E-book
18.9
drukowana A5
59.7
Baszta

Bezpłatny fragment - Baszta

Objętość:
326 str.
ISBN:
978-83-8467-395-9
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 59.7

7 maja 1970, Nowe Kichary

Powolny, uroczysty śpiew roznosił się po kwitnących polach, zdawał się lecieć wprost do nieba i ginąć w błękitno-szarym bezmiarze przestrzeni. Był majowy wieczór. Grupa zebranych pod kaplicą św. Rocha i Jacka mieszkańców Kichar zbliżała się do końca nabożeństwa. Kilkoro dzieci zaczęło już się wiercić i przestępować z nogi na nogę, napotykając ostrzegawcze spojrzenia swoich babć. Nawet staruszki, w tym prowadząca modlitwę pani Władysława, spoglądały jednak ukradkiem w górę. Niebo robiło się coraz bardziej pochmurne, a powietrze gęstniało, zapowiadając jedną z tych intensywnych, wiosennych burz.

— Wszystkie nasze dzienne sprawy… — zaintonowała kobieta.

— Przyjm litośnie, Boże prawy — odpowiedział jej chór po trwającym o moment za długo zawahaniu.

Pieśń ta kończyła nabożeństwo, a zwykle po litanii śpiewano jeszcze przynajmniej dwie. Był to sygnał, że dzisiejsza majówka skończy się wcześniej. Zmierzch zdawał się zapadać z każdą sekundą, w miarę ciemnienia nieba. Niejedna głowa zwróciła się w stronę kaplicy, inaczej zwanej basztą, znajdującej się teraz dokładnie na tle nadciągającej burzy. Otaczały ją zrujnowane mury, z których nieosądzone ręce brały kamienie do odbudowy domostw po wojnie. Sama baszta miała popękane ściany z dziurami i przeciekający dach, a jej ciemne, okrągłe okienka były zakratowane. Na samym szczycie widniał dziwaczny, dwuramienny krzyż, przypominający nawet bardziej połączenie prawosławnego symbolu z koniczyną.

Baszta owa była niegdyś jedną z czterech takich na kicharskim zameczku. Teraz jednak, jako jedyny ocalały fragment budowli, stanowiła tylko smutne przypomnienie o siostrach benedyktynkach i wszelkich dziedzicach, których imiona znajdowały się gdzieś pomiędzy kartami ksiąg.

— Proś i czuwaj wciąż nad nami, ze świętymi aniołami…

Kobiety uczyniły znak krzyża w tej samej chwili, w której z wnętrza kaplicy zabrzmiał głuchy trzask. Zaraz potem niebo przecięła rozgałęziona błyskawica, a od pól zawiał chłodny wiatr.

— No, żeby nas co jeszcze nie spotkało — westchnęła pani Władysława, krzepka, siwowłosa, starsza pani. Odwróciła się w stronę polnej ścieżki.

— Bronek, wracaj tu! — krzyknęła jedna z kobiet do na oko dziewięcioletniego chłopca, który zajrzał do baszty przez otwór w murze.

Ale ten już zniknął w środku, po czym z wnętrza rozległ się głos:

— Obraz spadł!

Kilka kobiet obejrzało się przez ramię, lecz większość odchodziła już szybkim krokiem, by zdążyć przed burzą. Pani Władysława podbiegła do dziury razem z babcią chłopca. Zajrzała na moment do środka.

— Jutro panie poprawią, wyłaźże! — warknęła babka.

Bronek niechętnie wyłonił się z otworu, zerkając ciągle za siebie.

— Roch! Przecie to opiekun… — westchnęła pani Władzia, ściskając mocniej modlitewnik. Po chwili owinęła go chustą, bo zaczęły padać pierwsze krople deszczu.

— Przyjdziemy jutro rano. Teraz… — kobieta umilkła, bo huk grzmotu rozległ się gdzieś naprawdę blisko.

Szli szybkim krokiem polną ścieżką, Bronek, jego babka i pani Władzia. Ta ostatnia mieszkała kilka domostw dalej, dlatego też wkrótce się rozdzielili, niemal biegnąc w zacinającym już deszczu.

— A święty Roch nie będzie zły? — wysapał chłopiec, który już pod koniec maja miał przystąpić do komunii.

— Przecież się uczysz. To nie obraz święty, tylko podobizna. Jemu nic w niebie się nie może stać — odpowiedziała babcia.

Bronek jednak odwrócił się jeszcze raz, nim sylwetka baszty zniknęła za drzewami. Czuł się tak, jakby kogoś opuścił w potrzebie.

8 maja 1970, Nowe Kichary

Pod drzewami otaczającymi basztę rozlegał się niemal ogłuszający świergot ptaków. Ledwo wzeszło słońce, które zaczęło rozpraszać mgiełkę, zalegającą nad polami po intensywnym deszczu. Burza wydawała się już wspomnieniem, niechcianą kropką minionego dnia.

Pani Władysława szła ostrożnie, podpierając się kijem. Nie potrzebowała go. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby błoto na ścieżce okazało się zdradliwe.

Dręczyła ją myśl, że wczoraj nie poświęciła tych kilku chwil na podniesienie obrazu świętego Rocha. Zmokłaby tak samo, a patron nie leżałby na ziemi całą noc. Prawdę mówiąc, już od jakiegoś czasu myślała nad przeniesieniem nabożeństwa w inne miejsce. Może pod jakąś kapliczkę? Albo do samego kościoła w Górach Wysokich? Choć tam dla wielu byłoby daleko.

Nie orientowała się biegle w historii, ale wedle najdawniejszych opowieści wydawało jej się, że odprawiają nabożeństwa majowe na kościach sióstr benedyktynek, które podobno spoczywały obok baszty. Nie podobało jej się to, choć nieraz patrzyła pod stopy i niczego nie widziała, poza drobnymi kamyczkami, których nie brakowało wokół całego okrągłego budynku.

Stanęła pod żelaznymi drzwiami i spojrzała w górę. Mocno już popękane okrągłe ściany i dach w opłakanym stanie nie wróżyły dobrej przyszłości temu miejscu. Może i było ważne, ale nikt z władz się nie pojawiał, by to potwierdzić, a tym bardziej jakoś je zabezpieczyć. Pani Władysława nawet się nieco zdziwiła, że okienka z kratami wciąż się trzymają. Chyba tylko obawa przed karą boską chroniła je przed kimś, komu byłoby potrzeba materiału.

Była sama, Kichary jeszcze nie wstały. Nie chciała tkwić tu długo. Miała poprawić obraz i wrócić do siebie. Z tą myślą ostrożnie przeszła przez dziurę w murze.

Tyle, że obrazu świętego Rocha nie było.

Zmarszczyła brwi i rozejrzała się pospiesznie, aż poczuła nieprzyjemny ból w szyi i lekki zawrót głowy. Przez dziury w dachu prześwitywało słońce, padając na bledsze z każdym rokiem polichromie. Dałoby się w nich jeszcze rozpoznać roślinne ornamenty i malowane łuki. Po obrazie widoczny był tylko jaśniejszy ślad na ścianie, a na ziemi absolutnie żadnych odcisków butów czy bosych stóp. I chociaż pani Władysława była w środku budowli, słyszała świergot ptaków jeszcze wyraźniej, jakby śmiały się na widok jej wystraszonej miny.

— Pewnie która zabrała — mruknęła do siebie.

Spróbowała tym samą siebie pocieszyć, bo obraz niechybnie zamókłby na ziemi, może nawet coś by na niego spadło. Ale nie była pewna, czy któraś z pań przyszłaby jeszcze wcześniej od niej lub zawróciłaby w burzę. Zrobiła znak krzyża, choć w jej głowie nie pojawiła się formuła modlitwy.

Wyszła ostrożnie na zewnątrz, sapiąc ciężko, choć w środku zrobiła ledwie kilka kroków. Postanowiła już całkiem zdecydowanie, że ogłosi pozostałym, iż nabożeństwa przeniosą się w inne miejsce. Baszta wydawała jej się teraz jakaś taka odsłonięta, pozbawiona opieki tego, który jej patronował. Kobieta miała nadzieję, że zguba odnajdzie się jeszcze tego dnia. I z tą myślą umarła, bo poślizgnęła się na kamieniu leżącym nieco w dół od dziury stanowiącej wejście, po czym uderzyła głową o wyszczerbiony mur. Nie zdążyła nawet krzyknąć, a wypuszczony kij potoczył się po gruzie w tej samej chwili, w której kilka ptaków zerwało się do lotu.

5 września 2024, Nowe Kichary

Adam Benek rozstawiał ostrożnie statyw pod budynkiem baszty. Jego rower, zostawiony pod pobliskim drzewem — leżał płasko na ziemi, ale czterdziestolatek nie zawrócił, by go podnieść. Było upalnie, co nawet w cieniu dawało o sobie znać uczuciem cieniutkiej, lepiącej się warstwy dodatkowej skóry. Mężczyźnie nie pomagał fakt, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów ktoś zajął się tym miejscem i wyciął część chaszczy, wspinających się po murach i dających cień.

Jechał na rowerze od strony Rzeczycy Suchej, polując na ujęcia kapliczek lub ruin. Budowla, pod którą się znajdował, była jednym i drugim. I była mu zresztą znana, niejeden raz już tu przyjechał — lub przyszedł. Czasem sam, czasem z żoną, wtedy jednak musiał swoje fotograficzne zapędy znacznie studzić.

Traktował basztę jak zrzędliwego, starego znajomego, który — nawet jeśli bywał nieprzyjemny — zdawał sobie sprawę, że nie pozostało mu wiele czasu. Adam widział przybywające w środku warstwy śmieci, blednące ślady po malunkach i kolejne kamienie na ziemi. Choć budowla od dziesiątek lat nie miała dachu i na pierwszy rzut oka niewiele mogło już tu się zdarzyć, porównania zdjęć na przestrzeni lat pokazywały, że zniszczenia postępują. Opierał się im ów dziwaczny krzyż, zatknięty na szczycie murów, tkwiący tam niewzruszenie mimo wiatru, deszczu i wszelkich innych zjawisk. Łącznie z wybitnie żywymi poszukiwaczami żelastwa.

Adam potarł dłonią błyszczący od potu czubek wygolonej na zero głowy. Już pierwsze ujęcie wydało mu się jakieś takie… jasne, przejrzyste. Dopiero po chwili zorientował się, że to przecież efekt wycięcia części drzewek wokół budowli. Zmrużył oczy i wpatrzył się w odsłoniętą, wschodnią ścianę. Górna część była całkowicie pozbawiona otynkowania, widział dokładnie każdy kamień i biegnące ku ziemi pęknięcia. Dół zachował resztkę biało-żółtego pokrycia, upstrzonego małymi otworkami, jakby cała baszta chorowała kiedyś na ospę i zawzięcie się drapała.

Nadszedł czas na wnętrze, które kusiło większym chłodem i swoistym rodzajem wyciszenia. Adam Benek zawsze czuł się tam jak w świątyni, którą w pewnym sensie baszta nigdy nie przestała być. W końcu siostrzyczki miały spoczywać tuż obok, choć nie było po nich żadnego śladu. Przynajmniej on nigdy na nic nie natrafił.

Zdjął aparat ze statywu i zaczął się wspinać obok resztek muru. Już zręcznym, choć nieco wolniejszym niż przed laty ruchem wślizgiwał się do dziury w ścianie, gdy usłyszał odległe głosy rozmów. Przez moment przemknęła mu w gruncie rzeczy zabawna myśl, że to głosy modlących się tutaj przez wieki, ale szybko zorientował się, że zmierza tu jakaś szkolna wycieczka. Sądząc po harmiderze, raczej ta z młodszą, niż starszą grupą. W końcu ledwie kilka dni wcześniej dzieci skończyły wakacje.

Postanowił, że niewzruszony tym najściem porobi tyle zdjęć, ile planował. Skupił się na dolnej części. Wiedział od lat, że gdy wchodził przez otwór, trafiał na dawny niższy poziom, bo stare drewniane drzwi, od zewnątrz pokryte żelazną płytą, znajdowały się jakiś metr nad nim.

Wycieczka zatrzymała się najprawdopodobniej obok wyblakłej tabliczki z historią obiektu, stojącej być może na dawnym dziedzińcu. Słyszał całkiem wyraźnie głośną, irytującą dla niego w brzmieniu przemowę nauczycielki, która co drugie zdanie musiała prosić o ciszę. Adam robił zdjęcie wnęce znajdującej się przy samej ziemi, która wyglądała trochę jak zasypane wejście gdzieś jeszcze niżej. Coś słyszał o tunelach, o piwnicach. Może gdyby był młodszy, zacząłby kopać, usunąłby kilka zalegających kamieni lub wlałby tam wodę, by sprawdzić, czy nie wsiąknie podejrzanie szybko.

Teraz poprzestał na serii ujęć, po czym rzucił mu się w oczy szczegół, którego dotąd nigdy nie zauważył. Ani na żywo, ani przy przeglądaniu materiałów. Całkiem wyraźnie widoczna czaszka w rogu jednej z namalowanych, prostokątnych linii. Zadarł głowę. Z pewnością powstała w tym samym czasie co one, dowodził tego ten sam kolor farby i stopień wyblaknięcia.

— Nie, nie ruszać, to pewnie któregoś z sąsiadów! — krzyknęła nauczycielka na tyle głośno, że wyrwała Adama z zamyślenia, bo przypomniało mu to, że pewnie chodzi o jego rower.

Zawiesił sobie aparat na szyi, chcąc wyjść i zabrać co swoje, ale wtedy do środka zajrzał chłopiec ubrany w białą koszulkę i czarne spodenki, zupełnie jakby jego grupa miała coś w rodzaju w-fu w plenerze. Jego zawadiacka mina szybko zmieniła się w popłoch. Cofnął się o krok.

— O, sorry — bąknął, zupełnie nie przejmując się faktem, że mówi do kogoś o jakieś trzydzieści lat starszego. Ledwo to powiedział, za jego plecami pojawiło się jeszcze dwóch innych chłopaków.

— Bartek, Olek, nie zaglądać tam! — zawołała pani zmęczonym tonem.

— Ale tu jest jakiś pan — odkrzyknął jej jeden z nich.

Adam nie przejął się tym najściem, choć poczuł cień irytacji. Wątpił, by stojący przed nim smarkacze zapamiętali choć słowo z historii tego miejsca.

— Pan tu coś bada? — zagadnął ten chłopak, który wszedł pierwszy. Rozglądał się dookoła rozbieganym wzrokiem, jakby oceniał, czy jest tu coś interesującego.

— Tak — odpowiedział Adam chłodno.

Coś nagle błysnęło i między nim a chłopcem wbił się niczym pocisk metalowy krzyż, który spadł ze szczytu murów baszty. Zarył się niemal do połowy w sypką ziemię, wstrzymując oddech i Adamowi i stojącemu przed nim chłopcu.

— Sio, no już! Bo wam co na głowy spadnie! — zawołał mechanicznie mężczyzna, machając ręką w kierunku wyjścia.

Dzieciaki bez słowa zaczęły wyskakiwać na zewnątrz przez dziurę w murze. Dopiero gdy ostatni z chłopaków zniknął, przez ciało Adama przeszedł spóźniony dreszcz strachu i ulgi. Podniósł gwałtownie głowę, sprawdzając, czy coś jeszcze może runąć, tym razem już prosto na niego. Przez okrągły otwór po dachu widział jednak tylko błękitne niebo. Wcale go to nie uspokoiło. Gdyby ten chłopiec podszedł metr bliżej, zapewne leżałby już martwy w kałuży krwi, przebity żelastwem na wylot. Albo uszedłby z życiem, za to zobaczyłby, jak nieznajomy facet kończy właśnie w taki sposób. Adam nie miał wątpliwości, że spadający krzyż działałby na ciało jak rzucona włócznia.

— Zbiórka, ustawiamy się w pary, w pary! — zabrzmiał głos nauczycielki.

Adam postanowił chwilę poczekać, przykucając pod ścianą i osłaniając rękami głowę, aż głosy grupy ucichną w oddali. Dopiero wtedy jednym, ostrym ruchem wyszarpnął krzyż z ziemi, przyjrzał się przelotnie jego dziwacznemu kształtowi, po czym wsadził sobie do plecaka. Krzyż trochę mu z niego wystawał, wypychając boki materiału. Następnie mężczyzna ostrożnie wypełzł na zewnątrz, a gdy upewnił się, że nikt nie widzi, podszedł do swojego przewróconego roweru, zabrał statyw i ruszył w drogę powrotną.

Starał się jechać jak najszybciej. Cały czas miał w pamięci widok żelastwa wbijającego się tuż przed nim w ziemię, jakby to zadziałało niczym trzeźwiące uderzenie, przypominające o kruchości żywota. Nie zastanawiał się właściwie, dlaczego zabrał wiekowy obiekt z tego miejsca. Na pewno była w tym jakaś mała, prywatna zemsta za to, że tak go nastraszył. Może i pewna ciekawość? Chciał zabrać krzyż do warsztatu, obejrzeć go dokładnie, może poszukać, co mógłby oznaczać jego dziwny kształt.

A potem… cóż, chyba zwrócić, kładąc go obok baszty lub w jej środku. Bo nie czuł się złodziejem, zresztą wątpił, by ktokolwiek zauważył ten fakt. Tamci chłopcy? Pewnie nie zapamiętali nawet nazwy obiektu. Żona trzymała się od warsztaciku z daleka. Jeśli czegoś stamtąd potrzebowała, sama prosiła go o przyniesienie, bo sama nie lubiła jego nieporządku. A on sobie akurat tam na to pozwalał. Syn? Ma swoje szkolne sprawy, raczej nie zwróci uwagi. Mimo wszystko Adam postanowił, że nie będzie tego krzyża trzymać u siebie zbyt długo. Taka myśl towarzyszyła mu do momentu, gdy otworzył stronę wiadomości lokalnych dwa dni później.

7 września 2024, Rzeczyca Sucha

— Ty tam byłeś ostatnio, co nie? — zagadnęła Małgorzata Benek, pilnując patelni z odgrzewającym się spaghetti. Był wieczór.

Adam właśnie odczytał na głos, że zabytkowa baszta w Nowych Kicharach zostanie odbudowana. Zabrzmiał samemu sobie jakoś obco, dziwnie. Dopiero po chwili zrozumiał, że to dlatego zastał wycięte drzewa i chaszcze. Zatem zaczęły się już przygotowania, a on naiwnie myślał, że jakiś litościwy mieszkaniec wsi uprzątnął teren pro bono.

— No, tak. Już trochę posprzątali… — mruknął.

Krzyż z baszty leżał w jego warsztacie, ale do tej pory nie został przez niego dokładnie obejrzany, oczyszczony czy jakoś zabezpieczony. Właściwie to Adam czuł się z faktem jego obecności nieswojo, jakby trzymał w ukryciu coś niebezpiecznego, co lepiej zachować dla siebie.

