E-book
13.65
drukowana A5
44.44
drukowana A5
Kolorowa
69.53
Między opłotkami

Bezpłatny fragment - Między opłotkami

Życie podlaskiej wsi na początku II połowy XX wieku


5
Objętość:
227 str.
ISBN:
978-83-8189-047-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.44
drukowana A5
Kolorowa
za 69.53

Słowo wprowadzające — Maria Koc

Poznałyśmy się ponad dwadzieścia lat temu. Jadwiga Zgliszewska była wtedy dyrektorem Przedszkola Nr 2 „Pod Słoneczkiem” w Węgrowie, a ja mamą dwojga przedszkolaków, które uczęszczały do tej wspaniałej placówki. Pamiętam pierwszy dzień w przedszkolu i moje obawy, jak Kuba i malutka Paulinka odnajdą się w nowym dla siebie miejscu. Ja zdecydowanie bardziej przeżywałam całą sytuację niż moje dzieci, ale po kilku dniach i rozmowach z Panią Dyrektor uspokoiłam się. Zobaczyłam, że moje dzieci są wspaniałe zaopiekowane, są szczęśliwe i chętnie do przedszkola wracają każdego dnia. Jakoś tak się stało, że ja również chętnie do tego miejsca przychodziłam, już nie tylko ze względu na moje pociechy, ale też z uwagi na ciekawe rozmowy z Panią Jadwigą Zgliszewską. Okazało się, że Pani Jadwiga jest nie tylko świetnym pedagogiem i menadżerem oświaty, ale też jest poetką, ma szerokie zainteresowania i jest niezwykle ciepłą osobą. Połączyła nas także moja praca zawodowa. Jako etnograf z wykształcenia, zaczęłam bowiem pracować w Węgrowskim Ośrodku Kultury, dzięki czemu mogłam podjąć z Przedszkolem „Pod Słoneczkiem” także współpracę na niwie zawodowej.

To była piękna przygoda dla mnie, ale myślę, że też i dla Jagody, z którą szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Podobnie postrzegałyśmy różne tematy, chętnie sięgałyśmy do ludowych tradycji i dawnych zwyczajów. Ja stworzyłam w domu kultury Zespół Ludowy „Węgrowianie”, a Jagoda zorganizowała w przedszkolu „Małych Węgrowian”! Opracowanie scenariuszy występów, scenografii, wybór pieśni, zakup i kompletowanie strojów, koncerty, widowiska obrzędowe, to były tematy naszych ciągłych rozmów w tamtych czasach. Jagoda była tak twórcza, tak kreatywna, a jednocześnie życzliwa i po ludzku dobra, że szybko stała się dla mnie jedną z najbliższych osób, z którymi współpracowałam. Wiele się wtedy od Niej nauczyłam. Zawsze Ją podziwiałam. I Jej wiersze. Piękne, nostalgiczne, opisujące często świat, który już odchodził, ale który był mi tak bardzo bliski. Jagoda zawsze lubiła w swojej poezji wspominać życie na wsi, wśród prostych, jakże mądrych i dobrych ludzi, a ja takie życie też pamiętam, bo również wychowałam się na wsi.

Kiedy teraz, po latach, gdy Jagoda mieszka w Białymstoku, mam przyjemność czytać Jej wspomnienia z dzieciństwa i młodości, zawarte w felietonach opisujących wieś podlaską sprzed lat, odczuwam niebywałe wzruszenie. Taką wieś i ja pamiętam! Może zwyczaje trochę inne, może postrzeganie pewnych wydarzeń lekko odmienne, ale generalnie tak wieś dawniej wyglądała. Wspomnienia Jagody, mojej drogiej Przyjaciółki, przywróciły mi pamięć o moim dzieciństwie, spędzonym w niewielkiej wsi Karolew w powiecie sokołowskim. To też Podlasie, ale zachodnie. Ze wzruszeniem czytam opisy świąt, wydarzeń rodzinnych, codziennego życia. Tak było. Tak się żyło, tak pracowało i tak świętowało. Moje wspomnienia mieszają się z etnograficznymi doświadczeniami i wiedzą nabytą podczas penetrowania podlaskich wiosek w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. To wszystko przysparza mi wiele radości, bo dziś jako polityk jestem daleko od mojej ukochanej etnografii. Jagódko, przywróciłaś mi swoją twórczością najpiękniejsze wydarzenia z przeszłości, przywróciłaś wspomnienie o dzieciństwie, o ludziach, którzy już odeszli, o sprawach codziennych, prostych, a jakże ważnych. Z całego serca dziękuję, że mogłam przeczytać Twoje felietony! To dla mnie zaszczyt, że mogę napisać kilka słów na ich temat. Przypominają mi się nasze długie rozmowy sprzed lat, nasze wspólne działania i sprawy, którymi wtedy zajmowałyśmy się z takim wielkim zaangażowaniem. Choć jesteś daleko, to ciągle pozostajesz bardzo ważną postacią życia społecznego, edukacyjnego i kulturalnego Węgrowa. Teraz swoim talentem obdarzasz mieszkańców Białegostoku. Mam jednak nadzieję, że Twoja książka opisująca w niezwykle fascynujący sposób życie na podlaskiej wsi, trafi także do Węgrowa.

