E-book
10.97
drukowana A5
30.02
drukowana A5
kolorowa
58.34
Baśń

Bezpłatny fragment - Baśń


Objętość:
205 str.
ISBN:
978-83-8126-335-1
E-book
za 10.97
drukowana A5
za 30.02
drukowana A5
kolorowa
za 58.34

Od autora

Drogi Czytelniku,


przypuszczam, że tytułem mojej najnowszej książki mogłem Cię trochę zaskoczyć. Baśń bowiem, jako gatunek literacki, nieczęsto jest podejmowany przez współczesnych pisarzy, a jeśli już — to głównie ze wskazaniem na najmłodszych czytelników. Tymczasem moją „Baśń” jednoznacznie kieruję do osób dorosłych. Czynię tak jednak nie ze względu na wysublimowane treści, opisy, ani nawet nie z powodu śmiałych scen erotycznych, pojawiających się czasem w fabule. Baśń moją dedykuję dorosłemu czytelnikowi z powodu tajemniczo-mrocznawego klimatu towarzyszącego losom postaci, lecz również z uwagi na pokomplikowane wątki obyczajowe. Także ze względu na sceny rozgrywane w nocnych klubach czy też w zapuszczonych budynkach. Wreszcie — z uwagi na desperacje moich bohaterów, i co za tym idzie, na różne przydarzające się im w konsekwencji dramatyczne wydarzenia… Zgodzisz się chyba ze mną, że wszystkie te elementy powinny być dobrze rozumiane przez dojrzałego odbiorcę i zapewne mało komunikatywne dla czytelnika nieletniego?

Oczywiście, jak przystało na gatunek literacki, znajdziesz Czytelniku w mojej Baśni także i typowe elementy fantastyki oraz sił nadprzyrodzonych. Będą więc cudowne zdarzenia, pojawią się tajemnicze postacie, a nawet nadnaturalne zjawiska. Z góry jednak chcę Cię uspokoić: cała powieść mocno osadzona jest we współczesnych „twardych” realiach naszej codzienności. Sceny baśniowe, gdy się pojawią, trwają tylko mgnienie, jako dopełnienie akcji, i zaraz potem znikają. Wszyscy bohaterowie są z „krwi i kości”, i nawet jeśli w nielicznych z nich odnajdziesz baśniowe cechy, to i tak każdy z osobna jest na tyle zwyczajny, że aż może być skądś Ci znany. Może to ktoś, kto podobny jest do kogoś z Twych znajomych? Może do postaci, które pojawiały się w poprzednich moich książkach?… A, przy okazji, może i same zdarzenia baśniowe wcale nie są aż tak bardzo baśniowe, skoro przypominają zwyczajne ludzkie przywidzenia? Sam będziesz musiał sobie odpowiedzieć na te pytania… Ja z obowiązku dodam tylko, że wszyscy moi bohaterowie są postaciami fikcyjnymi, że ich losy są przeze mnie całkowicie zmyślone i że jakiekolwiek podobieństwa do realnych osób i wydarzeń mogą być co najwyżej dziełem przypadku.


Drogi Czytelniku, ufam, że „Baśń” moją przeczytasz z satysfakcją i z przyjemnością. Sprzyjać temu będzie intrygująca fabuła oparta na kilkunastu niedługich rozdziałach, z których, dodam jako ciekawostkę, niemal każdy mógłby być niezależnym, samodzielnym opowiadaniem. Zachęcam Cię jednak do przeczytania wszystkich rozdziałów po kolei. Wówczas końcowe akapity staną się logicznym zwieńczeniem całości. A gdybyś już po przeczytaniu książki zechciał ze mną podzielić się swymi refleksjami — to nic prostszego: możesz to uczynić na mej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl albo na moim facebookowym Fanpage’u. Miło byłoby mi, gdybyś i Ty dołączył na nim do rzeszy moich sympatyków.

A teraz, gdy już w kilku zdaniach opowiedziałem Ci o mojej najnowszej książce, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci, drogi Czytelniku, ciekawej i inspirującej lektury!


Janusz Niżyński

Rozdział 1

Po drugim kuflu piwa powietrze w „Złotym koguciku” stało się gęste i lepkie jak syrop. Mgiełka dymu tytoniowego wisiała nad stolikami jak realna zasłona. Szum dochodzącego zewsząd ludzkiego bełkotu zaczynał przypominać napierające fale, a powietrze zatrute wonią tanich papierosów i aromatem tego co przysmażało się na kuchni, co wrażliwszych konsumentów przyprawiało o niepohamowane mdłości.

Dziś przyszedł tu sam. Bez planu. Siadł w kącie i patrzył jak relaksuje się gwardia ochlajów okupujących sąsiednie stoliki. Oto dwóch z nich zataczając się i wspierając jedno o drugie, pełzną w stronę grającej szafy. Ciekawe, co zaserwują? Przez jakiś czas odprawiają przed maszynerią gusła (dwa guziki — jest się nad czym zastanawiać) i po minucie duszną, knajpianą atmosferę przeszywają pienia jakiegoś bożyszcza współczesnego chanson: „Jama zła, a to ja…” I tak oto ponury wieczór zamienia się w ohydny.

Siadł w kącie i patrzył jak relaksuje się gwardia ochlajów…

Przyszedł do tej knajpy w konkretnym, acz banalnym celu: napić się piwa. Towarzystwo nie było mu potrzebne. „Dlaczego odeszła? — rozmyślał — dlaczego uczyniła to ze śmiechem, z chęcią, aby dowiedział się o tym cały świat? Dlaczego?! Przecież kochaliśmy się… W dowód miłości przyjęła nawet ode mnie złoty łańcuszek z inkrustowanym serduszkiem… A teraz, a teraz gdy odeszła, czuję w sobie tylko pustą powłokę, jak wydmuszka, z której wysiorbano duszę… Jest w ogóle coś takiego, jak dusza?”… I trzeci kufel — najpierw krótki łyk, a potem jednym haustem do dna. „Do diabła z nią! Przyszedłem tu się zachlać”. To, uznał, najlepsze co może uczynić, by zapomnieć o Katarzynie Bond. Oczywiście, nie na zawsze, tak na jakiś czas… a może nawet tylko do rana. Tak! tego teraz właśnie mu trzeba…

Towarzystwo zza sąsiedniego stolika co rusz wybuchało głośnym rechotem, bardziej podobnym do rżenia koni i chrząkania świń jednocześnie niż śmiechu.

„Skunksy!… Choć w sumie im zazdroszczę: ani trwóg, ani śladów wątpienia, ani przebłysków myśli o odrzuconej miłości i zranionej duszy. Prymitywna, prostacka zwierzyna. Cholera, naprawdę zazdroszczę tępakom!… No dobra! Biorę się za trzeci. Ech… z Bogiem! A w ogóle, jest jakiś Bóg? Dlaczego, podczas gdy to tępactwo zza sąsiednich stolików rży i nie ocieka żalem, ON bez powodu pozwala na cierpienia porządnego obywatela? Gdzieś słyszałem, że Bóg jest Miłością. Więc gdzie Ona jest, ta Jego wielkoduszna Miłość? Dla tępaków jest, a dla mnie nie? Dlaczego, pytam?… A dlatego, kolego, że Boga nie ma! A jeśli nawet byłby, to i tak nie dla takich jak ty, zostawionych na niczyją łaskę. Nikt ci nie jest i nic nie będzie ci potrzebne: ani ta cholerna knajpa, ani Katarzyna, ani Bóg z aniołkami, ani diabeł z widłami. Nikt i nic, do cholery!! Pij, trzeba pić!… chlaj!…”


I wtedy właśnie podniósł głowę znad kufla i zobaczył ją… JĄ! Od razu uderzyło go w niej… Coś. Jakieś niejasne podobieństwo do Katarzyny. Nie mógł nawet sobie uzmysłowić, na czym polegało? Może to ten łatwy sposób poruszania się? Może to subtelne kołysanie biodrami i pochylenie głowy? Może kosmyk włosów, który Kasię zawsze irytował, gdy przesłaniał oko, a który on tak uwielbiał i nie pozwalał jej zabierać? Może…

Wydawało mu się, że zjawiła się… znikąd. Albo, sądząc po śniadej karnacji skóry, raczej przemutowała z czarnego kota, o którego niemal się nie przewrócił, wchodząc dziś do tej mordowni, bo nawet podobnie jak ów kot, i ona miała niemal takie same jaskrawozielone oczy.

— Czy tu wolne? Można się dosiąść?

„Przyjemny głos. Melodyjny. Zaraz będzie nabijać się z mej mrocznej, zapijaczonej gęby… Ale trudno. Niech się nabija. Za to głos jej brzmi jak srebrzyste dzwonki… Piękny głos. Albo jak dźwięk wiosennej kapeli. Niech dalej brzmi. Głupawo, oczywiście, ale cóż? Za ścianami tej stodoły smędzi jesienna plucha… Precz z pluchą!”

Co miał jej odpowiedzieć? Po prostu skinął głową. Najprawdopodobniej, i miał tego świadomość, z głupim wyrazem twarzy…

Siadła naprzeciwko i przez kilka minut nieprzerwanie patrzyła mu prosto w twarz. A on w jej. Wypadało coś mówić, ale w żaden sposób nie był w stanie sklecić najprostszej myśli ani frazy. Wreszcie zaparł się, zebrał w sobie i gdy już miał otworzyć usta… usłyszał:

— Hej! Koleś… Nie jest ci wstyd? Chłopaki tam balangują wesoło, a ty, tutaj piwko sobie żłopiesz, samotnie i na smutno?…

Pierwsze słowa nieznajomej całkowicie pozbawiły go daru wysławiania…

— Eee!… To jest… — jedyne, co był w stanie wydusić. A i tak transakcja ta sporo go kosztowała wysiłku.

— Co: " eee? " — Przedrzeźniała nieznajoma. — A czemu nie „bee!” ani „mee!”, albo nawet i „kukuryku!” — tego już nie umiesz?

Czuł, że cała jego twarz pokryła się jurną czerwienią. Nieznajoma, oczywiście, również to zauważyła i na szczęście wyluzowała.

— A tak, między nami, na imię mi Lilith lub Lila, po prostu…

— Woooj… tek… — wydukał z pauzą.

Brwi Lilith uniosły się do góry, a ona sama dźwięcznie się roześmiała.

— Jaki Woj? Wydaje się, że na dzisiaj już chyba starczy wojować, mój woju!

Ferajna zza sąsiednich stolików nieco przycichła i teraz z zaciekawieniem zaczęła patrzeć w ich stronę. A ścisłej: w stronę jego nieoczekiwanej towarzyszki.

— No, tylko się nie obraź, woju. Ja lubię sobie pożartować! — I subtelnie odciągnęła od niego rozpoczęty kolejny kufel. — Jestem posłanką miłosierdzia. W ramach praktyki chodzę od gospody do gospody, aby wyciągać z melancholijnych nastrojów takich samotnych przystojniaków, jak ty, woju. — I z obrzydzeniem spojrzała na kufel. Po chwili uniosła szkło do ust, upiła mały łyk. — Fuj! Co za sikacz! Jak w ogóle coś takiego można pić? — szeroko skrzywiła się z obrzydzenia.

Schyliła się w jego stronę, musnęła dłonią po jego dłoni. Dotknięcie było leciutkie i jednocześnie zdecydowane.

— Wszystko będzie dobrze… przystojniaku. Najważniejsze, abyś teraz nie narobił głupot. Nie dzwoń do tej swojej Kasi i nie wysyłaj do niej SMS-ów, dlatego, że nagadasz mnóstwo niepotrzebnych i nieprzyjemnych rzeczy. Pocierp dzień, może dwa, a potem… — spojrzała mu w oczy i mrugnęła filuternie — Co ja, kobieta, będę uczyć mężczyznę, co powinien i co będzie potem?

Dziwne, ale nagle poczuł, jakby coś ważnego zrozumiał: „ona ma rację!”. I nie tyle oto uwierzył tej zagadkowej kobiecie, która przybyła znikąd, jakby za skinieniem czarodziejskiej różdżki, ale jej najzwyczajniej zawierzył. Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafi.

— Dzięki za radę… — Wydukał — To znaczy: bardzo pani dziękuję — I nagle poczuł, jak oczy pokrywają mu się wilgocią. „Ot i czort! Nie wystarczy już zabiadolić, teraz trzeba zapozorować a najlepiej mieć skruchę!” — pomyślał.

— Eee, nie! Mój woju. Chłopaki nie płaczą, to nie jest cool! — I Lila pogroziła palcem.

Za jej plecami nagle pojawiła się jakaś barczysta figura. Jeden „młody byczek“ z rozbawionego stadła podszedł do ich stolika, pochylił się nad nią i zaczął coś szeptać, jak można było sądzić, sprośnego do ucha. Trwało to może dwie sekundy, może trzy. I nawet nie spostrzegł, nawet nie zdążył zareagować a już po błyskawicznej katapulcie „młody byczek” zwijał się z bólu w parterze, biodrami froterując podłogę, a Lilith po precyzyjnie udzielonym „szturchnięciu” niedbałym ruchem strzepywała ze swego łokcia kurz.

