E-book
31.5
drukowana A5
79.59
Bezwilcza

Bezpłatny fragment - Bezwilcza


Objętość:
411 str.
ISBN:
978-83-8467-680-6
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.59

Od Autorki

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku,

oddaję w Twoje ręce historię, która przez bardzo długi czas żyła wyłącznie w mojej wyobraźni. Zaczęła się od obrazu samotnej dziewczyny stojącej pośród ludzi, którzy zdążyli już zdecydować, kim jest, ile znaczy i na co zasługuje. Z czasem wokół niej powstał cały świat — pełen wilków, więzi, tajemnic oraz zasad, których nikt nie odważył się podważyć.

„Bezwilcza” jest opowieścią o Lily, ale również o tym, jak łatwo cudze słowa mogą stać się naszym własnym głosem. O dziewczynie, która przez lata słyszała, że jest zbyt słaba, zbyt wrażliwa i niewystarczająca, aż sama zaczęła w to wierzyć. Chciałam Ci pokazać, że odpowiedni impuls rozpoczyna zmiany na które nigdy nie jest za późno.

Lily nie zawsze będzie podejmowała właściwe decyzje. Niekiedy będzie milczeć, gdy czytelnik zapragnie, żeby krzyczała. Będzie usprawiedliwiać ludzi, którzy ją ranią, obwiniać samą siebie i kurczowo trzymać się wyobrażeń, których porzucenie okaże się bolesne. Proszę, nie oceniaj jej zbyt surowo. Odzyskiwanie własnego głosu rzadko dokonuje się w jednej chwili, a odejście od tego, co znane, wymaga czasem więcej odwagi niż jest w dostępne w bieżących zasobach.

Pod warstwą wilkołaczego świata, romansu i tajemnicy znajduje się historia o przemocy, manipulacji oraz powolnym odbudowywaniu poczucia własnej wartości. Pojawią się w niej trudne emocje i bolesne wydarzenia, ale znajdzie się również miejsce na bliskość, nadzieję i uczucie, które nie żąda, by ktokolwiek stawał się mniejszy, aby na nie zasłużyć.

Jeśli kiedykolwiek ktoś sprawił, że zwątpiłaś lub zwątpiłeś we własną wartość, mam nadzieję, że odnajdziesz w tej historii coś dla siebie.

Dziękuję, że zdecydowałaś lub zdecydowałeś się wejść do świata Lily i towarzyszyć jej w drodze, podczas której będzie musiała odkryć, że brak wilka nigdy nie czynił jej bezwartościową.

Jej historia właśnie się rozpoczyna. I nie skończy się na jednej części.

Wstęp

Kamień pod bosymi stopami Lily był lodowaty, chociaż nad dziedzińcem płonęły dziesiątki wysokich pochodni, a pomiędzy ich płomieniami unosiło się rozgrzane, drżące powietrze. Nie pamiętała, kiedy zdjęła buty ani w jaki sposób znalazła się przed wejściem do wielkiego kręgu wyznaczonego jasnymi płatkami kwiatów. Nie potrafiła również przypomnieć sobie drogi, którą tutaj przyszła.

Wiedziała jedynie, że wszyscy na nią czekali.

Wzdłuż kamiennych krużganków stała cała wataha. Setki nieruchomych sylwetek wypełniały dziedziniec, lecz mimo tak wielu zgromadzonych osób nie rozlegała się ani jedna rozmowa. Nikt nie kaszlał, nie poruszał się ani nie odwracał wzroku. Ich twarze ginęły w cieniu, chociaż światło pochodni powinno bez trudu do nich docierać.

Lily nie widziała oczu, a mimo to czuła każde spoczywające na niej spojrzenie.

Miała na sobie długą, białą suknię. Delikatny materiał otulał jej ciało i ciągnął się po kamiennej posadzce, zbierając rozsypane na niej płatki. Wokół jej prawego nadgarstka zawiązano srebrną wstążkę, która biegła przez środek ceremonialnego kręgu aż do mężczyzny stojącego przed niskim, kamiennym ołtarzem. Jej drugi koniec spoczywał w jego dłoni, luźno owinięty wokół długich palców.

Tam czekał Dorian.

Stał do niej plecami, ubrany w czarny ceremonialny strój. Nie odwrócił się, choć musiał słyszeć szelest jej sukni i cichy odgłos bosych stóp przesuwających się po kamieniu. Lily patrzyła na jego ciemne włosy, szerokie ramiona i wyprostowaną sylwetkę, próbując uspokoić serce, które z niewytłumaczalnego powodu biło coraz szybciej.

Ponad dziedzińcem rozległ się głos najstarszego członka Rady.

— Podejdź do mężczyzny, którego dla ciebie wybrano.

Wstążka poruszyła się pomiędzy nimi, kiedy stojący przy ołtarzu mężczyzna nieznacznie uniósł dłoń. Nie napiął jej ani nie próbował przyciągnąć Lily do siebie. Srebrzysty materiał pozostał luźny, pozostawiając jej wybór.

To ona wykonała krok.

Potem następny.

Kiedy przekroczyła linię białych kwiatów, pośród zgromadzonych przeszedł cichy szmer. Początkowo nie potrafiła odróżnić pojedynczych głosów, ale szepty stopniowo stawały się wyraźniejsze, aż wszystkie zaczęły powtarzać to samo słowo.

Bezwilcza.

Lily zacisnęła palce na materiale sukni i szła dalej, udając, że niczego nie słyszy. Robiła to przez całe życie. Wystarczyło patrzeć przed siebie, nie reagować i pamiętać, że za kilka chwil stanie u boku przyszłego alfy. Wtedy szepty powinny stracić znaczenie.

Od Doriana dzieliło ją zaledwie kilka kroków, kiedy dostrzegła, że coś się nie zgadza.

Mężczyzna stojący przy ołtarzu był od niego wyższy. Miał szersze ramiona, a jego ciemne włosy opadały na kark w sposób, którego Dorian nigdy by nie zaakceptował podczas oficjalnej uroczystości. Nawet sposób, w jaki stał — spokojny, niewzruszony i całkowicie obojętny na oczekiwanie całej watahy — nie przypominał człowieka, którego znała.

Lily zwolniła.

Wstążka uniosła się lekko nad posadzką, migocząc w świetle pochodni, lecz mężczyzna nadal pozostawiał ją luźną.

— Dorian? — zawołała niepewnie.

Odwrócił się.

Na krótką chwilę była przekonana, że patrzy na swojego narzeczonego. Dostrzegła ciemne włosy, podobny zarys kości policzkowych i tę samą zdecydowaną linię szczęki, lecz gdy uniosła wzrok, podobieństwo rozpadło się równie szybko, jak się pojawiło.

To nie był Dorian.

Nieznajomy wydawał się starszy i surowszy. Przez jego brew przebiegała delikatna blizna, druga, nieco większa, biegła przez lewy policzek, a na twarzy nie było ani chłodu, ani lekceważenia, do których przywykła. Patrzył na nią tak uważnie, jakby wśród setek zgromadzonych osób widział wyłącznie ją.

Jego ciemne oczy rozbłysły złotem.

Lily wstrzymała oddech.

Powinna była się przestraszyć. Cofnąć, zawołać Radę albo zapytać, co ten człowiek zrobił z Dorianem. Zamiast tego znieruchomiała, porażona dziwnym poczuciem, że już kiedyś stała naprzeciwko niego. Nie rozpoznawała twarzy, lecz jakaś głęboko ukryta część niej reagowała na jego obecność tak, jakby czekała na nią przez całe życie.

Nieznajomy rozluźnił palce zaciśnięte na końcu wstążki i odwrócił dłoń wnętrzem ku górze. Srebrzysty materiał spoczywał na niej niczym obietnica, ale mężczyzna nie skrócił dzielącej ich odległości. Pozostawił pomiędzy nimi kilka kroków, pozwalając Lily zdecydować, czy chce je pokonać.

— Wypowiedz przysięgę — nakazał przedstawiciel Rady.

Lily znała jej słowa. Powtarzała je tyle razy, że potrafiłaby wyrecytować całość wyrwana ze snu. Miała obiecać posłuszeństwo, wierność i oddanie mężczyźnie wybranemu przez starszyznę. Przyrzec, że zajmie przeznaczone jej miejsce i nigdy go nie opuści.

Rozchyliła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Nieznajomy nadal czekał, trzymając koniec łączącej ich wstążki.

— Lily.

Głos Doriana dobiegł zza jej pleców.

Odwróciła się gwałtownie.

Stał pod balkonem Rady, częściowo ukryty pomiędzy ludźmi. Jego twarz pozostawała nieruchoma, lecz w oczach widziała gniew. Nie patrzył na mężczyznę przy ołtarzu. Całą uwagę skupił na Lily, jakby sam fakt, że zatrzymała się przed kimś innym, stanowił wymierzone w niego upokorzenie.

— Wracaj na swoje miejsce — powiedział.

Lily poczuła chłód oplatający lewy nadgarstek.

Spomiędzy rozsypanych na posadzce płatków wysunął się srebrny łańcuch. Okręcił się wokół jej ręki i zacisnął na skórze, a jego drugi koniec znalazł się w dłoni Doriana. Szarpnięcie zmusiło ją do cofnięcia się o krok, później o następny.

Wstążka na jej prawym nadgarstku nadal prowadziła ku nieznajomemu.

Mężczyzna przy ołtarzu zacisnął palce na jej końcu, lecz jej nie napiął. Nie próbował przeciągnąć Lily na swoją stronę ani odebrać jej Dorianowi siłą. Patrzył na nią, jakby decyzja wciąż należała wyłącznie do niej, choć łańcuch wrzynał się coraz głębiej w drugi nadgarstek.

— Wypowiedz przysięgę — ponownie rozkazała Rada.

— Ona nie ma wilka — odezwał się ktoś z tłumu.

Szepty powróciły, znacznie głośniejsze niż wcześniej.

— Bezwilcza nie może wybierać.

— Powinna być wdzięczna.

— Dostała więcej, niż na to zasłużyła.

Dorian szarpnął łańcuchem, próbując zmusić ją do uklęknięcia. Lily zachwiała się, lecz tym razem nie pozwoliła, aby kolana dotknęły kamienia. Zaparła się bosymi stopami o posadzkę i zacisnęła dłoń na zimnych ogniwach.

— Wracaj — powtórzył Dorian.

Lily spojrzała na człowieka stojącego przy ołtarzu.

Złoto nadal płonęło w jego oczach. Nie ponaglał jej i nie wydawał poleceń. Po prostu czekał, trzymając koniec srebrnej wstążki tak delikatnie, jakby był gotowy wypuścić ją z dłoni, jeśli właśnie tego zapragnie.

Coś gorącego poruszyło się pod skórą Lily.

Początkowo przypominało drżenie wywołane strachem, lecz szybko rozeszło się od piersi ku ramionom, a następnie spłynęło aż do opuszków palców. Serce uderzyło mocniej. Powietrze wypełniło jej płuca, pachnąc nocą, dymem i lasem rozciągającym się poza murami akademii.

Łańcuch ponownie się napiął.

Lily zacisnęła na nim palce.

— Nie — powiedziała.

Jej głos był cichy, ale wystarczył, aby szepty umilkły.

Na twarzy Doriana pojawiło się niedowierzanie.

— Co powiedziałaś?

Tym razem nie próbowała odwracać wzroku.

— Nie wrócę.

Pociągnęła za łańcuch.

Srebrne ogniwa pękły z ogłuszającym trzaskiem, a siła uderzenia odrzuciła Doriana w głąb tłumu. W tej samej chwili gorąco pod skórą Lily eksplodowało. Jej ciało wygięło się, biała suknia zafalowała, a spomiędzy zaciśniętych palców zaczęły wyrastać jasne pióra.

Ktoś krzyknął.

Lily spojrzała na własne ręce, lecz dłoni już nie było. Smukłe palce zniknęły pod miękkim upierzeniem, ramiona rozszerzyły się, zmieniając w potężne skrzydła, a kamienny dziedziniec gwałtownie oddalił się pod jej stopami.

Węzeł na prawym nadgarstku rozwiązał się sam. Srebrna wstążka zatańczyła w rozgrzanym powietrzu, po czym spłynęła wprost na otwartą dłoń nieznajomego.

Lily nie przemieniła się w wilka.

Stała się sową.

Rozłożyła skrzydła, niemal natychmiast rozumiejąc, jak należy ich użyć. Jeden ruch wystarczył, żeby wzbiła się ponad zgromadzonych. Powietrze uniosło ją z taką łatwością, jakby ziemia nigdy nie miała nad nią żadnej władzy.

Pod sobą widziała twarze zwrócone ku niebu. Członkowie Rady poderwali się ze swoich miejsc, Dorian krzyczał coś, czego nie potrafiła już usłyszeć, a zerwany łańcuch leżał pomiędzy rozsypanymi płatkami.

Tylko nieznajomy się nie poruszył.

Stał przed ołtarzem, trzymając w dłoni srebrną wstążkę, i patrzył za nią. Z tej wysokości jego twarz ponownie ginęła w cieniu, lecz oczy nadal płonęły złotem, pozwalając Lily odnaleźć go wśród setek sylwetek.

Zatoczyła nad dziedzińcem szeroki krąg.

Mogła wrócić, wylądować obok niego i pozwolić, aby ponownie zawiązał wstążkę na jej nadgarstku. On jednak nie uniósł jej ani nie próbował przywołać Lily do siebie. Nadal pozostawiał jej wybór.

Skierowała się ku ciemnej linii drzew. Przeleciała ponad kamiennym murem, zostawiając za sobą głosy Rady, rozkazy Doriana i wszystkie spojrzenia, które przez całe życie próbowały utrzymać ją przy ziemi.

Las otworzył się przed nią, czarny i bezkresny. Lily wzniosła się wyżej, czując pod skrzydłami chłodny nocny wiatr, lecz zanim zdołała dotrzeć do pierwszych drzew, usłyszała za sobą niski, spokojny głos.

— Lily.

Obudziła się gwałtownie.

Przez kilka sekund leżała bez ruchu, zaciskając palce na pościeli i próbując zrozumieć, dlaczego nadal czuje na twarzy powiew nocnego powietrza. Serce biło jej szybko, a skóra pomiędzy łopatkami pulsowała dziwnym, głębokim bólem, jakby jeszcze chwilę wcześniej naprawdę wyrastały z niej skrzydła.

Pokój pozostawał pogrążony w półmroku. Przez zasłony przenikało blade światło poranka, a na drzwiach szafy wisiała suknia przygotowana na wieczorne przyjęcie.

Telefon Lily rozjaśnił się na szafce.

Bądź gotowa na czas. Wszystko musi wyglądać idealnie.

Dorian.

Przeczytała wiadomość dwukrotnie, po czym spojrzała na własne dłonie. Nie było na nich śladów łańcucha ani jasnych piór. Sen zaczął już tracić ostre krawędzie, pozostawiając po sobie jedynie niewyraźny obraz obcego mężczyzny, srebrnej wstążki spoczywającej w jego dłoni i złoty błysk oczu, których nie potrafiła przypisać do żadnej znanej twarzy.

To nie miało znaczenia.

Wieczorem miała stanąć u boku Doriana, a wszystko wreszcie powinno ułożyć się tak, jak obiecywała sobie od miesięcy.

Za oknem rozległo się ciche pohukiwanie.

Lily odwróciła głowę w stronę szyby i zdążyła dostrzec jedynie jasny cień wielkiego ptaka znikającego pomiędzy drzewami.

Rozdział 1 — W świetle spojrzeń

Lily od kilku minut próbowała przekonać samą siebie, że dłonie drżą jej z ekscytacji, a nie ze zdenerwowania, lecz za każdym razem, kiedy opuszczała wzrok na lekko poruszające się palce, coraz trudniej było jej podtrzymywać to uspokajające kłamstwo. Zacisnęła je na moment na miękkim materiale sukni, licząc, że w ten sposób zdoła nad nimi zapanować. Dzisiejszy wieczór miał być wyjątkowy, jeden z tych, które po latach wspomina się ze wzruszeniem jako początek najpiękniejszego okresu życia, dlatego nie chciała pozwolić, aby zwykłe zdenerwowanie odebrało jej radość z chwili, na którą czekała tak długo.

Dorian obiecał, że jeszcze tego wieczoru oficjalnie przedstawi ją całej watasze jako swoją partnerkę. Ich związek od dawna nie był tajemnicą, ponieważ wiele miesięcy wcześniej Rada zdecydowała, że powinni się ze sobą związać. Lily doskonale wiedziała, że bez decyzji starszyzny prawdopodobnie nikt nie pozwoliłby jej nawet marzyć o miejscu u boku przyszłego alfy, z czasem jednak przestała postrzegać ich relację wyłącznie jako narzucony im obowiązek. Dorian stał się dla niej kimś znacznie ważniejszym — mężczyzną, którego pokochała, narzeczonym i osobą, przy której wyobrażała sobie kolejne lata swojego życia. Chciała wierzyć, że dla niego ich związek również przestał być jedynie układem zawartym przez Radę, a publiczne ogłoszenie miało stanowić ostateczne potwierdzenie, że naprawdę wybrał właśnie ją.

Od tej chwili nie miała już być jedynie dziewczyną wyznaczoną dla niego przez starszyznę. Miała zostać oficjalną partnerką przyszłego przywódcy, a z czasem Luną stojącą u jego boku. W ich świecie nie było to zwykłe ogłoszenie zaręczyn ani potwierdzenie prywatnej relacji. Z tą rolą wiązały się określone obowiązki, należny szacunek oraz miejsce w hierarchii, którego pozostali członkowie watahy nie mogli kwestionować tylko dlatego, że osoba zajmująca je nie odpowiadała ich wyobrażeniom o idealnej partnerce alfy.

Dla Lily oznaczało to jednak coś jeszcze ważniejszego. Wreszcie miała przestać być tą dziewczyną, na którą spoglądano z pobłażaniem i której szeptem wypominano, że mimo upływu kolejnych lat wciąż nie przeszła pierwszej przemiany. Miała stać się kobietą Doriana — tą, której miejsca przy jego boku nie będzie już można podważyć ani traktować jak nietrwałego układu, z którego przyszły alfa może wycofać się przy pierwszej dogodnej okazji. Nawet ci, którzy dotąd uważali ją za słabsze ogniwo watahy, będą musieli zaakceptować jej pozycję, a może z czasem przestaną również patrzeć na nią tak, jakby brak wilka odbierał jej prawo do przebywania wśród nich.

Przesunęła dłonią po włosach i poprawiła niesforny kosmyk, który wymknął się z eleganckiego upięcia, po czym ponownie zerknęła na swoje odbicie w wysokim oknie. Szyba, przyciemniona panującym na zewnątrz mrokiem, działała niemal jak lustro. Na tle rozświetlonej sali Lily dostrzegała jasną suknię, układającą się miękko wzdłuż jej sylwetki, oraz ciemne włosy zebrane w prostą, starannie ułożoną fryzurę.

Nie próbowała upodobnić się do większości dziewczyn obecnych na przyjęciu. Nie lubiła mocnego makijażu, ciężkiej biżuterii ani odważnych kreacji, które przyciągały spojrzenia z drugiego końca sali, a świadomość, że wszyscy mogliby się jej przyglądać, budziła w niej raczej skrępowanie niż satysfakcję. Wystarczało jej, że wyglądała ładnie, choć nadal jak ona sama. Nie potrzebowała zachwytu całej watahy. Potrzebowała jedynie, aby Dorian stanął obok niej i dotrzymał złożonej obietnicy, ponieważ to jego uczucie miało dla niej znacznie większe znaczenie niż opinia wszystkich pozostałych.

Przez chwilę pozwoliła sobie zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach — o chłodzie coraz częściej pobrzmiewającym w głosie Doriana, o tym, jak niewiele było trzeba, aby się zirytował, i o wszystkich wieczorach, kiedy po rozmowie z nim wracała do swojego pokoju z nieprzyjemnym uciskiem w żołądku oraz przeświadczeniem, że znowu zrobiła coś nie tak. Później potrafiła długo odtwarzać w pamięci każde jego słowo, ton głosu i wyraz twarzy, próbując odnaleźć moment, w którym popełniła błąd — zadała niewłaściwe pytanie, odezwała się w nieodpowiedniej chwili albo wykonała gest, który mógł go sprowokować. Znacznie łatwiej było jej znaleźć winę w sobie niż dopuścić do głosu myśl, że jego zachowanie mogło nie mieć żadnego usprawiedliwienia.

Czasami zastanawiała się, dlaczego wystarczało tak niewiele, aby wyprowadzić go z równowagi, lecz za każdym razem znajdowała wyjaśnienie, które pozwalało jej odsunąć od siebie narastający niepokój. Kiedy przypominała sobie jego ostre słowa, dopowiadała do nich zmęczenie; kiedy widziała zaciśniętą szczękę i chłód w spojrzeniu, tłumaczyła je presją, pod jaką musiał żyć. Każde zachowanie Doriana miało przyczynę, wystarczyło jedynie poszukać jej dostatecznie długo.

Był przecież przyszłym alfą, a na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za całą watahę, oczekiwania starszyzny, konieczność podejmowania trudnych decyzji oraz obowiązek budowania autorytetu, bez którego pewnego dnia nie zdołałby stanąć na czele całej społeczności. Pełnię władzy wciąż sprawował jego ojciec i miał ją zachować do czasu ceremonii naznaczenia oraz narodzin dzieci Doriana, nie oznaczało to jednak, że jego syn mógł prowadzić życie pozbawione ciężaru przyszłych obowiązków. Już teraz przygotowywano go do objęcia przywództwa, powierzano mu coraz poważniejsze sprawy i wymagano, aby zachowywał się jak ktoś, kto wkrótce będzie odpowiadał nie tylko za siebie, lecz także za bezpieczeństwo wszystkich członków watahy.

Miał więc prawo być zmęczony. Miał prawo czasami stracić cierpliwość, zwłaszcza jeśli Lily nieświadomie wybierała niewłaściwy moment, aby o coś zapytać albo oczekiwała od niego uwagi wtedy, gdy jego myśli zajmowały znacznie ważniejsze sprawy.

Przynajmniej tak tłumaczyła sobie każde spotkanie, po którym jego słowa bolały ją bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Wierzyła, że skoro naprawdę go kocha, powinna umieć go zrozumieć, zaakceptować jego gorsze dni i nie dokładać mu własnymi problemami kolejnych powodów do irytacji. Być może potrzebował jedynie czasu, aby przywyknąć do odpowiedzialności, która z każdym miesiącem coraz mocniej ciążyła na jego ramionach. Być może to ona wciąż nie nauczyła się właściwie odczytywać jego nastrojów i zbyt często zapominała, że Dorian nie mógł pozwolić sobie na taką swobodę jak inni młodzi członkowie watahy.

Ich związek od początku miał zresztą znaczyć więcej niż zwyczajne uczucie dwojga ludzi. Rada zadecydowała o ich przyszłości, wskazała Lily jako kobietę, która pewnego dnia miała stanąć u jego boku, a ona z czasem naprawdę uwierzyła, że pomiędzy nią a Dorianem narodziło się coś, czego nie dało się sprowadzić wyłącznie do obowiązku narzuconego przez starszyznę. Przecież zdarzały się również dobre chwile — krótkie momenty, w których na nią patrzył, dotykał jej dłoni albo mówił do niej łagodniej, sprawiając, że wszystkie wcześniejsze wątpliwości wydawały się niesprawiedliwe i przesadzone.

Może właśnie dlatego tak mocno wierzyła, że kiedy Dorian oficjalnie uzna ją za swoją partnerkę, wszystko wreszcie stanie się prostsze.

Może wtedy Dorian przestanie czuć, że musi sam dźwigać ciężar całej watahy, a ona wreszcie będzie mogła naprawdę mu pomóc. Stanie obok niego już nie tylko jako narzeczona, którą pewnego dnia zamierzał poślubić, lecz także jako oficjalnie uznana partnerka przyszłego alfy, mająca prawo uczestniczyć w jego życiu, wspierać go w obowiązkach i dzielić z nim odpowiedzialność. Być może sama również przestanie zastanawiać się, czy jest dla niego wystarczająca, a on nie będzie już patrzył na nią tak, jakby każda jej słabość stawała się kolejnym ciężarem, który musi za nią nieść.

