E-book
13.65
drukowana A5
78.68
Bezdrożami do celu

Bezpłatny fragment - Bezdrożami do celu

Opowieść o szalonym życiu...?


Objętość:
639 str.
ISBN:
978-83-8155-268-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 78.68

Rozdział I

Zerknął na tanią podróbkę Orienta, znajdującego się na lewym przedramieniu: dwudziesta trzecia dwadzieścia siedem. Zaczął biec. Ulica Ku Słońcu o tej porze do przyjemnych nie należała. Po jednej stronie znajdował się budynek szkoły zawodowej, kawałek dalej jednostka wojskowa. Po drugiej stronie ulicy, za drzewami widać było wielki krzyż oświetlony reflektorami zamontowanymi w ziemi, pośród masy nagrobków, posągów i mniejszych krzyży. Cmentarz Centralny w Szczecinie zaliczany był do największych i najpiękniejszych w Europie, ale nocą przerażał, nawet gdy przechodziło się tylko obok ulicą Ku Słońcu, której nazwa była jak najbardziej adekwatna do zagospodarowania pobliskiego terenu. Mżawka wystarczyła, aby asfalt lśnił od reflektorów samochodów oraz pomarańczowych lamp ustawionych wzdłuż dwupasmowej ulicy, którą pas zieleni rozdzielał na pół. Norbert zapiął ortalionową wiatrówkę i wsłuchując się w echo własnych bardzo szybkich kroków kierował się na przystanek nocnej linii autobusowej 508. Pozostały mu jeszcze dwie minuty na pokonanie trzech przecznic. Ruch był niewielki, tylko co jakiś czas oświetlał go z tyłu jakiś pojazd. Jego cień stopniowo kurczył się i umykał tłamszony w bok, w miarę jak warkot auta zbliżał się za plecami, by w końcu minąć go i odjechać wraz z parą czerwonych lamp odbijających się także na mokrym asfalcie. Od strony cmentarza uderzała czerń nocy, z której gdzieniegdzie spośród krzaków przebijały się malutkie czerwone punkty palących się zniczy.


Nogi robiły się coraz bardziej „gumowe”, płuca nie nadążały dotleniać krwi. Zwolnił tempo do truchtu. Miał niespełna osiemnaście lat, ale kondycję fatalną. W myślach policzył od ilu lat kopci papierochy, pierwszego zapalił w ósmej klasie podstawówki — miał wtedy czternaście lat. Przez moment pomyślał nawet o tym, aby rzucić palenie, ale w tej chwili nie miał czasu, aby nad tym dłużej dumać.


Resztkami sił dobiegł do skrzyżowania z ulicą Derdowskiego, do pokonania pozostało mu nie więcej jak pięćdziesiąt metrów. Przystanek widział jak na dłoni. Naprzeciwko zza zakrętu wyjechał rozpędzony autobus, teraz był w takiej samej odległości od przystanku co on — kilkanaście metrów. Gnał jak szalony, śmignął koło niebieskiej tabliczki z symbolem autobusu, chwilę później koło Norberta i pojechał sobie dalej.


— Ty obleśny skurczybyku! — krzyknął do oddalającego się w mroku pojazdu i pogroził mu pięścią.


Norbert stanął jak wryty pośrodku chodnika, rozdziawioną gębą łapczywie łykał hausty powietrza. Spojrzał na zegarek, były dwie minuty po wpół do dwunastej. Machnął ręką, splunął na ziemię i doczłapał się do przystanku, gdzie spoczął na ławce.


A żebyś w tym autobusie sraczki dostał — pomyślał w duchu i sięgnął do kieszeni w dżinsach po paczkę papierosów. Z nieukrywaną przyjemnością zaciągnął się nikotynowym dymkiem „Mocnego”, wypuszczając go po chwili nosem. Według tabliczki z rozkładem jazdy nocnych autobusów, następny miał być dopiero za półtorej godziny. Soczyście zaklął pod nosem. Z tylnej kieszeni spodni wyjął portfel i przeliczył jego zawartość. Było tego stanowczo za mało, aby mógł zafundować sobie taksówkę.


— Kawalerze, poczęstowałbyś mnie papierosem? — usłyszał za plecami miły kobiecy głos. Odwrócił się i ujrzał młodą cygankę. Trzymany w ręce portfel wsunął natychmiast wraz z dłonią do przedniej kieszeni dżinsów. W psychice Norberta utrwaliły się nie najlepsze doświadczenia z kobietami cygańskiego pokroju. Kilka miesięcy temu, w centrum miasta, dał się namówić na wróżenie z ręki. Efekt? Z portfela zniknął banknot o najwyższym nominale. Drugą ręką sięgnął po paczkę papierosów, którą skierował w stronę niewiasty. Długimi, smukłymi palcami o zadbanych czerwonych paznokciach wyjęła jednego.