— Hej, Wasyl! Ale ci przygrzała. Co ty myślałeś, że nasze panienki to takie jak te u was, na Ukrainie? — zaczęli naśmiewać się jego rozbawieni koledzy.

Gdy chłopak klnąc w konwulsjach oddalał się z niepyszna, Lilith, jak gdyby nic nie zaszło, siedziała nieruchomo i beznamiętnie przyglądała się swym nienagannie utrzymanym paznokciom, pokrytym krwistoczerwonym lakierem. Potem podniosła wzrok. I wtedy po raz kolejny stwierdził: „ma niezwykle przenikliwe, zielone oczy, ale całkowicie jest jednak niepodobna do Katarzyny. Ta miała oczy miodowe. Lilith zielone…”

— Zapłać — powiedziała krótko. — I wynośmy się stąd.

Głos jej był jakiś… dziwny. Nie, nie dlatego, że wcześniej słyszał inny, życzliwszy, sympatyczniejszy. Ten wydał mu się teraz obcym, suchym i bezwzględnym… Tak bardzo bezwzględny, że aż poczuł z tego powodu strach?!

Nie pamiętał, w jaki sposób znaleźli się na ulicy. W każdym razie na dworze było już zupełnie ciemno. Wilgotny lipcowy wiatr siąpił w twarz małymi drobinkami deszczu.

— Hej, nie odprowadzisz mnie? — Głos Lilki znów zabrzmiał delikatnie i przymilnie.

Cholera, że po prostu to głupie piwo musi mu teraz wirować w głowie…

— Może wezwać taksówkę? — zaproponował.

— Po co? Mieszkam niedaleko stąd. Nie pomyśl tylko sobie za dużo. Poszłabym i bez ciebie, ale sam widzisz, jaka swołocz o tej porze może się napatoczyć.

— A, mówisz o tym Ukraińcu-Casanowie? Poradziłaś sobie niezgorsza. Nawet chłoptaś nie mrugnął powieką, a już leżał grzecznie plackiem, jak placek na przysłowiowej patelni.

Lilith roześmiała się. Jaki cudowny miała śmiech!

— Czemu od razu Casanova? Aby takiemu dorównać pod względem inteligencji musiałby ździebko jeszcze nad sobą popracować. Albo ja, przynajmniej tyle wypić piw, co ty.

Tym razem wspólnie się szczerze roześmiali.

— Wiesz, Lilko… tak na co dzień praktycznie nie pijam. Dziś po prostu nie miałem swego dnia.

Wolno szli po ciemnej ulicy. Nawet tak paskudna pogoda przy takiej towarzyszce wydała mu się czymś nieistotnym i absolutnie bez znaczenia. Najchętniej szedłby z nią, szedł i szedł bez końca. Bo przy niej zapomniał o złamanym sercu. I w ogóle zapomniał o jakichkolwiek problemach i zmartwieniach, które jeszcze całkiem niedawno wydawały się zupełnie nie do rozwiązania. Mijali jakieś domy, latarnie, poprzeczne uliczki, a on szedł obok niej i nie zwracał uwagi na nic. Pamiętał jedynie biegnącego nieopodal kota. Czarnego kota o zielonych oczach, pewno tego samego, którego kilka godzin wcześniej niemal nie rozdeptał wciskając się do knajpy. Towarzyszył im, nie wiedzieć czemu, przez całą drogę.

— No to jesteśmy na miejscu. — Wyrwała go Lilith z zamyślenia.

Stali przed niedużym ciemnym ogrodem otaczającym szarą sylwetkę trzypiętrowego domu.

— To dzięki. Bywaj! — Lila przylgnęła nagle do jego torsu cmokając go w policzek.

Jej niespodziewany pocałunek zatrząsnął nim, jak ładunek paralizatora. Zdało mu się nawet, że z jej oczu sypnęło… iskrami? To było jak coś, czego z niczym realnym w życiu porównać nie zdołałby… W tej samej chwili na ich głowy lunęła istna ściana wody. Prawdziwe oberwanie chmury. Lodowata ulewa pomieszana z zimnym i porywistym wiatrem. Ale… praktycznie nie poczuł nawet. Wciąż rozgrzewał go nieoczekiwany, transcendentalny pocałunek.

— Do diabła! Uciekajmy! — krzyknęła Lilith zaciągając go do werandy. Ledwie człapiąc za nią, jego nogi potykały się o siebie wzajemnie, jak u pospolitego pijaka.

Dotarli dość szybko, ale i tak przemokli do suchej nitki. Odgarniając pod zadaszeniem przylizaną grzywkę, Lilith spojrzała na niego niepewnym wzrokiem:

— I co ja teraz mam z tobą zrobić?

— Spokojnie. Zaraz zadzwonię po taksówkę … — i wydobył telefon. Gdy ekranik komórki się rozświetlił, z zaskoczeniem spostrzegł, że jest na nim ślad kilku nieodebranych połączeń. Wszystkie były od… Kasi!

„Dziwne… Dałbym głowę, że nie słyszałem żadnych dzwonków ani nie czułem wibracji”.

— No już dobrze… — Lilith odsunęła mu spod oczu rękę z telefonem. — Schowaj to! Zapraszam, póki co, w gości! Razem z koleżanką wynajmujemy tu nieduże mieszkanie.

— I nie będzie się mną krępować?

— Nie zapraszam na stałe! — Znów się roześmiała.

Jak on kochał ten jej śmiech! Telefon zanurkował do kieszeni, grzebiąc ostatecznie nieodebrane połączenia oraz nagrane wiadomości, które najpewniej chciała mu przekazać Katarzyna…

Zostawiając za sobą mokre plamy wchodzili po schodach na docelowe piętro. Ściślej: wchodziła Lilith, a on tylko stąpał po jej śladach, nie całkiem wiedząc, czemu przychodziła mu na myśl baśń Andersena o dzikich gęsiach. Może dlatego, że i w tej bajce, przy dźwiękach pastuszkowej fujarki, i tam ktoś za kimś podążał?

Nie mógł się skupić, myśli przeskakiwały mu z jednego skojarzenia w drugie. W końcu, po prostu, postanowił z nimi nie walczyć.

— Doszliśmy! — Zakomunikowała Lilith i zaczęła grzebać w kluczach. — Przyświeć mi, proszę!

Wyjął telefon i nacisnął pierwszy dostępny przycisk. Białe światełko ekranu boleśnie uderzyło po oczach. Ciemność na schodach stała się jeszcze bardziej nieprzenikniona. „Więc cały ten czas szliśmy na wyczucie i tylko na dotyk? O tyle dziwne, że mimo totalnej ćmy zdawało mi się, iż wyraźnie dostrzegam pełzającą przed nami niewielką sylwetkę jakiegoś czworonoga… Czyżby to wciąż była sylwetka tego czarnego, zielonookiego kota, który od samego początku towarzyszył nam w drodze? — Mimowolnie uśmiechnął się. — Co za bzdury!”

— A dlaczego po prostu nie zadzwonisz? — Zasugerował dziewczynie.

— Nie ma sensu. Gośki prawdopodobnie nie ma w domu. A jeśli jest — to już śpi.

Klucz, nie wiedząc, dlaczego, przez dłuższą chwilę nie chciał się przekręcić w zamku. Podczas gdy Lilith walczyła z drzwiami, jeszcze raz spojrzał na ekranik telefonu… „No, proszę, jednak! Do nieodebranych połączeń od Kasi dołączyło jeszcze jedno — od ­­sąsiada”.

„Coś ten telefon mi nawala. Czemu nie słychać połączeń przychodzących?”. Nagle zapiszczał i zgasł. No tak. Niski stan baterii. Ale przecież pamiętał: dziś rano naładował go do pełna… „Nie! No coś z tym telefonem jest nie tak. Będę musiał go zmienić. Zresztą, najważniejsza bieda zażegnana. Nie znajdziemy się znów w ciemności”. Oto zamek od drzwi kliknął i mieszkanie stanęło otworem.

— Zapraszam!

Na jej głos niepewnie przestąpił próg, ale zaraz po chwili mimowolnie się cofnął: jego noga natrafiła na coś miękkiego (sierść kota? Do cholery! Czyżby znów tego czarnego?!) a w twarz uderzyła fala odoru, jakby z nieuprzątniętego od wielu dni rozbebeszonego śmietnika.

— Chodź, chodź, nie bój się. Jesteś u mnie. — Uspokoiła go dźwięcznym śmiechem.

Wcisnęła przełącznik. Zapaliło się światło. Totalna zmiana nastroju. Okazuje się: stoją na progu małego, ale bardzo przytulnego mieszkanka. Przed nimi roztacza się widok puchatego dywanu z wyraźnie odznaczonym śladem po jego zabłoconej stopie. W przedpokoju sympatycznie pachnie świeżymi jabłkami. „Cholera! Co za bzdury się mnie imają?” — pomyślał.

— Zobacz, co narobiłeś!… — jednak złości w jej w głosie słychać nie było. — Teraz trzeba się umyć. Może jabłuszko?

— Ja… Jabłkuszko?

— Płyn do kąpieli, głuptasie! Zdejmuj buty i wskakuj do łazienki. Odzież możesz rozwiesić nad termowentylatorem. W kilka sekund przeschnie!

Czując się jak słoń w składzie porcelany, nieporadnie przekręcił gałką od łazienkowego zamku…


— Kawa, herbata? — zapytała.

Siedzieli na starej, acz stylowej kanapie a on z jakiegoś powodu, nie wiedząc co zrobić ze spojrzeniem, utkwił nim w szklanych rybach zwisających z kryształowego żyrandolu uwieszonego pod sufitem. Odbijające się w ich płetwach kolorowe światło sprawiało, że nieruchome ryby delikatnie pląsały w swym powietrznym, domowym akwarium.

— Podobają się? To ja wymyśliłam. Więc w końcu herbata? kawa?

— Wszystko jedno…

— Wszystko jedno?! A co to ma znaczyć? Gość nigdy nie powinien tak odpowiadać! — I uśmiechnęła się rozbrajająco.

— No to herbata!

— Od razu tak trzeba było!

Wstała z kanapy.

— Gośka, prawdopodobnie, gdzieś zabalowała. To jest jej pokój. — Wskazała na szczelnie zamknięte drzwi. — Zwykle pozostawia je otwarte na oścież. Nawet gdy śpi… Ot i cały nasz bałaganik! — Zmarszczyła nos.

— Jest tu u was całkiem przytulnie.

— Thanks! A zaraz będziemy pili herbatę. Ale póki co… — wsunęła mu w ręce pluszowego kociaka (czarny i z zielonymi oczyma… zupełnie jak ten z jego zwidów) — zabawiaj go, please! I uważaj, żeby nie za bardzo mruczał! A ja tymczasem zaparzę herbatki i przygotuję coś na ząb.

I roześmiała się głośno. A on, po odprowadzeniu Lilith oczyma aż do samej kuchni, odstawił zabaweczkę na bok. Dziwne! Niby tylko pluszak, a sprawiał wrażenie jakby z jego braku chęci do zabawy nie do końca ów pluszak był usatysfakcjonowany… A tak, poza wszystkim, ale się trafiła gościna! Kto by pomyślał… Szczerze mówiąc, teraz, o powrocie do domu nawet nie chce myśleć.

Ach, te kobiety! One mają niezwykły dar do nadawania swoim gniazdkom niepowtarzalnego stylu. Dla faceta ważne, żeby w domu było wygodne wyro, w miarę szerokie biurko z kompem, jakieś ze dwa krzesła. I jakieś super kino domowe. I starczy… A dla kobiety? Te świecidełka pod żyrandolem, te kolorowe firaneczki, miękkie dywany, kilimy na ścianach. Dla nich dom to bombonierka. I spróbuj chłopie, do takiego wczłapać z zabłoconymi butami!

Podczas refleksji zauważył (chyba) jakąś obok siebie oznakę ruchu?! Zaskoczony odwrócił głowę, spojrzał na pluszaka. O! z jego buźki wystawały małe, choć ostre jak igły ząbki. A z miękkich łapek pazurki. Szczerze powiedziawszy jak na małą zabaweczkę, to już raczej nie pazurki a prawdziwe pazury. Twarde i kostropate, jak u drapieżnego ptaka. „Dziwne… Na dodatek patrzy na mnie naśmiewającymi się, żywymi oczyma…” Poczuł, jak z gardła próbuje mu się wyrywać stłumiony okrzyk.

— Oto i zamówiona herbatka i gorące kanapeczki dla miłego gościa! — zabrzmiało mu nagle nad uchem.

Wszystko, na co się zdobył w odpowiedzi, to tylko jakiś wyartykułowany, tępy pomruk.

