E-book
15.75
drukowana A5
44.03
BAJKI STARODAWNE I NOWOCZESNE

Bezpłatny fragment - BAJKI STARODAWNE I NOWOCZESNE


Objętość:
150 str.
ISBN:
978-83-8467-315-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.03

Sześć kielichów

Pewnego dnia władca zielonej krainy, mieszczącej się w samym sercu morza piasku, zarządził konkurs na osobistego doradcę. Ogłoszenia rozwieszono w całej oazie, wysłano również gońców na wielbłądach do odległych o wiele mil osad, a nawet przekazano je karawanie kupieckiej przejeżdżającej przez całą pustynię aż do Europy. Kandydaci mieli stawić się w pałacu księcia szóstego dnia, szóstego miesiąca o godzinie dwunastej, czyli równo w pół roku od momentu wydania obwieszczenia.

Czas niekiedy płynie wolno niczym leniwa, spokojna rzeka, innym razem zaś mknie do przodu, przesypuje się przez palce, zupełnie jak piach w klepsydrze, zawsze jednak przychodzi kres wszystkiego i kalendarz oznajmia, że oto nastał oczekiwany termin. I tym razem nadszedł wreszcie wyznaczony dzień i godzina. Do wrót pałacu zastukało trzech śmiałków. Zbrojni strażnicy poprowadzili ich przez pełen przepychu hol prosto do komnaty władcy. Przybysze skłonili się mu nisko, a książę wstał z tronu i powiedział:

— Witajcie! Dziękuje wam za przyjęcie wezwania. Na początek podejdźcie do stołu i usiądźcie na krzesłach z lewej strony.

Na środku olbrzymiej komnaty stał długi, prostokątny stół, w centralnej części którego ustawiono sześć wysokich kielichów. Trzy kielichy bez żadnych ozdób wykonano z przeźroczystego szkła i napełniono wodą. Kolejna trójka zaś wykonana była ze złota, bogato zdobiona i wysadzona licznie rozmaitymi klejnotami. Przy dłuższych bokach stołu, ustawiono po trzy krzesła. Kiedy kandydaci zajęli wyznaczone im miejsca, książę podszedł bliżej i dokładnie im się przyjrzał. Twarze dwóch śmiałków spalone były słońcem, usta ich zaś popękane, ciała wyschnięte, a szaty nędzne i spłowiałe od upału. Widać było, że niczego nie potrzebują oni bardziej niż wody. Oblicze ostatniego z przybyszów było jednak odmienne: pełne blasku i siły, nie zdradzało trudów podróży, nie widać na nim było niszczycielskich śladów palącego słońca. Mężczyzna wyglądał najmłodziej, najdostojniej, usta zaś jego były czerwone, bez pęknięć, a chód pewny, sprężysty, pełen wigoru i życia. Kiedy podeszli do stołu tak blisko, że każdy z nich mógł poznać również zawartość nieprzeźroczystych kielichów, książę przemówił ponownie:

— Każdy z was może wziąć do ręki tylko jeden kielich i wypić jego zawartość. Puchar ten będzie moim prezentem dla was bez względu, którego z was wybiorę, będziecie mogli zachować go dla siebie. Pamiętajcie, że nie wolno wam zasady tej złamać! Tylko jeden kielich i tylko jego zawartość!

Strudzeni wędrówką mężczyźni nerwowo oblizywali wargi, patrząc z pragnieniem na szklane kielichy i z pożądaniem na te ze złota. Tylko młodzieniec bez cienia wahania ujął w rękę szklany kielich, podniósł do góry na znak toastu i nadal trzymając go w ten sposób, skłonił się głową w kierunku księcia i rzekł:

— Twoje zdrowie, panie — po czym wyprostował się i z wyraźną radością przechylił kielich, wypijając całą zawartość. — Dobra! Zimna! — wykrzyknął z nieukrywaną radością, kiedy skończył.

Tymczasem jeden ze zmęczonych wędrowców ujął spieczonymi, pomarszczonymi dłońmi kielich złoty i mocno przycisnął do swej piersi. Drugi wahał się przez chwilę, jednak pomny niedawnych słów władcy, że kielich, który wybierze, otrzyma w prezencie, również wybrał kielich złoty. Obydwaj oblizywali usta i pomimo dokonanego wyboru z wielkim smutkiem spoglądali w głąb swych pucharów. Naczynia były puste.

— Wybór został dokonany — rzekł władca i zwracając się bezpośrednio do młodzieńca, zapytał:

— Jak cię zwą?

— Aldomarad, Panie.

— Podejdź do mnie, Aldomaradzie. Młodzieniec uczynił, jako książę mu przykazał, a wtedy władca położył mu rękę na ramieniu i patrząc prosto w oczy rzekł: — Oto czynię cię moim doradcą. Stań tu, obok mnie. Mężczyzna zajął miejsce obok tronu.

