E-book
12.6
drukowana A5
46.98
BEZ SERCA

Bezpłatny fragment - BEZ SERCA


Objętość:
196 str.
ISBN:
978-83-8440-410-2
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 46.98

1

Połowa czerwca, czas, kiedy już wszyscy czują w powietrzu powiew wakacji, nikt nie myśli o testach, sprawdzianach czy poprawkach. Nie inaczej było w Liceum Ogólnokształcącym im. Bogusława X w Białogardzie. Większość nauczycieli, w tym ja, miała już kilkanaście dni temu wystawione oceny, nie czekając na ostatnią chwilę.

Idąc do szkoły, nie z materiałami do nauczania, lecz z całą reklamówką gier, dzięki którym uczniowie oprócz nauki będą mogli się wyluzować i w inny, według mnie ciekawszy sposób spędzić czas, zauważyłem przed szkołą dwa radiowozy policji.

Wchodząc do szkoły, udałem się jak zwykle do pokoju nauczycielskiego, trwała wtedy jeszcze lekcja. Zostawiłem cały swój ekwipunek przy krześle i zacząłem robić sobie herbatę. Po chwili zawołała mnie pani dyrektor Walska, nauczycielka historii, która urząd sprawuje od roku. Chce z naszej niewielkiej szkoły uczynić liceum, które będzie konkurowało z najlepszymi szkołami w Polsce, wysyłając nas na przeróżne kursy czy szkolenia.

Zawsze ubrana, jakby szła na galę rozdania Oscarów: czerwone szpilki, pomarańczowa sukienka z jednym odkrytym ramieniem i rękawiczka na drugiej ręce. We włosy wpiety jakiś kwiat, tona makijażu i liczna biżuteria. Miałem wrażenie, że bardziej stawia na to, jak wygląda, a nie na to, co ma do powiedzenia. Może tym chciała zaleczyć ewentualne braki czy kompleksy. Był to typowy przerost formy nad treścią.

Ja starałem się dać z siebie jak najwięcej, jednak chyba nigdy nie osiągnąłbym poziomu, z którego pani dyrektor byłaby zadowolona. Po wejściu do jej pokoju ujrzałem Sandrę, moją koleżankę jeszcze zza czasów gimnazjum, a potem naszego białogardzkiego ogólniaka. Sandra po skończeniu liceum i klasy o profilu policyjnym widziała, jak dalej pokierować swoją ścieżką edukacji i zdecydowała się na szkołę mundurową. Jako fanka filmów sensacyjnych skończyła w oddziale kryminalnym. Nie bez znaczenia pewnie jest fakt, że komendantem naszej policji jest jej wujek Piotr Krawczyk, którego za czasów szkoły lubiłem, chyba z wzajemnością. Wtedy był opiekunem naszej klasy i prowadził nas twardą ręką. Miny dyrektorki i Sandry były grobowe.

— Cześć, coś się stało, co cię do nas sprowadza? — pytam się, witając się z Sandrą.

Sandra nie wyglądała już jak licealistka z warkoczami, które wtedy nosiła codziennie; w jej przypadku akurat upływ czasu zadziałał na plus. Miała czarne włosy z prostą grzywką, szczupłą twarz, na pewno musiała kilka kilogramów zrzucić; bez zmian pozostały zielone oczy i wąskie usta. Prawdziwa pani policjant — pomyślałem.

— Pani aspirant Żalińska przyszła nas poinformować o tragicznym wydarzeniu dotyczącym uczennicy z pana klasy, panie Nadolny — odpowiedziała, jak zwykle formalna, choć z załamującym się głosem.

— Jak już się dowiedziałam, chodzi o dziewczynę z Twojej klasy, Milenę Barczykowską. Znaleźliśmy jej ciało w lesie, około dwóch kilometrów za szkołą. Została zamordowana, ma na sobie kilkanaście ran kłutych. Próbowałam skontaktować się z rodzicami, ale są na wyjeździe w Szwajcarii i nie odbierają telefonów.

Zamarłem. Milena co prawda nie była najlepszą uczennicą, ale jedną z najbardziej rozpoznawalnych w szkole. Pochodziła z dobrego domu, była jedynaczką. Las zaczął się już kilkanaście metrów za szkołą.

— Kiedy ostatni raz widziałeś dziewczynę żywą? — dopytuje Sandra.

— Wczoraj na lekcji, mieliśmy godzinę wychowawczą — nie mogę nadal uwierzyć, że dziewczyna, z którą wczoraj rozmawiałem, dzisiaj jest już martwa i to zamordowana.

— Macie jakichś podejrzanych, świadków? Kto mógł się tego dopuścić? — wtrąca się dyrektorka.

— Póki co zbieramy informacje, zwłoki zostały znalezione rano w Lasku Północnym przez przypadkowego biegacza z psem, który znalazł ciało. Śmierć nastąpiła dzień wcześniej, najprawdopodobniej tam, gdzie znaleziono ofiarę.

Rozbrzmiewa dzwonek.

— Mam do Państwa prośbę. Czy moglibyście wszelkie formalności załatwić poza terenem szkoły? Bardzo zależy mi na zachowaniu spokoju i niewzbudzaniu negatywnych emocji wśród uczniów — mówi dyrektorka, chyba chcąc, aby sprawa nie nabrała rozgłosu.

— Jasne — taki układ jest mi na rękę. Lepiej będzie rozmawiało mi się z dawną koleżanką w nieobecności Walskiej.

Gdy wyszliśmy na zewnątrz, rozmowa toczyła się nieco luźniej, o ile w ogóle w przypadku takiej tragedii można mówić o innej atmosferze między mną a Żalińską.

— Niezła gwiazda macie za dyrektorkę — rozluźnia atmosferę Sandra.

— Tak, szkoda, że dzieli ją przepaść w porównaniu z panem Bogdanem Niemczykiem z naszych dawnych lat. Odszedł na emeryturę dwa lata temu.

Pana Bogdana nie dało się nie lubić. Starszy już pan, któremu dużo zawdzięczałem, szczególnie w ostatnich latach jego kariery, kiedy nastawiał za mnie karku. Gdyby nie on, nie dostałbym pracy. Porozbijał klasy językowe na mniejsze, przez co potrzebowali nauczyciela. Tak naprawdę już go mieli.

— Opowiedz mi coś o tej dziewczynie, w jakim była domu, z kim się trzymała. Będziemy musieli przesłuchać ich najbliższych i jak najszybciej skontaktować się z rodzicami denatki.

— Milena była charakterystyczną dziewczyną, można było powiedzieć, że była wyróżniającą się dziewczyną w naszej klasie. Wysoka, szczupła, blondynka — ale to już chyba zauważyłeś. Mieszkali w domu na końcu Krakowskiej. W domu też nie miała problemów, ojciec był adwokatem, matka chyba księgową, więc raczej na kasę nie narzekali. Ona zawsze obecna na zebraniach, dopytywała o córkę. Nie miała większych zainteresowań, niezle się uczyła. Ostatnio miała trochę nieobecności, ale sama wiesz, że nikt święty nie jest. I jeszcze jedno, chociaż nie wiem, czy to ważne — pojutrze miała świętować swoje urodziny. Jej koleżanki nagrywały jakieś filmiki w klasie po lekcjach. Pytały się mnie o pozwolenie, miało to być niespodzianka.

— Wiesz co to za film?

— Pojęcia nie mam, pewnie jakieś życzenia.

— Słuchaj, mam prośbę, może dałbyś radę skontaktować się z rodzicami i powiedzieć, żeby jak najszybciej oddzwonili do mnie? Mój numer powinieneś mieć, chyba że pozbyłeś się starej koleżanki z listy kontaktów.

— Jeszcze mam, z naciskiem na „jeszcze”. Szkoda, że w takich okolicznościach musieliśmy się spotkać, po tylu latach.

— No właśnie, tak to jest, jak się nie pielęgnuje znajomości — śmieje się Sandra.

— To teraz masz dwa miesiące wolnego — kiwa głową.

— Powiedzmy, tylko relaks, słońce, plaża i zimne piwko — śmieje się.

— Ja w przeciwieństwie do Ciebie nie nastawiam się na beztroskie wakacje, pewnie będą miała ręce pełne roboty… A i jeszcze jedno, podaj mi nazwiska koleżanek, z którymi trzymała się denatka.

— Najbliżej była z Olgą Chodak, ale trzymała się też z Mariką Boryczko. Zaraz mam nimi lekcje, to możesz je zgarnąć, a ja będę musiał jakoś poinformować klasę.

— Pan Profesor Nadolny, na pewno sobie poradzi — drwi ze mnie, ale nie przeszkadza mi to, lubiłem jej kaszlące poczucie humoru.

— Jakoś będę musiał, pani aspirant, jakbyś miał jakieś pytanie, to wal mało, będę starał się pomóc, jak to tylko możliwe.

Sandra pokiwała głową i poszliśmy w kierunku szkoły. Oddelegowałem do niej dwie najbliższe Milenie dziewczyny, a ja udałem się do pokoju nauczycielskiego, gdzie, jak się okazało, trwało spotkanie zespołu kryzysowego wysłanego przez policję z resztą moich kolegów i koleżanek. Całkiem szybko zareagowali. Zespół stworzony z jednej osoby, młodej dziewczyny, rozdawał ulotki mające na celu przygotowanie uczniów na wieść o tragedii, czy też informacje, jak przekazać informacje i gdzie szukać pomocy. Nie dowiedziałem się nic poza sztampowymi hasłami, które pewnie w podobnej formie przekaże swojej klasie. Stanąłem chyba w najtrudniejszym momencie mojej dotychczasowej kariery nauczyciela języka niemieckiego. Wyszedłem z nauczycielskiego. Moja klasa weszła do sali i wiedziałem, że nastał ten moment.

— Mam dla Was smutną wiadomość. Przykro mi o tym mówić, ale dowiedziałem się o śmierci waszej koleżanki Moniki Barczkowskiej, została zamordowana wydusiłem z siebie drżącym głosem. — Jest to dla wszystkich trudny moment, póki co trwa śledztwo, policja nie ujawnia wielu informacji. Jeśli ktoś z Was potrzebowałby pomocy, chęci porozmawiania, to służę swoim czasem. Możecie również zapukać do pokoju pani psycholog, która na pewno Wam pomoże. Proszę Was o spokój i nie rozsiewanie plotek; z niektórymi z Was może chcieć rozmawiać policja. Każda informacja może przysłużyć się znalezieniu sprawcy, dlatego proszę Was o skupienie.

Na sali słychać było szepty. Bez wątpienia dla większości był to ogromny szok i pierwsza taka sytuacja w naszej szkole od kiedy pracuję, czyli od sześciu lat. Wcześniej też nie słyszałem o podobnej tragedii. Do sali wróciła Marika przesłuchana przez Sandrę. Dziewczyna od razu zwróciła uwagę kolegów i koleżanek. Zaczęły się pytania: O co Was pytali? Jak zginęła? Podejrzewają kogoś? Jej rodzice już wiedzą?

Właśnie, rodzice! Miałem do nich zadzwonić. Odszukuję numer, wychodzę z sali i próbuję połączyć się z niezdającymi sobie sprawy z dramatu swojej córki rodzicami. Modlę się, tylko aby matka nie pytała mnie, co się stało, gdy dowie się, że policja chce z nią jak najszybciej rozmawiać. Po kilku sygnałach odbiera matka:

— Dzień dobry, z tej strony Marek Nadolny, wychowawca Mileny. Dzwonię do Państwa, ponieważ białogardzka policja próbuje się Państwem skontaktować. Bardzo proszę o oddzwonienie na numer, który prześlę w SMS-ie.

— Policja? A o co chodzi, właśnie wracamy ze Szwajcarii, coś z przygotowaniami Mileny do urodzin nie tak? I dlaczego to pan do nas dzwoni?

Bo nie odbieracie telefonów od policji?! — pomyślałem. — Szczegółowych informacji udzieli pani aspirant Żalińska, proszę się z nią skontaktować. Matka na szczęście nie zadawała więcej pytań. Mieli pewnie pojawić się na urodzinach swojej córki… chyba przeżyją podróż z nieba do piekła.

Idąc w kierunku sali, usłyszałem szlochające w damskiej toalecie. Przypuszczałem, że była to jedna z dziewczyn, z którymi rozmawiała Sandra.

— Nie żyje, kurwa, słyszysz? Wiesz coś o tym? — usłyszałem zdumiony, stając przy drzwiach. — Skąd mam wiedzieć, znaleźli ją ponoć na konarze, na którym się spotykaliście. Musisz coś wiedzieć… Ja nic im nie mówiłam — już wiem, że głos należy do Olgi.

2

Stoję przy ścianie, oparty o ścianę korytarza tuż obok drzwi toalety. Podsłuchiwanie przerywa mi Marika, wychodząca z sali. Natychmiast udałem się w jej kierunku, ona poszła zaś w przeciwnym. Zignorowałem ją i poszedłem do sali. Prowadzenie lekcji nie miało sensu, szczególnie że mieliśmy grać w planszówki edukacyjne. Uczniowie zadawali w dalszym ciągu mnóstwo pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Cała szkoła żyła jednym tematem.

