E-book
9.45
drukowana A5
39.74
Biała tarcza

Bezpłatny fragment - Biała tarcza


Objętość:
178 str.
ISBN:
978-83-8440-676-2
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 39.74

Prolog

Postanowienie o udzieleniu zabezpieczenia jest natychmiast wykonalne z chwilą jego wydania. Strona może je od razu zanieść do komornika, który je wykona.


Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania psychicznego opisanego w art. 207 Kodeksu karnego jest najczęściej stosowanym instrumentem nacisku pozaprocesowego w polskich sprawach rozwodowych.


Znęcanie psychiczne może oznaczać to co oznaczają te słowa, gdy je wypowiadamy. Może je też wypowiedzieć osoba, która nie jest ofiarą tego przestępstwa, a subiektywnie czuje się nieszczęśliwa. To czy swoje subiektywne odczucie zamienia w zawiadomienie do prokuratury zależy od tego, czy jest uczciwa czy nie. Nie każdy jest uczciwy.


Fałszywe oskarżenie udowodnić jest w praktyce niezwykle trudno. Postępowanie przygotowawcze może trwać latami i może zostać umorzone w każdej chwili.


Ugody pozasądowe zawierane w trakcie postępowań cywilnych nie podlegają żadnemu nadzorowi procesowemu. Ich treść pozostaje między stronami, a czasami między nimi a notariuszem, który nie wie jaki skutek ma wywołać umowa, której nadaje kształt odpowiadający prawu.


Historia opisana w tej książce jest fikcyjna.


Lecz sam schemat działania, pokazany w początkowych rozdziałach, na pewno został użyty nie raz.

Rozdział 1 Tarcza

Tarcza zegarka krzyczała czerwienią. 143 uderzeń na minutę. Od jedenastu minut.


Konrad spojrzał jeszcze raz na zegarek i poczuł idiotyzm sytuacji całą skórą. Stał. Po prostu stał. Na korytarzu. W garniturze. Nie biegł. Nie walczył. Nie robił kurwa nic. A serce waliło jak u szczura złapanego w pułapkę.


Ponad dziesięć lat w zawodzie. Dziesięć lat na sali sądowej. Czas kiedy widział klientów, którym drżały ręce, gdy on miał ręce spokojne. On zawsze miał spokojne ręce. To była jego przewaga, jego kapitał, jedyna rzecz na której zbudował wszystko -ta lodowata obojętność, gdy inni się rozpadali.

Teraz stał na korytarzu i nie mógł nic.


Bo tym razem to była jego sprawa. Jego.


Obok niego Ewa -jego adwokat -pisała coś w telefonie. Szybko, bez przerwy. Potem ktoś dzwonił -krótka wymiana słów, rozłączenie. Znowu pisała. Konrad patrzył na jej palce i myślał o niczym. To znaczy myślał o wszystkim naraz, co wychodzi na to samo.


Minuta. Druga. Trzecia.


Konrad wiedział tylko, że zaraz otworzą się te drzwi i wejdzie do środka jako nie-adwokat.

Czerwona tarcza. 144 uderzeń na minutę.


Jeszcze 9 minut.


***


— W sprawie pozwanej Jarosińskiej!


Natalia weszła pierwsza. Konrad patrzył na jej plecy i myślał o niczym. Za nią poczłapał kaczym chodem jej pełnomocnik -facet około trzydziestki z dużą i płaską twarzą, krępy, niższy od Konrada o głowę, włosy ulizane i zaczesane do tyłu. Konrad przepuścił jeszcze Ewę. Wszedł ostatni.


— Dzień dobry.


Cisza. Nikt nie odpowiedział.


Stół sędziowski był po lewej od drzwi. Do ławki blisko -trzy kroki, może cztery. Ewa stanęła bliżej stołu. Konrad obok niej. Odruchowo spojrzał na zegarek.


Czerwona tarcza migała. Szybko wcisnął zegarek głębiej pod mankiet.


Skrzeczący głos, suchy jak papier ksero:

— Pan Konrad Jarosiński?

— Tak.

— Pełnomocnik powoda, adwokat…


I tu coś się urwało. Konrad słyszał głos sędzi jak przez wodę -dalej, głębiej, za szybą której nie było. Widział usta Ewy poruszające się, widział jak wstaje, widział teczkę którą kładzie na blacie, ale słowa nie docierały. Żadne słowa nie docierały. Była tylko sala. Kasetony na suficie -styropian udający elegancję, pożółkły w rogach, jeden lekko odstawał. Było ich dwadzieścia cztery. Policzył.

Potem siedział. Nie wiedział kiedy usiadł.


Ewa mówiła coś do sędzi. Popierała powództwo. Głos miała spokojny, rzeczowy -głos człowieka który jest tutaj zawodowo i zaraz stąd wyjdzie i pojedzie na kolejną sprawę. Potem wstał pełnomocnik Natalii coś mówił. Konrad nie słuchał.


Spojrzał na sędzię.


Sześćdziesiąt kilka lat, może więcej, może mniej. Twarz ciotki, krótkie włosy. Po jej bokach dwie ławniczki -starsze panie o minach wyrytych w kamieniu gdzieś pod koniec poprzedniej dekady. Siedziały z rękoma złożonymi na stole i patrzyły przed siebie w punkt, który nie istniał. Paprotki. Tak się je nazywało w środowisku -paprotki. Żywa dekoracja sali, wymóg proceduralny, demokratyczny ornament wymiaru sprawiedliwości.


Pod mankietem zegarek pulsował ciepłem. Konrad nie musiał patrzeć. Wiedział.


***

Sędzia złożyła ręce na stole i odchrząknęła.


— Proszę państwa…


Ale patrzyła tylko na Konrada. Tylko na niego. Jakby Natalia, jakby ta kaczka w garniturze, jakby cała reszta sali po prostu nie istniała.


Ciotka podparła policzek lewą ręką i patrzyła tylko na niego.


— Sąd nie jest od niszczenia ludziom życia. Ale jeśli te zarzuty okażą się prawdziwe -sąd nie przesądza, sąd pyta, sąd rozważa -to konsekwencje będą bardzo, bardzo poważne. -Pauza. Nadal patrzy tylko na niego. -Utrata pracy. Utrata dobrego imienia. Koniec kariery zawodowej. -Jeszcze jedna pauza, dłuższa, żeby dotarło. -Może najwyższy czas odczepić się od kiecki mamusi. Naprawdę. Sąd gorąco zachęca do refleksji nad własną przyszłością.


Rzygała dalej słowami, powoli i monotonnie. Konrad siedział i czuł na twarzy każde słowo.


Potem sędzia wywołała go do głosu.


Wstał.