— Zdrzemnąłeś się troszkę, prawda? — I nie czekając reakcji dorzuciła: — Nie przejmuj się. To nic złego…

Pochyliła się nad nim. Wyobraził sobie, jakim horrendalnym musiał jej odpowiedzieć wzrokiem. Ma rację. Pewno musiał się zdrzemnąć. Szybkie spojrzenie w kierunku pluszowego kota rozwiało wszelkie pozostałe wątpliwości. Pluszak, jak pluszak. Za to jego własne nerwy, alkohol, zmęczenie… Szkoda komentować. Potem pochylili się nad herbatą. Trochę dziwny miała smak, być może coś z kwiatów albo egzotycznych ziół? Nie miał pojęcia… Z każdym łykiem czuł, jak pogrąża się coraz bardziej i bardziej w lekkiej, ale jakby w na wpół sennej poświacie, która wymagała od niego coraz więcej sił i mocy… Koniec końców poddał się… Przytulne mieszkanie, pokój z duszą, piękna obok dziewczyna — czego więcej od życia wymagać? Niczego!…

I nagle poczuł, że niesie go rzeka. Niosła gdzieś, gdzie tylko ona wiedziała, dokąd. A niech niesie!… Cichy szum wody, delikatny dotyk, lekki zapach… jabłka. Na chwilę lekki podmuch wiatru został zastąpiony przez zapach mułu i gnijących w bagnie wodorostów. Czemu się dziwić? Płynie razem z rzeką. W lipcowym cieple… Głosy. Skąd się wzięły? Być może ktoś przyszedł? „Gośka”? Chyba tak miała na imię?… Ale co ona tu robi, na środku rzeki? Ach, oczywiście, one są przecież na brzegu… Na brzegach spokojnej, bezimiennej rzeki. Tylko jakoś nijak nie może zrozumieć, która z nich i co mówi? Dochodzą jego uszu tylko jakieś strzępy zdań. „…Hardy… przystojny… zawiść… zaprzeczył temu… jakaś Kasia, jego była… zapomniał i cieszy się z tego… O tak! hojnie go obdarzyła natura… Dobrze. Ty pierwsza… Nie, niech on sam…”

I znów obudził się w pokoju Lilith. Siedziała obok i bacznie na niego patrzyła. Miała rozchełstaną koszulę, rozczochraną fryzurę i zmiętoloną sukienkę. Jej zielone oczy niemal świeciły w ciemności. Prawdopodobnie przygasiła światło… Ale, po co?

— Gosia przyszła? — wykrztusił zachrypniętym głosem, który sam z trudem rozpoznał.

— Jaka Gosia? — Odpowiedziała ze zdziwieniem. — Mieszkam tu sama. Wiesz, czasem czuję się tu taka samotna… Ale ty przecież będziesz zawsze obok, prawda? — Głos, przypominający odgłosy wiosennej kapeli.

Co miał jej odpowiedzieć?

— No, o… oczywiście.

— Chodź! Przeleć mnie. Chcę ciebie, mój woju.

— Ja też ciebie chcę, Kasieńko!…

Coś przemknęło mu w pamięci. Coś zapomniane, jakby wyrwane z korzeniami, obcymi chciwymi rękoma.

— Kasia?… Ty przecież nie jesteś Kasia… — język się plątał a dusza rwała się na spotkanie tego cudownego głosu, na spotkanie tych cudownych, przenikliwych, zielonych oczu.

— Mam na imię Lilith, lub po prostu Lila. Czyżbyś zapomniał?

— Nie… Lilo…

— Przyjaciele mówią na mnie Lila.

— Piękne imię.

— No zdejmuj te ciuchy, chodźże tu wreszcie do mnie… czekam!

Nie do końca siebie rozumiejąc rzucił się raptownie w objęcia Lilith…

*

Lekarz i psycholog sądowy Patryk Trazomski — szczupły, młody mężczyzna w rogowych okularach, z sylwetki bardzo przypominający Harry Potera, zdjął z nosa binokle, wyjął z kieszonki irchową szmatkę, przetarł starannie szkiełka a następnie odwracając się do porucznika Krisa Fabiana, z biura kryminalnego Policji, z podirytowaniem w głosie westchnął:

— To już dziś drugi…

— Niech mi pan powie, panie kolego, co to dzisiaj za młodzież? Czego im brakuje? Życie dla nich nie ma żadnej wartości? Jak to się teraz u nich mówi: ekstrim już tylko by chcieli? Jaki czort zaciągnął tego młodziaka do walącej się rudery przeznaczonej do rozbiórki, w której nawet bezdomni nie koczują?

Doktor Trazomski westchnął ze znużeniem:

— Nie, nie ekstrim, pani poruczniku. Samobójstwo. Typowe i zwyczajne. Chłopak wszedł na trzecie piętro, poszedł do pierwszego z brzegu lokalu, sami przecież widzieliśmy, tam wszystkie drzwi są na oścież otwarte, przebywał tam przez jakiś czas a potem podbiegł i rzucił się z okna. — Podniósł głowę, przytrzymując ręką klapy przeciwdeszczowego długiego płaszcza i wskazując gdzieś do góry, dodał — O, tam, ta rozbita szyba.

— To i mówię, co tu się do diabła dzieje!? Już drugi samobójca tej nocy. Pierwszym był ten młody ukraiński chłopak… Wasyl, zdaje się, tak? Naćpał się jakiegoś świństwa i jak wariat rzucił się pod samochód. Pięć metrów przeleciał zza krzaków, nim skończył pod kołami… Oj tak. Biedna ta nasza dzisiejsza młodzież — westchnął porucznik Fabian. — Pan najlepiej powinien wiedzieć, o czym mówię. Pan sam przecież też jeszcze się do niej zalicza…

— Biedna? — Zaprotestował Trazomski — Głupia i bezideowa! Żeby tak żyć bez wartości i zasad?! I jaki oni mają w tym cel? Co nimi kieruje? Jakie ideały? No tego, akurat, od tych dwóch to już się nie dowiemy…

— Ano, nie dowiemy… — westchnął porucznik i odwróciwszy się zrezygnowany ruszył w stronę radiowozu. Nim jednak przebył ledwie kilka metrów, zamarł i zaklął głośno. Bezpośrednio przed nim, na stosie gruzu, siedział nastroszony, jakby w obronie, a może do ataku? — nieduży czarny kot i patrzył na niego przenikliwymi, jaskrawymi, zielonymi oczyma. Po chwili napastliwie syknął i ocierając się o łydki oszołomionego porucznika, zniknął w czarnym oknie piwnicznej okiennicy.

Rozdział 2

Do „Złotego kogucika”weszła ich cała trójka: dwóch mężczyzn w skórzanych marynarkach i wyzywająco piękna blondyna. Pewnym krokiem przemieścili się w stronę odległego kąta, gdzie poza zasięgiem przypadkowych ciekawskich spojrzeń zasiedli przy małym stoliku w kącie sali.

— A teraz przypatrzcie się, jak nasz „obiekt” raczy samotnie whisky przy barze — odezwał się do dwójki współtowarzyszy ten, który zdawał się być najstarszym, będąc najwyraźniej także ich liderem. Ubrany były cały na czarno, to jest: w wykwintny czarny garnitur, czarne buty i czarny na głowie kapelusz. Na imię miał Marduk.

— Tamten w bordowej skórzanej marynarce, o twarzy twardziela? — Leniwie zapytał drugi o kocim wyrazie twarzy. (Ten, z kolei, miał na imię Anmael i swym szarym prostym ubiorem niczym nie odróżniał się od pozostałych bywalców lokalu.) — Załatwimy go „bez mydła”.

— Mam nadzieję, że się nie mylisz. — Marduk przeniósł wzrok z Anmaela w stronę kobiety. — Zacznij! Lilith… Jak zwykle dajemy ci pierwszeństwo.


Porucznik Kris Fabian, ubrany po cywilnemu, po kolejnym ciężkim dniu służby siedział przy barze, popijając whisky. Niełatwo jest żyć w świadomości, że już zaczął piąty krzyżyk, a w życiu wciąż pod górkę. Kariera nie dopisuje, z pieniędzmi krucho, bo wciąż jak miecz Damoklesa wisi nad nim niespłacony dług hipoteczny i, co najważniejsze, coraz więcej problemów ze swą żoną Dorotą, takich, których powodów się nie pamięta, za to po których zostają w pamięci przykre, wzajemnie rzucane wobec siebie oskarżenia. Tak jak dziś rano…

— Cześć, przystojniaku!

Zaskoczony Kris Fabian spojrzał spode łba w stronę „głosu”. Obok przysiadła się (właściwie skąd się tu wzięła?) młoda kobieta szał-blondyna. Jej emanujące seksapilem kształty natychmiast uruchomiły w jego zmysłach korowód zakazanych fantazji: „ależ musi być bosko całować tak zmysłowe, pokryte karmazynową szminką usta; ale cudownie byłoby zapuścić się palcami w te długie blond włosy spadające aż po krągłości biustu… I ta cienka bluzeczka pod zupełnie odkrytą szyją… Tam mógłbym błądzić dłońmi godzinami… I ta kusa spódniczką ledwie osłaniająca boskie uda… Bogini!”

— Cool chłopiec! — Powiedziała „bogini”, prześliznąwszy cienkim palcem z krwisto-czerwonym paznokciem po ustach mężczyzny. — Od razu zwróciłam na ciebie uwagę, gdy tylko weszłam… Przy okazji: mam na imię Lilith, dla przyjaciół Lila — i położyła rękę Krisa na swe śniade, gorące kolano. — Idziemy?

Kris Fabian zbladł z pożądania. Do takich damulek jak ta obok nigdy dotąd nie ośmielał się nawet wzdychać. Konwulsyjnie przełknął ślinę, bezwolnie skinął głową. Kobieta wzięła go pod ramię i poprowadziła do ciemnego korytarzyka między toaletami. Mężczyzna chwacko przytulił do siebie elastyczne, niczym u kota, „boskie” ciało i zapominając o wszystkim przywarł pożądliwymi wargami do jej ust… Nagle coś ostrego boleśnie zakłuło go w tors. Uwolniwszy się z uścisku, poczuł ręką na szyi srebrny krzyżyk, prezent od Dorotki — jego żony. Dobrze pamiętał łagodny jej szept, gdy mu wręczała: „Niech Bóg Cię chroni!”

— Co jest? — Zapytała niecierpliwie Lilith.

Porucznik Fabian, tym razem jakby nie swymi oczyma, a bacznym wzrokiem doświadczonego służbisty, chłodno i krytycznie spojrzał na kobietę. Wulgarnie zmiętolona spódniczka (na jego gust stanowczo za krótka), ckliwie-słodki zapach perfum, rozmazana krwista szminka, wyzywająco umalowane czerwonym lakierem paznokcie, bezduszne oczy, jak u drapieżnika. Co on w niej, do cholery, widział?!…

— Przykro mi — odpowiedział głucho. — Jestem żonaty.

I poprawiwszy marynarkę wrócił do baru, nie zwracając uwagi, z jakim wulgarnym grymasem na twarzy odprowadzała go swym spojrzeniem ledwie co poznana kobieta.


— Tracimy kwalifikacje? — zażartował Marduk, patrząc podirytowanym spojrzeniem na kobietę. — Teraz ty! — i skinął głową w stronę drugiego współtowarzysza.


— Witam, kolegę! — Młody mężczyzna o kocich ruchach i twarzy jak u kota przysiadł się obok Krisa. — Muszę z kimś zagadać, podzielić się swymi problemami. Pozwoli, kolega?

— Gadaj sobie… — wzruszył ramionami porucznik.

— Uważa kolega, żona mnie zdradza… A ja tak bardzo się starałem… Cóż?… Wszystko do kitu! Znalazła kogoś lepszego… U was, kolego, też może jest tak?

Porucznik Kris Fabian poczuł w sercu niepokój. Może, faktycznie, Dorka znalazła kogoś innego? Ból ściskający w piersi przechwytywał oddech. Przyłożył dłoń do torsu, szczypnął krzyżyk… No, nie! Co za bzdura! Ona na pewno nikogo nie ma.

— Proszę wybaczyć… U mnie wszystko w porządku. — Odpowiedział rozmówcy. — Niech pan sobie poszuka do zwierzeń kogoś innego. — I przesunął się nieco dalej od nieproszonego gościa.


— Dyletanci! — Fuknął z pogardą Marduk do partnerów cierpiących z powodu poniesionego fiaska. — Patrzcie i uczcie się!

Mężczyzna zbliżył się do baru, głośno rozmawiając z kimś przez telefon, na tyle głośno, że porucznik chcąc nie chcąc stał się mimowolnym słuchaczem.

— Nie przyjdziesz? Dlaczego? Rozumiem. Jedziesz do kochanki… A mąż? Pokłóciła się z nim i wywaliła z domu? Czyli będziesz pocieszycielem?… Ty farciarzu! A gdzie mieszka? W Zielonkach przy ulicy Cichej?