Po przyjściu do mieszkania, które mieściło się około dwa kilometry od szkoły, zacząłem przeglądać portale internetowe, chcąc pozyskać więcej informacji o zabójstwie Moniki.

— Ciekawe, czy rodzice już się dowiedzieli — myślę głośno. Wiem, że jutro będę musiał porozmawiać z Olgą, jeśli coś ukrywa, a Sandra o tym nie wie, może mieć kłopoty.

Następny dzień — przedostatni w roku szkolnym — standardowo rozpoczynam od pięćdziesięciu pompek, dwudziestu brzuszków i stretchingu. Dopiero wtedy, gdy krew zacznie mi szybciej płynąć w żyłach, mogę powiedzieć, że się obudziłem. Dzięki temu mini-treningowi i wypadom na siłownię zachowuję jeszcze resztki jakiejkolwiek formy.

Mieszkałem z żoną Patrycją Banasiuk-Nadolną. Pobraliśmy się ponad rok temu w Koszalinie, z którego pochodziła. To miasto nigdy do mnie nie przemawiało, a Patrycja była chętna na zamieszkanie w Białogardzie. Była w drugim miesiącu ciąży, o którą zabiegaliśmy od ślubu. Miała ciemną karnację, czarne włosy i brązowe oczy, ludzie myśleli często, że ma korzenie latynoskie, jednak była rodowitą Polką. Pracowała jako przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej. Jako ambitna kobieta chciała planować do piątego miesiąca ciąży, bo tak wyczytała w swoich damskich pisemkach.

Często była w rozjazdach, jej rejon obejmował całe Pomorze. Patrycja wyjeżdżała dziś na cztery dni, jechała w kierunku Gdańska, zaliczając po drodze inne miejscowości i reklamując ich pasty, szczoteczki oraz leki, których również w domu nie brakowało. Otwierając szafkę w łazience, czułem się jakbym stał przed regałem w Rossmannie.

— Jak samopoczucie, kochanie? — pyta się Patrycja, smarując kanapki masłem. Już ubrana w swój standardowy strój — biała koszula, jasne jeansy i szpilki, typowa pani przedstawiciel.

— Bez zmian, cały czas nie mogę w to uwierzyć — czuję, że następne dni również nie dadzą mi spokoju.

— Ciekawe, kiedy twoja koleżanka znajdzie zabójcę — doszukuję się złośliwości, a może jeszcze się dobrze nie obudziłem. Trochę opowiadałem jej o wczorajszych wydarzeniach.

— Spotykała się chyba z jakimś podejrzanym typem, więc mają trop. — ucinam dywagacje.

— Oby prędko, w mieście może wzrosnąć poczucie zagrożenia, wiedząc, że morderca jest na wolności. Sama się wzdrygam, myśląc, co się jej stało — dramatyzuje, co jest charakterystyczne dla niej.

— Myślę, że nasza dzielna policja stanie na wysokości zadania. — przytulam Patkę.

— Jak zawsze — śmieje się. — Dobra, na mnie czas, nie nawalcie się tylko jutro z Romkiem.

— Będziemy grzeczni jak zawsze — odprowadzam Patrycję do drzwi i daję buziaka na pożegnanie. Z okna obserwuję, jak pakuje walizkę do służbowego auta i odjeżdża. Ja szykuję się do wyjścia do pracy.

Dyrektorka wywiesiła kir, chce upamiętnić moją uczennicę. Wchodząc do szkoły podczas przerwy, musiałem znaleźć Olgę, aby zamienić z nią słówko. Moja klasa była już po pierwszej lekcji, podszedłem pod halę sportową; druga lekcja to WF. Od dziewczyn dowiedziałem się, że Olgi i Mariki nie ma dziś w szkole. Sprawa tym bardziej nie dawała mi spokoju. Dzwonię do Sandry.

— A jednak zachowałeś mój numer — wita mnie Sandra.

— Nie podpadłeś mi tak bardzo, żeby musiał go usuwać. Dzwonię, bo chciałem się zapytać, jak śledztwo, macie coś nowego?

— Nic konkretnego, jutro miały odbyć się urodziny młodej, podejrzewamy, że zabójca o tym wiedział i nie bez powodu wybrał ten dzień. Gadłam też z rodzicami, wrócili do Polski, przedstawiają córkę w samych superlatywach, matka zemdlała, gdy się dowiedziała, musieliśmy wzywać karetkę.

— Stracili jedyne dziecko, pewnie trauma będzie trwać latami. Dowiedziałaś się czegoś od dziewczyn z klasy? — próbuję wyczuć grunt.

— A co, pan profesor taki dociekliwy?

— Wczoraj udało mi się podsłuchać, jak Olga rozmawiała przez telefon chyba z jakimś chłopakiem, z którym spotykała się Milena.

— Chłopakiem?! Mi nic o chłopaku nie wspomniały. Wiesz co, jestem niedaleko, jak jestem w szkole, to wpadnę do Ciebie niedługo.

— Dobra, zapraszam pod dziesiątkę, tam urzęduje pan profesor.

— Się robi, bez odbioru.

Na korytarzu spotykam drugą nauczycielkę języka niemieckiego w ogólniaku, Jolę Czaple. Znała się ona z rodzicami Mileny, mieszkali obok siebie. Choć Jola miała zupełnie inne metody nauczania i od dwudziestu lat przerabiała ten sam materiał, dobrze się dogadywaliśmy.

— Straszna tragedia, Mareczku — od zawsze nazywała mnie Mareczkiem.

— Oj tak, ty chyba znałaś ją lepiej niż ja.

— Pewnie, Milena czasami u nas bywała, spotykałam ją też przecież u Barczykowskich. Pamiętam ją od małego. Wczoraj chciałam ich odwiedzić, ale zobaczyłam policję, potem karetkę i zrezygnowałam.

— Oby znaleźli tego gnoja, co ją zabił — kończę rozmowę, bo wiem, że Jola mogłaby nadawać godzinami. Wiedziałem, że spotkała ją podobna tragedia kilka lat temu. Jej córka zaginęła, a ciała nigdy nie odnaleziono. Sprawę znam tylko z plotek, nigdy z nią o tym nie rozmawiałem. Pewnie potrafi najlepiej zrozumieć, co czują rodzice Mileny.

Uczniów z innych klas nie za bardzo dotyka śmierć Mileny. Nie znali jej osobiście, choć większość wiedziała, o kogo chodzi. Sandra odwiedza mnie pod koniec lekcji. Wychodzimy na korytarz.

— No, mów, co tam słyszałeś — rzuca na przywitanie zziajana Sandra.

— W zasadzie to tyle, że spotykała się z jakimś chłopakiem na konarze, przy którym ją znaleźli. Rodzice nic nie wiedzą o chłopaku? Co za miejsce w ogóle?

— Właśnie gadłam z naszymi informatykami, mamy numer, z którym dziewczyna kontaktowała się praktycznie codziennie, choć nie miała go zapisanego w kontaktach. Telefon na kartę, nieaktywny od wczoraj, ale może uda się coś ustalić. Miejsce jest trudno dostępne, nie wygląda na często odwiedzane, mocno zarosłe. Zginęła tam, na jej ciele nie było widać śladów walki. Wnioskuję, że znała to miejsce i udała się tam sama lub z mordercą. Gdzie są te dwie dziewczyny?

— Nie ma ich dziś w szkole. Chodź ze mną do nauczycielskiego, zadzwonimy do ich rodziców. — Nagłe zniknięcie dziewczyn mocno mnie zaniepokoiło. Matka Olgi bardzo mnie lubiła, zawsze dopytywała o córkę, martwiła się i pytała o możliwość poprawy ocen.

— Witam, Marek Nadolny z tej strony. Pana córki nie ma dziś w szkole, czy wie Pan może, gdzie przebywa? Potrzebuję się z nią skontaktować.

— Jak to nie ma w szkole? O ósmej wyszła z domu i poszła w kierunku szkoły — wyczuwam irytację.

— W takim razie, gdy pojawi się w domu, proszę przekazać, żeby skontaktowała się ze mną w sprawie ocen końcowych — wymyśliłem na szybko, obmyślając plan i dzieląc się nim z Sandrą.

— Pan profesor chyba lubi się bawić w pana detektywa. Przypominają Ci się dawne czasy? — śmieje się Żalińska.

— Zdecydowanie, to dokładnie to, o czym marzę, pod koniec roku szkolnego — wtrącam jej. Swoją drogą, jak Ci w tej policji?

— Gdyby nie to zabójstwo, wakacje pewnie spędziłabym na szukaniu sprawców włamań czy kradzieży, ale lato przeminie pewnie pod znakiem poszukiwania tego chuja, chyba że szybko go znajdziemy. A Ty chyba zadowolony z pracy, wakacje wolne, wszystkie święta, weekendy? — to jest życie. Ja mogę tylko o tym pomarzyć.

— Tak, w tygodniu praca po dziesięć godzin, gdyby nie korepetycje, dalej ledwo co łączyłbym koniec z końcem.

— Muszę lecieć, do pewnie niedalekiego zobaczenia — żegna się Sandra.

— W tą stronę — mówię z uśmiechem.

— W czym? — dziwi się.

— W kontakcie? Nie załapałaś, boomerko? — kontakt z młodzieżą sprawia, że jestem na czasie, jeśli chodzi o ich slang. Za moich czasów było tego mniej. Internet sprawił, że ilość anglicyzmów w naszym języku, a szczególnie młodzieżowym, zdecydowanie wzrosła. Czy to dobrze? Na pewno język polski rozwija się nieustannie i jest to nieunikniona cecha, szczególnie w czasach, w których żyjemy. Mi to nie przeszkadza.

Wychodząc ze szkoły, zaczepia mnie dyrektorka. Dziś ubrana cała na czarno, a we włosach nie miała żadnego kwiatka czy innego ptaszka.

— Panie Nadolny, właśnie o Panu myślałam, czy mógłby Pan dziś udać się z oficjalnymi kondolencjami do państwa Barczykowskich jako reprezentant szkoły? Taka wizyta na pewno okaże dużo wsparcia rodzinie ze strony liceum.

— Dobrze, akurat mam wolne popołudnie, to wybiorę się do nich — wymyślam i odchodzę szybkim krokiem, ucinając dyskusję z tą jedną.

Przed szkołą spotkałem Piotra Krawczyka, komendanta policji, który prowadził również zajęcia dla klas o profilu policyjnym, w tym mojej. Był nie tylko świetnym policjantem, ale również pedagogiem. Liczył na to, że po studiach dołączę do białogardzkiej policji. Zawsze wyprostowany, z nienaganną sylwetką, o którą dbał mimo upływu lat. Szanowałem go bardziej niż innych nauczycieli. Każdy czuł przed nim respekt, chyba nawet do dziś.

— Witam, Nadolny. — podaje mi rękę.

— Witam, pana komendanta.

— Kope lat! Jak się czujesz w roli nauczyciela?

— Chyba się sprawdzam. Może nie ma tyle adrenaliny co w policji, ale nie narzekam.

— Wiesz, że miałbyś pewnie miejsce u nas. Pamiętam, że miałeś to coś, co powinien mieć rasowy glina, czego brakowało innym. Przypominasz sobie, jak przy rozpoznawaniu akt na ćwiczeniach miałeś już ogląd na całą sprawę. — Jego namowy na pracę w policji nie ustępowały. W szkole każdy widział mnie w roli policjanta.

— Praca w szkole sprawia mnóstwo frajdy, chociaż nie ukrywam, że zajęcia z panem wspominam bardzo pozytywnie. Jeszcze ta śmierć mojej uczennicy…

— No właśnie. Znacie się z Sandrą, znasz środowisko uczniów, więc mamy podstawy, aby włączyć cię w sprawę. Może akurat poczujesz bakcyla. Jeśli oczywiście miałbyś czas i chęci. Ja zajmę się formalnościami.

— Na tyle, ile będę mógł oczywiście pomogę, ale nie mogę obiecać stu procentowego poświęcenia się śledztwu. Rozumie pan.

— Jasne, Nadolny, ale dobrze, że ci się chce, a to już wiele, uwierz mi. Pamiętaj, że jakbyś chciał zmienić pracę, to dopóki jestem komendantem, masz pewny etat. Przekażę Sandrze, że jesteś w stanie nam pomóc. Dzięki. — Wyciąga rękę na pożegnanie.

Nie ukrywam, że byłem zadowolony z oferty Krawczyka. Niewiele brakowało, a poszedłbym tą samą ścieżką co Sandra, jednak pewne wydarzenie z przeszłości przekreśliło moje plany.

3

Wiedziałem, że Milena wpakowała się w niezłe kłopoty. Zniknięcie jej koleżanek i ukrywanie faktu istnienia chłopaka sprawia, że śledztwo nie będzie należało do najłatwiejszych. Może Milena miała drugie życie, o którym wiedzieli tylko nieliczni, może zadarła z niewłaściwymi ludźmi, może wiedziała za dużo.

