E-book
10.92
drukowana A5
31.16
Bez Ciebie do końca świata

Bezpłatny fragment - Bez Ciebie do końca świata


4.8
Objętość:
229 str.
ISBN:
978-83-8155-126-7
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 31.16

Jesteś ze mną, w każdej chwili, jesteś ulotnym ptakiem, wiatrem, deszczem, słońcem, chmurką, jesteś moją siłą, na zawsze będziesz i jesteś w mojej pamięci, w moim sercu, łzach i śmiechu, w troskach i radości — synu.

Pamięci Marka


Przedmowa

„Śmierć dziecka — nie ważne, w jakim wieku — jest czymś tak nienaturalnym i niewłaściwym, że po takiej tragedii trudno na nowo odszukać sens życia…”

— Dean Ray Koontz

Drogi Czytelniku, daję Ci do rąk książkę, w której opisuję tragiczną historię matki, związaną ze śmiercią syna, czasem jej przeżywania, pomocy sobie samej, wyjścia z otchłani, w którą wpadła, a wreszcie — rozliczeniu z życiem.

Książka opisuje samobójczą, ale czy tak naprawdę samobójczą? śmierć młodego chłopca, jego życie i cierpienie matki. Jest refleksją, przesłaniem dla młodych ludzi.

Zwracam się do Was, młodzi przyjaciele, do Was, rodzice, życie jest piękne, nie ma nic piękniejszego na tym świecie. Wierzcie mi, że gdy jesteście smutni, macie problemy ze sobą, przeżywacie porażki, zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji, wydawałoby się, bez wyjścia. Nigdy nie ma tak, że jest koniec i nic się nie da zrobić.

Przypadek, o którym piszę, to śmierć młodego, zakochanego chłopca, a przyczyną tej śmierci, tak tragicznej, była zawiedziona miłość, która przeminęła. A może jednak nie? Może to tylko chorobliwa zazdrość wzięła we władanie jego duszę, a może był to nieszczęśliwy wypadek lub morderstwo?

Kochać można nie tylko jeden raz, lecz wiele razy, jak to się mówi, „każda miłość jest pierwsza i każda miłość najważniejsza”. Nie warto dla kogoś, kto nas już nie kocha, unieszczęśliwiać innych i dla niego tracić swoje życie. Życie to dar, piękno, nie powinno się tak łatwo uciekać od problemów w samobójstwo, nie można odrzucać tego, co dobrego jeszcze przyniesie nam los. Przecież nie wiemy, co nas czeka, ale czy ktoś tak zdesperowany myśli logicznie? Chyba nie. A jednak zawsze trzeba walczyć.

Wiedz, że gdy kochasz, musisz pamiętać, żeby nie osaczać, pozwól na przestrzeń wokół niej czy niego. Każdy, każdy człowiek chce być wolny i każdy ma prawo się odkochać, szczególnie, gdy ma się naście lat.

Przed młodym człowiekiem całe życie. Trzeba walczyć i nigdy się nie poddawać. I wiedz, że nigdy nikogo nie można zmusić do miłości.

Rozdział I
Przypadkowe spotkanie

Dzięki tej rozmowie jestem innym człowiekiem, ta tragedia pozwoliła mi zrozumieć, że jestem szczęściarą.

Spojrzałam na zegarek, dzień pracy dobiegał końca. Zaczęłam się zastanawiać, co zrobię później, nie chciało mi się iść do pustego domu. Pomyślałam, że przejdę się, pójdę do parku, pospaceruję. Wstałam od biurka, podeszłam do okna, otworzyłam je i spojrzałam na skwerek pełen krzewów i drzew, na których wyraźnie widziałam pączki rozwijających się liści.

Westchnęłam, wdychając powietrze. Jaki piękny dzisiaj dzień! To już wiosna, której do tej pory nie zauważałam. Zdziwiona patrzyłam i czułam wokoło świeżość, pachniało wiosną, nawet zakwitły pierwsze wiosenne kwiaty, za chwilę świat się zazieleni.