Tego sobie bardzo wszyscy życzymy!

Z wyrazami szacunku i nieustającą sympatią

Maria Koc

Zamiast Wstępu

Książkę poświęcam pamięci
Moich najdroższych Rodziców
Eugenii i Czesława Zgliszewskich

Autorka

Na książkę niniejszą składają się teksty moich artykułów, które ukazywały się na portalu http://podlaskisenior.pl w latach 2017–2019. Czytelnik winien więc uwzględnić specyfikę techniki pisarstwa dziennikarskiego, które z konieczności posługuje się pewnym skrótem. Ponieważ jednak wykształcenia fachowego w tym zakresie nie posiadam, przeto i język wydanego zbioru jest trochę bogatszy niż pozwalałoby na to internetowe dziennikarstwo sensu stricte. Tak więc znajdziemy tutaj trochę publicystyki, trochę autobiografii i wspomnień oraz niemało wiedzy etnograficznej. Gdzieniegdzie spotkamy też wiersze autorskie lub też ich fragmenty, ilustrujące przedstawianą treść. Całość jest rodzajem wspomnień zarejestrowanych w pamięci dziecka, a spisanych przez osobę w wieku emerytalnym. Zważywszy na fakt, że każdy z zamieszczonych tutaj rozdziałów był odrębnym, niekiedy oddalonym nieco w czasie artykułem, z rzadka napotkać można fragmentaryczne powtórzenia pewnych treści. Trudno było tego całkowicie uniknąć.

Problematyka poruszona w książce obejmuje wszystko, co udało mi się zapamiętać z dzieciństwa na temat życia ludzi na wsi. Znaczna część treści dotyczy tylko dzieci — ich zabaw, zajęć, nauki i innych, swoistych problemów młodzieńczego wieku. Wiedza ta w całej pełni odnosi się prawie wyłącznie do mieszkańców wsi Kadłubówka, położonej w gminie Brańsk w województwie podlaskim (naówczas — białostockim). To moja wieś rodzinna. Ale prawdą pozostanie fakt, iż w okolicznych wioskach było identycznie, a i na całym Podlasiu — bardzo podobnie. Dlatego też pozycja ta ma prawo być źródłem informacji dla badaczy dziedzictwa obyczajowo-kulturowego na tym obszarze kraju, w oznaczonym okresie czasowym.

Urodziłam się w roku 1957, więc moje dzieciństwo przypadło na lata sześćdziesiąte dwudziestego stulecia i to ten okres opisuję w poszczególnych rozdziałach. Starałam się przedstawić możliwie najdokładniej tamte warunki życia ludzi, ich mentalność, zwyczaje, ich prace i szeroko pojętą codzienność. Ale także świętowanie, religijność, obrzędowość i przywiązanie do tradycji. Charakteryzuję ich życie od narodzin do śmierci. Opisuję, jak wyglądał dzień na wsi od świtu do zmierzchu. Opowiadam o pracach rolnych, polowych, ale też charakteryzuję zajęcia te spoza rolnictwa, ze szczególnym akcentem skierowanym na tak zwane zanikające zawody. Zwracam również uwagę na relacje międzyludzkie — rodzinne, sąsiedzkie i koleżeńskie. Oczywiście wszystkiemu towarzyszą wątki osobiste, co było świadomym i celowym zamierzeniem. Całość zamykają krótkie opowieści o moich przodkach — dziadkach z obojga stron oraz rodzicach. W specjalnym dodatku uzupełniam wszystko kilkoma historiami i wspomnieniami nie związanymi z tytułowym okresem czasowym. Wydawały mi się one na tyle ważne, że zapragnęłam je w tym miejscu również ocalić od zapomnienia.

