E-book
9.56
drukowana A5
25.27
Ballada o  samotnym smoku

Bezpłatny fragment - Ballada o samotnym smoku


Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8126-788-5
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 25.27

Wstęp

Balladę tę córce swojej dedykuję w całości

Ballada

Góra

Za borami, za lasami,

Hen daleko za fal morzem

Były góry, co szczytami

Chmur sięgały niczym orzeł.

Jedna wśród nich była inna,

Co czerwienią się mieniła,

Odcień krwawy niczym rubin,

Ona swoim życiem żyła.

Pięknem swoim zachwycała,

A szczyt lekko ośnieżony,

Błyszczy słońca promieniami

Kolor biały i czerwony.

U podnóża, gdzie półcienie

Dziwny półmrok nadawały,

Otwór w skale się ukazał,

Przed nim głazy dwa leżały.

Los tak dziwnie je rozrzucił,

Że w swej pozie wyglądają

Jakby wejścia pilnowały:

Dwaj rycerze, co klękają.

Tuż za wejściem do pieczary

Półka skalna wodą lśniąca,

Na niej jajo śnieżnobiałe,

Niewidzące nigdy słońca.

Nagły szelest, trzepot skrzydeł,

To nietoperz przelatuje,

Radar w głowie, fal odbicie,

Jaja jednak nie znajduje.

Ale w swej nieostrożności

Końcem skrzydła go zahacza,

Jajo lekko poruszone,

Pomalutku się wytacza.

Najpierw powoli,

Jak żółw ociężale…

Ech, przepraszam…

…Żartowałem.

Spadek mały, więc powoli

Ruchem chwiejnym się przetacza,

Już jest przy granicy światła

I po chwili ją przekracza.

Wpada w trawy tu rosnące,

Które ciepło utrzymują,

A korzenie wystające

Jajo w trawie zatrzymują.

Słońce promieniami swymi

Pieści skorupę i skały,

A odbite fale ciepła

Wszystko wokół tu nagrzały.

I to koniec opowieści,

Musi minąć chwila czasu,

By coś mogło się wydarzyć,

By wywołać wilka z lasu.

Jednak czas powoli mija,

Byłaby to wielka strata,

Więc możemy się umówić,

Że minęły już trzy lata.

Narodziny

Jajo drgnęło, lekko pękło,

Cichy trzask się wydobywa,

Lecz po chwili znowu spokój,

W kępie trawy odpoczywa.

Znowu dźwięki jakieś słychać,

Znowu się zakołysało,

A pęknięcie w szybkim tempie

Po skorupie się rozlało.


Zamiast białka jakby ogień,

Miast zapachu, dymu odór,

Jak zmieszane dwa składniki,

Żółta siarka no i wodór.

Jajo całe popękane

Niczym puzzli układanka,

Niczym bagno wysuszone,

Suchej ziemi łat składanka.

Jedna część się odłamuje,

Odskakuje z siłą ona,

Jakby była magią mocy

Z jakiejś procy wystrzelona.

Pazur widać… szpon różowy,

Co się pręży i rozpręża.

Nagle jednym szybkim ruchem

Ścian skorupę przezwycięża.

W gruzie skorup no i w dymie

Postać się tu ukazała,

Niby smoka przypomina,

Lecz obślizgła jest i mała.

Smocze dziecię, ślepe jeszcze,

Nieporadne, zagubione,

Zdechnie z głodu tutaj przecież,

Walki o byt nieuczone.

Ułożone wśród źdźbeł trawy,

Oddech ciężki i głęboki,

Skrzydła lekko podwinięte

Jak to mają małe smoki.

I zasypia w samotności

U stóp czerwonego szczytu.

Jaki los mu przypisany?

Czy to koniec jego bytu?

Orzeł

Słońce wstało nad szczytami

I promienie światu dało,

Brzask czerwony niczym zorza …

Światło wokół się rozlało.

A na linii horyzontu

Cień się jakiś ukazuje,

Rośnie szybko w moich oczach

Ptak, co w blasku tym szybuje.

Skrzydła wielkie rozpostarte,

Dziób potężny, zakrzywiony,

Cień swój rzuca na gór granie,

Krzyk co płoszy podłe wrony.

Orzeł Haasta, już wymarły,

Pośród orłów był najcięższy,

Krótkie skrzydła jego cechą,

Zarys czaszki miał najwęższy.


Gniazdo swe opuścił rano,

Udał się na polowanie,

Zataczając wielkie koła

Wypatruje swe śniadanie.

Zagubiony w samotności,

Macierzyństwa wciąż stęskniony,

Poszukuje swej ofiary

Rozglądając się na strony.

Bystry wzrok wnet zauważa

Młode koźlę pod gór szczytem,

Zwija skrzydła i nurkuje,

Atak kończy się skowytem.

Wbite szpony w jego ciało,

Krew kroplami się wytacza,

Dziób wnętrzności rozszarpuje,

Ciało kozła się w dół stacza.