— Dziękuję — rzekła, delikatnie się uśmiechając.


Miała nie więcej jak dwadzieścia pięć lat i typowo cygańską urodę oraz wygląd: czarne długie włosy, smukła twarz, delikatne usta pomalowane na czerwono, ciemne oczy, wielkie srebrne kolczyki, wielokolorowa bluzeczka z długimi szerokimi rękawami i równie kolorowa spódnica sięgająca kostek, na nogach czarne pantofle.


— Można ognia? — spytała, trzymając papierosa w ustach i wpatrując się w jego twarz.


— Jasne — odparł zmieszany i pstryknął zapalniczką. Cyganka delikatnie zaciągnęła się, chmurkę dymu wypuściła w górę i jej spojrzenie ponownie utkwiło na jego twarzy.


— Daj mi dłoń, powróżę ci — rzekła, wyciągając rękę w jego kierunku.


— Nie. Dziękuję, nie trzeba. — Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył przed siebie.


— Poczekaj młody kawalerze. — Usłyszał za plecami. Zrobił jeszcze dwa kroki i zatrzymał się. — Powróżę ci z ręki i niczego za to nie chcę. Poczęstowałeś mnie papierosem, chciałabym się odwdzięczyć.


Obrócił się w jej stronę, podejrzliwie przyjrzał się cygance, wypalonego papierosa cisnął na chodnik.


— Ostrzegam: nie mam przy sobie forsy — stanowczo oświadczył.


— Nie chcę pieniędzy — odparła z uśmiechem. — Daj dłoń.


Chwyciła go za przegub lewej ręki, przyglądając się wewnętrznej części dłoni. Ulicą przejechały dwa samochody, zanim w milczeniu skończyła analizę tego, co tam zauważyła. Swoją drugą dłonią przykryła jego rękę, wzrok skierowała na jego twarz.


— Z natury jesteś spokojnym i opanowanym kawalerem, trochę nieśmiałym, inteligentnym i kulturalnym. — Mówiąc, cały czas patrzyła mu głęboko w oczy, ich nosy prawie się stykały. — Czeka cię dostatnie i szczęśliwe życie. Będziesz miał dwójkę dzieci, najpierw będzie dziewczynka, potem chłopczyk, ale będą miały inne matki. Sam sobie zapracujesz na bogactwa, w które będziesz opływał, ale… — zawiesiła głos, przygryzła dolną wargę, myślała nad treścią, którą chce mu jeszcze przekazać — zanim to nastąpi, czeka cię trudny okres. Bardzo trudny.


Norbert głośno przełknął ślinę, nie śmiał oderwać wzroku od jej oczu, a tym bardziej wyrwać dłoni z jej ręki.


— Przejdziesz wiele upokorzeń — kontynuowała cyganka — i trudnych chwil. Być może pobyt w więzieniu. Złe towarzystwo sprowadzi cię na margines. Stracisz kontakt z najbliższą rodziną i będziesz zdany tylko na siebie.


— Kiedy rozpocznie się ten lepszy okres? — spytał z zainteresowaniem i niepokojem.


— Ziemia kilkanaście razy okrąży Słońce, wtedy będzie lepiej — rzekła, wypuściła jego dłoń, obróciła się i odeszła.


— A czy mogę jakoś uniknąć tego złego okresu?! — krzyknął do oddalającej się cyganki, ale ona nie zareagowała. Z kieszeni wyjął papierosy i spojrzał w stronę, w którą oddaliła się cyganka. Jej już nie było. Zniknęła w czeluściach nocy. Odpalił papierosa i sięgnął do portfela. Nie brakowało nawet grosza.


Mżawka zamieniła się gwałtownie w solidny deszcz. Lało jak z cebra. Norbert nic sobie z tego nie robił, stał pośrodku chodnika i rozmyślał nad słowami cyganki. Z kałuż rozpryskiwały się grube strugi, w których odbijały się światła ulicznych latarni. Podniósł głowę pozwalając, aby deszcz obmył mu twarz. Z błogiego zamyślenia wyrwał go rozbłysk błyskawicy i ogłuszający grzmot piorunu.


Trzy miesiące temu Norberta ojciec wynajął mu na Pogodnie przy ulicy Trentowskiego pokój w domku jednorodzinnym, gdzie aktualnie mieszkał. Do przejścia miał ze dwa, trzy kilometry. Zdecydował się na pokonanie tej trasy piechotą. Było to lepsze rozwiązanie, niż kwitnięcie przez półtorej godziny w oczekiwaniu na następny autobus.