Idę po samochód, czyli czarnego Seata Cupre, który czeka pod blokiem, i ruszam do domu Barczykowskich. Zajeżdżam najpierw do marketu — jutro, jak prawie co tydzień, spotykam się z Romkiem Krzysztofikiem. Poznaliśmy się w podstawówce, razem poszliśmy do gimnazjum, potem on wybrał technikum, a ja liceum. Naszym cotygodniowym rytuałem były wieczory przy whisky, konsoli do gier i gadaniu o wszystkim i niczym. Czasami dołączał do nas jeszcze mój najlepszy kolega z nauczycieli, Tomek — nauczyciel wychowania fizycznego. Od święta wychodziliśmy do Laguny, popularnego klubu na starówce. Tym razem mieliśmy randkę we dwoje.

Kiedy Patrycja była w rozjazdach, była to moja główna rozrywka, nie licząc obiadków u rodziców. Kiedy byłem sam, rzadko chciało mi się gotować dla jednej osoby. Rodzice mieszkali w domku przy Milej, cała klasa znała moją chatę, kiedyś odbywały się tam najlepsze domówki w Białogardzie. Dom rodziców nazywali „Malinówka”, od kiedy załatwiliśmy się nalewką z malin mojego ojca.

Popijawa z Romkiem była u mnie, więc musiałem zadbać o trunki i strawę. Romek był trenerem personalnym w jedynej w mieście siłowni, na którą czasami wpadaliśmy, więc zakąski musiały być wysokobiałkowe, a napoje najlepiej bez cukru. „Trzeba zachować równowagę między grzechem a zdrowym rozsądkiem” — powtarzał trener Romek.

W Lidlu wrzuciłem do koszyka litr Jamesona i Colę Zero. W tak ładną pogodę nie miałem ochoty na gotowanie, kupiłem więc gotowe nuggetsy i kiełbaski wieprzowe. Ta sobota będzie mi bardzo potrzebna — wydarzyło się już dużo, a przede mną jeszcze wizyta u Barczykowskich.

Podjeżdżając pod ich dom, widzę Toyotę Sandry i wypasione Porsche Taycan. Pani aspirant musi maglować rodziców. W progu wita mnie ojciec Mileny, Jerzy — pierwszy raz go widzę na oczy, nie pojawiał się nigdy w szkole. Był starszy od matki Antoniny o kilkanaście lat, ubrany w niebieską koszulę z widocznie odstającym brzuchem i za dużymi spodniami. Zaprasza mnie do środka.

Matka i Sandra siedzą w wielkim salonie z aneksem kuchennym. Pomieszczenie jest w kolorach drewna i ciemnej zieleni, kilka dużych roślin nadaje wnętrzu charakteru. Muszą mieć na prawdę dużo kasy — taki dom jest wart co najmniej dwa miliony. Na drewnianym stole leży mnóstwo papierów, a w rogu widzę dekoracje kupione na urodziny. „Z nieba do piekła” — pomyślałem.

— Dzień dobry, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Nawet nie wyobrażam sobie, przez co muszą Państwo przechodzić. — jakby to cokolwiek miało zmienić w przeżywaniu żałoby.

— Dzień dobry, pani aspirant — mówię oficjalnie do Sandry. — Zajmę się wszystkimi sprawami związanymi ze szkołą, proszę się o nic nie martwić.

— Dziękujemy. Milenka zawsze o panu dobrze mówiła, pewnie zapisał się w jej serduszku i miło pana wspominała. Tak dobrze się uczyła, zawsze zdawała do następnej klasy — wydusza z siebie zapłakana i wyglądająca jak śmierć Antonina Barczykowska. Patrząc na nią, uświadamiam sobie, przez co będę przechodził, gdy stanie się cokolwiek mojemu dziecku. Rodzicom Mileny pozostaje domaganie się sprawiedliwości i ukarania mordercy, do czego pewnie pan adwokat będzie dążył.

Atmosfera była tak przygnębiająca, że nie wiedziałem, co robić — siadać, wyjść z domu, przytulić matkę? Podchodząc do stołu, zauważam zdjęcia martwej Mileny, a właściwie jej pleców, na których sprawca wyciął na jej skórze coś na kształt huśtawki albo wagi — „niezły psychol” — pomyślałem.

— Co jeszcze pan od nas chce? — warknął na mnie ojciec Mileny, aż stanąłem na baczność.

— Uspokój się! Lepiej wytłumacz się pani policjant z potrącenia tego dziecka w Szczecinie, bydlaku! — krzyczała jednocześnie z cierpienia matka.

— Jak te gnoje zabili Milenę, to mam nadzieję, że spotka ich to samo co ich bachora! — grzmiał.

Chyba nie pojawiłem się w najlepszym momencie, o ile o takim można mówić.

— Proszę się uspokoić, nerwy tutaj naprawdę nic nie pomogą — mówi zimnym głosem, twardej gliny Sandra. — Chciałabym zobaczyć pokój państwa córki. — Ton jej głosu wskazuje, że nie bierze pod uwagę sprzeciwu rodziców.

Ojciec prowadzi nas do jej pokoju na parterze. Czarne metalowe schody prowadzą do niewielkiego korytarza. Znajdowały się tam cztery drzwi. Barczykowski otwiera jedne z nich. W pokoju panował porządek. Nie pasował on do stereotypowych pokojów innych nastolatek. Na środku stało łóżko kontynentalne, na szafie lampka i batoniki owsiane. Na regałach pod ścianą styl książki i zeszyty. Część pozycji to poradniki o zdrowym trybie życia, reszta to książki do szkoły. Najgrubsze egzemplarze uczniowie zostawiali w szkole — będę musiał przynieść je rodzicom zmarłej dziewczyny.

— Mogę zajrzeć do szafek? — Sandra chce przetrzepać pokój.

— Tak, proszę — Barczykowski nie był z tego faktu zadowolony, świadczył o tym drżący głos i rozbiegane oczy.

— Muszę skorzystać z toalety — rzuca i szybko znika zza drzwi łazienki.

Po chwili pani aspirant wyjmuje dzienniczek. Sandra przegląda go i głową daje mi znać, żebym podszedł. Milena notowała swoją masę ciała oraz ciśnienie krwi i tętno. Ostatni wpis był sprzed trzech miesięcy — 46 kg — 112/77 — tak zapisywała dane.

— Dziewczyna chyba miała bzika na punkcie zdrowia — stwierdza Sandra.

— Tak, przynajmniej do dwudziestego marca. A co potem? — może Barczykowski nam odpowie, który wracał do nas szybkim krokiem.

— Po co pańska córka zapisywała dane o swoim zdrowiu? Była na coś chora?

— Nie, Milena była zdrową dziewczyną i dbała o swoje ciało, chciała mieć wszystko pod kontrolą. Przepraszam, ale przeżywamy z żoną żałobę i chcemy mieć chwilę spokoju. — łamiącym głosem chce wyprosić nas z mieszkania.

Postanawiam się ulotnić, żegnając się i obiecując wsparcie. Sandra zostaje jeszcze u Barczkowskich. Atmosfera w domu była bardzo gęsta, powietrze można było ciąć nożem. Trochę głupie porównanie, biorąc pod uwagę, co spotkało Milenę.

— Słucham — odbieram telefon, dzwoni nieznajomy numer.

— Dzień dobry, Olga Chodak z tej strony. Chciał pan ze mną rozmawiać? — wita się oschle.

— Tak, miałabyś czas może dziś albo jutro? To dość pilne — mam nadzieję, że nie będzie dopytywać o co chodzi.

— Dobrze, za dwadzieścia minut będę na rynku głównym przy fontannie.

— Świetnie, do zobaczenia — żegnam się z uczennicą.

Po głowie chodziły mi różne myśli, ale na szczęście Olga wydaje się być bezpieczna. Nie wiem, ile zejdzie Sandrze na spotkaniu z Barczkowskimi, więc z uczennicą spotkam się sam. Mimo późnej pory i braku słońca Olga czekała na ławce na mnie w okularach przeciwsłonecznych.

— Dzień dobry, przejdę do konkretów. Chciałem się z tobą spotkać, bo usłyszałem wczoraj twoją rozmowę w toalecie w szkole.

— Wiem, Marika mi mówiła, że widziała pana przy drzwiach — zaskakuje mnie. Czyli już wie, że trochę słyszałem.

— Policja nie może namierzyć tego chłopaka, z kim spotykała się Milena? Dlaczego ukrywała to przed rodzicami?

— Mogę z panem rozmawiać, ale moi rodzice nie mogą się o niczym dowiedzieć — od razu stawia warunek.

— Możesz mi zaufać, przyszedłem, żeby ci pomóc. Jestem po twojej stronie — próbuję zdobyć zaufanie, choć myślę, że i tak mi ufała. Szczególnie że wstawiłem się za nią, załatwiając promocję do następnej klasy, bo z matematyki była noga — wiedziała, że ma wobec mnie dług.

— Nie chciałam nic mówić, bo to chyba niebezpieczny typ i bałam się. Jeśli coś zrobił Milenie, to może zrobić to też nam. Nazywał się Kris, miałam jego numer, bo kiedyś do mnie od niego dzwoniła. Spotykali się głównie w lesie albo u niego w aucie. Od kiedy zaczęła się z nim spotykać, trochę się zmieniła. Bywała bardziej zmęczona, mnie się widywałyśmy. Kiedyś załatwiła od niego kokainę i wzięłyśmy razem z Mariką. Na drugi dzień czułyśmy się fatalnie. Nigdy się z nim nie zobaczyłyśmy na oczy. Milena cały czas mówiła, że to jeszcze nie pora, choć spotykali się cztery miesiące.

— Jak się poznali? Skąd on jest? Dlaczego się tam spotykali? — dopytuje.

— Przyjeżdżał z Kołobrzegu, nie wiem, skąd się znali. Ja naprawdę nic o nim nie wiem. Milena mówiła, że jej rodzice by go nie zaakceptowali. Ojciec cały czas gadał jej, że ma się uczyć, najchętniej zrobiłby z niej zakonnicę, matka nie miała nic do gadania — on rządził. Zresztą nie przedstawiła go nawet nam. Czy policja ma już jakieś informacje, czy on jest w to zamieszany?

— Z tego, co wiem, to nic nie mają, ale twoje słowa mogą pomóc. Pogadam z aspirant Zalinską, trzeba sprawdzić tego chłopaka. Gdzie byłyście wczoraj z Mariką?

— Spałyśmy z Mariką u mojej babci w Pomianowie — mówi, odwracając wzrok — musiałyśmy ochłonąć. — Kiwam głową.

— Podwieźć cię do domu?

— Nie, dziękuję. Przejdę się, spacer dobrze mi zrobi. — Wstaje i na chwilę zastyga. Nie wiem, czy to ważne, ale od jakiegoś czasu skarżyła się, że jest przemęczona, miewała gorączki, nie była taka chętna na wyjścia. Przynajmniej tak nam mówiła, ale teraz nie wiem, czy to prawda, czy kłamała.

— Może te narkotyki tak na nią wpłynęły?

— Nie, prowadziła zdrowy tryb życia. Biegała, zdrowo się odżywiała.

Kiwam głową i proponuję Oldze podwózkę do domu, jednak woli przewietrzyć głowę. Ja jadę od razu pod dom Barczykowskich, żeby zobaczyć, czy Sandra dalej przepytuje rodziców Mileny. Muszę przekazać jej informacje o Krisie, choć poza jego ksywką niewiele się dowiedziałem. Miałem szczęście — Sandra akurat wychodzi z domu.

— Ja pierdole, głowa mi pęka, drą koty, jakby nic sobie nie robili z mojej obecności — wyrzuca z siebie.

— Coś niecoś słyszałem. Udało mi się pogadać z Olgą Chodak — streszczam jej całą rozmowę. Sandra patrzy na mnie dziwnym spojrzeniem; nie mogłem odczytać, czy patrzy na mnie jak na laika, który bawi się w poszukiwaniu mordercy, czy z wdzięcznością za pomoc.

— Kris, Kris… Krzysiek czy Krystian? — myśli na głos. — Może dziewczyna ściemniała koleżankom, że źle się czuje, żeby spotykać się częściej z chłopakiem?

— To musi już sprawdzić pani aspirant — mówię z przekąsem. — Powiedz mi, co to za znak na plecach Mileny? Jakaś sekta, mord rytualny?

— Właśnie próbujemy ustalić, co to za symbol. Przedstawia wagę. — Chwila na złapanie oddechu — Wiesz, że nie powinnam Ci mówić, to są tajemnice śledztwa. Nie wiem, czy wuj oficjalnie włączył cię do śledztwa.

— Włączył, włączył, więc możesz mówić mi wszystko. Dziwne, że ci nie potwierdził tej informacji. Raczej nie będziemy działać nielegalnie, proszę pani! — Sandra lekko się uśmiecha.