Ta myśl przyniosła jej odrobinę ulgi, rozluźniając ucisk, który od dłuższej chwili nie pozwalał jej swobodnie odetchnąć.

Lily uniosła wzrok i zaczęła szukać Doriana po drugiej stronie sali, aż w końcu dostrzegła go w otoczeniu kilku członków starszyzny. Rozmawiał z nimi z charakterystyczną dla siebie pewnością, odpowiadając spokojnie na pytania i od czasu do czasu wykonując oszczędny gest dłonią, jakby nawet podczas zwyczajnej rozmowy nie potrafił całkowicie zapomnieć, że kiedyś to właśnie na niego będą skierowane wszystkie spojrzenia. Wysoki, elegancki i pozornie niewzruszony wyglądał dokładnie tak, jak w wyobrażeniach Lily powinien wyglądać następca alfy, który w przyszłości przejmie władzę nad watahą.

Obserwowała go przez chwilę z oddalenia, nieświadomie pozwalając, aby na jej ustach pojawił się uśmiech. Napięcie, które jeszcze przed momentem ściskało jej żołądek, zaczęło ustępować miejsca ciepłu rozlewającemu się gdzieś pod żebrami. To był mężczyzna wybrany dla niej przez Radę, któremu z czasem sama oddała serce, coraz mocniej wierząc, że pomiędzy nimi narodziło się coś, czego żadna decyzja starszyzny nie byłaby w stanie stworzyć ani narzucić. Świadomość, że już niedługo wszyscy będą musieli zaakceptować jej miejsce u jego boku, sprawiała, że coraz trudniej było jej powstrzymać uśmiech.

W tej jednej chwili przyszłość wydawała się niemal idealna. Lily nie myślała o tym, co mogłoby pójść nie tak, ani o wszystkim, co przez ostatnie miesiące budziło w niej niepokój. Widziała jedynie Doriana stojącego pośród najważniejszych członków watahy oraz siebie samą przy jego boku, dokładnie tam, gdzie od dawna pragnęła się znaleźć. Miał być jej alfą, jej mężem, jej partnerem i człowiekiem, z którym zwiąże całą swoją przyszłość, dlatego wszelkie wątpliwości wydawały się teraz czymś małym i nieistotnym wobec życia, które miało się dla nich rozpocząć.

Dorian nie zauważył jej spojrzenia, lecz Lily nie poczuła się tym urażona. Doskonale wiedziała, że był zajęty rozmową, a wieczór dopiero się rozpoczynał i jeszcze nie raz znajdzie dla niej czas. Nie chciała odciągać go od starszyzny tylko dlatego, że sama z trudem powstrzymywała niecierpliwość i coraz bardziej pragnęła znaleźć się obok niego w chwili, gdy przed całą watahą oficjalnie potwierdzi jej miejsce u swojego boku. Wszystko powinno przebiec tak, jak zostało zaplanowane, a ona musiała jedynie zaczekać.

Jeszcze raz wygładziła dłonią materiał sukni, po czym odwróciła wzrok od Doriana i pozwoliła, aby jej spojrzenie przesunęło się po rozświetlonej sali. Wokół niej toczyły się rozmowy, rozbrzmiewały cichy śmiech i muzyka, a kolejne osoby przemieszczały się między stolikami, muskając się ramionami i zatrzymując przy znajomych. Lily miała jednak wrażenie, że wszystko to znajduje się gdzieś daleko, jakby świat na kilka krótkich chwil zwolnił i pozostawił ją samą z oczekiwaniem na moment, na który tak długo czekała.

— Słyszałaś?

Podekscytowany szept dobiegł zza pleców Lily i wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się, wciąż trzymając kieliszek za cienką nóżkę, i dostrzegła trzy dziewczyny stojące przy pobliskim stoliku.

Znała je z akademii. Zawsze trzymały się razem, głośne i pewne siebie, gotowe skomentować wszystko, co działo się wokół. Ich mocny makijaż i odważne suknie przyciągały spojrzenia niemal tak skutecznie jak śmiech, który co chwilę przebijał się przez muzykę. Lily nigdy nie rozumiała, dlaczego tak bardzo zależało im na uwadze innych, chociaż wiedziała, że one z równym zdziwieniem patrzyły na jej potrzebę pozostawania na uboczu.

Nie przyjaźniła się z żadną z nich. Właściwie w całej akademii nie miała nikogo, kogo mogłaby nazwać przyjaciółką, a osoby, które postanawiały poświęcić jej więcej uwagi, zwykle robiły to tylko po to, żeby później mieć się z czego śmiać.

— Podobno wrócił dzisiaj — powiedziała pierwsza z dziewczyn, pochylając się nad stolikiem.

— Kto? — zapytała druga, choć błysk w jej oczach zdradzał, że doskonale zna odpowiedź.

— Kilian.

Imię padło ciszej niż poprzednie słowa. Lily znieruchomiała z palcami zaciśniętymi na kieliszku, a jedna z dziewczyn odruchowo zerknęła w stronę wejścia.

— Starszy brat Doriana? — upewniła się trzecia.

— Właśnie on. Przyjechał kilka godzin temu.

— Po tylu latach?

— Ciekawe, co go sprowadziło.

Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym wszystkie trzy niemal jednocześnie rozejrzały się po sali. Lily obserwowała je z lekkim rozbawieniem. Jeszcze przed chwilą zajmowały się chłopakami stojącymi przy drugim końcu pomieszczenia, a teraz zupełnie straciły nimi zainteresowanie.

— Słyszałam, że jest niesamowity — powiedziała jedna z nich.

— I silniejszy od Doriana.

— Nie tylko podobno. Mój brat mówił, że już przed wyjazdem Kilian należał do najsilniejszych młodych wilków w watasze.

— Przecież był wtedy bardzo młody.

— Dlatego wszyscy go zapamiętali.

Lily uniosła lekko brwi. Wiedziała, że Kilian jest starszym bratem Doriana i wiele lat temu opuścił watahę, lecz na tym kończyła się jej wiedza. Dorian prawie nigdy o nim nie wspominał, jego rodzice również unikali tego tematu, a ona nie miała powodu wypytywać o człowieka, którego nigdy nie spotkała i z którym nie miała nic wspólnego.

Sądząc po tym, co mówiły dziewczyny, jego nieobecność tylko podsycała ciekawość, a krążące po watasze opowieści obrastały w coraz to nowe szczegóły.

— Po wyjeździe podobno stał się jeszcze silniejszy — ciągnęła pierwsza. — Trenował z wilkami z innych watah.

— Słyszałam, że potrafił pokonać przeciwników znacznie starszych i bardziej doświadczonych od siebie.

— A ja, że nigdy nikogo się nie bał.

— W to akurat mogę uwierzyć.

Zaśmiały się, lecz ich śmiech zabrzmiał ciszej niż wcześniej. Nawet one nie wypowiadały jego imienia z zupełną swobodą.

Lily ponownie wprawiła kieliszek w powolny ruch. Nie wiedziała, ile prawdy kryło się w tych historiach. Wataha uwielbiała plotki, a każda opowieść powtarzana przez wiele lat zyskiwała nowe, coraz bardziej niezwykłe szczegóły. Mimo to zastanawiało ją, że nikt nie mówił o Kilianie jak o zwyczajnym członku watahy. Był nieobecny od lat, a jednak pamięć o nim nie zniknęła.

— I podobno jest jeszcze przystojniejszy niż kiedyś — dodała jedna z dziewczyn rozmarzonym tonem.

— Dużo przystojniejszy — poprawiła ją druga.

— Skąd wiesz?

— Widziałam jego zdjęcie.

Pozostałe natychmiast przysunęły się bliżej.

— Gdzie?

— Miała je moja siostra.

— I jak wygląda?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie zadowolona z wywołanego zainteresowania.

— Lepiej, niż sobie wyobrażacie.

— To niemożliwe.

— A jednak.

— Jest przystojniejszy od Doriana?

Na moment zapadła cisza. Wszystkie trzy spojrzały w stronę przyszłego alfy, który nadal rozmawiał ze starszyzną po drugiej stronie sali.

— Dużo bardziej — odpowiedziała w końcu jedna z nich, zniżając głos do szeptu.

Lily nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Dorian należał przecież do najbardziej podziwianych młodych wilków w całej watasze. Od lat przyciągał uwagę dziewczyn wyglądem, pochodzeniem i pozycją, którą miał wkrótce zająć. Wystarczyła jednak jedna wiadomość o powrocie jego starszego brata, żeby niemal zupełnie o nim zapomniały.

— Naprawdę nie rozumiem, czym tak się ekscytujecie — wtrąciła, zanim zdążyła pomyśleć, czy chce zwracać na siebie ich uwagę.

Jedna z dziewczyn powoli odwróciła głowę w jej stronę.

— Oczywiście, że nie rozumiesz.

— Jestem zaręczona z Dorianem — odpowiedziała Lily, ponieważ dla niej sprawa była naprawdę prosta. — Nie widzę powodu, żeby zachwycać się jego bratem.

— Wszyscy wiemy, że jesteś zaręczona — odparła tamta z przesadną słodyczą.

Przesunęła wzrokiem po jasnej sukni Lily, zatrzymując się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła ciekawość. Pozostałe dziewczyny umilkły, ale po ich uśmiechach Lily poznała, że doskonale wiedzą, co za chwilę nastąpi.

— Ciekawe tylko, czy Kilian również chciałby mieć partnerkę, która nadal się nie przemieniła — dodała. — Może bracia mają to w genach?

Pozostałe zachichotały, zasłaniając usta kieliszkami. Lily poczuła znajome ukłucie w żołądku, lecz uniosła podbródek i nie pozwoliła sobie odwrócić wzroku.

— Dajcie spokój.

— Co? — Dziewczyna rozłożyła ręce, przybierając niewinną minę. — Przecież tylko żartujemy.

— To nie jest zabawne.

— Dla ciebie pewnie nie. Ważne, że nas śmieszy.

Wszystkie trzy roześmiały się, wyraźnie zadowolone z tego, że ponownie udało im się trafić w najczulszy punkt Lily.

Lily mocniej zacisnęła palce na kieliszku, aż chłodne szkło wbiło się w jej skórę. Nie spuściła jednak wzroku i nie pozwoliła, aby z twarzy zniknęła pozorna obojętność. Podobne komentarze słyszała od lat, dlatego nauczyła się zachowywać tak, jakby przestały ją ranić. Prawda była zupełnie inna.

Braku przemiany nie dało się ukryć. Jej rówieśnicy dawno poznali swoje wilki, przywykli do ich obecności i nauczyli się korzystać z siły, która z czasem stała się dla nich czymś równie naturalnym jak własny oddech. Opowiadali o pierwszej przemianie, wspólnych biegach i instynkcie prowadzącym ich przez las, podczas gdy Lily mogła jedynie słuchać. Z każdym kolejnym rokiem coraz wyraźniej czuła, że stoi po drugiej stronie niewidzialnej granicy, której nie potrafi przekroczyć.

W akademii szybko zaczęto szeptać, że jest słaba, niepełna albo zwyczajnie pozbawiona tego, co czyniło ich wilkołakami. Niektórzy otwarcie zastanawiali się, dlaczego Rada wyznaczyła właśnie ją na przyszłą partnerkę Doriana. U ich boku widzieli silną kobietę, która bez trudu wywalczy sobie szacunek i nigdy nie da nikomu powodów do podważania jej miejsca w hierarchii. Lily, cicha i wciąż nieprzemieniona, nie pasowała do tego wyobrażenia.

Najbardziej bolało ją jednak nie to, co mówili inni, lecz chwile, w których sama zaczynała im wierzyć. Czasami zastanawiała się, czy rzeczywiście była wystarczająca i czy Dorian kiedykolwiek spojrzy na nią z dumą, zamiast dostrzegać kolejną słabość, którą będzie musiał przed kimś tłumaczyć. Po oficjalnym ogłoszeniu cała wataha miała jeszcze uważniej obserwować każdy jej krok, a wtedy brak wilka przestałby być tematem poruszanym jedynie szeptem za jej plecami. Stałby się pierwszą rzeczą, którą wszyscy widzieliby w przyszłej Lunie.

Jeszcze przed chwilą wierzyła, że dzisiejszy wieczór wreszcie to zmieni. Kiedy Dorian publicznie potwierdzi jej miejsce u swojego boku, ich związek przestanie wyglądać jak obowiązek narzucony przez Radę, a ludzie będą musieli zaakceptować, że naprawdę należy do jego przyszłości. Teraz kilka złośliwych słów wystarczyło, aby dawne wątpliwości ponownie przedostały się do jej myśli.

Być może właśnie dlatego po raz pierwszy uważniej wsłuchała się w rozmowę o Kilianie. Nie dlatego, że sam mężczyzna ją zainteresował. Bardziej zdumiewała ją reakcja dziewczyn, które po jednej wiadomości o jego powrocie zupełnie zapomniały o wszystkich pozostałych chłopakach na sali. Jeszcze go nie zobaczyły, a już mówiły o jego sile, odwadze i wyglądzie z takim zachwytem, jakby nie był człowiekiem, lecz bohaterem jednej z opowieści powtarzanych przy ognisku.

Lily nie była nawet pewna, czy kiedykolwiek naprawdę go widziała. Wiedziała, że jest starszym bratem Doriana i wiele lat wcześniej opuścił watahę, ale nie potrafiła przypomnieć sobie jego twarzy ani głosu. Być może jako dziecko minęła go kiedyś na korytarzu albo dostrzegła z daleka podczas jednego z większych spotkań, jednak żadne konkretne wspomnienie nie pozostało w jej pamięci. Kilian był dla niej jedynie imieniem pojawiającym się od czasu do czasu w rozmowach dotyczących rodziny Doriana — imieniem, po którego wypowiedzeniu dorośli zwykle milkli albo zmieniali temat.

Tym bardziej bawiło ją, jak szybko dziewczyny uczyniły z niego kogoś niemal doskonałego. Każda kolejna pogłoska zdawała się tylko wzmacniać ich zachwyt, choć żadna z nich najwyraźniej nie znała go lepiej niż Lily.

Nie przyszło jej nawet do głowy, aby zastanawiać się, czy rzeczywiście był tak przystojny, jak twierdziły. Jej serce od dawna należało do Doriana, dlatego nie porównywała go z innymi mężczyznami i nie szukała wzrokiem nikogo poza nim. Mogła zauważyć czyjś wzrost, siłę albo atrakcyjną twarz, lecz nie znaczyło to dla niej więcej niż piękna suknia czy nowa dekoracja sali. Kilian pozostawał obcym człowiekiem, wokół którego przez lata zdążyła powstać legenda.

Uwaga Lily szybko powróciła do Doriana, którego nadal widziała po drugiej stronie sali. To on poprosił ją o rękę i przyjął decyzję Rady, a jego rodzina zaakceptowała ich przyszły związek. Skoro więc przyszły alfa uznał ją za godną miejsca przy swoim boku, być może pewnego dnia reszta watahy również przestanie widzieć w niej kogoś gorszego.

Przez ostatnie lata nauczyła się trzymać tej jednej myśli. Kiedy ktoś spoglądał na nią z litością albo szeptał za jej plecami, przypominała sobie, że Dorian mimo wszystko jej nie odrzucił. Gdy słyszała, że bez wilka nigdy nie stanie się pełnoprawną członkinią watahy, powtarzała sobie, że jego zdanie powinno znaczyć więcej niż opinie pozostałych. Wracała pamięcią do chwili, w której poprosił ją o rękę, i traktowała ją jak dowód, że brak przemiany nie odbiera jej wartości.

Dlatego tego wieczoru chciała być szczęśliwa. Chciała wierzyć, że kiedy Dorian stanie przed całą watahą i oficjalnie przedstawi ją jako swoją partnerkę, szepty wreszcie ucichną, a cudze wątpliwości przestaną mieć znaczenie. Powrót Kiliana mógł być dla innych sensacją, lecz dla Lily pozostawał jedynie kolejnym tematem rozmów, który wkrótce zejdzie na dalszy plan.

Właśnie wtedy drzwi sali otworzyły się szeroko.

Najpierw umilkły osoby stojące najbliżej wejścia. Potem cisza zaczęła przesuwać się w głąb pomieszczenia, obejmując kolejne grupy, aż nawet ci, którzy znajdowali się po przeciwnej stronie sali, przerwali rozmowy i odwrócili głowy. Muzyka nadal płynęła cicho, lecz nagle zdawała się dochodzić z bardzo daleka.

Do środka wszedł mężczyzna, którego Lily nie rozpoznała.

A przynajmniej tak początkowo sądziła.

Nie potrzebowała jednak przedstawienia. Wystarczyły twarze zgromadzonych, ich nagły bezruch i imię, które zaczęło przebiegać przez salę przyciszonym szeptem.

Kilian.

Starszy brat Doriana.

Lily przyglądała mu się, ponieważ robili to wszyscy. Był wysoki, wyraźnie górował nad większością zgromadzonych, a jego sylwetka miała niemal idealne proporcje: szerokie ramiona, mocno zarysowaną klatkę piersiową i wąską talię. Idealnie skrojona na miarę marynarka podkreślała linię barków i zwężała się przy biodrach, natomiast jasna koszula układała się na wyraźnie zarysowanych mięśniach, napinając lekko przy każdym jego ruchu. Nie wyglądał jednak jak ktoś, kto zbudował ciało wyłącznie dla efektu. Kryła się w nim naturalna siła, swobodna i niewymuszona, jakby jego sylwetka była wynikiem życia, które wymagało od niego znacznie więcej niż zwykłe treningi.

Gęste, czarne włosy miał lekko potargane, a kilka niesfornych pasm opadało mu na czoło, łagodząc ostre, zdecydowanie męskie rysy. Wyraźnie zarysowana szczęka, prosty nos i mocne kości policzkowe tworzyły twarz na tyle atrakcyjną, że reakcja dziewczyn nagle przestała wydawać się Lily zupełnie niezrozumiała. Nawet wyraźna blizna biegnąca przez lewy policzek nie odjęła jej smaku, a wręcz przeciwnie. Nadawała jej drapieżnego wyglądu podsyconego erotyzmem. Ona sama przyjęła ten fakt bez większych emocji, podobnie jak zauważyłaby, że ktoś jest wyjątkowo wysoki albo dobrze ubrany.

Kilian nie zatrzymał się niepewnie w progu ani nie próbował odczytać nastroju zgromadzonych. Szedł spokojnym, pewnym krokiem, jakby dziesiątki spojrzeń skupionych na jego osobie nie miały dla niego żadnego znaczenia, a ludzie stojący przy wejściu odsunęli się, zanim zdążył do nich podejść.

Nie wyglądał jak ktoś, kto po latach wrócił do rodzinnej watahy po aprobatę. Nie szukał znajomych twarzy, nie uśmiechał się na powitanie i nie próbował łagodzić napięcia, które pojawiło się wraz z nim. Zachowywał się tak, jakby nieobecność niczego nie zmieniła, a miejsce, które kiedyś zajmował, przez cały ten czas czekało właśnie na niego.

Dziewczyny stojące w pobliżu Lily natychmiast umilkły. Jedna poprawiła włosy, druga wygładziła dłonią suknię, a trzecia śledziła każdy jego krok z szeroko otwartymi oczami. Kilka innych kobiet również odwróciło się w jego stronę, lecz żadna nie podeszła. Zachwyt mieszał się z ostrożnością, jakby wszystkie opowieści o Kilianie, jeszcze przed chwilą brzmiące jak przesadzone plotki, nagle nabrały większej wiarygodności. Widać było jednak, że prawie każda kobieta obecna na sali z wielką chęcią stanęłaby u jego boku, miał ich uwagę na wyłączność.

Lily patrzyła na niego tylko przez kilka sekund. Wystarczająco długo, aby zrozumieć, skąd wzięło się poruszenie, ale nie na tyle, żeby podzielić podekscytowanie pozostałych. Nie wiedziała, czy historie o jego sile były prawdziwe ani czy rzeczywiście zasługiwał na aurę, którą wataha zdążyła zbudować wokół jego imienia. Nie miało to dla niej większego znaczenia.

Tego wieczoru czekała na kogoś innego.

Ponownie odnalazła wzrokiem Doriana. Nadal stał wśród starszyzny, chociaż jego sylwetka wydawała się teraz bardziej napięta, a uwaga nie była już całkowicie skupiona na prowadzonej rozmowie. Lily uznała, że powrót brata po tylu latach musiał być dla niego zaskoczeniem, jednak nie chciała wyciągać pochopnych wniosków. Dorian nie lubił, kiedy przerywano mu ważne rozmowy, dlatego przez chwilę wahała się, czy powinna podejść.

Chciała jednak znaleźć się przy nim przed rozpoczęciem oficjalnej części wieczoru. Powiedzieć, jak bardzo się cieszy, zapytać, czy wszystko zostało przygotowane, a przede wszystkim spędzić z nim choć kilka minut, zanim uwaga całej watahy skupi się na nich obojgu.

Przypomniała sobie również, że wcześniej poprosił ją, aby podczas przyjęcia nie znikała mu z oczu. Powiedział to spokojnie, niemal od niechcenia, ale Lily zapamiętała każde słowo. Zawsze zapamiętywała jego słowa.

Ruszyła w jego stronę, ostrożnie omijając parę stojącą przy jednym ze stolików. Zdołała jednak zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy drogę zastąpiła jej grupa dziewczyn. Tym razem było ich więcej. Stanęły przed nią niemal ramię w ramię, pozostawiając zbyt mało miejsca, aby mogła przejść między nimi, i Lily od razu zrozumiała, że nie znalazły się tam przypadkiem.

Stanęły przed nią niemal demonstracyjnie, jedna obok drugiej, zmuszając ją do zatrzymania się. Było ich więcej niż wcześniej, a sposób, w jaki zamknęły przejście własnymi ciałami, nie pozostawiał wątpliwości, że zrobiły to celowo.

— Dokąd się wybierasz? — zapytała jedna z nich wyraźnie dominująca, ubrana chyba najbardziej odważnie ze wszystkich obecnych na sali. Selene.

Lily spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem, próbując pokazać chociaż minimalną pewność siebie pomimo wewnętrznego strachu.

— Do Doriana.

— Do alfy?

Dziewczyna roześmiała się cicho, a kilka pozostałych natychmiast jej zawtórowało. Nie był to głośny śmiech, lecz pobrzmiewała w nim znajoma nuta kpiny, od której Lily odruchowo napięła ramiona.

— Nasza przyszła pani luna chyba bardzo się spieszy — dodała inna.

Lily zacisnęła szczękę i spróbowała wyminąć je z lewej strony.

— Przepuśćcie mnie.

— Dlaczego? — Jedna z dziewczyn przesunęła się razem z nią, ponownie zagradzając przejście. — Chciałyśmy tylko chwilę porozmawiać.

— Nie mamy o czym rozmawiać.

— My mamy.

Ta, która stała najbliżej, przyjrzała się Lily z przesadną uwagą. Powoli przesunęła wzrokiem po jej twarzy, jasnej sukni i szczupłej sylwetce, jakby oglądała przedmiot wystawiony na sprzedaż i szukała w nim wady, którą mogłaby wskazać pozostałym. W końcu uniosła brwi.

— Naprawdę zamierzasz dzisiaj zostać partnerką alfy w takim stanie?

Lily zmarszczyła brwi i skusiła się na szybkie zerknięcie okiem na sukienkę z nadzieją, że mają na myśli jakąś plamę, której nie zauważyła. Chociaż gdzieś w głębi już wiedziała, co za chwilę usłyszy.

— W jakim stanie? — zapytała zmęczonym głosem.

Uśmiech dziewczyny stał się szerszy.

— Nadal bez wilka.