— O, to fajnie. Bo się całkiem rozwalało — stwierdziła żona. — Może w końcu będzie na co popatrzeć…

— Jak dla mnie, to teraz jest na co patrzeć. Taka ruina ma swój klimat, a potem będzie już niezupełnie to samo, co kiedyś — odpowiedział Adam. Miał nadzieję, że brzmi odpowiednio pewnie.

Małgorzata cicho prychnęła, po czym zaczęła gorliwiej mieszać spaghetti na patelni. Adam posiedział przy stole jeszcze chwilę, a gdy zauważył, że za oknem się ściemniło, wyszedł do warsztatu.

Odwinął krzyż, ukryty w starej kurtce, służącej zwykle za ochronę kwiatków w klombie przed przymrozkami. Zapalił lampkę. Miał przed sobą solidny kawał metalu, który w rękach kowala albo rzemieślnika zamienił się w niezwykłą odmianę symbolu chrześcijaństwa.

Właśnie, czy na pewno chrześcijaństwa? Adam nie wiedział, dlaczego do prostego krzyża doprawiono te wypustki, przypominające liście, ani też dlaczego krzyż miał podwójne ramiona. Nie wyglądały na prawosławne, obydwa były pod kątem prostym do głównej belki. I ten okrąg pośrodku, niczym pusta monstrancja.

Adamowi zrobiło się jakby chłodniej. Wróciła do niego natrętna myśl, że to żelastwo przed nim w ogóle nie ma prawa tu być. Wyjrzał przez okno, choć doskonale wiedział, że z kuchni nie widać, co się dzieje w warsztacie. Czym prędzej wyciągnął telefon i zaczął wpisywać w wyszukiwarkę, co mogą znaczyć takie symbole. Gdy natrafił na informacje o motywach solarnych i ludowych zdobieniach, nieco się uspokoił. Brzmiało to nad wyraz prawdopodobnie, a przykłady innych takich krzyży, głównie z terenów Polski południowo-wschodniej, wskazywały na pewną tradycję.

Odłożył telefon i postanowił zabrać się za czyszczenie obiektu z ziemi. A potem miał zamiar znów owinąć go szczelnie starą kurtką i — może jutro rano lub wieczorem — zwrócić go na miejsce, skoro mają zacząć odbudowywać basztę. Adam nie był pewny, ale z tego co pamiętał, już od dziesięcioleci nie było w niej nic z dawnego wyposażenia, żadnych ołtarzyków i obrazów. Jako ostatni przepadł ten przedstawiający świętego Rocha. Zatem leżący przed nim krzyż był dosłownie ostatnim, co baszcie zostało.

Podniósł go i wtedy usłyszał cichy stukot wewnątrz okrągłego pierścienia, który miał być symbolem słońca. Zamarł na moment, po czym potrząsnął nim mocniej. Nie miał już wątpliwości, że w środku coś grzechotało. Nie miał prawa tego wcześniej usłyszeć, gdy jehcał na rowerze, niósł plecak do warsztatu lub pospiesznie owijał krzyż w materiał. Przyłożył głowę do okręgu i skrzywił się lekko, gdy jego gorąca z przejęcia skóra ucha zetknęła się z zimnym metalem. Ale niczego nie słyszał, to nie była muszla, zwodząca zmysły szumem, który miał pochodzić znad morza.

— Pewnie rdza w środku — powiedział cicho do siebie, ale natrętna myśl, że to doskonałe miejsce na ukrycie czegoś małego, nie dawała się tak łatwo wyprzeć.

Po chwili przecierał szmatką powierzchnię krzyża, robiąc to nawet mocniej niż musiał. Brudna od ziemi była właściwie tylko podstawa, która wryła się w nią przy upadku. Spojrzał na zegarek — niedługo powinien wyjść, by nie spotkać się z niewygodnymi pytaniami. Gdy obracał krzyż na drugą stronę, zauważył, że przy jednej z wypustek w kształcie liścia, odchodzącej od pierścienia, jest mała dziurka w miejscu łączenia metalu. Uniósł brwi i czym prędzej położył na blacie wieczko od wiadra farby. Ostrożnie stuknął w nie krzyżem, tak, by otworek znalazł się na dole. Sypnęła się z niego odrobina rdzawego pyłu, po czym coś przetoczyło się cicho w dół pierścienia.

Adam tylko na to czekał. Sięgnął po latarkę i zaświecił prosto w dziurkę, zbliżając głowę tak, by nie wykłuć sobie oka o ostry czubek ramiona krzyża.

— O rany…

Mógł się mylić, nie miał zbyt wielu takich okazji, ale był prawie pewny, że zobaczył kawałeczek żółtawej, porowatej powierzchni kości.

Czym prędzej owinął krzyż kurtką i odłożył go w kąt, tam, gdzie lądowały zepsute sprzęty, bezimienne kable i niepasujące już do niczego kawałki metalu. Wyszedł przed warsztat i pierwszy raz od wielu lat poczuł chęć zapalenia papierosa. Rzucili z żoną razem i jakoś się udało, choć do dziś pamiętał nieznośny głód i niepokój w palcach.

O czymś co odkrył, nie napisał żaden historyk ani nie podała tego żadna strona informacyjna o baszcie. A gdy Adam Benek przypomniał sobie, jak ten krzyż wylądował tak, że o mało co nie zabił jego lub tego chłopaka z wycieczki, poczuł się jak dziecko, bojące się diabła lub duchów. Bo miał wątpliwości, czy ktoś umieściłby w tym pierścieniu krzyża kawałek kości jakiejś świnki czy kurczaka.

Wrócił do domu i starannie umył ręce, co jakoś nie poprawiło jego samopoczucia. Zastanawiał się, co go podkusiło, by zabierać stamtąd żelastwo, które w dodatku okazało się skrytką na fragment ciała.

— Tata, sprawdzisz mi matmę? — zapytał Krzysiu, który wyjrzał zza drzwi pokoju.

— Tak, zaraz popatrzę… — odpowiedział lekko nieobecnym tonem.

Noc, 5/6 października 2024

Adam wymknął się z domu w środku nocy. Jego ręka przez moment zawisła na klamce metalowych drzwi garażu, po czym cofnęła się. Nie, nie będzie tam jechać samochodem, mógłby obudzić domowników, a mieszkańcy Nowych Kichar, zwłaszcza ci w pobliżu baszty, mogliby coś zauważyć. Możliwie bezszelestnie wyprowadził rower na podwórko i wszedł do warsztatu. Znał rozkład mebli i wszelkich rupieci na pamięć, więc lekko się uśmiechnął na myśl, że włączenie światła nie będzie konieczne.

Przez miesiąc odkładał oddanie krzyża na miejsce, ba, nawet go nie dotykał. Tamtego wrześniowego wieczoru, po odkryciu fragmentu kości w pierścieniu obiektu, długo nie mógł zasnąć i nawet zaczął ulegać podejrzeniom, że ściągnie na swój dom coś złego. Co rusz jednak życie odciągało go na różne sposoby od zamiaru pozbycia się krzyża. A to przeziębienie młodego, a to wymiana zbitego okna w kuchni, a to złapanie gumy na nowiutkiej asfaltówce gdzieś w Winiarkach, gdzie zaopatrzył się w fasolę szparagową. Nie był człowiekiem przesądnym, dobrze wiedział, że przed zabraniem krzyża takie rzeczy także się zdarzały.

Kiedy jednak zobaczył artykuł, w którym napisano o zniknięciu zabytkowego krzyża z baszty w Nowych Kicharach akurat wtedy, gdy miała zacząć być remontowana, postanowił, że czas działać. Nie chciał wokół sprawy zbyt wiele szumu, a gdzieś w okolicy żyło sobie trzech chłopaczków, którzy widzieli krzyż jako ostatni — i to w jego obecności.

Jego ręce błądziły o kilka sekund za długo, nim wymacały materiał kurtki. Zacisnęły się na zarysie metalu, jakby krzyż miał szyję, za którą należało chwycić. Po chwili Adam wcisnął go do plecaka i wyszedł szybko z warsztatu. Nawet teraz, w środku październikowej nocy, już dość chłodnej, zdawało mu się, że słyszy cichutkie obijanie się kosteczki w środku pierścienia.

Jechał dość szybko na północ, starając się patrzeć wyłącznie przed siebie. Było całkowicie pusto, więc odważył się włączyć przednią latarkę. Do celu zostały mu może dwa kilometry. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, całość wyprawy zajęłaby mniej niż godzinę.

Co ciekawe, artykuły, w których przeczytał o zniknięciu krzyża z baszty, wcale nie zawierały informacji o wszczynaniu jakiegoś śledztwa, poszukiwaniach zabytku czy przysięgach rozwścieczonych mieszkańców, że znajdą złodzieja. Wprost przeciwnie, przyjęto to z czymś w rodzaju znudzonego zniechęcenia. Ech, zniknął? No trudno, pewnie trafił gdzieś na skup złomu. Może jakiś pijaczek dostał za niego parę złotych. Tak samo skończyło przedtem całe wyposażenie. Zresztą zaraz wszystko odbudują, zdjęć krzyża jest bez liku, zrobią nowy, identyczny.

Adam nie był specjalnie zaskoczony takim potraktowaniem sprawy. Znał swoją okolicę, poza tym wyjątkowo mu się to przysłużyło. Dlatego nawet nie przecierał metalu z odcisków palców, nie umył go pod bieżącą wodą. Nigdy nie miał konfliktów z prawem, a jedyne odciski palców odbijał na pokrytej farbą kartce — jeszcze w szkole. Może jeszcze dziś, za kilkanaście godzin, poczyta o uczciwym znalazcy lub menelu, którego ruszyło sumienie.

Dojeżdżał szybko do pierwszych zabudowań Nowych Kichar i choć nigdy nie był tu w środku nocy, widział wszystko dosyć wyraźnie i pamiętał, gdzie skręcić. Zresztą sama baszta była oznakowana dużo lepiej niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Syknął z irytacją, gdy z kilku zagród rozległa się kakofonia szczekania psów. Niektóre z nich brzmiały jak rozwścieczone Cerbery i Adam Benek miał cichą nadzieję, że żaden z nich nie został wypuszczony na noc.

Zostawił rower na podjeździe do baszty i ruszył dalej pieszo, zostało mu kilkadziesiąt metrów. Szedł pewnie, niemal z radością, że zaraz pozbędzie się tego dosłownego ciężaru z pleców. Przez jazdę w zimnym powietrzu, około drugiej w nocy — czuł się jakiś bardziej zmęczony, niż wskazywałby na to dystans kilku kilometrów. I wtedy zatrzymał się na widok postawionego ogrodzenia z jadowicie żółtą tabliczką.

Uwaga! Roboty budowlane

Pokręcił głową, prychając cicho na myśl o własnej głupocie. Ujadanie psów wcale nie zdążyło się uspokoić. Zrobił kilka kroków wzdłuż siatki. Nie była wcale mocna, uginała się pod naciskiem rąk, a jednak musiałby ją przewrócić, by przejść dalej. Bo nie dało się wspiąć, cienkie drewno, na którym rozpięto siatkę — złamałoby się.

Przyszła mu do głowy prosta myśl, która wydała mu się teraz genialna. Po co właściwie miał wchodzić do baszty? Wystarczyło położyć krzyż obok ogrodzenia. Albo przerzucić go za nie, na przykład na górę piachu, by wylądował w miarę miękko.

Wyciągnął go z plecaka, a zanim uniósł rękę, przyjrzał się jeszcze na spokojnie zarysowi budowli. Baszta była otoczona rusztowaniami, aczkolwiek nie zdołano jeszcze wypełnić pęknięć w murach, a tym bardziej zacząć odbudowy dachu. Właściwie to wyglądała jeszcze gorzej niż przedtem, otoczona całym tym współczesnym sprzętem budowlanym, a placyk obok niej był poryty śladami kół, usiany kamieniami, a w oddali błysnęła Adamowi zielona, przenośna toaleta.

Podniósł krzyż do góry i wymierzył odległość do górki piachu, ale zanim wziął zamach, usłyszał za sobą niskie, głuche warczenie. Poczuł, jak przechodzi go gęsia skórka i odwrócił się, do ostatniej chwili mając nadzieję, że od zwierzęcia dzieli go ogrodzenie najbliższego budynku.

Nie dzieliło. Kilka metrów od niego stał rudo-biały bernardyn, a gdy Adam opuścił rękę, pies zawarczał jeszcze niżej i pokazał zęby.

— Spokój… — powiedział cicho. Nogi mu zmiękły.

Gdzieś dalej rozlegało się szczekanie innych psów i choć z tej odległości nie było widać, czy w którymś oknie zaświeciło się światło, to Adam bał się, że ktoś lada chwila wyjdzie. Nie mógł się cofnąć, bo stał przy samym ogrodzeniu baszty. Zresztą miał teraz w głowie tylko jedno: nie ruszać się, poczekać, aż bernardyn uzna go za niewarty zainteresowania element przyrody.

Pies wolno podszedł bliżej, a Adam poczuł, jak ogarnia go rozpacz. Był w potrzasku między siatką a zwierzęciem, które zdawało się doskonale wyczuwać jego strach. Minęły minuty, a może tylko kilka chwil, a dystans między nimi pozostawał taki sam. Wtedy mężczyzna postanowił spokojnie ruszyć wzdłuż ogrodzenia, by jakoś ominąć psa i dostać się do roweru. Serce tłukło mu się w piersi jak oszalałe, wiedział dobrze, że cały się spocił ze stresu.

I wtedy bernardyn wydał krótki, niski dźwięk i ruszył wprost na Adama, powalając go na ziemię. Mężczyzna zaczął tłuc zwierzę na oślep krzyżem, jego jedyną bronią i starał się trzymać głowę jak najdalej od masy futra, śliny i obrzydliwego ciężaru, które otoczyły go jak przerażający kokon. Gorący oddech zwierzęcia był już o włos od twarzy Adama. Rozpaczliwym ruchem dźgnął przed siebie końcówką krzyża i nagle poczuł, że coś zalewa mu twarz gorącą posoką. Pies wydał z siebie wysokie piśnięcie i przetoczył się na bok, uwalniając go od ciężaru. Adam natychmiast na czworakach odczołgał się dalej. Bernardyn krwawił obficie z rany na szyi, a gdy nią szarpnął, krzyż wyplątał się z jego sierści i spadł z metalicznym stukiem na kamienie. Pies oddalił się jeszcze kawałek w stronę domostw, zostawiając za sobą ślad ciemnej posoki, aż runął na bok. Drgnął jeszcze kilka razy i zamarł w bezruchu, a wokół jego głowy utworzyła się kałuża krwi z rozciętej tętnicy. Większość innych psów przestała szczekać.

Adam natychmiast podszedł do roweru, a jego nogi tak drżały, jakby sam właśnie otrzymał śmiertelny cios. Chwycił po drodze zakrwawiony krzyż i cisnął nim na oślep przez ogrodzenie. Nawet nie nasłuchiwał stukotu. Miał w głowie tylko jedno. Uciekać stąd, wracać do domu, nim ktoś wyjdzie na drogę i zobaczy swojego psa martwego. A bernardyn był zadbany i bez wątpienia dla kogoś bardzo ważny.

Odjechał kilkanaście metrów, nie odwracając się za siebie. Znów obudził kilka szczekających Cerberów, ale nie zwracał już na nie uwagi. Mignęła mu przez moment myśl, że może by schować ciało bernardyna, lecz ten zapewne był zbyt ciężki. Porzucił wszelkie zamiary zrobienia czegokolwiek jeszcze w tym miejscu i pędził przed siebie jak najszybciej, z ulgą powitawszy tablicę oznaczającą koniec miejscowości.

Nie brał telefonu, a w ciemności nie widział dobrze tarczy zegarka na lewej ręce, ale przypuszczał, że zapewne jest przed trzecią w nocy. A może lepiej — trzecią nad ranem. Nie musiał rano wstawać do pracy, to była niedziela, a więc i wszelkie dociekania, co się tam stało także nie nabiorą tak szybko tempa — pocieszał się.

Na polach przed Rzeczycą Suchą spotkał go deszcz, który szybko nabierał na sile. Powitał go nawet z ulgą, podnosząc głowę i pozwalając, by woda płynęła mu po twarzy i zmywała przynajmniej część krwi psa. Teraz, gdy pęd zimnego wiatru przywracał mu zmysły i oddalał wspomnienie kilku strasznych chwil pod naporem zwierzęcia, poczuł nawet coś w rodzaju dumy. Obronił się, ocalił swoje życie. A że pies zginął? To on zaatakował pierwszy, jego kły znajdowały się już tak blisko twarzy Adama. To była pierwotna walka i on, człowiek — wygrał ją. Zalewały go jakieś dziwne emocje, spóźnione, bo wcześniej blokował je strach, ale i życiowa rutyna. Nawet jeśli starał się z nią walczyć.

Stał na własnym podwórku, dysząc ciężko i opierając się o ramę roweru. Deszcz płynął mu po czole. Okna domu były ciemne, dokładnie takie, jakie powinny być o tej porze. Adam odprowadził jednoślad do garażu i cichutko wślizgnął się do warsztatu. Chciał obejrzeć się choć na chwilę, w świetle lampki, nim wróci do pokoju.

Na ciemnej kurtce nie było widać prawie nic, gorzej wyglądał sweter, który miał pod spodem, a na którym widniało kilka plam krwi, ciągnących się od szyi. Adam odłożył go do pralki na ubrania robocze. Jego głowa była właściwie czysta, obficie zroszona przed deszcz i w tym momencie mężczyzna pierwszy raz od dawna się cieszył, że nie ma już jasnoblond włosów, które zlepiłyby się krwią. Gdy był pewny, że nie wzbudzałby podejrzeń, nawet gdyby żona lub syn zobaczyli go w łazience — wszedł ostrożnie do domu.

Poranek

— Niech pan zobaczy. To chyba wasz, tak mi się zdaje — mówiła zasapana Krystyna Lasek, krzepka sześćdziesięciolatka, sołtyska Nowych Kichar, gdy wreszcie udało jej się sprawić, że z drzwi domu Czerwińskich wyłoniła się głowa gospodarza.

Paweł Czerwiński podążał za nią, po raz kolejny przeklinając fakt, że kobieta mieszka tak blisko. Czasami czuł się jak nieformalny wicesołtys. Teraz jednak, gdy został obudzony informacją, że ich bernardyn Afro mógł leżeć martwy na drodze, czuł narastający niepokój. Tym bardziej, że gdy zerknął szybko w stronę kojca, ten faktycznie był pusty. Nie musiało to od razu oznaczać najgorszego, w końcu pies był puszczany na noc i mógł sobie spać gdzieś w ogrodzie. Nieraz słyszał skargi, że bernardyn znów rzucił się w pogoń za jakimś rowerzystą, albo że dzieci boją się tędy chodzić, by go przypadkiem nie spotkać.