Szczególne podziękowania należne są Pani Marii Koc — etnografowi kultury, obecnej Wicemarszałek Senatu RP, a jednocześnie mojej Przyjaciółce. Niniejsze kieruję z nieukrywaną radością i szacunkiem. To Jej postawie i licznym zachętom zawdzięczam zainteresowanie się regionalizmem oraz propagowanie go w pracy z dziećmi przedszkolnymi w kierowanej przez siebie placówce. To z Jej inicjatywy wszystko się zaczęło i przebiegało pod fachowym okiem etnografa. I to także dzięki Jej zapałowi i niestrudzonemu propagowaniu w środowisku idei ludowości i regionalizmu, ja również połknęłam tego bakcyla. Bakcyla umiłowania tradycji oraz życia wsi, które przecież w dzieciństwie i młodości było moim życiem. Dziękuję Jej również za napisanie Słowa Wprowadzającego do niniejszej książki. Jakże ono ciepłe i jak niezwykle osobiste! Jej opinia — jako profesjonalnego etnografa — jest dla mnie prawdziwym zaszczytem.

Pani Bożenie Bednarek, Redaktor Naczelnej Portalu Podlaskiego Seniora, dziękuję za odsłanianie tajników warsztatu dziennikarskiego, za cierpliwość oraz skuteczne motywowanie do pisania. Koleżankom z zespołu redakcyjnego wdzięczna jestem za życzliwe asystowanie mojemu pisarstwu oraz za pochlebne opinie na temat jego treści. Serdecznie dziękuję również mojemu Rodzeństwu za pomoc w zbieraniu owych wspomnień, obecnych także i w zakamarkach ich pamięci. Uzupełniali czasem to, co akurat umknęło mojej.

Jeżeli choćby tylko dzieci rodzeństwa zechcą poznać zawartość tej pozycji i odnaleźć w niej własne korzenie — książka spełni już swoją rolę. Każdy czytelnik spoza tego kręgu sprawi autorce miłą niespodziankę i dużą radość.

aby ocalić pałac

aby gmach ten zachować

z całą jego świetnością

krużgankami ze słomy

wieżyczkami z jałowca

aby dymem z komina —

nitką z cieniutkiej przędzy

snuł się pośród olbrzymich

chmur czepionych gałęzi

żeby gmach ten zachować

we wspomnieniach ocalić

jak dalie kolorowe

przy płocie tyczki malwy

i splątane konary

świeżo-zielonym chmielem

w niewinności poranka

wieczór — pora maciejek…

aby zachować pałac

z drogocennym przepychem

trzeba ocalić pamięć

tego co szybko znika!



Jadwiga Zgliszewska

Białystok, czerwiec 2019

I. Warunki życia, pracy i odpoczynku

1. Od świtu do nocy — jak wyglądał dzień na wsi?

Dzień na wsi zaczynał się kiedyś bardzo wcześnie. Latem był to świt, zimą — jeszcze czarna noc. Kończył się zaś wtedy, gdy od dawna było już ciemno. Cały był po brzegi wypełniony jakimiś zajęciami, bez względu na porę roku. Chwile odpoczynku były krótkie. Dniem bez pracy była niedziela, choć obowiązki gospodarskie również i wtedy trzeba było wykonać. Zwierzęta hodowlane nie mogły głodować.

Po obudzeniu się i porannym pacierzu oraz obmyciu twarzy wodą, zaczynała się codzienna krzątanina. Pierwszą czynnością było dojenie krów. U nas najczęściej zajmowała się tym mama, a tata tymczasem dawał jeść i pić wszelakiej zwierzynie. Zaraz potem zaganiało się krowy na pastwisko. W naszej wsi rolnicy i tak mieli komfort trochę późniejszego budzenia się, bo na miejscu była zlewnia mleka. Mieszkańcy okolicznych wiosek wstawać musieli jeszcze wcześniej. Kury karmiła mama. Ona też musiała przecedzić mleko. Na konew zakładało się obrębiony kawałek płótna, jedno dziecko musiało je podtrzymywać, a ona przelewała mleko z wiadra od udoju przez tę szmatkę-cedzidło. Trzeba je było natychmiast uprać i powiesić do wysuszenia. Była to ważna czynność i skrupulatnie jej przestrzegano, bo w mleczarni wyrywkowo dostawę badano: na czystość, na bakterie, na tłuszcz i na kwasowość. Zapamiętałam te nazwy, ponieważ nasz tata przez ładnych parę lat był zlewniarzem i często się one w rozmowach domowych przewijały. Wpadka oznaczała zwrot mleka, a to powodowało stratę. Gdy się już jednak przydarzyło, zaraz nastawiano je na zsiadłe, a potem odgrzewało i z tak zwarzonego robiono twaróg.