Świeciło słońce, więc postanowiłam, że pójdę do parku, wtedy może zapomnę o problemach zawodowych. Moje problemy to przede wszystkim problemy związane z terminami i ich dotrzymaniem. Kalendarz miałam cały zapisany, spotkania, wywiady, wszystko na wczoraj. Biegałam z jednego spotkania na drugie. Często mój czas nie kończył się w redakcji, dużo pracowałam w domu. Problemy osobiste, no cóż, nie istniały, chociaż trochę, ale tylko trochę, dokuczała mi pustka, jednak radziłam sobie.

Dzisiaj miałam wyjątkowo trudny dzień, musiałam zrobić sprawozdanie. Termin już mijał, nie mogłam scedować tego zadania na swoich pracowników. Mieli swoją pracę, równie ważną, a ja miałam jeszcze wiele innych zadań do wykonania. Zbliżał się koniec miesiąca, zamykanie numeru kwietniowego, trochę się stresowałam. Zależało mi, żeby wszystko było perfekcyjnie.

Byłam osobą bardzo odpowiedzialną, poświęcałam się pracy bez reszty, dlatego też zaniedbałam sprawy osobiste. Byłam sama. Nie miałam męża, nie miałam dzieci, ale czy czułam się samotna? Nie. No może czasami, wieczorami, a w szczególności w weekendy, kiedy nie miałam żadnych zajęć. Za to posiadałam kochającą rodzinę, rodziców i siostrę.

Przez moje życie przewijały się zauroczenia, nawet byłam bardzo zakochana. Jednak praca brała górę nad miłością. A może to nie była prawdziwa miłość? Inaczej by przetrwała. Jan nie potrafił mnie zrozumieć. Wymagał ode mnie czasu dla siebie, musiałam być tylko dla niego, spełniać jego zachcianki. Sam o wszystkim decydował, a ja miałam się do niego dostosować. Był zazdrosny. Wymagał, żebym, gdy tylko wracał z pracy, czekała na niego z obiadem. Chciał mieć już dzieci. Ale ja tego nie pragnęłam. Byłam młoda, chciałam pracować, awansować. Muszę przyznać, nie lubiłam gotować, jaka tam ze mnie byłaby gospodyni. Nie czułam jeszcze potrzeby bycia żoną i matką. Przeszkadzała mi jego zazdrość. I nie tylko o spojrzenia innych mężczyzn, lecz o moją pracę i o to, że spełniam się zawodowo, że lubię swoją pracę. Jan nie lubił swojej pracy, ciągle narzekał. Nie jeden raz czułam się przez niego osaczona i kontrolowana, a ja kochałam wolność, to moja natura. Rozstaliśmy się.

Któregoś dnia powiedzieliśmy sobie, jakie życie nam odpowiada i czego od niego oczekujemy. Okazało się, że mamy różne wizje na naszą wspólną przyszłość, to było nie do pogodzenia. Miłość spowszedniała. Kilka dni po tej rozmowie Jan spakował swoje rzeczy i odszedł. Byłam zdziwiona, że nie walczył o mnie i gdzie podziała się jego miłość, o której tak mnie zapewniał i co z jego zazdrością.

Już od pewnego czasu zachowywał się tak jakoś obojętnie w stosunku do mnie. Odejście Jana było mi na rękę. Teraz jeszcze nie byłam gotowa na stały związek. Nie spotkałam takiej osoby, na której widok zabiłoby mi mocniej serce. Zresztą, nie miałabym czasu dla męża, dla rodziny.

Gdy było mi smutno, miałam problemy, dzwoniłam do siostry lub odwiedzałam rodziców. Dzieliłam się z nimi swoimi smutkami i cieszyłam się, że ich mam.

Często wyjeżdżałam służbowo, a poza tym ceniłam sobie samodzielność. Czy mogłabym żyć w związku, dzielić się wszystkim, poświęcić swoje pasje dla rodziny? Moją pasją było pisanie, pisałam książkę, reportaże. Pracowałam w redakcji miesięcznika „Sukcesy kobiet”, byłam dziennikarką i szefową działu. Jest to pismo skierowane przede wszystkim dla kobiet, ale też jest kilka stron ciekawych również dla mężczyzn.

Wkładając do biurka swoje rzeczy, nadal myślałam o pracy. Musiałam napisać reportaż albo zrobić wywiad z osobą, która przeżyła w swoim życiu trudne chwile, jak się pozbierała, jak żyje teraz.