Nie bacząc na deszcz i na coraz bardziej wilgotne buty, ruszył ulicą Derdowskiego w stronę Pogodna. Obraz cyganki ciągle gościł w jego oczach, oślepianych przez samochody jadące ulicą. Nie ufał tej nacji, a do wróżb podchodził z dystansem, lecz teraz miał dziwne wrażenie, że cyganka przepowiedziała mu przyszłość. To odczucie potęgował fakt, iż zrobiła to za friko, nie licząc jednego papierosa, którym ją poczęstował.


Gdy dotarł pod dom, wskazówki Orienta wskazywały kwadrans po pierwszej. Światła w oknach były pogaszone. Furtka delikatnie zaskrzypiała, gdy wkraczał na teren posesji. Stojąc przed drzwiami przetrząsnął wszystkie kieszenie w poszukiwaniu kluczy, ale ich tam nie było. W zamyśleniu podrapał się po głowie i po chwili zaskoczył, że zostawił je w bluzie, która wisiała w wynajmowanym pokoju. Właścicielka domu zawsze do dwudziestej trzeciej była „na nogach”, ale o tak późnej porze na pewno już smacznie spała. Przypuszczenia potwierdzała głucha cisza i pogaszone światła w oknach.


Delikatnie nacisnął klamkę, ale drzwi były zamknięte — to było więcej niż pewne. Nie chcąc nocować na dworze postanowił zbudzić gospodynię. Wcisnął przycisk dzwonka. Po trzeciej próbie na parterze zapaliło się światło.


— Kto tam? — Zza drzwi dobiegł zaspany, ochrypły i niemiły głos właścicielki domu.


— To ja, Norbert — wyszeptał, przytykając głowę do drzwi.


— O której wraca się do domu? Jeszcze jesteś nieletni. Gdzie byłeś? — wypytywała zza drzwi.


Na język cisnęły mu się bezczelne odzywki w stylu: „nie twoja sprawa”, ale ze względu na szacunek dla osób starszych odpowiedział grzecznie:


— Byłem na Gumieńcach spotkać się z koleżanką. Tak się z nią zagadałem, że sprzed nosa uciekł mi nocny autobus. Musiałem wracać na piechotę — wyszeptał do drzwi.


— To teraz idź spać do koleżanki. Jutro zadzwonię do twojego ojca i powiem mu o której wróciłeś, budząc mnie w środku nocy. Przyjdź z rana. Żegnam!


Norbert znieruchomiał pod drzwiami jak posąg. Właścicielka potraktowała go jak psa. Po głowie krążyły różne myśli, ale najgorsze było to, że nie miał dokąd pójść. Ojciec mieszkał w domku jednorodzinnym w niewielkiej wiosce Pilchowo, oddalonej od Szczecina o dziesięć kilometrów. Ale nie mieszkał tam sam. Lokatorami tego domu były jeszcze dwie osoby: Krystyna — druga żona ojca, a jego macocha, która za nim nie przepadała i vice versa, oraz Roland — jej syn z poprzedniego małżeństwa, a jego przyrodni brat. Opcja nocowania u ojca była nierealna. W końcu to on wynajął Norbertowi ten pokoik na Pogodnie, zapewne tylko po to, aby razem z nimi nie mieszkał. Miał jeszcze siostrę — Grażynę, ale ona mieszkała w wynajmowanym pokoju w tej samej wsi co ojciec. W okolicach Szczecina nie miał innych bliskich mu osób, u których mógłby przenocować. Sugestia właścicielki domku, aby „pójść spać do koleżanki” także nie była trafiona. Ona miała szesnaście lat, mieszkała z rodzicami i była tylko zwykłą koleżanką. Norbert teraz przynajmniej już wiedział, jak czują się wyrzucane z domów psy. Nikomu niepotrzebny? To wynocha! Ale musiał coś ze sobą zrobić.


Splunął na wycieraczkę wrednej właścicielki domu, pod nosem wymamrotał stek przekleństw pod jej adresem, obrócił się na pięcie i trzaskając furtką co sił opuścił teren posesji. Do cna przemoknięty ulicą Mickiewicza człapał w stronę centrum miasta.


Gdy jego stary po raz drugi się ożenił, to najwidoczniej stwierdził, że jego życie bez Norberta będzie lepsze. Do tej decyzji swoją „cegiełkę” (i to niemałą) dołożyła też macocha. Nienawidziła go. Tak, to było logiczne. Oni darzyli się miłością, więc ojciec wolał opłacić prawie dorosłemu synowi pokój u obcej baby, aby sam mógł mieszkać z drugą żoną w ciszy i spokoju. Norbert był wściekły. Wściekły na cały świat: począwszy od ojca, poprzez kierowcę autobusu, babsztyla który nie wpuścił go do domu, a na sobie kończąc. W każdym razie jednego był już pewien: więcej nie pojawi się w domu wiedźmy, która nie wpuściła go do chaty. Za jej wredne zachowanie miał jej serdecznie dość. Chyba nawet nie mógłby spojrzeć na nią bez obrzydzenia.