— Gdzie on jest? — zapytał, gdy wyszli na ulicę, a nie było widać nic szczególnego. Nadal unosiło się lekkie zamglenie po nocnej ulewie.

— No tam, za zakrętem, jak do baszty — wyjaśniła niecierpliwie.

Pan Czerwiński mieszkał w takim miejscu, że choć najbardziej przyciągającego turystów miejsca nie widział bezpośrednio z okien domu, to jednak wystarczyło, by ruszył kawałek dalej i skręcił w lewo, a miał przed sobą dróżkę wprost do starej baszty.

Gdy tylko przeszli ten odcinek, ich oczom ukazało się leżące na boku ciało bernardyna, z otwartymi, zmętniałymi ślepiami i wystającym językiem. Wokół niego rozciągała się wielka kałuża krwi, częściowo już spłukanej na pobocze przez deszcz. Poczuł, jak ogarnia go zgroza. Przytknął rękę do ust. Pierwsze o czym pomyślał — jak to powiedzieć Filipkowi?

— Ja już mówiłam, że ludzie się go bali, pewnie któremu puściły nerwy — bąknęła sołtyska, chyba odpuściwszy sobie pytanie, czy to na pewno jego pies.

— Skurwysyny… — szepnął, przyklękając przy ciele.

Przyjrzał się mu dokładnie, choć sierść była mokra i nie dało się ocenić, czy nad zwierzęciem się dłużej znęcano, czy był to jeden strzał. Bo tylko takie rozwiązanie przychodziło mu do głowy.

— Niech pan go zabierze, zanim ludzie się pobudzą. Mam kumpla na policji w Dwikozach, mogę mu dać znać — powiedziała pani Lasek, biorąc ręce pod boki.

Czerwiński pokręcił nieznacznie głową. Jakoś nie wierzył, by potraktowano na serio zabójstwo psa, nawet rasowego. Przewrócił Afro na drugi bok, zaciskając szczękę. Ciało było bardzo ciężkie, a sierść nasiąknięta wodą dodała chyba kilkanaście kilogramów. Zauważył okrągłą rankę na szyi, pod którą sierść była najbardziej brudna. Oprócz tego — nic.

— O masz! — wykrzyknęła sąsiadka, wychylając się zza bramy domu położonego najbliżej baszty.

— Niech pani zawoła męża, sam nie udźwignę — westchnął.

Z przykrością pomyślał o powiedzeniu tego wszystkiego rodzinie, zwłaszcza synowi, bo córeczka, ledwie czteroletnia i tak unikała wielkiego psa.

— To nie zgłasza pan? Przecież ktoś go zastrzelił? — zapytała sołtyska.

— Ta. Szukaj wiatru w polu — burknął Czerwiński.

Ktokolwiek zrobił to jego Afro, musiał znać się na rzeczy. Jeden, precyzyjny strzał w szyję, który trafił w tętnicę szyjną i serce. Paweł, jako chłopiec, sam towarzyszył ojcu w paru polowaniach i pamiętał, że niełatwo było zabić jednym strzałem tak duże zwierzę. Miał tylko jedną, małą wątpliwość — nie widział nigdzie otworu wylotowego, aczkolwiek kula mogła utknąć gdzieś w ciele. Teoretycznie dałoby się coś ustalić, gdyby trafiła pod lupę śledczych. Ale w tej chwili nie miał siły na żadne telefony, przepychanki, wysłuchiwania „robimy, co w naszej mocy” ani pościg za domorosłym myśliwym.

Po chwili już niósł psa w stronę swojego domu. Trzymał go za tylne łapy, a pan Stefan, mieszkający obok baszty — za przednie.

— Pan coś może widział w nocy? — zapytał Czerwiński, starając się nie patrzeć na posklejaną od deszczu sierść zwierzęcia. Teraz, gdy nie było już przy nim sołtyski, miał wrażenie, że rozklei się na widok martwego Afro.

— Psy szczekały, ale ja nawet nie wstawałem. Bo padało, a lepiej się przy tym śpi… a powiem, że o tym to nawet pan nie mów, bo niejeden się jeszcze ucieszy…

— Ludzie się go trochę bali. Ale zawsze psa szkoda — westchnął mężczyzna przepraszająco, bo zapewne i pan Stefan nie należał do fanów bernardyna. Faktycznie, wymruczał coś na potwierdzenie, jakby chciał mieć to wszystko z głowy.

— Zakopiesz go pan sam, czy pomóc?

— Jak się panu chce… ja muszę jeszcze pomyśleć, bo nikt w domu nie wie…

Przeszli przez furtkę i gdy pan Paweł już miał nadzieję, że nikt więcej z rodziny nie zobaczy ciała zwierzęcia, zobaczył w oknie kuchni przerażoną twarz żony.

7 października 2024

— Było nie zgłaszać na już, tylko jak się będziemy zwijać — westchnął z wyrzutem wąsaty mężczyzna w żółtym kasku. Spojrzał w kierunku dróżki, skąd nadchodziła pani Lasek, a jej kroki były wyjątkowo żwawe.

Roboty pod basztą ruszyły poniedziałkowego poranka, deszczowego i mglistego. Na razie nie obejmowały dachu, który miał być zrekonstruowany według oryginalnych technik z klepek modrzewia. Przede wszystkim należało zabezpieczyć mury i wypełnić gigantyczne szczeliny, ciągnące się od góry budowli aż po ziemię. Na początku robotnicy pracowali zgodnym rytmem, aż Romek, idąc za potrzebą w krzaki (a chyba zapominając o zielonym toi-toiu) zauważył leżący pod folią nad górą piachu dziwny kształt.

Szybko zawołał szefa, który aż gwizdnął z wrażenia. Oto znalazła się zaginiona przed miesiącem zguba, ów słynny metalowy krzyż z baszty, widziany przez nich na szczytach murów podczas ścinania drzew wokół budynku. Romek od razu zadzwonił po sołtyskę, która prosiła, by informować ją o wszelkich odkryciach przy remoncie. A tych spodziewała się chyba bardzo wielu, choć zapewne chodziło o rzeczy zaginione dużo wcześniej.

— No, kogoś ruszyło sumienie — kobieta niemal podskoczyła na widok krzyża, którego żaden z robotników jakoś nie dotknął. — Zaraz dzwonię do tej z Nadwiślańskiego

— Może po robocie? Na razie mamy jeszcze trochę — zaprotestował szef budowy.

— Przecież nie będzie panom przeszkadzać. Jedno zdjęcie zrobi i tyle, ma potąd spraw… — wypaliła błyskawicznie pani Lasek. — O, a wczoraj rano psa komuś ustrzelili, o tam. Mówiłam właścicielowi, żeby to zgłosił to nie, nie, nie — i pokazała na majaczącą kilkanaście metrów dalej plamę na dróżce.

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Z samego rana ślad przypominający dowód jakiegoś mordu rytualnego był wśród nich tematem numer jeden, ale szybko o nim przycichło w toku robót.

— I od początku tu leżał? Ten krzyż? — dopytała, rozglądając się bacznie.

— Romek mówi, że tak.

Sołtyska pochyliła się i wzięła krzyż do ręki, po czym podniosła go pod słońce (a raczej: pochmurne niebo) i zaczęła pobieżnie oglądać.

— Chyba cały… nie wiem, po co ktoś miałby go kraść i przez miesiąc sobie podziwiać, ale niech będzie. Jeszcze jakby się te obrazy znalazły, to byłoby pięknie… — mruczała do siebie na głos.

— To coś jeszcze zginęło?

— No przecież nie teraz. Wiele lat temu ukradli obraz świętego Rocha, a przedtem jeszcze inne. A panowie pewnie nie wiedzą, ale tego samego dnia co Roch przepadł, zabiła się tutaj kobiecina, co majówki prowadziła… — powiedziała pani Lasek konspiracyjnym szeptem i spojrzała szybko na basztę.

— Ale że… powiesiła się? — zapytał pan Romek. Nasunął sobie kask nieco niżej na czoło. Pozostali skupili się w kręgu, chyba pierwszy raz chcąc usłyszeć co dalej, nie nazywając sołtyski w myślach nawiedzoną, wścibską babą.

— Nie, nie… tutaj? W świętym miejscu? Rano ją znaleźli koło baszty, tak jak się przez dziurę wychodziło. Głowa rozbita. Wszędzie pełno krwi. Nie znaleźli nic podejrzanego, w sensie, chyba jej nikt nie zabił, tylko upadła nieszczęśliwie, ale po co wychodziła do baszty rano po burzy? Moja mama ją dobrze pamiętała, tę Władzię Dądzinę, jak się modliły z kobietami, o tutaj — pokazała ręką z krzyżem na placyk obok baszty, gdzie jaskrawą zielenią wyróżniał się toi-toi.

Zamilkła na chwilę, jakby chciała nacieszyć się uwagą i posłuchem, bo ta opowieść zrobiła na mężczyznach wrażenie. Jej wzrok przeniósł się na własną dłoń, którą ściskała mokry metal. Gdy lekko zwolniła uścisk, zauważyła na skórze blady, rdzawy ślad. Zmarszczyła brwi.

— Dobrze panowie, to ja go zabieram… — powiedziała odruchowo.

W pierwszej chwili pomyślała, że to zwykły ślad z pordzewiałego metalu, zmoczonego przez deszcz. Coś jednak jej nie pasowało. Nie zwracając uwagi na zaskoczone miny robotników, powąchała ostry czubek podstawy krzyża. Gdy to zrobiła, oprócz wyczutego leciutkiego, miedzianego zapachu usłyszała także cichy stukot w okrągłej części.

— Co pani…

— Ten krzyż na pewno leżał tak, o tam?

— No mówię…

Pani Lasek wyciągnęła otwartą dłoń i postukała w nią samym czubkiem. Na skórze został bladoczerwony ślad, który nie wyglądał jej na rozpuszczoną rdzę. Mężczyźni spojrzeli po sobie niepewnie.

— Mi to wygląda na krew — oznajmiła głośno, tonem zupełnie niepasującym do jej wcześniejszych opowieści.

— Że krzyż krwawi? To już niech pani z księdzem wyjaśni — zaśmiał się nerwowo pan Romek. Kobieta wykonała taki gest drugą ręką, jakby chciała zdzielić go po kasku.

— Z kim innym… — mruknęła. — Zabieram go.

Odwróciła się w stronę dróżki. Minęła pospiesznie plamę po ciele psa Afro, żałując, że nie zabrała telefonu. Znajoma dziennikarka mogła jednak poczekać. Ksiądz także, choć pewnie byłby przeszczęśliwy na wieść o powrocie krzyża. Tu musiała wkroczyć policja, bo krew przecież do kogoś należała. Może do samego złodzieja, który chciał jakoś zbrukać święte miejsce. Pani Krystyna nie mogła przeboleć tak lekkiego potraktowania sprawy kradzieży zabytku i nie zamierzała się zadowolić zapewnieniami, że na odbudowanej baszcie będzie nowy, identyczny krzyż. A teraz, ze śladami na metalu, miała jakiś trop. Przezornie trzymała go teraz samymi koniuszkami palców, by nie zacierać jeszcze bardziej obrazu dla śledczych i żałowała, że zdążyła go obmacać niemal od góry do dołu.

.

Krystyna Lasek stała, wpatrując się w syna Czerwińskich. Właśnie wysiadł z autobusu, którym wracał ze szkoły. Jedenastoletni Filip, średniego wzrostu ciemny brunet, nie poprzestał tym razem na zwykłym, nieco spłoszonym „dzień dobry” i zdecydowanym krokiem podszedł do niej. A sołtyska wiedziała, że chodzi o sprawę z niedzielnego poranka. Szybko poruszające się nozdrza chłopaka wieszczyły tylko jedno — śmierć jego zwierzęcia obudziła w nim jakąś zawziętość, zaczątek męskiego pragnienia pomsty.

Właśnie usłyszała pytanie, właściwie to stwierdzenie, że to ona pierwsza zobaczyła zastrzelonego psa. Nie od razu zdołała skupić na chłopcu wzrok, miała za sobą całą serię rozmów — i telefonicznych i w cztery oczy: od funkcjonariuszy, przez dziennikarkę, aż po księdza proboszcza. Wszystkie toczyły się wokół tematu odnalezionego krzyża — wraz ze śladami krwi.

— Tak, wczoraj rano, mówiłam. Ja twojemu tacie proponowałam, żeby zgłosił na policję — powiedziała, rozkładając ręce.

— Ja też chciałem, wie pani? To nie zadzwonił, jakby się bał. A mój pies… serio był już nieżywy? — zapytał Filip i nawet jeśli tego nie chciał, jego głos zadrżał.

Sołtyska pochyliła lekko głowę. Wyraz twarzy chłopca przypomniał jej dziesiątki ukochanych zwierząt, które pochowała, a które straciła w rozmaitych okolicznościach. Były koty, które nie wracały lub ginęły pod kołami. Żegnała psy umierające na „coś od kleszczy”, a jako młoda dziewczyna widziała śmierć konia, którego trzeba było uśpić, gdy złamał nogę. Ale nigdy nie zabito jej zwierzęcia specjalnie, tak jak Czerwińskim.

— Ja wiem, że to był na pewno twój przyjaciel… — zaczęła cicho i położyła mu rękę na ramieniu. — Nic nie dało się zrobić, no, po prostu jeden strzał i się wykrwawił….

Zeszli na bok, bo właśnie minął ich samochód. Filip nadal wpatrywał się w nią, jakby szukał oznaki, że coś przed nim ukrywa.

— No i słuchaj, ja go znalazłam parę godzin później. A może i całą noc tak leżał. Był już taki… no… — zawahała się, ile mu powiedzieć. Nie wyglądał jej na dzieciaka, który patrzył na porody krów czy widział choćby martwą papużkę.

— Sztywny? — zapytał, zupełnie dla niej nieoczekiwanie. Uniosła lekko brwi.

— No, więc wiesz, jak to działa. Nawet jakby weterynarz dobiegł do niego zaraz po strzale, to i tak by nie mógł nic zrobić.

— Ale miał tylko jedną ranę?

— Tak. Ja i twój tata nic więcej nie widzieliśmy…

Chciała dodać coś jeszcze, może jakieś słowo pocieszenia albo i pochwały, że już pierwszego dnia po stracie psa poszedł do szkoły. Ale zadzwonił jej telefon, a na wyświetlaczu pojawił się napis: Ks Bednarek. Wykonała przepraszający gest ręką.

— Tak, księże proboszczu? Tak, zaraz będę…

Chłopak przygryzł wargi. Nie zamierzał jeszcze się żegnać, ich sołtyska słynęła z wojskowego stylu kontaktów i spodziewał się, że szybko skończy rozmowę. Może dlatego nią była od chyba dziesięciu lat? On sam nie pamiętał nikogo innego na tym stanowisku. Na razie nie dowiedział się od niej niczego nowego, nic co by wskazywało, że tata coś przed nim ukrył. Znalazła zastrzelonego Afro, czym prędzej powiadomiła właściciela. Na tym jej rola się skończyła, w przeciwieństwie do taty, który nawet nie raczył go obudzić, by mógł pożegnać psa. Sam go zakopał w ogrodzie, ach, dobra, z jakimś panem z sąsiedztwa. Tak, jego też można zapytać.

— Filipek, ksiądz jeszcze chce zdjęcia krzyża z baszty. Bo zrobiłam. Na razie go nie mam, bo oddałam policji. Także trzymaj się — wysapała pani Lasek, chowając telefon do kieszeni.

— Z tamtych ruin? — spytał chłopak, zdziwiony i nieco zirytowany zmianą tematu.

— No, ktoś go oddał — odpowiedziała, oddalając się szybkim krokiem w stronę domu za zakrętem.

Uczeń został sam na poboczu. Przypomniała mu się ta dziwna scena, gdy na spacerze z wychowawczynią owo żelastwo spadło tuż między nim a jakimś łysym facetem z aparatem, na którego natrafił w baszcie wraz z kolegami. Rok szkolny ledwo się zaczął, a choć nieźle go to nastraszyło, to zapomniał o tym całkiem szybko.

Zerknął na smartwatcha. Było przed czternastą, a chyba nic by się nie stało, gdyby poszedł ten jeden zakręt dalej, do baszty. Był już tam wczoraj, z mamą, by zobaczyć miejsce śmierci Afro. Nie mógł powstrzymać wtedy łez na widok rozmytej przez deszcz, lecz nadal przerażająco szerokiej plamy krwi na dróżce. Dopiero gdy szok minął, poczuł rosnącą chęć złapania sprawcy.

Przespacerował się znów w to miejsce. Zanim jednak jego wzrok padł na przeklęty ślad, przyciągnął go widok robót rekonstrukcyjnych na baszcie. Nie przypominała teraz ukrytych w gąszczu ruin, była otoczona rusztowaniami, a wokół krążyli pokrzykujący do siebie budowlańcy. Filip nieco się skrzywił. To było dla niego genialne miejsce, a teraz pewnie zostanie zagrodzone na długie miesiące.

— Ja go znajdę, piesku — wymruczał, patrząc na miejsce śmierci bernardyna.

Przyszedł mu nagle do głowy pomysł tak makabryczny, że rozejrzał się szybko, zupełnie jakby ktoś miałby zobaczyć wypisany plan na jego kurtce. Serce mu przyspieszyło i choć nie miał pojęcia, czy w ogóle dałby radę zrobić to sam, poczuł dziwną mieszankę podniecenia i zgrozy. Ruszył pospiesznie w stronę domu, zanim ktoś z robotników zdążyłby zwrócić mu uwagę, że to miejsce niebezpieczne dla dzieci.

Noc, 7/8 października 2024

Filip Czerwiński wyszedł z domu przez suterenę, by nie trzaskać górnymi drzwiami. Była druga czterdzieści w nocy, dwadzieścia minut przed umówioną z Olkiem i Bartkiem porą. Miał nadzieję, że nie zawiodą, bo zdążył ich wtajemniczyć w szczegóły planu, który wydawał się wypierać z jego głowy absolutnie wszystko inne. Liczył także, że uwiną się ze wszystkim w godzinę, bo przecież muszą niedługo wstać do szkoły.

Stał na podwórku jeszcze przez chwilę, zanim ruszył do garażu i ostrożnie wziął dwie łopaty. Poszedł do sadu, przed rząd jabłoni, gdzie spoczął bernardyn i zostawił je tam. W świetle małej latarki widział okrąg kwiatków, którymi jego siostrzyczka ozdobiła grób psa. Była to ciemna plama rozkopanej ziemi na tle jasnozielonej trawy, gdzieniegdzie pokrytej pożółkłymi liśćmi.

