punkt wyjścia
peron pachnie solą i olejem,
szyny drżą jak struny pod ręką muzyka.
przyjazdy i odjazdy
migają na tablicy,
jak serce, które nie zna odpoczynku.
ludzie niosą torby,
walizki, zmęczenie,
którego nie można odłożyć.
za murami dworca czeka morze —
chłodne, niecierpliwe,
woła każdego podróżnego z osobna.
wystarczy przejść kilka ulic,
by zamiast torów zobaczyć horyzont.
stoję, słucham megafonu,
który mówi bardziej do powietrza
niż do ludzi.
to mój punkt wyjścia.
gdynia
biel, szkło, beton.
prostokąty cienia
rzucane przez portowe żurawie
na fasady z lat trzydziestych.
morze nie faluje.
patrzę, jak płaszczyzna błękitu,
przecięta linią falochronu,
zostaje ciemną kreską promu do karlskrony.
idziemy w milczeniu,
dwoje ludzi w rytmie kroków,
wśród rozsypanych muszli.
w słońcu wszystko staje się ramą:
plaża — jak plansza architekta,
mewa — biały przecinek na niebie,
czas — geometryczny.
wieczorem:
kupuję lody z automatu,
patrzę na światła statków,
zasypiam w twardym łóżku
w pensjonacie z numerem.
morze
a jednak wracam — jak syn marnotrawny,
który chce posłuchać szumu morza.
to siła, która mnie nie potrzebuje —
niesie. z każdym przypływem
przypomina, że nie jestem centrum.
i to wystarcza —
by stanąć w miejscu,
nie szukać sensu,
oddychać.
podchodzę bliżej, zanurzam stopy
w zimnych falach,
czuję, jak coś się uspokaja we mnie.
ciepło pod skórą łączy się z chłodem —
jakby to była forma zgody.
świt nad zatoką
świt nad zatoką jeszcze przez chwilę
niebo trzyma noc
za chłodny nadgarstek.
fala wchodzi na piasek
jak ja — boso, ostrożnie,
dotykając chłodu poranka.
wiatr wplątuje się we włosy,
muska skórę — jak wspomnienie.
muszle — zamknięte oczy morza —
drżą lekko.
woda rozlewa się
wokół starej łodzi,
jakby świt mówił przez nią szeptem.
światło przesącza się przez chmury,
wchodzi powoli — bez pośpiechu.
nie pytam, co będzie.
wystarcza, że jestem
i że dzień nie zaczyna się beze mnie.
widok z kamiennej góry
wchodzę powoli —
każdy krok oddala mnie od miasta.
z góry wszystko wydaje się lżejsze:
morze rozlane w nieskończoność,
porty, kutry, promy jak zabawki
rozsiane na tafli wody.
stoję bez słów.
nie szukam sensu.
wystarczy patrzeć,
jak świat rozchyla się
niczym muszla.
tam, gdzieś daleko,
linia horyzontu
drży w słońcu —
jakby ktoś chciał ją wymazać,
zacząć wszystko od nowa.
wydmy
idę powoli, zakosami. piasek osuwa się spod stóp.
z prawej — stara gałąź, zasypana do połowy.
nad głową ptak. jego cień przelatuje po zboczu.
na horyzoncie: woda i niebo — zlewają się
w jedno. nie rozpoznaję granicy.
zamykam oczy. słyszę morze — głuche, dalekie,
jakby oddychało przez sen. wszystko przypomina
dzieciństwo. to miasto, niedaleko — port, gdzie statki
stały nieruchomo przy nabrzeżu,
malowane na biało, z rdzą przy wodnicy —
trwały siłą wspomnień. pamiętam: ojciec trzymał mnie
za rękę. mówił wzburzonym głosem,
jakby miał żal do morza o coś, co zatonęło.
szliśmy wtedy przez wydmy. teraz zatrzymuję się.
trawy kołyszą się leniwie. ślady znikają w piasku.
zostaję — wyżej niż wtedy, w tej beznamiętności,
jakbym wypatrywał w sypiącym się kwarcu przejścia,
a czas nie mógł przeskoczyć dalej.
tawerna w orłowie
siedzę z nią przy oknie,
za szybą rozlewa się bałtyk —
szmaragdowy, spokojny,
jakby chciał nam towarzyszyć w rozmowie.
na stole para unosi się z ryby,
chleb jeszcze ciepły,
masło mięknie powoli,
a nad tarasem krążą mewy.
patrzę w jej okulary,
w których odbija się morze.
milczymy chwilę,
bo czasem nie trzeba słów.
zostaje morze, słońce,
ciepło w jej dłoniach,
i to uczucie, że świat
na moment przestaje się spieszyć.
linia horyzontu
z nabrzeża widzę statek — oddala się,
maleje, jakby ktoś wycierał go
z linii horyzontu. zostają po nim
rozkołysane fale, drżenie powietrza —
to, co cię uderza, gdy wkładasz wzrok
między pęd a wyobraźnię.
po chwili coś tonie w myślach —
na zawsze. jak płynne odmierzanie czasu.
ta potrzeba pustej przestrzeni
działa w pokrzepiający sposób.
nie podnoszę ręki na pożegnanie,
a morze nie zwraca na mnie uwagi.
parawan
rozstawiam parawan
między sobą a resztą.
to sztuka —
ukryć się w tłumie.
wiatr szarpie materiał,
jakby chciał rozerwać więzi.
za cienką granicą
świat staje się cichszy.
leżę. oddycham.
słońce zagląda przez szpary,
wąskie promienie
przesuwają się po skórze.
na ręczniku: mała jaszczurka,
nieruchoma, spokojna,
bardziej obecna
niż wszyscy ci ludzie
po drugiej stronie materiału.
molo w orłowie
przychodzę tu co wieczór
ze swoim wierszem niedokończonym,
jak z psem na spacer.