I w tej samej chwili sędzia opuściła wzrok. Otworzyła akta. Zaczęła kartkować -powoli, z namysłem, strona za stroną, jakby nagle przypomniała sobie o czymś ważniejszym. Jakby przestał istnieć w momencie kiedy otworzył usta. Konrad stał i patrzył na jej pochyloną głowę i czuł coś czego nie umiał nazwać. Nie złość. Nie wstyd. Coś gorszego. Coś co siedzi między żebrami i nie odpuszcza.


Spojrzał na ławniczkę. Ta przynajmniej patrzyła. Mówił do niej. Głosem który nie był jego głosem -za cichy, za miękki, głos człowieka który przeprasza, że w ogóle zabrał głos.

— Wysoki sądzie, te zarzuty nie są prawdziwe. Zapewniłem żonie najlepsze życie jakie mogłem.


— Proszę juuuuż przestać. Niech paaan siada -stęknęła sędzia.


Usiadł. I wtedy dotarło. Nie od razu -sekundę za późno, jak grzmot po błysku, gdy burza jest już nad głową. Radca prawny Natalii mówił coś wcześniej. Spokojnie. Rzeczowo. Kaczym głosem człowieka który odczytuje listę zakupów:


— Wysoki sądzie, składam kopię postanowienia Prokuratury Rejonowej dla Warszawy-Woli o wszczęciu śledztwa w sprawie zawiadomienia mojej klientki o znęcaniu się psychicznym.


Znęcanie psychiczne. Jego nazwisko. Prokuratura.


Konrad nie spojrzał na zegarek. Bał się, że tarcza już nie tylko pulsuje czerwienią, ale naprawdę zacznie krzyczeć.


Zamiast tego spojrzał na Natalię.


Zwykle wyglądała jak kanarek -kolorowa, głośna, w sukienkach które krzyczały razem z nią. Teraz siedziała w szarym worku zamiast ubrania, włosy ulizane, twarz złożona w wyraz cichego cierpienia który ktoś długo ćwiczył przed lustrem. W oczach suche łzy. Zawieszone tam starannie, na tę salę, na ten dzień, na te ławniczki które może jednak nie śpią.


Szary wróbel.


Kurwa. Wróbelek.


Konrad poczuł jak coś w klatce piersiowej napina się do granic wytrzymałości. Przełknął ślinę.


***


Wyszli na korytarz. Ewa zamknęła teczkę.


— Czułam że tak będzie. -Krótki śmiech. -Typowe. Twój rozwód nie będzie taki prosty. Czułam, że tak będzie. Jej słowa pojawiały się szybko.


Typowe. Tak. Konrad stał i myślał że tak, normalne w swojej nienormalności, w co trzeciej czy co czwartej spornej sprawie rozwodowej było pomówienie o znęcanie. Znał to. Sam miał takich klientów, sam słuchał, sam kiwał głową i myślał: instrument pozaprocesowy, nic więcej, stary jak kodeks. Sądy wytworzyły własny ekosystem kłamstwa -sprawny, przewidywalny, prawie elegancki w swojej powtarzalności. Kobiety przychodziły w szarych workach i z suchymi łzami i wychodziły z połową mieszkania oraz alimentami do końca życia — jego nie jej. Sprawca i ofiara. Sprawca rodzaj męski, ofiara rodzaj żeński.


Później krótka ostra myśl — to było im. Kurwa. Nie jemu.


Za co.


Złość nie krzyczała. Wchodziła cicho, od stóp, przez nogi, przez brzuch, zimna i metodyczna. Gorąca złość jest głupia i mija. Zimna zostaje. Zimna wie czego chce.

— Masz tu telefon. -Ewa wyciągnęła wizytówkę. -Były policjant, teraz detektyw. Dobry. Sprawdzi skąd to śledztwo, co robi teraz twoja Natalka. Zachichotała.


Konrad wziął wizytówkę. Patrzył na nią.


— Ewa. Postępowanie przygotowawcze jest tajne. Żaden detektyw nie dotknie tych akt.


— Konrad. -Zmierzyła go wzrokiem. -On nie czyta akt. On rozmawia z ludźmi. To jest różnica.

Schował wizytówkę.


— A gdzie ona teraz mieszka? rzuciła Ewa.


— Z mamusią.


Ewa uniosła brew.


— To o co chodziło sędzi z tą kiecką mamusi? Po co to mówiła do ciebie?


— Nie wiem. -Konrad wzruszył ramionami. -Przecież to ona mieszka z mamusią i tatusiem. Nie ja.

Ewa patrzyła przez sekundę. Potem zerknęła na zegarek -normalny zegarek, który pokazywał tylko godzinę i nic nie krzyczał.


— Muszę lecieć. Zaraz mam inną sprawę. W kontakcie.


Poszła. Szybko, rzeczowo. Korytarz sądowy miał tę właściwość że pochłaniał ludzi bez śladu -wchodziłeś, byłeś, wychodziłeś, jakby cię nie było. Wszyscy tutaj byli tymczasowi. Wszyscy mieli zaraz inną sprawę.


Konrad rzucił okiem na drugą stronę korytarza.


Wróbel znowu był kanarkiem.


Natalia stała przy oknie i śmiała się z czegoś co powiedziała kaczka w garniturze. Głowa w tył. Zęby na wierzchu. Łzy zniknęły jakby ich nie było, bo ich nie było. Szary worek wypełnił się nagle kolorem. Konrad patrzył na nią i myślał że zna to uczucie -to uczucie kiedy rozumiesz że byłeś jedyną osobą na sali która naprawdę czegoś nie wiedziała.


***


Wyszedł na ulicę.


Styczeń. Szaro, mokro, zimno które wchodzi przez płaszcz jak przez papier. Zmierzch o trzeciej po południu -typowy polski zimowy zmierzch, kiedy dzień poddaje się bez walki i niebo ma kolor betonu.


Konrad stanął przed sądem i wciągnął powietrze. Bolało w płucach. Dobrze.


Spojrzał na zegarek.


Tarcza znowu była biała. 87 uderzeń na minutę. Normalnie. Spokojnie. Jakby nic się nie stało.

Ludzie przechodzili obok -szybko, skuleni, z twarzami schowanymi w kołnierzach. Nikt nie patrzył. Nikt nie wiedział że pięć minut temu siedział w sali i słuchał jak sędzia mówi mu o końcu kariery. Nikt nie wiedział, że jego żona siedziała trzy metry dalej w szarym worku i płakała łzami których nie było.


Konrad ruszył. Nie wiedział dokąd. Chodnik był mokry od roztopionego śniegu -brudny, szary, pomieszany z solą i piaskiem. Samochód stał dwie przecznice dalej. Nie poszedł tam.