— Waga może symbolizować sprawiedliwość. Jej ojciec jest adwokatem, więc mógł komuś podpasc i ktoś mógł chcieć w taki sposób zemścić się na nim. To oczywiście były tylko domysły, do czasu, kiedy go nie przycisnęłam i zaczął mówić o pewnej sprawie w Szczecinie trzy lata temu. Jutro tam jadę wypytać zamieszane w to osoby, co robiły w dniu zabójstwa.

— Zabiorę się z tobą, studiowałem w Szczecinie, więc znam miasto, a na poranek nie mam planów — oferuje szczerą pomoc.

— W życiu! Nie będę cię ciągała po Szczecinach, dużo czasu mi ta wycieczka nie zajmie. Muszę tylko przepytać kilka osób, z tym sobie poradze. Masz też życie prywatne.

— Oczywiście, że mam, ale chętnie odwiedzę stare śmieci. O której wyruszamy? — Sandra odetchnęła głęboko.

— Będę o ósmej po ciebie — tylko nie wychalaj się za bardzo z tą informacją, im mniej osób wie, tym lepiej.

— Może i dalej wyglądam na dwadzieścia lat, ale zdążyłem przez tych kilka lat dorosnąć — droczę się.

— Zdążyłam zauważyć, to w taczu, panie dorosły.

4

Sobota — najpiękniejszy dzień w tygodniu. W wakacje każdy dzień jest sobotą, jednak dzisiaj nie ma czasu na leniuchowanie. Budzik nastawiłem na 7:30, nie zdążę nic zjeść ani wypić, wolałem dłużej pospać. Przede mną toaleta i szybki trening. Zakładam zieloną koszulę w czarną kratkę, jeansy i sneakery — mogłbym w nich chodzić wszędzie i codziennie, pasują niemal do każdej okazji. Przez okno widzę policyjną Toyotę, biorę kanapkę w rękę i schodzę. Później zadzwonię do mojej pani przedstawiciel — pewnie nie byłaby zadowolona, że pomagam w śledztwie, raczej chciałaby, żebym trzymał się z daleka, moja panikara.

— Chyba nie zamierzasz tu jeść śniadania? — wita się Sandra, ubrana cała na czarno, jakby również przeżywała żałobę.

— Chyba nie będę jechał dwie godziny głodny. Śniadanie to podstawa dnia. Jak nie zjem, robię się nieznośny i marudny jak dwudziestolatek — odpowiadam na przywitanie.

— A tylko mi nakrusz, przedwczoraj odkurzałam. — chwila ciszy. Dlaczego nie powiedziałeś mi, że dawałeś korepetycje Barczykowskiej?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem, serce zaczęło mi mocniej bić, ale przecież udzielanie korepetycji to nic złego! Z tego, co wiem, nie tylko ja jej pomagałem.

— Stwierdziłem, że to nie ma żadnego związku z morderstwem. Poza tym zrezygnowała pół roku temu. Język niemiecki nigdy nie był jej mocną stroną — wydusiłem.

— To ja tu jestem od stwierdzania, co ma związek, a co nie, panie Nadolny — po tonie jej głosu trudno było stwierdzić, jaki charakter mają jej słowa. Ale jeśli zabrała mnie ze sobą, to myślę, że nie zaliczam się do kręgu osób podejrzanych, a może twierdzi, że lepiej jest mieć mnie blisko siebie? Szybko wyrzucam głupie myśli z głowy.

— Lepiej mi powiedz, gdzie jedziemy i o co chodzi — szybko zmieniam temat.

— Raszyńska 2, wklep w nawigację. Nasz adwokat trzy lata temu po imprezie z kolegami postanowił wracać po pijaku do Białogardu. Było już ciemno, noc ciepła, a ta Raszyńska to gdzieś na obrzeżach. Na podwórku przy ulicy bawiły się dzieciaki. Jeden z nich, Michał Kowal, wyjechał rowerkiem na ulicę i potrącił go pijany Barczykowski. Na początku wysiadł z auta i próbował ratować dziecko. Zobaczył, że zbliżają się rodzice chłopca, spanikował i uciekł. Wyczuliby od niego alkohol i od razu wezwaliby policję, a wtedy żadne kontakty by mu nie pomogły. Udało mu się wywinąć, załatwić alibi, że niby został wtedy na noc w Szczecinie, a prokuratorem w tej sprawie był jego kolega ze studiów, więc jak się domyślasz, nawet włos gnojkowi z głowy nie spadł. Po procesie rodzina chłopca groziła im, wysyłali listy z pogróżkami, kilka miesięcy temu sobie odpuścili — relacjonuje.

— Mieli idealny motyw zemsty i tę niby wagę na plecach — aż mnie wzdryga na samą myśl. — Dziecko zmarło? — dopytuję.

— Jest sparaliżowany, całe ciało, powoli wraca do siebie. Rodzina nie naleiży do najbogatszych, więc wyobraź sobie, jaką musieli mieć motywację, gdzie jeszcze widzieli jego twarz na miejscu wypadku — całkiem spójna historia.

— Podkablujesz Barczykowskiego?

— On mi powiedział, że to wszystko nieprawda, przedstawił mi swoją wymyśloną wersję. Potem, gdy wyszła jego żona, powiedziała, że to on potrącił to dziecko. Dalej będzie szedł w zaparte, a mi się nie chce w to bawić. Mam wystarczająco dużo roboty.

— Sprawdziłaś w ogóle rodziców, czy byli w tej Szwajcarii?

— No jasne, byli u jakichś znajomych. Dziewczyna chciała sama zająć się przygotowaniami do urodzin. Rodzice mieli jej zacząć pomagać w piątek. Catering, DJ, fotograf — wszystko już było dograne. Musieli przeżyć niezły rollercoaster. Opowiedz mi coś więcej o tej zmarłej. Musiałeś ją lepiej poznać podczas korków — chce wycisnąć wszystkie informacje, jakby wiedziała coś, co może pomóc.

— Taka trochę gwiazda z niej była, rodzice przy kasie, oryginalne ciuchy, wyraźny makijaż. Dbała o sylwetkę, myślę, że nie narzekała na powodzenie u chłopaków, ale oni nie przepadali za nią — mówię o moich chłopakach z klasy. Rodzice kontrolowali, czy dobrze się uczy. Nic szczególnego nie zauważyłem.

— Muszę jeszcze raz pogadać z jej koleżankami, może uda mi się coś z nich wycisnąć — jeśli będziesz rozmawiała z nimi jak glina, to raczej do nich nie przemówisz — myślę.

— Od czego cię mam — zerka na mnie.

— Tu muszę się zgodzić, myślę, że to mi są skłonni więcej powiedzieć, nawet jeśli chodzi o sprawy sercowe. A tak przy okazji, masz kogoś? Bo chyba nie sama pracą żyjesz — nie miałem problemu ze skracaniem dystansu.

— Nie, praca mnie pochłania, nie mam czasu jeszcze myśleć o facetach — na pewno nie ma czasu — myślę. — Ale widzę, że obrączka jest na palcu.

— Zgadza się, od ponad roku z Patrycją, jest w ciąży, trzeci miesiąc — wyciągam palec z obrączką przed siebie, pokazując go Sandrze.

— Moje gratulacje! Znam ją? — dopytuje.

— Jest z Koszalina, poznaliśmy się na sylwestrze, więc wątpię. Zajeżdżaj do McDonald’s — rzucam, kiedy widzę w oddali żółtą literkę M.

— Przecież masz kanapkę, to wcinaj.

— Tak, ale mamy problem. Nie mam ketchupu, a ja nie zjem śniadania bez ketchupu — taki nawyk mam od kiedy pamiętam, do szkoły zawsze chodziłem ze słoikiem ketchupu, każdy, u kogo spałem, musiał mieć koniecznie ketchup na śniadanie.

— Serio nie wyrosłeś z tego? Cała klasa się z ciebie śmiała, jak maczałeś bułki w ketchupie. Wiesz, że w ketchupie jest dwa razy więcej cukru niż w coli? — próbuje sprawdzić mnie na zdrową ścieżkę.

— Piję colę bez cukru, więc ketchup mi nie straszny, mój organizm jak nie dostanie dawki cukru w ketchupie, potrafi płatać figle. Wrzuć kierunkowskaz i zjedz na parkingu — uśmiecham się.

— Gorzej niż z dzieckiem… a niby pan dorosły, a nie zje śniadania bez ketchupu — drwi ze mnie, mówiąc głosem dziecka.

— Daj mi sekundę i jestem — wychodzę z auta i wracam po pięciu minutach.

— Proszę! To nagroda za pani łaskawość, pani władzo — mówię do Sandry, dając jej duże frytki, których zapach zaraz opanował wnętrze samochodu. Patrzy na mnie przez chwilę i powolnym ruchem ręki bierze frytki i stawia je na wysuwanej półeczce.

— No niech ci będzie, ale musisz mi pomóc, bo ja wszystkich nie zjem, takie opakowanie ma pewnie z milion kalorii.

— Jak władza prosi, to pomogę — żartuję, chowając kilka ketchupów do schowka, gdzie leży pistolet z kaburą.

Podróż mija nam w klimatach droczenia się i wspominania nauczycieli, którzy nas uczyli. W międzyczasie czytam w internecie informacje o śmierci Mileny i komentarze. Większość ludzi wyraża wyrazy współczucia dla rodziny, niektórzy wspominają Milenę. Nie ma żadnych rewelacji ani popłochu w mieście, ani strachu przed mordercą, raczej zdziwienie i empatia.

Podjeżdżając na Raszyńską, można pomyśleć, że jesteśmy na wsi. Stare ceglane domy, po ulicy biegają psy, zamiast chodnika jest wąski pas wydeptanej ścieżki, a na podwórkach wisi pranie. Zupełnie jak u mojej cioci w podbiałogardzkiej wsi. Na jednej ze ścian widnieje napis witający Sandrę: HWDP. Pani aspirant zostawia auto naprzeciwko domów ciągnących się wzdłuż ulicy.

— Zostań w aucie, idę ich wypytać.

— Ja wohl, pani aspirant — podtrzymuję cały czas luźną atmosferę. Obserwuję ulicę i wyobrażam sobie pędzącego Barczykowskiego i dziecko, którego mógł bez wątpienia, przy tak rzadko ustawionych lampach, nie zauważyć. Zła widoczność pewnie była też argumentem obrony podczas procesu, kiedy rodzice twierdzili, że widzieli jego twarz. Prokurator uratował mu życie — gdyby został skazany, to na pewno na kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. Sandra puka do drzwi starej kamienicy, od strony wjazdu na podwórko otwieram szybę. Nie słyszę, co mówi, natomiast słychać głośny głos gospodarzy.

— Teraz tu przylazicie się wypytywać?! A gdzie byliście, jak trzeba było skazać tego skurwiela? On zniszczył nam życie, zasługuje na cierpienie! — wykrzykuje pan przed pięćdziesiątką.

— Proszę o spokój, chciałam tylko zapytać, co robił Pan w środę — Sandra lekko podnosi głos.

— A co miałem robić?! Dzieckiem się zajmowałem! Jesteście wszyscy jedną wielką sitwą, takich jak wy powinni zamykać razem z tym gnojem! — dalej krzyczy, wyraźnie podburzony Kowal.

Z naprzeciwka, z innego budynku, wychodzą dwaj młodzi typkowie, ubrani w dres i czapkę z daszkiem.

— Co się dzieje, sąsiad? — pyta jeden z nich, podchodząc do Sandry, kiwając się przy tym na boki jak pająk.

— Myślą, że zabiłem córkę tego skurwiela, co Michałka potrącił — złości się.

— Jak Michałek walczył o życie, to wy zamiast zrobić wszystko, żeby takie gówno zgniło w pace, to chuja robiliście! A teraz wypierdalaj stad! Przypierdalaj się do tych, co trzeba, a nie do porządnych ludzi! — sąsiedzi zbliżali się z każdym słowem do Sandry, tworząc wewnątrz koło.

— Tutaj sprawiedliwość wymierzamy w inny sposób, chcesz się przekonać? — zrobiło się gorąco, a Sandra była sama. Nie zastanawiając się długo, sięgnąłem do schowka po broń, przypiąłem kaburę do paska i ruszyłem w kierunku kamienicy.

— Zaraz poczujesz, co to spierdliwość — mówi jeden z oprychów, stając centymetry przed Sandrą.

— Uspokój się albo zgarnę cię na komisariat!

— To ja cię zaraz zgarnę, głupia cipo? — grozi jej, a ja wiedziałem, że nie ma co czekać.

— Jakiś problem, panowie? — rzucam, zlizując się truchtem do grupy, eksponując przy tym broń.

— Aspirant Nadolny, udzielili już panowie koleżance wszystkich informacji? — modlę się, aby nie zapytał o odznakę. W takich nerwach chyba wystarczy sama moja obecność i posiadanie broni. Dwóch oprychów spuściło z tonu i powolnym krokiem oddalili się.

— Udzieliłem, bo co? — warknął na mnie.

— Czy ktoś może potwierdzić, że przebywał Pan wtedy w domu? — pyta już spokojna Sandra.