Kilka osób stojących za nią zachichotało. Lily poczuła, jak ciepło, które jeszcze przed chwilą pojawiało się w niej na myśl o Dorianie, znika, pozostawiając po sobie znajomy ucisk pod żebrami. Znowu to samo: te same spojrzenia, ten sam ton i ten sam brak, który potrafili wykorzystać przeciwko niej zawsze, gdy chcieli przypomnieć, że w ich oczach pozostawała kimś niepełnym.

— To musi być strasznie upokarzające — odezwała się inna dziewczyna. — Wszystkie w naszym wieku już dawno przeszły przemianę, a ty nadal jesteś… taka.

Zawiesiła głos i wykonała dłonią nieokreślony gest, jakby nie potrafiła znaleźć słowa dostatecznie obraźliwego, aby opisać Lily.

Coś zacisnęło się w jej gardle, jednak zmusiła się, by odpowiedzieć spokojnie.

— Jestem taka sama jak wy.

— Nie jesteś — odparła dziewczyna bez cienia uśmiechu.

Właśnie ten spokojny, pozbawiony emocji ton zabolał bardziej niż wcześniejszy śmiech.

— I dlatego wszyscy się z ciebie śmieją i nikt cię tu nie chce, bezwilczy śmieciu.

Lily poczuła pieczenie pod powiekami. Mocniej zacisnęła palce na nóżce kieliszka, aż pobielały jej knykcie, i przez chwilę skupiła całą uwagę na chłodzie szkła. Nie mogła się rozpłakać. Nie tutaj, nie przed nimi i nie podczas wieczoru, który miał wszystko zmienić.

— Dorian mnie wybrał — powiedziała, lekko unosząc głowę i patrząc w oczy tym, które zagradzały jej drogę, jednocześnie chwytając się tych słów jak jedynej rzeczy, której nie mogły jej odebrać.

Wypowiedzenie jego imienia przyniosło jej niemal fizyczną ulgę. Dorian był następcą alfy, a jego decyzja powinna znaczyć więcej niż wszystkie ich drwiny.

Dziewczyna prychnęła.

— Dorian zostanie alfą, ale ty kim jesteś? Córką trzeciego bety. Nikim ważnym. — Pochyliła się nieznacznie, nie odrywając wzroku od twarzy Lily. — Nikt nie rozumie, dlaczego wybrał kogoś takiego jak ty.

Lily zamilkła. Czuła na sobie coraz więcej spojrzeń, chociaż rozmowy wokół nich jeszcze nie ucichły. Ludzie spoglądali ukradkiem, szeptali coś do siebie, po czym szybko odwracali wzrok, kiedy Lily próbowała na nich spojrzeć.

Odruchowo popatrzyła ponad ramionami dziewczyn i odnalazła Doriana, który stał po drugiej stronie sali, zaledwie kilkanaście kroków dalej, i patrzył prosto na nią.

Ulga przyszła natychmiast. Napięcie w jej ramionach osłabło, a w piersi pojawiła się pewność, że najgorsze właśnie minęło. Dorian widział, co się dzieje. Był jej narzeczonym i przyszłym alfą; nie mógł pozwolić, aby podczas tak ważnego wieczoru ktokolwiek traktował jego partnerkę w ten sposób.

Czekała, aż ruszy w ich stronę.

Minęła jedna sekunda, potem kolejna, lecz Dorian nadal pozostawał na swoim miejscu. Nie odwrócił wzroku i nie wrócił do rozmowy ze starszyzną. Po prostu obserwował z nieprzeniknionym, chłodnym wyrazem twarzy.

Pierwsze ukłucie rozczarowania Lily stłumiła, zanim zdołało przybrać wyraźny kształt. Na pewno nie chciał urządzać sceny przy wszystkich. Być może uważał, że powinna nauczyć się samodzielnie radzić sobie z podobnymi komentarzami, skoro jako jego partnerka nie zawsze będzie mogła liczyć na ochronę i ulgowe traktowanie. Wielokrotnie powtarzał przecież, że przyszła Luna musi być silna, a słabość jedynie zachęca innych do ataku.

Może właśnie sprawdzał, czy jest gotowa na rolę, którą miała przyjąć.

Ta myśl wystarczyła, aby Lily odzyskała odrobinę spokoju. Łatwiej było uwierzyć, że Dorian chciał ją czegoś nauczyć, niż zastanawiać się, dlaczego patrzył na jej upokorzenie i nie zamierzał go przerwać.

Uniosła podbródek, wzięła głęboki oddech próbując nadać twarzy pewniejszy wyraz, a potem ponownie ruszyła przed siebie. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, ponieważ jedna z dziewczyn zacisnęła palce na jej ramieniu.

Lily spojrzała na trzymającą ją dłoń.

— Puść mnie.

— A jeśli nie?

Spróbowała uwolnić rękę, lecz dziewczyna jedynie wbiła palce mocniej w jej skórę.

— Powiedziałam, żebyś mnie puściła.

— Jaka odważna — zakpiła tamta.

Nagle ktoś stojący z tyłu chwycił Lily za włosy i gwałtownie pociągnął. Ból przeszył jej skórę, odrzucając głowę do tyłu, a z jej ust wyrwał się krótki krzyk. Kieliszek wysunął się z dłoni i roztrzaskał o posadzkę. Ostry trzask szkła przeciął gwar sali, sprawiając, że kilka najbliższych rozmów urwało się w pół słowa.

— Puśćcie mnie!

Lily szarpnęła się, ale napastniczek było zbyt wiele. Jedna nadal ciągnęła ją za włosy, druga trzymała za ramię, a kolejna naparła na nią całym ciałem, popychając w stronę wyjścia. Obcasy Lily ześlizgnęły się po gładkiej posadzce, gdy próbowała zaprzeć się nogami.

Dziewczyny śmiały się, jakby jej ból i narastające przerażenie stanowiły najlepszą rozrywkę tego wieczoru. Wokół nich tworzyła się wolna przestrzeń. Ludzie odsuwali się, żeby nie znaleźć się zbyt blisko szarpaniny, lecz nikt nie podszedł. Kilka osób spojrzało w stronę Doriana, jakby czekało na jego reakcję, a kiedy jej nie zobaczyli, również pozostali na swoich miejscach. Bali się wychylić przed alfę.

— Dorian! — krzyknęła Lily.

Potrzebowała właśnie jego. Wciąż wierzyła, że kiedy zobaczy, jak bardzo się boi, natychmiast przerwie to, co się działo.

Dorian spojrzał na nią.

Ich oczy się spotkały i przez krótką chwilę Lily była pewna, że teraz wszystko się skończy. Jej serce, które jeszcze przed momentem uderzało gwałtownie o żebra, jakby na ułamek sekundy zamarło w oczekiwaniu. Wystarczyłoby, żeby ruszył w jej stronę, wypowiedział jedno słowo albo wykonał najmniejszy gest, a żadna z dziewczyn nie odważyłaby się jej dłużej dotykać.

Dorian jednak nadal się nie poruszył.

Rozczarowanie uderzyło w nią mocniej niż ból ciągniętych włosów, ale Lily niemal natychmiast zaczęła szukać kolejnego usprawiedliwienia. Może był wściekły. Może zrobiła coś, czym zasłużyła na jego gniew, chociaż jeszcze nie wiedziała co. Być może uznał, że sama doprowadziła do tej sytuacji, wdając się w niepotrzebną rozmowę, a teraz powinna ponieść konsekwencje i udowodnić, że potrafi zachować godność nawet wtedy, gdy inni próbują ją upokorzyć.

Przełknęła ślinę, usiłując powstrzymać drżenie całego ciała, i kurczowo uczepiła się przekonania, że Dorian na pewno wie, co robi. Musiał mieć powód, aby pozostać na swoim miejscu, ponieważ myśl, że widział jej strach i świadomie pozwalał jej cierpieć, była czymś, czego Lily nie potrafiła dopuścić do świadomości.

Przecież znała Doriana. Wiedziała, że nie znosił, kiedy okazywała słabość, i nieraz powtarzał, że kobieta mająca stanąć u boku przyszłego alfy nie może pozwolić, aby inni zobaczyli w niej kogoś bezbronnego. Jego bezruch nie musiał oznaczać obojętności. Być może dawał jej szansę, aby sama udowodniła, że potrafi się obronić.

Musiał mieć ku temu powód. Musiało mu na niej zależeć, skoro zamierzał uczynić ją swoją oficjalną partnerką i jeszcze tego wieczoru potwierdzić jej miejsce przed całą watahą.

Dziewczyny tymczasem ciągnęły ją w stronę wyjścia. Jedna zaciskała palce na jej przedramieniu, druga szarpała ją za włosy, a trzecia popychała od tyłu, nie pozwalając złapać równowagi.

— Przecież chciałaś wrócić do Doriana, prawda? — rzuciła któraś.

— Więc idziemy — dodała inna ze śmiechem. — Tylko w drugą stronę.

Lily zaparła obcasy o posadzkę i spróbowała zatrzymać się choć na moment, lecz uścisk na jej rękach natychmiast się wzmocnił. Szarpnięta jednocześnie w dwie strony zachwiała się, a ciężka suknia oplotła jej nogi, utrudniając każdy kolejny krok.

— Zostawcie mnie!

— Przestań się wyrywać.

— Puśćcie mnie, do cholery!

Podniosła głos, ale nikt nie przyszedł jej z pomocą. Osoby stojące najbliżej odsuwały się, robiąc dziewczynom przejście. Niektórzy spoglądali na Lily z zakłopotaniem, inni z nieukrywaną ciekawością, lecz większość szybko kierowała wzrok ku Dorianowi. Skoro przyszły alfa patrzył i nie reagował, nikt nie zamierzał wystąpić przed niego.

Jedna z napastniczek pociągnęła Lily za włosy tuż przy karku, zmuszając ją do odchylenia głowy. Ból rozlał się po skórze ostrą falą.

— Puść moje włosy!

Lily uniosła rękę, próbując odsunąć jej dłoń, lecz druga dziewczyna natychmiast chwyciła ją za nadgarstek i wykręciła do tyłu. Ból przeszył staw, odbierając jej na chwilę oddech.

— Przestań walczyć, bo będzie gorzej.

Te słowa sprawiły, że Lily znieruchomiała. Nie dlatego, że zamierzała się poddać, lecz dlatego, że po raz pierwszy naprawdę zrozumiała, że nie chciały jej jedynie nastraszyć. W ich głosach nie było już zwyczajnej szkolnej złośliwości ani chęci popisania się przed koleżankami. Czuły się bezkarne i najwyraźniej zamierzały sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć.

Pociągnęły ją dalej. Lily próbowała nadążyć, lecz ciągnięta za ręce i włosy nie mogła iść własnym krokiem. Potykała się o materiał sukni, aż przy samym wyjściu jedna z dziewczyn szarpnęła ją tak mocno, że uderzyła ramieniem o drewnianą framugę.

Ból promieniował aż do łokcia, jednak pierwszym odruchem Lily nie było spojrzenie na rękę. Odwróciła głowę i ponownie odnalazła Doriana.

Nadal stał w tym samym miejscu.

— Dorian! — zawołała jeszcze raz, tym razem ciszej, jakby coraz mniej wierzyła, że wypowiedzenie jego imienia cokolwiek zmieni.

Ich spojrzenia znów się spotkały. Lily szukała na jego twarzy złości, troski, choćby najmniejszego śladu, że za chwilę zareaguje, ale z tej odległości widziała jedynie chłodny bezruch. Dorian nie odwrócił wzroku i pozwolił dziewczynom przeciągnąć ją przez próg, nie zaszczycając ich swoją reakcją.

Kiedy drzwi sali zostały za nimi, muzyka i rozmowy przygasły, stłumione grubymi ścianami. Na korytarzu słychać było już tylko stukot obcasów, urywany oddech Lily oraz śmiech dziewczyn, które przyspieszyły, ciągnąc ją w stronę dziedzińca.

Lily szarpnęła ręką, próbując uwolnić nadgarstek. W odpowiedzi dziewczyna idąca za nią pociągnęła ją za włosy tak mocno, że krzyk sam wyrwał się z jej gardła.

— Puść mnie!

— Jeszcze przed chwilą byłaś taka odważna.

— Ciekawe, gdzie teraz jest twój przyszły alfa.

Lily zacisnęła zęby. Łzy napłynęły jej do oczu, lecz mrugała szybko, próbując je powstrzymać. Nie chciała dać im satysfakcji, choć ból przy każdym szarpnięciu stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Wszechobecny śmiech z jej powodu sprawiał, że miała ochotę krzyczeć.

— Zostawcie mnie w spokoju!

— A co nam zrobisz?

Jedna z dziewczyn popchnęła ją od tyłu. Lily poleciała naprzód i tylko uścisk na ramieniu uchronił ją przed upadkiem. Palce napastniczki wbiły się jednak głęboko w obolałą skórę.

— Puść!

— Nadal uważasz, że jesteś od nas lepsza?

— Nigdy tak nie powiedziałam.

— Ale zachowujesz się, jakbyś była kimś ważnym.

— Jestem partnerką Doriana.

Słowa z trudem przeszły jej przez zaciśnięte gardło. Jeszcze niedawno wypowiadała je z dumą; teraz brzmiały jak ostatnia rzecz, którą mogła się osłonić.

Dziewczyna idąca przed nią odwróciła się i roześmiała.

— Chyba tylko w swoich snach.

Lily nie zdążyła odpowiedzieć. Kolejne szarpnięcie zmusiło ją do szybszego kroku, a kiedy spróbowała osłonić głowę wolną dłonią, jedna z napastniczek natychmiast odciągnęła jej rękę.

— Nie zasłaniaj się.

— Przestańcie!

Głos Lily załamał się na ostatnim słowie.

Chwilę później wyszły na dziedziniec. Chłodne powietrze uderzyło ją w rozgrzaną twarz, a szum wody sprawił, że niemal natychmiast zrozumiała, dokąd ją prowadzą. Fontanna znajdowała się zaledwie kilka metrów dalej, oświetlona ciepłym blaskiem lamp padającym z wysokich okien rezydencji.

Strach dotarł do niej szybciej niż myśl. Lily zaczęła szarpać się z nową siłą, rozpaczliwie próbując wyrwać ręce z ich uścisku.

— Nie. Zostawcie mnie!

— Boisz się wody?

— Puśćcie mnie!

Jedna z dziewczyn przytrzymała ją za oba ramiona, druga ponownie zacisnęła dłoń na jej włosach, a trzecia stanęła przed nią, odcinając jedyną wolną drogę.

— Może zimna woda obudzi w tobie wilka.

— Wreszcie coś cię przemieni.

— Albo dalej będziesz tylko człowiekiem.

Lily potrząsnęła głową, lecz tym razem nie zdołała powstrzymać łez. Spłynęły po jej policzkach, ciepłe w porównaniu z chłodem nocnego powietrza.

— Proszę…

Słowo wyrwało się z niej bezwiednie. Nie wiedziała nawet, do której z dziewczyn je kierowała. Być może do wszystkich naraz, a może wciąż do Doriana, którego rozpaczliwie szukała wzrokiem w rozświetlonych oknach.

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Jedna z dziewczyn pchnęła ją z całej siły.

Lily zachwiała się i spróbowała cofnąć stopę, ale za plecami miała już jedynie kamienną krawędź fontanny. Obcas ześlizgnął się po mokrej powierzchni, nogi straciły oparcie, a chwilę później wpadła do wody z pluskiem.

Zimno uderzyło w nią tak gwałtownie, że odebrało jej oddech. Woda zamknęła się nad głową, tłumiąc śmiech i krzyki, a ciężka suknia natychmiast pociągnęła ją w dół. Przez kilka sekund Lily nie wiedziała, gdzie znajduje się powierzchnia. Poruszała rękami chaotycznie, aż palce natrafiły na kamienne dno i pozwoliły jej się odepchnąć.

Wynurzyła się, gwałtownie chwytając powietrze. Zakrztusiła się wodą, odkaszlnęła i oparła drżące dłonie o dno fontanny, próbując uspokoić oddech. Mokre włosy oblepiły jej twarz, a nasiąknięta suknia stała się tak ciężka, że każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku.

Nad jej głową ponownie rozległ się śmiech.

Lily zacisnęła powieki, jakby w ten sposób mogła odgrodzić się od dziewczyn, od spojrzeń ludzi zbierających się przy wyjściu i od upokorzenia, które paliło ją pod skórą. Drżała tak silnie, że nie potrafiła zapanować nad własnymi dłońmi, a serce uderzało o żebra, zagłuszając na moment wszystko dookoła.

Kiedy w końcu udało jej się zaczerpnąć pełniejszy oddech, odgarnęła mokre włosy z twarzy i podniosła wzrok. Pierwszego odruchu nie musiała sobie tłumaczyć — nawet teraz szukała Doriana.

Odnalazła go niemal natychmiast. Stał na balkonie i patrzył na nią z góry.

Lily przez krótką chwilę czekała, aż Dorian podejdzie. Była przekonana, że zaraz ruszy w jej stronę, wyciągnie rękę i pomoże jej wstać, a może przynajmniej zapyta, czy nic jej się nie stało. Wystarczyłby jeden krok, jeden gest, który pokazałby jej, że mimo wszystkiego nadal stoi po jej stronie.

Dorian jednak pozostał na balkonie.

Nie wyglądał na zaskoczonego ani zaniepokojonego. Obserwował ją spokojnie, jakby czekał, co zrobi dalej, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, kącik jego ust drgnął i uniósł się w ledwie widocznym uśmiechu.

To zabolało bardziej niż szarpanie za włosy, palce wbite w ramiona, a nawet zimna woda, która oblepiała ciało i odbierała czucie w dłoniach. Przez krótką chwilę Lily jedynie na niego patrzyła, niezdolna pogodzić widoku tego uśmiechu z mężczyzną, który jeszcze tego wieczoru miał oficjalnie ogłosić ją swoją partnerką.

Jej umysł niemal natychmiast zaczął jednak szukać usprawiedliwienia. Dorian na pewno nie chciał jej upokorzyć. Być może oczekiwał, że sama nauczy się bronić, albo był zły, ponieważ pozwoliła dziewczynom się sprowokować. Nie mógł przecież za każdym razem wyciągać jej z trudnej sytuacji, skoro pewnego dnia miała zostać Luną i wspólnie z nim odpowiadać za całą watahę.

Później porozmawiają. Na pewno wszystko jej wyjaśni, a ona zrozumie, że również tym razem kierował się czymś ważniejszym niż to, co mogła dostrzec z wnętrza fontanny. Dorian ją kochał. Musiał ją kochać, skoro jej nie odrzucił, poprosił o rękę i zamierzał postawić u swojego boku przed całą watahą. Prawda?

Lily uczepiła się tego przekonania z desperacją, jakby było jedyną rzeczą, która mogła utrzymać ją na powierzchni. Wszystko, co widziała przed sobą, zdawało się mu przeczyć, a jednak nie potrafiła dopuścić myśli, że Dorian mógł świadomie przyglądać się jej upokorzeniu i czerpać z niego satysfakcję.

— Zostawcie ją.

Głos nie był głośny, ale zabrzmiała w nim siła, która nie potrzebowała krzyku. Śmiech urwał się niemal natychmiast, a stojące przy fontannie dziewczyny zesztywniały i odruchowo odsunęły się od kamiennej krawędzi.

Lily odwróciła głowę w stronę z której dobiegał nieznajomy jej głos.

Kilka kroków dalej stał Kilian.

Pierwszy raz widziała jego twarz z tak niewielkiej odległości. Nie patrzył na otaczających fontannę ludzi ani na dziewczyny, które jeszcze przed momentem się śmiały. Jego wzrok spoczywał wyłącznie na niej, przesuwając się przez mokre włosy przyklejone do policzków, drżące ramiona i zaczerwienione ślady pozostawione na skórze przez cudze palce. Mięsień na jego szczęce napiął się wyraźnie.

Ich spojrzenia spotkały się i przez krótką chwilę Lily miała wrażenie, że wszystko wokół przycichło. Jeszcze przed momentem słyszała śmiech, szepty zgromadzonych, własny urywany oddech i wodę przelewającą się przez kamienną nieckę, lecz teraz wszystkie dźwięki odsunęły się na dalszy plan, jakby pomiędzy nimi a fontanną nagle pojawiła się niewidzialna granica.

Nie rozumiała, dlaczego jego obecność przyniosła jej tak nagłą ulgę. Być może wystarczyło, że po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia ataku ktoś nie oczekiwał od niej, że sama sobie poradzi. Kilian nie kazał jej być silną, nie oceniał jej reakcji i nie patrzył obojętnie, czekając, aż zasłuży na pomoc. Zobaczył, co się stało, i po prostu zareagował.

On również znieruchomiał, choć trwało to zaledwie ułamek sekundy. Jego wzrok zatrzymał się na oczach Lily, a w ciemnych tęczówkach przemknął krótki, złoty błysk. Pojawił się i zniknął tak szybko, że natychmiast zwątpiła, czy naprawdę go dostrzegła.

Zamrugała, próbując pozbyć się wody spływającej po rzęsach. Kiedy ponownie spojrzała Kilianowi w oczy, były już zupełnie zwyczajne. Być może światło padające z okien odbiło się w nich pod dziwnym kątem albo zimno i łzy zaczęły płatać jej figle.

Kilian ruszył w stronę fontanny. Ludzie ustępowali mu z drogi bez słowa, a dziewczyny, które przed chwilą czuły się całkowicie bezkarne, nie odważyły się nawet podnieść wzroku. Stały przy fontannie ze spuszczonymi głowami i dłońmi splecionymi przed sobą jak winne czekające na wyrok.

Zatrzymał się przy kamiennej krawędzi.

— Chodź — powiedział, wyciągając do niej rękę.

Lily spojrzała najpierw na jego otwartą dłoń, a potem na twarz. Przez chwilę naprawdę chciała ją przyjąć, choć nie rozumiała, skąd wzięło się dziwne poczucie bezpieczeństwa, które pojawiło się w niej wraz z jego głosem. Jeszcze przed momentem całe jej ciało było napięte ze strachu, ramiona bolały od szarpania, a palce drżały z zimna. Teraz, mimo że nadal siedziała w lodowatej wodzie, napięcie zaczęło powoli ustępować, jakby sama obecność człowieka, który bez wahania stanął po jej stronie, pozwoliła jej choć na moment przestać się bronić.

Nie znała tego człowieka i praktycznie nic o nim nie wiedziała, a jednak jego obecność sprawiła, że po raz pierwszy od chwili, gdy dziewczyny wyciągnęły ją z sali, poczuła się naprawdę zauważona. Nie jako bezwilcza, przyszła partnerka alfy czy obiekt drwin, lecz jako ktoś, komu właśnie wyrządzono krzywdę.

Jej palce uniosły się nad powierzchnię wody i niemal odruchowo powędrowały w stronę dłoni Kiliana. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę odrobinę dalej, pozwolić mu zacisnąć palce na jej dłoni i pomóc sobie wstać.

Wtedy Lily podniosła wzrok.

Po drugiej stronie dziedzińca, na balkonie, nadal stał Dorian. Patrzył już nie tylko na nią, lecz także na wyciągniętą rękę starszego brata, a wcześniejszy cień uśmiechu zniknął z jego twarzy.

Ich spojrzenia się spotkały i znajome poczucie winy powróciło niemal natychmiast. Żołądek Lily ścisnął się boleśnie, a palce, które przed momentem same szukały dłoni Kiliana, zastygły kilka centymetrów od niej. Nagle ten prosty gest przestał przypominać zwyczajną pomoc. Pod spojrzeniem Doriana zaczął wydawać się czymś, czego nie powinna przyjmować i czymś co będzie miało dla niej bardzo przykre konsekwencje.

To przecież Dorian był jej narzeczonym.

Być może rzeczywiście przesadziła. Nie powinna była pozwolić dziewczynom doprowadzić się do takiego stanu ani wołać go na oczach całej watahy, jakby bez jego pomocy nie potrafiła sobie poradzić. Wielokrotnie mówił, że jeśli ma zostać jego partnerką, musi nauczyć się być silniejsza. Może właśnie tego od niej oczekiwał, a przyjęcie dłoni obcego mężczyzny tylko potwierdziłoby, że nadal była zbyt słaba.