Tematem reportażu miała być „Siła kobiet”. Myślałam o kobiecie po rozwodzie, o tym, jak bardzo kochała męża i jak bardzo przeżyła rozwód, ale się nie załamała, chociaż ją zdradził i odszedł z inną kobietą z dnia na dzień. Pomyślałam, że zadałabym jej pytanie, jak sobie z tym poradziła, kto jej pomógł. Zadałabym jej wiele innych osobistych pytań, na które chciałam otrzymać odpowiedź.

Musiałam napisać tekst, który miał być wzruszający. Musiałam przekazać czytelnikom, jaką kobiety mają w sobie siłę. Szukałam pomysłu, rozmawiałam ze znajomymi, jakoś to wszystko szło opornie. Jak już byłam pewna, że miałam bohaterkę, to mi nie pasowała do mojej wizji silnej kobiety, albo niektóre kobiety początkowo zgadzały się na wywiad, jednak potem rezygnowały z różnych przyczyn. Reportaż byłby anonimowy, więc dziwiłam się, czemu się wycofywały.

Ten reportaż to był dla mnie priorytet, spędzał mi sen z powiek. Nawet pomyślałam, że napiszę go, nie opierając się na faktach. Ale, czy to byłoby w porządku w stosunku do moich kobiet, które czytały nasze pismo? Nie, to musiało być prawdziwe i wiarygodne.

Założyłam płaszcz, wzięłam torebkę i wyszłam z redakcji. Koleżanki jeszcze zostały, chociaż myślę, że zaraz po moim wyjściu również wyjdą do swoich rodzin, domów. Marzec, wiosna, uwielbiałam wiosnę, czułam jej zapach i radość w sercu.

Gdy opuściłam budynek, słońce schowało się za chmury. Pomyślałam, żeby tylko nie padał deszcz. Nie mogłabym wtedy spacerować, a chciałam się przejść, uwolnić swoje myśli i odstresować się. Planowałam długi spacer. Jednak najpierw musiałam coś zjeść. Byłam bardzo głodna, więc po drodze wstąpiłam do naleśnikarni. Uwielbiam naleśniki. Zamówiłam te z warzywami, do tego wzięłam herbatę, usiadłam przy stoliku i z apetytem je zjadłam, popijając dobrą herbatę. Obserwowałam ludzi za oknem i tych w naleśnikarni. Już słyszałam od koleżanek, że naleśniki są tuczące i one by ich nie jadły. Ciągle się odchudzały. A ja byłam szczupła, nigdy się nie odchudzałam. Nie myślałam nigdy, co mam jeść, a co nie i że muszę uważać, bo przytyję. Jadłam i jem, co lubię i na co tylko mam ochotę.

O tej porze, około szesnastej, naleśnikarnia była prawie pusta. Dziwiłam się, bo to była pora obiadu, ludzie pracujący wyszli już z pracy. Może dlatego, że to był zwykły dzień, środek tygodnia? Trudno powiedzieć. Siedziałam przy jednym stoliku, przy innym starsza pani i jeszcze dwoje młodych ludzi w kącie sali. Ona młoda i piękna, ciągle się uśmiechała do chłopca, przekomarzali się ze sobą. Miło było na nich patrzeć. Pomyślałam o sobie jako nastolatce, to były cudowne czasy, ale zaraz odrzuciłam te myśli, przecież ja byłam młoda, to dlaczego tego nie czułam? Dlaczego nie czułam się młoda. Byłam przecież po trzydziestce. Życie jeszcze przede mną, a ja zachowywałam się jak kobieta po sześćdziesiątce. Tylko praca i praca. Nie miałam żadnego życia towarzyskiego, żadnej bliskiej przyjaciółki. Czasami nachodziły mnie myśli, dlaczego byłam sama, dlaczego nie miałam przyjaciół? Pewnie to moja wina, tak, to na pewno moja wina i ta moja powaga.