W międzyczasie należało wydać dzieciom śniadanie i wyprawić je do szkoły. Śniadania częściej były gotowane, bo kanapek nawet chyba jeszcze wtedy nie znano. Szybka zupa mleczna lub inna, jakieś placki z patelni, jajecznica, coś odgrzanego z wczorajszego dnia, czasem jajka czy ser, a bardzo rzadko wyroby z mięsa. Po czym matki, po ogarnięciu używanej części domu, zabierały się za gotowanie obiadu. Poza tym zszywały, cerowały i łatały garderobę, pościel oraz worki. Dodatkowo niektóre tkały narzuty i kapy na łóżka, nazywane wtedy dywanami. Inne przędły, dziergały na drutach lub szydełku. Latem pieliły przydomowe ogródki, robiły przepierkę, suszyły pranie na sznurach rozciągniętych pomiędzy drzewami. Mężczyźni w stodole młócili cepami słabsze zboże, oczyszczali je przy użyciu wialni, sortowali, czasem rąbali drewno. Łatali dziury w płocie, naprawiali narzędzia rolnicze, ostrzyli np. kosy czy kieraty.

Latem życie było może barwniejsze, ale praca cięższa. Po sianokosach przychodziła pora na żniwa. W czasach, gdy zboże ścinano kosą, trwały one nawet do kilku tygodni. Najpierw koszono zboże jare, potem ozime. Czyli na pierwszy rzut szło żyto i „gorsza” jara pszenica, a po nich — jęczmień, owies, pszenica ozima, gryka, groch i bardzo rzadko kukurydza. Jeśli ktoś miał dużo ziemi i upraw, musiał nawet wynajmować robotników, by zdążyć ze wszystkim na czas. Podobnie było w wykopkami. Kiedy kartofle kopało się jeszcze tylko motyczkami, trwało to wiele dni. A najgorzej, gdy wykopki przypadły na deszczowy czas. Po takim dniu pracujący wracali do domów cali przemoknięci i zmarznięci oraz oblepieni błotną mazią. Wtedy natychmiast warzono gorącą kolację, najczęściej zupę mleczną — zacierkę lub kaszę oraz kraszone kartofle. Żeby się rozgrzać po przebraniu w suche odzienie.

Wtedy rodziny wiejskie były wielodzietne. W mojej wsi jakoś szczególnie miało to swoje odbicie. Na tamte czasy przypominam sobie tylko dwie z zaledwie trójką dzieci, następne dwie lub trzy — z czwórką. Absolutnie dominowały te z pięciorgiem lub sześciorgiem potomstwa, a nawet i więcej. Ubranka młodsze nosiły po starszych, natomiast starsze zajmowały się młodszym rodzeństwem. To była norma. Nikomu nie było lekko, ale też i nie było większych dysproporcji materialnych pomiędzy nami. Rzadko zazdrościliśmy innym czegoś, nie narzekaliśmy. Wszyscy czuli się sobie podobni i zdawali tworzyć jedność.

Życie sąsiedzkie wyglądało różnie. Były zażyłości i przyjaźnie, zapraszanie się na rodzinne uroczystości, takie jak chrzciny czy wesela. Ponieważ potomków było dużo, a niekoniecznie rodziców nowo narodzonego dziecka stać było na wystawniejsze przyjęcia, za chrzestnych zapraszano bardzo często sąsiadów, a nie rodzinę. A że tacy, co podawali dziecko do chrztu, byli określani kumami, przeto w całej wsi większość zwracała się do siebie: „kumo” i „kumie”. Jednak miały też miejsce wzajemne wrogości i gniewy. Nierzadkie były swary i kłótnie — głośne i publiczne, jeśli to było np. lato, bo odbywały się na dworze, często wprost na ulicy lub podwórku. Powszechne było… podsłuchiwanie tych kłótni. Następnie opowiadano sobie nawzajem, co kto usłyszał, tworząc całą fabułę, opartą w znacznej mierze na domysłach. Czasami potem gniewy takie trwały latami, ale prawie zawsze zaczynało się od głupoty, powodu absolutnie niewartego zacietrzewienia. Dużo złego robili poplecznicy i donosiciele. Tacy, co natychmiast przekazywali, co jeden na drugiego powiedział. Czasem jedno niefortunne zdanie tak obrosło wieloma innymi po drodze, że trafiało do zainteresowanego w zupełnie zmienionej, prawie zawsze — w dużo gorszej formie. Przyczyniało się to do zaogniania i przedłużania sąsiedzkiego konfliktu. W następstwie tego czasem całe rody i nawet pokolenia nie rozmawiały ze sobą latami. W tamtym czasie na wsi plotki były bardzo popularne. Zdecydowanie przodowały w tym kobiety, ale niektórzy mężczyźni też byli czynni. Głośnym swarom przysłuchiwali się wszyscy sąsiedzi będący w zasięgu. Potem scalano dosłyszane strzępy wymiany słownych ciosów i zaistniałą drakę próbowano złożyć w całość. Było to atrakcyjne nawet dla dzieci, choć nas na ogół z miejsc takich przepędzano. Potem przez wiele dni istniał temat do plotek. Naówczas był to ważny element życia społecznego, zapełniający jakąś lukę. Prawdopodobnie potrzebę nowości i odmiany, przerywającej monotonię życia. Dziś z powodzeniem zastępują to plotkarskie czasopisma, portale społecznościowe, niektóre programy telewizyjne.