W dworcowej poczekalni wszystkie ławki zajęte były przez bezdomnych, którzy na nich spali. Panował tu okropny smród. Wzbudzali w Norbercie odczucie wstrętu. Na posadzce w rogu poczekalni siedział młody chłopak, mógł mieć ze dwadzieścia pięć lat. Długie kręcone włosy aż świeciły się od tłuszczu i brudu. Pod lewym okiem widniało spore, fioletowe limo. Ubranie klejące się od brudu z licznymi dziurami. Tuż przy nim stała pusta butelka po denaturacie. Na gołe stopy założone miał dwa różne buty: starego adidasa oraz tenisówkę. Skulony siedział w kącie i wpatrywał się w swoje dłonie — równie brudne i zaniedbane jak on. Norbert zassał do płuc sporą dawkę powietrza i wstrzymując oddech szybkim krokiem przeszedł przez poczekalnię do otwartego przez całą dobę salonu gier komputerowych. Nie było tu nikogo, prócz kasjera siedzącego w swoim kantorku. Nagle wpadł mu do głowy pomysł na spędzenie tej feralnej nocy. Pobiegł spojrzeć na rozkład jazdy pociągów i okazało się, że za kilka minut odjeżdża osobowy do Świnoujścia. W kasie zakupił bilet w obie strony i po chwili w wolnym przedziale uwalił się spać.


Nocna przejażdżka pociągiem okazała się dobrym i w miarę bezpiecznym sposobem na spędzenie nocy. Rano z powrotem znalazł się na dworcu w Szczecinie. Idąc peronem zastanawiał się co ma teraz robić. Rozważał wszystkie możliwe wyjścia z niefartownej sytuacji, w jakiej obecnie się znalazł. Nie miał zamiaru kontaktować się z ojcem, a tym bardziej wracać na pokój sublokatorski. Norbert nigdy wcześniej nie uciekał z domu. Był sympatycznym, grzecznym, kulturalnym i wesołym chłopaczkiem. Od września miał kontynuować naukę w drugiej klasie szkoły zawodowej, o profilu elektromechanik. W podstawówce uczył się w miarę dobrze, nie było z nim większych problemów. Trzy lata temu rozpoczął naukę w liceum w Policach. Dobrych chęci i zdolności mu nie brakowało, ale ze względu na sytuację w rodzinie nie ukończył nawet pierwszego roku — zbyt dużo wagarował. Nigdy nie nadużywał alkoholu, no, może tylko raz. Mieszkał wtedy jeszcze w Pilchowie i po ukończeniu ósmej klasy podstawówki wybrał się z przyrodnim bratem na wiejską dyskotekę. Po drodze kupili dwa wina, które skonsumowali w zagajniku. Aby dotrzeć na potańcówkę, potrzebowali całej szerokości szosy — ostro rzucało ich na boki. Na dyskotece zdołali „przerobić na nogi” jedynie dwa utwory: „Bawmy się” disco-polowej grupy Boys oraz „Sąsiadkę” Toplesu. Przy kolejnym utworze już się wywracali, więc bramkarze grzecznie wyrzucili ich na zewnątrz. Energia, brawura i waleczność ich rozpierała. Powyrywali kilka sztachet z płotów i… popadali jak ściery rzucone na podłogę. Norbert obudził się na ławce przystanku autobusowego. Dookoła obficie narzygane, a na spodniach widniała plama moczu — od krocza po kolana. Wstyd jak cholera, tym bardziej, że na dworze świtało, a ludzie z wioski czekali na autobus. Do domu wracał lasami okrążając wszelkie zabudowania. Ale to było prawie cztery lata temu, a co było a nie jest, nie pisze się w rejestr.


Norbert przez cały dzień chodził bez celu po mieście i podróżował autobusami komunikacji miejskiej po Szczecinie. Za ostatnie pieniądze kupił paczkę szlugów, kilka drożdżówek i oranżadę.


Tej nocy nie było już go stać na „nocleg” w jadącym pociągu. Postanowił zdrzemnąć się w którymś z wagonów, stojących na bocznicy przy dworcu. Ułożył się wygodnie w przedziale pierwszej klasy i natychmiast zasnął.


— Co ty tu robisz? To nie noclegownia. Wypierdalaj stąd i to już! — zagrzmiał ochrypły i szorstki głos faceta, który bezczelnie oślepił Norberta światłem latarki skierowanej w twarz. Przestraszony zerwał się z siedzenia, a wybiegając z przedziału kątem oka zauważył, że tą postacią jest gość sprzątający wagony: ubrany w granatowy kombinezon roboczy, w ręce miotła. Resztę nocy Norbert jeździł nocnymi autobusami — w tą i z powrotem.