Zaniedbałam przyjaciółki, to ja odsunęłam się od nich. Całkowicie pochłonęła mnie praca. Nie miałam czasu na spotkania z nimi. W końcu i one przestały mnie zapraszać, przestały do mnie dzwonić. Miały swoje rodziny, ja wciąż byłam sama. Moją przyjaciółką była siostra Irenka, to jej się zwierzałam, do niej dzwoniłam. Dobrze, że ją miałam. Ciągle obiecywałam sobie, że się zmienię, więcej będę się uśmiechała, będę się umawiała z mężczyznami i nie będę taka poważna, nie będę traktowała życia tak serio. Nie będę już taką profesjonalistką w każdym calu. Ale czy mogłam zmienić siebie aż tak bardzo? Chciałam tego, ale czy mi się uda? Nie wiedziałam. Będę pracowała nad sobą, tak postanowiłam.

Posiedziałam w naleśnikarni jeszcze chwilkę, zjadłam pyszne naleśniki i wyszłam, kierując się w stronę parku. Spacerując alejkami, podziwiałam kolorowe tulipany, piękne rabatki i drzewa, na których już widać było maleńkie listki wykluwające się z gałązek.

Cudowna pogoda, chociaż było pochmurnie, to zapach wiosny unosił się w powietrzu. Na szczęście deszcz nie padał, ale było ciepło jak na połowę marca, więc postanowiłam usiąść na ławce w oddalonym miejscu w parku. Chciałam pomyśleć, pooddychać świeżym powietrzem. Już z daleka zauważyłam jakąś kobietę. Siedziała na ławce zamyślona, wydawało mi się, że była smutna. Zaintrygowała mnie. „Ciekawe, co tutaj robi”, pomyślałam. Podeszłam bliżej. To była kobieta w średnim wieku, starsza ode mnie, nie bezdomna, o nie, na pewno nie, była zadbana, ale widać było, że coś ją trapi. Stanęłam przed nią i zapytałam wprost:

— Czy coś się stało, jak mogę pani pomóc, ma pani jakieś kłopoty?

Spojrzała na mnie jakby obudzona ze snu, poprawiła włosy i uśmiechnęła się.

— Nie, dziękuję, nie potrzebuję pomocy, nie jestem bezdomna, jeżeli ma pani to na myśli, zaraz sobie pójdę, tak tylko odpoczywam. Wyszłam wcześniej z pracy i potrzebowałam pobyć trochę sama — powiedziała.

„Podobnie jak ja”, pomyślałam.

— Czy mogę przysiąść się do pani, razem posiedzimy, pomilczymy, będzie nam raźniej. Tu takie odludzie i wokół krzewy, nie boi się pani tak sama siedzieć? — zapytałam. — Bardzo się pani śpieszy? — dodałam zaciekawiona, a swoją drogą ucieszyłam się, ponieważ miałam towarzystwo, a jako dziennikarka łatwo nawiązywałam kontakty, lubiłam rozmawiać z ludźmi.

— Nie, nie spieszy mi się i nie boję się — odpowiedziała i uśmiechnęła się znowu.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć, wydała mi się taka ciepła, taka miła, ale bardzo, bardzo smutna. Powiedziałam jej to, a ona tylko spojrzała na mnie niebieskimi oczami i nic nie odrzekła.

— Mogę poznać pani imię? — dalej pytałam, nie wiem, dlaczego. Może dlatego, żeby podtrzymać rozmowę, a może dlatego, że nastała cisza i tak głupio było siedzieć z kimś, kogo się nie zna.

W pewnym momencie, wyciągnęła do mnie rękę.

— Mam na imię Urszula, przepraszam, nie przedstawiłam się. A pani jak ma na imię? — zapytała i zauważyłam, że stała się pewniejsza siebie.

— Ja mam na imię Katarzyna, jestem dziennikarką.

— Bardzo mi miło. — Tak jakby się ucieszyła i zdziwiona jeszcze dopytała: — Jest pani dziennikarką?

— Tak — odpowiedziałam i dodałam: — Mam napisać reportaż na temat siły kobiet w sytuacjach dla nich bardzo ciężkich lub tragicznych, ale nie wiem, jak to zrobię, termin się zbliża, a ja nic nie mam. Niby już miałam, ale wiele kobiet zrezygnowało po jakimś czasie. — Spojrzałam na nią, wyczułam zainteresowanie, więc dalej mówiłam: — Reportaż musi wzruszyć czytelnika, musi być emocjonalny, a najważniejsze, że ta kobieta, dzięki silnej psychice, wychodzi zwycięsko z tej dla niej trudnej sytuacji.

