E-book
6.83
drukowana A5
18.4
drukowana A5
kolorowa
40.74
Barcelona

Bezpłatny fragment - Barcelona

Objętość:
86 str.
ISBN:
978-83-8126-970-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 18.4
drukowana A5
kolorowa
za 40.74

Z Ursynowa do Sants

Ominęło nas jeżdżenie do Modlina i zostawianie tam samochodu, a to i czas i pieniądze. Norwegian lata z Okęcia a my nie mieszkamy daleko. Najpierw sklep wolnocłowy i zakupy, obowiązkowo coś na chorobę lokomocyjną, najlepiej Jaegermeister.

Samolot nowy i wygodny, w stylu Air Asia, nawet wystrój foteli podobny. Trochę będziemy lecieć, więc ma to znaczenie. Jak na wycieczkę przystało, trzeba dochować tradycji. No to już po Jaegermeisterze. Magda oczywiście ma kajzerki z krakowską suchą, tylko papieroska po jedzeniu zapalić nie można. Humor wszystkim dopisuje, czy Jaegermeister był czy nie.

Dobrze, że nie było żadnej pielgrzymki, ale za to trafili się kibice Wisły Płock. Wybierali się na mecz piłki ręcznej z Barceloną. Oczywiście tym pełniejsi optymizmu im więcej środków dopingujących przyswoili. Wykorzystali podróż na ćwiczenia dopingu, a że siedzieli tuż za nami, to mieliśmy za swoje. Retoryczne pozostaje pytanie, czy Polacy zawsze muszą wieś robić i czy zawsze muszą chlać w podróży? Muszą, koniec i kropka.

Lądujemy bardzo późnym wieczorem, co może powodować trudności z dotarciem do miasta. Lotnisko Le Prat położone jest dość blisko Barcelony, możliwości dojazdu jest wiele, ale o tej porze raczej kończą się te tańsze. Bo oczywiście zawsze są taksówki z wszędzie i zawsze oszukującymi kierowcami. Jest też specjalny autobus łączący lotnisko z miastem. Aerobus A2. Kursuje do Plaza Catalunya. Przejazd 40 minut. Bilet 5,90 EU, do kupienia u kierowcy. Najtaniej wychodzi autobus 46. Kursuje co 17 minut do Plaza Espana. Przejazd 35 minut. Bilet 2 EU, do kupienia u kierowcy. Stamtąd mamy tylko kilkaset metrów piechotą. Jest też inna opcja, czyli pociąg. Bilet kosztuje 2,80 EU do Sants Estacio, a stamtąd jest do hotelu trochę bliżej. Gdy już byliśmy w terminalu do ostatniego pociągu zostało tylko 20 minut.


Jak pozbierać towarzystwo lekko „trącone” w samolocie? Łatwo nie jest, ale jakoś dotarliśmy, zostało nam trzy minuty na kupienie biletów w automacie. Jesteśmy na czas, ale pociąg niekoniecznie. Kupiliśmy najtaniej wychodzące bilety na komunikację w Barcelonie. Za 10,30 EU można nabyć kartę T10, która upoważnia do odbycia 10 podróży o maksymalnej długości 75 minut. W tym czasie można zmieniać środki lokomocji, bilet należy za każdym razem wkładać do kasownika, ale gdy nie przekraczamy czasu pieniądze strąca tylko raz. Co ważne, można go używać w metrze i autobusach i dodatkowo w pociągu Renfe na i z lotniska właśnie. I w ten sposób jedziemy do Barcelony najtaniej, za 1 EU.


Teraz pytanie, czy pociąg będzie spóźniony czy „maniana”? To stanowi zasadniczą różnicę. Ale na stacji jest trochę ludzi, więc pewnie jednak po prostu rozkład rozkładem a my jesteśmy w Hiszpanii i najwyższy czas wyluzować. Pociąg był równo o północy, podróż krótka i bardzo wygodna.

Nie minęło pół godziny i jesteśmy na Sants Estacio. Spory dworzec, perony pod ziemią, kierujemy się ku powierzchni. Tu szybko ochroniarze nas „wywalają” na ulicę, bo to był już ostatni pociąg i dworzec zamykają.