Lily przełknęła ślinę. Gardło zacisnęło się tak mocno, że nie zdołała wypowiedzieć ani słowa. Cofnęła rękę do wody i powoli pokręciła głową, choć sama nie wiedziała, czy odmawia Kilianowi, czy próbuje przekonać siebie, że podejmuje właściwą decyzję.

Nie przyjęła jego pomocy, mimo że w tej chwili potrzebowała jej bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła wykonać tego jednego prostego gestu, kiedy jej własny narzeczony patrzył z balkonu. Miała wrażenie, że sięgając po dłoń Kiliana, opowiedziałaby się przeciwko Dorianowi, choć to właśnie on pozostawił ją samą w fontannie.

Kilian nie cofnął ręki od razu. Nadal patrzył na Lily, spokojnie i bez ponaglania, jakby dawał jej czas na zmianę decyzji. Dopiero kiedy stało się jasne, że tego nie zrobi, powoli opuścił dłoń, a potem podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.

Zobaczył Doriana.

Dorian patrzył prosto na niego.

Zmiana była natychmiastowa, choć żaden z braci się nie poruszył. Ciche szepty wokół fontanny ucichły, a stojący najbliżej ludzie cofnęli się niemal niezauważalnie, jakby instynkt ostrzegł ich przed czymś, czego Lily jeszcze nie potrafiła dostrzec. Nawet dziewczyny, które niedawno śmiały się najgłośniej, spuściły wzrok i odsunęły się od kamiennej niecki.

Lily poczuła narastające napięcie niemal fizycznie. Zimno wody na moment zeszło na dalszy plan, mięśnie ramion ponownie się napięły, a oddech zatrzymał się gdzieś wysoko w piersi. Powietrze pomiędzy balkonem a fontanną zdawało się nagle cięższe, wypełnione czymś niewypowiedzianym, co dotyczyło nie tylko jej upokorzenia.

Kilian stał spokojnie przy fontannie. Nie uniósł głosu, nie ruszył w stronę brata ani nie wykonał żadnego gestu, który można byłoby uznać za otwarte wyzwanie. Jedynym śladem emocji było wyraźniejsze napięcie szczęki oraz spojrzenie, które stwardniało, gdy zatrzymało się na Dorianie.

Po plecach Lily przebiegł dreszcz niezwiązany z zimną wodą.

Nie wiedziała, co właściwie wydarzyło się pomiędzy braćmi. Dwa najpotężniejsze samce alfa tej watahy wpatrywali się na siebie w całkowitym milczeniu, a mimo to miała wrażenie, że właśnie padło coś znacznie ważniejszego niż słowa. Kilian nie wyglądał, jakby zamierzał ustąpić, choć przecież nie zrobił nic więcej poza zaoferowaniem jej pomocy.

Dorian zareagował zupełnie inaczej.

Najpierw na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie, jakby nie potrafił uwierzyć, że brat wtrącił się w sprawę, którą uważał za własną. Zaraz potem jego rysy stwardniały, a w oczach przemknął cień niepewności, szybko wyparty przez gwałtowny gniew. Ramiona napięły się pod marynarką, dłonie zacisnęły na balustradzie, a pobielałe knykcie zdradziły siłę uścisku.

Mimo że to Dorian stał wysoko nad dziedzińcem i patrzył na wszystkich z balkonu, Lily po raz pierwszy nie miała wrażenia, że to on kontroluje sytuację.

Kilian nawet nie drgnął. Nie odpowiedział na gniew brata własnym gniewem, nie odwrócił wzroku i nie próbował zaznaczyć swojej przewagi. Stał przy fontannie z tak niewzruszonym spokojem, że jego milczenie zdawało się działać na Doriana mocniej niż najostrzejsza groźba i bezpośredni atak.

Lily przenosiła wzrok z jednego brata na drugiego, czując narastającą potrzebę, by przerwać tę ciszę, choć nie miała pojęcia, co mogłaby powiedzieć. Jeszcze przed chwilą wokół fontanny rozbrzmiewał śmiech, a ona rozpaczliwie próbowała zachować resztki godności. Teraz jednak nikt już nie zwracał uwagi na jej przemoczoną suknię ani włosy przyklejone do twarzy. Wszystkie spojrzenia skupiły się na Kilianie i Dorianie.

Przyciszone rozmowy ucichły, a drwiące uśmiechy zniknęły z twarzy uczestników obserwujących to zdarzenie. Nawet woda spływająca po kamiennych zdobieniach fontanny zdawała się szumieć ciszej niż wcześniej. Nikt nie chciał przegapić ani jednego gestu, jakby wszyscy wyczuwali, że między braćmi rozgrywa się właśnie coś znacznie poważniejszego niż zwykła wymiana spojrzeń.

Dorian pierwszy przerwał tę niemą próbę sił.

Oderwał wzrok od Kiliana i spojrzał na Lily. Jego dłonie wciąż były zaciśnięte, a mięśnie szczęki napięte tak mocno, że wyostrzały rysy jego twarzy. Przez krótką chwilę jedynie na nią patrzył, lecz to wystarczyło, by żołądek Lily ścisnął się boleśnie, a ona sama bezwiednie skuliła się w sobie.

— Lily… — wysyczał przez zaciśnięte zęby.

W panującej wokół ciszy nie musiał podnosić głosu. Wypowiedział jej imię cicho, niemal spokojnie, ale Lily natychmiast rozpoznała gniew ukryty pod tym tonem. Znała go aż za dobrze.

Jej ciało zareagowało szybciej niż myśli. Ramiona napięły się, głowa odruchowo pochyliła, a sylwetka skuliła jeszce mocniej, jakby mogła w ten sposób stać się mniejsza i choć częściowo zniknąć mu z oczu. Poczucie bezpieczeństwa, które przed momentem pojawiło się wraz z obecnością Kiliana, rozpłynęło się bez śladu.

Serce znów zaczęło jej walić.

Nie chciała teraz podchodzić do Doriana. Nie tutaj, przy całej watasze, gdy była przemoczona, roztrzęsiona i upokorzona. Bolały ją ramiona po mocnym uścisku dziewczyn, skóra głowy pulsowała w miejscach, w których szarpały ją za włosy, a zimna woda spływała po karku i znikała pod nasiąkniętym materiałem sukni. Wystarczyło jednak jedno słowo Doriana, by wszystko to zeszło na dalszy plan. Bardziej niż ból i chłód przerażała ją myśl, że będzie musiała stanąć przed nim i wysłuchać jego gniewu, podczas gdy wszyscy będą się im przyglądać.

Pieczenie pod powiekami nasiliło się. Lily zacisnęła zęby, próbując powstrzymać łzy. Jeśli zostanie tam choć chwilę dłużej, rozpłacze się na oczach całej watahy, a wtedy dziewczyny dostaną dokładnie to, czego chciały — jeszcze jeden dowód na to, że przyszła partnerka alfy jest słaba.

Opuściła wzrok i położyła obie dłonie na mokrym brzegu fontanny. Kamień był śliski, a ciężka suknia ciągnęła ją w dół, jakby nasiąknięty materiał nie chciał pozwolić jej wydostać się z wody. Lily podciągnęła suknię, przełożyła nogę przez krawędź i z trudem uniosła się na drżących rękach. Pantofel ześlizgnął się po mokrej powierzchni, przez co kolanem uderzyła o kamień, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie spojrzała już ani na Kiliana, ani na Doriana. Nie chciała widzieć ich twarzy.

Kiedy stanęła na dziedzińcu, woda natychmiast zaczęła zbierać się wokół jej stóp. Dziewczyny, które jeszcze przed chwilą przytrzymywały ją i śmiały się z jej strachu, odsunęły się, robiąc jej przejście. Teraz żadna z nich nie miała odwagi się odezwać.

Lily zacisnęła palce na mokrym materiale sukni, uniosła go, by nie plątał się jej wokół nóg, i ruszyła przed siebie. Przecisnęła się między ludźmi otaczającymi fontannę, nie podnosząc wzroku. Czuła na sobie ich spojrzenia, słyszała pierwsze szepty pojawiające się za plecami, ale nie próbowała rozpoznać głosów. Nie chciała wiedzieć, kto patrzy na nią z litością, a kto jedynie czeka, aż znajdzie się wystarczająco daleko, by znów zacząć się śmiać.

— Lily!

Głos Doriana dogonił ją, zanim zdążyła opuścić dziedziniec.

Nie zatrzymała się. Przyspieszyła, choć przemoczone pantofle ślizgały się na kamiennych płytach, a suknia utrudniała każdy krok. Kiedy usłyszała swoje imię po raz drugi, zaczęła biec.

Początkowo poruszała się niezgrabnie, jedną ręką przytrzymując ciężki materiał, a drugą próbując ocierać wodę spływającą jej do oczu. Z każdym kolejnym krokiem biegła jednak szybciej, jakby wystarczyło oddalić się od fontanny, by zostawić tam również śmiech dziewczyn, wzrok całej watahy i wyraz twarzy Doriana.

Światła sali stopniowo znikały za jej plecami. Muzyka i głosy ucichły, zastąpione szelestem liści oraz odgłosem jej własnych kroków. Chłodne nocne powietrze uderzyło ją w twarz, a mokra suknia przylegała do skóry, odbierając resztki ciepła.

Zatrzymała się dopiero w ciemniejszej części ogrodu, kiedy zabrakło jej tchu. Pochyliła się, opierając dłoń na udzie, i próbowała zaczerpnąć powietrza, ale każdy oddech kończył się bolesnym drżeniem. Jej klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, gardło piekło, a serce wciąż uderzało zbyt szybko.

Łzy, które tak długo powstrzymywała, w końcu spłynęły jej po policzkach i zmieszały się z wodą kapiącą z włosów. Lily przetarła twarz dłonią, lecz zaraz pojawiły się kolejne. Objęła się ramionami, usiłując zapanować nad drżeniem, choć sama nie wiedziała, czy wywoływało je zimno, czy wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru.

Nie powinna była do niego podchodzić.

Ta myśl przebiła się przez chaos jako pierwsza, przynosząc ze sobą bolesne, lecz znajome poczucie porządku. Gdyby pozostała przy oknie i zaczekała, aż Dorian sam do niej przyjdzie, dziewczyny nie zastąpiłyby jej drogi. Gdyby nie próbowała z nimi dyskutować, nie sprowokowałaby ich. Gdyby od razu odeszła. Gdyby nie pozwoliła im zobaczyć swojego strachu. Gdyby była silniejsza, nic z tego by się nie wydarzyło.

Każde kolejne „gdyby” bolało, a jednocześnie przynosiło jej odrobinę ulgi. Jeśli to ona zawiniła, mogła następnym razem zachować się inaczej. Mogła bardziej się postarać, nie okazywać słabości i wreszcie stać się kobietą, której Dorian nie będzie musiał się wstydzić.

Znacznie trudniej byłoby dopuścić do siebie myśl, że nie miała wpływu na to, co się stało. Że dziewczyny skrzywdziły ją, ponieważ chciały to zrobić, a Dorian wszystko widział i mimo to nie ruszył jej na pomoc.

Przed oczami ponownie stanęła jej jego twarz i lekko uniesiony kącik ust.

Lily zacisnęła powieki i natychmiast odepchnęła od siebie to wspomnienie.

Na pewno źle je zrozumiała. Była przestraszona, woda zalewała jej oczy, a z takiej odległości łatwo mogła się pomylić. Dorian nie uśmiechałby się, widząc, że ktoś ją krzywdzi. Może po prostu chciał, żeby poradziła sobie sama. Tyle razy powtarzał jej przecież, że partnerka przyszłego alfy nie może być bezbronna i oczekiwać, że zawsze znajdzie się ktoś, kto stanie w jej obronie.

Chciał, żeby była silniejsza. Żeby potrafiła stanąć na własnych nogach, nie potrzebowała ciągłej ochrony i pewnego dnia zajęła miejsce u jego boku bez obawy, że cała wataha zobaczy w niej słabe ogniwo.

Chciał dla niej dobrze.

Lily przycisnęła ramiona mocniej do ciała i spuściła głowę. Bolało ją wszystko — skóra zdarta na kolanie, miejsca, w których palce dziewczyn zaciskały się na jej rękach, głowa po szarpaniu za włosy i gardło ściśnięte od tłumionego płaczu. Najbardziej jednak bolała świadomość, że kiedy Dorian patrzył na nią z balkonu, musiał zobaczyć dokładnie to, czego najbardziej się obawiała.

Jej słabość.

Nie myślała już o dziewczynach, które wciągnęły ją na dziedziniec i wepchnęły do fontanny. Nie myślała o tym, że Dorian mógł je powstrzymać jednym słowem. Zastanawiała się jedynie, co powinna była zrobić inaczej i jak mogła dopuścić do tego, by kolejny raz zobaczył ją w takim stanie.

Bo przecież Dorian jej nie skrzywdził. To ona po raz kolejny okazała się niewystarczająco silna i znowu go zawiodła.

Rozdział 2 — Pionek

Kilian nadal stał przy fontannie i patrzył w stronę, w którą uciekła Lily. Jej sylwetka dawno zniknęła za rogiem budynku, a odgłos kroków rozpłynął się wśród szumu drzew, mimo to jego wzrok jeszcze przez kilka sekund pozostawał utkwiony w pustej alejce. Nie ruszył za nią. Nie odwrócił się również do ludzi zgromadzonych wokół kamiennej niecki, jakby ich obecność nie miała najmniejszego znaczenia.

Dopiero po chwili uniósł głowę i spojrzał na balkon.

Dorian wciąż tam stał. Palce zaciskał na balustradzie, ramiona miał napięte, a w oczach płonęła wściekłość, której nawet nie próbował ukrywać. Wokół fontanny panowała cisza, przerywana jedynie jednostajnym szumem wody i muzyką dochodzącą z sali. Jeszcze niedawno dziedziniec wypełniały rozmowy i śmiech, teraz jednak uwaga całej watahy przesuwała się pomiędzy braćmi.

Dorian wyczuwał każde z tych spojrzeń.

To powinien być jego wieczór. Miał stać u boku ojca, przyjmować wyrazy szacunku i przypominać wszystkim, że to właśnie on pewnego dnia przejmie władzę nad watahą. Od lat przygotowywał się do tej roli, uczestniczył w spotkaniach starszyzny i podejmował decyzje, które miały nauczyć pozostałych, że z jego zdaniem należy się liczyć.

Tymczasem Kilian pojawił się po latach znikąd i bez jednego słowa odebrał mu uwagę wszystkich.

Nie musiał jej żądać ani walczyć o nią podniesionym głosem. Stał nieruchomo, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a ludzie i tak patrzyli właśnie na niego. Sama jego obecność wystarczyła, by Dorian poczuł, że po raz pierwszy od wielu lat ktoś zaczyna podważać pozycję, którą uważał już za swoją.

Najgorsze było to, że Kilian nadal znajdował się na dole, przy fontannie, a mimo to nie sprawiał wrażenia człowieka stojącego niżej.

To Dorian musiał do niego zejść.

Odepchnął się gwałtownie od balustrady. Kilka osób stojących na dziedzińcu podniosło głowy, kiedy wszedł na kamienną krawędź balkonu. Zatrzymał się tam na krótką chwilę i spojrzał prosto na starszego brata, jakby dawał mu ostatnią szansę na okazanie niepewności.

Kilian nawet nie drgnął.

Dorian skoczył pewnie w dół, a poły rozpiętej marynarki tylko zatrzepotały w trakcie lotu. Pokonał dzielącą ich wysokość w jednej chwili i wylądował ciężko na nogach, uginając kolana, by zamortyzować uderzenie. Drobny żwir prysnął spod jego butów, a głuchy odgłos lądowania odbił się od ścian budynku. Po dziedzińcu przeszedł krótki szmer, lecz szybko ucichł.

Dorian powoli się wyprostował i poprawił rękaw marynarki, jakby właśnie nie zeskoczył z balkonu, lecz jedynie pokonał ostatni stopień schodów. Ten pokaz miał przypomnieć wszystkim o jego sile. Kilian odmówił mu jednak nawet najdrobniejszej reakcji. Nie cofnął się ani nie zmienił pozycji, choć młodszy brat wylądował zaledwie kilka metrów od niego.

Przyszły alfa ruszył w jego stronę starszego brata patrząc na niego z góry, jakby był przeszkodą.

Ludzie stojący pomiędzy nimi rozstąpili się bez jednego słowa. Krąg wokół braci rozszerzył się, gdy instynktownie cofnęli się również ci, którzy wcześniej stali przy samej fontannie. Nikt nie chciał znaleźć się zbyt blisko dwóch samców alfa mierzących się wzrokiem, nawet jeśli żaden z nich nie wykonał jeszcze ruchu, który można byłoby uznać za początek walki.

Dorian szedł powoli, stawiając kroki z przesadnym spokojem. Wściekłość zdradzały jedynie mocno zaciśnięte pięści oraz mięsień drgający na jego szczęce. Kiedy zatrzymał się przed Kilianem, dzielił ich niecały krok — odległość wystarczająco mała, by w przypadku każdego innego mężczyzny stała się otwartym wyzwaniem.

Kilian spojrzał na niego bez pośpiechu. Najpierw na napiętą twarz, potem na zaciśnięte dłonie, a na końcu ponownie w oczy. W przeciwieństwie do brata stał swobodnie, z rozluźnionymi ramionami i ciężarem ciała rozłożonym równomiernie na obu nogach. Nie wyglądał jednak na nieprzygotowanego. Jego spokój przypominał raczej bezruch drapieżnika, który nie musi przyjmować pozycji do ataku, ponieważ wie, że zdąży zareagować.

— Po co, do cholery, wróciłeś? — warknął Dorian. — I dlaczego wtrącasz się w nie swoje sprawy?

Kilian nie odpowiedział na żadne z pytań. Patrzył na młodszego brata jeszcze przez moment, jakby rozważał nie jego słowa, lecz przyczynę ukrytej pod nimi furii.

— Kim ona jest dla ciebie?

Pytanie padło spokojnie, niemal obojętnie, a jednak Dorian zesztywniał. Nie spodziewał się go. Przede wszystkim nie spodziewał się jednak, że Kilian całkowicie zignoruje jego żądanie wyjaśnień i sam przejmie prowadzenie rozmowy.

— To ja zadałem ci pytanie. Więc odpowiedz, zamiast zmieniać temat na głupoty.

— Nie zmieniam tematu. Pytam o jedyną rzecz, która ma teraz znaczenie.

Między nimi zapadła krótka, ciężka cisza. Kilian nie podniósł głosu, ale w jego tonie nie było prośby. Dorian zacisnął szczękę, czując na sobie spojrzenia całej watahy. Starszy brat nie pozostawił mu wiele miejsca: mógł odpowiedzieć albo na oczach wszystkich wycofać się z rozmowy, którą sam rozpoczął.

— Co cię, kurwa, obchodzi, kim ona dla mnie jest?

Kilian nie zmienił wyrazu twarzy.

— Odpowiedz. — Kilian twardo trzymał się swojego zdania.

Jedno słowo wystarczyło, by gniew Doriana wybuchł z nową siłą.

— Nikim — rzucił. — Słyszysz? Jest nikim! — ryknął tak głośno i gwałtownie, że z jego ust wytrysnęły kropelki śliny.

Kilian patrzył na niego bez słowa. Nie okazał zdziwienia ani oburzenia, a Dorian najwyraźniej odebrał jego milczenie jak kolejne wyzwanie.

— To zwykła bezwilcza idiotka — dodał ciszej. — Bezużyteczna, słaba beksa, która od miesięcy nie potrafi zrobić jednej cholernej rzeczy jak należy.

Wskazał ręką w stronę alejki, za której zakrętem zniknęła Lily. Kilian podążył wzrokiem za tym gestem tylko na ułamek sekundy, po czym ponownie spojrzał na brata.

Dorian zrobił kolejny malutki krok, jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Nie mógł już podejść bliżej, bo by wszedł prosto w szeroką pierś Kiliana, mimo to starszy z braci pozostał na swoim miejscu. Nie oddał mu ani centymetra przestrzeni.

— To tylko pionek — powiedział Dorian ciszej, lecz z jeszcze większą pogardą. — Nic więcej. Miała być użyteczna, dopóki nie znajdę lepszego rozwiązania.

Słowa zawisły nad dziedzińcem. W tłumie ktoś poruszył się niespokojnie, ktoś inny cicho wciągnął powietrze, ale nikt nie odważył się odezwać. Dorian słyszał te reakcje i widział zmianę na twarzach zgromadzonych. Zamiast jednak się opamiętać, jeszcze bardziej uniósł podbródek, jakby chciał udowodnić, że przyszły alfa nie musi tłumaczyć się ze sposobu, w jaki traktuje ludzi należących do jego watahy.

Kilian przez chwilę przyglądał mu się z trudnym do odczytania spokojem.

— Twoja narzeczona — powiedział.

Nie zabrzmiało to jak pytanie. Raczej jak przypomnienie faktu, przed którym Dorian właśnie próbował uciec.

Młodszy z braci roześmiał się krótko i pogardliwie.

— Narzeczona? Nie rozśmieszaj mnie. To tylko układ, który miał zapewnić mi poparcie części watahy. Rada jej potrzebowała, ojciec uznał ją za odpowiednią, więc się zgodziłem. Tylko tyle.

Kilian nie odwracał wzroku. Dorian z każdą kolejną odpowiedzią odsłaniał więcej, niż prawdopodobnie zamierzał, a starszy brat nie musiał robić nic poza zadawaniem krótkich pytań i pozwalaniem, by cisza i nieopanowana wściekłość wyciągała z niego następne słowa.

— Widziałeś ją! — Dorian ponownie wskazał w stronę, w którą uciekła Lily. — Widziałeś, co zrobiła. Pozwoliła kilku gówniarom wyciągnąć się z sali, a potem wylądowała w tej pieprzonej fontannie. Nawet nie potrafiła się obronić.

— Widziałem, co one jej zrobiły — odpowiedział Kilian.

Dorian zmrużył oczy.

— Sama jest sobie winna.

Kilian uniósł lekko brew.

— Sama?

To jedno spokojne słowo uderzyło w Doriana mocniej niż otwarta krytyka.

— Oczywiście, że sama! — wyrzucił z siebie, przestając panować nad głosem. — Gdyby nie była tak cholernie słaba, nic takiego by się nie wydarzyło!

Jego krzyk odbił się od kamiennych ścian i poniósł po całym dziedzińcu. Kilian nie drgnął, ale ludzie stojący najbliżej ponownie się cofnęli.

— Całe życie trzeba ją niańczyć! — ciągnął Dorian. — Nie potrafi się przemienić, nie potrafi się obronić, nie potrafi nawet zachować jak przyszła partnerka alfy! A potem patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, zapłakanymi oczami, jakbym to ja był wszystkiemu winny!

Jeden z mężczyzn stojących przy fontannie zacisnął szczękę i odwrócił wzrok, jakby nie chciał dłużej przysłuchiwać się temu, co Dorian mówił o swojej narzeczonej. Ktoś inny odsunął się o krok, wyraźnie niechętny znalezieniu się zbyt blisko przyszłego alfy, który z każdą chwilą coraz bardziej tracił nad sobą kontrolę.

Dorian natychmiast to zauważył.

— Na co się gapicie?!

Odpowiedziała mu cisza. Nie przypominała jednak posłusznego milczenia, do którego przywykł. Tym razem nikt nie spuścił głowy w geście uległości ani nie pośpieszył z zapewnieniem, że ma rację. Członkowie watahy po prostu nie chcieli znaleźć się pomiędzy nim a Kilianem.

Ta ostrożność rozwścieczyła go jeszcze bardziej.

Odwrócił się gwałtownie do brata.

— Myślisz, że twój powrót coś zmienia? — warknął. — Że wystarczy, że pokażesz się po tylu latach, a wszyscy nagle zapomną, kto ma przejąć tę watahę?!

Kilian patrzył na niego spokojnie. Nie przerywał mu ani nie próbował przekrzyczeć kolejnego wybuchu. Pozwalał Dorianowi mówić, a każda następna chwila ciszy zmuszała młodszego z braci do odsłaniania coraz większej części gniewu, który przez lata skrywał pod pewnością siebie.