Porucznik Fabian nagle poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Dłonie samoistnie zacisnęły się w pięści. Wściekle zadudniło serce. Zerwał się, wybiegł z baru.

— I jak widzicie, teraz dowali swej żonie i zrealizuje za nas całe zadanie. — Mówi zadowolony z siebie Marduk popijając wino. — Potem skończy ze sobą i zleconko mamy odfajkowane z nawiązką. Nie zaszkodziłoby i odfajkować w bonusie kochanka, no, ale cóż? Jego żona przecież takiego nigdy nie miała…

— Co za nieudacznik życiowy! — Leniwie skomentowała Lilith. — Lećmy, obejrzyjmy to mydlane przedstawienie. — Zwróciła się do współtowarzyszy.

*

Kris Fabian walił pięściami w drzwi (okazało się, że zapomniał kluczy od domu). Wreszcie otworzyła je przyodziana w szlafrok Dorota. Jej twarz była spuchnięta od płaczu.

— Gdzie jest ten gach? Gdzie jest ten twój kochanek?! — Krzyknął już z progu.

— Jaki kochanek? Krzysiu, jesteś szalony czy pijany? — Ze strachem odpowiedziała.

Podniósł rękę do ciosu. Ale nagle w domu otworzyło się okno, przez które wieczorny wiatr przywiał nie wiadomo skąd zapach czeremchy. Mąż i żona spojrzeli na siebie, jakby wybudzeni z koszmaru.

— Pachnie czeremchą — powiedziała kobieta. — Zupełnie jak w dniu, gdy się poznaliśmy…

— Rzeczywiście… — jakby ocknął się ze snu, potwierdzając słowa żony.

— Krzysiu, dobrze, że już jesteś… bardzo się o ciebie martwiłam…

— Wybacz mi, kochana! — Wyszeptał z trwogą. — Miałem dziś ciężki dzień. Aż dwa samobójstwa młodych ludzi…

Dwoje małżonków przytuliło się do siebie, mocno, z czułością…

*

Cała trójka spojrzała na siebie ze zniechęceniem.

— Cholera! A był już prawie nasz — powiedział młodszy kompan.

— Wydaje się, między nimi jest nadal dość silne uczucie — stwierdziła Lilith.

— No trudno. Nic tu już po nas. Spadamy! — zakomenderował Marduk.

*

Nad miastem zapanowała noc. Trójka łowczych dusz: Zazdrość, Pokusa i Podstęp ruszyli w poszukiwaniu kolejnych ofiar.

Rozdział 3

Kochany Janku! Czy pamiętasz ten dzień, gdy po raz pierwszy się ujrzeliśmy? Tak, to było w „Złotym koguciku”. U pana szatniarza. Mieszkałam w nim już trzeci miesiąc. Od razu po narodzinach w pracowni. A co? Myślałeś, że figurki nie miewają urodzin? Stałam na półce razem z moimi siostrami. Wszystkie byłyśmy jednakowe. Tylko nasze szkatułki, te w formie serduszek, moszczone były różną tkaniną. Bo każda miała trochę inne przeznaczenie. Ta moja, przede mną — to miejsce dla biżuterii. Dla mnie — taka straszna jama. Nienawidzę jej.

A na umbrelce, po tylnej stronie — lusterko. Jest takie maleńkie, jakby wykonane tylko dla mnie. Nie staram się w nie patrzeć. Z daleka jestem ślicznotką, a z bliska… Nawet zamiast ust mam kropkę. Więc nic nie mogę mówić, mogę tylko myśleć. I nie mogę przymykać oczu, nawet gdybym chciała, gdyż narysowane zostały jako otwarte. I za każdym razem, gdy w tańcu czynię obrót, widzę w małym lusterku swe durne lico. To zrobili specjalnie. Żebym się męczyła. Ale co tam! W sumie i tak jestem śliczna. To nic, że włosy sztuczne. Za to popatrz, jaka jestem zgrabna! A może jestem dla ciebie zbyt maleńka i chudziutka, i podobają ci się… inne? Wszystko jedno. Chcę tańczyć przed tobą, Janku. W przyszatniowym sklepiku czasem inni brali mnie i oglądali z każdej strony. A ja i tak myślałam tylko o tobie. Żebyś mnie wziął, podniósł do swych oczu, mocno trzymał i nie puszczał… Nigdy. Wybacz. Rozmarzyłam się…

Pod moimi nóżkami mechanizm i sprężynka. Gdy mechanizm rusza — zaczynam czuć. A z pomocą sprężynki — tańczę. I to już całe moje życie. Żyć, widzieć ciebie i tańczyć dla ciebie. To moje przeznaczenie. Pamiętam o nim zawsze. I jeszcze… Wiesz, czemu stale taka sama muzyka? Przecież mam jeden mechanizm. Nigdy go nie zmieniam, jestem mu wierna. I Tobie też będę.

Niektórzy, od ciebie… próbowali mnie odwieść. I sami odsłuchiwać melodyjkę i patrzeć, jak tańczę. I musiałem to robić. To nie było całkiem w porządku! Ja powinnam tańczyć tylko dla ciebie… Przykro mi z tego powodu. Wybacz!

I wreszcie się doczekałam. Podszedłeś. Mimo że spałam, poczułam, że to właśnie ty. Długo mi się przyglądałeś. Na pewno porównywałeś do mych siostrzyczek… No, ale czemu zdecydowałeś się na mnie? Cóż… Tak chciał los. Los jest cudowny!

Wziąłeś mnie i zacząłeś przyglądać się — teraz już ze wszystkich stron. Wiesz, jak się wtedy wstydziłam?… A wcześniej nigdy nie wiedziałam, co to wstyd. Nie mogąc zamykać oczu, rumieniłam się. Czy pod pokraśniałym obliczem zauważyłeś moje zmieszanie? — Nie wiem. Chyba tak… Teraz zrozumiałam, czemu moje oczy nigdy się nie zamykają. Bo od chwili naszego spotkania powinnam móc zawsze ciebie widzieć. Zawsze. I tak postanowiłam.

No oczywiście, wszystko to wydedukowałam. Przecież byłam we śnie. I nic nie mogłam jeszcze czuć. Zaczęłam odczuwać, tak naprawdę i prawdziwie, gdy wreszcie zobaczyłam ciebie. Twoją twarz! Twe oczy! Od razu moje ręce wzleciały do góry. Nóżka sama odsunęła się ciut na bok. Cała wyciągnęłam się przed tobą. I zastygłam, i zamarłam. A wewnątrz wszystko we mnie było napięte. Do granic wytrzymałości. Wtedy pomyślałam: moja wina, że nie mogę się ruszyć. Bardzo siebie za to winiłam. Za uniemożliwienie rozpoczęcia tańca. Za moją sztywność. Za to, że każdy mógł zobaczyć, jak byłam zażenowana przed tobą. Za moją… do ciebie…

Ale nagle coś drgnęło, coś się stało. Coś zaskoczyło we mnie i… (teraz wiem: odblokowałeś dźwignię, oswobodziłeś we mnie moją sprężynę). Zaczęłam krążyć, krążyć! Wszyscy stojący obok szatni odwrócili się i patrzyli na nas. Myśleli, że tańczę dla nich. A ja tańczyłam dla ciebie, Janeczku. Tylko. To było szczęście! To był mój pierwszy Odlot!

Potem zaczęłam odczuwać zmęczenie. Coraz większe i większe. Ręce i nogi stawały się coraz cięższe. Zmęczenie wciąż rosło. Jak śnieżna kula. Opadałam z sił. Zatrzymałam się. To było straszne… Ale nieoczekiwanie znów poczułam, jak zaczęło przybywać sił. Pomyślałam: to dlatego, że wciąż na mnie patrzysz. Nie od razu zrozumiałam przyczynę. Po raz kolejny przekręciłeś w mojej duszy kluczyk. Powoli. Jakbyś bał się złamać. I znów ożyłam. Kolejny odlot…

A potem długo niosłeś mnie na rękach. Było mi bardzo dobrze. Cudownie. I spokojnie. Wiedziałam, niosłeś mnie do siebie. Do domu.

I oto jestem w twoim domu. Na oknie. Ależ tu dużo słońca! To dobrze, gdyż podczas drogi trochę zmarzłam. A pokoik całkiem duży i przytulny. To mój pokoik? Będę w nim mieszkać? Z tobą? To teraz i mój dom? O! W rogu pokoju jest pianino, pewno będziesz dla mnie na nim grał… O! i jaka piękna stoi na pianinie porcelanowa waza. Chyba chińska… Jaka jestem szczęśliwa, Janku drogi!

Wyszedłeś. Już wieczór i wciąż na ciebie czekam. No, a potem… Potem przyszedłeś… z nią, z tą twoją Katarzyną… Zrozumiałam: to wasz dom. Twój i jej. I to będzie jej pokój, a nie nasz: mój z tobą.

No, ale dlaczego pozwoliłeś, aby wzięła mnie w swe dłonie? Naprawdę nie rozumiesz, jak boli mnie jej dotyk?… Jak cierpię, gdy chowając mnie w swych dłoniach patrzy z rozmarzeniem na ciebie? Czyżby tak teraz miało już być przez całe życie, Janku? Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Potem uśmiechnęła się do ciebie. Jak ona się uśmiecha! Potem przyciągnąłeś ją do siebie i pocałowałeś. A ona, o mój Boże! Była w stanie zamknąć oczy! Po chwili wyszliście. A potem zaczął padać deszcz. A ja wciąż stałam na oknie. Okno było otwarte i zrobiło mi się chłodno. I ciemno. I tak samotnie. A ty wciąż nie wracałeś. A ja czekałam, czekałam. Potem przyszła ona i położyła się spać. Wciąż jeszcze miałam nadzieję na… W końcu zrozumiałam. Nie doczekam się.

Mówiłam ci już — przede mną jest ogromna jama. Dla biżuterii. Tej, którą ją obdarowałeś. Zdejmuje błyskotki każdego wieczoru. Gdy idzie spać. I… rzuca pod moje nogi! Prawda, każdego ranka zabiera na powrót. I tak dzień w dzień: rzuca pod nogi, zabiera. Codziennie. Jak to może się nie znudzić?

Ale najgorsze jest to, że ta biżuteria przesiąknięta jest zapachem jej perfum. One szybko przenikają i we mnie. W całą mnie. Może więc stanę się nią? No tak. Zapomniałam powiedzieć: mam mały nosek… No ale i bez noska czuję ten zaborczy zapach!

Ta pani Katarzyna ma ulubiony precjozek. Codziennie rano go wkłada. Być może to jakaś pamiątka po jakimś wydarzeniu. Waszym wydarzeniu. To łańcuszek. Z małym inkrustowanym serduszkiem. Czasem je całując, wzdycha… Potem zakręca moim kluczykiem. Prawda, nieczęsto. Ale i to dobre. Oczywiście, z nią to nie tak, jak z tobą. I tańczę przed nią nie tak, jak przed tobą. Nawet i nie chcę, ale nic na to nie mogę poradzić. Mechanizm i sprężynka nie dają mi wyboru.

A ciebie widziałam samotnie, bez niej, tylko raz. No, ale o tym — potem… Spędzałam z nią prawie każdy dzień. Prawie każdą noc. Ale o tym… także nie teraz…

Zawsze uśmiechacie się patrząc na mnie, Ale jakoś tak… Mimo wszystko ona cię kocha. Niestety! Widzę to. No, oczywiście, nie tak, jak ja… Tak, prawda. Ona jest bardzo piękna. Ma wspaniałe czarne włosy i wielkie miodowe oczy. Na pewno, dlatego, nie szczędzisz na jej zachcianki. Miesiąc w miesiąc. Dlatego jama pod moimi nogami coraz bardziej się zapełnia. A i tak nadal jest dla mnie przepaścią. I wciąż nad ta przepaścią stoję. Samotnie. Myślisz, że mi lekko? W tym aromacie jej perfum! I widzieć ciebie z nią? Szczególnie nocą… Do tego niepotrzebne żadne oczy, żeby widzieć, jak ostrożnie zdejmujesz z niej łańcuszek z serduszkiem. Jak ją obejmujesz. Jak chowasz w swych dłoniach jej twarz. Jak patrzycie sobie w oczy nawzajem. Jak zanurza swe ręce w twych włosach. Jak wy…

A potem jej głowa leży na twojej piersi. I twoja ręka obejmuje jej ramiona. I zasypiacie. Przytuleni, jak dwa splecione kędziorki. A ja cały czas stoję. W ciemności. Samotna. W aromacie jej perfum. Do samego rana… Wiem, że rankiem znów zobaczę jej piękną twarz tuż przede mną, gdy już z ułożonymi włosami, z makijażem, zabierze z mojej jamy pod nogami swe łańcuszki i pierścionki. A ja będę stała nieruchomo i milczała. I jak prawie zawsze z odłączoną sprężynką. I co z tego? Co mam robić? Jestem przecież zabawką. Dla ciebie. A to takie przecież nic… O Boże!…

Teraz o tym, jak jeszcze raz byłam z tobą sam na sam. I w twoich dłoniach. To było wtedy, jak złamała się moja nóżka. Myślę, że ona specjalnie rzuciła mną o podłogę. I poleciałam w przepaść. I leżałam pośród jej pierścionków i łańcuszków. A nóżka została tam, na górze. Bardzo, bardzo bolało. Wiem, dlaczego to zrobiła. Dlatego, bo wreszcie zrozumiała, jak bardzo ciebie kocham! Jakżeż byłam wtedy szczęśliwa! Pytasz, dlaczego? No dlatego, że zaraz następnego dnia twoje dłonie wzięły mnie i moją nóżkę i jakżeż czule, jakżeż i delikatnie sklejały mnie. I dlatego, że odcisk twego palca do tej pory pozostał. Na mojej nóżce. I nawet, gdy w tym miejscu, gdzie było złamanie, boli — mimo wszystko czuję się szczęśliwą. Czym silniej boli, tym jestem szczęśliwsza.

