach, i głośno pogadywali bardzo dziwacznie, tak że żaden kmiotek, czy rycerz polski, albo i karczmarz nie zrozumiał by nic, z tego co owi ze sobą, pokrzykiwali. Usiłując wicher przegadać co nie łatwo szło. Wśród madziarskich rycerzy jechał też oddział polskich rycerzy w świetnych strojach i w pełnym świecącym rynsztunku. Jedni i drudzy pilnowali swego, widać wspólnego skarbu, bardziej jak własnych ślepiów. Eskorta prowadziła wesołe rozmowy, jednak każdy z rycerzy choć jednym ślepiem, cały czas obserwował zasłonięte szczelnie od wiatru, okna w powozie. Do Polski jechała na obcą, jeszcze królowej ziemię, przecie prawa dziedziczka do tronu i królestwa swojego, a ślicznym jej oczom, przecie jeszcze nieznanego. Królewna, Jadwiga Andegaweńska bardzo jeszcze młodziutka, przecudnej urody panienka, bo nie tak dawno urodzona w lutym 1374 roku, w Budzie, z wielkimi jak marcepany oczami. Siedziała sobie niecierpliwie w środku karety, i co chwila próbowała koniecznie zobaczyć, co dzieje się na dworze i jak wygląda też, jej własne a nowe zgoła, królestwo. Odziedziczone po ojcu swoim królu Polski i Węgier, Ludwiku Węgierskim. Jeno że pod okiem kilku starszych panien i dam dworu, nie za bardzo jej szło, rozglądanie się po świecie. Kiedy tylko cudna jak z obrazka królewna, chciała wyjrzeć do rycerzy i świata, panny i opiekunki królewskiej dziedziczki, trzymały świat przed nią szczelnie zamknięty. Bo przecie jak słychać było, wołały co chwilę, na przemian, przeziębisz się przecie nasza królewno. Za każdym razem obaczenia świata, to samo. W środku było, znośnie ciepło i wiatr nie hulał jak za osłoniętymi ścianami, pędzącej karety. W końcu królewski orszak zjechał z leśnego traktu, i już w oddali pokazały się ciemne czerwonawe, mury olbrzymiego krakowskiego grodu. Piękna panna, widać że choć na Węgrzech urodzona, czysto polskim charakterem się odznaczała, pewnie po babce swojej Elżbiecie Łokietkównej odziedziczonym. Bo przecie nagle, jak nie trzepnie czapką zdartą sobie z głowy, pannę trzymającą zasłonę przez rękę. Na co, najstarsza z opiekunek powiada, wzburzonym głosem, Hedwiga! A królewna zaraz, na to dźwięcznym głosem, jak echo zawołała. Co, Hedwiga? Nic, wam gadanie takie nie da, w kółko Jadwiga, Hedwiga. Albo Hedwiga, czy Jadwiga na przemian. Jestem jeszcze, przecie Draga na drugie, co mi matka moja, królowa Elżbieta w krzcie świętym dała. Jak byście panny moje zapomniały. Zaś powiadam wam, jam tu jest, przecie królowa! Tego królestwa co, to owe przede mną za oknami skrywacie. Widzieć chcę, gdzie jadę, gdzie mnie i dokąd wiedziecie, a nie. Tego ci nie wolno, albo i tamtego, nie uchodzi się czynić. Boś przecie królewna nie dziewka zwykła. Powiada niania. Na co królewna zaraz. A jak się komu co nie widzi? Co wam powiadam. Uciekajcie, mi na wiatr same, albo i ja sama, pójdę na koń, do rycerstwa naszego. I wierzchem, na koniku do Krakowa wjadę. Już zaraz, wypuścimy cię na wiatry, akurat. Niedoczekanie twoje, miłościwa pani. Bo i co? Powiada zaczepnie nieco królewna. Na co, zaraz panny się zreflektowały, iż zadziora nie byle jaka, jest z królewny Jadwigi, a nie jakiś tam, kotek mały do zabawy. I gęby sobie zatkały palcami, z wielce udawanego zgorszenia. Bo oto, na Węgrzech była to, przecie pogodna, mała dziecina, a tu miała zostać królową potężnego państwa. Płynęła w niej krew królów i piastów polskich, głównie jej pradziadka, a króla Polskiego, Władysława Łokietka bardziej obytego w boju z krzyżakami i innymi wrogami swymi, niźli siedzeniem na tronie. Matka Jadwigi, królowa Elżbieta Bośniaczka długo, nie chciała jej puścić do Polski, ale że to, i wyjścia żadnego nie miała, w końcu Jadwiga jechała swój tron krakowski objąć. Orszak wjechał w bramy miejskie Krakowa z turkotem, jaki wydawały na kocich łbach, stalowe obręcze na kołach, a na ulicach grodu tysiące, poddanych przyszłej królowej, czekało i darło gęby z radości, że oto po latach będzie królowa na tronie krakowskim zasiadała. Królewna odsunęła w końcu od okien powozu, swoje nieznośne prześladowczynie. Buzię śliczną wystawiła na wiatr i deszcz.