Wyjął telefon. Wizytówka była w kieszeni płaszcza -kartka gruba, dobry papier czarny napis. „Jacek Nowicki”. I numer.


Konrad patrzył na wizytówkę i myślał o niczym.


Potem myślał o wszystkim.


Natalia w szarym worku. Natalia śmiejąca się na korytarzu. Sędzia która mówi nie patrząc. Prokuratura. Znęcanie psychiczne. Jego nazwisko w aktach. I ta kwestia, która została jak drzazga pod skórą: „Może najwyższy czas odczepić się od kiecki mamusi.”


Przecież to ona. Nie on. Ona mieszka z rodzicami od trzech miesięcy. On mieszka sam.

To ona.


Konrad złożył wizytówkę na pół. Potem jeszcze raz. Schował do kieszeni. Zimno przeszło przez płaszcz i usiadło między łopatkami. Zostało tam. Konrad szedł dalej i czuł je -stałe, ciężkie, konkretne. Nie od zimy. Od czegoś innego.


Szedł i myślał że przez dziesięć lat w zawodzie nauczył się jednego: kto pierwszy uderzy, ten kontroluje narrację. On złożył pozew pierwszy. Jego plus został jednak wyzerowany, a teraz na jego koncie kilka minusów. ”Znęcanie psychiczne” — kurwa co ta suka wymyśliła!


I nagle, pomiędzy zmarzniętymi palcami i mokrymi butami i tym wszystkim co siedziało w klatce piersiowej od jedenastu minut na korytarzu -nagle coś się wyprostowało.


Nie złość. Coś cięższego.


Decyzja.


Konrad zatrzymał się. Wyjął telefon. Wyciągnął wizytówkę -była pogięta, wilgotna w rogach. Wystukał numer.


Trzy sygnały.


— Słucham.


Głos niski, chropowaty, bez wstępu.


— Dzień dobry. Dzwonię z polecenia adwokat Lubińskiej. Chciałbym się spotkać.


— Rozumiem. Dziś o 18 w kawiarni Orzechowa na ul. Leszno.


Konrad spojrzał na zegarek. 11.49. Biała tarcza. 89 uderzeń. -Ok. Będę.

Rozdział 2 Detektyw

Kawiarnia Orzechowa na Woli. Konrad wszedł o 17:53. Kilkanaście stolików, połowa zajęta. Wygląd jak Nero albo Costa, albo jakaś inna sieciówka -ten sam wystrój co wszędzie: plastik udający drewno, lampy udające design, espresso udające kawę. Zapach palonych ziaren mieszał się z zapachem detergentu. Wszystko było czyste. Wszystko było takie samo.


Konrad usiadł przy stoliku koło okna. Widok na drzwi, widok na ulicę. Adwokat zawsze siada twarzą do wyjścia. Odruch. Nawyk ze spotkań z klientami.


Zamówił kawę. Czarną, bez cukru. Kelnerka przyniosła ją szybko -dziewczyna może dwadzieścia lat, włosy upięte, uśmiech wyćwiczony na szkoleniu z obsługi klienta. Konrad spojrzał na zegarek. Biała tarcza. 82 uderzenia na minutę. Pił powoli i patrzył na drzwi.


18:04 -wszedł facet.


Niski. Może metr siedemdziesiąt, może mniej. Grubawy -nie tłusty, ale ciężki, szeroki w ramionach, brzuch który wygląda na stały i nabity. Łysiejący. Pod sześćdziesiątkę, może więcej. Kurtka pikowana, granatowa, za ciasna w ramionach.


Rozejrzał się po sali. Konrad widział jak wzrok faceta przesuwa się od stolika do stolika -szybko, bez wahania, jak kamera która rejestruje układ terenu. Facet wyjął telefon. Wystukał numer.


Telefon Konrada zawibrował w kieszeni.


Konrad nie odebrał.


Facet usłyszał wibracje -stał trzy metry od Konrada i słyszał. Podniósł wzrok. Spojrzał prosto na niego. Nic nie powiedział. Schował telefon. Podszedł.


— Pan Jarosiński?


Głos niski, chropowaty. Ten sam co przez telefon.


— Tak.


— Jacek Nowicki.


Usiadł. Ciężko, z westchnieniem które mówiło że krzesło jest za małe albo że dzień był za długi albo że kolana bolą od zimy. Położył telefon na stole. Nie zamówił kawy. Spojrzał na Konrada.


Przez pięć sekund nie mówił. Patrzył tylko. Konrad widział jak facet go ocenia. Wszystko było widoczne. Wszystko było czytelne.


— Proszę opowiedzieć czego pan ode mnie oczekuje -powiedział w końcu Nowicki.


Konrad patrzył na niego. Przełknął ślinę.


— Nie wiem.


Nowicki uniósł brew. Nie powiedział nic. Czekał.


— Poleciła mnie pana adwokat Lubińska -dodał Konrad szybko. -Powiedziała, że pan pomoże.


— Pomoże w czym?


Konrad spojrzał w kawę. Potem z powrotem na Nowickiego.


— Mam sprawę o rozwód, swój rozwód. Dziś dowiedziałem się, że znęcałem się psychicznie nad żoną. Złożyła zawiadomienie do prokuratury. -Pauza. -Jestem adwokatem. Nie mogę sobie pozwolić na…


— Moment. -Nowicki podniósł rękę. Dłoń miał szeroką, palce krótkie. -Pan jest adwokatem?


— Tak.


— Ja byłem policjantem. -Nowicki oparł się wygodniej na krześle. Krzesło jęknęło lekko. -Dwadzieścia siedem lat w służbie. Wydział Kryminalny. Teraz jestem detektywem. -Pauza. -I niech pan posłucha dobrze, panie Jarosiński: proszę zapomnieć w swojej sprawie, że jest pan adwokatem.


Cisza.


Konrad patrzył na niego i nie rozumiał.


— Teraz jest pan szczurem -mówił Nowicki powoli, wyraźnie, jakby tłumaczył dziecku albo pijanemu. -Zaszczutym szczurem. Nie lepiej: zającem. Psy już za panem biegną. Prokuratura, sąd, pana żona która gra ofiarę. Wszystko to są psy. Pauza. -Trzeba zmienić optykę.


Konrad nic nie odpowiedział. Nie umiał.


Nowicki westchnął. Wyjął z kieszeni notes -mały, czarny, w twardej oprawie. Otworzył go. Wyjął długopis.


— Proszę mi opowiedzieć o małżeństwie. Od początku.


***


Niecałe trzy lata. Ślub w czerwcu 2022. Wesele małe -trzydzieści osób. Wszystko było w porządku. Przynajmniej -Konrad myślał wtedy, że było.