Znów nie rozumiesz? No jakże: czym bardziej złożone złamanie, tym bardziej ci mnie żal. Troszczysz się o mnie. Już po raz drugi. Pierwszy — gdy ustawiłeś w słońcu. Na parapecie. Gdy było mi chłodno. I teraz także na parapecie postawiłeś. Abym wyschła. Od łez… szczęścia… A ona moich łez nie zobaczy nigdy. Będę dzielna. I tańczyć przed nią będę. Nawet choćby na słomianej nodze. O łzach moich wystarczy, że wiesz ty. Niczego mi więcej nie trzeba.

Dlatego, wiesz co? — Mam takie marzenie. Chcę być do reszty rozbita. Na milion kawałków. Żebyś najpierw długo żalił się nade mną a potem długo, długo mnie kleił. Moje ciało. Całe. I wtedy twoje palce będą na mnie wszędzie. A twój klej zlepi mnie na powrót już na wieczność. I ja… przykleję się… do twoich odcisków, do… ciebie… na wieczność…

Czym to wszystko się skończy?! Może tak:

Póki co — stawia mnie na parapecie. Ciekawe, czemu? Wiaterek jest sympatyczny! To prawda. Jak rześko! Jestem nawet i rada! Ojej! A dokąd ja lecę?!… Oj!… Cała się rozsypałam… Czyżby moje marzenie się spełniało? Ale dlaczego ona wzięła szuflę i miotłę? I zgarnia wszystkie moje kawałki do kubła? I… Kochany, no dlaczego pozwalasz, aby mnie zabijała?

Nie, nie to… Albo i tak:

Postanowiłam. Zrobię, jak pomyślałam. Będę na nią długo patrzeć. Niezawistnie. I myślami nakłaniać, by ustawiła mnie tuż przy krawędzi. Już od tygodnia tak czynię. Zadziałało! Postanowiła przyozdobić się przy moim parapecie. Tam, gdzie stoję. I przesunęła mnie na sam skraj. Proszę! Jeszcze ciut-ciut… No pchnijże! No przecież wiesz — sama nie mogę! No i wreszcie — stało się! Oj!… Kochany, no dlaczego znów pozwalasz jej mnie zabijać?

Nie, znów nie to… A może tak:

Nikt mnie już od dawna nie uruchamia. Nikt. Ona kupiła nową szkatułkę. Cała jej biżuteria jest teraz w tej nowej. A mnie… Mnie postawiła na półce na strychu. I zamknęła klapę. Teraz widzę świat raz na wiele dni. Czasem nawet rzadziej… Pokrywam się kurzem… coraz bardziej… ile ja mam lat?… Nie pamiętam… Kochany!… No czemu… Czemu tej Katarzynie, jej… po raz kolejny… pozwoliłeś jej…

Nie! Także nie to… Nic mi nie pasuje.

Jak mam dalej żyć? Czy Ty naprawdę zawsze będziesz z nią, a nie ze mną? Mam jeszcze jakieś szanse? Wiem… Ani jednej. Cała wieczność być obok ciebie, ale nie z tobą. To moja przyszłość. I widzieć ją każdego dnia. Czasem ciebie. Patrzeć na wasze… Patrzeć na was, jak wy… Jak długo tak można wytrzymać? Czyżby, póki śmierć nie rozłączy? Nas… Moja śmierć?

Kochany…

Rozdział 4

— A więc przyszedłeś? — w swoim nowoczesnym mieszkaniu na nowo pobudowanym osiedlu kontemplowała plamy na suficie Katarzyna, starając się nie patrzeć w jego stronę.

— Jak widzisz! — Męska muza uśmiechnęła się — To jak, idziemy w tango, do „Złotego Kogucika”?

— …A raczej: przyfrunąłeś… — Niechętnie odwróciła się i spojrzała na niego, i zdziwiła się: „i to ma być ten mój muz?!”

— No przecież sama zadzwoniłaś… — z zaskoczeniem skwitował.

— Hmm… Niby bez ciebie źle, ale gdy jesteś — tak samo…

Słysząc wymówkę damy, Muz jakoś tak jakby się zgarbił, wyblakł… zaczął stawać się coraz bardziej przezroczysty i jeszcze bardziej przezroczysty, i jeszcze, aż całkiem zamienił się w chmurę, chmurkę, w obłoczek… Obłoczek powoli przeleciał przez pokój, przez okno i równie pomału zniknął w sinej dali.

Bezmyślnie odprowadzała go wzrokiem, by na końcu z ulgą zamknąć oczy.

— Pustka w duszy, pustka po świętej pamięci Wojtusiu, po Patryku, po Janku… Pustka w sercu… Dziś, wczoraj, przedwczoraj, jak zawsze pustka… Tylko sama wciąż nie wiem, dlaczego? — I uśmiechnęła się do siebie z refleksyjnym smutkiem…

Po krótkiej chwili, przypominając sobie swojego nowego trenera fitness o pięknym imieniu Bartolomeo, Katarzyna Bond zachichotała:

— Pora mi na nowego „muza”!

Rozdział 5

Nastała noc. Większość klientów „Złotego kogucika”zadowolonych po spędzonym wieczorze już wyszła. Mała wskazówka zegara zbliżała się do godziny dwunastej i jakby natrętnym klientom chciała mówić: „szybko, szybko, zaraz zamykamy! Nasz lokal przecież czynny tylko do północy”. Muzycy dawno pozabierali swoje instrumenty. Prawie wszystkie stoliki były już uprzątnięte, naczynia oczyszczone. Kilku kelnerów otoczyło barmana i sądząc po odgłosach śmiechu rozmawiali o czymś zabawnym. Wszyscy myśleli już o zasłużonym odpoczynku. I tylko w kącie — wesoła „kompanija” mimo ponawianych próśb szefa sali domagała się ciągu dalszego i nijak nie myślała rozchodzić się do domów…

— Proszę pana, zamykamy już! — Powiedział kelner do postawnego bruneta, przez cały wieczór pochylonego nad laptopem i niemieckimi czasopismami, ułożonymi w dwie pryzmy na blacie stolika.

— Ja, ja, ich bin Abschluss… Ja kończyć już… ein anderer Moment, jeście kwila, prosze!

— Zamykamy już! — Poinformował także młodą kobietę, równie samotnie siedzącą przy innym stoliku, wręczając jej rachunek.

— Tak, tak, oczywiście — Odpowiedziała. Spojrzała na kwitek, wyjęła banknot i położyła na wierzchu. — Reszty nie trzeba…

— Dziękuję! — Skinął głową, wziął pieniądze i odwrócił się z zamiarem odejścia.

— Proszę mi pozwolić posiedzieć tu jeszcze kwadrans. — Powiedziała, patrząc na zegarek.

— Oczywiście — skinął głową. A może zamówić dla pani taksówkę? — Dodał. — Jest dość późno…

— Co, co?… A, taksówka? Nie! — Odpowiedziała — nie, dziękuję…

Nie przyszedł — rozmyślała — nie przyszedł, a przecież obiecał…

„Dwadzieścia osiem, góra trzydzieści dwa lata — ocenił kelner — ale wygląda nawet młodziej. Super laska, czort by ją wziął… ta odzież, spojrzenie, obrót głowy, korale z granatów, torebka… I tylko oczy, takie jakieś smutne… Taa!… Coś jest z nią nie tak. Przyszła dwie godziny temu, stolik dla dwóch osób przy oknie zarezerwowany wcześniej, a zajęty przez jedną… Nic właściwie nie jadła, kilka kieliszków wina i herbata cynamonowa, i wciąż zaglądała w okno, jakby wypatrywała kogoś… „Jakby”? — Poprawił się w myślach — Czekała na kogoś. To pewne.”

„Nie przyszedł — rozmyślała — nie przyszedł, a przecież obiecał. Smutno tak czekać i wiedzieć, że nie przyjdzie. Bo w końcu wiedziałam, że tak się stanie. To nie on, to ja wymogłam na nim obietnicę. Ale czyż ostatecznie nie powiedział: dobrze, przyjdę, jeśli znajdę czas?… To znaczy, nie. On tak nie powiedział. W sumie: zaoponował. Powiedział, że raczej nie znajdzie czasu. To ja uparłam się, nalegałam. Tak, tak było… Potem chyba burknął: dobrze, spróbuję… Dzwoniłam kilka razy… Tak, zaraz przyjdę… Zapewniał. I w rezultacie jednak nie przyszedł…”

Ostatnimi czasy w ich związku szwankowało. On już nie biegał na spotkania z nią podekscytowany, jak kiedyś. A gdy w końcu przychodził, od razu ze wszystkim mu się spieszyło. Mówił, że nie ma czasu, że praca, klienci czekają…

Rendez-vous z chłodkiem w tle. To nawet nie były randki, a usługi. Seks w pośpiechu, z zadyszką, bardziej przypominający zimną przekąskę: niby podjadła, ale i tak była głodną. Ani pasji, ani eksplozji emocji, bez nowych wrażeń, tylko czysta mechanika: zadawalał się — i fru!… biegiem z powrotem do swych spraw. „Obiecałem, to i przyszedłem — zdawały się mówić jego oczy — co więcej chcesz?” Ale najbardziej w tym wszystkim smutne było to, że „uciekając” nierzadko zapominał nawet pocałować. „Dwa lata temu było inaczej. — Uśmiechnęła się gorzko na wspomnienia. — Dwa lata przeleciały tak szybko, jakby to było wczoraj, gdy przy wejściu do butiku podniósł przewróconą moją parasolkę i wręczył z uśmiechem”. I wtedy zauważyła: przystojny facet. I odwzajemniła uśmiech…

Potem spotkała go w fitness klubie. Jak się okazało — pracował tam jako trener. Od razu ją poznał, widać było jak wzdrygnął się, ale ona przeszła obok bez słowa, udała, że nie kojarzy. Cóż: jeszcze nie chwytał ją ten jego uwodzicielski uśmieszek. Nie omieszkała jednak nie oprzeć się wrażeniu: „ciacho niczego sobie! Nie to, co dotychczasowy instruktor Toni”. Podczas zajęć trzykrotnie przechodził obok, widziała, ale nie dawała po sobie poznać. Gdy skończyła trening też nie zareagowała na „defiladę” wokół. I co? I facet, oczywiście, sprawiał wrażenie nieco poddenerwowanego, zdezorientowanego, i to było dla niej takie zabawne. „Ho, ho!… — wesoło uśmiechnęła się do siebie — znaczy się, wciąż ze mną okay! Pomimo mego wieku”.

Przez kilka kolejnych dni nie miała czasu na nic, w biurze — roboty po pachy, wszystkie ręce na pokład, jak to pod koniec miesiąca. Ale oto znów jest na treningu. Okazuje się — dotychczasowy instruktor zachorował. Podchodzi do niej… On.

— Ja — przedstawiło się ciacho — będę pani trenerem. Mam na imię Bartolomeo. Można do mnie, po prostu: Bartek. — I uśmiecha się od ucha do ucha. Zęby białe, gładkie, słowem: Hollywood…

— Katarzyna Bond! — Odpowiedziała i podała mu dłoń na przywitanie.

„Musi być: przeznaczenie!” — Przemknęło wtedy w jej głowie. A on stoi i patrzy w oczy, i nadal się uśmiecha. Wie, co lubią kobiety, a co najważniejsze: wie jak się im podobać. Młodość — ta jest zawsze uniwersalnym magnesem, a jeśli w zestawie z młodością intrygująca aparycja — czego chcieć więcej? A on ma: jedno i drugie. Mało tego. Podobno w wolnych chwilach pięknie gra na saksofonie. Może warto byłoby kiedyś posłuchać?”