Chłopiec popatrzył na ciemne jabłonie i lekko się wzdrygnął. W środku chłodnej, październikowej nocy wyglądały jak dziki las, a to co planował było w pewien sposób złamaniem czegoś nieokreślonego, o czym bał się myśleć. Błyszczał jednak na biologii i wiedział dobrze, że to ostatni moment na zbadanie ciała psa, zanim zacznie się rozkładać. Poprzedniego wieczoru długo nie mógł zasnąć, a gdy alarm wybrzmiał kilkanaście minut temu, wstał tak żwawo, jakby spał do dziesiątej. Emocje buzowały w nim jak gorączka. Wcale nie czuł senności.

Koledzy przyjęli jego pomysł najpierw z obrzydzeniem, potem z zainteresowaniem, gdy opowiadał półgłosem na przerwie, że chce dopaść mordercę. A był pewny, że po kuli się to uda. Musiały mieć jakieś oznaczenia, tak przynajmniej czytał. Może udałoby się ustalić model broni, a potem namierzyć właściciela?

Filip zawrócił na podwórko, ciesząc się, że w żadnym z okien domu się nie świeci. Jeszcze nigdy w jego życiu od tajności misji nie zależało tak wiele. Podszedł do bramki i oparł ręce na zimnym metalu, wpatrując się w kierunek, z którego miał nadejść Bartek, mieszkający siedem domów dalej. Raz przykucnął szybko za murkiem, gdy ulicą Nowych Kichar nieoczekiwanie przejechał samochód. Gdy tuż przed trzecią usłyszał kroki, prawie podskoczył z radości.

— Jesteś tam? — usłyszał zadyszany głos.

— Noo — potwierdził szybko i otwarł furtkę.

— Pisałeś z Olasem?

— Aktywny piętnaście minut temu.

— Pewnie go stary nakrył…

— Cicho — syknął Filip, zaskoczony tym, jak niósł się jego głos w tej ciszy. Bartek uniósł szybko ręce.

— Nie możemy czekać, dawaj do tyłu… — dodał.

Przeszli po cichu do sadu, a gdy stanęli nad mogiłą psa i włączyli latarki w telefonach, Bartek przez moment spojrzał niepewnie na kolegę, który już trzymał łopatę.

— Kurde, nie boisz się?

— Ktoś zabił mi psa — syknął. — A stary nawet nie zgłosił…

— Nie no, wiem… ale że on już tam się zaczął… no… rozkładać — powiedział cicho Bartek, a ostatnie słowo wybrzmiało w jego ustach, jakby wypowiadał coś zakazanego.

— Jeszcze nie… — powiedział Filip z naciskiem, po czym pozbierał kwiatki z ziemi i wbił łopatę.

— Ty masz drugą. Weź od drugiej strony. Jak trafisz w coś miękkiego, od razu przestań — polecił.

Oparli świecące telefony i latarkę na gałęziach najbliższej jabłonki. Światło rzucało na scenę wydłużone cienie traw, a gdy zaczęli pracować razem, słyszeli nawzajem swoje przyspieszone oddechy. Nie tylko z wysiłku, choć rozkopana ziemia i tak była dość miękka, ale i z pewnej zgrozy, wymieszanej z ciekawością.

— A jak ty chcesz go zbadać? — spytał Bartek, gdy odgarnęli kolejną porcję ziemi. Nadal nie widzieli nic poza ciemną masą, ewentualnie korzonkami. Ani kłaczka sierści.

— Ta… kula… musi być w ranie — wysapał Filip. — Jak miał mocny kark, to pewnie utknęła…

— Creepy…

Gdzieś daleko rozległ się dziwny szczek, ni to psi, ni to ludzki. Na moment wstrzymali kopanie.

— Trochę strasznie — westchnął Bartek, patrząc w ciemność sadu, gdzie nie sięgały latarki telefonów.

— Sarna — powiedział obojętnie Filip. Chwilę później zamarł, gdy spod ziemi zobaczył jasne pasemko sierści.

— Już? — Bartek szybko podszedł do niego.

— Myślałem, że jest płycej. Ale tak — stwierdził Filip, przyklękając przy otworze. Zaczął lewą ręką rozgarniać ziemię, na przemian w przeciwnych kierunkach.

— To już nie kopiesz?

— Trzeba go za coś wyciągnąć… za łapę najlepiej… bo jeszcze byśmy coś uszkodzili tymi łopatami — mruknął chłopak.

— Skąd ty to wiesz?

— Logika. Chciałbym być kiedyś jak ci śledczy…

Bartek podszedł na chwilę do telefonu.

— Która godzina?

— Wpół do czwartej…

Filip poczuł presję. Jeśli mieli wrócić niezauważeni, to czas kurczył się bardzo szybko. Nawet nie wydobyli ciała psa, nie wspominając o zbadaniu go, zakopaniu i zatarciu śladów. Tymczasem ciągle był pochylony nisko nad dołem i czuł się niemal jak opętany.

— Chyba mam… chodź tu — wysapał zza grudy ziemi.

Zauważył wystającą z ziemi łapę, dziwnie wyglądającą z tą brudną i wilgotną rudo-białą sierścią i szarawymi poduszkami. Zdecydowanie za nią chwycił, tuż poniżej nieco drżącej ręki Bartka.

— Mocniej, pamiętasz, jaki był duży…

Bartek nie mógł powstrzymać westchnięcia odrazy. Zaciskali dłonie na zimnej, jakby mokrej w dotyku kończynie, a do ich nozdrzy dotarła woń gleby, zmieszana z czymś niepokojącym. Chłopcy zacisnęli zęby, ciągnąc za łapę z całej siły. Masa ziemi drgnęła, a po chwili ich oczom ukazała się niżej druga tylna kończyna. Coś chrupnęło. Natychmiast przerwali, patrząc niepewnie na siebie.

— Co to było? — szepnął Bartek.

— Pewnie staw… cała reszta dalej jest przywalona — westchnął Filip.

Za żadne skarby by się nie przyznał, ale mocno się przeliczył. Ojciec zakopał psa głębiej niż się spodziewał, a ziemia, choć miękka po rozkopaniu, ciągle osypywała się niżej. W dodatku niewiele widział, nawet w świetle trzech latarek na drzewie. Miał przed sobą tylko dwie tylne łapy, a bernardyn był naprawdę dużym i ciężkim psem. No i to paskudne uczucie, że robi coś zakazanego, nie tylko przez rodziców.

Znów pociągnęli za kończyny zwierzęcia, aż powoli zaczął się ukazywać tułów i spłaszczony przez wilgoć ogon.

— No… jeszcze chwilę — wysyczał Filip przez zaciśnięte zęby. Był spocony jak po biegu w upale. — Weź latarkę, już sam wyciągnę…

Bartek na trzęsących się nogach wziął swój telefon i zaświecił w kierunku dołu akurat wtedy, gdy ukazała się głowa psa Afro. Obydwu chłopcom wyrwało się westchnienie na widok odciągniętych, skurczonych dziąseł i widocznych białych zębów, zupełnie jakby bernardyn się zdenerwował za zakłócanie mu odpoczynku. Filip z zaciśniętymi ustami przysiadł na piętach i patrzył przez chwilę na ciało.

— Jestem… — rozległ się zdyszany szept za nimi. Aż podskoczyli.

Stał za nimi Olek, ubrany w czarną kurtkę, a że światło nie padało na niego, wyglądał niemal jak zjawa, której widać jedynie bladą twarz.

— Sorry, mama się obudziła jak się ubierałem i był raban, ale już poszła spać — spróbował się wytłumaczyć. — O ja cię… wy już to… — pisnął, patrząc na scenę.

— Dobra, ale było pisać. Teraz chociaż pomóż nam go przenieść kawałek dalej — polecił szybko Filip, dźwigając się na nogi.

— Pisałem…

Filip i Bartek spojrzeli po sobie. Nie sprawdzali komunikatorów od kiedy się spotkali, zresztą połowa roboty była za nimi. Teraz jednak wcale nie szykowała się łatwiejsza. Chwycili za obie tylne łapy, bo jakoś nikt nie kwapił się do podejścia bliżej głowy Afro.

— Zaraz czwarta… weź sprawdź i musimy spadać — przypomniał Bartek.

Przeciągnęli ciało kilka metrów od dołu. Osypało się z niego nieco ziemi. Nawet we trójkę nie było to łatwe, a mimo zbliżającego się poranka zrobiło się jakby zimniej.

— Moja mama to bała się rowerem przez niego jeździć — szepnął Olek. Filip posłał mu zirytowane spojrzenie.

— Weźcie telefony i trzymajcie nad nim, żebym dobrze widział — polecił i wyjął z kieszeni nożyk. Oparł ręce na ziemi, by ukryć lekkie drżenie rąk.

Gdy koledzy oświetlili ciało psa, przeszły mu przez głowę różne, dziwne myśli. Było tak, jakby patrzył na zupełnie obce zwierzę. To spłaszczone od ziemi ciało, z wilgotną i brudną sierścią, która nabrała ciemniejszego odcienia nie przypominało puchatego, dostojnego bernardyna, którego futro zawsze było czesane i zadbane. No i ten pysk… dziwnie pusty, z wyszczerzonymi zębami, który był jednocześnie znajomy i przerażająco zmieniony. Ponurego widoku dopełniało oko, na pół otwarte, zmętniałe i zapadnięte. Trudno mu było to połączyć z pamięcią Afro żywego, biegnącego ku niemu, siedzącego mu przy nogach, takiego ciepłego…

— Boisz się? — spytał Olek.

— Nie, nie, po prostu… wspomnienia — mruknął.

Czym prędzej przyklęknął przy głowie, starając się nie patrzeć w to upiorne oko. Rozgarnął palcami sierść pod brodą, gdzie spodziewał się rany. Nie znalazł jej od razu. Futro było mokre, posklejane i nie było łatwo stwierdzić, czy od deszczu, wilgoci ziemi, czy krwi. Tej ostatniej zresztą Filip nie widział, choć wyobrażał sobie żywą czerwień na białej szyi.

Chłopcy po chwili przyklęknęli obok, przez co poczuł się nieco raźniej. Wiedział, że sam nie dałby rady i mimo całej determinacji był im bardzo wdzięczny. W świetle widział ich zaniepokojone twarze i poruszające się nozdrza. Wszyscy czuli coś, co nie było tylko wonią wilgotnej ziemi, lecz żaden chyba nie powiedziałby na głos, o co chodzi.

— Chyba to tutaj… — mruknął po dłuższym czasie, gdy rozgarnął prawie całą sierść na szyi psa.

Olek przysunął się bliżej. Mieli przed sobą ledwo widoczną ranę, otoczoną zbitymi strąkami futra. Wyglądała jak brunatny otworek, zapchany ziemią i włoskami. Filip wyciągnął nóż i wydłubał zanieczyszczenia, cały czas mając przed oczami białe zęby psa.

— Będziesz ciął? — spytał Bartek drgającym z niepokoju głosem. Gdzieś w tle znów usłyszeli sarnę.

Filip nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Właściwie powinni już zakopać psa i rozejść się, licząc na to, że żaden z rodziców niczego nie zauważy. A teraz myśl szukania kulki w wielkim ciele wydała mu się szalona.

Miałem cię pomścić, piesku — przypomniał sobie.

Słysząc ciche „och” kolegów, włożył palec do otworu, natychmiast czując obrzydliwe, mokre zimno. Starał się wymacać coś twardego, ostrego, by móc to wyciągnąć, ale niczego takiego nie mógł znaleźć. Wydawało mu się, że pod paznokciem ma coś rurkowatego, może tchawicę? Nie, przypomniał sobie, ta musi być bardziej na środku…

— Jak to jest? — zapytał Olek.

— Ohyda — burknął.

Czuł, jak ogarnia go rezygnacja. Zaraz musieli wszystko sprzątnąć, a on po prostu nie był w stanie znaleźć kuli. Obok jego palca, zanurzonego do połowy, wysączyło się coś koloru rozwodnionej czerwieni, co szybko wsiąkło w skołtunioną sierść. Na widok rozmiarów psa Filip niemal słyszał tykanie zegara. Sięgnął drżącą ręką po nożyk.

— Rozkroisz go? O kurde… — Bartek cofnął się o pół kroku. Nawet Olek zmarszczył brwi.

— N-nie wiem… — mruknął Filip.

Wyciągnął palec z rany i niemal bezwiednie go powąchał, a gdy wyczuł dziwny, słodko-kwaśny zapach, natychmiast wytarł go o trawę. Trzymał nożyk przy szyi, ale ciągle się wahał.

— Wiesz co? Ja ci powiem tak: gówno znajdziesz — oznajmił Olek.

— Bo nie mam czasu — warknął Filip. — I nie mam gdzie go wynieść, żeby na spokojnie obejrzeć…

— No dobra, wyluzuj… ale czułeś coś jak kanał tam, no… dalej?

— Nie. Chyba nie, wszystko się tam już robi takie obślizgłe…

Filip upuścił nóż, który dotąd trzymał przy szyi bernardyna, zupełnie jakby szykował się do poderżnięcia gardła martwemu psu. Spojrzał na ostry czubek narzędzia, a potem w górę, na kolegów.

— Kanał… ale nie było drugiej rany…

— Wylotowej? — podpytał Olek.

— No.

— Panowie, już po czwartej, wschód za osiem siódma, a my na szóstą się budzimy — oznajmił sucho Bartek po sprawdzeniu telefonu.

Filip spojrzał znowu na zmętniałe oko psa. Niemal wbrew sobie parsknął śmiechem, gdy przez myśl przeszło mu, że Afro wcale nie musiał zostać zastrzelony, bo chyba nawet przez tak silnego psa kula przeszłaby na wylot.

— Weź go już zakop, bo ześwirujesz — powiedział cicho, niemal błagalnie, Bartek.

— Ja ci dam świra. A co, jak żadnej kuli nie było? Tylko ktoś mu poderżnął gardło? Chociaż nie, nie ma takiej długiej rany…

— Brawo, geniuszu — Olek zaklaskał teatralnie, przez co snop światła z jego telefonu gwałtownie się zakołysał.

Filip wstał i zaczął okrążać ciało psa.

— Tylko nie wiem, jak ktoś mógłby podejść do niego. Kula to jednak wiecie, z daleka. A on obcych nie lubił — mówił, przyspieszając z każdym słowem.

— Może z zaskoczenia? — zapytał Olek.

— Afro nie dałby się zaskoczyć — burknął. — A jakby ktoś rzucił w niego nożem, to musiałby mieć niezłego cela, żeby trafić w tę żyłę… sorry, tętnicę na szyi.

— Może ktoś się tylko bronił — zasugerował Bartek.

Nikt mu nie odpowiedział. Przystanęli w milczeniu nad zwłokami i żaden przez chwilę nie odważył się go przerwać. W końcu Filip przyklęknął i nasunął powiekę na oko psa.

— Dobra, zwijamy się. To już coś. Może gdzieś głębiej by była ta kula, ale jakoś boję się kroić… — westchnął.

— Ja myślałem, że to zrobisz, serio — powiedział Bartek, kręcąc głową, choć wyraźnie mu ulżyło.

— Nie wiem, to tak jakby miało go boleć, dziwnie mi tak jakoś… no i to był mój pies — mruknął Filip.

Zaciągnęli ciało za tylne łapy do dołu, ale napotkali kolejny problem, bo osunęło się tam sporo ziemi, przez co zwłoki leżały bardzo płytko. Spróbowali je przykryć, lecz cały czas mieli wrażenie, że wystarczyłoby jedno kopnięcie, a ukazałby się fragment sierści.

— Nie ma z tyłu ogrodzenia — wysapał Filip. — Jak coś, to ojciec pomyśli, że jakieś wilki próbowały rozkopać…

— Widziałeś tu kiedyś wilka? — spytał Olek z przekąsem.

— Jak mój dziadek miał kury, to coś mu wydusiło, a jak zakopał kiedyś kota, to coś rozwlekło — wtrącił ponuro Bartek. — Także nie śmiej się, dobra?

— Nawet nie będzie wnikać. Zobaczy, poprawi po nas i tyle, zresztą i tak będę… będziemy w szkole — wzruszył ramionami Filip.

— Który dziadek, ten tutaj? — zainteresował się Olek.

— Tak, dziadek Bronek. Teraz żadnych zwierząt już nie trzyma…

Filip nie zwrócił na to uwagi. Był głęboko rozczarowany i właściwie nie martwił się już faktem, że nie uda im się zamaskować odkopania psa. Jeśli Afro nie został zastrzelony, a dźgnięty nożem, to szanse na złapanie sprawcy zmniejszyły się do okolic zera.

— Ale ślady butów to twój tata zobaczy — Bartek wskazał na odciski w rozkopanej ziemi.

Filip klepnął się ręką w czoło. Czym prędzej zabrali się do zagarniania ziemi łopatą, odchodząc stopniowo od niedbale zakopanego ciała. W ostatniej chwili Bartek zagarnął zebrane w stos kwiaty i rzucił je na ziemię, by wyglądało to nieco naturalniej. Gdy skończyli, dyszeli ciężko ze zmęczenia.

— Dobra, spadamy… i w ogóle to dzięki, że przyszliście — powiedział cicho Filip.

— Hardkor — odrzekł zwięźle Olek.

Gęsiego ruszyli w stronę podwórka Czerwińskich i odstawili łopaty. Dwójka gości Filipa w małym odstępie od siebie wyszła na drogę i zniknęła w ciemności. Nie żegnali się, bo chcieli być jak najciszej, poza tym już za kilka godzin mieli się widzieć w szkole.

Filip siedział jeszcze chwilę na schodach, odpoczywając. Piekły go mięśnie po kopaniu, był spocony i rozczarowany, a swojej ręki nie odważył się znów powąchać. Pod powiekami ciągle miał obraz ciała psa, jego dziwnie niepokojąco obcy wygląd i pierwsze oznaki rozkładu. Wyobrażał sobie przedtem, że położą zwłoki na jakimś materiale, a on z żelaznym spokojem i precyzją rozkroi co trzeba, by szukać kuli wystrzelonej przez mordercę. Nie dał jednak rady, tylko podłubał palcem w ranie.

Gdy tak siedział sam po ciemku, jakoś bał się spojrzeć w stronę sadu, gdzie rozkopali grób bernardyna. Filipowi przepłynęła przez głowę wizja, że martwe zwierzę tu przyjdzie, z tymi zmętniałymi oczami, wyszczerzonymi zębami i posklejaną, brudną sierścią. Wzdrygnął się, wstał gwałtownie i wszedł ostrożnie do domu przez suterenę. Przynajmniej jedno się udało. Cały dom pogrążony był we śnie.