Z nastaniem świtu okropnie zgłodniał, żołądek dopominał się o dostarczenie posiłku. Forsy już nie miał, więc niczego nie mógł kupić. Po południu ponownie podróżował autobusami po mieście. Przejeżdżając koło osiedla Kaliny, po lewej stronie dostrzegł ogródki działkowe. Był środek lata, więc musiały tam rosnąć warzywa i owoce — dobry pomysł na coś do jedzenia. Na najbliższym przystanku wyskoczył z autobusu i pobiegł na teren ogródków. Kluczył alejkami szukając odludnego miejsca, odpowiedniego do szabrowania. W końcu znalazł. Stanął przy ogrodzeniu wykonanym z siatki o dużych oczkach. Rozejrzał się uważnie dookoła i gdy był już pewien, że w zasięgu wzroku nikogo nie ma, sprawnie i szybko przeskoczył przez płot. Podbiegł do niewysokiej jabłonki z dorodnymi owocami. Zrywane z drzewa owoce ładował pod bluzę. Przez nikogo niezauważony, tą samą drogą wrócił na alejkę. Jabłka może nie były tym, co miałby ochotę zjeść, ale jak to mówią: „jak się nie ma co się lubi, to się żre co się ma”.


Kilka godzin później zapewnił sobie drugi posiłek. Na jednym z osiedli wszedł do supersamu, pożądliwym wzrokiem obejrzał wszystkie artykuły, i w odpowiednim miejscu oraz czasie sprawnie wrzucił dwie tabliczki wedlowskiej czekolady pod bluzę. Po skonsumowaniu słodkości, przez moment dręczyły go wyrzuty sumienia wywołane dokonaniem zuchwałej kradzieży. W duszy usprawiedliwił się tym, iż zrobił to z głodu. Wystarczyło.


Kolejne dwa dni i noce zleciały mu podobnie: w nocy podróżowanie autobusami, co zapewniało kilka kilkudziesięciominutowych drzemek w trakcie jazdy; w dzień spacerowanie po ulicach, kradzieże owoców z działek, czasami coś ze sklepów spożywczych.


Trzeciego dnia Norbert już wyraźnie odczuwał zmęczenie organizmu spowodowane brakiem regularnego snu, całodziennym szwendaniem się po mieście oraz kiepskim odżywianiem. Ubranie także nie było już najczystsze.


Po południu wysiadł z tramwaju na przystanku końcowym na Gumieńcach i poprosił jakiegoś gościa o poczęstowanie papierosem. Zrezygnowany usiadł na ławce. Delektując się dymem z papierosa, tępym wzrokiem wpatrywał się w ziemię. Rozmyślał o swoim losie. Gdyby feralnej nocy nie uniósł się honorem przed właścicielką domku, teraz nadal by tam mieszkał. Zastanawiał się nad jakimś rozsądnym wyjściem z patowej sytuacji. Wrócić na pokój? Zadzwonić do ojca? Nadal z dnia na dzień żyć na ulicy?


— Norbert? — Z zamyślenia wyrwał go męski głos. Uniósł głowę i zobaczył stojącego przed nim chłopaka. Zlustrował go od stóp po głowę, nie mogąc zaskoczyć kto to jest. Bujna fryzura, czarne kręcone włosy opadające na ramiona, a pokręcona grzywa na czoło. Niebieskie oczy i duża kwadratowa szczęka mocno wysunięta do przodu. Na dobrze wypastowane i błyszczące w słońcu czarne wojskowe buty nachodziły wąskie czarne dżinsowe spodnie. Tułów zakrywała niebieska powycierana dżinsowa katana z licznymi naszywkami różnych metalowych kapel.


— Stempel? — spytał Norbert, choć był już pewien, że to właśnie on.


— No pewnie, że Stempel. — Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Co słychać u ciebie? — dorzucił po chwili.


— Jakoś leci — odpowiedział wstając z ławki. — Nie widzieliśmy się od czasu ukończenia podstawówki. Mnóstwo czasu! — stwierdził i wyciągnął do niego rękę.


— Kurde bele, co za spotkanie — rzekł z niedowierzaniem, uścisnął Norbertowi rękę, a następnie obiema dłońmi poprawił swoją bujną czuprynę, jak gdyby chciał przypodobać się wyglądem. — Gdzie teraz mieszkasz? — padło pytanie, którego Norbert się obawiał.


Kilka lat temu obaj mieszkali w tym samym bloku na osiedlu Kaliny, nawet chodzili do tej samej podstawówki. Norbert po ukończeniu siódmej klasy wyprowadził się z ojcem, siostrą, macochą i przyrodnim bratem do Pilchowa. Od tamtego czasu nie miał ze Stemplem żadnego kontaktu.