Wychodzimy na duży plac przed dworcem. Dalej mamy łatwo, szeroki pasaż Świętego Antoniego zaprowadzi nas prosto do celu. Jest ciepła noc a mieszkańcy Barcelony jakby wcale nie wybierali się spać. Knajpy otwarte, ogródki pełne biesiadujących klientów. Może by tak zatrzymać się na chwilę?


Z powodu wstrętnych terrorystów nie mamy ani grama płynów, to co było, „popłynęło” w samolocie. Hiszpania nie Polska i sklepów 7/24 co sto metrów nie ma. Tak przynajmniej mi się wydawało po lekturze z dostępnych w sieci źródeł. Okazało się to nie do końca prawdą, bo może nie co 100 ale 200 metrów były otwarte sklepy. Co do jednego hinduskie.


A taki hinduski sklep charakteryzuje się tym, że niekoniecznie będą w nim przestrzegane europejskie zasady. Tak więc nie liczcie, że zobaczycie jakiekolwiek ceny. Jest jak na Bliskim Wschodzie, tyle zapłacisz na ile wyglądasz. Tam można się targować, tu raczej nie. No to nas Hindus dobrze ogolił. Paweł lekko zbladł, bo piwo mu z tego powodu mało w gardle nie stanęło. Trzeba będzie rano poszukać zdecydowanie czegoś innego.


Jesteśmy na Placa de Sants i już widać nasz hostel. Nowoczesny, szklano aluminiowy budynek przy samym placu. Pisałem już, że długo czegoś szukałem żeby i warunki były znośne i żeby cena była jako taka, bo na tani nocleg w Barcelonie lepiej nie liczyć. Wyszło 50 EU za pokój, co mało nie jest ale dzielnica jest porządna, stacja metra tuż koło hostelu a warunki bardzo dobre.


Pokoje co prawda nie za duże, ale dobrze wyposażone, bardzo czyste i funkcjonalne. Dodatkowo całe pierwsze piętro przeznaczone jest do wspólnego użytku gości. Jest tak w pełni wyposażona kuchnia. Są nawet jednorazowe talerze i sztućce oraz takie rzeczy jak serwetki, cukier, sól i pieprz a nawet herbata. Można sobie samemu posiłki przygotować, moim zdaniem bardzo duża zaleta.


Dochodziła 2 nad ranem, gdy poszliśmy spać. Przed nami ciekawy dzień, trzeba więc spać szybko, nie stać nas na wylegiwanie się do południa.

Tibidao

Tak wyglądała Barcelona, gdy rano odsłoniłem okno w naszym pokoju. Mieliśmy widok na malutki skwerek o wdzięcznej nazwie Placeta de Ramon Torres Casanova. Pogoda zapowiadała się wspaniale, na niebie ani chmurki. Poza tym sporo ponad 20°C, tylko korzystać.


Dzielnica Sants przylega do centrum, jadąc metrem do Placu Katalońskiego jest tylko kilka przystanków. Rano trzeba było, oczywiście po zjedzeniu reszty kajzerek z suchą krakowską, poszukać jakiegoś sklepu spożywczego. Oczywiście poza hindusem, który po nocnym goleniu naszych portfeli jest definitywnie skreślony z listy.


Kłopot w tym, że jest sobota i po raz kolejny przypominam, że to nie Polska, gdzie wszystko w soboty jest otwarte. Tu, nawet wielkie domy towarowe potrafią być zamknięte. Wyśledziłem w sieci, że czynne są sklepy sieci Supercor, najbliższy jest bardzo blisko, więc najpierw idziemy tam. Ulicą Carrers de Sants, zbieżność nazw nieprzypadkowa, w kierunku Placu Hiszpańskiego.

Już po kilkudziesięciu metrach trafiliśmy na uliczny festyn i weekendowy bazar. Całą ulicę zamknęli dla ruchu, porozstawiali kramy a między nimi uliczni artyści zabawiali spacerowiczów. Nie minęło 15 minut i już nam się Barcelona spodobała. Bardzo ładna, zwarta zabudowa, szerokie ulice, sporo zieleni a przede wszystkim poczucie ładu, żadnego chaosu, wszystko tu do siebie pasuje. Od razu widać, że ktoś dba o ład przestrzenny i nie muszę chyba dokładnie wymieniać, dlaczego mi się na samo porównanie smutno zrobiło.