Pracował. Kancelaria adwokacka na ul. Płockiej na Woli. Sprawy cywilne: podziały majątku i spadki, czasami jakaś drobna sprawa karna. Konrad znał to na wylot. Wiedział jak rozmawiać z klientami którzy krzyczą, jak przekonać sędziego który już osądził, jak podzielić majątek tak żeby oboje wyszli z sali niezadowoleni ale ugodzeni.


Natalia też pracowała. Nauczycielka w przedszkolu „Tęczowy Świat” na Bemowie. Potem angielski w prywatnej szkole językowej -po godzinach, dwa razy w tygodniu, czasem trzy. Dobrze im szło. Mieszkanie wynajęte na Woli, dwa pokoje, nowe budownictwo. Działka w okolicach Leszna pod samą Puszczą Kampinoską. Dom w budowie.


Później była rutyna.


Konrad pracował do szóstej. Wracał zmęczony. Natalia przychodziła po nim -czasem o ósmej czasem o dziewiątej, czasem później. Mówiła że miała lekcje. Mówiła że musiała coś dopilnować w przedszkolu. Mówiła że spotkała koleżankę. Konrad kiwał głową i nie pytał.


Potem Natalia zaczęła się czepiać.


Nierozpakowana zmywarka. Ubrania nieodłożone do szafy. Brudny talerz zostawiony w zlewie. Drobne rzeczy, głupie rzeczy, rzeczy o które nikt normalny się nie czepią. Ale Natalia się czepiała. Coraz częściej. Coraz głośniej.


Konrad myślał że to normalne. Tak wygląda każde małżeństwo po dwóch latach. Rutyna. Frustracja. Zmęczenie. To mija.


Nie minęło.


Miesiąc temu Natalia wyszła do pracy. Była środa, 18 grudnia 2024 r. Konrad pamiętał datę bo tego dnia miał rozprawę w sprawie podziału majątku -klient który krzyczał przez pół godziny że oddał żonie wszystko a ona chce jeszcze więcej. Standardowa sprawa. Standardowy dzień.


Natalia nie wróciła.


Wieczorem SMS: „Wyprowadzam się w obawie o siebie i swoje zdrowie. Zapłacisz mi za wszystko co zrobiłeś mi ze swoimi rodzicami.”


Konrad zadzwonił. Nie odebrała. Zadzwonił jeszcze raz. Nie odebrała. Napisał SMS: „Co się dzieje?” Nie odpowiedziała.


Następnego dnia znowu. Cisza.


Konrad nie wiedział co jest grane. Myślał że przyjdzie, że wytłumaczy, że usiądą i pogadają jak normalni ludzie. Nie przyszła.


Po tygodniu Konrad uznał że czas złożyć pozew o rozwód. Szybko. Kto pierwszy uderzy, ten kontroluje narrację. To wiedział na pewno.


Złożył pozew 27 grudnia 2024r.


Dzisiaj 14 stycznia -pierwsza rozprawa, bo jest wniosek o zabezpieczenie potrzeb rodziny, czyli jej, dzieci nie mamy. Dziś się dowiedziałem, że jestem znęcaczem. Jakaś kurwa bezczelna o twarzy zmęczonej cioci — to znaczy sędzia, nas wysłuchała. Jutro czy pojutrze wyda postanowienie. Co będzie w postanowieniu już wiem. Będę płacił. Pytanie jak dużo.


***


Nowicki słuchał w milczeniu. Pisał w notesie -krótkie notatki, kilka słów na wiersz. Gdy Konrad skończył, Nowicki położył długopis. Spojrzał na niego.


— Red flag -powiedział krótko.


Konrad zamrugał.


— Co?


— Późne powroty. Czepianie się drobiazgów. -Nowicki oparł się o blat. -Klasyczna czerwona flaga, panie Jarosiński. Pana żona miała kochanka. Gwarantuję.


— Nie. -Konrad pokręcił głową. -Natalia nie… to niemożliwe.


— Możliwe. -Nowicki wzruszył ramionami. -I bardzo prawdopodobne. Proszę powiedzieć: co z majątkiem?


— Działka. Dom prawie zbudowany. -Konrad spojrzał w kawę. Była zimna. -Jeszcze nie wykończony, ale dach jest, okna są, ściany, instalacje.


Nowicki westchnął znacząco. Długo i powoli.


— Czyli jest o co walczyć.


— Ale to nie tak. -Konrad wyprostował się na krześle. -Ja jestem adwokatem od spraw cywilnych. Robię podziały majątku i działy. Znam to na wylot. Wiem jak taka sprawa wygląda. Tu nie mam czego się bać. Działka jest na mnie. Kiedyś dziadek dał mi na nią pieniądze. Kupiłem jak jeszcze w Lesznie było w miarę tanio. Później inwestowałem swoje pieniądze. Ściany postawiłem za swoje. Trochę mi rodzice dorzucili. W małżeństwie mieliśmy wspólność, ale proszę pana jej należy się tylko połowa wartości tego co powstało w trakcie małżeństwa. Spłata z części nakładu budowlanego, spłata z tego co było zrobione przez ostatnie dwa lata.


— Tak się panu wydaje. -Nowicki pokręcił głową. Westchnął. -Naprawdę, panie Jarosiński. Niech pan zapomni że jest adwokatem. -Pauza. -Proszę powiedzieć: pan podejrzewał że ona ma kogoś?


— Nawet o tym nie myślałem. -Konrad wzruszył ramionami. -Nigdy nie byłem zazdrosny. Przecież jesteśmy dorośli. Przecież małżeństwo to umowa oparta na zaufaniu. Jeśli ktoś chce oszukiwać, to i tak znajdzie sposób -recytował swoją filozofię układów damsko-męskich.


— Nie był pan zazdrosny? -powtórzył Nowicki wolno. Już nie wzdychał. Patrzył na Konrada jak na eksponat. Patrzył tak jak dzieci w zoo podglądają zwierzęta widziane dotychczas tylko na obrazkach.


— Żona przychodzi o dziesiątej, o jedenastej, czepią się pana o zmywarkę… i panu to nie przeszkadzało?


— Nie. W sumie nawet się ucieszyłem jak się wyprowadziła. -Konrad przełknął ślinę. -Związek nie miał już sensu. Czułem się w nim źle. Nawet się cieszyłem, że nie ma dzieci. To zwykle minus, ale dla mnie to był teraz plus. Myślałem, że po prostu się rozejdziemy każde w swoją stronę…


Nowicki patrzył na niego długo. Bardzo długo. Potem pokiwał głową.