Norbert odchrząknął w zakłopotaniu, odruchowo podrapał się prawą ręką po głowie, rozejrzał się podejrzliwie dookoła.


— Kilka miesięcy temu, mój stary wynajął mi pokoik sublokatorski w domku jednorodzinnym niedaleko ryneczku „Pogodno” — skłamał przyciszonym głosem. Na razie postanowił nie wtajemniczać Stempla w jego rzeczywistą sytuację życiową. — Nadal mieszkasz ze starymi w wieżowcu na Kaliny? — skontrował.


— Nie! — Machnął ręką i splunął na chodnik. — Od dwóch miesięcy tam nie mieszkam. Moi starzy non stop mi truli, abym poszedł do pracy, kurde bele, a ja do roboty to mam dwie lewe rączki. — Wyciągnął ręce przed siebie, prawą dłoń odwrócił wierzchnią stroną w dół i zachichotał jak niedorozwinięty. — Kurde bele, starzy postawili mi warunek: albo pójdę do pracy, albo mam wyprowadzić się z domu. Wybrałem to drugie wyjście. — Obiema dłońmi poprawił swój fryz.


— To gdzie teraz mieszkasz? — dopytywał Norbert.


— Nigdzie — odparł Stempel z beztroskim uśmieszkiem na twarzy i wzruszył ramionami.


— Jak to? Nigdzie? Przecież musisz gdzieś mieszkać, no nie?


— Hm — mruknął i przesunął wzrokiem po otoczeniu, szukając odpowiednich słów. — Można powiedzieć, że jestem bezdomny, kurde bele. W dzień jakoś daję sobie radę, a sypiam w wieżowcach na klatkach schodowych — rzekł takim tonem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.


— Serio? — Norbert, aż uniósł brwi ze zdziwienia. — I tak od dwóch miesięcy? — spytał z niedowierzaniem.


— Spoko, jakoś w życiu trzeba sobie radzić, no nie?


— Niby tak — odparł Norbert w zamyśleniu, będąc pod ogromnym wrażeniem jego bezpośredniości. — W takim razie zapoznam cię z moją faktyczną sytuacją. Ja od czterech czy pięciu dni także nie mam gdzie mieszkać. Sypiałem po autobusach i nagle całkiem przypadkowo spotykam ciebie i okazuje się, że jesteś w takiej samej sytuacji jak ja. Kurcze! Jaki zbieg okoliczności! Nieprawdopodobne, co?


— Kurde bele, niesamowite! — odparł zdziwiony nie gorzej od Norberta.


— A z czego się utrzymujesz?


— Na osiedlu Słonecznym mam dziewczynę, która dużo mi pomaga. W tygodniu, gdy rano jej starzy są w pracy, to idę do niej na chatę. Najem się do syta, wykąpie, a jak mam brudne ciuchy to Gosia je z rana pierze, a przed powrotem jej starych z roboty ubranie mam już suche i czyste. Koniecznie musisz ją poznać, niezła z niej laska. — Mlasnął, dłonie uniósł na wysokość klatki i kulistymi ruchami uformował w powietrzu wielkie cycki Gosi. — A ty jak sobie radzisz?


W trzech zdaniach opowiedział Stemplowi w jaki sposób przeżył ostatnie dni.


— Kurde bele, wiesz co? Powinniśmy trzymać się razem, we dwóch będzie łatwiej sprostać ciężkiej doli bezdomnego — stwierdził i poklepał Norberta po ramieniu. — Na szczęście Gosia dała mi dzisiaj parę złotych, na coś do żarcia na mieście. Zapraszam cię na piwo. — Chwycił Norberta za łokieć i pociągnął w kierunku pobliskiej piwiarni.


Dzięki browarowi chłopakom rozwiązały się języki. Okazało się, że Norbert tak naprawdę niewiele wie o Stemplu. W dzieciństwie mieszkali w jednym bloku i po osiedlu krążyły pogłoski, że Stempla rodzice są biedni i nie stronią od alkoholu. Prawdą było tylko to, że lubią sobie wypić, ale do biednych nie należeli. W rzeczywistości jego ojciec prowadził dobrze prosperującą, średniej wielkości firmę budowlaną. Pieniędzy im nie brakowało, ale żyli dość skromnie. Stempel był o rok starszy od Norberta. W podstawówce gardził „wtłaczaną” do głów świeżą wiedzą i miał opinię nie tylko szkolnego, ale i podwórkowego rozrabiaki. W kręgu jego zainteresowań na pierwszym miejscu znajdowała się piłka nożna. Kopał ją gdzie tylko się dało: na podwórku, na dachu, w piwnicy, na parkingu, w sali gimnastycznej, a także na bocznych boiskach Pogoni Szczecin. Jego wizytówką były długie, gęste, czarne, pofalowane włosy opadające na ramiona i ubiór w stylu „metalowca”. Wizualnie, od czasów szkolnych prawie w ogóle się nie zmienił.