— Możecie odejść — zwrócił się władca w kierunku kandydatów, którzy wybrali puchary ze szlachetnego metalu, zdobione klejnotami.

— Ależ panie — rzekł jeden z nich, wyraźnie zawiedziony — dlaczego wybrałeś tego młokosa? Nie rozmawiałeś z nami, nie pytałeś o nic: o nasze życie, o nasze osiągnięcia. Ja jestem od niego o wiele starszy, napisałem dwie pokaźnych rozmiarów grube uczone księgi, zwiedziłem wiele krajów. Czy to nic nie znaczy?

— Człowieku — odparł spokojnie książę — to, że jesteś starszy, w tym wypadku nic nie znaczy. Widocznie w czasie swych podróży i dotychczasowego życia nie nauczyłeś się zbyt wiele bądź złego rodzaju były twe nauki, skoro tu, w samym sercu pustyni, wybrałeś pusty kielich ze szlachetnego kruszcu zamiast zwykłego naczynia z zimną wodą. Mówisz, że długo żyjesz na tym świecie, a nie wiesz nawet tego, że na pustyni woda najcenniejszym jest ze skarbów? Mówisz, że księgi dwie grube uczone napisałeś. Nie moja w tym głowa, by je oceniać, często jest tak, że ci, co najwięcej piszą, najmniej mają do powiedzenia. Nie słowa liczne niczym ziarna pisaku na pustyni o wartości dzieł stanowią, lecz ile w słowach treści. Idź więc swą drogą i zastanów się nad swym życiem.

Zawstydził się wędrowiec, zrozumiał bowiem, że padł ofiarą własnej chciwości, skłonił się nisko i odszedł. Lecz drugi z odrzuconych, nie mogąc się pogodzić z decyzją władcy, krzyknął:

— Panie! Pragnienie moje jest doprawdy wielkie, czy mogę teraz napić się wody ze szklanego kielicha?

— Nie — odrzekł stanowczo książę — przecież miałeś możliwość wyboru. Weź, co wybrałeś i odejdź. Lecz wędrowiec nie posłuchał. Ściskając kurczowo złoty kielich, złapał w drugą dłoń szklany i łapczywie wypił wodę. Zagniewany władca kazał mu wymierzyć karę dziesięciu batów i odejść, skąd przyszedł, z tym, co miał przy sobie. Nie było tego wiele, tak że wędrowiec musiał pozostać jakiś czas w osadzie i zapracować na powrót do domu. Złoty kielich nie dopomógł mu w tym, gdyż sprzedał go za bezcen, za bukłak wody, którą nasycił swe spragnione ciało po wymierzonych batach. Wędrowiec, który pojął swój grzech, dostał prowiant i wodę na drogę, dzięki którym niebawem zawitał w rodzinnym domu. Młodzieniec zaś został książęcym doradcą. Funkcję tę sprawował szczęśliwie przez wiele długich lat.

Zaczarowane słodycze

Dawno temu, na Krakowskich sukiennicach, było stoisko, którego właścicielem był wysoki mężczyzna o długich, brązowych włosach pokrytych pasmami siwizny. W przeciwieństwie do innych straganów, na tym jedynym nie było zbyt wiele towaru, zaledwie kilkanaście różnokolorowych okrągłych lizaków stojących w równym rzędzie na drewnianym podeście i kilkadziesiąt kawałków czekolady w różnych wymyślnych kształtach. Można tam było znaleźć czekoladowe słonie, żyrafy, nosorożce, czy też palmy, banany, jabłka, a nawet zamki, wieże i inne budowle. Zestaw słodyczy uzupełniały dodatkowo dwa regały z różnokolorową oranżadą. U góry, ponad wszystkim, znajdował się duży szyld z napisem: „Zaczarowane Słodycze”.

Pewnego zimowego dnia obok stoiska przechodził zmartwiony chłopiec z głową spuszczoną w dół. Sprzedawca zobaczył go i zapytał:

— Czemu jesteś taki smutny?

— Bo źle się czuje.

— A dlaczego źle się czujesz?

— Bo dostałem kolejną dwóję z matematyki i jak tak dalej pójdzie to nie przejdę do następnej klasy.

— Rozumiem. A możesz mi powiedzieć jak masz na imię?

— Antoni.

— Posłuchaj, Antoni. Mam coś dla ciebie. Podejdź do mnie.

Chłopiec trochę się zawahał, ale spełnił prośbę sprzedawcy i podszedł do lady. Wtedy mężczyzna zdjął z podstawy jeden lizak o pięknym pomarańczowym kolorze i dał go chłopcu.

— Nie wiem, czy powinienem… — zastanowił się Antoni i dodał po chwili: — z resztą nie mogę go kupić, bo nie mam pieniędzy…

— To jest prezent — odpowiedział sprzedawca — tak więc nie musisz mi nic płacić.