8 października 2024, przedpołudnie

Krystyna Lasek krążyła wokół stołu. Miała jechać do gminy, ale telefon z policji sprawił, że wydało jej się to mniej pilne. Właśnie się dowiedziała, że krew na krzyżu nie należała do człowieka. Funkcjonariusz brzmiał tak, jakby mu wyraźnie ulżyło, że nie trzeba wszczynać żadnej sprawy. Jej wprost przeciwnie, po cichu liczyła, że uda się namierzyć złodzieja.

Sołtyska dopytywała, czy dałoby się ustalić, czyja w takim razie jest krew, ale usłyszała coś o małej ilości materiału, zanieczyszczeniu próbki, o zawalonych pracą laboratoriach. Już miała zwymyślać rozmówcę, ale nagłe skojarzenie sprawiło że zamilkła, co chyba potraktowano jako sygnał do zakończenia rozmowy. Ten krzyż… który odnalazł się zaraz po tym, kiedy zabito psa Czerwińskich… wszystko pod basztą…

— Ale kto by chciał kraść zabytek i zadźgać nim takiego skurczybyka? — zapytała na głos siebie samą. Mąż był akurat u dentysty. Ale gdyby to usłyszał, pewnie wydobyłby z siebie coś w rodzaju potakującego chrząknięcia.

Pachniało jej to jakimś szatańskim rytuałem. Może pies był wcześniej podtruty? Albo dostał z dala strzał z czymś usypiającym? Bo nie wyobrażała sobie podejścia do bernardyna, by precyzyjnie wbić mu ostry czubek krzyża w tętnicę szyjną. To szyja sprawcy zostałaby wówczas podziurawiona.

Nie miała pojęcia, czy ktoś z Czerwińskich jest w domu. Dorośli w pracy, syn w szkole, mała w przedszkolu. I nie była też pewna, czy cokolwiek im mówić na ten temat. A może sobie dopowiedziała za dużo i krew na krzyżu to nowy cud eucharystyczny, a ona myśli o szatanach i rytuałach?

— Było jednak zbadać tego psa, ja bym nawet zapłaciła i miała czyste sumienie… — rzekła znów do siebie.

Wiedziała jednak, że już za późno. Zwierzę trzeci dzień leżało w ziemi, a w pewnym sensie rozumiała Czerwińskiego, który nie chciał niekończącego się łańcuszka dochodzeń, które i tak nie przywróciłyby ich zwierzaka do życia.

— Hmmm, hmmm…

Dzwonek do drzwi sprawił, że prawie podskoczyła.

— Ja z tamtym podatkiem… a jeszcze pogadamy, co z tymi naklejkami dla dzieci za różańce — oznajmiła od progu pani Basia, przewodnicząca miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich.

Krystyna Lasek z ulgą powitała zmianę tematu.

Szkoła Podstawowa im. Powstańców Styczniowych „Puławiaków” w Górach Wysokich

Filip stał przed lustrem w łazience. Nauczycielka od polskiego jakoś pozwoliła mu wyjść w środku lekcji, mimo że zaraz mieli zaczynać pracę grupową. Zastanawiał się, czy aż tak po nim widać niewyspanie i zmęczenie, choć wydarzenia sprzed zaledwie kilku godzin wydawały mu się już bardzo odległe i nie mógł się nadziwić, że serio w nich uczestniczył. Gdy popatrzył na samego siebie, w sumie mógł przyznać nauczycielce rację. Wyglądał jakby miał się rozchorować lada chwila, a w-f był za dwie lekcje.

Zastanawiał się, czy tata powie mu coś o naruszonym grobie psa. Pewnie nie, ale przynajmniej nie obawiał się żadnych oskarżeń. Nie pytał Olka i Bartka, czy wrócili spokojnie do domu, niezauważeni — ale skoro obaj pojawili się na lekcjach, to chyba było w porządku. Rozmawiali we trójkę ze sobą jakoś tak ostrożnie, tylko o lekcjach, jakby bali się wracać wspomnieniami do swej nocnej wyprawy.

Ktoś zapukał do łazienki. Filip szybko się wyprostował i puścił wodę z kranu.

— Jesteś tam? — zawołał Olek.

— Tak, właź — odkrzyknął.

— Sorry, babka kazała sprawdzić, czy z tobą okej — powiedział Olek niepewnie.

Filip zerknął na smartwatcha. Naprawdę był tu już dziesięć minut?

— Ja to bym się najchętniej zwolnił, ale to chyba niewyspanie… — mruknął niechętnie.

Kolega prychnął. Filip odważył się spojrzeć na niego w lustrze. Także wyglądał jakby zarwał noc, ale było w tym więcej jakiejś czujności, podenerwowania niż poczucia klęski.

— Na twoim miejscu bym sprawdził, czy nie mam tężca — oznajmił mądrze Olek, który istotnie znajdował się zwykle w topowej piątce, jeśli chodziło o oceny.

— Że coś z grobu mnie zaraziło? Wyluzuj, jeszcze się nic tam… no, nie zaczęło — odparował, choć spojrzał na swoje ręce, czy nie dorobił się jakiejś małej ranki. Ale wyglądały na czyste. — Muszę odespać i tyle. No, wy też.

— Przypominam, że grzebałeś trupowi w ranie. Gołymi palcami — Olek przybrał złowrogi ton.

Filip gwałtownie odwrócił się ku niemu, poczuł energetyzujący przypływ złości. Chłopak dotknął tematu, którego nie umiał sobie do końca poukładać, a nawet porządnie ująć. Czy to był nadal jego Afro, choć bez życia, czy tylko masa zaczynającego się psuć cielska, którego nie powinien łączyć z psem, jakiego pamiętał? Jeśli to co odkopali było jednak tym drugim, to czemu bał się zbadać go lepiej?

— Ty… ty nie masz psa i w ogóle zwierząt — burknął, nie odnosząc się wprost do tematu. — A teraz idziemy, zanim baba sobie o nas przypomni — polecił zdecydowanie. W ostatniej chwili przypomniał sobie o zakręceniu wody.

.

Adam Benek z nieprzyjemnym ukłuciem niepokoju przeczytał kilka pierwszych linijek artykułu, w którym uroczyście powiadomiono o odnalezieniu krzyża z odbudowywanej baszty w Nowych Kicharach. Wiedział, że to kwestia czasu, kiedy ta wiadomość się rozniesie — wszak była o wiele bardziej interesująca niż sama kradzież — i śledził pilnie wszystkie lokalne media od tamtej nieszczęsnej niedzieli. Na szczęście w hotelu w którym pracował na portierni akurat nie zanosiło się na gości, więc pozwolił sobie na szybkie przewinięcie kilku portali w telefonie.

Nikt nie pisał o zabitym psie, co go nieco uspokoiło, ale już fakt, że na krzyżu zostały ślady krwi, był należycie podkreślony. A nieoficjalne ustalenia, że prawdopodobnie nie należą do człowieka, już mniej. Adam był teraz trochę na siebie zły, że nie wytarł żelastwa choćby o własne ubranie, które i tak po nocnej wyprawie nadawało się tylko do wrzucenia do pralki. Gdy przewinął artykuł do końca, uświadomił sobie także, że nie zwrócono uwagi na tajemniczą kosteczkę w pierścieniu krzyża, która, zanim jeszcze zmierzył się z psem, przyprawiła go o niepokój. Może wypadła, gdy cisnął krzyżem w ciemność? Media nie wiedziały o wszystkim? Albo miały przykazane, by o tym nie mówić?

Unikać Kichar przynajmniej do końca roku — postanowił sobie. A odbudowa samej baszty, na którą szczerze mówiąc wcale nie czekał — zadowoliłby się zwykłym zabezpieczeniem murów — zapewne miała potrwać jeszcze długie miesiące, może rok albo i dłużej?

Jeszcze raz spróbował się pocieszyć, że w walce z bernardynem chodziło o życie, a w najlepszym wypadku on, Adam, leżałby w szpitalu, ledwo widoczny spod bandaży i rurek. Może straciłby wzrok lub byłby konieczny przeszczep twarzy? Wzdrygnął się, jakby przeszła go fala zimna. Zaraz potem musiał pospiesznie odłożyć telefon, bo srebrny dzwoneczek nad drzwiami hotelu został wprawiony w ruch.

.

Filip siedział nad częściowo zapisaną kartką. Nauczycielka przydzieliła go do grupy z samymi dziewczynami, bo gdy reszta uczniów się dobierała, on był w łazience. Nawet się z tego ucieszył, bo liczył, że zrobią za niego większość pracy. Przypadł im temat do przedyskutowania: co byście zrobili na miejscu Nemeczka?

— Ja to bym się wyleczył porządnie, a nie latał na jakiś plac, bo reszta się leje — burknął, gdy Wiola Szafrańska, przewodnicząca klasy, przypomniała mu, że mógłby im łaskawie pomóc.

— Ty to w ogóle czytałeś? On kochał ten plac, tak jak ojczyznę — zaperzyła się, a jej cienki głosik zabrzmiał jeszcze bardziej irytująco niż zwykle.

Filip mimo wszystko zapisał swój pomysł i wspaniałomyślnie wziął go w nawias.

— Tylko ty to przeczytasz — zastrzegła.

— Przydałby im się pies, taki wielki, to Acz i reszta by zwiali — zachichotała Paulina.

— Taki jak ten Filipa — podchwyciła pomysł Wiola. — Co nie?

Chłopak zacisnął usta, znowu poczuł się tak, jakby dotknięto go do żywego. Dziewczyny spojrzały na niego jakoś dziwnie.

— Ej, co z tobą?

— Tak się składa, że ktoś zabił nam psa w ten weekend — odpowiedział chłodno.

Właściwie dopiero teraz sobie uświadomił, jak mało osób o tym wiedziało. Nawet sąsiedzi chyba jeszcze nie, poza sołtyską i jakimś panem mieszkającym przy baszcie. Sprawa nie była zgłoszona, a Olek i Bartek obiecali, że nikomu nie powiedzą. Zbyt wiele osób mogłoby po cichu odetchnąć z ulgą, gdyby się dowiedziało, że wielki bernardyn już nie rzuci się w pościg za kolejnym rowerzystą lub nie skłoni jakiejś starszej pani do szukania obejścia drogi przez pola.

Dziewczyny zbiorowo westchnęły, jakby dano im sygnał.

— Co ty? Tego Afro? — zapytała ze zdumieniem Wiolka, odrywając się od dopieszczania kredką tytułu referatu.

— No — mruknął, po czym westchnął, ni to z irytacji, ni to ze zmęczenia.

Podniósł głowę. Bartek, siedzący w kącie sali z trzema innymi uczniami szybko opuścił swoją, jakby go przedtem obserwował.

— Ale co mu zrobili? — zapytała Paulina lekko przestraszonym głosem.

Jeszcze tego mu brakowało, by mówiło o tym pół szkoły, zaliczając wiadomość do tych sensacyjnych.

— Chyba go ktoś dźgnął. Nie widziałem przecież — odpowiedział.

Dziewczyny wymieniły się pełnymi zgrozy spojrzeniami, w których jednak wyczytał narastającą chęć do wypytania o kolejne szczegóły. Na szczęście nie było im to dane.

— Moi drodzy państwo, mam nadzieję, się nie nudzą? — pani Borowska pojawiła się obok nich, jakby wyrosła spod ziemi.

— Nie, nie, już wszystko mamy — zapewniła gorliwie Wiola.

.

Filip wysiadł z autobusu o jeden przystanek wcześniej, by zamienić jeszcze kilka słów z Bartkiem, który chyba dopiero teraz odważył się wrócić do tematu nocnej wyprawy. Miał jeszcze jeden powód, by nieco przedłużyć drogę ze szkoły — jego mama pewnie już odkryła rozkopany grób psa, bo ostatnio od razu po powrocie z pracy szła do sadu zebrać wiaderko jabłek. Pewnie nie odważyłaby się poprawić ziemi sama, bo unikała widoku nawet martwej myszy. Filip nie chciał przypadkiem zobaczyć jakiegoś fragmentu sierści, a szczególnie głowy.

— Jak się czułeś tak od razu w budzie, po tym w nocy? — zapytał, gdy tył autobusu zniknął w oddali.

— Eee… no tak, jakby tamto było bardzo dawno — odpowiedział Bartek niepewnie. — Ale czemu powiedziałeś dziewczynom? — błyskawicznie zmienił ton na prawie oskarżycielski.

— Bo wyszedł temat psa i tyle. Przecież o kopaniu wiemy tylko my, a o psie i tak będą gadać, że czemu go nie ma. Wiedzą, że umarł i to im wystarczy — Filip narzucił kaptur na głowę.

— Ja bym nic nie mówił. A co do kopania, to przecież twoi starzy zobaczą… no…

— Wiem. Ale to już chyba obgadaliśmy. Jakiś zwierz wyczuł i rozkopał, tak na pewno pomyślą. Serio, nie skojarzą że to ja. A że wy też, to tym bardziej — stwierdził zdecydowanie Filip.

Istotnie, nie podejrzewał, by przyszedł do niego ojciec i zapytał, czy w nocy z kolegami odkopał psa, bo chciał coś sprawdzić. Nie dał im nigdy powodu do niepokoju, papierosami i innymi świństwami się brzydził, a jeszcze dwa dni temu sam siebie by nie podejrzewał o tak makabryczny pomysł. Może byłoby pół biedy, gdyby chodziło o obcego psa albo papużkę, jaszczurkę czy kurę. Ale z własnym zwierzęciem było zupełnie inaczej.

— Zobaczysz, jak wrócisz — odpowiedział filozoficznie Bartek.

Byli już prawie pod jego domem. Filip wchodził tam może dwa razy, bo woleli się spotykać na świeżym powietrzu. A niedaleko przed chłopakami stał nieco przekrzywiony słup kolejnego przystanku, na którym zwykle wysiadał.

— No właśnie. Jak coś, to wam napiszę — powiedział pojednawczym tonem.

— Ale jak nas wydasz, to masz przewalone.

Pożegnali się, po czym Filip ruszył już prosto w kierunku własnego domu. Gdy przechodził przez ulicę, minęło go czarne Punto sołtyski. Podniósł głowę, notując w pamięci fakt, że znów ich drogi przecięły się podczas jego powrotu ze szkoły. Kobieta zaparkowała przed jednym z pobliskich domów, więc zapewne chciała tylko coś szybko załatwić i ruszyć dalej. Zobaczył, jak wybiega z auta i choć spieszyła się, spojrzała na niego. Kiwnął jej głową, a ona zawahała się na ułamek sekundy, zanim odpowiedziała mu uśmiechem.

W domu była mama, smażąca naleśniki oraz czteroletnia siostra, machająca nogami na za wysokim dla niej krześle.

— Jestem — oznajmił i rzucił plecak na kanapę.

— Umyj ręce i weź sobie — powiedziała mama. A Filip natychmiast to wychwycił. Ten lekko drżący ton, ostrzejsze niż zwykle ruchy. Musiała być już w sadzie.

— Super, już idę — odpowiedział. Sam także spróbował brzmieć możliwie beztrosko.

Stał w łazience. Odłożył ręcznik. Przed powrotem do kuchni chciał kupić sobie jeszcze kilka chwil spokoju. Przynajmniej nie dostał od razu jakimś oskarżeniem w twarz, czego jednak nieco się obawiał. Został jeszcze tata, ale ten dowie się o rozkopanym grobie dopiero po powrocie. Przed wyjazdem do pracy zapewne nie zaglądał do sadu, bo i po co? Filip z tą myślą zasiadł do obiadu.

— A będziemy mieli nowego psa? — zapytała niespodziewanie Oliwka, gniotąc naleśnik w rękach tak, że trochę sera wypadło na stół. Mama prawie niezauważalnie zacisnęła usta.

— Pytasz, czy chcesz? Bo jakoś nie widziałem, żebyś biegała sobie za Afro — odpowiedział jej Filip.

— Chcę takiego mniejszego, żeby sobie siedział w domu — oznajmiła jego siostrzyczka.

— Pytaj mamy, ja się mogę dorzucić… — wzruszył ramionami.

Szybko zeszło na temat psa, choć w nieco innym sensie — pomyślał. Sam jakoś nie był gotowy na nowego psa, minęło ledwo kilka dni, ale właściwie siostra miała rację. Może by mogli mieć jakiegoś małego golden retrievera albo dalmatyńczyka? Albo rozejrzeliby się po schroniskach? Chciał, by potencjalny nowy pies był bardziej ozdobą domu, a nie obrońcą. Takim zwierzakiem, którego ludzie chcieliby pogłaskać i któremu nie groziłaby niczyja zemsta. Afro miał chyba trzy lata? Filip czytał sporo o tej rasie i był pewny, że pies doczeka jego studiów, a może i dłużej. Bardzo teraz żałował, że ojciec wypuszczał bernardyna na noc, by ten się wybiegał.

— Może na wiosnę, Oliwka. Na razie chyba z tatą nie mamy do tego głowy — odpowiedziała mama.

Gdy Filip siedział nad lekcjami, do których i tak zabrał się nieco później niż zwykle, usłyszał przyciszone głosy rodziców i zdenerwowane chrząknięcie ojca, po którym nastąpiło trzaśnięcie drzwiami. Odczekał chwilę, po czym wrócił do kuchni, w której akurat nikogo nie było. Patrzył z przymrużonymi oczami, jak tata znika w garażu, po czym wychodzi z łopatą i mruczy coś pod nosem. A zatem on, Filip, nie pomylił się jak dotąd ani razu. Mama odkryła naruszony grób pierwsza i bała się cokolwiek ruszyć. Nie powiedziała nic dzieciom, tylko mężowi, by ten równie dyskretnie poprawił ziemię.

Zrobił sobie tosta, a gdy oszacował, że tata musiał skończyć pracę, wyszedł z domu. W porównaniu do mglistego poranka teraz było całkiem przyjemnie, po niebie płynęły białe chmurki, zupełnie jak w środku lata. Po chwili skierował się do sadu. Serce biło mu nieco szybciej. Tata jednak jeszcze nie skończył, prowadził taczki z bloczkami z betonu, których zwykle używali jako podpórek pod mauzery. Przy widocznej z daleka brązowawej plamie ziemi stały wbite grabie.

— Cześć, tata — zawołał i możliwie beztrosko zapytał: — Co robisz?

Pan Paweł odwrócił się. Miał dość zaciętą minę.

— Trzeba to położyć tam, gdzie pies leży — odpowiedział. — Jak masz czas, to mi pomożesz?

— A… ale czemu? — spytał Filip, pamiętając, że przecież oficjalnie o niczym nie wie. Miał prawo spytać, o co chodzi.

— Bo coś go chyba chciało wyciągnąć z ziemi, pewnie lisy albo wilki — wyjaśnił ojciec zmęczonym tonem.