Stempel stwierdził, że Norbert także niewiele się zmienił. Podrósł do metra osiemdziesięciu, co niestety nie przełożyło się na wzrost masy ciała. Krótko mówiąc: wysoki i szczupły. W przeciwieństwie do Stempla nie miał zamiłowania do sportu, ani do muzyki metalowej i nigdy nie mógł zrozumieć jak można słuchać tego typu muzy. Dla niego było to tylko wydzieranie się „długowłosych”, rzępolenie na gitarach i walenie w perkusję. Upodobania muzyczne Norberta nie były zbyt oryginalne: muzyka pop — w szerokim tego słowa znaczeniu. Wiele ich różniło, ale obecne sytuacje życiowe mieli takie same.


Późnym wieczorem wspólnie udali się na osiedle Pomorzany, gdzie w jednym z wieżowców na klatce schodowej przespali nockę.


Gdy na dworze zaświtało, ludzie wychodzący do pracy przegonili ich z bloku. Stempel zaproponował Norbertowi, abym razem z nim pojechał do jego dziewczyny. Zgodził się bez chwili wahania, bo i tak nie miał co robić, ani dokąd pójść.


— Jej starzy wyszli już do pracy — rzekł Stempel, gdy na osiedlu Słonecznym zatrzymali się przed klatką z numerem siedemdziesiąt siedem, długiego, czteropiętrowego bloku.


— Skąd ta pewność? — spytał Norbert z obawą w głosie.


— Zobacz — wskazał palcem okno na parterze. — Na parapecie stoi kwiat w czerwonej doniczce. Widzisz go?


— Widzę. Ona tam mieszka?


— Właśnie. Gdy jej starych nie ma w domu, to Gosia stawia tego kwiatka po prawej stronie okna, właśnie tak, jak teraz jest ustawiony, a gdy starzy są na chacie, kwiatek stoi po drugiej stronie okna. Kurde bele, pomysłowa ta Gosia. — Uniósł wysoko podbródek, dumny ze swojej kobiety.


Pewnym krokiem weszli do klatki. Drzwi otworzyła wysoka, zgrabna, ciemna blondynka, o lekko falujących włosach sięgających połowy pleców. Była zgrabną laską, ale nie chuderlakiem w stylu modelki. Gdy ujrzała Stempla, blask szczęścia pojawił się w jej oczach. Rzuciła się w jego objęcia i zatonęli w długim pocałunku. Norbertowi zrobiło się głupio. Umyślnie zakaszlał dając o sobie znać zakochanej parze.


— To jest mój kolega, Norbert. — W końcu przedstawił go swojej lubej. — A to, kurde bele, miłość mego życia Gosia — dorzucił rozpromieniony, wskazując ją ręką.


Norbert bardzo delikatnie uścisnął jej dłoń, jak gdyby wykonana była z chińskiej porcelany. Po ceremonii zapoznawczej zaprosiła ich do środka, do swojego małego, ale przytulnego pokoiku, urządzonego w młodzieżowym stylu. Pod oknem stał purpurowy tapczan, a tuż przy nim malutki drewniany stoliczek z lampką nocną w kształcie serca. Ścianę po lewej zakrywał segment, na którym w każdym wolnym miejscu poustawiane były pluszowe maskotki: misiaczki, słoniki, tygrysy, pieski, kotki i wiele innych bajecznie kolorowych stworów. Pod przeciwległą ścianą swoje miejsce miało jasnobrązowe biurko zawalone stosem książek i zeszytów. Podłogę zdobił wielobarwny, okrągły dywan, a na nim ustawiony był drewniany sześciokątny stół i trzy krzesła. Stempel uwalił się na kanapie, Norbert na biurowym krześle przy biurku.


— Czego się napijecie? — spytała Gosia, stojąc w wejściu do pokoju. Jej nogi zakrywały bawełniane spodnie dresowe w granatowym kolorze, a pokaźny biust podkreślała obcisła bawełniana koszulka.


— Jeśli można, poproszę kawę — odpowiedział Norbert uśmiechając się do niej.


— Dla mnie to samo — powiedział Stempel, zmarszczył czoło i wpatrując się w górę nad czymś myślał. — Mam do ciebie jeszcze jedną malutką prośbę — rzekł po chwili, jak gdyby wyczytał to z sufitu. — Zrób dzisiaj trochę więcej kanapek, no rozumiesz… jesteśmy bardzo głodni. — Szeroko się uśmiechnął do swojej laleczki.


Gosia skinęła głową z wyrozumiałością i wyszła do kuchni.