— Dobrze -powiedział w końcu. -Panie Jarosiński, ja pracuję tak: ustalę panu jej kontakty. Sprawdzę czy ma kogoś i kiedy wpadła na ten plan. Kobiety tak nie robią jak my faceci, tu nie ma żadnego spontanu, trzeba trzymać mocno nową gałąź, zanim puści się poprzedniej. Bo proszę pana…


Nowicki pochylił się przez stół. Mówił cicho, wyraźnie.


— To nie jest tak że ona spontanicznie się wyprowadziła. Nie ma czegoś takiego jak spontaniczne wyprowadzenie się z SMS-em „zapłacisz mi za wszystko” i jakimś oskarżeniem, które dziś się skonkretyzowało dla pana. -Pauza. -Ona ma plan. A pan gra już rolę. Właśnie miał miejsce pierwszy akt w sądzie. Pan wystąpił w roli głównej. Jest pan zającem. -Pauza. -Za panem biegną psy.


Konrad nie odpowiedział. Gardło miał suche.


Nowicki wyprostował się. Wyjął z kieszeni papierosy -Camel bez filtra. Spojrzał na znak zakazu palenia przyklejony do okna. Schował papierosy z powrotem.


— I jeszcze, co ona ma do pana rodziców? Co jej zrobili -zapytał Nowicki.


— To jest najśmieszniejsze. Ona nie miała prawie wcale z nimi kontaktu, bo oni mieszkają na wsi pod Mińskiem. My się na święta w zasadzie widzieliśmy w czwórkę. Jak kiedyś moja mama nas odwiedziła bez zapowiedzi, to Natalia zrobiła taki grymas twarzy i taką ją przyjęła, że mama więcej się nie pojawiła. Częściej byliśmy u jej rodziców w Pruszkowie, chociaż ona ciągle na nich narzekała. Ona z tego powodu przeprowadziła się do mnie po paru tygodniach znajomości, nie mogła już wytrzymać w domu z rodzicami…


Tym razem Nowicki nawet nie westchnął. Zakrył oczy rękoma i spojrzał na stół.


— A pieniądze? -zapytał Konrad.


— Trzydzieści godzin pracy. Dziewięć tysięcy złotych. -Nowicki mówił rzeczowo, bez ceregieli, jak człowiek który wycenia towar. -Tu mówię od razu, pan to jako adwokat powinien wiedzieć: ja niczego nie gwarantuję. Nie będę przez te trzydzieści godzin stał pod jej domem. To tak nie wygląda, nie naciągnę pana. To nie jest film. -Pauza. -Rozłożę to na kilka dni, może dwa tygodnie. Teraz poproszę zaliczkę tysiąc złotych. Reszta po tych trzydziestu godzinach. Jeśli coś znajdę wcześniej -rozliczamy się proporcjonalnie.


Nowicki wyciągnął telefon. Podał Konradowi.


— Potrzebuję zdjęć waszych znajomych. Pana kolegów, jej koleżanek, znajomi ze studiów, z pracy. Jej rodziców, pańskich rodziców. Całej rodziny. Wszystko co pan ma. To mój mail.


Konrad wziął telefon. Przepisał adres. Później wyjął telefon. Wszedł w bank. Zrobił przelew. Tysiąc złotych. Konto Jacka Nowickiego, tytuł: zaliczka.


Nowicki sprawdził telefon. Skinął głową.


— Dostałem. Będziemy w kontakcie. -Wstał. -Przez najbliższe dni nic się raczej nie stanie. Ja zacznę od ustalenia jej lokalizacji, rozkładu dnia, z kim się spotyka. Podstawy. Potem zobaczymy.


Wyszedł bez pożegnania. Konrad siedział jeszcze pięć minut. Patrzył w zimną kawę. Tarcza zegarka pokazywała 91 uderzeń na minutę.


Myślał o niczym.


Potem wstał i wyszedł.


***


Nowicki jechał Oplem Vectrą, rocznik 2009. Nawiew był za słaby. Zimno wchodziło przez nieszczelne drzwi, przez szpary przy szybach, przez dziury w podłodze których Nowicki nie widział ale czuł, że są.


Jechał na Pruszków.


Adres: ul. Kasztanowa 17, Pruszków, bliźniak. Rodzice Natalii. GPS prowadził przez Wolę, przez Ursus, przez pola gdzie kiedyś były pola a teraz stoją szeregowce białe, szare, beżowe, wszystkie takie same, wszystkie nowe, wszystkie już brudne od spalin.


Nowicki myślał o Konradzie.


Szczur. Zając. Ten człowiek naprawdę nie widział co się dzieje. Adwokat. Dziesięć lat w zawodzie. Wie jak wygląda rozwód z podziałem majątku. Widział to pewnie dziesiątki razy. Ale swojego? Swojego rozwodu nie zauważył, nie dostrzegł, nie widział. Przespał własne małżeństwo. Żona przychodziła o jedenastej i mówiła że miała lekcje i on jej wierzył. Albo nie wierzył, ale nie pytał. Co gorsze.


Cóż.


Takich było wielu. Nowicki widział to przez dwadzieścia siedem lat w służbie i parę ostatnich lat pracy w nowym zawodzie. Ludzie którzy nie widzą co mają pod nosem. Albo widzą, ale wolą nie widzieć. Co wychodzi na to samo.


Pewnie nic się nie uda ustalić. Tak jak zawsze. Kasa łatwa. Dziewięć tysięcy za trzydzieści godzin siedzenia w samochodzie i robienia zdjęć. Nie najgorsza robota.


Szkoda chłopa.


Może się coś znajdzie.


***


Ul. Kasztanowa; Nowicki dojechał o 19:27. Zaparkował sto metrów dalej, przy skrzyżowaniu z ul. Jagodową. Zgasił silnik. Zgasił światła. Siedział.


Bliźniak. Nowy -może pięć lat, może mniej. Tynk jasny, ocieplenie styropianem, dach ciemnoczerwony, dachówka ceramiczna. Ogrodzenie niskie, metalowe, pomalowane na czarno. Brama przesuwna, automatyka. Przed domem podjazd z kostki brukowej.


Na podjeździe dwa samochody.


Pierwszy -Opel Astra, srebrna, rocznik może 2015, może 2016. Rejestracja WPR 47953. Nowicki zapisał w notesie. Natalii. To było pewne.


Drugi -Volkswagen Passat, czarny, lśniący, rocznik świeży. Może 2024, może 2025. Rejestracja WA 19472. Nowicki zapisał także ten numer.


W oknach paliło się światło. Parter -salon, widoczne przez szpary w zasłonach. Pierwsze piętro -dwa okna świecące, reszta ciemna. Zasłony zaciągnięte wszędzie.


Nic ciekawego.


Nowicki siedział. Patrzył. Czekał.