I łagodnie pochylając się tuż nad jej uchem, i szepcząc swym kołyszącym barytonem, z miękkim pomrukiem wyjaśnia kolejne ćwiczenia. A potem, zwinnie jak tygrys, prześlizguje się obok, prezentuje krasę swej atletycznej sylwetki porównywalnej chyba tylko z samym Schwarzeneggerem. I jeszcze ten uśmiech przeznaczony tylko dla niej. Mogłaby w nim utonąć. No, co tu więcej wyjaśniać? Rozkołysał, rozchwiał jej ostrożność bez reszty… Jakie by nie było ćwiczenie — chciałaby wpijać się paznokciami w jego krągłe pośladki, by je choć trochę pokąsać. Och! Nawet czuje, jak jej podbrzusze staje się cieplejsze od samego tylko patrzenia…

Szczerze mówiąc, wtedy przez pierwsze tygodnie cała ta znajomość raczej ją krępowała. Jak to się mówi: „i chciałaby, i boi się”. Nie lubi mieszać osobistych relacji z obowiązkami. Ale czy zajęcia z trenerem to na pewno obowiązki? Oczywiście, nie. „Czemu więc nie spróbować?” — Powtarzał jej wewnętrzny głos. Tyle, że dobrze wiedziała do czego to wszystko doprowadzi. „Po co mi? Ledwie rozstałam się z Jankiem… A teraz ów Apollo tak mi tu paraduje. Ale, kurczę! Takie ciacho… Taki przystojny, młodziutki! I jeszcze gra na saksofonie! Mniam-mniam!”

„Patryk? — Uśmiechnęła się gorzko na wspomnienie. — Za bardzo oczekiwał ode mnie poświęcenia się dla niego, a za mało dbał o własne zdrowie, które bardzo ostatnio mu szwankowało. Co tu się dziwić, iż w trosce o jego kondycję wolałam być jego przyjaciółką a nie kochanką, zupełnie jak George Sand dla Chopina, na Majorce… Bo kochanką nigdy nie byłam. On wolał odwrotnie… I niech nie myśli, że jeśli nadal dla mnie coś znaczy, to będzie mógł na cokolwiek jeszcze liczyć. Krótko mówiąc, dla mnie: było, minęło. Została wirtualna przyjaźń. A to, że serce wciąż zżyma się na wspomnienia realu, to tylko przyzwyczajenie i nawyk. Tak samo banalne przyzwyczajenie, jak dla Janka Baśniewskiego rutynowy seks.

„Po co mi to? — Jeszcze wtedy rozważała. — Nie będzie koleś, jak mu tam na imię? drugim Jankiem Baśniewskim… Nie ma szans! Hmm… Na pewno nie ma?” Ale po tygodniach abstynencji już tak nie myślała. Trener fitness coraz bardziej przemeblowywał jej osobowość. Coraz częściej chciała wpić w jego pośladki swe ostre pazurki, żeby tak nimi nie kręcił. I raz uszczypnęła. Nie, niemocno, lekko. Ręka sama podjęła decyzję. Ona — Katarzyna, zamarła w osłupieniu, on — Bartek, odwrócił się momentalnie. Udała, że to nie ona, że nie wie, o co chodzi? On — drgnął, przewrócił oczami, uśmiechnął się i odszedł zadowolony. Oczywiście, zrozumiał wszystko bardzo dobrze. Przecież obok nikogo więcej nie było…

A potem wszystko jakoś potoczyło się samo. Z klubu po skończonym treningu wyszli razem. Było późno. On — nie pytając o przyzwolenie, sam wgramolił się do jej samochodu, ona — nie skomentowała nawet słowem. Tylko serce mocniej zabiło. Tam w niebieskiej corolli zaczęło się. Nie mogli się powstrzymać. Podczas seksu uśmiechała się do swych myśli: „I pomyślałby, kto? Ja — już prawie trzydziestoletnia kobieta, on — gorący młodziak…” Kontynuowali w jej domu.

Ranek nadszedł szybko. Trzeba było iść do roboty. A oni nawet nie przespali kwadransa. On — postanowił nadrobić to właśnie teraz. Ona — musiała iść. Rzuciła zapasowe klucze na stół i wybiegła. Zrozumiała: taka chuć to wariactwo. Tak nie powinno być. Ale postanowiła: co będzie, to będzie. Do domu wracała w pośpiechu. Z duszą na ramieniu. Otworzyła drzwi i ze zdziwienia znieruchomiała. W mieszkaniu: porządek, wszędzie kwiaty, kwiaty, karteczki, serduszka… Podczas ich czytania usnęła w fotelu, obudziła się, czując, że przenosi ją na tapczan. Silne ręce, jego twarz obok jej twarzy i głos delikatnie szepczący na uszko coś czułego… I tak jej dobrze, tak cicho i spokojnie, że oczy same zamknęły się i usnęła ponownie.

Rankiem — śniadanie do łóżka, delikatne pocałunki i pełne admiracji spojrzenia. Esemesiki w ciągu dnia, miłe słowa i troska, a wieczorem — znów pocałunki, uściski, długi, cudowny seks… Jego gra na „seksofonie”(jej ulubione przejęzyczenie)… Znów uwierzyła w dar fortuny. Znów poczuła się być kochaną, potrzebną, szczęśliwą.

Wspólne wypady na koncerty do klubów a nawet do filharmonii, czasami kolacja w eleganckiej restauracji, kwiaty. I ciągle było pięknie. On — wciąż niestrudzony, nienasycony miłością, ona — wciąż łaknąca jego pieszczot, chciwa, spragniona pocałunków za uszkiem i słodkich, masujących dłoni, błąkających się po całym jej ciele. „Gdzie to się wszystko podziało!? Uleciało, pierzchło, uszło w siną dal?” — Westchnęła. „Teraz on jest zajęty, nie ma chwilowo czasu — zamartwiała się, odkładając telefon — on znowu nie odbiera”.

Skryty. Przecież mu zaproponowała: „załatwię ci inną robotę, lepsze pieniądze, status, zawodowy, perspektywy… Ale on — nie podejmuje tematu. Ucina wątek. Za jakiś czas odzywa się:

— Wstydzisz się, że nie jestem zawodowym muzykiem a tylko trenerem? — Powiedział i odwrócił się.

— No, co ty, Bartek? — Uśmiechnęła się i przytuliła do jego pleców. — To nie to. Jestem po prostu wściekła, że musisz codziennie pracować do późna, by zarabiać pieniądze, zamiast być ze mną i dużo więcej grać na swym „seksofonie”. Wiem, że chcesz dużo zarabiać, aby dawać mi prezenty i że każdy wieczór chcesz spędzać tylko ze mną.

— Lubię swoją pracę — skonkludował — i nie wstydzę się jej. Ale skoro nalegasz…

Krótko mówiąc, zachował się tak, jakby doskonale wiedział, że ona go potrzebuje, więc dał się namówić na zmianę. I ona go odmieniła. Koneksje i powiązania czynią cuda. Tych — dawnej kochance, ale dziś — wciąż najlepszej przyjaciółce znanego biznesmena, pisarza i celebryty — Jana Baśniewskiego, nigdy nie brakowało. Na swe układy, wiedziała, może liczyć. Nawet z trenera fitness da się zrobić wziętego artystę i człowieka sukcesu. Jedna prośba do Jasia, i po sprawie.

I było „po sprawie”. Wkrótce nowy samochód, cykl koncertów w warszawskich klubach jazzowych, garnitury od krawca, prezenty na święta, pewna doza swawoli… Jakże to wszystko potrafi zmienić człowieka. Nieodwracalnie.

„Teraz rozumiem, że byłoby lepiej, gdyby pozostał trenerem, a nie rozrywanym przez agencje koncertowe „seksofonistą”. To znaczy: dla mnie byłoby lepiej.”

Potem kupił nieduże mieszkanie, nie chciał już u niej nocować, ciągle się dokądś spieszył. Stał się niezależny.

„Co za wstyd. Znowu się pomyliłam. Znowu jestem sama… Ile ich było, tych moich błędów? Był Patryk, jeszcze wcześniej świętej pamięci Wojtuś, był i Jasiek Baśniewski… Teraz jest Bartolomeo, „po prostu: Bartek”… I znów coś nie tak. Stale pech… Tak. Trzeba już iść. Ech!… Co ze mną jest nie tak? Skąd te ciągle wiszące nade mną niepomyślne fatum?”.

— Halo! Nie przyszedłeś, obiecałeś…

— …

— Przecież jest już noc i ty ciągle w pracy?

— …

— Nie mów tak, nie mów już nic! — Krzyknęła i rzuciła telefonem o podłogę.

— Przepraszam, coś się stało? — Podszedł i grzecznie zapytał kelner. — Może podać pani szklaneczkę wody?

— Nie, dziękuję — jedynie tyle zdołała wypowiedzieć z załzawionymi oczyma. — Poradzę sobie, poradzę.

„Jestem silna — zapewniała się w myślach, ale po chwili nie zdołała się dłużej powstrzymać. Wybuchła płaczem… — Nie jestem mu do niczego potrzebna. Nie dzwoni, bo i po co? Znudziłam się mu… Drań, jak mógł, jak mógł!”

— Szanowna pani?! Co się dzieje? Proszę nie płakać. Proszę, tutaj jest szklanka wody. Proszę wypić! — I kelner podał jej naczynko.

— Tak, dziękuję — tylko tyle zdołała odpowiedzieć — dziękuję — szklanka zastukała o jej zęby. — Dziękuję — szlochała. Łzy żalu spływały po jej policzkach, bez ustanku…

— Może mimo wszystko zamówię taksówkę? — Ponownie zapytał młody człowiek.

— Nie, dziękuję — przez łzy wycedziła, nie trzeba, pójdę już. Stąd mam do mojego hotelu niedaleko, tyle, co przez most… Przez most… — po raz kolejny powtórzyła, nie przerywając szlochu. Pójdę już…

„Piękna kobieta — pomyślał znowu kelner, mierząc ją oczyma, bardzo ładna i płacze. Piękna i pewno nieszczęśliwa. No tak… Widać, tak już jest: i piękne czasami płaczą. C’est la vie! — Zabrzmiała w jego umyśle skądś zasłyszana fraza. — Szkoda kobiety…”

— Chłopaki, no dawać tu muzykę! Chcemy karaoke, chcemy się bawić — nijak nie mogła uspokoić się i uciszyć „wesoła kompanija” — Proszę szanownej pani! Zapraszamy do nas! No gdzie pani wychodzi? Prosimy, no prosimy do wspólnej zabawy!…

Przeszła obok, nie zważając na nic i na nikogo. Wyzuta z myśli i prawie jak nieżywa zeszła schodkami i nie zwracając uwagi na samochody weszła na ulicę… Pisk hamulców, przekleństwa kierowcy… Ale nikt i nic nie odwodziło ją od myśli: „nie jest mu potrzebna, znudziłam się, nie będzie więcej dzwonił…”

Powoli, jakby na zwolnionym filmie, mijali ją nieliczni przechodnie. W żółtym świetle ulicznych lamp ich twarze zniekształcone jej łzami wyglądały jak jakieś cienie z innego świata, które przepływając mamiły ją i ciągnęły za sobą…

„Nie jestem mu już potrzebna, znudziłam się, nie będzie dzwonił…” — Pobrzmiewało echem w głowie, zadając kolejny ból sercu.

— Oh Mann, sie hat ihre Tasche vergessen! Ich muss sie einholen, unbedingt! (Kurczę blade, kobieta zapomniała torebki. Muszę ją dorwać i zwrócić!) — Wymamrotał do siebie z sąsiedniego stolika „niemiecki publicysta”. Szybko włożył laptop i literaturę do teczki, chwycił jej torebkę i pędem wybiegł na ulicę.

Ona, tymczasem, stała już na moście i spoglądała w dół.

„Nie jestem mu już potrzebna, znudziłam się, nie będzie dzwonił…” — Wybijało dudnieniem w jej uszach, a poniżej — czarna woda, jak czarna pustka kusiła i kusiła swymi mamiącymi oparami. „Nie zadzwoni!” — Jakby nóż wżynał się w jej serce, a czarna woda wtórowała, krzyczała, wołała ją do siebie. „Znudziłam się — ból rezonował w piersiach, a woda uspokajała: chodź do mnie, utulę cię, zapomnisz o swych problemach — przywoływała, szeptała, kołysała…”

— Idę! — Szepnęła — Już idę. Zaczekaj, już zaraz…

— Halt!! — Złapał ją za ramię, gdy zaczynała wspinać się na poręcz mostu. Prosić panią stop. Stop! — powtórzył — Co pani robić?

— Puść mnie! — Zaczęła wyrywać się z jego rąk, proszę mi pozwolić tam iść. Ja muszę! Tam na mnie czekają!… — Jej oczy były szeroko otwarte, a z oczu spoglądała na niego czarna pustka.

Trzymał ją, ile miał sił, a ta — walczyła, walczyła z coraz większą determinacją, popadając w coraz większa histerię i wyrywając się tam, skąd wołano do niej: w ciemność, gdzie cisza i spokój. Tam, gdzie nie będzie więcej problemów… Stopniowo jednak histeria ustępowała i po kilku chwilach już tylko, jak dwie cienkie strużki, ciekły łzy a on trzymał ją wciąż z całych sił, nie odważając się choćby na sekundę poluzować, żeby się nie wyślizgnęła, nie umknęła. Cała jego koszula przesiąknięta była potem, obie jego ręce dosłownie drętwiały. Teczka z laptopem dawno poszybowała do wody… Ale ją trzymał i trzymał...Nie puszczał.