— Czy wy macie jakiekolwiek dowody, że mnie podejrzewacie? Mnie?! Całymi dniami siedzę z Michałkiem, jak nie w domu, to po szpitalach. Gnoj, który zniszczył nam życie, dalej jest na wolności! — nie daje za wygraną Kowal, a z jego oczu zaczynają płynąć łzy.

— Proszę Pana, jest nam strasznie przykro z powodu pana syna, czytaliśmy o sprawie, jednak z formalnego punktu widzenia musimy pana przepytać. Sam pan rozumie — wykorzystuje swoje pedagogiczne przygotowanie, w nadziei, że go uspokoi.

— Moja żona była wtedy ze mną, dziś jest w pracy w Biedronce na Rymarskiej — mówi drżącym głosem.

— Dziękujemy, sprawdzimy te informacje — żegna się zimnym głosem Sandra i obejmujemy drogę do samochodu.

— Ja pierdolę, już myślałem, że będę musiał bić się z tymi idiotami! — wyrzuca z siebie, głęboko oddychając.

— Na szczęście aspirant Nadolny był w pogotowiu — uśmiecham się. Wsiadamy do samochodu.

— Wiesz, że będę miała przechlapane, jeśli taka akcja wyszłaby na jaw? — grzmi na mnie, chyba bardziej przejęta moim udawaniem policjanta niż tymi dziwnymi ludźmi.

— Wiem i wiedziałem, że ci ludzie łykną mój performance, ale stresik był — oddycham z ulgą.

— Oddawaj pistolet, Nadolny, i nigdy więcej takich akcji!

— Przepraszam, mogłem obserwować, jak ci gówniarze rzucają się na ciebie, biją albo nie wiadomo co jeszcze… — rzucam zdegustowany.

— Obroniłabym się! Gdyby doszło do kogokolwiek, że udajesz policjanta z moją bronią na obcym terenie, nie wiem, czy nawet wujek mógłby coś zdziałać — oburza się.

W ciszy jedziemy do Biedronki, Sandra parkuje i wychodzi bez słowa z samochodu. Dobrze wiem, że nie dałaby rady. Niewiadomo, jaki koniec miałaby ta sytuacja, wolę dmuchać na zimne i drugi raz zrobiłbym to samo. Sandra po chwili wraca z marketu.

— Z matką wcale łatwiej nie było, ale obecność koleżanek i klientów działała na moją korzyść. Potwierdziła wersję. Udało mi się sprawdzić jej telefon, czy przypadkiem mąż się z nią nie kontaktował — mówi jakby odmieniona Sandra, wzdycha i wyciąga coś zza pleców.

— Proszę, chipsy z soczewicy na zgodę — godzi się ze mną, choć to ona wywołała taką atmosferę. Nie specjalnie się tym przejmuję, doskonale wiem, że pomogłem jej z tymi oprychami. Po chwili dzwoni do niej telefon.

— Technicy dzwonią też, zamilcz na chwilę — palec wskazujący przylegam do kciuka i ruchem palców wzdłuż ust zapinam usta.

— Co tam, ziomki? — wita się Sandra.

— Siema, dzwonił patomorfolog. Mam dla ciebie ciekawą, albo i nieciekawą informację — mamy podwójne morderstwo — na twarzy Zalinskiej pojawia się grymas. Przeszła mi przez głowę myśl o zabójstwie drugiej z dziewczyn.

— Możesz jaśniej? — drąży.

— Okazało się, że denatka była w drugim miesiącu ciąży.

5

Od razu poczułem ciarki na plecach, a temperatura ciała wzrosła. Ręce zaczęły mi się pocić, a do głowy dobijaly się dziwne myśli, które mocno mnie zestresowały. Wiedziałem, że muszę grać.

— Patomorfolog mówił, że będzie ciężko ustalić ojcostwo. Jeśli mu się uda, sprawdzimy, czy mamy delikwenta w bazie — mówił około sześćdziesięcioletni męski głos.

— Ciekawe, czy wiedziała, że jest w ciąży — myślę na głos.

— To nie wszystko. Na pośladkach i podudziach doktorek stwierdził płytkie rany cięte. Większość z nich była zrośnięta, najświeższa miała pięć do siedmiu dni. Nie miały one wpływu na śmierć dziewczyny.

— Po co się ciało po pośladkach? Albo ktoś ją…

— Tego ci nie powiem, ale z tą dziewczyną musiało być coś nie tak. Przed komendą kręciło się kilku dziennikarzy. Pewnie sprawa nabierze rozgłosu, gdy okaże się, że dziewczyna była w ciąży.

— Dlatego dla dobra śledztwa ani słowa o ciąży. Przekaż proszę komendantowi. Ja wracam ze Szczecina, będę za półtorej godziny.

— Dobra, bez odbioru — kończy technik.

Informacja o ciąży działa na mnie paraliżująco, a atmosfera w aucie zmienia się. To miał być poranek z podróżą do miasta, w którym spędziłem pięć lat, a sprzeczka w Szczecinie i wiadomość o ciąży sprawiły, że nie mogłem doczekać się wieczoru. Najprostszym wytłumaczeniem było zabójstwo z powodu potomka kogoś, kto tego dziecka nie chciał. Wtedy odnalezienie mordercy to tylko kwestia czasu.

— Co tak zamilkłeś? Spróbuj chipsa — zagaduje Sandra.

— Myślę, co mogło się stać. Jakie ma pani aspirant podejrzenia?

— Tę biedną rodzinę bym wykluczała. Raczej nie fatygowaliby się, żeby zlecić komuś zabójstwo. Dosyć już się wycierpieli, pożar minął trzy lata temu, a złość z czasem przemija. Nie mieliby nawet kasy, żeby opłacić mordercę, i raczej użyliby innego narzędzia zbrodni — domniema Sandra.

— Myślę, że pan adwokat może mieć więcej za uszami. Ludzie z tego świata mogą być uwikłani w przeróżne konszachty. Sprawdziliście Krisa? — wjeżdżamy do Białogardu.

— Mamy jednego Krzysztofa i jednego Krystiana. Obydwaj mieli problemy przez narkotyki. Jeden dostał zawiasy, drugi kuratora sądowego. Łączy ich jeszcze jedna znacząca cecha: są z Kołobrzegu i działali w Białogardzie. Słowa twojej uczennicy mogą mi pomóc. Podwieźć cię pod blok?

— Tak, to był ciekawy poranek, muszę przyznać — jedyne, o czym marzę, to usiąść z drinkiem przed telewizorem.

— Widzisz, jak ciężką mam pracę? To nie to samo co tłumaczenie dzieciakom, jak odmienić czasownik albo jak przetłumaczyć zdanie — Sandra zdecydowanie ochłonęła i próbuje wbić mi szpileczkę.

— No tak, co ja mogę wiedzieć o prawdziwej pracy, pani detektyw — droczę się z uśmiechem, bo wiem, co mnie czeka niebawem. — I tak wiem, byłaś w Szczecinie sama — uprzedzam jej moralizowanie.

— Na razie — odpowiada krótko.

Wychodząc z auta wiedziałem, że już nic mi dzisiaj nie zepsuje humoru. Jeszcze tylko telefon do Patrycji i można zaczynać przygotowania.

Wykonuję dwa połączenia, sygnał jest, ale po drugiej stronie nikt nie odpowiada. Wysyłam więc smsa: Wszystko ok? Daj znać jak dzień 😊

Romek zajęcia kończy o szesnastej. Jeśli nic się nie zmieniło w jego grafiku, powinien być za chwilę. Czasami mu się przedłużało, szczególnie gdy ustawiał sobie na ostatni trening w piątek jakąś pannę, która mu się podobała. Lubił tak kończyć tydzień, bo jak to mawiał, taką pracę mógłby wykonywać nawet na free.

Dzwoni domofon. Otwieram, a do mieszkania wchodzi Romek, jak zawsze bez pukania.

— Siemano, ale jestem głodny, dawaj coś zjemy, bo mi żołądek wyschnie — nic nowego. Zazdroszczę mu, że może jeść i jeść, a i tak spala wszystko na siłowni.

— Dzisiaj szef kuchni poleca steki drobiowe z różnymi sosami oraz niemieckie wursty — kładę całe menu na stole i idę po napoje. Romek w tym czasie rozsiada się na kanapie.

— To już wakacje macie… takie to niesprawiedliwe, że cokolwiek by się nie działo, zawsze masz wolne w lato, a ludzie muszą się nacieszyć dwoma tygodniami — ile razy już to słyszałem…

— Tak, a na radach pedagogicznych w sierpniu wyślę swojego sobowtóra, żebym mógł dalej grzać się na Malediwach. Polej, bo muszę przeplukać gardło.

— Już się robi — Romek rozlewa whiskey do szklanek, pierwszy drink mocniejszy, potem już bardziej lekki.

— Co w robocie? — pytam.

— Dalej smutne grubaski albo kolesie chudsi od twojej Patrycji, którzy chcą wyglądać jak ich instagramowe gwiazdki i myślą, że w kilka miesięcy zrobią formę. Dzisiaj dwóch chłopaków się kłóciło, o to, które piersi z kurczaka mają więcej białka: te z Biedronki czy Lidla. Niezły cyrk. Ale mam też dobre informacje: od tygodnia spotykam się z sąsiadką Elwirą. Ma około trzydziestu, wprowadziła się miesiąc temu. Młoda, wysoka brunetka, taka sztuka, że sam byś brał. Wczoraj byliśmy na kolacji na sushi — chwali się. Chociaż to nie pierwsza i pewnie nie ostatnia dziewczyna w jego życiu.

— Zajebiście, może to w końcu ta jedyna. Kiedy ją poznam?

— Nie prędko. Jest zaręczona — zdaje się w ogóle nie przejmować tym faktem, wszak to nie pierwsza zaręczona czy zamężna. Nie przeszkadza mu to w kontynuacji znajomości, jeśli kobiety są chętne. On nie robi nic złego, one już tak.

— Aha, to nie dość, że czeka cię bój o jej serce, to jeszcze będziesz musiał stoczyć pojedynek z jej facetem. Gratuluję — ironizuję.

— Daj spokój, spójrz na mnie, czego mi brakuje — wypluwam drinka do szklanki i obydwoje zaczynamy się śmiać. Zawsze się z siebie śmialiśmy, znaliśmy granice żartów i głupich tekstów, choć była ona bardzo daleko.

— Słyszałem, że jakąś dziewczynę z liceum zabili, wiesz coś? — przy tym wypija prawie całego drinka.

— Coś niecoś wiem, chodzi o Milenę Barczykowską. Śledztwo prowadzi moja koleżanka z liceum, Sandra Zalińska.

— O kurwa, co ty mówisz — doznał nie mniejszego szoku niż ja, kiedy dowiedziałem się o jej śmierci. Jego zdziwienie mnie ucieszyło, było szczere, a to świadczyło, że moje rozmyślania o dziecku Mileny nijak mają się do głupich domysłów, czy to nie Romek maczał w tym palce. Wypija drinka do końca i robi kolejnego, mi dolewa whiskey.

Romek przez kilka dni romansował z Mileną. Później, jak on to twierdzi, nie była zbyt dojrzała do niego. Około dwa miesiące temu w Lagunie zauważyłem Milenę przy barze. Przywitałem się, pogadaliśmy chwilę, potem podszedł Romek i przedstawiłem go Milenie. Wydawała mi się trzeźwa, postanowiłem ich zostawić i wróciłem do Patrycji i jej koleżanek, które siedziały w loży.

Kilka minut później zobaczyłem, że gadka im się klei i poszli razem do Romka na kawalerkę. Nie wtrącałem się w to, bo wiedziałem, że jeśli cokolwiek powiem o jednym drugiemu, mogłoby się to skończyć niekorzyścią dla mnie. Wolę pozostawać bezstronny. Milena miała siedemnaście lat, a on dwadzieścia pięć — osiem lat różnicy, nic złego w tym nie widziałem.

— Słuchaj, powiedz mi prawdę, nie wkurwię się. Zresztą ona już nie żyje. Robiliście coś po imprezie w Lagunie, jak poszliście razem na chate? — Romek mówił mi, że nic między nimi się nie wydarzyło. Nie chciał mi zaszkodzić, bo gdyby wyszło na jaw, mógłbym mieć problemy. Z Mileną oczywiście tematu nie poruszałem.

— Kurwa tak, bzyknęliśmy się. Młoda laska, nie mogłem się powstrzymać. Nic złego nie zrobiłem, w sumie już nie żyje, co nie — mówi, pochłaniając kurczaka podpiekanego w piekarniku.

— Zabezpieczaliście się? — dopytuję, a w głowie kiełkuje mi czarny scenariusz.

— A co ty mnie przesłuchujesz? Twoja koleżanka kazała Ci mnie przepytać? — irytuje się, włączając muzykę na telewizorze.

— Pytam, bo Milena była w ciąży.

— Ja pierdolę, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że policja mnie podejrzewa — odstawia szklankę i zaczyna chodzić po pokoju.

— Spokojnie, siadaj. Sandra dowiedziała się dzisiaj, że Milena była w ciąży. Pewnie będą chcieli ustalić ojca. Jak znajdą kolesia, z którym się spotykała, to może być sprawca.