— A to ciekawe — dodała zaintrygowana.

Chwilę siedziałyśmy, nie odzywając się. Widziałam, że Urszula myśli, waha się, chciała coś powiedzieć i w końcu po kilku minutach odezwała się do mnie.

— Pani Kasiu, czy mogę tak mówić do pani? Mam dla pani temat, proszę, może pani napisać o mnie, to ja mogę być inspiracją dla pani reportażu. — Spojrzała na mnie swoim pytającym wzrokiem i jeszcze dodała: — Muszę to z siebie wyrzucić, muszę się wytłumaczyć, tak dłużej nie mogę żyć. Muszę się oczyścić, z tego, co zalega w moim sercu już za długo, nie mogę się tego pozbyć, a tak bardzo chcę, nie chcę już cierpieć, chcę żyć jak normalni ludzie — powiedziała trochę podniesionym głosem.

— Opowie mi pani swoją historię? Czy chce pani, żebym napisała o pani reportaż? Czy zdaje sobie pani sprawę, że to się stanie publiczne, chociaż nie podam nazwiska, a imię zmienię. Nie boi się pani, że ludzie, czytając, będą oceniać, będą winić bohaterkę? Jest pani tego pewna? — dopytywałam.

— Tak, chcę, zdaję sobie z tego sprawę, nie będzie mi łatwo, ale tak, zgadzam się — powiedziała zdecydowanym głosem.

Spojrzałam na zegarek, było już późno, czas tak szybko minął, jakby się zatrzymał, a ja nie byłam jeszcze w domu. Miałam napisać krótki tekst na temat przygotowywanej swojej książki. Mimo wszystko zaciekawiła mnie propozycja Urszuli, to było takie tajemnicze, więc tylko jej powiedziałam:

— Muszę już iść, proszę mi dać swój numer telefonu, zadzwonię do pani.

— Proszę zapisać. — Podała mi swój numer na komórkę.

— Dziękuję pani, zadzwonię.

Kartkę z numerem wrzuciłam do torebki.

— Będę czekała.

Wyczułam w głosie Urszuli niedowierzanie, więc dodałam:

— Zadzwonię, na pewno się spotkamy i porozmawiamy, zależy mi na tym.

Wstałam, pożegnałam się z Urszulą i wróciłam do domu. To spotkanie wywarło na mnie ogromne wrażenie, nie mogłam się pozbyć myśli o niej, o Urszuli. Na usta cisnęły mi się jej słowa i to, co mogło ją złego spotkać w życiu. Byłam bardzo ciekawa, co to było, czemu tak sama siedziała w parku, daleko od ludzi. Nie płakała, nie rozpaczała, uśmiechała się, była taka wyciszona. Wydawało mi się, że była po pięćdziesiątce. Krótkie blond włosy, szczupła i niska, z daleka wydawała się o wiele młodsza. Naturalna, bez makijażu, w czerwonej kurteczce i czarnej spódnicy, miała małą, czarną torebkę, buty również czarne na lekkim, trzy centymetrowym obcasie.

Napisałam tekst, zjadłam kolację, potem czytałam, ale w mojej głowie cały czas krążyła ta jedna myśl — kim była ta kobieta i w końcu było już bardzo późno, położyłam się do łóżka i szybko zasnęłam.

Przez wiele dni byłam zajęta w pracy, siostra miała urodziny, biegałam za prezentem, potem było rodzinne spotkanie. Te spotkania dodawały mi siły, energii i mogłam na nich być sobą, nie musiałam nic udawać, czułam się swobodnie. Lubiłam widzieć się z rodziną. Cieszyłam się na rozmowę z rodzicami. Oni jak zwykle tylko się pytali, czy mam kogoś, mówili, że nie mogę być sama, ciągle ta sama śpiewka. Troszkę mnie to drażniło, ale już się przyzwyczaiłam do takich pytań i nie przejmowałam się aż tak. Wiedziałam, że to z troski o mnie. Zawsze po rodzinnym spotkaniu nabierałam pewności siebie, czułam się podbudowana, byłam wśród swoich, kochali mnie, mogłam się wygadać, czasami pożalić.