Na jednym ze stoisk wypatrzyłem ubrania inspirowane obrazami Klimta. Niby jest to artysta, którego rozpoznawalność w świecie nie jest tak duża jak Picassa czy Van Gogha, ale wyroby inspirowane jego obrazami widzieliśmy nawet w Tajlandii, Malezji i Wietnamie. I to chyba lepiej świadczy o artyście niż opinie zawodowych znawców.


Zwykle jednak były zbyt drogie jak na naszą kieszeń, z wyjątkiem Wietnamu skąd parę rzeczy przywieźliśmy. Tu też musiałem się oblizać, bo ceny były powalające. No to zostało mi tylko zdjęcie na pamiątkę.

Na festynie najważniejsza jednak jest wyżerka, o proszę bardzo, jakie piękne Katalońskie wędliny. I oczywiście wino, bez którego Katalończyk chyba by nic nie zjadł i w końcu z głodu umarł. Tu też musiałem poprzestać na fotografowaniu, bo kiełbasa nie obraz Klimta, ale też potrafi kosztować.


Klimat imprezy był mocno średniowieczny, więc pewnie była to jakaś szczególna okazja, ale moja znajomość hiszpańskiego sprowadza się tylko i wyłącznie do okrzyku „ole”, no to się nie dowiedziałem.

Oprócz jedzenia i wszechobecnych „szmatów”, były też stoiska gdzie sprzedawano różne pamiątki. Od magnesów na lodówkę z napisem Barcelona po takie rzeczy jak to, co właśnie robi średniowieczny rękodzielnik na naszych oczach.


Wokół pełno spacerujących całych rodzin, atmosfera hiszpańskiej fiesty, już kocham ten kraj, kocham to miasto.


I wtedy akurat doszliśmy do poszukiwanego przez nas sklepu. Przylega do dużej hali targowej, centralnego „rynku” w dzielnicy Sants, zwanego Mercat d’Hostfrances. Ale dziś hala była nieczynna.


W ciągu tygodnia można tu kupić lokalne produkty spożywcze przywożone z okolicznych gospodarstw rolnych. Żadnej niezdrowej żywności z upraw przemysłowych, no ale to nie był ten dzień, jutro też zamknięte a poza tym nasz grafik jest raczej napięty, mówi się więc trudno.

Wejście do sklepu jest zaraz na prawo od hali. Po nocnych zakupach u hindusa weszliśmy do środka „z pewną dozą nieśmiałości”, co zastaniemy. Ale gdy Paweł dotarł do strojących na środku skrzynek z promocyjnym piwem jego oblicze pojaśniało. Ceny jak w Biedronce, żyć nie umierać. Gdyby ktoś był wielbicielem wina byłoby jeszcze taniej, taniej nawet niż zwykła woda. Piwo było mniej więcej w tej samej cenie. Tylko ja musiałem dać trochę więcej za soki owocowe.


Kupiliśmy też „materiał” na lunch, który mieliśmy zamiar spożyć w parku rozrywki Tibidao, dokąd się dzisiaj kierowaliśmy. Magda koniecznie chciała na kolejkę górską, no to trzeba jechać w góry otaczające Barcelonę. A najbliższy park rozrywki, w Hiszpanii pełno tego jak u nas budek z piwem, to leżący na obrzeżach miasta Tibidao.


Dostać się tam można na wiele sposobów. Ale najwygodniej jest pojechać specjalnym autobusem z Placu Katalońskiego. Żeby się tam dostać wystarczy przejechać kilka stacji metrem a wejście jest tuż koło hali targowej, gdzie właśnie jesteśmy.


Schodzimy na dół. Metro w Barcelonie ma siedem linii, praktycznie pokrywających całe miasto. Korzystając z 75 minutowych biletów można nim dojechać prawie wszędzie. Przez cały pobyt jeździliśmy praktycznie tylko kolejką podziemną i transportem pieszym, na własnych nogach.


Gdy zeszliśmy na stację Hostfrancs, okazało się, że co prawda Barcelona od razu nam się spodobała i moje rodzinne miasto startu raczej nie ma, ale metro to my mamy w Warszawie na zupełnie innym poziomie.

Tu stacje są mocno klaustrofobiczne i wyglądają na ogół jak ta na zdjęciu. Trochę szerszy tunel z wąskimi peronami po obu stronach i to wszystko. Ale zamiast 1,5 linii jest ich siedem i to bardzo długich.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 18.4
drukowana A5
kolorowa
za 40.74