Doszli razem do miejsca pochówku zwierzęcia. Filip przełknął ślinę i spojrzał na nie. Żadnego skrawka ciała, żadnego wystającego kłaczka. Było już porządnie zasypane, na wierzchu ojciec dodatkowo dodał warstwę piachu i zagrabił całość tak, że widać było wyraźnie szereg podłużnych bruzd. Kilka metrów przed nim wiatr poruszył jabłonkami, gdzie rosły czerwono-żółte owoce.

— O, fuj… — odpowiedział w końcu Filip.

— One tak wyczuwają padlinę, że ludziom się w głowie nie mieści. Ale ja mogłem od razu lepiej zabezpieczyć grób. Na wiosnę się zdejmie — westchnął Czerwiński, po czym wziął jeden betonowy bloczek.

— Padlinę… dla nich to teraz padlina, co nie? A dla nas zabity pies — mruknął Filip. Ojciec odwrócił na moment głowę.

Przez kilka minut razem układali bloczki, aż pokryli nimi całe miejsce pochówku psa, które przypominało teraz trochę jeden z pustych grobowców na cmentarzu. Filip pomagał ojcu właściwie z ochotą, bo miał teraz pewność, że ten także niczego nie podejrzewał, a do głosu doszły nieco dawniejsze emocje. Sama strata zwierzęcia i sposób, w jaki to się stało.

— A ty… nie masz lekcji czy coś? — zapytał pan Paweł nieco nieobecnym tonem.

— Już odrobiłem, szedłem po parę jabłek. A tak w ogóle, to Oliwka pytała, czy będziemy mieć nowego psa.

— Nie wiem jeszcze. Może nie psa, tylko kotka albo jakąś papużkę? Co myślisz?

— Ee… jeszcze nie wiem — bąknął Filip.

Przeszło mu przez głowę, że obaj mają teraz na myśli to samo. Nie chcą narażać się na kolejną egzekucję swojego zwierzaka, gdyby był to kolejny pies stróżujący. Ale jedno musiał wygarnąć.

— Ale gdyby to był nowy bernardyn, to na noc trzymałbym go w kojcu. Nie, żeby się wybiegał, bo Afro wychodził na sad i potem na ulicę. I się kręcił, ludzie się bali i któryś… — ciągnął rozgoryczonym tonem.

Przez twarz ojca przebiegł skurcz.

— Skąd mogliśmy wiedzieć, że jakiś świr się znajdzie? — pan Paweł rozłożył bezradnie ręce. Filip nie zamierzał odpowiadać. Odwrócił się i poszedł prosto do domu, zapominając nawet o jabłkach.

.

— Ile jeszcze? — zapytała zirytowanym tonem Krystyna Lasek.

Gdy tylko po raz kolejny minęła syna Czerwińskich, wracającego ze szkoły, postanowiła się dowiedzieć, kiedy krzyż ma szansę wrócić na miejsce. Oczywiście nie do samej baszty, jeszcze nie, póki nie odbudowali dachu. Sołtyska pomyślała, by przez ten czas przetrzymać zabytek u siebie. Nie miała pewności, czy jej wolno, ale chciała na własną rękę zbadać, czyja krew się na nim znajdowała. Właściwie to upewnić, bo wydawało jej się, że zna odpowiedź.

— Nie wiem, może za parę dni? Mogę podać numer do tego laboratorium, jak pani chce. To niech już ich pani pyta — westchnął mundurowy.

— Poproszę — oznajmiła hardo i sięgnęła po karteczkę. Pewnie rozmówca się spodziewał, że usłyszy coś w rodzaju „ach, nie, nie trzeba”.

Zapisała ciąg cyfr. Nie była właściwie zdecydowana, czy czeka bardziej na sam zwrot krzyża czy potwierdzenie, że krew należy do psa. Już zdążyła się rozłączyć, gdy postanowiła jeszcze, że w takim wypadku jednak nie powie właścicielom, co przydarzyło się ich bernardynowi. Wiadomość o znalezisku z tajemniczymi śladami i tak była numerem jeden w sieci, a jej nagrana wypowiedź dla dziennikarki spotkała się z licznymi prośbami o rozwinięcie. Spojrzała na zegarek — zbliżała się pora nabożeństwa różańcowego. Nie miała już wiele czasu, a spodziewała się licznych pytań od nieco starszych od niej kobiet.

Jej mąż wszedł do kuchni niczym cień. Klucze w jego ręku zabrzęczały.

— Jedziesz gdzieś? — zapytała zdziwiona.

— Jadę z tobą.

— O, a to niespodzianka — prychnęła Krystyna.

— Żebyś nie rozgadywała o tym krzyżu, już i tak za dużo sobie wzięłaś z tym sołtysowaniem, psiakrew…

Krystyna niespodziewanie parsknęła śmiechem, który przeszedł w wysoki chichot, aż złapała się za brzuch. Mąż patrzył na nią z niepokojem, jakby oceniał, czy owo sołtysowanie właśnie wpędziło ją w szpony szaleństwa.

— Psiakrew… — powtórzyła, wycierając łzy z kącików oczu. — Żebyś wiedział, że psia krew…

Mina pana Grzegorza była już na tyle sugestywna, że Krystyna musiała cokolwiek wyjaśnić.

— Słuchaj, mi się zdaje, że tym krzyżem ktoś zabił psa Czerwińskich. Dźgnął go nim w szyję. Policja mi mówiła, że krew na nim to nie człowieka, a robotnicy go odkryli dzień po tym, jak ten wielki bernardyn zginął. Wszystko paręnaście metrów od siebie. Pewnie krzyż już tam był, jak znalazłam psa, tylko za ogrodzeniem, a tam nie patrzyłam — wyrzuciła z siebie, nadal czując w brzuchu skurcze po niedawnym ataku śmiechu.

Mąż popatrzył na nią z politowaniem, ale przynajmniej nie wyglądał już tak, jakby się obawiał, że oszalała.

— A panicz psa to nie sprawdzi tego, tylko ty musisz?

— Wiesz jak jest, ludzie nie lubią drążyć, a tutaj to mógł być każdy. Poza tym znowu chodzi o tę basztę…

— Ubieraj się, jedziemy za dziesięć minut.

.

Był już późny wieczór. Filip leżał na wznak na łóżku. W ostatniej chwili przypomniał sobie, by zmienić godzinę budzika, bo znów obudziłby go o drugiej piętnaście. W porównaniu z taką porą szósta trzydzieści wyglądała niemal jak wylegiwanie się do południa.

Dźwięk przychodzącej wiadomości z Messengera sprawił, że niechętnie wziął telefon znów do ręki i odpiął go od ładowarki. Olek wysłał mu link, nie dodając żadnego komentarza od siebie. Filip prychnął, po czym go otwarł. Zaczął czytać artykuł, który z każdą chwilą sprawiał, że jego serce zaczynało bić szybciej.

Tajemniczy powrót krzyża z baszty. Na zabytku znaleziono ślady krwi

Nowe Kichary

Po miesiącu od zaginięcia zabytkowego krzyża z odbudowywanej baszty mieszkańcy doczekali się przełomu w sprawie. Cenny element konstrukcji został odnaleziony w pobliżu ruin.

Największe zaskoczenie wywołał jednak jego stan. Na powierzchni krzyża ujawniono ślady przypominające krew. Na razie nie wiadomo, do kogo lub do czego należą. Jak poinformowano, zabezpieczono próbki do dalszych badań.

— Najważniejsze jest, że odzyskaliśmy zabytek — mówi sołtys wsi Krystyna Lasek (60 l.), którą o odkryciu powiadomili robotnicy. — Po cichu liczę, że odnajdą się także inne zaginione obiekty, w tym obraz patrona baszty.

Mieszkańcy Nowych Kichar przypominają, że baszta od dawna była miejscem związanym z lokalnymi opowieściami i legendami. Niektórzy twierdzą, że powrót krzyża po miesiącu nie jest zwykłym przypadkiem.

Służby nie komentują na razie szczegółów sprawy.

Krew na krzyżu… który odnalazł się obok baszty… w tym samym czasie, w którym zabito Afro… a w jego ciele nie było kuli — myśli krążyły w głowie Filipa jak puzzle, które same wskakiwały na miejsce.

Poczuł takie wzburzenie, że wyszedł z łóżka i zaczął krążyć koło biurka. Nie włączał światła, ale widział w ciemności kontury mebli. Mimo wszystko uważał, by się nie potknąć i nie wywołać rumoru.

„Myślisz że to tym?” — wysłał odpowiedź Olkowi, ale ten był aktywny pięć minut temu i może już wyciszył urządzenie na noc. Zapytanie nie brzmiało zbyt jasno, ale Filip jakoś nie przejął się.

Postanowił iść do sołtyski jutro, wypytać o wszystko co wie, może nawet trochę niegrzecznie, ale ostatnio zaczynał rozumieć, że to często popłaca. W końcu to ona udzieliła wywiadu mediom, miała krzyż w rękach, a to co zamieszczono w artykule — musiało być małym wycinkiem wypowiedzi.

Filip położył się znów i odwrócił telefon ekranem do dołu. Przeczuwał, że choć alarm nie zabrzmi w środku nocy jak ostatnio, to i tak trudno mu będzie spać.

9 października 2024

— O co ci chodziło z tym linkiem? — Filip zapytał Olka, gdy tylko go zobaczył, wchodzącego rankiem do szatni. Podszedł do niego tak szybko, że kolega odruchowo cofnął się o krok.

— Jeszcze się pytasz? Na pewno ktoś tak zaciukał twojego psa — syknął.

Obydwaj rozejrzeli się dookoła, ale byli w boksie sami. Do rozpoczęcia lekcji zostało kilka minut.

— Idę do tej babki, co go znalazła. W sensie, do sołtyski. Już wczoraj wyglądała tak, jakby coś wiedziała — zapowiedział zdecydowanie Filip.

Miał w planach coś jeszcze, mianowicie wizję lokalną pod basztą. Znał miejsce śmierci Afro co do metra kwadratowego, bo ostatnio nie padało, więc ślad na drodze na pewno był wciąż widoczny. Brakowało mu jednak kilku szczegółów, czyli miejsca gdzie odnaleziono krzyż, no i dokładniejszej wiedzy, jak ten zabytek wygląda. Pamiętał ze starych zdjęć dziwaczny kształt ramion, ale to wszystko. Chciał wiedzieć, czy ma ostrą podstawę i ile waży. Na pewno nie mógł znać tych szczegółów po jednej, krótkiej chwili, gdy krzyż wbił się w ziemię między nim, a tamtym fotografem.

— I myślisz, że ona ci to powie? Mamy jedenaście lat — prychnął Olek. — Już prędzej, jakbyś ojca wysłał.

— Nie wiem, ale będę wiedział, czy coś ukrywa. Po babkach od razu widać — Filip złośliwie się uśmiechnął.

Wbrew obawom spał całkiem dobrze, może dlatego, że uczepił się jakiegoś wyjaśnienia. Wspomnienie trupa psa zaczęło być spychane gdzieś głębiej, do tego miejsca w głowie, mieszczącego surrealistyczne wizje i wynaturzone, zniekształcone wspomnienia, co do których nawet nie było pewności, czy są prawdziwe.

Nie bez znaczenia był także sam wczorajszy pochówek, dokończony wspólnie z tatą. Jakoś wiele to Filipowi pomogło, jakby dopiero wtedy razem pożegnali psa. Nie, gdy tata zakopał go potajemnie, ani gdy on sam z kolegami pospiesznie badał ciało w nocy. Coś się domknęło, choć sprawa okoliczności śmierci nadal była niewyjaśniona.

Poszli razem pod salę matematyczną, gdzie Bartek zawzięcie omawiał z Pauliną rozwiązanie pracy domowej. Na ich widok przekrzywił głowę, jakby się zastanawiał, czy przynoszą jakieś ponure wieści.

— Nie wydało się? — zapytał.

— Nie. Poprawione — odpowiedział mu Filip. Brzmiało to dość enigmatycznie dla postronnych, ale o to chodziło. Pamiętał, jak zakończyli wczorajszą rozmowę po powrocie ze szkoły.

— Znalazł się ten krzyż z baszty. Z krwią. Wiesz, co to znaczy — Olek był bezlitosny.

Bartek uniósł oczy do góry, jakby szukał ratunku, ale przy suficie był jedynie dzwonek, który akurat zaczął dzwonić.

.

Filip nie od razu po powrocie ze szkoły wybrał się do sołtyski. Najpierw musiał uporać się z lekcjami, choć trochę pouczyć, a gdy zadzwonił do niej, telefon milczał. Dopiero wtedy chłopak uświadomił sobie, że zapewne była na różańcu i zanim z niego wróci, będzie już po siedemnastej.

Śledził w międzyczasie, czy w mediach pojawiło się coś nowego na temat krwi na krzyżu, ale poza nowymi, nieco prześmiewczymi komentarzami nic takiego nie znalazł. W pewnym sensie rozumiał, że jego miejscowości taka sensacja mogłaby przynieść więcej szkody niż pożytku.

— Idę do pani Lasek — oznajmił możliwie beztrosko. Na dworze robiło się już charakterystycznie złotawo-szaro, jak to w jesienne późne popołudnia.

— A po co? — zapytała mama, która natychmiast stanęła w korytarzu.

Filip był przygotowany. Wyciągnął z reklamówki zeszyt do religii.

— Bo mam parę różańców niepodpisanych, a jutro jest religia i ksiądz pewnie będzie sprawdzał. Pani Krysia mówiła kiedyś, że ona też może podpisać — wyjaśnił i nawet się skrzywił, że niby nie jest najszczęśliwszy przez dodatkowy obowiązek.

Mama zamyśliła się o jeden moment za długo, ale w końcu westchnęła.

— Jakbyś powiedział, to bym ci zabrała ten zeszyt i jej zaniosła.

— Jutro już by było za późno, a ona zaraz wraca. Niedługo będę — zapewnił i wyszedł, nie czekając już na odpowiedź. Zeszyt oczywiście był do podpisania, ale stanowił tylko pretekst do właściwych pytań.

Filip ruszył poboczem. Mógł jechać rowerem, ale to pewnie wydłużyłoby jego czekanie na powrót sołtyski, skoro dotarłby pod jej dom szybciej. Gdy tak maszerował, psy z kolejnych gospodarstw przybiegały do furtek, po czym zaczynały go jeden przez drugiego oszczekiwać. Nie brzmiało to dla niego najprzyjemniej.

Brama przed domem pani Lasek faktycznie była otwarta, a garaż zionął pustką, więc jej jeszcze nie było. Filip nie tracił czasu, nawet było mu to na rękę. Podszedł jeszcze kawałek i już po chwili stał na miejscu śmierci psa. Gdzieś w tle słychać było dźwięki piły do drewna. Postarał się je zignorować. Stanął dokładnie na środku plamy na drodze i rozejrzał się dookoła.

Afro zginął kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia postawionego przed basztą. Nie było to najbardziej oczywiste miejsce. Filipowi jakoś się wcześniej wydawało, że ślad krwi jest bliżej. Istotnie, od wielkiej plamy odchodziło w stronę baszty kilka mniejszych, ledwo już widocznych, które musiały wyznaczać trasę śmiertelnie ranionego zwierzęcia.

— No tak, przecież to nie od razu… — zastanowił się cicho.

Nie chciało mu się wyciągać telefonu i wpisywać w wyszukiwarkę dziwnych pytań, w stylu: ile krwi ma bernardyn, lub w jakim czasie pies tej rasy się wykrwawia. Przez głowę przeszła mu przykra myśl, że zapewne Afro chciał uciec do domu po otrzymaniu ciosu, ale błyskawicznie stracił siły.

Podszedł kilka kroków w stronę ogrodzenia, tropem mniejszych śladów krwi. Znajdował się teraz całkiem niedaleko baszty, otoczonej rusztowaniami i w jakiś dziwny sposób mu obcej. Wyglądała bardziej tak, jakby była w trakcie rozbiórki, a nie generalnego remontu. Wrażenie pogłębiał placyk, usiany gruzem i rozjeżdżony przez ciężki sprzęt. Filip chętnie by wszedł za ogrodzenie, bo zaintrygowało go, czy malowidła wewnątrz zostały już zabezpieczone, ale odpuścił. Był tu w innym celu. Potrząsnął głową, by przywrócić myśli na właściwie tory.

Wyglądało na to, że pies otrzymał cios dużo bliżej ogrodzenia. Może zapędził kogoś w kozi róg. Na tę myśl Filip nawet lekko się uśmiechnął, czując jakąś nostalgiczną dumę. Po chwili jednak się zastanowił: może ktoś trafił Afro, będąc bezpiecznie schowanym za siatką? Wtedy sam byłby w bezpiecznej odległości od jego kłów, za to miałby idealne warunki, by dźgnąć psa w szyję. Ale w takim razie jak go tu zwabił? Zabójca musiałby stać na placu budowy, a po godzinach pracy ten był zamknięty. Próba wejścia na siatkę skończyłaby się jej powyginaniem, a w przypadku kogoś cięższego nawet wywróceniem palików.

Ostrożnie postawił stopę na drucie, sprawdziwszy szybko, czy nikt nie patrzy. Nawet pod jej skromnym ciężarem siatka zadrżała i ugięła się. Nie, ktoś przypadkowy nie przejąłby się tym i sforsowałby ogrodzenie, uciekając przed bernardynem. No i samo narzędzie zbrodni. Jeśli krzyż był na terenie baszty, to jakim cudem zabójca nie tylko go miał, ale i wszedł bez śladu na teren dziedzińca? Chłopak poskrobał się w głowę, która zdawała mu się pulsować.

Odległy, lecz dość wyraźny odgłos wjazdu samochodu na podwórko wysypane kamyczkami sprawił, że Filip zastygł jak drapieżnik, który zwęszył zdobycz. Czas wizji lokalnej dobiegł końca, nadeszła pora na małe przesłuchanie.

Zaczekał jeszcze chwilę, po czym zawrócił w stronę domu pani sołtys. Zacisnął mocniej dłoń na reklamówce z zeszytem. Od tego chciał zacząć. Wszedł na podwórko. Znany mu z widzenia pan Grzegorz Lasek, siwy, lecz z w pełni zachowaną czupryną, właśnie zamykał garaż. Odwrócił ku niemu głowę.

— Dobry wieczór, zastałem panią Krystynę? — zapytał Filip. Trochę go zbiło z tropu, miał nadzieję, że mężczyzna nie wrócił sam.

— Tak, już weszła do domu. Co cię sprowadza, młody człowieku?

— Podpisy na religię — mruknął. Uniósł rękę z reklamówką nieco wyżej, po czym zapukał do środka. Usłyszał głośne „proszę”.

Sołtyska siedziała w kuchni, segregując paczuszki z naklejkami przedstawiającymi świętych. No tak, to musiały być te zbierane przez młodsze dzieci, przygotowujące się do pierwszej komunii — pomyślał.