Tak płynęły dni, zajęta swoimi sprawami zapomniałam o spotkaniu w parku. Pewnego dnia szef przypomniał mi, że miałam przygotować materiał o sile kobiet. Zapomniałam, naprawdę, powiedziałam tylko, że napiszę, mam coś, mam temat. Wtedy przypomniała mi się Urszula, obiecałam jej, że zadzwonię do niej. Gorączkowo zaczęłam szukać kartki z numerem jej telefonu. To była ostatnia chwila i ostatnia deska ratunku na napisanie i zamieszczenie w naszym piśmie, bardzo poczytnym, mojego tekstu. Na szczęście znalazłam kartkę z numerem telefonu Urszuli — rzucona luzem leżała zmięta na dnie torebki. Od razu też wystukałam cyferki i czekałam, czekałam, nikt nie odbierał telefonu. Pomyślałam, że pewnie dała mi zły numer, była taka dziwna. Ale za chwilę usłyszałam sygnał telefonu, odebrałam i okazało się, że to była Urszula.

— Przepraszam, nie mogłam odebrać telefonu, już myślałam, że pani nigdy nie zadzwoni, że pani o mnie zapomniała.

— Pani Urszulo, to prawda, zapomniałam, byłam zajęta — powiedziałam. — Bardzo mi zależy na tej rozmowie, czy mogę się z panią umówić? Proszę powiedzieć, kiedy będziemy mogły porozmawiać?

— Pani Kasiu, proszę ustalić termin wtedy, kiedy pani będzie wygodnie. Ja popołudnia i wieczory mam wolne, więc zapraszam do mnie do domu, podam adres, będziemy mogły swobodnie rozmawiać, będę sama, mąż pracuje wieczorami, nikt nam nie będzie przeszkadzał.

— To świetnie — powiedziałam. Podała mi adres i umówiłyśmy się na środę, na godzinę osiemnastą, tak najbardziej mi pasowało.

I znowu pomyślałam: „Ciekawe, co spotkało Urszulę?”, zaciekawiła mnie, co to za historia, myślałam i nie mogłam się doczekać środy, a był dopiero piątek. Potem znowu zajęta swoimi sprawami nie myślałam już tak intensywnie o Urszuli.

Nadeszła środa, wzięłam dyktafon, notatnik i tak przygotowana udałam się taksówką pod adres, który mi podała. To był blok na peryferiach miasta, pięknie odnowiony, zadbany, wokoło dużo zieleni, budynek miał trzy piętra.

Zadzwoniłam domofonem, Urszula już na mnie czekała, otworzyła drzwi. Mieszkanie było małe, ale przytulne, było czysto. Zaprosiła mnie do pokoju, poprosiła, żebym usiadła i powiedziała:

— Dziękuję, że pani przyszła. Czego się pani napije, kawy czy herbaty?

— Poproszę kawę z mlekiem.

— Proszę się rozgościć, a ja zrobię kawę, zaraz wracam.

Zostałam w pokoju sama, zaczęłam się rozglądać. Nic mi nie mówiło, nawet nie domyślałam się, o co chodzi. Wiedziałam, że Urszula ma męża, że jest teraz w pracy, więc co tu jest grane, wszystko wydawało mi się w jak najlepszym porządku. Żadnych fotografii, żadnego śladu, nic nie wskazywało, że ta kobieta ma jakieś kłopoty, na pewno nie sprawy małżeńskie. Było cicho, biblioteczka pełna książek, pomyślałam, że Urszula lubi czytać. Nagle jej głos obudził mnie z zamyślenia.

— Już jestem, proszę, pani Kasiu, kawa i ciasteczka, tak jak pani prosiła, i do tego mleko.

— Dziękuję, pani Urszulo, będę popijała kawę i możemy zaczynać naszą rozmowę.

Włączyłam dyktafon, otworzyłam notatnik, wzięłam do ręki długopis i zamieniłam się cała w słuch. Poprosiłam tylko o dokładne z detalami przekazanie swojej opowieści. Urszula usiadła naprzeciwko mnie, rozsiadła się wygodnie w fotelu, zdjęła buty i tak powiedziała:

— Pani Kasiu, to co, zaczynamy? Jestem gotowa psychicznie, proszę też wygodnie usiąść, proszę czuć się jak u siebie w domu.