— To ja mam zostać alfą! — Dorian uderzył palcem we własną pierś. — Ja, nie ty. To mnie ojciec od lat przygotowuje do przejęcia władzy. Nie wróciłeś tutaj po to, żeby nagle odbierać mi wszystko, co zbudowałem! Nie pozwolę ci tego zabrać!

Kilian zrobił jeden powolny krok naprzód.

Dorian nie cofnął się, jednak jego ciało zareagowało za niego. Ramiona zesztywniały, a dłonie zacisnęły się mocniej, gdy starszy brat znalazł się bliżej niż wyciągnięcie ręki. Kilian nadal nie wyglądał, jakby zamierzał zaatakować, lecz nagła bliskość uświadomiła wszystkim różnicę pomiędzy nimi. Dorian domagał się pozycji krzykiem. Kilian zajmował ją samą obecnością.

— A Lily ma stanąć u twojego boku — powiedział.

— Nie pouczaj mnie — Dorian wyglądał jakby zaraz miał się ugotować we własnym gniewie.

— Wybrałeś ją.

— Zamknij się!

Kilian nawet nie mrugnął.

— Twój wybór. Twoja odpowiedzialność. Masz ją chronić, a nie stać bezczynnie i patrzeć, jak inni ją poniżają.

Dorian wypuścił z gardła krótki, pogardliwy śmiech.

— Ty naprawdę myślisz, że będziesz mi mówił, jak mam traktować własną partnerkę?

— Skoro sam tego nie rozumiesz, ktoś musi.

— Pierdol się.

Dorian przysunął się jeszcze bliżej, niemal stykając się z bratem piersią. Był silnym mężczyzną i od lat wystarczało, że w ten sposób naruszył czyjąś przestrzeń, aby rozmówca odruchowo się wycofał. Kilian nie przesunął się nawet o centymetr. Nie napiął ramion ani nie zacisnął dłoni. Patrzył z góry na twarz brata, całkowicie niewzruszony próbą zastraszenia.

Wśród ludzi obserwujących konfrontację zaczęło pojawiać się coś, czego Dorian nie widział na ich twarzach od wielu lat.

Wątpliwość.

Jeszcze przed chwilą to jego ruchy przyciągały uwagę, a każde słowo przyjmowano z ostrożnym szacunkiem. Teraz jednak wszyscy widzieli to samo: Dorian krzyczał, groził i rozpaczliwie próbował odzyskać kontrolę, podczas gdy Kilian nie musiał robić prawie nic, by pozostawać górą.

Młodszy z braci również to dostrzegł.

— Nie masz prawa wracać po tylu latach i zachowywać się, jakbyś nadal miał tutaj coś do powiedzenia! — krzyknął. — To mnie ta wataha będzie słuchać! To ja zajmę miejsce ojca!

Kilian przechylił lekko głowę.

— Czyżby?

Jedno spokojnie wypowiedziane słowo uderzyło Doriana mocniej niż otwarte wyzwanie. Jego twarz stężała, a w oczach pojawił się błysk niepohamowanej furii.

— Całe życie byłeś pieprzonym świętoszkiem! — wyrzucił z siebie. — Wielki Kilian. Silny Kilian. Idealny syn, na którego wszyscy patrzyli, jakby nie istniał nikt poza nim! Nawet teraz robisz to samo. Wracasz po latach i wystarczy jedno twoje spojrzenie, żeby nagle zapomnieli, kto przez cały ten czas stał u boku ojca!

Przy ostatnich słowach jego głos załamał się od gniewu. Kilian odczekał chwilę, aż echo krzyku ucichnie pomiędzy ścianami budynku.

— Skończyłeś?

Dorian wpatrywał się w niego z niedowierzaniem, jakby przez moment naprawdę zabrakło mu odpowiedzi.

Kilian powoli pokręcił głową.

— Niczego się nie nauczyłeś.

— Zawsze musisz chcieć stać nade mną, prawda?! — Dorian wybuchł ponownie. — Zawsze musisz zachowywać się, jakbyś był lepszy! Jakbyś był pieprzonym królem, a wszyscy pozostali mieli przed tobą klękać!

Spojrzenie Kiliana stwardniało.

— Wystarczy.

— Nie będziesz mi mówił, kiedy mam skończyć!

Dorian rzucił się na niego.

Jego prawe ramię drgnęło, zapowiadając uderzenie, ale pięść nie zdążyła dotrzeć do celu. Kilian przechwycił nadgarstek brata, drugą dłonią zacisnął na klapie jego marynarki i wykorzystał siłę rozpędu przeciwko niemu. Jeden szybki obrót wystarczył, by Dorian stracił równowagę.

Chwilę później jego plecy uderzyły z hukiem o kamienną ścianę budynku.

Powietrze uciekło mu z płuc. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, lecz niemal natychmiast zostało wyparte przez wściekłość. Szarpnął się, próbując uwolnić rękę, ale uścisk Kiliana nie osłabł nawet odrobinę. Starszy brat przytrzymywał go jedną ręką za ubranie, a przedramieniem blokował mu klatkę piersiową, nie pozwalając oderwać się od ściany.

— Puść mnie, kurwa! — ryknął Dorian, który nie był przyzwyczajony do takiego traktowaia. Zawsze to on kogoś trzymał, nigdy nikt jego. — Słyszysz?! Puść!

Kilian nie odpowiedział od razu. Nie krzyczał, nie szarpał bratem ani nie używał większej siły, niż było to konieczne. Stał blisko, całkowicie opanowany, jakby obezwładnienie dorosłego wilkołaka alfy nie wymagało od niego najmniejszego wysiłku.

Wokół fontanny nikt się nie poruszył.

— Posłuchaj mnie uważnie — odezwał się cicho Kilian.

— Nie będziesz mi rozkazywał!

— Będę.

Dorian szarpnął się ponownie, lecz zdołał jedynie mocniej wcisnąć własne plecy w kamień.

— Jesteś pieprzonym idiotą! Myślisz, że możesz wrócić i odebrać mi wszystko?!

Kilian nachylił się odrobinę, nie spuszczając z niego wzroku i wpatrując się w jego oczy świdrującym wzrokiem.

— Nie interesuje mnie twoja pozycja.

Dorian znieruchomiał.

— Interesuje mnie to, jak traktujesz Lily.

Przez kilka sekund patrzyli sobie prosto w oczy. Gniew nadal płonął na twarzy Doriana, jednak pod nim pojawiło się coś jeszcze — pierwsza świadomość, że starszy brat nie prowadzi z nim kolejnej rodzinnej sprzeczki i nie próbuje sprowokować go pustą groźbą.

— Możesz kiedyś zostać alfą tej watahy — powiedział Kilian. — Możesz zająć miejsce ojca i wydawać rozkazy każdemu, kto zechce cię słuchać. Możesz nawet wmawiać sobie, że daje ci to prawo do traktowania ludzi jak własności.

Zrobił krótką przerwę. Jego twarz pozostała spokojna, lecz w spojrzeniu nie było już nawet śladu wcześniejszej obojętności.

— Jeśli jednak jeszcze raz ją skrzywdzisz albo staniesz z boku, kiedy ktoś zrobi to za ciebie, własnymi rękami wyrwę ci gardło.

Nie podniósł głosu. Wypowiedział groźbę niemal szeptem, ciągle wpatrując się w oczy brata, ale na dziedzińcu panowała tak doskonała cisza, że każde słowo dotarło do ludzi stojących wokół fontanny. Kilka osób gwałtownie wciągnęło powietrze, a ktoś cofnął się o kolejny krok.

Wataha pamiętała, że Kilian nigdy nie rzucał słów na wiatr. Nie groził, żeby wywołać wrażenie, i nie składał obietnic, których nie zamierzał spełnić. Jeśli coś zapowiadał, traktował własne słowa jak zobowiązanie.

Dorian również o tym wiedział.

Zamarł pod uściskiem brata. Na krótką chwilę z jego twarzy zniknęła wściekłość, odsłaniając strach, którego nie zdążył ukryć. Kilian zauważył go, lecz nie skomentował. Puścił klapę jego marynarki, cofnął przedramię i odsunął się o krok, a następnie spokojnym ruchem poprawił mankiet własnej koszuli.

Dorian pozostał oparty o ścianę, ciężko łapiąc oddech. Dopiero po chwili wyprostował się i nerwowo poprawił ubranie. Twarz nadal płonęła mu ze złości, ale gniew nie potrafił już ukryć upokorzenia. Widział je w spojrzeniach ludzi stojących na dziedzińcu i wiedział, że oni również dostrzegli moment, w którym zabrakło mu odwagi, by ponownie szarpnąć się przeciwko Kilianowi.

— Zapamiętaj moje słowa — powiedział Kilian. — Drugiego ostrzeżenia nie będzie.

— Ty pieprzony skurwysynu! — wrzasnął Dorian. — Zawsze musiałeś być lepszy! Zawsze!

Jego głos poniósł się po dziedzińcu, lecz Kilian już na niego nie patrzył. Odwrócił głowę w stronę alejki, za której zakrętem przed chwilą zniknęła Lily.

Wtedy poczuł to ponownie.

Głębokie poruszenie gdzieś pod żebrami, zbyt wyraźne, by mógł je zignorować, i zbyt obce, by potrafił je nazwać. Nie przypominało zwykłej ciekawości ani litości wobec dziewczyny, której ledwie znał imię. Pojawiło się już wcześniej, kiedy ich spojrzenia spotkały się nad taflą wody, lecz dopiero teraz, gdy Lily odeszła, Kilian uświadomił sobie jego siłę.

Kiedy znajdowała się blisko, coś w nim na krótką chwilę ucichło. Napięcie, które towarzyszyło mu od chwili przekroczenia granic rodzinnego terytorium, ustąpiło miejsca spokojowi tak naturalnemu, jakby czekał na niego znacznie dłużej, niż był gotów przed sobą przyznać. Teraz, gdy Lily zniknęła, pozostał po nim brak — nieprzyjemne wrażenie, że coś ważnego oddala się bez niego.

Od lat nosił w sobie pustkę, do której zdążył przywyknąć tak bardzo, że niemal przestał ją zauważać. Dopiero przy Lily cofnęła się na kilka uderzeń serca, pozwalając mu zrozumieć, jak wiele miejsca zajmowała. Nie zniknęła całkowicie, ale po raz pierwszy przestała wydawać się czymś, z czym będzie musiał żyć już zawsze.

Ta świadomość powinna była go zaniepokoić. Zamiast tego przyniosła mu dziwną, cichą pewność. Po wielu latach spędzonych z dala od rodzinnej watahy po raz pierwszy nie zastanawiał się, czy powrót był błędem. Wiedział, że znalazł się tutaj dokładnie wtedy, kiedy powinien.

Kącik jego ust drgnął w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.

Nie znał Lily. Jeszcze nie. Nie wiedział, dlaczego jej strach obudził w nim gniew ani dlaczego widok jej znikającej w ciemności sylwetki wywołał potrzebę natychmiastowego ruszenia za nią. Gdzieś głęboko, poniżej rozsądku i świadomych myśli, jego instynkt zareagował na nią jednak z siłą, której nie potrafił zlekceważyć.

Nie próbował tego analizować. Nie musiał jeszcze wiedzieć, czym było to uczucie. Na razie wystarczała mu pewność, że odnajdzie Lily, upewni się, że jest bezpieczna, i nie pozwoli jej ponownie zostać samej z tym, co wydarzyło się tego wieczoru.

— Nie waż się jej tknąć! — wrzasnął Dorian.

Kilian nawet nie drgnął. Ruszył w stronę alejki, puszczając krzyk młodszego brata mimo uszu. Po wszystkim, co przed chwilą usłyszał, jego groźby nie miały już żadnego znaczenia.

— Słyszysz mnie?! — Głos Doriana ochrypł od wściekłości. — Trzymaj się od niej z daleka!

Kilian zatrzymał się po kilku krokach.

Powoli odwrócił głowę i spojrzał przez ramię. Nie było w nim gniewu ani chęci wdawania się w kolejną kłótnię. Spokój, z jakim patrzył na brata, okazał się znacznie trudniejszy do zniesienia niż otwarta wrogość.

Dorian nadal stał przy ścianie z twarzą płonącą złością i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Próbował wyglądać jak człowiek wydający rozkaz, lecz w jego oczach coraz wyraźniej pojawiała się niepewność. Nie wiedział, co wydarzyło się pomiędzy Kilianem a Lily ani dlaczego starszy brat zareagował na jej krzywdę z taką stanowczością. Ta niewiedza odbierała mu resztki opanowania.

Kilian nie odpowiedział. Zatrzymał na nim wzrok jeszcze przez krótką chwilę, po czym odwrócił się i ruszył dalej.

Za jego plecami Dorian wykrzykiwał kolejne przekleństwa. Jego głos odbijał się od kamiennych ścian, z każdym następnym słowem brzmiąc coraz mniej groźnie, a coraz bardziej rozpaczliwie. Tym razem nikt się nie roześmiał. Nikt nie próbował mu przytaknąć ani pospieszyć z zapewnieniem, że nadal ma nad wszystkim kontrolę.

Wataha milczała.

Kilian szedł w stronę alejki równym, niespiesznym krokiem. Na jego ustach wciąż błąkał się cień uśmiechu, który nie miał nic wspólnego ze zwycięstwem nad bratem. Towarzyszyło mu jedynie niezwykłe ciepło pod żebrami i ciche przekonanie, że po raz pierwszy od bardzo dawna dokładnie wie, w którą stronę powinien podążyć.

Nie znał jeszcze przyczyny tego uczucia.

Wiedział tylko, że musi odnaleźć Lily.

Rozdział 3 — Brutalna prawda

Lily dotarła do ławki stojącej przy jednej z bocznych ścieżek i niemal osunęła się na drewniane siedzisko. Przyjęcie zostało daleko za nią. Nie słyszała już muzyki ani rozmów dobiegających z dziedzińca, do jej uszu docierał jedynie szelest liści poruszanych nocnym wiatrem oraz nierówny oddech, którego nie potrafiła uspokoić.

Całą drogę biegła bez oglądania się za siebie, jak spłoszone zwierzę uciekające przed zagrożeniem, którego nie umiało nawet nazwać. Bała się, że jeśli zatrzyma się zbyt wcześnie, ktoś ją dogoni — dziewczyny, Dorian albo któryś z gości chcących z bliska obejrzeć jej upokorzenie. Dopiero teraz, otoczona pustką i ciemnością, zaczęła rozumieć, że nikt za nią nie biegnie.

Ten wieczór rzeczywiście zapamięta do końca życia. Tylko nie w taki sposób, o jakim marzyła.

Nogi drżały jej tak mocno, że nawet siedząc, miała wrażenie, że za chwilę osunie się na ziemię. Objęła się ramionami, próbując zatrzymać resztki ciepła, lecz mokry materiał sukni przylgnął do ciała i oddawał chłód przy każdym podmuchu wiatru. Woda spływała z włosów na kark, a drobne krople wsuwały się pod ubranie i przesuwały po skórze. Ramiona pulsowały w miejscach, w których zaciskały się na nich palce dziewczyn, skóra głowy piekła po szarpaniu, a zdarte kolano bolało za każdym razem, gdy poruszała nogą.

Żaden z tych urazów nie był jednak tak dotkliwy jak obraz powracający za każdym razem, gdy zamykała oczy.

Dorian stał na balkonie i patrzył.

Widział, jak dziewczyny zastąpiły jej drogę. Widział ich drwiące uśmiechy i to, jak otoczyły ją, nie zostawiając miejsca na ucieczkę. Patrzył, kiedy chwyciły Lily za ręce, kiedy szarpały ją za włosy i ciągnęły w stronę wyjścia. Musiał słyszeć, jak wołała jego imię. Ich spojrzenia spotkały się przecież więcej niż raz, dlatego nie mogła wmówić sobie, że jej nie zauważył.

Przez cały ten czas czekała. Wierzyła, że za chwilę zejdzie z balkonu, odepchnie dziewczyny i zakończy wszystko jednym rozkazem. Nie potrzebowała nawet, żeby je ukarał. Wystarczyłoby, gdyby stanął przy niej i pokazał, że nie jest sama.

Nie zrobił tego.

Nie poruszył się nawet wtedy, gdy wpadła do fontanny. Stał wysoko nad dziedzińcem i obserwował ją z wyrazem twarzy, którego Lily wciąż nie potrafiła zrozumieć. Najgorsze było wspomnienie lekko uniesionego kącika jego ust. Ilekroć wracało, próbowała je od siebie odsunąć. Woda zalewała jej oczy, była przerażona i patrzyła na niego z dużej odległości. Mogła się pomylić.

Musiała się pomylić.

Dorian nigdy nie uśmiechnąłby się na widok jej krzywdy.

Lily przycisnęła dłonie do ust, próbując stłumić szloch, który wyrwał się z jej gardła. Oddychała szybko i płytko, a im bardziej usiłowała odzyskać kontrolę, tym gwałtowniej drżały jej ramiona. Powtarzała sobie, że musi się uspokoić, ponieważ płacz niczego nie zmieni. Udowodni jedynie, że wszyscy mieli rację, nazywając ją słabą.

Łzy i tak spłynęły po jej policzkach.

Otarła je wierzchem dłoni, ale zaraz pojawiły się kolejne. Wstyd mieszał się z bólem i rozczarowaniem tak silnie, że przez chwilę nie wiedziała, czego właściwie pragnie. Chciała wrócić i zażądać od Doriana wyjaśnień, a jednocześnie sama myśl o ponownym stanięciu przed nim ściskała jej żołądek. Chciała uciec jeszcze dalej, choć nie miała dokąd. Najchętniej zniknęłaby w miejscu, w którym nikt nie mógłby jej znaleźć ani zobaczyć, do jakiego stanu doprowadziło ją kilka złośliwych dziewczyn.

I wtedy przed oczami stanęła jej wyciągnięta dłoń Kiliana.

Obcy mężczyzna potrzebował zaledwie jednego spojrzenia, aby zrozumieć, że dzieje się coś złego. Nie znał jej, niczego jej nie zawdzięczał, a jednak podszedł do fontanny i postanowił zareagować. Nie kazał jej udowadniać, że potrafi poradzić sobie sama. Nie patrzył z rozczarowaniem. Po prostu podał jej rękę.

Dorian stał tam przez cały czas.

Ta myśl zabolała tak bardzo, że Lily natychmiast ją od siebie odepchnęła.

Nie powinna ich porównywać. Kilian był obcym człowiekiem, który nie znał jej wad ani wszystkich sytuacji, w których zawiodła Doriana. Zobaczył tylko zapłakaną dziewczynę siedzącą w fontannie i zrobił to, co w tamtej chwili wydawało mu się właściwe. Dorian znał ją od lat. Wiedział, że jeśli wciąż będzie ją ratował, nigdy nie nauczy się samodzielności.

Być może właśnie dlatego nie zareagował.

Co gorsza, Dorian widział, jak niemal przyjęła pomoc jego brata. Widział jej dłoń unoszącą się nad wodą i palce wyciągnięte w stronę Kiliana. Może dlatego wypowiedział później jej imię z taką złością. Mógł pomyśleć, że próbowała wzbudzić litość obcego mężczyzny albo że chciała zwrócić na siebie uwagę starszego brata swojego narzeczonego.

Na samą myśl żołądek Lily zacisnął się boleśnie.

Przez całe życie słyszała, że jest zbyt wrażliwa, zbyt cicha i zbyt łatwo pozwala innym sobą pomiatać. Kiedy była młodsza, próbowała się przed tym bronić. Obiecywała sobie, że pewnego dnia pokaże wszystkim, jak bardzo się mylili. Z czasem jednak te słowa osiadły w niej tak głęboko, że przestała rozpoznawać, które z nich należały do innych ludzi, a które stały się już jej własnymi myślami.

Dorian również powtarzał, że musi być silniejsza. Przypominał jej, że partnerka przyszłego alfy nie może spuszczać głowy przed każdym, kto powie o niej coś nieprzyjemnego. Powinna umieć bronić swojego miejsca, odpowiadać na zaczepki i wzbudzać szacunek. Jeśli zwracał jej uwagę, robił to przecież dlatego, że chciał, żeby stała się lepsza. Jeżeli był surowy, to dlatego, że wiedział, jak wiele będzie się od niej wymagać. Być może oczekiwał od niej więcej właśnie dlatego, że jako jedyny naprawdę wierzył, iż pewnego dnia zdoła sprostać swojej roli.

Ta myśl przyniosła jej odrobinę ulgi.

Jeżeli Dorian był rozczarowany, oznaczało to, że wcześniej czegoś od niej oczekiwał. A skoro oczekiwał, musiał wierzyć, że było ją na to stać.

Może naprawdę powinna była się postawić. Mogła odepchnąć tamte dziewczyny, wyrwać ręce z ich uścisku albo uderzyć którąś z nich, zanim zdążyły wyciągnąć ją z sali. Powinna była zrobić cokolwiek, co pokazałoby Dorianowi i całej watasze, że nie jest bezbronna. Zamiast tego jej ciało zesztywniało, a strach odebrał jej zdolność myślenia. Szarpała się, wołała o pomoc i czekała, aż ktoś ją uratuje.

A Dorian wszystko widział.

Widział dokładnie to, czego najbardziej się wstydziła — jak łatwo można ją przestraszyć, zranić i zmusić do błagania. Może właśnie dlatego pozostał na balkonie. Chciał, żeby wreszcie zrozumiała, że nie zawsze będzie mógł stawać pomiędzy nią a całym światem.

Tak musiało być.

To wyjaśnienie bolało znacznie mniej niż myśl, że człowiek, którego kochała, widział jej strach i świadomie zdecydował się nic nie robić.

Lily mocniej objęła drżące ramiona i pochyliła głowę. Powtarzała sobie, że Dorian chciał ją czegoś nauczyć, że miał powód i że kiedy później z nim porozmawia, wszystko stanie się jasne. Układała te usprawiedliwienia jedno po drugim, aż zaczęły przypominać bezpieczny mur oddzielający ją od prawdy, której nie była jeszcze gotowa zobaczyć.

Mimo to obraz lekko uniesionego kącika jego ust nie chciał zniknąć.

Może Dorian był zaskoczony. Może wszystko wydarzyło się zbyt szybko i zwyczajnie nie zdążył zareagować. A może świadomie pozostał na balkonie, ponieważ uznał, że Lily powinna sama nauczyć się bronić przed ludźmi, skoro w przyszłości miała zająć miejsce u boku alfy.

Od zawsze był wymagający, a jego chłodny sposób bycia często utrudniał odgadnięcie tego, co naprawdę myślał. Nieraz dopiero po czasie wyjaśniał jej, że słowa, które uznała za zbyt ostre, miały ją czegoś nauczyć. Być może tym razem było podobnie.

Tak musiało być. Lily potrzebowała, żeby właśnie takie było wyjaśnienie.

Spuściła głowę i przestała walczyć z łzami. Spływały po jej policzkach jedna za drugą, pozostawiając wilgotne ślady, których nie odróżniała już od wody kapiącej z włosów. Czuła się mała, bezradna i zupełnie sama, a mimo to wciąż szukała we własnym zachowaniu czegoś, za co mogłaby się obwinić. Łatwiej było uwierzyć, że popełniła błąd, niż dopuścić do siebie myśl, że człowiek, którego kochała bardziej niż kogokolwiek innego, świadomie patrzył, jak ją krzywdzono, i postanowił nic nie zrobić.

Jeżeli wina leżała po jej stronie, nadal mogła wszystko naprawić.

Ta myśl obudziła w niej rozpaczliwą potrzebę powrotu do Doriana. Chciała go przeprosić, choć nie potrafiła dokładnie określić, za co. Za to, że podeszła do niego, kiedy rozmawiał ze starszyzną. Za wywołanie zamieszania. Za wołanie jego imienia na oczach całej watahy. Za to, że nie zdołała sama się obronić, a później niemal przyjęła pomoc jego brata.