Jednak podstawą wszystkiego była znojna praca. Mówiło się o takiej robocie, że kogoś „noc wygania, noc przygania”. W gospodarstwie zawsze było co robić, nawet gdy nie było akurat prac polowych. Gospodarze krzątali się obejściach, a gospodynie zajmowały praniem, sprzątaniem i gotowaniem. Latem pod wieczór ściągano z pól do zagród, często przyjeżdżając do domów furmanką. Zaraz wyprzęgano konie i natychmiast dawano im pić. Jednocześnie spędzano do obór krowy z pastwisk, a było to głównie zajęcie dzieci. Krasule z ciężkimi wymionami wymagały szybkiego dojenia. Doiło się wtedy ręcznie. Często robili to obydwoje gospodarzy. Albo jedno prowadziło udój, a drugie karmiło świnki, zadawało sianko cielętom nie pasącym się jeszcze na trawie. Dokarmiano też drób, zapędzano cały inwentarz do miejsc ich noclegu, zamykano drzwiczki na skobelki, zasuwki i kłódki. Na gumnie nastawała cisza.

Wszyscy myli twarz, ręce i nogi — tyle należało do obowiązku. Tak dzieci po całodziennym hasaniu, jak i dorosłych po pracy. Następnie spożywano kolację. We wszystkich lub prawie wszystkich domach na ten posiłek jadło się swojskie pieczywo, chleb albo bułki, z tylko co wydojonym mlekiem. Zimą i jesienią po kolacji każdy imał się swoich zajęć. Latem zaś dzieciarnia wybiegała z wrzaskiem na ulicę, aby hulać do ciemnej nocy. Dorośli mieli swoje rozrywki. Mężczyźni gromadzili się grupkami przy płotach, palili papierosy i opowiadali różności „ze świata”, okraszając je nieobyczajnymi kawałami i salwami gromkiego śmiechu. Niektórzy nie potrafili obejść się bez przekleństw. Kobiety w tym czasie obsiadały przydomowe ławeczki i przepowiadały, co która gdzie zasłyszała. Jeśli był ciepły wieczór, do domów schodzono się całkiem późno i od razu szło do łóżek oraz zasypiało kamiennym snem.

Inny trochę rozkład dnia miały niedziele. Większość rodzin praktykowała chodzenie do kościoła. Rodzina zazwyczaj rozdzielała się na dwie części — młodsi udawali się na mszę poranną, a starsi — na summę. Po kościele był bardziej świąteczny obiad, a po nim znów wychodziło się z domów. Na nasze podwórko zawsze schodziło się wiele kobiet, ze swymi najmniejszymi pociechami na rękach. W gromadzie było raźniej i weselej. No i ploteczki z całego tygodnia zostały zniesione w jedno miejsce. Dzieci raczkowały po trawie, trochę starsze biegały obok. Ważne, że wszystkie były „na oku”. Matki miały w kieszeni jakieś ciastko czy kawałek bułki dla maluchów. Do picia była woda ze studni. Tyle wystarczało wszystkim do szczęścia. Starsze dzieci zabawiały się same, w niedzielę po powrocie z kościoła przebrane w inne ubranka, ale lepsze i ładniejsze od codziennych. To pozwalało nam odczuć odmienność tego dnia.