To okropne prawo dżungli

Słynne z okrucieństwa swego,

Ale zwierz nie atakuje

Bez powodu istotnego.

Głód został zaspokojony,

Orzeł skrzydła rozpościera,

Wzbija w górę się wysoko

I do gniazda się wybiera.

Co w tym wierszu orzeł robi?

Przecież tu był tylko smok,

Chyba znów coś pomyliłem,

Już przywracam myśli tok.

Adopcja

Syty i rozleniwiony

Kręgi na niebie zatacza,

Raz się wznosi, raz pikuje,

Aż granicę gór przekracza.

A tu u podnóża góry,

Co czerwone granie miała,

Ciało smoka odnajdując

Z ciekawości siadł na skałach.

Wzrokiem bystrym penetruje

Wokół okolicę całą,

Łebek swój przekrzywił dziwnie,

Gdy zobaczył postać małą.

Instynkt kołacze się w głowie,

Macierzyństwa zew go wzywa,

W szpony swe ujmuje dziecię

I do gniazda go porywa.

Ale lot ten nie jest łatwy,

Bo przed nim daleka droga,

Ciężar w szponach jest solidny,

Za to w głowie myśl jest błoga.


Ciężko machać jest skrzydłami,

Gdy oddechu w piersi brak,

Znajdzie miejsce na spoczynek

I powróci na swój szlak.

Gdy do gniazda już dociera

I układa zdobycz swoją,

Duma w piersi go rozpiera,

Rany duszy mu się goją.

Wreszcie koniec samotności,

Być rodzicem to marzenie,

Trzeba będzie zwiększyć łowy

I oczyścić swe sumienie.

Dojdą nowe obowiązki

I czułości dodać trzeba,

Aby dziecię rosło w siłę

I uniosło się do nieba.

Mały smok już dokarmiony,

Ciepłem piór okryty nocą,

Blaskiem gwiazd oczarowany

Obserwuje jak migoczą.

I gdy jedna gwiazda spadła,

On pomyślał swe marzenie,

Będzie lata całe czekał

Na pomyślne ich spełnienie.

Prozaiczna ta myśl była,

Bo to młode dziecię przecież,

Ale jeśli was ciekawi

W dalszej części to znajdziecie.

Trzy miesiące jego życia

Bardzo szybko upłynęło,

I nie zaszło nic takiego,

Co na powieść by wpłynęło,


Więc pomińmy tamte treści

I zbierając się pomału,

Szybko w czasie przeskoczymy

Do piątego już rozdziału.

Pierwszy lot

Gniazdo orła to budowla

Precyzyjna i potężna,

Splot gałązek i patyków

Przypomina sploty węża.

Wyściełane wrzosem, trawą,

Sierści tu też nie brakuje,

A co roku ten architekt

Gniazdo swe rozbudowuje.

Na gór szczycie, gdzie jest półka,

Co natura ją stworzyła,

Leży gniazdo, a w nim smoczę

I padlina jakaś zgniła.

Smok swe skrzydła rozpościera

I uważnie się przygląda,

Szkielet błoną powleczony,

Który ruchów dziwnych żąda.


Zatrzepotał najpierw jednym,

Potem dwoma wraz próbuje,

Lecz nie wyszło synchronicznie,

Więc ten ruch koordynuje.

Nowa próba i już lepsza,

Podczas której grzbiet wypręża,

Nawet trochę podskakuje,

Grawitacja wciąż zwycięża.

Sam pozostał w orlim gnieździe,

„Mama” rewir patroluje,

Więc młodości takie prawo,

Że w tym gnieździe baraszkuje.

Wciąż próbuje sił od nowa,

Śmieszne ruchy wykonuje,

Brak mu jednak doświadczenia

I powoli sił brakuje.

W brzuchu nagle zaburczało,

Spojrzał tam gdzie jest padlina,

Jęzor wargę lekko musnął,

Z paszczy pociekła mu ślina.

Zrobił krok w stronę jedzenia,

(By podtrzymać smoczą sagę)

Łapa mu się poślizgnęła,

No i stracił równowagę.

Machnął skrzydłem i ogonem,

Zrobił susa niczym zając

I przetoczył się przez gniazdo

W końcu z niego wypadając.

Spada w dół i w swej rozpaczy

Chaotycznie skrzydłem macha

I uderza nim o skałę,

Widać po nim, że „ma stracha”.

Skrzydło boli, ziemia blisko,

Ale instynkt tu zadziałał,

Skrzydła swoje wyprostował

I pomogło to bez mała.


Równowaga przywrócona,

Rozpoczęte szybowanie,

Ale lot ten nie trwał długo,

Nastąpiło lądowanie.

Trochę w szoku, lecz szczęśliwy,

Że z opresji wyszedł cało,

Wylądował w nowym świecie,

Serce trochę mu zadrżało.

Lecz ciekawość ponad wszystko,

Świat ten go już intryguje,

Nowy zapach, nowy widok,

Na przygodę zapoluje.