Mogła obiecać, że następnym razem zachowa się inaczej. Będzie silniejsza, odważniejsza i nie pozwoli nikomu zobaczyć swojego strachu. Potrzebowała jedynie usłyszeć od Doriana kilka słów, które upewnią ją, że nadal jest dla niego ważna i że dzisiejszy wieczór nie przekreślił wszystkiego, na co tak długo czekała.

Nawet teraz bardziej niż dziewczyn, które ją zaatakowały, bała się jego gniewu.

Na samą myśl o stanięciu przed nim żołądek ściskał się boleśnie. Lily nie wiedziała, czy zdoła spojrzeć mu w oczy, jeśli znowu usłyszy w jego głosie ten chłodny, pełen rozczarowania ton. Obawiała się, że gdy tylko ją zobaczy, przypomni sobie jej wołanie o pomoc, mokrą suknię i bezradność, której był świadkiem.

Zanim do niego wróci, musiała uporządkować w głowie wydarzenia tego wieczoru i odnaleźć w nich sens, który pozwoli jej uwierzyć, że ich wspólna przyszłość nadal istnieje.

Rada zdecydowała o ich związku, ale Dorian przecież mógł się sprzeciwić. Mimo to zaakceptował jej miejsce u swojego boku, poprosił ją o rękę i obiecał, że podczas dzisiejszego przyjęcia oficjalnie przedstawi ją jako swoją partnerkę. Gdyby naprawdę nic do niej nie czuł, nie pozwoliłby obu rodzinom rozpocząć przygotowań do ich wspólnego życia. Nie składałby jej obietnic i nie mówił o przyszłości, którą mieli razem zbudować.

Prawda?

Musiał mieć powód, by pozostać na balkonie. Wszystko miało jakieś wyjaśnienie, nawet jeśli Lily jeszcze go nie rozumiała. Dorian bywał trudny, surowy i porywczy, ale ona zawsze potrafiła znaleźć usprawiedliwienie dla jego zachowania. Tym razem również musiała je znaleźć.

Siedziała na ławce jeszcze przez kilka minut, aż łzy zaczęły wysychać na policzkach, a oddech stopniowo się uspokoił. Drżenie jednak nie ustępowało. Mokra suknia odbierała jej resztki ciepła, a palce powoli sztywniały, zaciśnięte na przemoczonym materiale.

Kiedy otarła twarz dłonią i przypadkowo spojrzała w ciemną szybę jednego z okien, przez moment nie rozpoznała własnego odbicia. Mokre włosy przylgnęły do policzków i szyi, delikatny makijaż rozmazał się pod oczami, a jasna suknia, w której jeszcze niedawno czuła się piękna, teraz ciężko zwisała na jej ciele. Materiał był pomięty, poplamiony i nasiąknięty wodą, przez co przypominał bladą, zniszczoną wersję kreacji, którą z takim przejęciem wybierała na ten wieczór.

Jeszcze kilka godzin wcześniej, patrząc na siebie w lustrze, widziała przyszłą partnerkę alfy.

Teraz dostrzegała jedynie dziewczynę, z której wszyscy się śmiali. Bezwilczą, która nie umiała się obronić i po raz kolejny udowodniła, że nie dorasta do miejsca, jakie dla niej przeznaczono. Dziewczynę, która nawet własnemu narzeczonemu przynosiła więcej wstydu niż dumy.

Lily odwróciła wzrok od szyby. Obraz był zbyt podobny do tego, co przez lata próbowali wmówić jej inni.

Powoli podniosła się z ławki. Nogi nadal miała osłabione, a chłód przenikający przez mokrą suknię sprawiał, że zęby zaczynały jej szczękać. Nie mogła jednak zostać w ogrodzie do rana. Musiała wrócić do budynku, przebrać się i zebrać w sobie dość odwagi, żeby porozmawiać z Dorianem bez świadków.

Potrzebowała jego wyjaśnienia. W głębi duszy nadal wierzyła, że człowiek, którego znała i kochała, nie mógł być tak okrutny, jak wyglądał przy fontannie. Być może kilka jego słów wystarczy, żeby obraz tego wieczoru nabrał zupełnie innego znaczenia.

Ruszyła w stronę tylnego skrzydła akademii, w którym znajdowały się pokoje uczniów. Każdy z nich otrzymywał niewielkie pomieszczenie niezależnie od tego, jak daleko mieszkał, dzięki czemu podczas długich zajęć, treningów i uroczystości mógł zostać na terenie akademii. Pokój Lily znajdował się na piętrze, niedaleko pomieszczenia zajmowanego przez Doriana. Po cichu liczyła, że może spotka go właśnie tam i zdoła porozmawiać z nim, zanim zabraknie jej odwagi.

O tej porze niemal wszyscy nadal przebywali na przyjęciu, dlatego korytarze były puste i pogrążone w półmroku. Przez wysokie okna wpadało blade światło, a pojedyncze lampy rozjaśniały jedynie niewielkie fragmenty kamiennej posadzki. Mokre pantofle Lily uderzały cicho o podłogę, pozostawiając za nią nieregularne ślady wody.

Szła powoli, skupiona na słowach, którymi zamierzała rozpocząć rozmowę z Dorianem, gdy nagle usłyszała znajomy głos. Lily zatrzymała się tak gwałtownie, że mokra podeszwa pantofla zapiszczała cicho na kamiennej posadzce.

Rozpoznała ten głos natychmiast.

Dorian.

Dochodził z jednego z pokojów znajdujących się kilka metrów dalej. Drzwi pozostawiono lekko uchylone, a przez wąską szczelinę na pogrążony w półmroku korytarz padała smuga ciepłego światła. Lily stała przez chwilę bez ruchu, wsłuchując się w jego słowa, których nie potrafiła dokładnie zrozumieć.

Może rozmawiał przez telefon. Może spotkał się z którymś ze znajomych, żeby uspokoić się po wydarzeniach na dziedzińcu. Skoro opuścił przyjęcie i przyszedł właśnie tutaj, być może ona również dostała szansę, by porozmawiać z nim bez obecności całej watahy, cudzych spojrzeń i szeptów.

Na samą myśl poczuła ostrożną ulgę. Mogłaby wejść, przeprosić go za wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, a później zapytać, dlaczego nie zszedł z balkonu. Gdyby zostali sami, Dorian na pewno wyjaśniłby jej swoje zachowanie. Kilka jego słów mogło wystarczyć, żeby wszystko znowu zaczęło mieć sens.

Wtedy z pokoju dobiegł kobiecy śmiech.

Lily znieruchomiała.

Ciepło, które pojawiło się w niej zaledwie chwilę wcześniej, zniknęło bez śladu. W pierwszym odruchu chciała się odwrócić i odejść. Coś w tonie tamtego śmiechu, swobodnego i lekko prowokującego, ostrzegało ją, że nie powinna zbliżać się do drzwi.

Mimo to zrobiła krok. Potem następny.

Nie potrafiłaby później powiedzieć, czy popchnęła ją ciekawość, strach, czy rozpaczliwa potrzeba odnalezienia Doriana i usłyszenia zapewnienia, że nadal wszystko między nimi jest w porządku. Podeszła do uchylonych drzwi i zajrzała przez szczelinę.

W pokoju znajdowało się kilka dziewczyn, które wcześniej widziała na przyjęciu. Dwie siedziały na skraju łóżka, kolejna opierała się o parapet. Żadna z nich nie wyglądała na przejętą tym, co jeszcze niedawno wydarzyło się przy fontannie.

Dorian stał pośrodku pomieszczenia, a przy nim znajdowała się Selene.

Lily rozpoznała ją natychmiast. Wspomnienia wróciły z taką siłą, jakby ponownie poczuła palce zaciskające się na swoich ramionach i gwałtowne szarpnięcie za włosy. Przed oczami stanął jej szyderczy uśmiech Selene, twarz pochylająca się nad nią przy fontannie oraz pogardliwe spojrzenie, którym dziewczyna obserwowała ją tuż przed pchnięciem.

Teraz ta sama dziewczyna stała przy Dorianie, jakby miała do tego pełne prawo.

Jego dłoń spoczywała na jej talii. Nie był to przypadkowy dotyk ani krótki gest mający zwrócić jej uwagę. Trzymał ją ze swobodą świadczącą o przyzwyczajeniu, a Selene opierała palce na klapie jego marynarki i patrzyła na niego z uśmiechem, którego znaczenia nie sposób było pomylić z niewinną rozmową.

Serce Lily przyspieszyło. Przycisnęła dłoń do ust, powstrzymując dźwięk, który próbował wydostać się z jej gardła.

Przez ułamek sekundy jej umysł wciąż szukał wyjaśnienia. Może Selene zachwiała się, a Dorian jedynie ją podtrzymał. Może próbował dowiedzieć się, dlaczego dziewczyny zaatakowały Lily. Może wszystko wyglądało inaczej tylko dlatego, że patrzyła przez wąską szczelinę i nie znała początku rozmowy.

Wtedy Dorian przyciągnął Selene bliżej, pochylił głowę i ją pocałował.

Nie był to krótki, przypadkowy gest, który można byłoby błędnie zrozumieć. Selene objęła go za kark, a on nie odsunął się ani nie zawahał. Zachowywali się tak, jakby robili to wcześniej — bez skrępowania, bez niepewności i bez obawy, że którekolwiek z nich przekracza granicę.

Lily przestała oddychać.

Palce zacisnęły się na krawędzi drzwi, ale niemal nie czuła pod nimi drewna. Nie czuła też zimna mokrej sukni ani bólu w ramionach. Wszystko odsunęło się na dalszy plan, jakby jej ciało na chwilę odłączyło się od tego, co widziała.

Patrzyła na nich, czekając, aż obraz przed jej oczami zmieni się w coś, co będzie potrafiła zrozumieć.

Nie zmienił się.

Usprawiedliwienia, które przez ostatnie minuty budowała z takim wysiłkiem, zaczęły rozpadać się jedno po drugim. Dorian nie był zaskoczony wydarzeniami przy fontannie. Nie potrzebował czasu, żeby się uspokoić. Nie przyszedł tutaj, aby przemyśleć swoje zachowanie ani zastanowić się, gdzie podziała się jego zapłakana narzeczona.

Przyszedł do Selene.

Do dziewczyny, która przed chwilą pomagała ją upokorzyć.

Lily nadal nie potrafiła odejść. Stała przy uchylonych drzwiach, rozpaczliwie czekając na pojawienie się jeszcze jednego wyjaśnienia. Może jeśli Dorian ją zobaczy, odsunie Selene i powie, że wszystko wygląda inaczej, niż jej się wydaje. Może wystarczy, że usłyszy od niego jedno zdanie, a świat ponownie wróci na swoje miejsce.

Tym razem jednak żadne usprawiedliwienie nie pojawiło się wystarczająco szybko.

Zanim zdążyła pomyśleć o konsekwencjach, pchnęła drzwi. Uderzyły o ścianę, a wszystkie osoby znajdujące się w pokoju odwróciły głowy w jej stronę.

— Co wy robicie?!

Dorian odsunął twarz od Selene. Jego dłoń jeszcze przez moment pozostała na jej talii, zanim powoli opadła. Na widok Lily w jego oczach pojawiło się krótkie zaskoczenie, lecz zniknęło tak szybko, że mogła uznać je za złudzenie. Nie zobaczyła wstydu, poczucia winy ani strachu, że właśnie został przyłapany.

Kącik jego ust uniósł się w rozbawieniu.

Po chwili Dorian się roześmiał.

Lily stała w progu przemoczona, z włosami przyklejonymi do twarzy i rozmazanym makijażem. Woda skapywała z sukni na posadzkę, tworząc wokół jej pantofli niewielką kałużę. Jeszcze przed chwilą siedziała sama w ogrodzie i przekonywała się, że chłód Doriana skrywa troskę, a jego bezczynność miała nauczyć ją siły. Teraz każde z tych wyjaśnień brzmiało w jej głowie naiwnie, niemal absurdalnie.

— Dorian… — odezwała się ciszej. Głos drżał jej tak mocno, że ledwie rozpoznawała własne słowa. — Co tu się dzieje?

Nie pytała dlatego, że nie rozumiała tego, co zobaczyła. Pytała, ponieważ potrzebowała, żeby Dorian temu zaprzeczył.

Selene przesunęła po niej wzrokiem od mokrych włosów aż po zabrudzoną suknię. Pogardliwy uśmiech powoli rozszerzył się na jej twarzy.

— Ona naprawdę pyta? — rzuciła, przewracając oczami.

Dorian ponownie się roześmiał. Pozostałe dziewczyny milczały, lecz ich pełne rozbawienia spojrzenia wystarczyły, by Lily poczuła się tak, jakby znowu stała pośrodku dziedzińca, otoczona ze wszystkich stron.

— Chyba najwyższy czas, żeby ktoś jej wyjaśnił — stwierdził Dorian.

— Wyjaśnił co?

Lily zrobiła niepewny krok naprzód. Wciąż patrzyła wyłącznie na niego, jakby Selene i pozostałe dziewczyny przestały istnieć. Liczyło się tylko to, co za chwilę powie człowiek, z którym jeszcze tego wieczoru miała rozpocząć wspólną przyszłość.

Dorian spojrzał jej prosto w oczy. Uśmiech ani na chwilę nie zniknął z jego twarzy.

— Że jesteś tylko pionkiem, Lily.

Przez moment nie zrozumiała znaczenia tego słowa. Nie pasowało do ich zaręczyn, rozmów prowadzonych przez rodziny ani planów, które od miesięcy snuto wokół ich wspólnego życia. Przede wszystkim nie pasowało do uczucia, które według Lily miało z czasem narodzić się pomiędzy nimi.

— Co? — wydusiła, chwytając płytki oddech.

— Pionkiem — powtórzył Dorian z wyraźnym rozbawieniem. — Niczym więcej.

Selene parsknęła śmiechem.

— Naprawdę myślałaś, że on cię kocha?

Lily spojrzała na Doriana, czekając, aż zaprzeczy. Wystarczyłoby jedno słowo. Krótkie „to nie tak”, gest nakazujący Selene milczeć albo choćby cień oburzenia na twarzy mężczyzny, któremu oddała całe swoje zaufanie.

Nie zrobił niczego podobnego.

Patrzył na nią z rozbawieniem, jakby obserwował dziecko, które właśnie odkryło coś oczywistego i nadal nie potrafiło się z tym pogodzić.

— Twój ojciec chciał sojuszu z rodziną alfy — powiedział w końcu. — Mój potrzebował poparcia w Radzie. Układ był prosty: moje zaręczyny z tobą w zamian za głosy twojej rodziny.

Lily poczuła chłód, który nie miał już nic wspólnego z mokrym ubraniem. Narodził się gdzieś głęboko pod żebrami, a potem rozszedł po całym ciele, pozostawiając po sobie odrętwienie. Jej dłonie zaczęły drżeć jeszcze mocniej.

— Nie…

— Tak — odpowiedział Dorian spokojnie, niemal cierpliwie, jakby tłumaczył jej coś, co powinna była zrozumieć już dawno. — Naprawdę sądziłaś, że zgodziłem się na ten układ, bo zobaczyłem w tobie coś wyjątkowego?

Te słowa zabolały bardziej, niż gdyby na nią krzyknął.

Właśnie w to przez cały czas wierzyła. Rada mogła zadecydować o ich przyszłości, ale Dorian przecież przyjął tę decyzję, poprosił ją o rękę i pozwolił snuć wspólne plany. Lily była przekonana, że z czasem dostrzegł w niej coś, czego nie potrafili zobaczyć inni. Coś, co sprawiało, że brak przemiany nie odbierał jej wartości. Wmawiała sobie, że jego chłód i wymagania miały sens, ponieważ chciał przygotować ją do życia u swojego boku.

Teraz odbierał jej nawet tę nadzieję.

Selene wypuściła z gardła cichy śmiech i z przesadną uwagą przyjrzała się Lily.

— Spójrz tylko na siebie — powiedziała. — Przemoczona, zapłakana i nadal bez wilka. Naprawdę wyobrażałaś sobie, że pewnego dnia staniesz u jego boku, a cała wataha po prostu zapomni, kim jesteś?

Jedna z dziewczyn siedzących na łóżku zachichotała.

— Jeszcze godzinę temu poprawiała suknię i czekała, aż oficjalnie przedstawi ją wszystkim jako swoją partnerkę.

— A teraz wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać przyszła Luna — dodała druga z udawaną powagą. — Naprawdę imponująco.

Ich śmiech wypełnił pokój. Nie był głośny, lecz Lily miała wrażenie, że odbija się od ścian i uderza w nią ze wszystkich stron. Zacisnęła dłonie, próbując zapanować nad drżeniem, które nasilało się z każdym kolejnym słowem. Paznokcie wbiły się w skórę, ale ból nie pomagał. Podłoga zdawała się chwiać pod jej stopami, a ona marzyła jedynie o tym, żeby rozstąpiła się i pozwoliła jej zniknąć.

— Przestańcie… — poprosiła.

Jej cichy, załamujący się głos wywołał kolejną falę rozbawienia.

— Słyszałyście? — odezwała się dziewczyna przy oknie. — Rozkazuje nam.

— Lily, ty nawet nie przeszłaś przemiany — przypomniała jej druga. — Kim jesteś, żeby komukolwiek wydawać polecenia?

— Nikim — odpowiedziała Selene. — Dokładnie tak, jak powiedział Dorian.

Pieczenie pod powiekami stało się niemal nie do zniesienia, ale Lily zacisnęła szczękę i powstrzymała łzy. Nie chciała po raz kolejny dawać im satysfakcji. Nie chciała udowadniać, że wystarczy kilka odpowiednio dobranych słów, aby ją złamać, choć właśnie to działo się na ich oczach.

Dziewczyny wyśmiewały jej mokre włosy, rozmazany makijaż i suknię ciężką od wody, lecz wygląd był jedynie początkiem. Każda następna uwaga trafiała w miejsca, które bolały znacznie bardziej: brak przemiany, nieśmiałość i lata spędzone na próbach udowodnienia, że mimo wszystkiego zasługuje na szacunek. Powtarzały słowa, które słyszała od dzieciństwa, tylko teraz brzmiały one jeszcze okrutniej, ponieważ Dorian stał tuż obok i nie próbował ich powstrzymać.

— Zawsze taka grzeczna — powiedziała jedna z dziewczyn z udawaną czułością. — Cicha, skromna i posłuszna.

— Idealna partnerka dla przyszłego alfy — zakpiła druga.

— Szkoda tylko, że przyszły alfa jej nie chce.

Selene odsunęła się od Doriana i podeszła do Lily. Zatrzymała się tak blisko, że dzielił je zaledwie jeden krok, po czym przyjrzała się jej twarzy z uśmiechem pełnym satysfakcji.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? — zapytała. — Naprawdę wierzyłaś, że któregoś dnia Dorian spojrzy na ciebie tak, jak patrzy na mnie.

Gardło Lily zacisnęło się boleśnie.

Spojrzała ponad ramieniem Selene na Doriana. Przez cały ten czas obserwował ją bez słowa. Nie kazał dziewczynom przestać, nie zaprzeczył żadnej z ich obelg ani nie zrobił nawet kroku w jej stronę. Dokładnie tak samo jak przy fontannie przyglądał się jej cierpieniu z chłodnym zainteresowaniem, z lekkim uśmiechem jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze zdoła znieść, zanim ostatecznie się załamie.

— Niech mówi — odezwał się w końcu. — Skoro już tutaj przyszła, może wreszcie przestanie żyć we własnym bajkowym świecie.

Lily pokręciła głową.

— Nie wierzę ci.

Nie wiedziała, czy mówi do Selene, czy do Doriana. Patrzyła jednak wyłącznie na narzeczonego, rozpaczliwie czekając, aż jego twarz się zmieni. Aż uśmiech zniknie i pojawi się mężczyzna, którego przez tyle lat próbowała w nim widzieć.

Dorian zaśmiał się krótko.

— Oczywiście, że nie wierzysz. Przecież zawsze łatwiej było ci wmówić sobie, że jestem zmęczony, zajęty albo przytłoczony obowiązkami. Kiedy nie miałem dla ciebie czasu, uznawałaś, że przygotowuję się do roli alfy. Kiedy mówiłem coś, co cię bolało, tłumaczyłaś sobie, że próbuję uczynić cię silniejszą. A kiedy zostawiałem cię samą, nazywałaś to nauką samodzielności.

Każde jego słowo odsłaniało wspomnienie, którego Lily nie chciała oglądać. Chłód nazywała zmęczeniem, obojętność — ciężarem obowiązków, a pogardę — wymaganiami stawianymi przyszłej partnerce alfy. Za każdym razem, gdy jego zachowanie sprawiało jej ból, sama znajdowała wyjaśnienie, które pozwalało nadal w niego wierzyć.

Nawet dziś, siedząc samotnie na ławce w przemoczonym ubraniu, zrobiła dokładnie to samo.

— Zawsze znajdowałaś mi usprawiedliwienie, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć — ciągnął Dorian. — Nigdy nie musiałem cię okłamywać, Lily. Robiłaś to za mnie.

Zamarła.

Słowa trafiły w nią z taką precyzją, że przez chwilę nie była w stanie zaczerpnąć powietrza. Dorian obserwował jej twarz, dostrzegając moment, w którym zaczęła rozumieć, że znał wszystkie jej wymówki i przez cały ten czas świadomie pozwalał jej w nie wierzyć.

— Widzisz? — odezwał się ciszej. — Nawet teraz czekasz, aż powiem coś, czym znowu będziesz mogła mnie usprawiedliwić.

Lily nie odpowiedziała.

— Ale prawda jest znacznie prostsza — ciągnął Dorian. — Nigdy nie zamierzałem być ci wierny. Możesz opowiadać sobie, co tylko chcesz, ale tego również nie zmienisz.

Mówił spokojnie, niemal rzeczowo, bez śladu gniewu czy zakłopotania. Właśnie ta obojętność sprawiała, że każde słowo wbijało się w Lily głębiej, niż zrobiłby to krzyk. Dorian nie próbował jej sprowokować ani nie wyrzucał z siebie zdań, których później mógłby żałować. Informował ją o czymś, co najwyraźniej od dawna uważał za oczywiste.

— Ani ślub, ani oficjalne naznaczenie niczego nie zmienią — dodał. — Nawet jeśli pewnego dnia staniesz publicznie u mojego boku, nie będziesz jedyną kobietą w moim życiu. Nie łudź się, że po ceremonii nagle zacznę zachowywać się inaczej. A już na pewno nie zmienię się dla ciebie.

Lily patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Każde kolejne zdanie odbierało jej fragment przyszłości, którą jeszcze kilka godzin wcześniej uważała za pewną. Wspólny dom, miejsce u jego boku, bezpieczeństwo wynikające z przynależności do przyszłego alfy — wszystko, co budowała w wyobraźni przez ostatnie lata, rozsypywało się na jej oczach.

— Będę miał tyle kobiet, ile zechcę — oznajmił Dorian. — A ty nauczysz się z tym żyć.

Selene uśmiechnęła się z satysfakcją i objęła go za ramię, opierając policzek o jego bark.

— Prędzej czy później będziesz musiała się z tym pogodzić — dodała.

Lily poczuła, jak zaciska jej się gardło. Chciała zaprzeczyć, krzyknąć albo zażądać, żeby Dorian przestał, lecz wszystkie słowa utknęły gdzieś pomiędzy piersią a ustami. Zdołała wydobyć z siebie jedynie cichy, urywany szept.

— Przestań…

Dorian uniósł brwi.

— Co powiedziałaś?

Lily spuściła wzrok. Serce uderzało jej tak mocno, że niemal zagłuszało odgłosy dobiegające z pokoju. Nie potrafiła powtórzyć prośby, kiedy patrzył na nią w ten sposób — wyczekująco, z chłodnym rozbawieniem, jakby od początku wiedział, że zabraknie jej odwagi.

Jego uśmiech pogłębił się.

— Właśnie o tym mówię. Nie potrafisz nawet powiedzieć głośniej jednego słowa, kiedy ktoś patrzy ci w oczy. A mimo to naprawdę wyobrażałaś sobie, że nadajesz się do stania u boku alfy.