Nie znaczy to, że panowała nieustanna szczęśliwość. W każdej wiosce plagą było pijaństwo. W bezpośrednim sąsiedztwie naszego domu był sklep spożywczy, a w nim sprzedawano tanie wino, które potocznie nazywano: „patykiem pisane” oraz piwo. Amatorów taniego alkoholu nigdy nie brakowało. Wszystkich jednako nazywało się „pijakami”. Z racji sąsiedztwa ze sklepem, często przychodzili do nas, aby pożyczyć szklankę lub kieliszek, czasem prosili o kawałek chleba, zaszywali się w naszym wiśniowym sadku i wypijali nawet kilkanaście butelek takiego wina. Opróżnione butelki wyrzucali na trawę obok. A my czatowaliśmy w krzakach, by jak najprędzej po ich odejściu zebrać te butelki, które potem można było sprzedać. W czasie takich libacji zdarzało się, że przybywała, nawet z sąsiedniej wioski, mocno wzburzona małżonka czy matka. Rozlegał się wielki wrzask i była draka na całego. Przysłuchiwaliśmy się i przyglądali takiemu widowisku, nie kryjąc zainteresowania. Niektórym kobietom udawało się nawet czasem zabrać do domu swojego mężczyznę. Jednak nie przeszkadzało to, by nazajutrz z kompanią pojawił się znów. I tak bez końca…

Życie na wsi dla tamtych dzieci, których pokolenie reprezentuję, było ciekawe, nietuzinkowe i mimo biedy — całkiem szczęśliwe.

2. W wiejskim domu — urządzenie wnętrza

Dom posiadał każdy, bezdomnych na wsi nie było. Zdarzało się zamieszkiwanie w chałupce lub lepiance, ale dach nad głową mieli wszyscy. Jeśli zaś kto by go utracił, zamieszkiwał wtedy kątem u bliskich czy sąsiadów. Tak było na przykład wówczas, gdy ktoś się akurat budował albo w przypadku pogorzelców.


Domy różniły się pomiędzy sobą niezbyt wiele. Jedne były drewniane, inne — to tak zwane murowanki, w jakiej mieszkała i moja rodzina. Zaś dziadkowie z obojga stron żyli w drewniakach. Łączyło je to, że wszystkie były nieduże. Większe domostwo był drogie i do zbudowania, i do ogrzania. Dlatego włościanie z połowy XX wieku gnieździli się na niewielkich powierzchniach mieszkalnych. Stanowiły je: sień, obowiązkowa komórka, przestronna kuchnia, mały wałkierz do spania i jeden większy, „lepszy” pokój, nie używany na co dzień. Był nazywany „dużą chatą” i służył dla rzadkich gości. Tylko nieliczni posiadali dodatkowo jeszcze jeden pokój, ale… nie wykorzystywano go zgodnie z przeznaczeniem, jako pomieszczenie mieszkalne. Taka izba była często niewykończona, nieumeblowana, nie posiadająca ogrzewania. Mówiono o tym miejscu, że „stoi pustkami”. Służyło ono za spiżarnię, składzik, drewutnię i temu podobne. Tymczasem w jedynej sypialce stało po kilka łóżek, a sypiano również i w kuchni. Czyli w używanym lokum tłoczyło się wiele osób, a jednocześnie inne pozostawało poza użytkiem. Ogólnie każde pomieszczenie nazywano „kątem”. Kiedy ktoś się budował, zapytywano: „ile kątów” będzie posiadał dom? Albo czy taki i owaki „kąt” w czyimś domu jest ogrzewany? Potem już, kiedy nieliczne spośród miastowych, dorosłych dzieci, nabywały mieszkanie w bloku, również pytano, ile ma ono kątów. Bo kąt to była każda izba mieszkalna.

Wszystkie wiejskie domy były też bardzo podobnie urządzone. Istniały w tym względzie utarte kanony i rzadko kto ważył się na odstępstwo. Wręcz przeciwnie, każdy dążył, by nie odstawać od reszty. Może jedna rodzina przodowała wtedy w różnych nowinkach, a reszta dążyła, by ją naśladować.

Okna kuchenne w wiejskich domach były znacznie mniejsze od tych z innych pomieszczeń. Posiadały rozsuwane zasłonki, które nazywano — nie wiedzieć czemu — firankami. Fikuśne marszczenia, zakładki i falbanki dodawały im uroku. U góry zawieszało się poprzeczkę. Te zasłoneczki-firaneczki dziś budzą we mnie zachwyt i nostalgię. Zwłaszcza, że okna były wypełnione kwitnącymi pelargoniami, najczęściej białymi i czerwonymi. Stwarzało to sielski nastrój. Kiedy już nastała era firan, te wieszano w dużych pokojach, a określano mianem gardyn. Gardyny kupowano na rynku w Bielsku Podaskim, u Rosjanek. Im większe wzory, tym większy wzbudzały zachwyt. Wszystkie sąsiadki przychodziły je oglądać i podziwiać po zakupie.