— Chłopie, gdzieś ty poznał taką laskę? — Norbert szeptem spytał Stempla, gdy jego kobieta znikła z pola widzenia. — Nie dość, że niezła z niej dupa, to jeszcze cię podkarmi, opierze i w ogóle.


— Poznałem ją rok temu na imprezie urodzinowej mojego kumpla — wyjaśnił z niepasującą do niego melancholią. — Wtedy jeszcze mieszkałem ze starymi i czasami to ja przyjeżdżałem do niej, a czasami ona do mnie. Kurde bele, fajnie było. — Prawie się „rozkleił” wspominając dobre czasy.


— Taka dziewczyna to prawdziwy skarb. O tak. — podsumował Norbert, a w głębi duszy zastanawiał się, co Stempel ma w sobie takiego niezwykłego, że Gosia na niego poleciała. Przecież on nie był ani przystojny, ani bogaty, a i do inteligentnych się nie zaliczał. Gdyby Norbert miał taką księżniczkę, nosiłby ją na rękach.


— Gdy rano tu przychodzę — Stempla głos wyrwał kumpla z zadumy — najpierw się kąpię, następnie wcinam zrobione dla mnie śniadanko, a Gosia w tym czasie zabiera się za pranie moich ciuchów. A potem… bzykamy się… tak ze dwie godzinki. — Uniósł podbródek ku górze, wysuwając jednocześnie dolną szczękę mocno do przodu.


— Rozumiem. Pokrzyżowałem wam plany. — Norbert szybko wstał z fotela na kółkach, które potoczyło się pod ścianę. — Mam już sobie iść? — spytał, kierując się w stronę drzwi.


— Nie, skądże! Źle mnie zrozumiałeś. — Stempel zerwał się z łóżka i zamknął drzwi od pokoju, aby uniemożliwić koledze wyjście. Z przyjacielskim uśmiechem na twarzy poklepał go po ramieniu i w tym momencie ktoś zapukał do drzwi, które dopiero co zamknął.


Do pokoju weszła Gosia z trzema szklankami wypełnionymi gorącą, aromatyczną kawą, ustawionymi na plastikowej czerwonej tacy.


— Zaraz przyniosę kanapki — powiedziała wystawiając szklanki na stół.


— Gosiu, wiesz co… Norbert jest obecnie w takiej samej sytuacji życiowej jak ja. — Stempel spojrzał na nią tak, jak gdyby oczekiwał, że reszty się domyśli. — Kurde bele… chłopaczyna nie ma gdzie mieszkać. Znam go od wielu lat, razem chodziliśmy do tej samej budy, mieszkaliśmy w tym samym bloku…


— Rozumiem — w końcu przerwała jego karkołomne tłumaczenia i zwróciła się do Norberta: — Pewnie chciałbyś się wykąpać i przeprać swoje rzeczy, tak jak to czyni zawsze mój Tomek?


Jej bezpośrednie podejście do tematu sprawiło, że Norbert poczuł się mocno skrępowany. Wbił wzrok w dywan, chwilę milczał, po czym odparł półgłosem:


— W zasadzie… z kąpieli skorzystam z przyjemnością, ale z praniem będzie problem… nie mam w co się przebrać. — Zerknął na Gosię dopiero gdy skończył mówić.


— To żaden problem! — Machnęła ręką i podeszła do szafki z której wyjęła stare, mocno powycierane dżinsy oraz flanelową koszulę w kratę. Ciuchy rzuciła na kanapę. — Po śniadaniu Tomek pokaże ci gdzie jest łazienka, a po kąpieli możesz się w to przebrać — rzekła z uśmiechem i mrugnęła oczkiem.


— Czy to są ciuchy twojego ojca? — spytał Norbert z obawą w głosie.


— Nie — oparła z jeszcze większym uśmiechem. — To były rzeczy mojego starszego brata, ale on od trzech lat jest żonaty i już tu nie mieszka. — Otworzyła cukierniczkę stojącą na stole i zanurzyła w niej łyżkę. — Ile słodzisz?


— Dwie poproszę — odparł Norbert już bez skrępowania.


Po obfitym śniadaniu skorzystał z łazienki. Tego było mu najbardziej brak podczas kilku dni włóczęgostwa — ciepła kąpiel i czyste ubranie. Stempel użyczył Norbertowi jedną maszynkę do golenia z pięciopaku, który miał schowany pod łóżkiem swojej kobiety. Odświeżony i ogolony wskoczył w ciuchy Gosi brata. Stempel zaprowadził go do pokoju rodziców jego dziewczyny.


— Do czternastej to łóżko jest do twojej dyspozycji. — Stempel wskazał na wielkie, małżeńskie łoże, a Norbert aż westchnął z wrażenia. — Teraz ja idę się kąpać, a potem wspólnie z Gosią także się zdrzemnę.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 78.68