I machała rękoma z zadowolenia, na zgromadzone tłumy. W bramie u proga, Wawelskiego zamku czekała już cała rada królewska, z arcybiskupem gnieźnieńskim Bodzantą na czele. Orszak królewny zatrzymał się na dziedzińcu. Jadwiga wyskoczyła jak, zwinna sarenka zgrabnie i lekko, z powozu. Na co, pokłonili się wszyscy, niżej niźli by chanowi tureckiemu składali pokłony. Podoba mi się, owo powitanie moje niezmiernie, witają mnie jak trzeba, nie jak w Budzie łaskę robili, że mnie kto zauważył, iż po świecie łażę. Powiedziała sobie w duchu królewna i obdarzyła wszystkich szczerym uśmiechem, pokazując białe i równiutkie, śliczne ząbki. A cudnymi oczami z długimi rzęsami, mrugając z wielkiego zadowolenia. Dzwony katedry już biły od dawna, wraz ze wszystkimi innymi, jakie były w Krakowie. Arcybiskup Bodzanta, wraz z całym orszakiem, stał moknąc w deszczu, wraz z chorągwią Krakowską, w pełnej krasie. Dla ochrony skarbu swojego, przed zimnym wiatrem i deszczem, wstrzymali się z powitaniami na mokrym dziedzińcu. Zapraszającym gestem królową, ksiądz arcybiskup poprowadził wraz z orszakiem i całym tłumem wybranych w pierwej do sieni gdzie powitał królewnę chlebem i solą. Zaś zaraz na komnaty królewskie, gdzie posadzili ją w ogrzanej sali tronowej, przy płonącym kominku. Choć jeszcze królową Jadwisia nie była, siadła dostojnie na swoim przyszłym tronie. I powiada po polsku. Witam wasze dostojności, jako królowa wasza. Co będziemy teraz robili? Księże biskupie. Jak, że pięknie wasza królewska mość, po polsku powiada. Rzekł zachwycony ksiądz Bodzanta, a za nim zaraz wszystkie gęby zgromadzone w uwielbienie popadły. A śliczna buzia Jadwigi, którą to wielką urodę, odziedziczyła po matce, zaraz zdobyła, wszystkie serca krakowskiego dworu. Szmer uznania i sympatii przeszedł po sali. Matka moja, Elżbieta Bośniaczka polką z pochodzenia przecie jest, to i po polsku uczyła mnie, od małego. Teraz jako już, e źrzżała dziewka, będę powiadać do was po naszemu, jako w Polsce przystoi. Jeno na ową źrzałość królewny, wszyscy na gębach uśmiech dyskretny założyli, bo przecie, owa ich królowa śliczna jak z obrazka, 10 roków dopiero miała. Powiada z węgierskim nieco akcentem, piękna nad wyraz panna. Wasza królewska mość, będziemy rządzili królestwem swoim, jak tylko ukoronujemy waszą królewską główkę. No to i dobrze, róbcie sobie jak tam chcecie. Teraz, tylko spać mi się chce i głodna, m nieco jest, bo droga długa była i wytłukło mnie na wykrotach jak niebogę. Przeto kasztelan zamku Wawelskiego, Dobiesław Kurozwęcki, jako rozkazanie woli, przyjął oświadczyny królewny o chęci do snu. Z gębą tak zadowoloną, jak mu się od dawna na pustym zamku nie zdarzało. Zaś wraz, z całym żeńskim orszakiem swoim, królewna, po sutej kolacji, poszła spać, bo jak że to nie słuchać było, pierwszego nakazu swojej pani. Cały dwór Wawelski, miał takie uśmiechnięte gęby jak by, im wszystkim nagle Jadwiga obiecała, iż po sto tysięcy groszy każdemu w kiesę nasypie, i złota każdemu po dwie beczki do piwnicy wnieść nakaże. Co chwila widać było, na korytarzach zamku, dworzan łażących cichutko na palcach, z paluchem na gębie. Cicho, Pani nasza śpi. Minęły owe trzy dni, gdzie pani krakowska po zamku, latała jak kozica górska, bo krew w niej gorąca była. Wszędzie zaś musiała nosek swój zadarty nieco, wsadzić i widzieć, co się dzieje, i pytała na około kasztelana Dobiesława, a co to? A co to? A tamto, co za jedno? A ten? Któż to ci jest? Co za jeden, tamten? A czego ten, wysoki, a tamten przy mały? A czego, tamten kulfoniasty nos ma? Zaś tak samo w kółko.