Ściany prawie wyłącznie były tapetowane. Do kuchni kupowano tapetę ciemniejszą, bardziej wzorzystą, żeby nie było można zbyt szybko dostrzec zabrudzeń i zanieczyszczeń. W pokojach była jaśniejsza, bardziej stonowana lub wytworna, ze zdobnymi tłoczeniami. W pośledniejszych pomieszczeniach było na ogół dużo obrazów religijnych, zawieszonych rzędem na ścianach. U niektórych eksponowano jeszcze zdjęcia rodzinne w ramkach. Czasem chodzili po wsi domokrążcy i sprzedawali kiczowate wizerunki świętych, a tym wątpliwym „arcydziełom” oparł się tylko ten, kto był bez grosza przy duszy. Zakup taki był powodem zazdrości względem możniejszych. Dobrzy znajomi na taki cel chętnie pożyczali sobie pieniądze.

Prawie w każdym domu było w kuchni specjalne ozdobne miejsce w kącie. Policzka, czyli trójkątna drewniana półeczka narożna, stanowiła punkt na precjoza kultu religijnego. Stała tam niemała gipsowa figurka Matki Boskiej, krzyżyk i lichtarzyki do świeczek oraz bukiety kwiatków z bibuły. Półeczkę zdobiła zwisająca serwetka-wycinanka z białego papieru. Pamiętam, jak prześcigałyśmy się z siostrą, która wytnie ładniejszą. Bo po osądzie mamy — ta właśnie miała zawisnąć na święto. Potem miejsce serwetek papierowych zajęły bardziej praktyczne, sztuczne, z podgumowanego plastyku. Te nadawały się do mycia i mogły służyć dłużej. Sztuczne kwiatki zastąpiły też te ręcznie wykonywane z krepiny. Z dużym sentymentem patrzę w to miejsce po dzień dzisiejszy, gdy latem spędzam czas w domu rodzinnym na wsi. I bardzo się cieszę, że się jeszcze zachowało.

Podłogi w domach były z drewnianych desek, niemalowane. Co sobotę należało je umyć i wyszorować do białości szczotką ryżową. Od dzieciństwa czynność była nam znana i przypisana do cotygodniowych obowiązków. Należało też wytrzepać chodniki i wywiesić je na płocie do wywietrzenia. Potem kładło się je równiuteńko na czystej, już wyschniętej podłodze. Były to barwne szmaciaki wykonane z farbowanych w jaskrawe kolory tkanin. Kiedy szykowano się do wyrobu nowych chodników, szukało się nie tylko u siebie, ale też pozyskiwano od znajomych i sąsiadów rozmaite szmaty. Każdy to rozumiał i wzajemnie się wspierał. Bo to przedsięwzięcie raz na wiele lat. Szukano jaskrawych ubrań, które już nie nadawały się do użytku. Sporo szmat pozyskiwano ze zdartej pościeli. Stare poszwy i prześcieradła farbowano na różne kolory. Po wysuszeniu, wieczorami cięło się lub darło cienkie paski tych tkanin i nawijano na duże kłębki. Potem oddawano na warsztat i odtąd oczekiwano niecierpliwie na efekt. Sąsiadki chętnie chodziły do siebie oglądać nowo tapetowane pomieszczenia, nowo sprawione chodniki czy „dywany”.

Dywanem określano każdą narzutę na łóżko. Co jakiś czas nastawała moda na inne: a to w drobny wzorek, to znów pasiaki, albo wełniane, tak zwane tkackie. Te ostatnie robione były gdzieś za Brańskiem. Na łóżkach nieużywanych na co dzień leżały na stosie poduchy, te wyprawne. Wysoko nakryte łóżko z pierzyną i kilkoma poduszkami ułożonymi jedna na drugiej, w pięknych powłoczkach z falbankami, haftem richelieu itp. to był dość powszechny widok. A nad łóżkiem często pysznił się barwny wzorzysty kilim zawieszony na ścianie.

Umeblowanie wiejskich domów było surowe i skromne. W kuchni mieściły się: pomalowany na biało kredens, stół i stołki, ława, stołeczki i szlabanek. Ten ostatni, szlaban, to rodzaj mebla do spania z rozsuwaną na noc szufladą. Na dzień zdejmowano zeń pościel, a siennik przykrywano deską. Służył więc wyśmienicie jako siedzisko dla kilkorga osób. Aż do rozpoczęcia nauki w liceum spałam razem w siostrą na takim szlabanku. Nie był zbyt wygodny, ale kto wtedy szukał wygód? W sypialce, czyli po naszemu — w wałkierzu, stało po kilka łóżek. Dwa lub trzy stanowiły normę. Oczywiście w każdym spało dwoje dzieci albo dorosłych. Łóżka były wykonane przez stolarza. Stryjek Zygmunt w swoich czasach kawalerskich sypiał na takim metalowym, z wysokim zagłówkiem i mosiężnymi kulkami nakręcanymi w czterech rogach szczytków. To łóżko, jako inne od pozostałych, budziło nasze żywsze zainteresowanie. Cichcem, dla hecy, odkręcaliśmy mu czasem jedną metalową gałkę. Poza łóżkami, w sypialce w zasadzie żadnych innych mebli nie było. Tylko jeszcze jakaś szafka lub gorsza, starsza szafa.