Zimno wchodziło przez drzwi. Nowicki zapiął kurtkę. Włączył silnik na trzy minuty żeby ogrzać kabinę. Potem zgasił. Znowu zimno.


Minęło dziesięć minut. Piętnaście. Dwadzieścia.


Nic się nie działo.


O 19:51 światło na parterze zgasło. O 19:53 zapaliło się z powrotem. Ktoś chodził po domu. Normalne.


O 20:04 Nowicki odpalił silnik. Pojechał do domu.


Godzina pracy. Dwa numery rejestracyjne. Zero konkretów.


Standardowy początek.


***


Konrad leżał w łóżku.


Nie mógł spać.


Była 23:47. Potem 00:13. Potem 01:02.


Okno było uchylone -zimno wchodziło do środka cienkim strumieniem, stałe, nieprzerwane, jak woda z nieszczelnego kranu. Gdzieś daleko szczekał pies. Ostro, nerwowo, co kilkanaście sekund. Konrad liczył. Szesnaście sekund. Osiemnaście. Dwadzieścia jeden. Potem znowu szesnaście.


„Jestem szczurem.”


„Zającem?”


Konrad przerzucał się z boku na bok. Kołdra była za ciężka. Potem za lekka. Poduszka za wysoka. Za niska.


Myślał o Natalii.


Nie o tej Natalii która siedziała w sądzie w szarym worku. O tej wcześniej. Z początku. Kiedy śmiali się z czegoś co powiedziała kelnerka. Kiedy całowali się w kinie jak nastolatki. Kiedy Natalia robiła jajecznicę o trzeciej nad ranem i mówiła że to najlepsza jajecznica na świecie.


To było dwa lata temu.


O trzeciej nad ranem wstał. Nogi bolały -sztywne, zimne, jak drewniane. Poszedł do kuchni. Wypił wodę. Stał przy oknie i patrzył na ulicę.


Pusta. Ciemna. Cisza.


Latarnie świeciły pomarańczowym światłem -stare, sodowe, takie które dają więcej cienia niż światła. Konrad patrzył na nie i myślał o niczym.


Potem myślał o wszystkim.


Sędzia która mówi nie patrząc. Natalia w szarym worku. Prokuratura. Znęcanie psychiczne. „Odczepić się od kiecki mamusi”. Co to kurwa znaczyło?


Konrad wrócił do łóżka. Usnął.

Rozdział 3. Protokół

Dzwonek.

Konrad otworzył oczy. Ciemno. Nie, nie ciemno -szaro. Świt. To coś pomiędzy nocą a dniem kiedy wszystko ma kolor betonu.


Dzwonek znowu.


Konrad spojrzał na zegarek. 6:22. Tarcza biała. 75 uderzeń na minutę. Normalnie. Jakby nic się nie działo.


Dzwonek trzeci raz. Dłużej. Natarczywiej.


Nogi bolały. Głowa bolała. Jakby był pijany, ale nic nie pił. Trzy godziny snu. Może cztery. Może mniej. Konrad wstał. Podkoszulek i gatki. Zimno przeszło przez ciało jak prąd.


Przeszedł przez salon. Podłoga lodowata. Przez wizjer widział dwie sylwetki.


Policja.


Mundury. Czapki. Starszy i młodszy. Ten starszy wyglądał znajomo. Konrad otworzył drzwi.


— Dzień dobry. Pan Konrad Jarosiński?


Głos starszego -spokojny, służbowy, głos człowieka który robi to od dwudziestu lat i już nic go nie dziwi.


— Tak. O co chodzi?


I wtedy dotarło.


Znał go.


Twarz. Ta szczególna twarz -szeroka, kwadratowa, nos lekko spłaszczony. Poznał. Ten policjant. Kilka miesięcy temu. Areszt z urzędu. Sprawa klienta Konrada, facet podejrzany o kradzież w firmie. Konrad go wtedy bronił. Przegrał. Klient dostał trzy miesiące sanek. Ten policjant był świadkiem.


— Panie mecenasie -powiedział starszy policjant i w jego głosie było coś co Konrad znał, to szczególne współczucie które ludzie mają dla tych co spadli. -Mamy nakaz prokuratora. Musimy przeszukać pana mieszkanie.


Konrad stał. Patrzył. Mózg pracował wolno, za wolno, jakby płynął przez gęstą ciecz.


— Nakaz? -powtórzył. Głos mu się załamał. -O co chodzi?


Starszy wyciągnął kartkę. Konrad wziął ją. Czytał.


*Postanowienie Prokuratury Rejonowej Warszawa-Wola z dnia 14 stycznia 2025 r. o zarządzeniu przeszukania lokalu mieszkalnego przy ul. (…) w związku z prowadzonym postępowaniem przygotowawczym w sprawie znęcania się psychicznego oraz przywłaszczenia dokumentu tożsamości na szkodę Natalii Jarosińskiej.*


Konrad czytał jeszcze raz. I jeszcze raz.


Przywłaszczenie.


— Proszę. -Starszy policjant patrzył na niego spokojnie. -Żona zgłosiła, że pan jej ukradł paszport. Jest pan podobno mocno zazdrosny. Śledzi ją pan i tak dalej. Mamy zabezpieczyć kamery, którymi pan ją rzekomo nagrywał. -Pauza. -Panie mecenasie, mam prośbę. Jeśli pan te przedmioty wyda dobrowolnie, przeszukania nie będzie. Podpisujemy protokół i jedziemy.


Konrad stał. Patrzył na nich.


I nagle przestał.


Przestał widzieć ich jako ludzi.


Młody policjant -dwadzieścia kilka lat, krępy, szeroki w ramionach -miał głowę psa. Nie metaforycznej. Dosłownie. Buldoga z pianą na pysku. Łeb masywny, szczęka wypchana, oczy małe i czarne i łeb ten był na mundurze i ruszał się i patrzył na Konrada wyczekująco.


Starszy -ten którego znał -miał głowę wilczura. Stary, spokojny, zmęczony. Wilczur który wie że ugryzie jak trzeba, ale woli nie gryźć, bo mu się nie chce. Woli żeby Konrad sam przed nim się położył i pokazał brzuch.


Konrad zamrugał.


Policjanci. Normalni policjanci. Mundury. Czapki. Twarze ludzkie.


— Ale to brednie -powiedział Konrad. Głos mu wrócił, mocniejszy. -Wyprowadziła się niecały miesiąc temu. Na pewno zabrała swoje dokumenty.


— Panie mecenasie. -Starszy westchnął. -Niech pan nie utrudnia. Możemy szukać kulturalnie, albo musimy działać regulaminowo. -Pokazał kajdanki zwisające z pasa. -Wybrał pan.


Konrad patrzył na niego.