— No ciebie już chyba do reszty popierdoliło! Co ty sugerujesz, że ja ją zabiłem?! — przerywa mi i krzyczy, jakby ugryzł go szerszeń.

— Nic nie sugeruję, stary, uspokój się, daj mi dokończyć. Spotykała się z jakimś typem, policja go szuka, wyluzuj trochę. — Jego reakcja wydawała mi się nieproporcjonalna, ale Romek był napędzany emocjami, a alkohol czasem kończył się awanturą lub bójką.

— Nie no, mordo, poczułem się jak na przesłuchaniu. Wiesz, że od psiarni wolę trzymać się z daleka. Co to za laska, co prowadzi sprawę? — ton głosu trochę się uspokoił.

— Chodziliśmy razem do klasy w ogólniaku. Kupiłem sobie bliskość przy śledztwie, bo wiedziałem, że mieliście styczność. Jak się dowiedziałem, że była w ciąży, dziwne myśli krążyły mi po głowie. Wiem stary, że byś jej nic nie zrobił. Jakiś wariat zadał jej kilkanaście ciosów nożem, znaleźli ją w lesie, historia jak z horroru na naszym małym zadupiu — czuję, jak alkohol rozprzestrzenia się w moich żyłach, język się rozwija.

— Niech jej starzy wynajmą detektywa, mają w chuj kasy. Mała wyglądała na rozpieszczoną jedynaczkę, która czuje się lepsza od innych, ale już trudno, stało się.

— Poznałeś jej starych? — pytam z niedowierzaniem.

— Kiedyś ją odwiozłem pod chatę. Jej stary ponoć adwokat, pewnie sporo forsy ma albo łapówki przyjmuje. Może ktoś chciał się zemścić — myślę sobie kolejny detektyw.

Po kolejnym drinku odpaliliśmy PlayStation i graliśmy w gry na konsoli. Oboje potrzebowaliśmy resetu, więc udało nam się obalić całego litra. Nie wracaliśmy już do sprawy Mileny — nie po to się spotkaliśmy. Romek musiał wezwać taksówkę, bo ledwo trzymał się na nogach. Ja tylko czekałem, aż zawinie się z chaty. Patrycja nie dzwoniła — może miała trudnych klientów, którzy zadawali przerozne pytania. Jedynym moim celem było jak najszybsze znalezienie się w łóżku.

Ranek należał do zdecydowanie trudniejszych. Nie było szans na jakikolwiek wysiłek fizyczny. Myślami byłem przy rosole u rodziców, z którymi umówiłem się na obiad. Na pewno będą pytać o Milenę. Przeszłość Romka nie dawała mi spokoju — kilka lat temu był karany za rozboje, skończył z tym, ale nigdy nie wiadomo, co człowiek zrobi pod wpływem emocji. Z drugiej strony nie widzę powodów, aby mógł zabić dziewczynę, z którą się przespał, a nie łączyło ich większe uczucie. Dziś nie zamierzam o tym myśleć.

Będąc na kacu, wierzyłem, że gorąca woda w wannie przywróci moje ciało do stanu, w którym będę się poruszał, nie skarżąc się na ból głowy. Tłumaczyłem sobie, że razem z parującą wodą wyparowuje również alkohol z mojego organizmu. Nie jest to potwierdzone zjawisko, ale ufałem, że zadziała. U rodziców nie będę wyglądał jak zombie. Zakładam standardowy strój i pieszo idę do nich.

Po wyjściu z klatki dzwoni Patrycja.

— Hejka misiu, przepraszam, że wczoraj nie mogłam rozmawiać. Byłam padnięta — wita mnie radosnym głosem. Jak tam wczorajszy wieczór?

— No właśnie, martwiłem się trochę. Wieczór jak wieczór, pograliśmy na konsoli. Nie sądzisz, że powinnaś sobie odpuścić i iść na zwolnienie, jeśli praca cię przemęcza? — Nie rozumiałem tego pociągu za kasą, szczególnie w okresie ciąży powinna zwrócić uwagę na swoje zdrowie.

— Marus, mam wszystko pod kontrolą. Biore witaminy i suplementy, nic nie dźwigam i unikam przetworzonej żywności. Nie masz się o co martwić — próbuje mnie uspokoić. Jakie plany na niedzielę? — i zmienia niewygodny temat.

— Idę do rodziców na obiad. Jeśli byłaś przemęczona, to widzisz, że twoje ciało potrzebuje odpoczynku. Twoje dbanie o zdrowie nic nie da, jeśli nadal będziesz pracować — irytuje mnie jej postawa, czego nie ukrywam w głosie. Pogoniła za karierą, odziedziczoną po rodzicach, którzy inwestowali w swój dom i megalomański styl życia.

— Zaufaj mi, wiem co robię i najlepiej znam swoje ciało — podkreśla stanowczo.

— OK, jak uważasz. Nie wtracam się — tracę całą ochotę na rozmowę z żoną.

— Kończę, widzimy się pojutrze. Papatki.

— Papatki…

Droga do mamy zajmuje mi około trzydziestu minut, a spacer poprawia nastrój. Mama Edyta wita mnie w progu.

— Cześć synek, słyszałam o tej zmarłej dziewczynie z twojej klasy, co za tragedia — rzuca na powitanie.

— Cześć mamo, no tak, całe miasto pewnie o tym mówi. Gdzie tata? — kieruję się do jadalni, gdzie stoi gorący rosół.

— Dzisiaj ma występ — Tata Stefan jest aktorem w Teatrze Współczesnym w Koszalinie. Pracuje tam od około dziesięciu lat. W weekendy często występuje, czasami w Białogardzie, ale więcej czasu spędza na próbach w Koszalinie.

— Będzie wieczorem. Mów, co wiesz o tym morderstwie — pewnie nie może się doczekać, aż podzielę się świeżymi plotkami z sąsiadkami.

Streszczam jej w okrojeniu, co wiem o sprawie. Nie mówię nic o moim zaangażowaniu w śledztwo. Na drugie danie wjechały mielone z buraczkami. Mama wie, jak mnie uleczyć. Rozmawiamy o Patrycji, która mimo ciąży dalej pracowała, co nie podobało się mojej mamie. Czekała na wnuczka lub wnuczkę, o czym dowiemy się niebawem.

Wizytę u mamy kończy murzynek z powidłami śliwkowymi, który dostaje również do domu. Skonsumowanie ciasta pomaga do reszty zagonić kaca. Za tydzień znowu podejmę tę nierówną walkę.

Pierwszy dzień tygodnia zaczynam lekcjami na 9:50. Poprosiłem matematyczkę układającą grafik, aby w poniedziałek zaczynać później, żeby pozytywnie rozpocząć tydzień. Ilość uczniów na korytarzach wskazywała, że sezon wakacyjny dał się im we znaki. Każdy był już myślami gdzie indziej.

Idę w kierunku pokoju nauczycielskiego, przed którym stoi Jola, dając kanapki synowi, z którego klasy mam zajęcia.

— Dla mnie też jaki prowiant się znajdzie? — próbuje zażartować. Chwila ciszy. Jola kiwa głową w stronę Sebastiana, dając mu znak, że ma się oddalić.

— Mareczku, cały czas myślę o Milenie, nie potrafię się pogodzić z tą tragedią — wzdycha, nieskora do żartów.

— Nic już Jolu nie zrobimy. Rozmawiałaś z jej rodzicami? — jako osoba blisko rodziców może mieć więcej informacji.

— Tam zwykły człowiek, Mareczku, nic nie pomoże, tam lekarza trzeba — gestykuluje, nadając swoim słowom odpowiednią energię. — Toska cały czas na lekach, opowiadała mi, jak wyglądałyby jej urodziny, kupili jej nawet jakiś samochód, chcieli zrobić niespodziankę. Jurek próbuje żyć dalej, mówi, że skupia się na pracy, ale tak się nie da. Muszą swoje przeżyć, wiem, co mówię.

— Zauważyłaś może, że w ostatnim czasie Milena inaczej się zachowywała?

— Ja z Mileną ostatnio rzadko się widziałam. Jak przychodziłam do Toski i Jurka, to siedziała głównie na górze w pokoju. Nie schodziła na dół. Trochę dziwne, bo zawsze zeszła chociażby się przywitać, ale to nastolatki, dojrzewają, hormony buzują, sam wiesz. Jak się z nią widziałam, nic szczególnego nie zauważyłam.

Dzwonek kończy naszą rozmowę. Idę po dziennik i rozpoczynam ostatni tydzień roku szkolnego. Przedstawiam oceny końcowe uczniom, którzy jeszcze tego oficjalnie nie dostali i gramy w kalambury, oczywiście po niemiecku. Klasy dzielę na pół, każda grupa musi wymyślić hasło z danej kategorii i przedstawić je osobie z przeciwnego teamu, która pokaże lub opisze je swojej drużynie.

Po szkole relaksuję się przed telewizorem. Jutro dzień sportu, więc zajęcia mają tylko nauczyciele wychowania fizycznego. Z nudy postanawiam zadzwonić do Sandry.

6

Żalińska rozpoczęła poniedziałek od wizyty na komendzie, musiała złożyć pisemny i ustny raport komendantowi, czyli swojemu wujkowi. Przeszłość ojca może mieć jakiś wpływ na rozwiązanie sprawy, ale sprawa ze Szczecina na pewno nie prowadzi do mordercy. Nie było żadnych poszlak. Ostatnie godziny Sandra spędziła zwyczajnie: chodziła do szkoły, spotykała się z koleżankami.

Póki co jednym tropem był Kris, diler z Kołobrzegu. Podejrzanymi byli Krzysztof Wrona i Krystian Okuniewski. Na Krisa pasował jej bardziej Krzysztof, od angielskiego Christopher w skrócie Chris. Mieszkał on w bloku na obrzeżach Kołobrzegu, na Sienkiewicza. Sandra zaparkowała samochód pod blokiem i dzwoni domofonem do mieszkania. Po kilkunastu sekundach odzywa się głos:

— Halo. — mówi niecierpliwym głosem dziewczyna, w tle słychać muzykę.

— Aspirant Zalińska z komendy w Białogardzie, mam kilka pytań, czy mogę wejść porozmawiać?

— Halo! — powtarza.

— Proszę otworzyć — unosi głos Sandra.

Dziewczyna, o dziwo, nie zadaje żadnych dodatkowych pytań i otwiera drzwi. Sandra puka do drzwi.

— Słucham? — dziewczyna uchyla drzwi i opiera się o nie, ubrana w czerwoną, poplamioną bluzkę na ramiączkach i krótkie dresowe spodenki. Jej oczy były zaczerwienione, a wzrok tępy. Za nią widać około dwuletnie dziecko.

— Aspirant Zalińska, poszukujemy Krzysztofa Wronę, czy zastanę go w domu? — pyta spokojnie.

— Kto to? — odzywa się głos z innego pomieszczenia?

— Policja! — krzyczy nerwowo dziewczyna. — Ale w jakiej sprawie? Jesteśmy teraz z chłopakiem zajęci — bełkocze, a jej głos nieco się uspokoił. W tle słychać dziwne odgłosy przypominające stukanie lub szuranie przebijające się przez chilloutową muzykę. Sandra, słysząc to i widząc w jakim stanie jest dziewczyna, wchodzi do środka.

— Eee kurwa, laska, wyjazd mi z chaty, już! — krzyczy.

Sandra po wejściu widzi, jak Wrona w pokoju upycha w szafkach kartony. Łapie ręką na pistolet.

— Odsuń się na środek pokoju — patrzy na dziewczynę. — A ty dołącz do niego.

— Pani policjantko, dogadajmy się, to tylko marihuana, ja już niczym innym nie handluję. Tylko susz naturalny poprawiający nastrój, żadnego twardego gówna, przysięgam.

— Laska, zajmij się dzieckiem, a ty siadaj na kanapie.

— Gdzie byłeś w środę wieczorem?

— W środę? — chwila zastanowienia. — W domu byłem.

Sandra trzymała dziecko z dziewczyną w zasięgu wzroku, patrzy na nią, a ta kiwa głową, potwierdzając wersję Wrony.

— Ktoś to może potwierdzić poza twoją laską?

— Sami byliśmy, ale o co chodzi?

— Znaleźliśmy martwą dziewczynę, spotykała się z dilerem z Kołobrzegu o ksywce Kris — nie zamierzała wchodzić w szczegóły.

— Na mnie wołają Wrona od nazwiska. To nie ja! — krzyczy facet, dziecko zaczyna płakać i znika w drugim pokoju z matką. Sandra nic na niego poza ksywką, która nie wiadomo czy pasuje do Wrony, nie miała, ale miała czym grać.

— Albo mi powiesz, kto to jest Kris, albo macie przejebane: ty, twoja laska i dzieciak! A całe zioło przejmie policja — mówi zdecydowanym, ale opanowanym głosem. Wrona łapie się za głowę i obraca na boki.