Pokój gościnny, ten zwany dużą chatą, był jedynym pomieszczeniem paradnym, na pokaz. To w nim najwcześniej pojawiła się wersalka, lustro tremo czy wreszcie — regał jako obiekt powszechnego pożądania. No i dywan, który w całości przykrywano… przezroczystą grubą folią! Ale to było później. W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia w takim „salonie” stało łóżko pełne wspomnianych poduszek, szafa dębowa, czasem komoda lub ozdobny kredens, stół i krzesła. Stół, który czasem był meblem okrągłym, okrywał ozdobny obrus — haftowany lub wydziergany na szydełku. Albo biały lniany, w desenie. Wystrój uzupełniały kwietniki, również ręcznie wykonane z drewna, mniej lub więcej ozdobne. Posiadały one półki i półeczki na kilku poziomach i mieściły po kilka doniczek. Na każdej półeczce leżała biała serwetka-rękodzieło. W tamtych czasach na wsi hodowało się bardzo dużo roślin doniczkowych, a wszystkie zdobyte we własnym zakresie i wypielęgnowane od malutkiej roślinki, której odnóżkę otrzymywało się od sąsiadki. Istniał też przesąd, by… uszczknąć roślinkę w tajemnicy przed właścicielem, bo wtedy pewniej się przyjmie i będzie lepiej rosła. Później przyznawano się do tej niewinnej kradzieży. Dominowały: muszkatel, pelargonia, geranium, asparagus, paprotki, oleander, fikus i aloes w kilku odmianach. Tyle zapamiętałam.

Większość mieszkańców wsi dbało o wystrój domostw na miarę swoich możliwości. Było ambicją gospodyń, aby utrzymać czystość, porządek i wygląd swojego kąta. Wyznaczał on miejsce w wiejskiej hierarchii, stanowiąc nie tylko o zamożności i zapobiegliwości, ale też staranności, pracowitości i dbałości gospodarzy. Troska ta obejmowała zresztą całe siedlisko. Porządek na gumnie świadczył o gospodarzu. Wygląd podwórka bliżej domu zależał od obojga. Dzieci również nie były pominięte. Rodzice kazali nam nieraz pozbierać patyki, liście, papierki, niedopałki. W każdą sobotę obowiązkowo zamiataliśmy wszystkie podwórkowe dróżeczki. Było ich zaś kilka, prowadzących do ulicy, do babci, do gumna, do gromady piasku, do studni. Po zamieceniu trzeba było wynieść do śmietnika spore gromadki nieczystości. Innym zwyczajem przed niedzielą było narwanie kwiatków — najczęściej na łące, ale też i ogródku. Trzeba z nich było starannie ułożyć bukiety, wstawić do słoików z wodą i roznieść w różne miejsca w domu: na stół i stolik, na parapet, na radio, na kuchenny okap nawet. A na spodeczku — niezapominajki, przyłożone pośrodku i dociśnięte kamykiem. Dom od razu wyraźnie poweselał i już można było oczekiwać niedzieli.

3. Ubiór codzienny i odświętny

Moda była wtedy na odległym planie. Ubranie przede wszystkim musiało być praktyczne. Cechy wyznaczające ową użyteczność, to między innymi: trwały materiał w kolorze nie wymagającym częstego prania oraz rozmiar dosyć uniwersalny, bo te wydłużały czas ich noszenia. Ważne też, żeby był łatwy do czyszczenia. Obuwie podlegało jeszcze silniejszym rygorom. Skórzane było trwalsze i cieplejsze, ponieważ zawsze można je było natłuścić, wypastować i znów wyglądało prawie jak nowe. Dzieciom kupowano buty ze dwa numery większe, żeby można je było dłużej nosić, mimo iż rosły stopy. Zakładało się jedną parę skarpetek więcej i to rozwiązywało problem, bo za rok już pasowały jak ulał. Zresztą i odzież, i obuwie, sprawiano wtedy „na wyrost” — jak to określano. Te normy odnośnie ubioru zapamiętałam ze swego dzieciństwa na wsi w połowie lat sześćdziesiątych XX stulecia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 44.44
drukowana A5
Kolorowa
za 69.53