W pokoju rozległo się kilka przytłumionych śmiechów.

— Nadal płacze — zauważyła jedna z dziewczyn.

— Pewnie czeka, aż Dorianowi zrobi się jej żal — odpowiedziała druga.

— Albo aż ktoś ją pocieszy.

Selene spojrzała na Lily z udawanym współczuciem.

— Tylko że tutaj nikt ci nie współczuje.

Dziewczyny zaśmiały się ponownie. Lily stała pośrodku pokoju, otoczona przez osoby, które jeszcze godzinę wcześniej uważała jedynie za popularne, pewne siebie uczennice, z którymi nigdy nie potrafiła znaleźć wspólnego języka. Teraz widziała coś znacznie gorszego niż zwykłą niechęć. Dostrzegała satysfakcję, z jaką obserwowały każdy jej gest, drżenie ust i kolejną łzę, której nie zdołała powstrzymać.

Ich słowa nie były przypadkowe. Wiedziały dokładnie, gdzie uderzyć. Sięgały po wszystko, czego od lat w sobie nienawidziła: brak przemiany, nieśmiałość, potrzebę akceptacji oraz strach, że nigdy nie będzie wystarczająca. Nie chciały jedynie jej obrazić. Chciały, żeby uwierzyła, że wszystkie najgorsze rzeczy, jakie kiedykolwiek o sobie pomyślała, były prawdą.

Dorian im na to pozwalał.

Nie tylko stał z boku i słuchał. Wcześniej sam pokazał im, gdzie znajdują się jej najczulsze miejsca, a teraz obserwował, jak wykorzystują tę wiedzę przeciwko niej. Przy fontannie pozwolił, by skrzywdziły jej ciało. Tutaj pozwalał im niszczyć wszystko, w co jeszcze próbowała wierzyć.

Przez krótką chwilę Lily naprawdę chciała się poddać. Opuścić głowę, przeprosić za wtargnięcie i wyjść, zanim powiedzą coś jeszcze. Właśnie tego oczekiwali. Zawsze milczała, gdy ktoś ją obrażał. Spuszczała wzrok, wycofywała się i próbowała stać się tak mała, żeby przestano ją zauważać.

Tym razem jednak pod bólem i upokorzeniem pojawiło się coś nowego.

Z początku przypominało jedynie niewielkie źródło ciepła ukryte głęboko pod skórą. Rosło jednak z każdym śmiechem, kolejnym spojrzeniem Selene i każdą sekundą, podczas której Dorian patrzył na jej cierpienie z obojętnością. Ciepło zaczęło rozchodzić się po piersi i ramionach, powoli wypierając chłód, który ogarnął ją po usłyszeniu prawdy o zaręczynach.

Lily potrzebowała chwili, by rozpoznać to uczucie.

Była zła.

Nie na siebie. Nie za to, że nie zdołała obronić się przed dziewczynami, podeszła do Doriana w niewłaściwej chwili albo niemal przyjęła pomoc Kiliana. Po raz pierwszy gniew skierował się nie do środka, lecz ku ludziom, którzy świadomie zadawali jej ból, a później próbowali przekonać ją, że sama na niego zasłużyła.

Zbyt długo pozwalała innym decydować o tym, ile jest warta. Zbyt długo słuchała Doriana, gdy mówił jej, jaka powinna być, i za każdym razem próbowała dopasować się do jego oczekiwań. Wierzyła, że jeśli będzie bardziej cierpliwa, posłuszna i wyrozumiała, pewnego dnia zasłuży na ciepło, którego tak rozpaczliwie od niego pragnęła.

Teraz Dorian sam przyznał, że nigdy nie zamierzał jej go dać.

Coś w Lily pękło, lecz nie był to kolejny fragment nadziei. Zerwała się jedna z niewidzialnych nici, które przez lata trzymały ją przy nim.

Dotąd samo słowo „odrzucenie” budziło w niej przerażenie. Oznaczało utratę przyszłości, do której przygotowywano ją od lat, publiczny wstyd i ostateczny dowód, że nawet mężczyzna przeznaczony jej przez Radę nie potrafił dostrzec w niej żadnej wartości. Bała się go niemal tak bardzo, jak świadomości, że nigdy nie przejdzie przemiany.

Teraz po raz pierwszy odrzucenie nie przypominało końca.

Przypominało wyjście.

Lily powoli uniosła głowę. Otarła policzki wierzchem dłoni, ścierając z twarzy resztki łez, a następnie odgarnęła mokre włosy przyklejone do skóry. Wyprostowała plecy, chociaż całe ciało wciąż lekko drżało.

Śmiechy zaczęły cichnąć.

Zacisnęła usta i spojrzała Dorianowi prosto w oczy. Serce nadal waliło jej jak oszalałe, ale tym razem nie zamierzała pozwolić, żeby strach zdecydował za nią. Nie chciała jego uznania, jeśli ceną miało być dalsze przyjmowanie każdego upokorzenia w milczeniu.

Kiedy się odezwała, pierwsza sylaba lekko zadrżała. Następne zabrzmiały już wyraźnie i stanowczo.

— W takim razie mnie odrzuć.

Uśmiech zniknął z twarzy Doriana.

Przez chwilę wpatrywał się w Lily z niedowierzaniem, jakby nie potrafił zrozumieć, skąd nagle wzięła się w niej odwaga, by postawić mu takie żądanie. Znał ją jako dziewczynę, która pod jego chłodnym spojrzeniem zaczynała się tłumaczyć, brała do siebie każdą uwagę i niemal odruchowo szukała jego aprobaty. Spodziewał się łez, kolejnych pytań i rozpaczliwej próby przekonania go, że ich związek można jeszcze uratować.

Nie spodziewał się, że Lily spojrzy mu prosto w oczy i zażąda wolności.

— Co? — zapytał, marszcząc brwi.

— Skoro mnie nie chcesz, skoro jestem tylko pionkiem w waszym układzie i nigdy nie zamierzałeś mnie kochać, odrzuć mnie teraz. — Serce Lily biło gwałtownie, a mokry materiał sukni kleił się do jej drżącego ciała, lecz tym razem nie spuściła wzroku. — Uwolnij mnie.

Dorian przyglądał się jej przez kilka sekund, jakby próbował odnaleźć w jej twarzy dawną niepewność i wykorzystać ją, zanim Lily zdąży uwierzyć we własne słowa. W końcu zaśmiał się krótko, ale w jego śmiechu nie było już wcześniejszej swobody.

— Naprawdę myślisz, że mogę sobie na to pozwolić?

— Powiedziałeś, że mnie nie chcesz — Lily mocniej zacisnęła palce na przemoczonym materiale sukni wbijająć paznokcie w skórę. Potrzebowała tego bólu, żeby przypominał jej, gdzie się znajduje i co właśnie usłyszała — Więc mnie odrzuć.

Spojrzenie Doriana stwardniało. Jeszcze niedawno wystarczyłby ten jeden gest, żeby zaczęła wycofywać się ze swoich słów i przepraszać za to, że go rozgniewała. Teraz nadal się bała. Czuła ten strach pod skórą, w drżeniu rąk i napięciu ściskającym gardło, ale po raz pierwszy nie pozwoliła mu decydować za siebie.

— Lily… — zaczął ostrzegawczo.

— Zrób to — przerwała mu. Głos lekko jej zadrżał, lecz nie cofnęła wypowiedzianych słów. — Skoro jestem dla ciebie tylko pionkiem, zakończ to teraz. Uwolnij siebie i mnie.

Dorian milczał. Zaskoczenie powoli ustępowało irytacji, bo Lily nie zachowywała się tak, jak tego oczekiwał. Nie prosiła, żeby zmienił zdanie. Nie zapewniała, że postara się być lepsza. Nie próbowała zasłużyć na choćby odrobinę czułości.

— Nie mogę — powiedział w końcu chłodno.

Lily zmarszczyła brwi.

— Dlaczego?

— Bo jesteś mi potrzebna.

Te słowa ścisnęły jej pierś, odbierając oddech. Przez ułamek sekundy serce podsunęło jej naiwną nadzieję, że może jednak kryje się za nimi coś więcej, lecz Dorian niemal natychmiast ją zgasił.

— Politycznie — dodał. — Potrzebuję twojej rodziny, twojego nazwiska i poparcia twojego ojca. Ty sama nie masz znaczenia.

Lily poczuła ból, ale tym razem nie odwróciła wzroku. Patrzyła na niego tak długo, aż kształt jego twarzy zaczął rozmazywać się od łez, których za wszelką cenę nie chciała wypuścić spod powiek.

— Dlatego pozostaniesz moim pionkiem tak długo, jak długo będzie mi się to opłacało — oznajmił Dorian, jakby właśnie kończył rozmowę.

Słowa zawisły pomiędzy nimi.

Lily czekała na znajomy odruch, który przez lata kazał jej szukać dla niego usprawiedliwień. Powinna pomyśleć o naciskach Rady, odpowiedzialności przyszłego alfy albo wymaganiach jego ojca. Powinna znaleźć powód, dla którego Dorian mówił to wszystko, choć tak naprawdę wcale tak nie myślał.

Tym razem jednak żadne usprawiedliwienie nie nadeszło.

Pozostał tylko on — mężczyzna stojący przed nią z ręką Selene wciąż spoczywającą na jego ramieniu — i prawda, którą sam wypowiedział. Nigdy nie patrzył na Lily jak na kobietę, z którą pragnął dzielić życie. Widział córkę człowieka, którego poparcia potrzebował, nazwisko otwierające odpowiednie drzwi i układ zapewniający mu korzyści.

Nie oznaczało to jeszcze, że wszystkie wątpliwości Lily nagle zniknęły. Nadal czuła się słaba, zawstydzona i boleśnie naiwna. Po raz pierwszy dopuściła jednak do siebie myśl, że może nie wszystko było jej winą.

Selene roześmiała się cicho, a pozostałe dziewczyny natychmiast jej zawtórowały. Lily nawet na nie nie spojrzała. Całą uwagę skupiła na Dorianie, próbując zrozumieć, jak mogła tak długo wierzyć komuś, kto mówił o jej życiu, jakby omawiał warunki korzystnej umowy.

— Wiesz, co jest najgorsze? — zapytała.

Jej głos wciąż nie był całkiem pewny, lecz kryło się w nim coś, czego wcześniej Dorian u niej nie słyszał.

— Że przez cały ten czas myślałam, że to ze mną jest coś nie tak.

Dorian poruszył szczęką, ale nie odpowiedział.

— Myślałam, że jesteś chłodny, bo jesteś zmęczony. Że jesteś surowy, bo chcesz, żebym stała się silniejsza. Kiedy mnie odpychałeś, wmawiałam sobie, że próbujesz przygotować mnie do życia u swojego boku. — Lily przełknęła bolesny ucisk w gardle. — Nawet dzisiaj, kiedy stałeś na balkonie i patrzyłeś, jak mnie poniżają, zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Siedziałam sama i próbowałam wymyślić, jak powinnam była się zachować, żeby cię nie zawieść.

— Lily, wystarczy…

Uniosła dłoń, powstrzymując go, zanim zdołał powiedzieć coś więcej. Palce nadal jej drżały, ale nie opuściła ręki.

— Nie. Teraz ty mnie wysłuchasz. — Zaczerpnęła płytko powietrza. — Może rzeczywiście nie jestem taka silna, jak powinnam. Może zbyt łatwo pozwalam innym się ranić. Ale to nie znaczy, że wszystko było moją winą.

Na twarzy Doriana pojawił się cień zniecierpliwienia.

— Nie dramatyzuj. — Przewrócił oczami, przyjmując pogardliwy wyraz twarzy.

Lily uśmiechnęła się krótko, choć w tym uśmiechu nie było ani odrobiny radości.

— Nie mów mi, co mam czuć.

Dorian znieruchomiał.

— Nadal boli — przyznała, a jej głos na moment się załamał. Nie próbowała tego ukrywać. — Prawdopodobnie jeszcze długo będzie bolało. Ale po raz pierwszy nie zamierzam cię przepraszać za to, że mnie skrzywdziłeś.

Dorian przyglądał się jej coraz uważniej. Nie podobało mu się, że przestał rozumieć jej reakcje. Nadal widział łzy w jej oczach i drżenie ramion, lecz nie potrafił już wywołać jednym spojrzeniem poczucia winy, które kazało jej natychmiast się wycofać i być posłuszną.

Lily była zraniona, przerażona i wciąż niepewna własnej wartości. Tym razem jednak pod bólem pojawił się gniew.

Spokojny, skupiony i po raz pierwszy skierowany nie przeciwko niej samej, lecz przeciwko człowiekowi, który naprawdę na niego zasłużył.

Lily zrobiła krok w jego stronę. Nogi wciąż miała osłabione, a serce uderzało tak mocno, jakby próbowało ostrzec ją przed tym, co zamierzała powiedzieć, lecz nie zatrzymała się. W końcu musiała zacząć być silna.

— Najbardziej żałuję tego, że tak długo pozwalałam ci wmawiać mi, że powinnam być wdzięczna za sam fakt, że mnie wybrałeś — powiedziała.

Dorian nie odpowiedział od razu. Jego twarz stężała, a Selene po raz pierwszy przestała się uśmiechać. Żadna z dziewczyn nie spodziewała się chyba, że Lily, która jeszcze przed chwilą stała pośrodku pokoju ze spuszczonym wzrokiem i łzami na policzkach, odważy się powiedzieć mu coś takiego.

Lily wyprostowała się, choć przemoczona suknia ciążyła jej coraz bardziej, a wilgotny chłód przenikał aż do kości. Mokre włosy miała odgarnięte z twarzy, dłonie nadal jej drżały i nie zniknęły ślady po łzach, lecz nie próbowała już ich ukrywać. Nie musiała udawać, że nic jej nie boli, ani przekonywać kogokolwiek, że nagle stała się silniejsza. Wystarczało jej, że mimo strachu nadal stała przed Dorianem i po raz pierwszy nie pozwalała mu decydować o tym, co powinna czuć.

— Nie chcę już twoich wymówek — podjęła spokojniej. — Nie chcę twojej łaski, nazwiska ani miejsca, które wyznaczyłeś mi w swoim planie. Nie zamierzam też dłużej przepraszać za to, że nie jestem taka, jaką chciałeś mnie mieć. Nie chcę ciebie.

Dorian przyglądał się jej w milczeniu. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy oszołomieniem a złością, jakby wciąż próbował odnaleźć moment, w którym rozmowa przestała przebiegać zgodnie z jego oczekiwaniami. Jeszcze niedawno jedno ostrzejsze spojrzenie wystarczało, żeby Lily zaczęła się tłumaczyć. Teraz nie spuściła przed nim wzroku, choć każdy kolejny oddech kosztował ją dużo więcej wysiłku.

Nie miała już nic do dodania.

Odgarnęła mokre włosy za ucho, po czym odwróciła się w stronę drzwi.

— Jasne, uciekaj! — zawołał za nią Dorian. W jego głosie pobrzmiewała wściekłość, którą bezskutecznie próbował zamaskować drwiącym śmiechem. — Uciekaj, zanim znowu coś ci się stanie!

Selene i pozostałe dziewczyny natychmiast mu zawtórowały, jakby tylko czekały na pozwolenie, by ponownie zacząć się śmiać.

Lily zatrzymała się z dłonią uniesioną w stronę klamki. Przez moment stała plecami do Doriana, walcząc z odruchem, który kazał jej po prostu wyjść i schować się gdzieś, gdzie nikt nie będzie mógł jej zobaczyć. Potem jednak powoli się odwróciła.

Spojrzała na niego bez słowa.

Dorian wydawał się przygotowany na łzy, kolejne oskarżenie albo wybuch bezsilnego gniewu. Nie spodziewał się ciszy. Nie zdołał ukryć krótkiego błysku niepewności, który przemknął przez jego oczy, gdy zobaczył wyraz jej twarzy.

Lily również nie spodziewała się tego, co poczuła. Jeszcze niedawno uwielbiała na niego patrzeć. Potrafiła godzinami rozpamiętywać każdy uśmiech, przypadkowy dotyk i spojrzenie, w którym dopatrywała się uczuć, jakich tak bardzo potrzebowała. Znała jego rysy niemal na pamięć i przez lata kojarzyła je z przyszłością, o której marzyła, nawet jeśli coraz częściej zamiast bezpieczeństwa czuła przy nim niepokój.

Teraz jego twarz wydała jej się obca i wzbudziła w niej odrazę.

Nie oznaczało to, że uczucie, którym darzyła go przez tyle lat, nagle przestało istnieć. Serce nie potrafiło odrzucić wszystkiego równie szybko jak rozum. Nadal bolało ją to, że właśnie Dorian okazał się człowiekiem zdolnym potraktować ją w ten sposób, a jakaś zagubiona część niej wciąż rozpaczliwie pragnęła obudzić się z tego koszmaru i zobaczyć w jego oczach choćby cień skruchy.

Nie zobaczyła go.

Po raz pierwszy nie patrzyła na chłodnego partnera, którego zachowanie należało usprawiedliwić zmęczeniem, presją starszyzny czy ciężarem przyszłej władzy. Nie widziała również mężczyzny, który rzekomo nie potrafił okazywać uczuć, lecz w głębi duszy musiał ją kochać. Przed nią stał ktoś, kto świadomie wykorzystywał jej oddanie, patrzył na jej upokorzenie i pozwalał jej obwiniać samą siebie, ponieważ dzięki temu łatwiej było nad nią panować.

To odkrycie zabolało bardziej niż wszystkie wypowiedziane tego wieczoru obelgi.

Lily przez lata wmawiała sobie, że pod jego chłodem musi kryć się coś dobrego. Wierzyła, że jeśli będzie cierpliwsza, bardziej posłuszna i wyrozumiała, pewnego dnia Dorian pokaże jej tę część siebie, na którą tak długo czekała. Teraz zaczynała rozumieć, że czekała na kogoś, kto nigdy nie istniał.

Śmiech Selene i pozostałych dziewczyn nadal rozbrzmiewał w pokoju, lecz docierał do Lily jakby z oddali. Miała dość ich głosów, pogardliwych spojrzeń i słów, które od początku wieczoru uderzały dokładnie w miejsca najbardziej podatne na zranienie. Jeszcze kilka minut temu każda kolejna kpina wywołałaby w niej nową falę łez. Teraz pod bólem pozostały przede wszystkim wyczerpanie oraz gniew, na którego odczuwanie nigdy wcześniej sobie nie pozwalała.

Chciała wyjść. Znaleźć miejsce, w którym nikt nie będzie jej obserwował i gdzie nie będzie musiała wysłuchiwać kolejnych uwag przypominających, jak długo pozwalała się oszukiwać. Przede wszystkim jednak chciała oddalić się od Doriana, zanim zachwieje się pod ciężarem wszystkiego, co właśnie do niej dotarło, i znów zacznie szukać dla niego usprawiedliwienia.

Lily odwróciła się w stronę drzwi, zdecydowana już nie zatrzymywać się ani nie oglądać za siebie,

lecz zanim zdążyła zrobić choćby krok, Selene znalazła się tuż obok niej.

— Dokąd się wybierasz?

Lily nawet na nią nie spojrzała. Nie zamierzała odpowiadać ani pozwolić wciągnąć się w kolejną kłótnię. Pragnęła jedynie wyjść z tego pokoju, znaleźć się jak najdalej od nich wszystkich i choć przez chwilę nie czuć na sobie niczyjego wzroku.

Spróbowała ominąć Selene.

Dziewczyna przesunęła się razem z nią, zagradzając jej drogę, a kiedy Lily nadal nie zareagowała, wyciągnęła rękę i pchnęła ją z całej siły.

Nie było w tym już nic z drwiny ani udawanej zabawy. Selene chciała ją przewrócić i doskonale wiedziała, że jako przemieniona wilczyca ma nad nią ogromną fizyczną przewagę. Lily nie zdążyła nawet unieść rąk. Mokre podeszwy poślizgnęły się na gładkiej posadzce, a ciężka od wody suknia pociągnęła ją w dół.

Upadła z taką siłą, że na moment zabrakło jej tchu. Odruchowo wyciągnęła ręce, przez co dłonie i kolana przyjęły na siebie większość uderzenia. Ostry ból przeszył nadgarstki, mokre włosy opadły jej na twarz, a przed oczami zatańczyły ciemne plamy.

Przez kilka sekund nie była w stanie się poruszyć. Klęczała na podłodze, zaciskając zęby i próbując zaczerpnąć powietrza do obolałych płuc, podczas gdy nad jej głową rozległ się kolejny wybuch śmiechu.

— Widzicie? — Selene zwróciła się do pozostałych dziewczyn z triumfalnym uśmiechem. — Nawet nie trzeba jej mocno dotknąć. Sama robi z siebie pośmiewisko.

Lily odgarnęła włosy z twarzy i podniosła głowę. W jej oczach nie było już prośby, by zostawiono ją w spokoju. Pozostała w nich jedynie czysta wściekłość, która na krótką chwilę zagłuszyła ból pulsujący w dłoniach i kolanach.

Nie odpowiedziała. Każde słowo dałoby Selene dokładnie to, czego chciała — kolejną okazję, by ją sprowokować i upokorzyć. Oparła więc dłonie mocniej o posadzkę, zamierzając podnieść się bez niczyjej pomocy.

W tej samej chwili przez szeroko otwarte drzwi ktoś wszedł do środka.

Śmiech urwał się niemal natychmiast. Dziewczyny odwróciły głowy w stronę wejścia, a Selene znieruchomiała z uśmiechem, który powoli gasł na jej twarzy.

Kilian przekroczył próg.

Nie odezwał się ani słowem. Jego twarz pozostawała spokojna, lecz spokój ten nie miał w sobie nic łagodnego. Spojrzeniem objął całe pomieszczenie — stojące pod ścianami dziewczyny, Doriana, Selene zatrzymaną tuż obok wyjścia — a potem odnalazł Lily klęczącą na podłodze w ciężkiej, przemokniętej sukni.

Jego wzrok zatrzymał się na niej na ułamek sekundy dłużej.

To wystarczyło, aby powietrze w pokoju wyraźnie zgęstniało. Selene odruchowo cofnęła rękę, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że przed chwilą użyła jej do popchnięcia Lily. Pozostałe dziewczyny umilkły i spuściły wzrok, nagle znacznie mniej pewne siebie niż wtedy, gdy obserwował je jedynie Dorian.

Kilian szybko ruszył w stronę Lily. Dorian wyraźnie zesztywniał, domyślając się tego, co zamierza zrobić brat.

— Czego znowu chcesz?! — ryknął, zwracając się do starszego brata z ledwie hamowaną wściekłością.

Kilian nawet na niego nie spojrzał. Jedną ręką odsunął Selene stojącą mu na drodze, jakby w ogóle nie zasługiwała na jego uwagę, po czym zatrzymał się przy Lily i przykucnął przed nią. Dopiero z bliska mógł dostrzec zaczerwienione dłonie, mokre włosy przyklejone do policzków oraz napięcie, które wciąż nie pozwalało jej swobodnie odetchnąć.

Wyciągnął do niej rękę.

— Proszę — powiedział niezwykle ciepło i łagodnie, patrząc na Lily z wyraźną troską.

Tylko jedno słowo. Nie było w nim litości, która sprawiłaby, że Lily poczułaby się jeszcze bardziej bezradna, ani zniecierpliwienia sugerującego, że powinna szybciej się podnieść. Kilian po prostu podał jej dłoń i czekał, pozostawiając decyzję wyłącznie jej.

Lily wpatrywała się w jego otwartą rękę.

Jeszcze niedawno, siedząc w fontannie, odrzuciła dokładnie ten sam gest. Wtedy Dorian patrzył na nią z balkonu, a ona wciąż wierzyła, że przyjęcie pomocy od jego brata byłoby czymś niewłaściwym, niemal zdradą wobec mężczyzny, któremu miała pozostać lojalna. Teraz Dorian znajdował się zaledwie kilka kroków dalej, lecz jego obecność nie wzbudzała już w niej poczucia winy.