Woda

Naprzód, raźno po przygodę,

Może trochę zagubiony,

Maszeruje wciąż przed siebie

Światem tym zaciekawiony.

Mix zapachów dookoła,

Pod łapami miękka trawa,

Z chęcią zrobiłby fikołka,

Bo na trawie fajna sprawa.

Zapatrzony na kolory,

Już zapomniał, że był głodny.

Upał trochę mu dokucza,

Znalazł cień pod drzewem chłodny.

Chwila drzemki, odpoczynku,

Oczy raźne i wyspane,

Znów energii ma bez liku,

Ciało zregenerowane.

Szedł przed siebie, minął halę,

Minął lasek jakiś mały,

A na skraju tego lasu,

Oczy jego coś ujrzały.

Coś dziwnego, coś pięknego,

To błękitny kolor miało,

Odbijało słońca blaski

I powierzchnią falowało.

Brzeg jeziora, tataraki,

Ryby pluskające w wodzie,

Lustro tafli odbijało

Obraz gór w fal miłym chłodzie.

Gdy zanurzył swoje łapy,

Podniósł ogon i uderzył,

Przeciął fale na połowę

Kąpiel w kroplach wody przeżył.

Unoszące się w powietrzu

Krople, światło załamały

I nim spadły na powierzchnię,

Obraz tęczy pięknej dały.

Spojrzał w wodę i zobaczył

Zwierzę, które w wodzie żyło,

Przyjrzał mu się z ciekawością,

Lustro wody twarz odbiło.

Zaspokoił swe pragnienie,

Zerknął na ptaków gromady,

Poszedł dalej mokrym piaskiem

Zostawiając na nim ślady.

Wnet na brzegu znalazł rybę,

Co ją fale wyrzuciły,

Duży okaz, więc ją pożarł,

Nawet ości smaczne były.

Miało się ku zachodowi…

Zachód słońca nad jeziorem…


Jeśli ktoś tego nie przeżył,

Droga stoi mu otworem.

Bo zobaczyć to i umrzeć

Choć zbyt mocno powiedziane,

Jest lekarstwem na me życie,

Z puzzli losu poskładane.

Syty już i najedzony,

Do snu w trawie się ułożył.

Przygodami tak zmęczony,

Że go sen głęboki zmorzył.

Sen

Słońce w purpurze,

Wiatry pieśń grają,

Dokoła smoki

 Jaja składają.

Smocza kraina

Siarką pachnąca,

Zamiast rzek płynie

Lawa gorąca.


Dym się unosi

Tworząc opary,

Pośrodku stoi

Cedr bardzo stary.

A smoki różne,

Białe, czerwone,

Duże i małe…

Trzy są zielone.

Ten ogniem zionie,

Inny harcuje,

A jeszcze inny

Gniazdo buduje.

Jedne szybują,

Inne latają,

W zapamiętaniu

Skrzydłem machając.


Oczy radosne

Takim widokiem,

Wcale nie trzeba

Być tutaj smokiem.


Czas snu powoli

Dobiega końca,

Zza gór wychodzą

Promienie słońca.

Przygoda

Trzask gałęzi połamanych

Przerwał rano sen smokowi,

Stadko słoni się zbliżyło

Dążąc ku wodopojowi.

Przerażony tym widokiem

Znieruchomiał w swej postawie,

Na dwóch tylnych łapach stanął

I rozłożył skrzydła prawie.

Słonie także przystanęły

I swe trąby w górę wzniosły,

Uszami zafalowały

I wydały ryk doniosły.

Nastąpiła konsternacja,

Lecz wodopój ma swe prawa,

Na przód wyszły małe słonie

I zaczęła się zabawa.

Słonie trąby opuściły,

A ponieważ smok był mały,

Zobaczyły, że sam tutaj

I uwagi nie zwracały.

Za to dzieci miały harce;

To podskoki, to przewroty,

Na piasku się przepychały,

Chłodząc wodą żar spiekoty.

Smok ze słoniem, słoń ze smokiem.

Czy ktoś widział takie cuda?

Tyle żyję na tym świecie,

Nie sądziłem, że się uda.

Trąbą smoka polewały,

On ochlapał je ogonem,

Smok przyjaźnie nastawiony,

Zachwycony słoni gronem.

Nie był typem samotnika,

Bez rodziców, bez rodzeństwa,

Wychowany przez orlicę,

Nabył trochę „człowieczeństwa”.

Więc zabawa w takim gronie

Mocno mu odpowiadała,

Słonie wnet odeszły dalej,

No i to przygoda cała.

Ogień

Jakaś siła go prowadzi

W stronę góry tej czerwonej,

Co wygląda jak rubiny

W wielki kopiec ułożone.

Chyba latać dałby radę,

Ale skrzydło ciągle boli,

Więc spacerem na piechotę

Dziś się musi zadowolić.

Skrajem lasu więc wędruje,

Bawi się widokiem takim,

Gdy co chwilę krzyk podnoszą

Przerażone smokiem ptaki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 25.27