— O, Filipek? Co tam się dzieje? Przepraszam cię, ale jestem w proszku, ledwo wróciłam, a jeszcze odebrałam od księdza proboszcza te naklejki na nagrody… — zaczęła mówić na jednym oddechu.

Filip przyjrzał się jej uważnie. W tej chwili była naprawdę zaaferowana, nawet nie podniosła głowy, a jej farbowane czarne włosy, spięte w koczek, zdawały się odbijać światło z górnej lampy. Po raz kolejny stracił tę zawziętą pewność, że będzie w stanie zadawać jej pytania jak policjant i tropić każdą ucieczkę spojrzeniem, każdy trwający o pół sekundy za długo namysł. Wziął głęboki oddech.

— Może mi pani to podpisać? Zapomniałem zeszytu, jak ksiądz zbierał, a jutro mam religię i te różańce muszą być sprawdzone…

— Tak, daj, daj — machnęła ręką.

Zeszyt wylądował na stole, a Krystyna chwyciła go i przez chwilę przyglądała się słupkowi cyferek, odpowiadających poszczególnym dniom października.

— Zaznaczyłem ołówkiem kropki, kiedy byłem — podpowiedział Filip i usiadł obok.

Sołtyska błyskawicznie podpisała obecności, których było tak naprawdę o kilka mniej niż na papierze. Filip przyznał w dzienniczku, że opuścił jedynie nabożeństwo w ostatnią niedzielę.

— No już, kochanie — uśmiechnęła się i oddała zeszyt. Filip przymknął na moment oczy. Nadszedł czas.

— Przepraszam, a chciałem jeszcze spytać, gdzie dokładnie leżał ten krzyż z baszty?

Zabrzmiał samemu sobie tak, jakby nieśmiało poprosił na lekcji o wyjście do toalety. Ale coś jednak się zmieniło. Twarz pani Lasek szybko przestała być skupiona i pobłażająca jednocześnie, pojawiła się za to czujność. Kluczowy moment nieco popsuł wchodzący do domu jej mąż, który przetoczył się przez kuchnię i zniknął w drzwiach naprzeciwko stołu.

— To znaczy? Gdzie był umieszczony zanim się dach zawalił? — zapytała, na jego oko wyraźnie próbując odwlec doprecyzowanie.

— Nie. Gdzie był, gdy go pani znalazła — tym razem Filip był nieugięty, spojrzał jej prosto w twarz.

— Filipku, to nie ja go znalazłam, tylko panowie robotnicy — oznajmiła cierpliwym głosem. — Dali mi znać, bo to było ważne.

— W poniedziałek rano?

— Tak. Niedługo jak wjechali na plac…

Filip akurat tę informację przyjął bez wątpliwości. Wyglądało to logicznie, choć na jedną część pytania pani Krystyna nadal nie odpowiedziała. Atmosfera zrobiła się według niego jakaś dziwna, jakby i sołtyska toczyła w głowie błyskawiczną kalkulację. Niekoniecznie by kłamać, ale bardziej — ile powiedzieć.

— A gdzie leżał? — drążył temat. Oparł obie dłonie na stole.

— Ojejku, co ten Romek mówił… że na piachu, zaraz za ogrodzeniem… — westchnęła pani Lasek.

Twarz Filipa na moment się rozjaśniła, jakby właśnie usłyszał nazwisko mordercy. Nie chodziło mu rzecz jasna o jakiegoś pana Romana, ale nurtowała go wcześniej sama kwestia, czy krzyż był za ogrodzeniem, czy może na drodze.

— Ahaa… odpowiedział przeciągle. — A ta krew, co pisali w gazecie, to wiadomo już, czyja? Gdyby nie była człowieka, to…

Zawahał się o jedną chwilę za długo, co natychmiast wykorzystała rozmówczyni.

— Filipku, po co o to pytasz? — zapytała tym razem wyjątkowo poważnie. Wyprostowała się na oparciu i wpatrywała się w ciemnowłosego chłopaczka, siedzącego przed nią z taką miną, jakby za chwilę miał wyrecytować akt oskarżenia.

— Bo… coś mi nie pasuje — stwierdził Filip wymijająco. — A gdybym wiedział… a pani miała ten krzyż w rękach…

— Miałam, tylko przez godzinkę. Od tamtej pory jest w jakimś laboratorium, chyba że na komisariacie. Nie wiem, kiedy tu wróci — ze zmęczoną miną wzruszyła ramionami.

— I nikt pani nie mówił, czyja to może być krew? — naciskał Filip.

— Nie, ale tak między nami, to podobno nie człowieka — przyznała sołtyska. Dojrzał w jej oczach jakąś zawziętą, wewnętrzną walkę.

— A może mojego psa — wypalił i niemal z satysfakcją patrzył, jak jej twarz zbladła.

Był z siebie wyjątkowo dumny, że zdołał zachować swoje przypuszczenie na odpowiedni moment i nie zrezygnował z pokierowania rozmowy na ten tor. W kuchni zrobiło się już na tyle ciemno, że warto byłoby włączyć światło, ale nie zamierzał w tej chwili spuszczać sołtyski z oczu. To ona znalazła martwego Afro, to ona widziała krzyż z krwią — przypominał sobie jak mantrę.

— Możemy tylko czekać na wyniki — powiedziała w końcu, bezwiednie przenosząc jeden stosik naklejek na drugi.

— Ale nie widzi pani, jak to wszystko pasuje? — zapytał zawzięcie Filip, wysuwając głowę do przodu.

— No, pasuje, pasuje, ale nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany. Ja też bym chciała wiedzieć, bo takie rzeczy to nie za mojej kadencji — uśmiechnęła się krzywo.

Wstała i włączyła światło, a Filip lekko zmrużył oczy. Za oknami było już szarawo, a on też nie mógł tu siedzieć nie wiadomo jak długo, w końcu miał iść tylko po kilka podpisów. Ale już samo to, że pani Lasek nie odrzuciła natychmiast jego hipotezy, a jedynie chciała mieć formalne potwierdzenie sprawiło, że poczuł dziwną ulgę.

— Ktoś zabił mojego psa. I chciałbym wiedzieć, dlaczego mógł to zrobić tym zabytkowym krzyżem. To jest trochę creepy, w sensie… dziwne i trochę straszne, co nie? — powiedział, na moment zapominając, że ma do czynienia z kimś sporo starszym.

— Ty wiesz, Filipku, co ludzie mogą mieć w głowach? — zapytała zadumanym tonem sołtyska.

— Coś tam wiem. A w ogóle ta baszta… coś się dziwnego tam stało? Albo ktoś zginął? — zapytał.

— Myślisz, że ktoś zrobił rytuał z twoim psem? — zapytała poważnie.

— No… nie wiem, po prostu najpierw myśleliśmy, że ktoś go zastrzelił, ale…

Zawahał się. Jego ojciec na pewno był przekonany co do tej wersji, widział ciało jedynie przy pierwszym zakopywaniu i zapewne starał się na nie zbyt długo nie patrzeć. Tylko on, Bartek i Olek byli przy nocnym badaniu, a sam wniosek, że żadnej kuli nie ma, był dość niepewny.

— Ale przecież tak samo działa dźgnięcie w szyję. A mój pies się wykrwawił — dokończył wreszcie. — To co, stało się coś kiedyś w tej baszcie?

— No… kilkadziesiąt lat temu zginęła tutaj taka pani, Władysława Dąda, można by na nasze czasy powiedzieć, że jak działaczka społeczna. Znaleźli ją koło wyjścia, tam jak jest ta dziura koło wrót. Miała głowę rozbitą. I wtedy zniknął obraz świętego Rocha. Mama mi to opowiadała…

Filip lekko otwarł usta. Nie miał pojęcia o tej historii, ale pewnie trudno było o konkrety w tak starej opowieści, przekazywanej z ust do ust przez jakieś trzy pokolenia. Krew… ciało przy baszcie… zaginiony zabytek. Poczuł się tak, jakby śmierć psa nie była czymś odosobnionym, przypadkowym.

— Na pewno głowa rozbita? Może też ktoś ją trafił w szyję? — zasugerował drżącym z ekscytacji głosem. Sołtyska zmarszczyła brwi.

— Nie słyszałam. Ale jakbyś popytał ludzi, to pewnie się znajdą tacy, co chodzili jako dzieci z nią na majówki. Jej rodziny to już tu chyba nie ma. Wynieśli się do Lublina, jeden z synów umarł niedługo po powodzi, stary kawaler.

— Kiedy ona umarła? Ta pani Dąda?

— W 1970. Leży w Górach Wysokich, nawet ostatnio mieliśmy sprzątać tam u niej…

— Aha… a to ona była jakaś nielubiana? Bo mój pies to… no… nie każdemu się podobał — mruknął niechętnie.

— Nie, absolutnie, święta kobieta była! Może chciała powstrzymać złodzieja obrazu, kto wie?

Filip już się zbierał do kolejnego pytania, do kogo mógłby iść, by zapytać o tę sprawę. Niezbyt dobrze kojarzył najstarszych mieszkańców, tych urodzonych w latach czterdziestych, może nawet i w trzydziestych, bo co mogły wiedzieć o sprawie osoby, które wówczas były małe? Niestety, pani Krystyna spojrzała szybko na kuchenny zegar i w mgnieniu oka przybrała surową minę.

— Filipku, ja wiem, że chcesz to wyjaśnić, ale umówimy się innym razem. Może już będę coś wiedziała. Ale słuchaj, nawet jak się potwierdzi, że to krew twojego pieska na tym krzyżu, to co dalej zrobisz? Nie mamy pojęcia, kto go przedtem ukradł, czemu zwrócił akurat teraz i tylko po to, żeby zabić Bogu ducha winne zwierzę… — rozłożyła bezradnie ramiona.

— To nie zbadają odcisków? Przecież chyba to też sprawdzą? — zapytał z niedowierzaniem, nawet nie wstając na sugestię, by już sobie poszedł.

— No i czyje by znaleźli? Moje i panów robotników — zaśmiała się krótko sołtyska. –Poza tym całą tamtą noc lało zanim ci panowie go znaleźli, a ten ktoś mógł mieć rękawiczki, bo zrobił to wszystko jak jakiś… satanista — skrzywiła się nieco.

— Ale chociaż sprawdzą?

— Muszą, ale ja sobie nic nie obiecuję. Ty też lepiej nie. A tak w ogóle, jesteś bardzo bystrym chłopakiem… — przyznała sołtyska, ni to z podziwem, ni to z przestrachem.

Filip akurat wstawał i na dźwięk tych słów głupio się zaczerwienił.

— Eee… to proszę, niech pani zadzwoni, gdyby ktoś coś…

Podał jej swój numer. W ostatniej chwili przypomniał sobie o reklamówce z zeszytem. Gdy wychodził z kuchni, zarejestrował jeszcze, jak drzwi do sąsiedniego pokoju się uchyliły i pojawił się w nich mąż pani Krystyny, drapiący się po głowie.

10 października 2024

— Było ją nagrywać — odpowiedział Olek, gdy tylko usłyszał relację z poprzedniego wieczoru.

— Nie, ja myślę, że nie ściemnia — stwierdził spokojnie Filip.

Stali w kolejce do sklepiku, Bartek jako pierwszy właśnie coś sobie wybierał. Otaczały ich dzieciaki z pierwszych i z drugich klas, więc pozwolili sobie na wymianę zdań. Filip nie pisał na Messengerze o rozmowie z sołtyską. Specjalnie zostawił to na następny dzień, by opowiedzieć wszystko na żywo.

— To o tej babce co zginęła w sumie nawet ciekawe, ale reszta? Co w tym nowego?

— No, że pod basztą ktoś ginął i zawsze był przy tym jeszcze jakiś zabytek stamtąd…

— Ej, chyba coś chcieliście kupić — przypomniał Bartek, odwracając się do nich.

Na chwilę zamilkli, ale gdy tylko odeszli spod lady, dyskusja rozgorzała na nowo.

— Nie kojarzę tej babki, co mówiłeś. Musiała się urodzić jeszcze przed pierwszą wojną, skoro w latach siedemdziesiątych była stara — zastanowił się Olek.

— A ja znam. W sensie, słyszałem od niej od dziadka — wtrącił się Bartek. Jego poirytowana mina ustąpiła miejsca ciekawości, jakie wrażenie zrobi.

— No to teraz mówisz? — Filip opuścił ręce. — On ją znał? Może by do niego pójść?

— Jak wszyscy w jego wieku co stąd są, przecież to nie była kosmitka. Chodził na majówki, bo ona prowadziła, a wtedy jeszcze się odbywały koło baszty. Wiecie, taki typ, co wszędzie jest i każdego zna. Tańce, śpiewy, jakieś kółka, to wszystko pani Władzia.

— A mógłbym do ciebie iść po szkole i z nim pogadać? — zapytał natychmiast Filip. Chwilę odczekali, bo nad ich głowami zadźwięczał dzwonek.

— Czekaj, może nie od razu, zapytam go i dam ci znać — Bartek lekko się spiął.

— Czemu?

— Bo wiesz, jak to jest z ludźmi w tym wieku. Nie lubią być zaskakiwani…

Filip prychnął. Spojrzał na ekran telefonu, wyciszając go przy okazji przed lekcją. Nie miał żadnego sygnału od sołtyski, ale było dopiero przed południem. A takie laboratoria czy policja zapewne też się nie spieszyły. Nie wiedział czemu, ale nie podejrzewał jej o zatajenie przed nim czegoś. Wyglądała wręcz, jakby jej też ta sprawa nie dawała spokoju.

Znał z widzenia dziadka Bartka, Bronisława Mazura i istotnie, jakoś nie wyglądał mu on na człowieka, którego można nazwać gawędziarzem. Pan Bronisław miał siwe włosy na bokach głowy i charakterystyczny układ zmarszczek przy ustach i nosie, jakby cały czas wąchał coś cuchnącego. Właściwie mógłby spokojnie stać się twarzą jakiegoś mema, gdyby nie to, że zapewne w mig by się zorientował, że robi mu się zdjęcie.

— A jest opcja, żeby Laskowa ci pokazała ten krzyż? — spytał cicho Olek, gdy pani od matematyki już szła w stronę klasy, brzęcząc kluczami.

— Zrobię tak, żeby była — zapowiedział poważnie Filip.

.

Krystyna Lasek wyszła z domu i skierowała się pod basztę. Już z daleka słyszała odgłosy robót, jakieś pokrzykiwania, dźwięki trzeszczenia rusztowania. Akurat nie miała nic lepszego do roboty, a ponieważ była w tej chwili sama, postanowiła skorzystać z okazji.

Trudno jej było zasnąć. Choć niespodziewany gość, sięgający jej wzrostem pod pachę poszedł, nim zrobiło się całkiem ciemno, to do tej pory ogarniała ją mieszanka lęku i podziwu na wspomnienie wzroku jedenastolatka. On nie przyszedł, by ją o coś zapytać, lecz przesłuchać z precyzją, której nie powstydziłby się śledczy. Odwiedził ją sam, obmyślił pretekst, może nawet ją nagrywał? Widziała, że patrzy jej prosto w twarz, a jego mózg wykonuje milion operacji. A to tylko dzieciak, który stracił psa. Przez moment pomyślała, że to będzie albo ktoś wybitny, albo wyjątkowo zdemoralizowany i zrobi coś strasznego. W każdym razie jeszcze o nim się usłyszy.

Teraz, w świetle dnia, jej niepewność co do tego dzieciaka nieco ustąpiła miejsca jakiemuś szacunkowi. Jeśli chodzi mu o zaspokojenie poczucia niesprawiedliwości, to warto byłoby pomóc. Sama jednak wiedziała właściwie tyle co on, może z takim wyjątkiem, że nie był przy ciele psa i dotąd nie widział krzyża.

Minęła przeklęte miejsce, gdzie zginął bernardyn i stanęła przed górą piachu, bo ogrodzenie było przesunięte na czas robót.

— Czołem, pani Krysiu — zawołał jeden z pracowników. Przyspieszył kroku, jakby chcąc uniknąć pogawędki.

— Czekaj pan, czekaj — odkrzyknęła i wkroczyła na rozjeżdżony placyk.

Nie miała pojęcia, czy to ta sama ekipa, która była tu w ubiegły poniedziałek, ale chciała zapytać tylko o jedno. Może zanim dowiedziałaby się czegoś o krzyżu, ustaliłaby, jak to jest z zabezpieczeniem terenu.

— I co, cud się stał? — zarechotał mężczyzna.

— Co? Jaki…

— Że krzyż krwawi. Zaraz nie będzie miejsca na robotę, jak Kielce albo i Częstochowa to złapią!

Krystyna prychnęła gniewnie. Gdyby nie kask, pociągnęłaby chłopa za ucho i powiedziała, co myśli o takim traktowaniu tematu.

— Już bym wiedziała. Wy to w ogóle patrzyliście? Może ten krzyż był tu wcześniej?

— Pani, nie ma mowy. Z tego piachu braliśmy w piątek do betoniary, na pewno by był zgłoszony już wtedy.

— A ogrodzenie? Da się je otworzyć tak o? — pokazała ręką gest, jakby rozsuwała niewidzialne przejście. Była ciekawa, czy może jednak dałoby się samodzielnie utorować sobie drogę do baszty, nawet w środku nocy.

— Jakby się kto uparł, to by otworzył. Ale po co?

Krystyna lekko przygryzła wargi. Zaniepokoiła ją beztroska mężczyzny, bo jeśli wstęp na teren budowy był tak prosty, to po co było się bawić w jakieś ogrodzenia? Zapewne odstraszyłyby tylko tych, którzy i tak nie zamierzali podchodzić bliżej.

— A bo taki jeden młody pan się zastanawia, kto mu zabił psa. Tego, co tam widać jeszcze plamę. Ten pies chyba dostał pod samym ogrodzeniem, albo i na placu — powiedziała z namysłem. Uznała, że tyle szczegółów wystarczy.

— No i? — usłyszała niecierpliwe dopytanie się.

— Może dostał tym krzyżem i stąd ta krew. Pytam, bo to dziwne, żeby krzyż się zgubił, potem znalazł, a ktoś zabił nim psa. No nie?

Mężczyzna zrobił taki gest, jakby już miał unieść pięści do góry, z błaganiem o święty spokój. Sołtyska zresztą już miała wiedzę, jaką chciała zdobyć. Ktoś — ten morderca zwierzaka — wcale nie musiał przenikać przez siatkę. Mógł ją jakoś przesunąć i odgrodzić się w ten sposób od kłów i pazurów. Ale czy polował na tego konkretnego psa? Krystyna nie chciała rozmawiać z Pawłem Czerwińskim na ten temat, bo rozmowa zmierzałaby w stronę wyrzutów, czemu nie trzymał bernardyna na noc w kojcu, czemu w ogóle pozwalał mu sobie biegać po ulicach bez kagańca. Ktoś tu nie dopilnował obowiązku, a mieszkańcy okolicznych domów chyba nie żałowali tego, co się stało.