— Słyszałem, że jakiś Kris działał w Copacabanie, dyskotece na plaży zachodniej, tam chodził mefedron albo koka, ale błagam, nic ode mnie nie wiesz, ja nie wiem nawet, jak on wygląda, nigdy go nie widziałem.

— Gdzie mieszka, z kim się spotyka, jakieś namiary do niego?

— Nic nie wiem, ja go nie znam, siedzę tylko w jaraniu. Po wyroku postanowiłem przerzucić się na miękki towar, to inna branża, inni dostawcy — uzala się nad sobą drżącym głosem.

Rozmowę przerywa huk.

— Nie ruszaj się! — Sandra wydaje rozkaz Wronie i idzie sprawdzić, co się dzieje w drugim pokoju. Przechodzi przez przedpokój, wchodzi do pokoju. Nie ma w nim dziewczyny z dzieckiem, widzi za to otwarte okno. Sandra podbiega do okna i widzi wgniecenie w dachu samochodu stojącego pod oknem. Dziewczyna wyskoczyła przez okno i zwiała z dzieckiem.

Sandra idzie do pokoju, w którym był Wrona. Zastaje w nim również otwarte okno. Domownicy uciekli przez okno. Wrona miał wyrok w zawieszeniu, więc ponowne wykroczenie skończyłoby się więzieniem. Sandra wzywa na miejsce kołobrzeskich kolegów. Nie specjalnie przejmowała się patologią, żal jej było tylko dziecka. Opowiada przybyłym na miejsce policjantom o wydarzeniach z ostatnich minut i jedzie Toyotą do Copacabany.

Klub należał do prestiżowych kołobrzeskich imprezowni. W weekendy nie było szans na znalezienie wolnej loży bez wcześniejszej rezerwacji. W soboty wstęp kosztował pięćdziesiąt złotych, co świadczyło o poziomie dyskoteki. Był czynny od środy do soboty, ale Sandra postanowiła sprawdzić, czy ktoś jest na miejscu. Pod dyskoteką stało kilka samochodów. Sandra puka do drzwi, ale nikt nie otwiera. Idzie na plażę, na której dyskoteka również ma lożę, tam spotyka młodą czarnoskórą dziewczynę dekorującą strefę plażową.

— Inspektor Zalińska, komenda policji w Białogardzie. Pracujesz tutaj?

— Tak, pracuję — mówi łamanym polskim dziewczyna.

— Poszukuję Krisa, handluje tu narkotykami — mówi otwarcie, prostym językiem.

— Narkotyki? Ja nie słyszałam — dziewczyna idzie w kierunku drzwi dyskoteki.

— Albo mi powiesz prawdę, kto to Kris, albo szybko wrócisz do swojego glinianego domku w Etiopii. Jeśli chcesz, pojedziemy na komendę, tam cię przesłucham — wiedziała, że tylko przyciskając dziewczynę może ona coś powiedzieć. Sporo osób pracowało w Kołobrzegu w sezonie na czarno, może ona była jedną z nich, może nie miała karty pobytu? Sandra stawiała wszystko na jedną kartę. Oczy dziewczyny zaszkliły się.

— Powiem, co wiem, ale proszę mnie potem zapomnieć — mówi przejęta dziewczyna. Sandra kiwa głową. — On już nie przychodzi do nas. Pobił się na parkingu z klientem około miesiąc temu.

— Macie tu kamery, pokaż mi nagrania.

— Nagrania usuwają się po tygodniu.

— Otwieraj to budę i pokaż mi nagrania — naciskała.

Lokal po wejściu niczym nie przypominał tętniącej życiem dyskoteki. Było ciemno, cicho i czysto. W małym pomieszczeniu Sandra ogląda nagrania, jednak pracownica miała rację. Najstarsze pochodziło ze środy.

— Kurwa… dobra, jak on wyglądał, opisz mi go, ktoś go znał z pracowników?

— Jego nikt nie lubił, był niemiły. Był łysy, wysoki i miał małe oczy, nosił często skórzaną kurtkę, wyglądał normalnie. On coś zrobił?

— Tego nie wiem. Dzięki za pomoc.

Sandra wraca do Białogardu. Ten dzień dał jej mocno w kość. Zaraz po rozmowie dzwoni Marek.

7

— Witam panią aspirant, jak tam życie leci?

— W podróży, byłam w Kołobrzegu na plaży, opalać się, wypić drinka, popływać — wciska mi niezły kit.

— Przy dwudziestu stopniach i pochmurnym niebie to chyba musiałaś morsować.

— Chyba żartujesz, to idealna pogoda na kąpiel, zimna woda działa świetnie na ciało i krążenie krwi — kolejna o zdrowym trybie życia.

— Woda w Bałtyku nadaje się jedynie do schłodzenia piwka, ewentualnie pomoczenia stóp przy srogim upale. Mów, jak tam poszukiwania Krisa? — muszę zapytać, głównie po to zadzwoniłem.

— Jesteś gdzieś na mieście czy w domu? — takiej odpowiedzi się nie spodziewałem.

— W domu jestem, Patrycja wraca jutro wieczorem — sam nie wiem, po co jej informacja o mojej żonie, uznałem, że wtedy będę miał większe szanse na spotkanie.

— Na pewno? Nie chcę żadnych kwasów…

— Słowo harcerza, a nawet nauczyciela. Mam jeszcze tagliatelle w sosie serowym, więc wpadaj, Mieszka 15/5.

— Będę za dwadzieścia minut.

— Jasne, czekam, do zoba — nie na takich obrot spraw liczyłem, szybko ogarniam chatę i zmieniam dresy na jeansy. Sandra puka do drzwi. Ubrana w granatową koszulkę i jeansy. Włosy jak zawsze spięte w kucyk.

— Siemano, całkiem przytulne mieszkanko — ogląda nasze zdjęcia z Patrycją z wakacji wiszące na ścianie.

— Witam, witam. Dawaj do pokoju, zaraz serwuję kolację. Opowiadaj, co słychać nad morzem.

— Najpierw trafiłam na pojebaną rodzinkę dilerów, którzy spieprzyli mi przez okno, ale dali mi namiary na Krisa, dilował w Copacabanie, od dwóch miesięcy się tam nie pojawia. Był wysoki i łysy, nic szczególnego…

— Czyli sprawa idzie do przodu, zasłużyłaś na coś ciepłego — stawiam talerze z makaronem na stole i siadam koło Sandry na kanapie.

— Dzięki, wybawicielu — wystarczył makaron, aby na twarzy Sandry pojawił się banan. — Co tam w szkole, dalej przeżywacie śmierć dziewczyny?

— Szkoła funkcjonuje jak wcześniej, gadałem z sąsiadką Barczykowskich, matka nie radzi sobie ze śmiercią córki. Wspominała, ze Milena czesciej niz zazwaczaj siedziala w pokoju, wiec nic konkretnego. Wspominała, że Milena częściej niż zazwyczaj siedziała w pokoju, więc nic konkretnego.

— Zajebisty sos, musisz mi dać przepis — Twoja żonka to chyba dobrze z Tobą ma

— Narzekać nie może, tu się z Tobą zgodzę, a gotuje jak ma ochotę i jak zasłuży — jak sobie zgrabnie poustawiasz zajęcia i się zorganizujesz, to można dużo czasu wolnego wyciągnąć

— Ja w wolnym czasie leżę w wannie, na łóżku przed telewizorem albo jadę do lasu — mówi z prawie pełną buzią, jakby nic nie jadła cały dzień

— I co ty robisz w tym lesie? Może wina białego do tego? — dla umilenia wieczoru

— Autem jestem nie mogę — mówi kategorycznie

— Po jednej lampce Ci nic nie będzie, albo wezmiesz taksówkę, sam pić nie będę

— No i przekonał, na zresetowanie mózgu się przyda — tłumaczy samo sobie. Nalewam wino i niosę na stół

— Pamiętam, że co jak co, ale głowę to miałaś mocną — Pamiętasz konkurs linoskoczka?

— Daj spokój, przez tę głupią zabawę miałam miesiąc nogę w gipsie — zabawa polegała na wypiciu pięciu kieliszków wódki na raz, zrobieniu pięciu obrotów i przejściu po barierce balkonu wychodzącego z sypialni moich rodziców. Pod balkonem, którego od ziemi dzieliły około dwa metry, czekała reszta kolegów, którzy musieli złapać na koc osobę, której powinie się noga. Taka osoba była m.in. Sandra. Pech chciał, że koledzy sami do końca trzeźwi nie byli i upadła dość niefortunnie, łamiąc kość piszczelową

— Ale ile śmiechu było, Rafał z Kamilem nie liczyli, że spadniesz przy pierwszym kroku

— Bardzo śmieszne, ci powiem — sama śmieje się pod nosem — Twoi rodzice dalej na Milej mieszkają? — unosi kieliszek i wypija połowę

— Si, mama już na emeryturze, a tata dalej w teatrze. Przez to mogą trochę od siebie odpocząć

— Gdyby oni wiedzieli, co się w tej chacie działo, to by chyba cię wydziedziczyli — humor jej nie opuszcza. Czasami mam wrażenie, że jej stanowczość i bezpośredniość (wynikająca z racji wykonywanego zawodu) z domieszką kaszlącego poczucia humoru to maska, pod którą kryje się coś zupełnie innego

— Stefan może tak, Edytka by to jakoś przeżyła — Sama w młodości do najgrzeczniejszych nie należała — kończę lampkę, aby dorównać Sandrze i włączam randomową muzykę

— Czyli wdales się w mamusie — Fajna babka z niej była

— Ale matki to mi pani aspirant niech nie uśmierca, cały czas jest fajna — A apropos, co nowego w śledztwie?

— Cały czas nie daje mi spokoju ten znak na plecach — wstaje i zaczyna kręcić się po pokoju z lampką w ręku — Albo ojciec ma jakiś większy syf za uszami i ktoś właśnie w taki sposób się mści, wykorzystując ich nieobecność i dzień przypadający na dwa dni przed jej urodzinami, albo faktycznie wdała się w nieciekawe środowisko. Nie mamy świadków ani narzędzia zbrodni — rozmyśla, patrząc w okno

— Może wisiała kasę za narkotyki, pewnie diler by jej groził, a nikt nie mówił, żeby Milena była bardziej nerwowa czy niespokojna. Dzień śmierci spędziła zwyczajnie. Rodzice mówili, że potrzebowała więcej kasy?

— O ile byli jeszcze przy zmysłach, to nic o tym nie wspominali

Naszą burzę mózgów przerywają otwierające się drzwi. U progu stoi Patrycja. W głowie mam metlik, nie wiem, czy się tłumaczyć żonie, czy zbagatelizować sprawę, wszak to tylko dawna koleżanka, z którą jadłem kolację i piłem wino. Wiem jedno: jakkolwiek nie zareaguję, będzie czekała mnie rozmowa z cyklu: „Miałeś zamiar mi w ogóle powiedzieć, że zaprosiłeś ją do domu?” Dobrze, że przyjechałam, bo bym się pewnie nie dowiedziała…

— Niespodzianka — krzyczy Patrycja i po sekundzie pojawia się mina zdziwienia, która zastąpiła promienny uśmiech na jej twarzy

— O, witaj kochanie, nie mówiłaś, że dziś przyjedziesz — próbuję ukryć zakłopotanie sytuacją i siłę się na radość, że spotkania dziewczyn — To Sandra, o której ci opowiadałem, poznajcie się

— Nic nie wspominałeś, że masz, jesteś umówiony z kimś na dziś — rozbiera buty, a ton jej głosu zdecydowanie różni się od mojego

— Cześć, Sandra, właściwie to tak spontanicznie się spotkaliśmy, chodziliśmy z twoim mężem w liceum

— Do liceum, w sensie do klasy, tak po prostu jak kolega i koleżanka — wypuszczam z ulgą powietrze z płuc — Właściwie to będę już lecieć. Jutro rano muszę szybko wstać — odstawia kieliszek i rusza w kierunku drzwi. Nie zatrzymuje Sandry, bo i po co. Wystarczy mi wrażeń, pewnie wie w jakiej sytuacji się znalazłem

— Spoko, jakbyś czegoś potrzebowała, to daj znać, dla mnie to też ważne, aby znaleźć mordercę — ale to sztuczne — pomyślałem, karcąc się w myślach

— Jasne i miło było poznać — podaje rękę Patrycji, delikatnie się uśmiechając. Moja żona odwdzięcza się tym samym. Sandra wychodzi

— Przerwałam chyba miły wieczór, makaron, winko, chyba było przyjemnie — zaczyna się

— Pati, odpuść, wpadła pogadać, bo ma nowy trop, gadaliśmy o uczniach — ogarniam naczynia po wizycie Sandry

— To trochę dziwne, że omawiacie sprawę morderstwa twojej uczennicy przy lampce wina i kolacji, nie sądzisz? — brnie dalej i wiem, że łatwo nie będzie, faktycznie mogła sobie pomyśleć różne rzeczy i wcale jej się nie dziwię.