Jeno 15 dnia października wieczorem, o widzenie z królewną poprosił, sam arcybiskup Bodzanta. Królewna właśnie, wieczerzę spożywała smacznie. Wejdzie ksiądz arcybiskup, i siądzie sobie wedle mnie, powiada Jadwiga. Dziękuję wasza królewska mość, powiada ksiądz. Wasza królewska mość, jako wasza wysokość wie. Jutro przecie, z rana samego ukoronujemy główkę śliczną waszą, pani nasza na królową Polski. Na co Jadwiga powiada. Ukoronujecie? A po co? Dobrze mi tak, jako jest. Zaś z drugiej strony upierać się nie będę bo matula moja, by mi dała. Przecie tu na waszą królewską mość, cały nasz lud polski czeka, rycerze, my duchowni, i szlachta. Zaś pospólstwo całe, i lud nasz aż głupie za wasza miłością. Ale ja chciała bym, przecie za Wilhelmka mojego z Habsburgów iść. Ten cały tam, Wilhelmek od rodu Habsburgów, nie dla waszej miłości przeznaczony. To gbur i Niemiec jest, nie dla waszej miłości kawaler, ni też to żaden mąż na przyszłość dla ciebie królowo nasza. Sam chyba ksiądz gbur i grubianin jesteś, a nie ten Wilhelmek mój miły i przeze mnie ukochany. Jakoż to nie jest on, dla mnie przeznaczony? Jako nam już, przecie śluby jakoś my dziećmi byli jeszcze dali. Matka zaś moja owe śluby pobłogosławiła. Królowo moja. Na to arcybiskup całkiem do desperacji zwiedziony powiada, zduszonym głosem, jak by go Jadwiga do ściany przyparła. Śluby wam dali, Niemce wasza królewska mość, nam ty, tu jesteś potrzebna, i to od zaraz. Ja zaś powagą swego urzędu, z owych ślubów, teraz zwalniam, cię pani. Chociaż i ja durny w, pierwej chciałem co byś, za twojego Wilhelma owego Habsburga sobie poszła. Jeno owi Niemce nam i ziemi naszej nienawistni nic, tylko chap za królestwo nasze by się zaraz i to szybko zabrali, wraz z tobą miłościwa pani. Przecie pradziadka twojego pani, króla Łokietka naszego, to wielkie królestwo polskie do niemieckiego cesarstwa by zaraz bez zwłoki żadnej Krzyżaki włączyli. Królowo nasza i pani nasza, patrzaj Ty królowo polska zawsze na to swoje wielkie dziedzictwo, na matkę swoją i ojca swojego Ludwika węgierskiego króla naszego, co to nam przecie pomarł od zgryzoty wszelkiej. Nie czyń nic złego sobie, ani nie czyń złego, co ziemi tej umiłowanej pewnie tobie, by przecie na pewno zaszkodzić mogło. Albo patrzaj też na ów nienawistny nam, a pewnie i tobie samej królowo, zakon krzyżacki łakomie jak lis na kury na te ziemie od wieków patrzący. Przecie oni zaraz by swoje prawa do ziemi twojej i naszej matki ziemi prastarej, moja królewno miłościwa pani, pazernie jak do wszystkiego wokoło zgłaszali. Na co by król w niebie pewno będący, na skargę do świętego Piotra zaraz polazł. Tak on to Niemca nie cierpiał, jak nikogo w swoim długim życiu i wojowaniu