— Może…

— Dobrze, to dziękuję panu, tyle chciałam wiedzieć — uśmiechnęła się nieco szerzej, niż było to konieczne.

.

Filip błyskawicznie sięgnął po telefon, gdy tylko poczuł charakterystyczną, podwójną wibrację w kieszeni. Akurat trwała lekcja historii, ale on siedział prawie na końcu sali, sam, a gdy zobaczył na wyświetlaczu „Sołtyska”, ledwo powstrzymał się od okrzyku.

„Dzień dobry Filip. Ogrodzenie dałoby się przesunąć. Pytałam robotników” — odczytał, a z każdym słowem jego podekscytowanie opadało. Spodziewał się przełomu, potwierdzenia że krew należy do psa, może nawet donosu, że jakiś dziwny człowiek kręci się w pobliżu. Czegokolwiek. Gdy zauważył zmarszczone czoło nauczycielki, szybko wyciągnął z drugiej kieszeni chusteczkę. Nie pierwszy raz stosował taką strategię i dotąd nigdy nie był zmuszony oddawać telefonu. Zadziałało, pani Szczęsna odwróciła się w stronę tablicy, gdy markował wydmuchiwanie nosa.

— Ktoś ci kiedyś przetrzepie te kieszenie — szepnął Bartek, siedzący za nim.

.

— Sołtyska mi napisała, że ogrodzenie dałoby się przesunąć. Serio. Tylko to — wytłumaczył, gdy lekcja się skończyła.

Właściwie, gdy rozczarowanie minęło, nawet się ucieszył, że dała mu o tym znać. Czyli pamiętała o obietnicy, że będzie go informować. Była znów pod basztą, rozmawiała z robotnikami, to już jakieś działanie w jego sprawie.

— A ciekawy jestem, czy to się będzie powtarzało… — zastanowił się Olek.

— Że co powtarzało?

— Że ktoś zginie. Nie od razu człowiek, ale jakiś pies czy kot. Tam, no i jakiś zabytek się znajdzie albo zgubi — wyjaśnił Olek, przesuwając palcem po szyi.

— Niby jaki? Tam serio nic już nie było, w tej baszcie. Same mury, wszystko w środku poznikało dawno temu — prychnął Bartek.

Zastanowili się przez chwilę, stojąc przy samej ścianie korytarza. Filip nie miał przekonania co do tego pomysłu. Wszyscy widzieli basztę od środka. Jedyne, co można było jeszcze z niej wynieść, to gruz. Ewentualnie gdyby kopali obok… podobno znaleziono niegdyś naczynia z ludzkimi kośćmi, pochodzącymi z cmentarza benedyktynek. Ale samo wyposażenie wewnętrznej kaplicy przepadło.

— Twój pies zginął w niedzielę? — upewnił się Olek.

— Dokładnie to z soboty na niedzielę. Na pewno wieczorem jeszcze dałem mu trochę karmy, potem spał pod garażem, a potem… chyba na ogród poszedł, bo zanim poszedłem spać, to już go nie widziałem na podwórku — przypominał sobie Filip. Pamięć podsunęła mu nawet, że miał zrobić psu zdjęcie pod tym garażem, ale nie chciało mu się wracać do pokoju po telefon.

— To niech będzie, że szóstego. Zobaczymy, czy po tygodniu coś się stanie, albo po dziesięciu. Może ktoś ma jakiś plan, jakiś schemat…

Filip nie odpowiedział. Napił się wody, bo nie chciał temu tak od razu zaprzeczać, ale nie wydawało mu się, że to jakiś zorganizowany plan. Gdyby jednak Olek miał rację i ktoś miał na celowniku kolejne ofiary, może warto byłoby się przygotować. Aczkolwiek jemu łatwo było mówić. Nie miał zwierząt. A Bartek tylko żółwia.

11 października 2024

Filip stał przed grobem swojego dziadka, na cmentarzu w Górach Wysokich. Jego tata szedł w stronę śmietników, zabierając ze sobą stare znicze, a mama z siostrą stały naprzeciwko. Było późne, piątkowe popołudnie. Zaczynało się robić szarawo, a nieliczne jeszcze płomyczki na grobowcach zaczynały tworzyć rzadką siatkę złotych punktów na cmentarzu.

Wyciągnął telefon. Jeśli nawigacja nie kłamała, to był tylko kilka alejek dalej od miejsca spoczynku pani Władysławy Dądy. Nie mówił nikomu do tej pory, ale kusiło go, by zobaczyć to miejsce.

— Schowaj ten telefon chociaż teraz — westchnęła mama.

Filip przewrócił oczami i wsadził urządzenie z powrotem do kieszeni. Na grobie dziadka oczywiście zapalił znicz, ale jego samego ledwo co pamiętał. Był to ojciec jego ojca, zwany w rodzinie „dziadkiem z Gałkowic”, który zmarł w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat na serce, a że wnuków miał sporo, to Filip był po prostu którymś z kolei. Oliwki nawet nie było wtedy na świecie.

— Tu gdzieś leży taka pani, podobno była taką… no… aktywistką — mruknął, jakby się usprawiedliwiał.

— Jakaś zakręcona? — spytała mama niechętnie. Siostra zachichotała.

— Aktywistka, czyli aktywna. Koła, modlitwy i tak dalej — stwierdził spokojnie. Właśnie zobaczył, że tata wraca i energicznie otrzepuje ręce.

— Zaraz wracam — dodał i oddalił się od mogiły, klucząc między kolejnymi.

— Czekaj, to też zobaczymy — usłyszał za sobą.

Szukał nazwiska „Dąda”, ale ściemniało się i po chwili musiał jednak pomóc sobie telefonem. Zawrócił o jedną alejkę. Zdjęcie z serwisu przedstawiało tylko zbliżenie na płytę z nazwiskami zmarłych i nieco ucięty od góry widok na ukruszony na rogach, ale solidny marmurowy nagrobek.

W końcu stanął przed nim, a rodzice i siostra także podążyli w tę stronę. Poczuł dziwną ekscytację, gdy zobaczył górujący nad grobem krzyż, z promienistymi wypustkami odchodzącymi od zbiegu ramion. Usiłował sobie przypomnieć, jak wyglądał tamten z baszty. Na pewno podobnie, ale nie identycznie? Szybko zrobił zdjęcie i postanowił, że porówna wszystko w domu.

— A co to za ludzie? — zainteresował się tata, który stanął obok niego.

Filip patrzył teraz dokładniej na tablicę. Na samej górze widniało nazwisko, którego szukał:

Władysława Dąda z d. Modras

Żyła 65 lat

Zmarła 8 maja 1970 r.

Prosi o Zdrowaś Maria

Poniżej był niejaki Andrzej Dąda, zmarły osiem lat przed nią, zapewne mąż, a także Alfreda i Józef Modrasowie, którzy odeszli w latach czterdziestych. Na grobie był wypalony znicz, a na podstawie krzyża przewiązana nieco wyblakła, ale ciągle widoczna biało-czerwona wstążeczka. Filip zmarszczył brwi. Nie było żadnej wzmianki o tragicznej śmierci, ani też o rolach społecznych, jakie kobieta pełniła. Niemniej ktoś, może i sama sołtyska, zaznaczył jej zaangażowanie i przynajmniej raz na kilka miesięcy był przy grobie.

— A, słyszałem o niej od Bartka Cichonia. Chyba coś będzie robić dodatkowego na historię — odpowiedział tacie.

Jeśli myślał, że dozna w tym miejscu jakiegoś olśnienia czy znajdzie wskazówkę, to się grubo przeliczył. Patrzył na kolejny z setek grobów i choć krzyż nieco go zaintrygował, to nie przyniósł natychmiast wyczekiwanych odpowiedzi. Same daty, ósmy maja i szósty października — też nie zdawały się łączyć w żaden sposób. Postanowił, że policzy, ile dni jest między nimi.

— Ale młodo poumierali — westchnęła mama.

— Wiesz, chłopy to jeden z drugim pił, a kobietom też pracy nie brakowało — odpowiedział jej tata. — A ty nie słyszałaś o niej?

— Może coś, ale to dawno. Nie interesowałam się.

— Ale ona zginęła tragicznie. Rozbiła sobie głowę pod basztą — burknął Filip, zirytowany zdecydowanie zbyt lekkim potraktowaniem tematu przez rodziców, zwłaszcza mamę, która od urodzenia mieszkała w Nowych Kicharach. Oliwka pisnęła.

— Bartek tak mówił? — zapytał niepewnie tata.

Ale Filip nie zdążył odpowiedzieć, bo zadzwonił mu telefon. Wyjął go z kieszeni i na widok numeru wydał ciche, podekscytowane westchnienie.

— Przypominam, że to jest cmentarz — syknęła mama.

Dzwoniła sołtyska, a biorąc pod uwagę porę dnia, nie wyglądało to na prośbę, czy może zechciałby przeczytać rozważania na różańcu prowadzonym w kościele przez dzieci.

— Pani Krysia Lasek — odpowiedział z godnością. Rodzice wymienili się szczerze zaskoczonymi spojrzeniami.

— Halo? — zapytał i odszedł kilka kroków od grobu pani Władysławy.

— Cześć Filipku, słuchaj, masz teraz czas? — usłyszał głos pani Krystyny, przerywany szelestem i odgłosami zamykania drzwi.

— Eee… jesteśmy teraz wszyscy na cmentarzu w Górach Wysokich… — powiedział niepewnie. Miał nadzieję, że sprawa — o jakąkolwiek by chodziło — nie będzie wymagać, by natychmiast poszedł do niej do domu.

— A, bo mam odebrać ten krzyż z komendy. W sumie to po znajomości, bo normalnie pewnie by wydali go proboszczowi — zachichotała nerwowo. — Filipku, tam na nim była krew psa — dodała pospiesznie.

Filip opuścił nieco rękę z telefonem. Poczuł się tak, jakby nie mógł się napić po bardzo długim wysiłku. Popatrzył tępo w migające w półmroku ogniki zniczy.

— M-mojego? — spytał.

— No chyba tak oboje myślimy — powiedziała pani Lasek zdyszanym głosem. — Zapytaj rodziców, czy bym mogła cię zgarnąć z tego cmentarza, to byśmy podjechali na komendę w Dwikozach. Coś się nauczysz przy okazji.

— Tak… jasne, ja… zaraz podam… — wyjąkał i wcisnął telefon tacie. Wiedział jedno. Nawet gdyby się nie zgodzili, to on i tak się z nią zabierze.

— Halo? Tak, tak — mówił tata. Cała rodzina patrzyła na niego z wyczekiwaniem, zwłaszcza Filip, który trzymał kciuki, by sołtyska nie wsypała go ze sprawą psa.

— A to takie ważne? Bo my jeszcze jedziemy na zakupy… aha… — kontynuował mężczyzna zdziwionym, ale ogólnie dość spokojnym tonem.

— Weź na głośno… — zaczęła mama.

— Dobrze, ale do kiedy? No to chyba nie będzie problemu…

Filip odwrócił się na chwilę, by ukryć triumfalny uśmieszek. Wyobraził sobie szybką jazdę z sołtyską po ciemnych uliczkach, odwiedziny czeluści komisariatu, jakieś tajemnicze papiery i niemal ceremonialne wydanie zabytkowego krzyża. A to wszystko w ścisłej tajemnicy.

Tymczasem tata skończył rozmowę i oddał mu telefon. Zanim cokolwiek powiedział, podrapał się po głowie.

— Synek, pani Lasek będzie za parę minut pod bramą i cię zgarnie. Pojedziecie do Dwikóz i potem ma cię odstawić do domu — oznajmił, mocno zdziwiony.

— Super — odpowiedział krótko Filip.

— Ale po… o co jej chodzi? To dlatego do niej poszedłeś wtedy? — spytała mama, lekko mrużąc oczy.

— Bo ma odebrać krzyż z baszty, co go policja wzięła do badań. Chyba myśli, że czegoś się nauczę przy okazji. Procedury, historia i tak dalej — wzruszył ramionami. Prawie się uśmiechnął, patrząc na grób pani Dądy, zupełnie jakby ściągnęła jakiś przełom w sprawie.

Ruszyli w stronę cmentarnej bramy. Filip wpatrywał się z nadzieją w każdy przejeżdżający samochód, a październikowy zmierzch nagle wydał mu się o wiele bardziej tajemniczy niż zwykle. Nie mógł przestać myśleć o chwili, gdy pochwali się kolegom, że hipoteza o zabiciu Afro krzyżem okazała się trafiona. Starał się odsunąć od siebie fakt, że samo namierzenie sprawcy nadal jest w sferze marzeń.

— A czemu akurat ty? To ten Bartek miał coś robić na historię… — odezwała się mama.

— A, tak jakoś wyszło. Chyba mnie polubiła — mruknął Filip. Nie zamierzał ciągnąć rozmowy zbyt długo i nie mógł się doczekać, aż pani Lasek go zgarnie spod bramy.

— Jak chłopak jest ciekawy, to czemu nie? — zapytał ugodowym tonem tata.

Stanęli już przy wyjściu z cmentarza, ich samochód stał kilkanaście metrów dalej. Filip uniósł głowę do góry i nad bramą zobaczył kolejny krzyż z przypominającymi liście wypustkami, odznaczający się na tle ciemniejącego, bladożółtego nieba. Uniósł brwi, przeszły go lekkie ciarki, gdy uświadomił sobie, że im bardziej myśli o krzyżu, tym częściej znajduje podobne.

— No właśnie, a ona chyba jest spoko? Tyle lat rządzi… — Filip szybko poparł ojca.

— No, już lepsza ona niż jakiś nieznajomy typ, ale…

— Mamo, myślisz, że mnie porwie? — zapytał obcesowo Filip w tym samym momencie, w którym czarne Punto sołtyski pojawiło się od strony kościoła.

Odsunęli się o dwa kroki w stronę pobocza, gdy auto zatrzymało się kilka metrów dalej. Pani Krystyna otwarła drzwi i wychyliła głowę.

— Dobry wieczór! — zawołała.

Odpowiedział jej najpierw sam Filip i szybko podszedł w kierunku Punto. Usłyszał, jak jego rodzice nieco niepewnie powtórzyli powitanie.

— Będziemy za godzinkę, może troszkę więcej? Kawaler gotowy?

— Tak — zapewnił gorliwie Filip. Odwrócił się na moment i spojrzał na stojących blisko siebie rodziców i siostrę, jakby nie byli pewni, co robić.

— Jak coś, to dzwoń — zawołała mama. — My jedziemy na Sandomierz.

Pokiwał głową i otwarł sobie tylne drzwi, ale kanapa była zawalona jakimiś tekturami.

— Siadaj z przodu, tam nie wysprzątałam, ale myślałam, że dzisiaj będzie spokój — pani Lasek machnęła ręką.

Filip zajął miejsce obok niej i z ulgą powitał fakt, że niemal natychmiast ruszyła. Rodzina szybko zniknęła mu z oczu. Jechali w stronę kościoła, jak na oko chłopaka nieco przekraczając prędkość.

— Wow, ja dziękuję, że pani w ogóle powiedziała — wysapał.

Był w niezwykły sposób urzeczony migającym w półmroku krajobrazem Gór Wysokich, rzędem domów i ostrym zjazdem w stronę ulicy Rzecznej, zupełnie jakby jechał tędy po raz pierwszy. Teraz towarzyszyła temu atmosfera podróży po jakiś skarb lub w celu odkrycia wielkich tajemnic — i to z najważniejszą osobą w całych Kicharach.

— Też jestem ciekawa — stwierdziła sołtyska. — Ale z tą krwią… no, aż mnie zamurowało. Miałeś nosa, chłopaku. Chcesz być policjantem?

— Może? — bardziej spytał sam siebie, niż odpowiedział.

— Rodzice nie byli zdziwieni? W końcu cię trochę porwałam — zaśmiała się.

— Mama tak, ale pani jej potem wytłumaczy. Wiecznie coś podejrzewa — mruknął. — A przepraszam, jak będzie wyglądało to oddanie krzyża?

Byli już w Dwikozach, właśnie minęli tabliczkę z nazwą siedziby gminy. Do celu zostały im dosłownie dwie, trzy minuty.

— Pewnie coś tam podpiszę i tyle. Oni nie chcą, żeby się wmieszał konserwator zabytków. Potem przekażę go księdzu Bednarkowi, ale na razie, może do poniedziałku, będzie u mnie — wyjaśniła sołtyska.

Filip pokiwał głową. Nie był pewny, czy dwa dni wystarczą, by zdołali go dokładnie obejrzeć i coś ustalić. Marzył o pobraniu odcisków palców, ale krzyż przeszedł przez tyle rąk, że chyba nie miałoby to wielkiego sensu.

— A oddadzą go jakoś zapakowanego?

Wyjeżdżali ze Starowiejskiej na Sandomierską, a oświetlona sylwetka kościoła zamajaczyła na wzgórzu jak zbiór kilkunastu obserwujących oczu. Poza żółtą smugą nad zachodnim horyzontem było już zupełnie ciemno.

— Wiesz co, nie mam pojęcia. Chyba jakoś musieli go zabezpieczyć. I tak to wszystko poszło bardzo szybko, a wiesz dlaczego?

— Hmm? — Filipowi tym razem nic nie przyszło do głowy. Pokonywali już ostatnie zakręty ulicy Spółdzielczej, pod komisariatem mieli być już za chwilę.

— Bo twój tata nie zgłosił zabicia waszego psa. Jakby powiązali jedno z drugim, to chyba do końca roku byśmy nie zobaczyli krzyża — wyjaśniła ponuro pani Lasek. Ponuro, ale z jakąś ulgą.

— Teraz nie wiem, czy… bo może bardziej by go zbadali, ale skoro i tak krzyż trochę poleżał, zanim robotnicy go znaleźli… — zaczął niepewnie. Krystyna westchnęła.

Zatrzymali się pod budynkiem komisariatu policji w Dwikozach. Parking dookoła nich był zupełnie pusty.

— Poczekasz czy wysiadasz? — spytała go.

— Chciałbym to zobaczyć. Jakoś nie miałem okazji nigdy być w środku — zapewnił szybko. Oburzyła go sama sugestia, że miałby zostać w aucie i gapić się na budynek.

Nic nie odpowiedziała, choć chyba lekko się uśmiechnęła. Filip wysiadł razem z nią. Ulica Spółdzielcza wyglądała jak wymarła, a wrażenie pogłębiał widok zrujnowanego zakładu po przeciwnej stronie. Przekroczyli bramę. Przez okno dyżurki sączyło się żółtawe światło. Za okienkiem dyżurnego siedział młody policjant, może trzydziestoletni, który podniósł głowę znad telefonu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 59.7