Przestała szlochać, podniosła na niego oczy, spojrzała uważnie:

— Kim ty jesteś?

— Ale być brudna — uśmiechnął się.

— Sam jesteś cały brudny — odpowiedziała — ktoś ty?

— Jestem niemiecki publicysta, prosza pani, zapomnieć pani wziąć torebka, więc pobiec, aby oddać. Ma pani rozmazać tusz na oczy. A ja wcale nie jestem być brudny, tylko spocić się.

— Wiem, że tusz się rozmazał. A, niemiecki publicysto, masz jakieś imię? — Wyjęła chusteczkę z torebki…

— Thom jestem — powiedział zakłopotany.

— Thom… — Powtórzyła i spojrzała w dół przez balustradę mostu. — Vielen Dank, Thom. Chyba ocaliłeś mi życie? — Spojrzała z powrotem do czarnej wody i zadrżała. — Nie, nie chyba, na pewno. Nie jesteś chirurgiem, Thoma, jesteś aniołem… — Uśmiechnęła się gorzko.

— Ja anioł? — Nadal był zakłopotany — ja tylko nosić torebka…

— Bez wątpienia, anioł. — Dodała. — Zrób jeszcze jeden dobry uczynek, aniele Thom, odprowadź mnie do hotelu. To niedaleko stąd. Zaraz za mostem…

— Lassen Sie uns gehen! — Podał jej rękę i ruszyli powoli przez most.

— Tylko trzymaj ją mocno, Thom, nie wypuść pod żadnym pozorem, może to twoje szczęście — usłyszał gdzieś za plecami.

— Natürlich! — Odpowiedział odwracając się do tyłu, aby zobaczyć, kto do niego mówił. Nikogo jednak nie ujrzał, a tylko jakby czyjś cień uleciał w stronę horyzontu…

— Mówił pan coś? — Zapytała Thoma Katarzyna.

— Nein, nein! — Powiedział i przytulił dziewczynę do siebie mocniej…

*

— To nie fair! — Rzekł Marduk– tak się nie robi. Powinienem ją wziąć, była na to gotowa. Widziałem, jak szła do mnie. A ty mi tego szkopa napatoczyłaś…

— To nie argument. — Odpowiedziała Calypso. — Szła, ale nie doszła. A że była gotowa, to się nie liczy. To ty oszukałeś, podsuwając jej swego czasu tego Bartolomea, „po prostu Bartka”.

— Cóż… Z mej strony klasyka, nic więcej. W końcu przez jakiś czas była nawet z gościem szczęśliwa.

— Oczywiście — odpowiedziała Calypso — tak szczęśliwa, że o mały włos nie odebrała sobie życia.

— No, dobrze, dzisiaj wygrałaś. A ta torebka to świetny fortel. Muszę zapamiętać, by na przyszłość być mądrzejszym. Ale, jeszcze przed nami wiele kolejnych nocy. Ten twój Thom, jak sam mawia, nie jest aniołem, następne rozdanie przewiduję wiec dla siebie. — Czarcio oznajmił Marduk i zatrzepotawszy skrzydłami uleciał w ciemne niebo.

— Tylko trzymaj ją mocno, Thom, nie puść pod żadnym pozorem, może to twoje szczęście! — Ponownie usłyszał za plecami Thom i gdy znów obejrzał się za siebie, ponownie ujrzał jakby czyjś cień ulatywał w stronę nieba…

Rozdział 6

— Mam zaszczyt poznać pana doktora Trazomskiego? — Stojący u drzwi nieznajomy zapytał głębokim, dźwięcznym głosem.

— Tak, słucham pana.

— W takim razie, proszę pozwolić mi wejść. Muszę porozmawiać z panem o bardzo ważnej sprawie, którą, proszę mi zaufać, będzie pan głęboko zainteresowany.

— Proszę, proszę bardzo, zapraszam do środka… — Podnosząc się z krzesła Patryk Trazomski uczynił zapraszający gest ręką.

Nieznajomy zdjął wierzchnie ubranie, powiesił na wieszaku i zaproszony przez doktora Trazomskiego przeszedł razem z nim z holu do gabinetu. Gdy obaj usiedli w przeznaczonych dla nich miejscach (gość — na kanapie, gospodarz — w fotelu) dość nieoczekiwanie na długo zapanowała między nimi przeciągająca się cisza. Doktor Trazomski z ciekawością badał oczyma swego niezapowiedzianego gościa. Wyglądał na czterdziestolatka. No, może na czterdzieści pięć. Mimo takiego wieku na szerokim czole mężczyzny nie zauważył ani jednej zmarszczki, ani jedna siwa połać nie pobłyskiwała pośród grubych i czarnych jak u kruka włosów. I patrzył jakoś, ów nieznajomy… nie po „naszemu”. „Anglik? Może Francuz?” — Przemknęło przez umysł doktora.

— Niemiec — poprawił go nieznajomy, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie gospodarza — Fritz von Bernstein, biznesmen — przedsiębiorca.

„No, Niemiec, jasne, że Niemiec. Zresztą, jeden czort…” W każdym razie, dla doktora Trazomskiego nie ulegało wątpliwości jedno: z oczu nieznajomego tknęło czymś demonicznym.

Gość w zamyśleniu spoglądał na książki, rozpanoszone w nieładzie na biurku gospodarza, by w pewnej chwili podnieść na doktora swe duże, czarne, aksamitne oczy.

— Czy aby nie szuka pan doktor eliksiru nieśmiertelności i czy nie chciałby wejść w jego posiadanie?

— Słucham?!

— Pytam, bo takie odnoszę wrażenie… — odpowiedział zdecydowanym głosem nieznajomy.

— A pan, kim jest i skąd sądzi, że zna moje myśli? — Mruknął młody doktor, zrywając się z krzesła.

Tajemniczy gość uśmiechnął się.

— Proszę usiąść i niczego się nie obawiać — rzekł. — Nie jestem diabłem, za którego bez wątpienia ktoś inny mógłby mnie uznać w ciemno, jestem takim samym człowiekiem jak pan. Między nami jest jednak pewna różnica: po pana — wcześniej czy później upomni się „Madame z ostrą kosą”, mimo że będzie chciał pan jeszcze żyć, a ja zmuszony jestem żyć zawsze, choć chciałbym wreszcie umrzeć…

„No tak, bez wątpienia, kolejny mój pacjent” — rzekł do siebie w myślach Trazomski. „Muszę umożliwić mu doprowadzenie wywodu do końca. Niech się… eksploatuje werbalnie do woli. To najskuteczniejsza metoda wstępnej terapii”.

— Pan prawie niczego nie widział na tym świecie — kontynuował „pacjent” — ja widziałem wszystko i wszystkiego doświadczyłem. Przyszedłem tutaj, aby zaoferować Panu „wymianę”. Chcę kupić swoją śmierć, płacąc za nią panu wiecznym życiem…

— Wie pan… Proszę mi wybaczyć… bez względu na to, co pan mówi jako przedstawiciel nauki nie bardzo skłonny jestem wierzyć w pana eliksir nieśmiertelności! Przyroda i nauka nie uznaje takich form.

— Nie uznaje? Tak pan sądzi… A dlaczego niby nie uznaje? — Zaoponował nieznajomy, bezceremonialnie rozpłaszczając się na kanapie i od niechcenia nadgryzając jabłko, które zabrał ze stojącej na stole wazy, nie pytając uprzednio gospodarza o przyzwolenie (najwyraźniej czuł się jak u siebie w domu). — Istnieje wszak Graal — boska czasza, biblijna forma, która przydaje posiadaczowi nieśmiertelność.

Właściciel domu i przyjmujący w swym gabinecie doktor Trazomski miał niewiele ponad trzydzieści lat. Dla przyjaciół, z których żaden nie znał całej prawdy o stanie jego zdrowia, był pełnym wdzięku i dobrze ułożonym mężczyzną. Jego czarne włosy miały skłonność do lekkiego układania się w loki, zaś jego duże piwno-szare oczy były zawsze ciekawe świata, z iskierką fantazji, choć jednocześnie nierzadko pozostające w zamyśleniu. Wolał pracować w nocy niż za dnia, preferował herbatę, niż kawę, uwielbiał przyrządzać drinki na bazie fińskiej wódeczki, kochał muzykę klasyczną i zieleń za oknem. W jednym z oddalonych od centrum osiedli zajmował nieduże, służbowe mieszkanie usytuowane na piętrze starego, solidnego domu wybudowanego jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Dom ów sąsiadował z malowniczym ogrodem i dziedzińcem. Były w nim trzy nieduże pokoje. Wszystkie urządzone prosto, acz ze smakiem. Tak właśnie mieszkał on — doktor Patryk Trazomski — szanowany w środowisku psycholog i psychiatra, ale także koneser muzyki klasycznej i (jak chodzą o nim plotki) znawca pięknych kobiet. Tym zresztą kobietom, swym na ogół przyjaciółkom, czasem odstępował swe mieszkanie, i to bez żadnych zobowiązań, gdy sam udawał się w swoje delegacje. Był bowiem mężczyzną zawsze bezinteresownym i bardzo gościnnym… Wyposażenie jego gabinetu wskazywało na to, że był ponadto człowiekiem wszechstronnie wykształconym i miłym w obejściu. Regały i półki w pokojach uginały się od książek, czasopism i broszur dotyczących medycyny, ale także i innych dziedzin wiedzy, ze szczególnym uwzględnieniem historii muzyki. Zresztą — nut, płyt i różnych partytur, jak przystało na rasowego melomana — na półkach, a nawet blatach stolików w mieszkaniu doktora nie brakowało. I, jako wykształcony człowiek, oczywiście, dużo czytał, dużo słuchał dobrej muzyki, zapełniając tymi czynnościami prawie cały swój wolny wymiar czasu. Taki styl życia bardzo sprzyjał filozoficznym rozmyślaniom. I prawdopodobnie dlatego sekret jego westchnień, jakim był eliksir życia, eliksir wiecznej młodości, nieodparcie zaprzątał głowę młodego, ambitnego choć i romantycznego lekarza pragnącego z całej duszy uszczęśliwić swoją pracą całą ludzkość… a przy okazji siebie.

— Proszę mi wybaczyć — przerwał wywody pacjenta pan doktor — mówi pan o Graalu, jak o czymś realnym i namacalnym; tymczasem, tak naprawdę historia ta jest jedynie poetycką fikcją, wyśpiewaną i rozsławioną przez Wolframa von Eschenbacha — rycerza-trubadura z XIII wieku.

Nieznajomy uśmiechnął się ponownie.

— Jak przypuszczałem… Nieźle zna pan historię… Owszem. Historia Świętego Graala, w tej formie, w jakiej została przekazana przez von Eschenbacha, oczywiście, ma pan rację, jest poetycką fikcją. Osnową legendy wspominającej o istnieniu życiodajnej krwi ofiary, jest bowiem prawda, w którą jak mniemam, ani pan, ani ja nie zamierzamy wątpić. Jednak, tę tajemnicę na tyle silnie strzegą najwyższe sfery światowej masonerii, że my, szarzy zjadacze chleba, co najwyżej możemy na jej temat pospekulować, nie mając na obronę swych argumentów i racji żadnych racjonalnych i konkretnych dowodów. Ale fioletowy napój, który chciałbym panu zaproponować, ma zupełnie inne pochodzenie…

— Fioletowy napój? — Ze zdziwieniem przerwał mu Trazomski — proszę pana… Jestem uczonym, dla którego esencją poszukiwań jest jasny i naukowy zestaw komponentów składających się na recepturę każdego preparatu.

Mówiąc to doktor Trazomski spojrzał z naukową wyrozumiałością na nieznajomego. Oczywiście, przed nim znajdował się chory człowiek, jak najbardziej podchodzący pod jego specjalizację i absolutnie kwalifikujący się do leczenia. Analizował więc jego sylwetkę osobowościową, gdy nagle silny i ostry „wewnętrzny dzwonek” ukrócił jego gwałtowne rozmyślania. „Przyszedł do mnie o pierwszej w nocy… Hmm… trochę dziwna pora jak na pierwszą wizytę?”. Chwilę później dzwonek rozbrzmiał po raz drugi. Ale już, wydawało mu się, taki prawdziwy, w holu… A wtedy pomyślał: „zapewne ktoś w sąsiedztwie zachorował i przysyłają po mnie…” Wstał z fotela, skierował się do przedsionka. Odryglował zamek, otworzył drzwi. Na schodach stał wysoki mężczyzna, owinięty w połać ciemnego płaszcza, w filcowym kapeluszu na głowie z szerokim rondem, z czarnym parasolem i czarną walizką w ręku. Na ulicy dudnił ulewny deszcz, a krople wody wciąż jeszcze kapały z odzieży i z twarzy stojącego w drzwiach przybysza…”Uff… to tylko reminiscencja”.