— Tak, ja też jestem gotowa, więc zaczynajmy.

To było jak spowiedź Urszuli, nawet nie miałam śmiałości jej przerywać, nie zadawałam żadnych pytań, nie mogłam, tylko słuchałam.

Rozdział II
Dzień, który zmienił moje życie

„Każdy w zakątku swojej duszy wie aż nadto dobrze, że samobójstwo jest wprawdzie wyjściem, ale przecież tylko jakimś wyjściem, nędznym, nielegalnym, zapasowym, i że w zasadzie szlachetniej i piękniej jest dać się pokonać przez samo życie, niż ginąć z własnej ręki”

— Hermann Hesse

To, co się zdarzyło piątkowego, pięknego, sierpniowego dnia, zmieniło moje życie na zawsze.

Dzień zapowiadał się wspaniale. Świeciło pięknie słońce i było bardzo ciepło. Lato, wakacje. Było cudownie. Jak w każdy piątek bardzo cieszyłam się na dwa wolne dni od pracy. Nie mogę powiedzieć, że nie lubiłam swojej pracy. Bardzo lubiłam i chętnie szłam do niej. Ale też cieszyłam się na weekend. Robiłam plany. Lubiłam swoje mieszkanie, lubiłam w nim przebywać. Lubiłam sprzątać, sprawiało mi to wielką przyjemność.

Tego dnia wstałam wcześnie rano, jak tylko zadzwonił budzik. Chociaż przyjemnie byłoby sobie pospać, niestety musiałam wstać, nie ma co przedłużać tej chwili, więc szybko wyskoczyłam z łóżka i pomyślałam, jak to dobrze, że piątek, będzie dobry letni dzień. Przygotowałam kanapki dla siebie i syna Marka. Razem wychodziliśmy do pracy, jechaliśmy jednym autobusem, chociaż pracowaliśmy w różnych firmach i w różnym miejscu. Razem dojeżdżaliśmy do centrum, potem każdy szedł w swoją stronę. Zanim wyszliśmy z domu wyprowadziłam jeszcze naszego zwierzaka na spacer. Było tak, jak co dzień. Mąż pracował wieczorami, więc sobie smacznie spał, zamknęłam drzwi na klucz i wyszliśmy z domu.

Dzień pracy szybko minął, spojrzałam na zegarek, zbliżała się godzina trzecia, więc nadszedł czas powrotu do domu. Punktualnie o trzeciej wyszłam z pracy, po drodze zrobiłam jeszcze zakupy. Gdy wróciłam do domu, zabrałam się najpierw za przygotowanie obiadu. Zrobiłam coś na szybko do jedzenia, myślę, że to było coś z makaronem. Tylko w soboty i niedziele obiad zawsze był świąteczny i składał się z dwóch dań. Miałam więcej czasu na przygotowywanie posiłków. Chwilę po mnie wrócił z pracy Marek, od miesiąca pracował w biurze projektowym. Szymon, mój mąż, był w domu. Mimo że pracował wieczorami, to jednak czasami zdarzało się, że wyjeżdżał do pracy również przed południem — w takie dni czekał na mnie przed pracą, razem robiliśmy zakupy i potem wracaliśmy do domu.

Dzisiaj nie pracował rano, nie przyjechał po mnie, wróciłam sama autobusem. Bardzo się śpieszyłam, ponieważ Marek miał się spotkać o siedemnastej z Jolą. Byli umówieni na prywatkę u koleżanki. Obiad zawsze jedliśmy rodzinnie przy stole w pokoju, to był taki nasz codzienny rytuał. Danie, które zrobiłam, tak, przypomniałam sobie, to był makaron z warzywami, wszyscy zajadaliśmy się nim, nic nie zostało. Było to bardzo smaczne danie, a my bardzo głodni. Przygotowywałam posiłki z tych produktów, które miałam w domu, chyba że akurat coś kupiłam, coś, co można było szybko przygotować i żeby było smaczne. Tym razem również tak było.