— Wiem, jak to wygląda, ale to tylko dawna koleżanka, wpadła, żeby wyjaśnić sprawę, a przy okazji nalałem jej wina do kolacji, bo też miałem ochotę wypić. — ostatnie słowa chciałbym jak najszybciej cofnąć…

— Człowieku, znowu zacząsz pić, kiedy mnie nie ma, znowu to samo?! Ile jeszcze razy będziesz spędzał wieczory przy alkoholu i to jeszcze na dodatek z koleżanką, co? Mało miałeś problemów przy to swoje niewinne picie?! Mało ci jeszcze?! — Patrycja się wścieka i nie wiem, jak ją uspokoić. Wyolbrzymiła moje picie. Owszem, w tygodniu zdarzało mi się wypić, ale to raczej były wyjątki.

— Kochanie, nie jestem głupi, dostałem już raz lekcję od życia i wystarczy. Wypiłem raptem niecałe dwie lampki.

— Tak, dwie lampki, bo przyszłam, a gdyby mnie nie było, to niewiadomo ile butelek by poszło. Sam mówiłeś, jak to w młodości imprezowaliście z klasą, pewnie twoja koleżanka też nie wylewa na kołnierz. — dalej się złości, a ja wiem, że tu pomoże tylko czas.

— Skończ proszę z tymi insynuacjami, nic złego nie zrobiłem, a Ty nie powinnaś się denerwować. Rozbierz się, napuszczę Ci wody do wanny. — Idę do łazienki i szykuję Patrycji kąpiel w nadziei, że cała sprawa rozejdzie się po kościach. Może faktycznie ma obawy co do mojej osoby. Kiedyś miewałem problemy z alkoholem. Drinki traktowałem jako czasoumilacz wieczorów, ale te czasy minęły. Rok temu w maju niestety poleciałem za grubo. Przychodząc ze szkoły, moim jedynym zajęciem było picie. Nie przeszkadzała mi też obecność Patrycji, czasami sama wypiła ze mną, oczywiście nie takie same ilości, ale dotrzymywała towarzystwa. Kiedy wyjeżdżała czteropak piwka, to był element obowiązkowy. Pewnego ranka obudziłem się z ogromnym kacem, myślałem już nad zwolnieniem lekarskim, ale resztki alkoholu w organizmie sprawiały, że humor mi dopisywał. Wstałem, wypiłem kawę, zjadłem śniadanie, wszystko na spokojnie, jakby pracował na home office i czekał, aż praca pojawi się na horyzoncie. Nie spiesząc się, szedłem do szkoły, dobrze wiedząc, że i tak się spóźnię. Uczniowie narzekać nie będą, więc nie ma się o co martwić. Kilkanaście metrów przed szkołą dzwoni telefon.

— Dzień dobry, panie Nadolny, Walska z tej strony. — Mój pozytywny nastrój uleciał wraz z przywitaniem się nowej dyrektorki.

— Witam panią. — Siłę się na oficjalny ton.

— Od piętnastu minut powinien być pan w szkole, nie dostałam informacji, że jest pan chory. Mogę wiedzieć, co się dzieje? — pyta poirytowana.

— Ja, właśnie wchodzę do szkoły i lecę pod salę, pani dyrektor, miałem nieoczekiwane kłopoty w domu — wymyślam na poczekaniu.

— Dobrze, proszę się pospieszyć, a po lekcji zapraszam do mnie.

Miałem trzydzieści minut na ogarnięcie się. Po dzwonku kończącym lekcje skoczyłem szybko do sklepu po gumy miętowe, rozgryzłem szybko cztery gumy i poszedłem do dyrektorki.

— Proszę usiąść, panie Nadolny. — wita mnie.

— Pani dyrektor, musiałem zostać dłużej w domu, woda w toalecie stale się podnosiła i nie chciałem zalać sąsiadów, musiałem wezwać hydraulika. — Tłumaczę się jak uczniowie, którzy wymyślają najgłupsze wymówki na brak pracy domowej. Dyrektorka wstaje i nachyla się nade mną.

— Czy ja czuję od pana alkohol? Myśli Pan, że nie żując czegoś w buzi, ukryje pan ten swąd? Przecież miał pan lekcje przed chwilą, co pan wyprawia?! — Zaczyna chodzić po pokoju, jakby ją coś ugryzło. Co ja mam z panem zrobić? Muszę to zgłosić. W tej szkole nie będziemy tolerować takiej patologii. — Na te słowa czuję, jak cały alkohol wyparowuje mi z głowy.

— Pani dyrektor, no fakt, trochę wczoraj przesadziłem, ale to pierwszy i ostatni raz, obiecuję — poniżam się przed nią, byleby nie ponieść konsekwencji. Dobrze pani wie, że nie ma na mnie żadnych skarg, a z uczniami mam dobry kontakt. Może zostanie ta sprawa między nami, a ja się pani odwdzięczę.

— Pan chyba sobie żartuje, może chce mnie pan jeszcze przekupić?! Proszę iść do domu, pan ma świecić w szkole przykładem, a nie być pośmiewiskiem, narażając przy tym dobre imię szkoły! — Jej stanowczy ton i moja bezsilność pchają mnie do drzwi. Co za głupie durne babsko! Przez jeden wybryk może narobić mi tyle problemów, że do końca mojej kariery będę pracować z łatką alkoholika.

Cała sprawa skończyła się dla mnie pozytywnie. Walska zgłosiła wprawdzie sprawę do kuratorium, ale powinna najpierw zadzwonić na policję, aby mieć dowód na to, że pijany nauczyciel przyszedł do pracy, a dowodu nie miała. Były tylko jej słowa. Ja tego samego dnia załatwiłem sobie zwolnienie lekarskie. W efekcie czego poza niechęcią, którą pałała do mnie dyrektorka, nie poniosłem żadnych konsekwencji. Dostałem niezłą nauczkę.

8

Patrycja dalej chodzi naburmuszona, moje argumenty w ogóle do niej nie trafiały. Wczorajsza kąpiel nieco ukołysała jej nerwy. Przesunęli jej wizyty w sieci gabinetów stomatologicznych o dwa dni, dlatego też przyjechała szybciej. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie Sandra, ale sam ją zaprosiłem, więc ewentualne pretensje mógłbym mieć do siebie. Nie czuję się jednak winny. Myślałem, jakbym ja zareagował na miejscu Patki i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.

Pojechaliśmy zrobić zakupy, Patrycja gotuje zupę. Popołudniu jestem umówiony z Romkiem na siłownię. Muszę odreagować ostatnie dni, a właściwie wczorajszą sytuację, a nie ma nic lepszego niż porządny trening. Trener Romek kończy o szesnastej. Pakuję strój, żegnam się buziakiem z żoną i jadę na siłownię.

— Siema — sklejam pionę z Romkiem.

— Siemano — Ty, jak zbity pies wyglądasz, co jest? Chyba dawno ostrego treningu nie miałeś. — śmieje się.

— Żebyś wiedział, muszę się dziś trochę spocić. — Trening zaczynam od rozgrzewki, a potem klatka piersiowa i barki.

— Nawijaj. — Romek kładzie się na ławeczce i wyciska sztangę.

— Wczoraj wpadła do mnie Sandra, wypiliśmy lampkę wina i nagle wpadła Patrycja, wróciła dwa dni wcześniej niż planowo i możesz sobie wyobrazić, co było dalej. — Zajmuję ławkę po Romku.

— To dlatego przyszedłeś, no niezłe. A co ta policjantka u ciebie robiła w ogóle?

— Gadaliśmy o śledztwie, miałem wolny wieczór, powspominaliśmy dawne czasy, nic szczególnego.

— To grubo. Sam bym się chyba wkurzył na jej miejscu. My wczoraj byliśmy z moją sąsiadką w Mielnie na rybce. Czuję, że coś z tego będzie. Widzę, jak się na mnie patrzy. Widzę ogień w jej oczach, leci na mnie. — Dowartościowuje się, co robił dość często, ale nie wyprowadzam go z dobrego nastroju.

— No mordzia, może to faktycznie ta jedyna. Musisz nas zapoznać.

Romek opowiadał cały trening o swojej pięknej sąsiadce, ale myślami byłem gdzie indziej. Trening nie przyniósł spodziewanej poprawy samopoczucia. Po siłowni odwożę Romka na chatę. Podjeżdżam do jego bloku, a on wychodzi. Cofam samochód i nagle otwierają się drzwi. Do środka wskakuje Sandra.

— Kto to jest? Skąd się znacie? — gestykuluje, jakby dowodziła orkiestrą.

— Mój kolega Romek, o co chodzi? — podnoszę głos.

— Szlak… Romek Krzysztofik, pseudonim Kris, urodzony w Kołobrzegu. Dostaliśmy już wyniki na ojcostwo. Badanie DNA wykazało, że twój kolega jest prawdopodobnym ojcem dziecka Mileny Barczykowskiej. Był karany, więc szybko go namierzyliśmy, ale nie było go w domu. — Spełnił się najgorszy scenariusz, moja chęć pomocy w śledztwie była spowodowana również tym, że wiedziałem, że Romka i Milenę coś łączyło, o ile można mówić tutaj o jakimkolwiek uczuciu. — Sandra wyszła z auta. Ja siedziałem, jakbym dostał obuchem w głowę. Nie wiedziałem, co zrobić. Nie było sensu biec za policjantami i przekonywać ich, że Romek jest niewinny. Tak naprawdę nie znałem prawdy. Może tak dobrze się kamuflował? Może to jakieś fatalne nieporozumienie? Patrzę przez okno i widzę policjantów prowadzących Romka do samochodu Sandry, a ja nie mogę nic zrobić. Gdyby Sandra była sama, może dałoby się to jakoś wyjaśnić, ale teraz nic nie mogę zrobić. Romek patrzy się na mnie, a ja jak cipa siedzę w aucie.

— Jestem niewinny, nic nie zrobiłem, kurwa, Marek, znasz mnie! — krzyczy w moim kierunku. A ja siedzę dalej jak zahipnotyzowany. Odjechali. Musiałem coś zrobić, nie mogłem tej sprawy przecież tak zostawić. Jadę z nimi. Nie mogę poskładać myśli, nie wierzę, że Romek mógłby dopuścić się morderstwa. „To niemożliwe!” — przekonuję samego siebie.

Dojechaliśmy na miejsce, Romek, Sandra i reszta wychodzą z samochodu.

— Marek, to jakieś jaja są, kurwa, oni myślą, że zabiłem twoją uczennicę, popierdolili ich! — wścieka się, wchodząc do komisariatu.

— Sandra, pozwól na chwilę. — Wołam ją. Sandra podchodzi. — To mój przyjaciel, dobrze go znam i wiem, że w życiu by jej nie zabił. To dobry chłopak, miewał problemy, ale od jakiegoś czasu jest czysty. — Próbuję ją przekonać, ale wiem, że moje gadanie nie ma żadnego znaczenia w konfrontacji z twardymi dowodami.

— Marek, muszę go przesłuchać, ale dowody są jednoznaczne. — Klepie mnie po ramieniu i znika za drzwiami.

W sali przesłuchań czeka Romek, który, jakby mógł, to by wyszedł z każdym policjantem na solówkę i dalej miałby energię. Był strasznie nabuzowany. Do małego pomieszczenia wchodzi Sandra. Nie jest to dla niej łatwe przesłuchanie, bo wie, że podejrzany mnie zna.

— Przejdźmy do konkretów, co robiłeś w środę wieczorem. — Nie daje sobie poznać jakiegokolwiek zakłopotania z faktu, iż przesłuchuje kolegę kolegi.

— Siedziałem sam w domu. Jakie macie dowody na mnie? — przechodzi do ofensywy.

— Zamordowana Milena Barczykowska była w ciąży. Zrobiliśmy badania DNA, z których wynika, że ty jesteś ojcem.

— Niemożliwe, zabezpieczyłem się, kurwa. W co wy chcecie mnie wpieprzyć? — Wali pięściami w stół i wstaje. Do sali wpada dwóch policjantów.

— Siadaj! — wykrzykuje jeden z nich. Łapią go ręce i ramiona, sprowadzają na krzesło.

— Czyli się znaliście… i nie masz alibi. Dlaczego spotykaliście się z zabitą na tym konarze?

— Kurwa, laska, co ty bredzisz, spotykałem się z nią tydzień czasu może, nigdy na żadnym konarze. Nawet nie wiem, gdzie to jest.

Sandra kładzie przed podejrzanym zdjęcia zabitej. Liczy, że pobudzi jego wyobraźnię i przywoła moment morderstwa.

— Spójrz, osiemnaście ran kłutych. — Romek pochyla się nad zdjęciami. — Czym ci ona zawiniła? Chciała podkablować, że dilujesz? Chciała kasę na usunięcie dziecka? A może za milczenie, że to ty jej dziecko zrobiłeś? Co? — krzycząc ma nadzieję, że złamie Romka, a ten wszystko wyśpiewa.

— Pierdol się. — mówi z zażenowaniem i pogardą na twarzy.

Sandra próbowała wycisnąć cokolwiek z Romka, jednak ten poza obraźliwymi i lekceważącymi uwagami nie odnosił się do śmierci Mileny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 46.98