z zakonem krzyżackim wiecznie, że pewnikiem w grobie swoim biedny nasz król by się przewracał. Zaś wiecznego snu, też by twój dziad pani nasza, pewnikiem nie zaznał. Że prawnuczka jego za Niemca iść chce? Albo babka twoja a córka jego, co by na to rzekła? Powiada Bodzanta. Niechaj jest, jako tam sobie chcecie, zaś czyńcie ze mną, co za dobre zważacie. Chcecie abym waszą królowa była? Będę królową waszą, bo co mi czynić przyjdzie? Nic, czynić wasza królewska mość nie musi, jeno koronę ode mnie jako arcybiskupa gnieźnieńskiego, przyjąć. Serce ty nasze najukochańsze. Królową naszą od jutra zaś być, wasza królewska mość. A no i trudno. Jak ma być niech będzie, ale przecie ja. Wolę, po krużgankach ganiać i w chowanego się z pannami moimi bawić, niźli królową być. A pewnie, że to lepsze od królowania, powiada arcybiskup już, ze śmiechem szczerym na gębie. Ale trudno, będzie jako chcecie, mój drogi księże arcybiskupie. Na to, królewna powiada, wielkie piękne jak u sarny ślepia, w biskupa wlepiwszy. No to i pójdzie wasza królewska mość spać teraz, jutro z samego rana, wielki dzień. Zadowolona wasza królewska mość będzie, jako nigdy w życiu nie była. Obaczymy zaś jutro, na to Jadwiga powiada, ziewając nagle buźkę sobie serwetką skrywając. Idę zaś do snu jako tam chcecie, pewnikiem jutro turbować mnie, po całym dniu będziecie. Nikt waszej królewskiej mości turbował nie będzie. Kto by śmiał. Nie widzisz? Królewno nasza, że tu wszyscy cię kochają jak swoje zbawienie? Widzę ja, ślepa, m jeszcze na razie nie jest. Dobrej nocy waszej królewskiej mości życzę. Do ranka samego. Ostań z bogiem królewno nasza. Idź z bogiem ojcze. Amen. Ten, poszedł i łapy po drodze, zacierał z ukontentowania. Noc, minęła trochę niespokojnie bo, królewnie śnił się i Niemiec Wilchelmek i matka i dwór na Budzie. Zaś i pradziadek król Władysław Łokietek się jej przyśnił, i palcem pogroził. Zaś i jakieś inne wąsate mordy królewskie, gadały coś do siebie po niemiecku. W końcu się po nocy, obudziła w nastroju, bardziej wesołym bo myśli sobie, oto przecie królową będę, a królestwo moje wielkie jako morze niezmierne. Niech im jest, jako mnie chcą. Na ósmą godzinę z rana była już umyta, ubrana i do koronacji gotowa. Drzwi od jej komnat panieńskich otwarto. Jadwiga, popatrzała dookoła, same uśmiechnięte i wąsate gęby radością okryte, na widok swojej pani. Dwórki takoż samo z buziami w ciup, lubo w uśmiechu, od ucha do ucha, szczęśliwe. Zaś zaraz pomyślała sobie, co mnie się bać, tam. Nie ma czego. A głośno do arcybiskupa Bodzanty. Idziemy, jako iść mamy. Poszli wolno w orszaku bardzo wspaniałym, dzwony znowu zaczęły bić w całym Krakowie. Lud, szlachta, i rycerstwo, wypełniało kościół, dziedziniec i błonia przy Wiśle po brzegi. Uroczysta msza, trwała dwie godziny z okładem. Królewna Jadwiga już po pierwszej godzinie, była tak zmęczona. Że i powiada cicho, do swej niani co z boku przy niej stała. Ta suknia taka ciężka, jak zbroja, ze stali. Szybciej, niechaj arcybiskup do, głowy się mojej bierze. Jeno jako dzielna panienka, po swym wielkim ale małej postury, pradziadku królewskim wstrzymała, się z protestami.