— Proszę się uspokoić, mój młody przyjacielu — kontynuował nieznajomy wyjaśnianie celu swej wizyty, przerywając jednocześnie luźne rozmyślania gospodarza. — Jestem w pełni umysłu. To co powiedziałem, to szczera prawda. Ja — rzeczywiście wszedłem w posiadanie eliksiru wieczności. I jestem gotowy się nim z panem podzielić. Proszę mi więc szczerze odpowiedzieć: czy chciałby pan żyć wiecznie?

Doktor Trazomski wzdrygnął się i nieoczekiwanie (chyba i dla siebie samego) aż zarumienił się z podniecenia.

— Oczywiście, że tak! Ale wątpię, czy mógłby mi pan dać to, co obiecuje. Już nawet nie będę abstrahował w tym momencie i podważał pana stwierdzenia, jako naukowiec. Jeśli bowiem ktoś posiadałby taki eliksir i taki eliksir naprawdę by działał, gazety od dawna już by o nim trąbiły, dziennikarze i paparazzi czailiby się i krzyczeli na każdym rogu ulicy, a Internet aż huczałby od komentarzy i spekulacji.

— Dlaczego pan uważa, że znając tajemnicę długiego życia, opowiadałbym o niej wszem i wobec? Czasy Inkwizycji dawno już minęły, szanowny panie, ale od tamtych lat, jak zapewne pan wie, ludzie wymyślili jeszcze więcej sadystycznych metod radzenia sobie z tymi, którzy w jakiś sposób okazują się od nich lepsi i posiedli coś, czego innym nie stało. Nie wspominając już o tym, że być może ktoś, przechwytując moją tajemnicę, chciałby wykorzystać ją do stworzenia kasty nadludzi, dla których pozostałe miliardy pracowałoby jak niewolnicy… Prawdziwi dobroczyńcy ludzkości to nie ci, którzy działają w świetle jupiterów…

„Zupełnie jakby czytał moje myśli” — przemknęło przez głowę Trazomskiego.

— No to, słucham, czego pan ode mnie oczekuje? — Spytał głośno, konkretnie.

— Nie zamierzam kupować od ciebie, przyjacielu, duszy ani podpisywać cyrografu krwią… nie, nie będzie pan tego musiał. Wszystkie moje warunki są ograniczone tylko do tego, aby przekazał mi pan trochę swej krwi…

— Czyli, jak widzę, tak czy siak krew potrzebna?

— Młody człowieku, ależ jest pan niecierpliwy i nieuważny! Wyjaśniłem już, że dysponuję sprawdzoną recepturą. Co do mnie — proszę się nie obawiać, potrzebna mi jest ledwie kropelka pana krwi, zaimpregnowana fluidami śmierci. Ponieważ jest pan lekarzem, to dobrze wie, że krew śmiertelników jest takimi fluidami naznaczona. W zamian za pańskie fluidy, które pomogą mi umrzeć, ofiaruję panu eliksir nieśmiertelności. Teraz proszę tylko zadecydować: chce pan, czy nie?

Doktor Trazomski umilkł. Znów zatonął w rozmyślaniach. Dolą człowieczego myślenia kieruje dziwny los. Z jednej strony osaczają go pytania. I nie można ich zadać, ponieważ kwestie te zostały nałożone na człowieka jak kaganiec przez własną naturę. Na przykład: „Czym jest przyczyna wszelkich przyczyn?”, „jakie są początki źródeł?” i „co było początkiem wszystkich początków?” I on, człowiek nauki, też nie może odpowiedzieć na nie, bo i w jego przypadku są one poza możliwościami jego umysłu. Bynajmniej nie z jego winy. Rozmyślania o świecie chciałby zaczynać od aksjomatów, które byłyby dla niego oczywiste i które mógłby potwierdzić z autopsji. Tylko bazując na nich można bezpiecznie budować, podnosić swe ludzkie doświadczenie na coraz wyższe poziomy i rozstrzygać o tajemnicach jeszcze bardziej oddalonych. Ale prędzej czy później zauważa, że każde dociekania zawsze pozostaną niedokończone, ponieważ przykładowo jedno i to samo pytanie: co było pierwsze — kura? Czy jajko? Można formułować nieskończenie często, za każdym razem nie uzyskując precyzyjnej odpowiedzi. A dowolne odpowiedzi nigdy nie mogą być uznane za ostateczne. Potem bowiem zaczyna się myśleć abstrakcyjnie i uciekać do regułek, które wykraczają poza obszar możliwego doświadczenia. I wówczas nawet zwyczajny ludzki umysł miast kwestionować i pytać się — dopasowuje się do nich. Na przykład, „dwie równoległe linie nigdy się ze sobą nie skrzyżują”. Ale, czyż znany rosyjski matematyk Łobaczewski nie miał racji, twierdząc, że sięgając z nimi aż po horyzont dostrzega się, jak łączą się na nim w jeden wspólny punkt, i to całkiem realny? Czyż geometria Łobaczewskiego nie jest prawdą o rzeczywistości, która zaprzeczając zdrowemu rozsądkowi, sama pozostaje teorią?

— Proszę pozwolić zebrać mi myśli — powiedział wreszcie Trazomski po długim milczeniu — I proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja pana absolutnie nie znam. Nawet nic bliżej mi pan nie powiedział|: kim jest, skąd jest? I najważniejsze: dlaczego ostatecznie chciałby i zamierza pan umrzeć?

— O, odpowiedź na to ostatnie pytanie jest zupełnie prosta: jestem zmęczony życiem. To wszystko. A co do mojej historii… tak! Proszę bardzo, w skrócie ujmę ją tak: nazywam się Michel de Saint Babique, to moje prawdziwe nazwisko. Urodziłem się w Prowansji, w połowie 16 wieku i żyłem we Francji w czasach przesądnych urojeń i walk religijnych prowadzonych przez szwadrony śmierci Henryka IV. Byłem też jednym z tych, który zaznał cierpienia w noc Świętego Bartłomieja. Później, gdy w zgiełku żywota rozczarowałem się życiem, rozpocząłem studia astrologiczne, okultystyczne, alchemiczne, zgłębiałem mądrość horoskopów i magii. Uważam się za kontynuatora filozofii samego Nostradamusa i to właśnie od niego otrzymałem w naukowym spadku sekret cudownego eliksiru, której recepturę od początku do końca wyprowadził mój Mistrz. Jednak sam Nostradamus nie miał sposobności użyć eliksiru, gdyż mimo rozlicznych starań nie zdobył wszystkich składników, a jest ich łącznie 1228. Zdobyłem je za to ja.

„Bez wątpienia powinien zostać moim pacjentem — po raz kolejny z konsternacją stwierdził w myślach Trazomski — nie ma innej rady”, A to, że przez chwilę niemal uwierzył mu, można bez problemu wyjaśnić dziwnym zbiegiem okoliczności. Tak, przypadek, nic więcej. Po prostu to, o czym wieszczył obłąkany nieznajomy, współgrało akurat z jego, doktora, szalonymi myślami na krótko przed przybyciem pacjenta. Pytanie tylko takie: skoro ten człowiek jest chory, to dlaczego zjawia się tu, w jego domu, samotnie podczas ostrego napadu schizofrenii? Gdzie dokumenty prowadzące chorego, w końcu, gdzie karta medyczna?

— Nie! Z pozostałymi 1227 kompozytami nie było zbyt wielkiego problemu, dla Nostradamusa — nieznajomy kontynuował rozwijanie swojej śmiesznej idei — nawet krokodyle łzy zdobył bez większych trudności w Egipcie, a pył spod stóp Buddy wytargował od jednego indyjskiego kupca. Ale trupi jad z łechtaczki kobiety zmarłej podczas orgazmu! Wierz mi, przyjacielu, było już dla niego przedsięwzięciem nazbyt skomplikowanym. Awykonanlnym tym bardziej, że przejawiał skłonności bynajmniej wcale nie hetero. I w tym zadaniu to ja pomogłem mu i wykonałem całą robotę. Kosztowało mnie spożytkowaniem doświadczeń z całego mojego życia. Te kłamczuchy i hipokrytki nigdy nie przeżywały prawdziwej pasji, a tylko symulowały!… Ileż musiałem podejmować zmagań — już sam nie zliczę… Ale dlaczego pana tym zanudzam? Jak powstała recepta nie musi pana interesować… Ode mnie dostanie pan płyn w gotowej postaci.

— Nie, dlaczego, to bardzo ciekawa opowieść… — kurtuazyjnie sprzeciwił się Trazomski.

— No nie mam już specjalnie czasu… Przyjechałem do Pana z określoną misją. Gdybym musiał panu opowiedzieć o wszystkich wybiegach zajęłoby mi to lata…

— Okay. Ale dlaczego właśnie mnie pan wybrał? — Szanowny panie…

Jako fachowiec, on — doktor Trazomski, oczywiście wiedział, jak się zachować w podobnej sytuacji. Trzeba mówić spokojnie, nie kłócić się z pacjentem, we wszystkim przyznawać mu rację, innymi słowy: przyjąć regułę „gry pacjenta”. To pomaga chorym szczerze formułować wypowiedzi. Nie minie godzina, jak taki nieszczęśliwiec sam wyrzuci z siebie wszystko, co tylko mu leży na duszy.

— Dlaczego pan? Proszę spytać swojej przyjaciółki Katarzyny Bond. Zapewniała mnie, że będzie to dla pana wspaniałe wyzwanie i ze zrozumieniem, z życzliwością i właściwą sobie odpowiedzialnością odniesie się pan do mojej propozycji.

— Kasia? Skąd zna pan Kasię? — Zapytał wyraźnie zaskoczony Trazomski.

— Proszę mi nie przerywać, młody człowieku. Nie ma to znaczenia, skąd?… Posłuchaj do końca.

— Tak, tak, słucham pana bardzo uważnie.

— Dobrze. Na czym to ja skończyłem? … A, już wiem! Gdyby pan wiedział, jakże on nie chciał umierać, ten wielki mag i wróżbita! Jak chciał żyć, jak płakał! Aż trudno pojąć… Wyprowadził życiodajną formułę a i tak zmuszony był wyruszyć do zaświatów. Jak by to się panu podobało, gdyby był na jego miejscu? Nie przypomina to panu czegoś? Dokonać czegoś wiekopomnego i nie móc sprawdzić działania na sobie?

— Przypomina?… Może i przypomina. — Zastanowił się przez chwilę Trazomski. — Jak każdy człowiek jestem świadomy, że i moje życie dobiegnie kiedyś końca, ale zanim to nastąpi chciałoby się już teraz zgłębić tajemnicę życia pozagrobowego, a może nawet znaleźć sposób, aby uniknąć drogi do królestwa cieni? Życie — to najcenniejszy dar. Tym bardziej nie rozumiem, jak można rozstać się z życiem, z tym największym błogosławieństwem i zgłosić się na ochotnika, aby gnić w grobie?

— Cha, cha, cha! — Rozległ się w odpowiedzi bezwstydny i cyniczny śmiech nieznajomego.

Doktor Trazomski wzdrygnął się i zamilkł. Rubaszny śmiech, a raczej złowieszczy rechot nocnego gościa sprawił, że w gabinecie zapanowała nieprzyjemna cisza. Całe mnóstwo pytań, wątpliwości i obaw chcąc nie chcąc zaczęły cisnąć się na usta. „Jeśli jest chory, to zachowuje się bardzo typowo. Ale jeśli nie — to po prostu się ze mnie naśmiewa, dowiedziawszy się od kogoś (czyżby od Kasi?) o moich słabostkach, i teraz próbuje na nich grać, chcąc osiągnąć jakieś bliżej jeszcze mi niepoznane zamiary. Tak… Niezwykle podejrzany gość. I czy rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje? Dlaczego najpierw nazwał się jednym nazwiskiem, potem drugim? Opowiada jakieś dyrdymały. Dlaczego on w ogóle uznał, że mu uwierzę? Czyżby ta moja niewdzięcznica Kasia aż tak sugestywnie go przekonała?… No tak! W końcu czemu się dziwić? Niejednego owinęła wokół palca… A poza wszystkim, czyż ja — doktor Trazomski — sam nie jestem szaleńcem, wpuszczając do domu nieznajomą osobę grubo po północy?… Co facet ma na myśli? Proponuje mi wypić jakieś świństwo. A skąd mam wiedzieć: może chce mnie otruć?… Zresztą, jakiż zmysł jest u umierającego? Bóg jeden wie… Okay! Przyjąłbym nawet truciznę z jego rąk, byleby tylko mieć choć gram nadziei, aby się o tym przekonać, ale przede wszystkim, aby osiągnąć wieczne życie. Ale byłaby wtedy frajda!”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.97
drukowana A5
za 30.02
drukowana A5
kolorowa
za 58.34