Potem patrzył na młodego z głową buldoga. Nie, nie z głową. Z twarzą. Normalną twarzą. Twarz człowieka który jest tutaj służbowo i jutro o tym nie będzie pamiętał.


— Szukajcie -powiedział Konrad. -Ja nie wydam tych rzeczy, bo ich nie mam.


Starszy skinął głową. Wszedł do środka. Młody za nim.


***


Młody zaczął od kuchni.


Otworzył szafki. Wyciągał talerze. Kubki. Odkręcał słoiki. Zaglądał do garnków. Robił to szybko, metodycznie, bez słowa.


Starszy poszedł do sypialni.


Konrad stał w progu i patrzył.


Szafa. Drzwi otwarte. Ręce starszego policjanta przesuwały się przez ubrania -marynarki, spodnie, koszule. Wszystko układnie wisiało na wieszakach. Teraz leciało na podłogę. Jedna rzecz. Druga. Trzecia. Czwarta.


Konrad patrzył.


Marynarki które nosił na rozprawy. Spodnie które prasował w niedziele. Koszule które kupił dwa lata temu w sklepie firmowym Vistuli, bo Natalia powiedziała że biały kołnierzyk pasuje do jego twarzy.


Wszystko na podłodze.


Starszy grzebał dalej. Szuflady. Bielizna. Skarpety. Papiery. Wszystko wyciągane, oglądane, odkładane.


Konrad patrzył i czuł że jego ciało gdzieś odpłynęło. Został tylko obserwator. Ktoś kto przygląda się scenie która dzieje się komuś innemu.


*Może to sen*.


Ta myśl przyszła spokojnie. Normalnie. Może to sen. Może zaraz się obudzi i będzie siódma rano i włączy ekspres i pójdzie do pracy i dzisiejszy dzień się nie wydarzy.


Konrad poszedł do kuchni. Włączył ekspres.


Kawa kapała. Powoli. Kropla za kroplą. Młody policjant otworzył lodówkę. Wyciągnął ser. Mleko. Masło. Oglądał etykiety. Wkładał z powrotem.


Konrad patrzył na kapiącą kawę.


*Tylko się obudzić*.


Ekspres skończył nalewać.


— Szefie!!! Jest!!!


Krzyk młodego policjanta był ostry i radosny. Triumfalny. Jak okrzyk myśliwego który trafił.


Konrad odwrócił się.


Młody stał w sypialni. W ręku trzymał paszport -bordowy, polski, z orłem na okładce. Machnął nim w powietrzu jak trofeum.


Starszy podszedł. Wziął paszport. Otworzył. Sprawdził pierwszą stronę. Skinął głową.


— Panie mecenasie -powiedział spokojnie. -Nieładnie. Był pod dnem szuflady przyklejony taśmą.


Konrad patrzył na niego.


— Pewnie sama go tam schowała -powiedział. -Po co miałbym jej go chować?


— Pewnie -zgodził się starszy. -Pewnie. -Ton głosu mówił: nie wierzę, ale to nie moja sprawa. -Zabezpieczam jako dowód rzeczowy. Jacek -zawołał do młodego gliniarza -zabezpiecz tę taśmę klejącą na odciski.


Wyjął torebkę foliową. Włożył paszport. Zalepił taśmą z pieczęcią. Pieczęć była niebieska. Konrad patrzył na nią. Hipnotyzująca. Niebieska pieczęć na foliowej torebce. W drugiej torebce poskręcana taśma klejąca.


Młody szukał dalej.


I wtedy przez umysł Konrada przeszła myśl -szybka, ostra, jak kurek z adrenaliną prosto do żyły:


*A może ta suka podłożyła mi coś? Narkotyki? Broń? Coś grubszego?*


Konrad spojrzał na zegarek. Tarcza była czerwona. 118 uderzeń na minutę.


— Szefie!!! Mam!!!


Znowu krzyk młodego. Znowu triumf.


Tym razem trzymał coś małego. Zegarek. Nie -nie zegarek. Coś co wyglądało jak zegarek. Biały, okrągły, taki który stał w gablotce na przeciwko łóżka od kilku miesięcy. Ozdoba.


Starszy podszedł. Wziął zegarek. Obejrzał. Nacisnął coś. Otworzyła się mała klapka z tyłu. Starszy wyjął coś malutkiego -kartę SD.


Spojrzał na Konrada.


— Panie mecenasie -powiedział wolno. -Po co panu ta kamera w zegarku była? -Pokręcił głową. -Ech, czego to ludzie nie wymyślą.


Konrad stał.


Patrzył na ten zegarek.


— To zegarek Natalii -powiedział.


Starszy wzdechnął. Wziął kolejną torebkę foliową. Włożył zegarek i kartę SD. Zalepił taśmą z pieczęcią.


Młody szukał dalej. Grzebał w szafkach. W szufladach. Pod łóżkiem. Wszędzie.


Starszy pisał protokół. Kartka A4. Druk urzędowy. Rubryki, pola do wypełnienia. Pisał długopisem -powoli, starannie, każda litera wyraźna.


— Panie mecenasie -powiedział nie podnosząc wzroku. -To standardowa procedura. Nic osobistego.


Konrad nie odpowiedział.


Patrzył na protokół. Widział jak starszy zapisuje rubryki. Jedna po drugiej. Imię i nazwisko. Adres. Data. Godzina. Zabezpieczone przedmioty.


*Paszport Natalii Jarosińskiej.*

*Taśma koloru szarego*

*Kamera-zegarek z kartą SD nr 2765602.*


Konrad pił kawę. Zimną. Zimna kawa była lepsza. Ciepła miała smak porażki.


Młody skończył przeszukiwanie o 7:11. Nic więcej nie znalazł. Starszy skończył pisać protokół o 7:14.


— Proszę podpisać.


Konrad wziął długopis. Patrzył na podpis. Jego podpis. Na dole. W rubryce: *Przeszukiwany.*


Podpisał.


Starszy skinął głową. Złożył protokół. Schował do teczki. Młody stał przy drzwiach.


— Przepraszam pana, panie mecenasie -powiedział starszy przy wyjściu. -Naprawdę.


Zamknął drzwi.


Konrad stał w korytarzu. Patrzył na drzwi.


Potem patrzył na kawę w kubku. Potem na zegarek.


Tarcza czerwona. 127 uderzeń na minutę.


***


Dziewiąta dwadzieścia.


Sąd Rejonowy dla Warszawy-Woli. Sala 214. Sprawa o zapłatę. Konrad siedział obok klienta -pan Siemiński, pięćdziesiąt kilka lat, twarz szczura laboratoryjnego, oczy małe i nerwowe.