W końcu sam już wykończony arcybiskup Bodzanta, z pomocą biskupa ostrzychomskiego, specjalnie z węgierskiej Budy na uroczystość koronacyjną do Krakowa przybyłego. Włożył tej młodziutkiej i przecudnej urody polskiej królowej na głowę, swoje szlachetne biskupie ręce. Po czym delikatnie namaścił olejkami świętymi na królową Polski. Na spiętą burzę jasnych pachnących włosów, włożył złotą wysadzaną drogimi rubinami wąziutką panieńską koronę. Po czym asystujący uroczystości biskup węgierski, popatrzał z miłością na Jadwigę, uśmiechnął się do niej jak do tego cudownego dziecka przystało, i wolno jak by z wielką troską i rozwagą, podał do rączek jak u małej dzieciny, złote i ciężkie berło oraz jeszcze cięższe, od niego jabłko królewskie. Pomyślał przy tym. Jaki skarb nam z Budy Polacy zabrali. Pokiwał siwą głowa, jak by sam przeczuwał że ta młodziutka królowa, zbytnio wielkiego szczęścia, w tym nowym królestwie, pewnie nie zazna. Wziąwszy wzgląd na owego Wilhelmka, osieroconego przez Jadwigę. Kochającą Habsburga niewinną jak u małego dziecka czystą i pozbawioną wszystkiego zła miłością. Jadwiga, w duchu westchnęła i powiada cicho, nareszcie. Przeto arcybiskup Bodzanta wygłosił łacińską formułę koronacyjną. Hedvigis Dei gracja regina Poloniae, necnon terrarum Cracovia, Sandomirie, Sieradie, Lancicie, Cuiavie, Pomeraniegue domina et heres. Jadwiga z Bożej łaski królowa Polski a także dziedziczka całej ziemi Krakowskiej, sandomierskiej et cetera et cetera. Królowa wyszła, po koronacji na dziedziniec wawelski, przyjęła od ludu błogosławieństwo i sama mu błogosławiła, przy huku dzwonów. Zaś nie chcąc zamęczyć, swej pani kasztelan wawelski Dobiesław Kurozwęcki litością powzięty, powiada do arcybiskupa. Odłóżmy na razie, ceremonię dalszą, przecie ona ledwie żywa, zaś nich odpocznie i do sił przyjdzie, kruszynka moja. Na co arcybiskup popatrzył, na wymęczoną królową, i powiada. Słusznie prawicie panie, niechaj zaś, idzie do siebie spocząć trochę, nie pali się z wiwatami. Po czym zawiedli ją na, przebranie z ciężkiej sukni koronacyjnej dali obiad, i spokój na kilka godzin. A po koronacji prawie na cały rok. Latała sobie królowa po wawelu jak sarna.

Rok 1385

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.47
drukowana A5
kolorowa
za 64.95