Wywoływała ból i gniew.

Lily ponownie spojrzała na Kiliana. Nie znała go. Nie wiedziała o nim prawie nic poza tym, że był starszym bratem Doriana i że od chwili swojego powrotu dwukrotnie pojawił się przy niej dokładnie wtedy, gdy pozostali jedynie patrzyli na jej krzywdę.

Mimo to jej ciało reagowało na jego obecność w sposób, którego nie potrafiła sobie wytłumaczyć. Przy Dorianie każdy mięsień miała napięty, jakby bezustannie czekała na kolejne ostre słowo, pogardliwe spojrzenie albo gest mówiący jej, że znowu zrobiła coś nie tak. Kiedy Kilian znalazł się obok, część tego napięcia zaczęła powoli ustępować poczuciu bezpieczeństwa.

Nie czuła się przy nim całkowicie bezpieczna. Nie znała go na tyle, aby mu zaufać. A jednak nie miała wrażenia, że musi się przed nim tłumaczyć albo zasłużyć na wyciągniętą dłoń.

Tym razem nie spojrzała na Doriana, by sprawdzić, co pomyśli. Podjęła własną decyzję, wiedząc, że jest ona sprzeczna z oczekiwaniami narzeczonego, i ostrożnie wsunęła swoją dłoń w rękę Kiliana.

Kontrast był natychmiastowy. Jej palce pozostawały lodowate i lekko drżały, podczas gdy jego skóra była przyjemnie ciepła. Dłoń miał dużą, mocną i szorstką, naznaczoną śladami pracy oraz walki, lecz kiedy zacisnął palce wokół jej dłoni, zrobił to z wyczuciem, doskonale zdając sobie sprawę z własnej siły.

Nie szarpnął jej ani nie próbował poderwać z podłogi, zanim była gotowa. Po prostu zapewnił jej oparcie.

Ciepło jego skóry zaczęło powoli przenikać do zmarzniętych palców Lily, a wraz z nim przyszło krótkie, nieoczekiwane uczucie ulgi. Nadal bolały ją kolana, dłonie i każde słowo, które tego wieczoru usłyszała, lecz po raz pierwszy od dawna nie musiała podnosić się sama.

Kciuk Kiliana przesunął się po grzbiecie dłoni Lily w krótkim, niemal odruchowym geście. Ten ledwie wyczuwalny ruch wystarczył, aby napięcie ściskające jej ciało od wielu godzin na moment zelżało. Zamiast natychmiast się odsunąć, pozwoliła mu przytrzymać się jeszcze przez chwilę, skupiając uwagę na cieple jego skóry, niewielkich zgrubieniach pokrywających palce i pewnym uścisku, który nie próbował jej do niczego zmusić, a jedynie zapewniał stabilne oparcie.

Było w tym coś zaskakująco kojącego. Po wszystkim, co wydarzyło się tego wieczoru, po raz pierwszy nie czuła, że musi podnieść się sama tylko po to, aby udowodnić innym, że nie jest bezradna.

Nie znała Kiliana, a mimo to jego dotyk nie wydawał jej się całkowicie obcy. Był wręcz swój, idealnie na miejscu.

Gdy stanęła na nogach, ich dłonie nadal pozostawały splecione. Dopiero po chwili Lily zdała sobie z tego sprawę. Rozluźniła palce i powoli wysunęła rękę z jego uścisku, zaskoczona własną niechęcią do przerwania tego krótkiego kontaktu.

— Wszystko w porządku? — zapytał Kilian.

Odpowiedź nasunęła jej się automatycznie, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Oczywiście, że wszystko było w porządku. Zawsze tak mówiła, niezależnie od pieczenia pod powiekami, bólu czy strachu zaciskającego gardło. Zaprzeczanie własnym odczuciom przychodziło jej znacznie łatwiej niż przyznanie, że coś ją przerosło.

Tym razem jednak, kiedy spojrzała w uważne oczy Kiliana, nie zdołała wypowiedzieć kolejnego kłamstwa.

— Teraz jest lepiej — przyznała cicho.

Jego spojrzenie przesunęło się po jej zaczerwienionych dłoniach, otartych kolanach i ciężkiej od wody sukni, zanim ponownie zatrzymało się na jej twarzy. Nie znalazła w nim ani pobłażania, ani niecierpliwości, które zwykle towarzyszyły pytaniom o jej samopoczucie.

— Na pewno?

Lily skinęła głową. Nie wszystko było dobrze i oboje musieli zdawać sobie z tego sprawę, lecz Kilian nie zmuszał jej do mówienia o czymś, na co nie była jeszcze gotowa. Przyjął jej odpowiedź bez dalszych pytań, pozostawiając jej wybór, który przez cały wieczór odbierali jej inni.

Mokre pasmo włosów ponownie opadło Lily na policzek. Kilian uniósł rękę i delikatnym ruchem odsunął je z jej twarzy.

Pod wpływem niespodziewanego dotyku znieruchomiała, lecz nie ze strachu. Serce zabiło jej szybciej, a przez ciało przemknęło ciepło tak nagłe i niepasujące do chłodu przemokniętej sukni, że przez moment nie potrafiła skupić myśli. Powinna się cofnąć. Człowiek stojący przed nią wciąż był właściwie obcy, a jednak nie pojawił się w niej żaden z odruchów, które zwykle kazały jej odsuwać się od nieoczekiwanego dotyku.

Pozostała nieruchomo, kiedy jego palce musnęły skórę przy jej skroni.

Wraz z tym gestem powróciło trudne do wyjaśnienia poczucie spokoju. Nie pełne zaufanie, bo na nie było zdecydowanie za wcześnie, lecz cicha, instynktowna pewność, że Kilian nie zamierza zrobić jej krzywdy. Przy nim nie musiała uważnie obserwować każdego ruchu ani przygotowywać się na nagłą zmianę tonu. Jej ciało zdawało się rozumieć to wcześniej niż umysł.

Zaskoczenie pojawiło się również w oczach Kiliana. Jego dłoń znieruchomiała na moment, a spojrzenie pozostało na twarzy Lily odrobinę dłużej, niż wymagał tego prosty gest. Jakby sam nie wiedział, dlaczego tak naturalne wydało mu się dotknięcie dziewczyny, którą zobaczył po raz pierwszy zaledwie tego wieczoru, ani skąd brała się potrzeba upewnienia się, że nikt więcej jej nie skrzywdzi.

Ciężkie kroki przerwały chwilę ciszy pomiędzy nimi.

Dorian zmierzał w ich stronę z twarzą napiętą od wściekłości. Widząc go, Lily odruchowo cofnęła się, a ledwie odzyskany spokój zachwiał się pod naporem dobrze znanego lęku.

Kilian opuścił rękę i wyprostował się, a szeroka linia jego ramion natychmiast znalazła się pomiędzy Lily a nadchodzącym bratem. Nie wykonał przy tym żadnego gwałtownego ruchu i nie próbował demonstracyjnie zaznaczyć swojej przewagi. Po prostu zasłonił Lily własnym ciałem, jakby właśnie tam było jego miejsce.

Patrząc na jego plecy, po raz pierwszy od wielu godzin poczuła prawdziwą ulgę. Nie musiała o nią prosić ani zastanawiać się, czy zasłużyła na ochronę. Pojawiła się sama wraz ze świadomością, że tym razem ktoś rzeczywiście stanął pomiędzy nią a zagrożeniem.

Przez krótką chwilę chciała pozostać za Kilianem. Wystarczyłoby przesunąć się o pół kroku, pozwolić mu zasłonić się całkowicie i uniknąć spojrzenia Doriana. Dawna Lily właśnie tak by zrobiła — skuliłaby się w bezpiecznym cieniu silniejszej osoby i liczyła, że nikt nie zwróci na nią uwagi.

Zamiast tego zmusiła zesztywniałe nogi do ruchu i wysunęła się zza ramienia Kiliana, zajmując miejsce prawie u jego boku. Nie chciała ponownie stać się niewidoczna ani pozwolić, aby ktoś rozmawiał o niej tak, jakby nie było jej w pomieszczeniu. Obecność Kiliana dodawała jej odwagi, ale nie zamierzała wykorzystywać go jako kryjówki.

Jej ramię znalazło się tak blisko jego rękawa, że niemal czuła bijące od niego ciepło. Kilian nie odwrócił głowy, jednak lekkie napięcie szczęki zdradziło, że zauważył jej ruch i zaakceptował dokonany przez nią wybór.

Dorian zatrzymał się przed nimi. Jego spojrzenie najpierw spoczęło na twarzy starszego brata, a następnie przesunęło się ku Lily, zatrzymując na niewielkiej przestrzeni dzielącej jej dłoń od rękawa Kiliana.

Wystarczyło, że zobaczył ich stojących prawie ramię w ramię, bo mimo wszystko Lily była schowana za lewym ramieniem Kiliana stojącego odrobinę przed nią.

Rysy Doriana stwardniały, a w jego oczach pojawił się gwałtowny błysk zaborczej zazdrości. Jeszcze przed chwilą przekonywał Lily, że nic dla niego nie znaczy, lecz widok jej mającej oparcie przy innym mężczyźnie — i to przy jego starszym bracie — okazał się czymś, czego nie potrafił znieść.

— Odkąd, kurwa, obchodzi cię zgrywanie bohatera przed takim śmieciem jak ona?

Obelga uderzyła w Lily, ale tym razem nie pochyliła głowy. Gniew ponownie zacisnął się pod jej żebrami, gorący i bolesny, pozwalając jej wytrzymać pełne pogardy spojrzenie Doriana.

— Uważaj na słowa.

Spokojny głos Kiliana nie podniósł się nawet o ton, a mimo to ostrzeżenie przecięło napiętą ciszę z siłą, która nie pozostawiała miejsca na dyskusję.

Dorian prychnął, jakby usłyszał coś wyjątkowo niedorzecznego.

— Przed kim mam uważać? Przed nią? — Wskazał Lily lekceważącym ruchem dłoni. — Bo księżniczka znowu się rozpłacze? Dobre sobie.

Odległość pomiędzy nimi zaczęła się zmniejszać wraz z jego kolejnymi krokami. Lily poczuła, jak całe ciało przygotowuje się na zagrożenie, a mięśnie napinają się w znajomy, niezależny od jej woli sposób. Tym razem jednak nie cofnęła się pod naporem wściekłego spojrzenia Doriana. Wyprostowała plecy i uniosła głowę, choć przyspieszony puls boleśnie dudnił jej w skroniach. Nie oszukiwała już samej siebie, możliwość ukrycia się za potężnym ramieniem Kiliana znacznie ułatwiała jej przyjęcie dumnej pozycji pomimo całej tej parszywej dla niej sytuacji.

— Może trzeba jej przypomnieć, gdzie jest jej miejsce — odezwała się Selene.

Lily przeniosła na nią wzrok, lecz nie znalazła już w sobie dawnej potrzeby tłumaczenia się ani przekonywania jej, że zasługuje na odrobinę szacunku.

— Doskonale wiem, gdzie jest moje miejsce.

Stanowczość tej odpowiedzi zatrzymała Doriana w pół kroku. Zaskoczenie przemknęło przez jego twarz, zanim zdołał przykryć je pogardliwym uśmiechem.

— Naprawdę? Niby gdzie? — Pogardliwie splunął na podłogę.

— Tam, gdzie sama zdecyduję — odpowiedziała Lily, dumnie unosząc podbródek. — Nie tam, gdzie ty postanowisz mnie ustawić.

Choć głos miała spokojny, każde słowo wymagało od niej wysiłku. Nie była jeszcze wolna od jego wpływu; zbyt długo żyła pod ciężarem ocen Doriana, żeby kilka minut mogło wymazać wyuczone odruchy. Mimo to po raz pierwszy nie próbowała łagodzić własnych słów ani natychmiast przepraszać za to, że mogły go rozgniewać. Obecność Kiliana u jej boku sprawiała, że łatwiej było jej wytrzymać napięcie, lecz odwaga, z którą patrzyła na Doriana, należała wyłącznie do niej.

Na twarzy młodszego z braci zgasł uśmiech. Przestrzeń dzielącą go od Lily pokonał jednym gwałtownym ruchem, a jego ramię uniosło się tak szybko, że zdążyła jedynie dostrzec dłoń zmierzającą w stronę jej twarzy.

Ciało zareagowało wcześniej niż myśli. Lily drgnęła, skuliła się, zasłaniając twarz, i odruchowo wstrzymała oddech, oczekując uderzenia.

Nie nadeszło, więc po kilku długich sekundach pozwoliła sobie uchylić oczy i opuścić dłonie, aby zobaczyć, co się wydarzyło.

Dłoń Doriana zatrzymała się w powietrzu, zaledwie kilkanaście centymetrów od jej policzka. Palce Kiliana zacisnęły się wokół jego nadgarstka z taką łatwością, jakby przechwycenie ciosu nie wymagało od niego najmniejszego wysiłku.

Cisza ogarnęła całe pomieszczenie.

Dorian próbował dokończyć ruch, lecz jego ręka ani drgnęła. Uścisk starszego brata unieruchomił ją w miejscu, a narastający nacisk szybko starł resztki pewności z jego twarzy, pozostawiając grymas bólu, którego nie zdołał ukryć.

Kilian nie patrzył na zaciśnięte wokół nadgarstka palce. Całą uwagę skupił na oczach Doriana, a w chłodnym spokoju jego twarzy było coś znacznie groźniejszego niż otwarta wściekłość.

— Partnerki tak się nie traktuje.

Wypowiedział te słowa cicho, niemal bez emocji. Wystarczyły jednak, aby stojące najbliżej osoby odruchowo odsunęły się od braci. Jedna z dziewczyn cofnęła się tak gwałtownie, że uderzyła w szafkę, strącając szklankę. Szkło rozbiło się na podłodze z hukiem, na który żaden z braci nie zwrócił uwagi. Nikt nie próbował interweniować ani stanąć po stronie przyszłego alfy. Wobec przewagi Kiliana pozycja Doriana nagle straciła znaczenie, a każdy obecny w pokoju zdawał się rozumieć, że przekroczył właśnie granicę, której nie powinien był nawet dotykać.

— Puść mnie — warknął Dorian, nadal się szarpiąc.

Kilian nie rozluźnił palców, wręcz przeciwnie, co wywołało wyraźny grymas bólu na twarzy przyszłego alfy.

— Puszczę, kiedy przestaniesz próbować ją skrzywdzić.

— Nie będziesz mi rozkazywał!

— Nie rozkazuję ci. — Krótka pauza nadała kolejnemu słowu ciężar ostatecznego ostrzeżenia. — Ostrzegam.

Dorian szarpnął się, lecz jedynym skutkiem tej próby było mocniejsze napięcie mięśni na przedramieniu Kiliana. Starszy z braci nie zachwiał się i nie potrzebował drugiej ręki, aby utrzymać go w miejscu. Stał niewzruszony, podczas gdy coraz gwałtowniejsze próby uwolnienia się jedynie wyraźniej pokazywały bezsilność Doriana.

Lily obserwowała ich z przyspieszonym oddechem. Przed chwilą spodziewała się uderzenia, a teraz patrzyła na zatrzymaną dłoń i próbowała zapanować nad drżeniem, które ogarnęło jej palce. Kilian znajdował się tak blisko, że dostrzegała każdy napięty mięsień jego ramienia, a jednak nie czuła od niego niekontrolowanego gniewu. Cała jego siła pozostawała podporządkowana jednemu celowi — powstrzymaniu Doriana.

Zanim zdążyła przemyśleć własny gest, przesunęła dłonią po jego przedramieniu i lekko zacisnęła palce na rękawie marynarki. Nie próbowała go odciągać ani prosić, żeby przestał. Chciała jedynie zwrócić na siebie jego uwagę i dać mu znać, że nadal przy nim stoi.

Naturalność tego dotyku zaskoczyła ją dopiero po chwili. Nie cofnęła jednak ręki.

Spojrzenie Kiliana opadło na jej palce, a następnie powędrowało ku twarzy. Chłód, który jeszcze przed chwilą był skierowany przeciwko Dorianowi, ustąpił miejsca czemuś znacznie łagodniejszemu. Nie trwało to dłużej niż uderzenie serca, ale wystarczyło, aby napięcie w jego dłoni osłabło.

Puścił nadgarstek brata.

Dorian natychmiast cofnął rękę i zaczął rozcierać zaczerwienioną skórę. Odstąpił o krok, nie spuszczając z nich wzroku, a gniew na jego twarzy stopniowo mieszał się z czymś bardziej niebezpiecznym — podejrzliwością. Widać było, że trybiki w jego głowie zaczynają pracę.

Lily nadal stała u boku Kiliana, jedynie pół kroku za linią jego ramienia. Mokre włosy miała odgarnięte z twarzy, dłonie drżały, a serce wciąż uderzało w piersi zbyt szybko, by mogła udawać obojętność. Nie płakała jednak i nie spuściła wzroku, kiedy Dorian zaczął przyglądać jej się tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

Jego oczy przesunęły się od jej twarzy ku dłoni nadal spoczywającej na rękawie Kiliana. Dopiero wtedy Lily zdała sobie sprawę, że wciąż go dotyka, lecz zanim zdążyła zdecydować, czy powinna cofnąć palce, kącik ust Doriana uniósł się w powolnym, nieprzyjemnym uśmiechu.

— No proszę…

Kilian milczał.

— W końcu zaczynam rozumieć, o co tu chodzi.

Chłodne spojrzenie starszego brata nie zmieniło się ani odrobinę.

— Nie sądzę.

— Nie? — Dorian przeniósł wzrok na Lily. — Więc dlaczego od pierwszej chwili stajesz pomiędzy nią a każdym, kto próbuje jej dotknąć?

Pytanie zawisło w ciszy, lecz Kilian nie udzielił mu odpowiedzi. Nie dlatego, że nie chciał zdradzić jej przed bratem. Sam nie potrafił jeszcze nazwać impulsu, który za każdym razem prowadził go w stronę Lily, zanim rozsądek zdążył przypomnieć, że właściwie jej nie zna i nie jego rolą jest ją chronić. Potrzeba chronienia jej nie przypominała podjętej świadomie decyzji. Pojawiała się natychmiast, głęboka i instynktowna, jakby stanowiła część czegoś, czego jeszcze nie rozumiał.

Lily poczuła nieznany ucisk pod żebrami i zerknęła na niego, zanim zdołała się powstrzymać. Bliskość Kiliana nadal uspokajała jej oddech, a ciepło wyczuwalne pod palcami ułatwiało opanowanie chaosu, który jeszcze niedawno groził całkowitym odebraniem jej głosu.

Dorian zauważył to krótkie spojrzenie.

— Cała wataha uważa cię za legendę, a ty wracasz po tylu latach i od pierwszej chwili rzucasz wszystko, żeby jej bronić? — Tym razem w jego głosie nie było śmiechu. Pozostała jedynie narastająca złość. — Dziewczyny bez wilka? A może mój wielki braciszek zakochał się w tym śmieciu?

W pokoju zrobiło się jeszcze ciszej. Żadna z dziewczyn nie odważyła się zawtórować Dorianowi, a Selene, która wcześniej komentowała każde upokorzenie Lily, teraz stała pod ścianą ze wzrokiem wbitym w braci.

Kilian przesunął się ku Dorianowi jednym powolnym krokiem. Niewielki ruch wystarczył, aby z jego twarzy zniknęły ostatnie ślady łagodności, a spojrzenie stwardniało na tyle, że młodszy brat odruchowo napiął ramiona.

— Jeszcze raz nazwiesz ją śmieciem — powiedział Kilian cicho — a połamię ci tę pieprzoną szczękę, żebyś już nigdy nie mógł tak szczekać.

Nie podniósł głosu. Nie musiał. Każde słowo padło z tak spokojną pewnością, że Dorian poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Znał brata wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie była to groźba rzucona pod wpływem gniewu. Kilian nie próbował go nastraszyć ani popisać się przed stojącymi w pokoju dziewczynami. Wyznaczył granicę i jasno powiedział, co się stanie, jeśli Dorian ponownie ją przekroczy.

Niepewność trwała jednak zbyt krótko, aby ktokolwiek poza Kilianem zdążył ją dostrzec. Dorian szybko przykrył ją drwiącym uśmiechem, choć kiedy się odezwał, w jego głosie nie było już wcześniejszej swobody.

— Prawda boli, co, braciszku? — rzucił. — Nie ma wilka, nigdy nie przeszła przemiany i nie potrafi stanąć pośród nas jak równa z równymi.

Znajomy ból ukłuł Lily pod żebrami. Słyszała podobne słowa wystarczająco wiele razy, by wiedzieć, gdzie powinny uderzyć i jak szybko potrafią przywołać wszystkie wątpliwości, z którymi zmagała się od lat. Ponownie nie pozwoliła jednak, aby zmusiły ją do spuszczenia głowy.

— Nie potrzebuję twojej zgody, żeby istnieć — odpowiedziała, patrząc Dorianowi prosto w oczy.

Wyraźne zaskoczenie na moment odebrało mu możliwość odpowiedzi. Nie spodziewał się, że Lily ponownie zabierze głos, a już na pewno nie w taki sposób. Przez lata przyjmowała jego osądy jak prawdę, której nie miała prawa kwestionować. Teraz nie tylko mu się sprzeciwiła, lecz zrobiła to przy świadkach.

Kilian zerknął na nią. W jego spojrzeniu pojawił się krótki przebłysk ciepła, niemal niedostrzegalny dla kogokolwiek poza nią. Nie wyglądał na zaskoczonego jej odwagą. Sprawiał raczej wrażenie, jakby od początku wiedział, że Lily jest do niej zdolna, i jedynie czekał, aż ona sama również to odkryje.

Dorian zauważył tę wymianę spojrzeń.

— Nie ma wilka — powtórzył, zwracając się już wyłącznie do brata. — A ty naprawdę zamierzasz jej bronić?

— Tak — odparł Kilian bez wahania. — W przeciwieństwie do ciebie.

Kącik ust Doriana drgnął.

— Wielki Kilian wraca po latach i wybiera sobie dziewczynę bez przemiany. — Wypuścił z gardła krótki śmiech, choć w jego oczach nie było ani śladu rozbawienia. — Musiałeś do reszty zgłupieć, jeśli sądzisz, że wataha zaakceptuje coś takiego. Ja mam zgodę Rady. A ty?

Kilian nie dał się wciągnąć w ton, który narzucał mu brat. Patrzył na niego chłodno, jakby cała prowokacja była zbyt oczywista, by zasługiwać na silniejszą reakcję.

— Nie przypominam sobie, żebym twierdził, że jestem z kimkolwiek w związku.

— Nie? — Uśmiech Doriana stał się szerszy. — To dziwne, bo patrzysz na nią tak, jakbyś już zdążył ją sobie wybrać. Mimo że należy do mnie.

Ostatnie słowa sprawiły, że w twarzy Kiliana zaszła ledwie dostrzegalna zmiana. Nie zacisnął pięści ani nie rzucił się na brata. Znieruchomiał, a jego szczęka napięła się nieznacznie, spojrzenie utraciło resztki ciepła, jakie pojawiło się w nim, gdy patrzył na Lily.

— Należy do ciebie? — powtórzył cicho. — W takim razie dlaczego stałeś i patrzyłeś, jak ją krzywdzą? Dlaczego to ja musiałem zrobić to, co należało do ciebie?

Uśmiech Doriana przygasł.

— Wybrałeś ją na swoją partnerkę — ciągnął Kilian, nie spuszczając z niego wzroku. — Powinieneś ją chronić, nie upokarzać. Partnerka jest dla wilka świętością, a ty potraktowałeś ją gorzej niż wroga.

Przez kilka sekund żaden z braci się nie poruszył. Dorian wytrzymał jego spojrzenie z wysoko uniesionym podbródkiem, lecz czujność widoczna w jego oczach zdradzała, że doskonale rozumie, jak cienka stała się granica pomiędzy ostrzeżeniem a jego spełnieniem. Jednocześnie satysfakcja z tego, że wreszcie dotknął czegoś ważnego dla starszego brata, okazała się silniejsza niż rozsądek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.59