Zjedliśmy obiad, ja zaczęłam się krzątać w kuchni, zmywałam, sprzątałam. Nagle, usłyszałam Marka jak wołał mnie. Tak, jakby sam nie mógł podejść do kuchni.

— Mamuś, mamuś, możesz przyjść do mnie? — wołał ze swojego pokoju. — Mamuś, chcę cię o coś zapytać.

— Słucham cię, synku? — Podeszłam do niego, wycierając mokre ręce.

— Dasz mi jakieś pieniądze?

— Oczywiście, że tak. A na co ci one potrzebne?

— Obiecałem, że kupię alkohol na prywatkę, a już nie mam nic z wypłaty.

— A nie możecie bawić się bez alkoholu? — powiedziałam rozdrażniona.

— Ja nie chciałem, wiesz, i mówiłem Joli o tym, ale ona się uparła, mówiła, że tak się umówiła.

— Już dobrze synku, dam ci te pieniądze. Tylko proszę, uważaj na siebie, nie pij za dużo.

— Dobrze, dobrze, ty tylko ciągle się o mnie martwisz, kupię ten alkohol, chociaż tak jakoś nie mam ochoty, nie chce mi się iść na tę prywatkę — powiedział.

— Przecież nie musisz, możesz w ogóle tam nie iść, jeśli nie masz ochoty.

— Mówiłem Joli, żebyśmy nie szli, ale ona powiedziała, że musimy tam iść, że nie ma rodziców tej koleżanki, u której będzie prywatka, i że będzie dobra zabawa. Nie dała się przekonać, żebyśmy nie kupowali alkoholu i bardzo chciała iść na prywatkę, ja najchętniej zostałbym w domu. Nie lubię jej znajomych — dodał.

— Nie wiem, co ci powiedzieć, nie musisz tam iść, ale jeżeli już, to w takim razie bądźcie krótko i wracajcie do domu.

— Dobrze, będzie dobrze, tylko tak mówię, wiesz, że tak bywa, jak się idzie niechętnie, to potem okazuje się, że jest odwrotnie, będzie dobra zabawa. — Uśmiechnął się. — Mamuś, nie martw się.

— Będę czekała na ciebie, tylko nie wracaj zbyt późno.

Byłam spokojna, to było spotkanie kolegów i koleżanek. Spokojna, również dlatego, że była z nim Jola. Lubiłam ją i wierzyłam jej. Zawsze to kobieta, inaczej patrzy na jakieś ekscesy, gdyby miały miejsce na prywatce.

Marek wykąpał się, przebrał, założył swoją najlepszą koszulkę w biało-niebieskie paski. Zadowolony wziął pieniądze, które mu dałam, i wyszedł. A ja, jak zwykle, gdy wychodził z domu, biegłam do okna w jego pokoju, patrząc jak idzie, byłam szczęśliwa i dumna ze swojego syna. Szymona już nie było, pojechał do pracy. Moje kochane dziecko, tak zawsze mówiłam, gdy wychodził. Zresztą, czy to Marek, czy Szymon, biegłam do okna i machałam ręką, w ten sposób czułam się pewna i spokojna, tak jakbym mówiła: „Wracaj bezpiecznie do domu, do zobaczenia”. To był taki mój drugi po wspólnych obiadach rytuał. Mieszkaliśmy na parterze, to było takie przedłużenie pożegnania.

Wtedy nie wiedziałam, że tego dnia żegnam się z moim synem… na zawsze. Właśnie, mówiąc teraz te słowa, przypomniałam sobie cytat, nie pamiętam, kto to napisał, ale chyba Paulo Coelho. Przekazuje on taką myśl: „Nigdy, przenigdy nie mów na głos, że jesteś szczęśliwa, bo usłyszy cię zazdrosny Bóg i twoje szczęście zniknie”. Tak, właśnie stojąc przy oknie, machając ręką i nie znając jeszcze tych słów, powiedziałam do siebie, że teraz jestem szczęśliwa, wszystko się układa, jest tak, jak chciałam. Ale jeszcze nie wiedziałam, że moje szczęście tamtego dnia uleci. Że szczęście zastąpi ból, rozpacz, a zazdrosny Bóg zadowolony z siebie zabierze mi moje szczęście, postawi na swoim.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 31.16