Za stołem sędziowskim siedział młody asesor. Dwadzieścia osiem, może trzydzieści lat. Garnitur świeży. Krawat wyprasowany. Twarz gładka, bez zmarszczek, twarz człowieka który jeszcze wierzy że sąd ustala prawdę.

Siemiński mówił.


— Wysoki sądzie, ja zapłaciłem powodowi. On zrobił robotę, no położył te kafelki w łazience, a ja mu zapłaciłem gotówką. To jakaś bzdura, że on mnie pozywa. Wyszedł ode mnie z mieszkania dwa miesiące temu, ma zapłacone, a teraz chce drugi raz.


Asesor słuchał. Patrzył w akta. Kartkował. Nie patrzył na Siemińskiego.


— Panie Siemiński -powiedział w końcu. -Ma pan pokwitowanie?


Cisza.


Siemiński spojrzał na Konrada. Konrad spojrzał na Siemińskiego.


— Nie mam -powiedział Siemiński. -Ale ja mówię prawdę.


Asesor wzdechnął. Długo. Powoli. Wzdech który mówi: słyszałem to już tysiąc razy.


— Bez pokwitowania nie ma dowodu zapłaty -powiedział rzeczowo.


Siemiński otworzył usta. Nie powiedział nic. Konrad widział jak jego twarz się zmienia -z czerwonej na bladą, z bladej na szarą. Widział jak ręce zaczynają drżeć.


— Ale… ale ja mu przecież zapłaciłem! -wykrzyknął Siemiński. -Jak mogę zapłacić dwa razy za to samo?!


Asesor patrzył na niego. Wzrok zimny, obojętny. Wzrok urzędnika który już wydał decyzję.


— Taka jest procedura -powiedział. -Ciężar dowodu ciąży na panu. -Zamknął akta. -Rozprawa będzie za miesiąc. Do tego czasu niech pan znajdzie świadków transakcji albo jakikolwiek dowód zapłaty.


Konrad siedział.


Patrzył na Siemińskiego. Patrzył na asesora. Patrzył na salę.


I myślał.


*Czy ja mam dowody?*


Nie.


Nie miał żadnych dowodów. Nie miał SMS-ów które udowodniłyby że Natalia kłamie. Nie miał zdjęć które pokazałyby że zegarek to nie kamera tylko zegarek. Że nie jest jego. Nie miał świadków którzy powiedzieliby że Natalia schowała paszport sama. Nie miał nic.


Ufał.


Po prostu ufał.


*Jestem kurwa zającem*.


Ta myśl przyszła ostro i jasno, jak światło latarki w ciemnym pokoju.


Zając. Szczur. Bez dowodów. Bez pokwitowań. Bez niczego.


Siemiński płakał cicho, albo tylko postękiwał. Konrad patrzył na niego i widział siebie. Rano. W podkoszulku i gatkach. Z policjantami którzy piszą protokół i zabezpieczają rzeczy.


*Tak wygląda przegrana*.


Nie z krzykiem. Nie z dramatem. Po prostu siedzisz na sali i patrzysz jak ktoś pisze protokół. I nie ma znaczenia co mówisz. Nie ma znaczenia co czujesz.


Ma znaczenie tylko to co jest napisane.


Rozprawa skończyła się o 9:37. Konrad wyszedł na korytarz. Siemiński szedł obok -cicho, skulony, z twarzą pochyloną w dół. Nie mówił. Konrad też nie.


Na korytarzu było zimno. Kaloryfery nie grzały albo były wyłączone albo nikt nie dbał żeby grzały. Ludzie siedzieli na ławkach i czekali. Twarze obojętne. Twarze które już się poddały.


Konrad spojrzał na zegarek.


Tarcza biała. 88 uderzeń na minutę.


Normalnie.


Jakby nic się nie stało.


Wyszedł z sądu. Styczeń. Szary. Mokry. Zimny. Niebo miało kolor protokołu przeszukania -brudnobiałe, zadrukowane, bez sensu.


Konrad szedł. Nie wiedział dokąd.


Szedł i myślał że teraz rozumie.


Teraz naprawdę rozumie.


System nie dba o prawdę. System dba o protokół. O podpis. O niebieską pieczęć na foliowej torebce.


Konrad przez dziesięć lat w zawodzie był po stronie protokołu.


Teraz był po drugiej.


Wyjął telefon. Znalazł numer Nowickiego. Wystukał SMS:


*Rano miałem przeszukanie. Znaleźli jej paszport i kamerę ukrytą w zegarku. Rzekomo jej go schowałem i byłem o nią zazdrosny. Ona mnie w coś wrabia. Proszę zadzwonić.*


Wysłał.


Czekał.


Telefon zawibrował po trzech minutach. Nowicki.


Konrad odebrał.


— Słucham.


— Panie Jarosiński -głos Nowickiego był spokojny. -Proszę się nie denerwować. To standardowa taktyka. Pana żona próbuje pana zastraszyć. -Pauza. Będziemy w kontakcie.


— Ale co ja mam…


— Nic -przerwał Nowicki. -Nic pan nie ma robić. Niech pan siedzi cicho. Nie dzwoni do niej. Nie pisze do niej. Nie rozmawia z jej rodziną. Nic. -Pauza. -Panie Jarosiński, niech pan zrobi jedno: niech pan zacznie zbierać dowody. Szukać. Sprawdzać. Wszystko. SMS-y, maile, zdjęcia. Rachunki za prąd, za gaz, za wszystko. Pokwitowania, paragony. Wszystko co pan ma. Wszystko co udowodni że pan nie jest tym kim pana żona chce pana przedstawić. Spokój. Jeszcze raz spokój. Na razie nic nie ma, to tylko przedstawienie, teatr żeby pana zastraszyć. Teraz robi z pana jakiegoś Otella.


Konrad słuchał.


— Rozumiem -powiedział.


— Dobrze. Jutro dzwonię.


Rozłączył się.


Konrad stał. Patrzył na telefon.


Potem patrzył na ulicę. Ludzie przechodzili -szybko, obojętnie, z twarzami schowanymi w kołnierzach. Nikt nie patrzył. Nikt nie wiedział że dwie godziny temu siedział w mieszkaniu w gatkach i patrzył jak policjanci zabezpieczają rzeczy których nie ukradł.


Nikt nie wiedział że jest zającem.


*Zbierać dowody*.


Konrad ruszył do samochodu.


Tarcza zegarka pulsowała. 94 uderzenia na minutę.


Szedł i myślał że przez dziesięć lat w zawodzie uczył klientów jednego: kto ma dowody, ten kontroluje narrację.


Teraz musiał nauczyć się tego sam.


Od początku.


Jak zając który uczy się uciekać przed psami.

Rozdział 4. Zabezpieczenie

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 39.74