— Dziękuję! — ucieszył się chłopiec, a na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.

— Posłuchaj uważnie — mówił dalej mężczyzna: — to nie jest zwykły lizak, tylko zaczarowany. Kiedy będziesz go lizać wstąpią w ciebie niezwykłe siły i otrzymasz dar zrozumienia i sprawnej nauki matematyki. Ale pamiętaj, że pomimo tego daru musisz przede wszystkim uczyć się systematycznie i pilnie oraz nie zrażać się w obliczu niepowodzeń. Na początku może się zdarzyć, że pomimo działania czaru twoje oceny nie będą zbyt dobre. Nie przejmuj się tym. Ucz się dalej i pamiętaj, że magiczna moc, powoli i systematycznie rośnie z każdym dniem. Im więcej dni upłynie od zjedzenia lizaka, tym siła czaru będzie większa, a tym samym twoje zdolności matematyczne wzrosną. Tylko nie zaniedbuj nauki, ponieważ wysiłek jest niezbędny dla podtrzymania siły czarów.

Chłopiec słuchał z otwartą buzią trzymając lizak w ręku. Im dłużej słuchał tego, co mówił sprzedawca, tym mocniej ściskał patyczek. W końcu, kiedy mężczyzna skończył mówić, wzruszony, ale i pełen nadziei chłopiec, wykrztusił z siebie słowa:

— Dziękuję! Dziękuję panu.

Potem ściągnął papierek z lizaka i zaczął go jeść. Radość zaczęła wypełniać jego młode serce. Sprzedawca zobaczył, że chłopiec wyprostował się, podniósł głowę do góry i sprężystym krokiem zaczął szybko oddalać w kierunku Kościoła Mariackiego.

Nastała wiosna, stopiły się śniegi. Wszystko kwitło i było coraz cieplej. W końcu nadeszło lato. Przez cały ten czas sprzedawca samotnie siedział na swoim stoisku. Nie sprzedawał wiele, jednak praca dawała mu zadowolenie i miał to, czego potrzebował najbardziej: kontakt z ludźmi. Pewnego słonecznego dnia, na początku lipca, spotkała go miła niespodzianka. Do lady podbiegł niespodziewanie Antoni wymachując świadectwem z czerwonym paskiem.

— Zdałem! Zdałem do następnej klasy. Wszystko dzięki Panu! I jestem na dodatek jednym z najlepszych uczniów w klasie. Proszę zobaczyć dostałem czwórkę z matematyki!

Sprzedawca wziął świadectwo chłopca do ręki, uważnie je oglądnął, przeczytał oceny oraz pochwałę napisaną na dole przez wychowawcę, po czym powiedział:

— Serdecznie ci gratuluje! — i zwrócił mu świadectwo.

— Gdyby nie Pan, nigdy bym tego nie dokonał! Jest Pan doprawdy czarodziejem. Te pańskie słodycze są naprawdę cudowne. A jakie właściwości mają czekoladki?

Mężczyzna podrapał się po głowie i zastanowił się przez chwilę, po czym odpowiedział:

— Czekoladki mają przede wszystkim taką właściwość, że są słodkie.

— To ja wiem, ale chodzi mi o działania magiczne! Chciałbym kupić kilka takich czekoladek. Może jest jakaś, która spowoduje, że będę szybciej biegał albo celniej rzucał?

— Hmm. Widzisz Antoni, zanim kupisz kilka czekoladek, muszę ci coś powiedzieć.

Chłopiec zamilkł na chwilę i znów ze zdziwienia „rozdziabił” buzię, przeczuwał bowiem, że dowie się znów czegoś niezwykłego.

— Otóż prawda jest taka, że zarówno moje czekoladki, jak i ten słodko-kwaśny pomarańczowy lizaczek, który kiedyś zjadłeś nie są w żaden sposób zaczarowane i nie mają żadnych cudownych właściwości.

Antoni przez kilka sekund nie mógł wydusić z siebie słowa, w końcu jednak odpowiedział:

— Ale jak to, nie mają? Przecież ja jestem żywym przykładem na to, że jednak mają! Po tym jak zjadłem pańskiego lizaka, moje życie uległo radykalnej zmianie na lepsze! Uczyłem się pilnie i dzięki temu moc magiczna rosła, a ja dostawałem coraz lepsze oceny z matematyki. Również z innych przedmiotów uczyłem się więcej i szło mi coraz to lepiej. Nigdy bym tego nie dokonał, gdyby nie czary, które mnie wspierały! Przecież widział Pan moje świadectwo!

— Wszystko się zgadza, drogi chłopcze, z jednym wyjątkiem to, czego udało ci się dokonać to całkowicie twoja zasługa, a nie wynik jakiś czarów. Ja po prostu dodałem ci pewności siebie, której zaczęło ci brakować w wyniku niepowodzeń w szkole. Na przyszłość, pamiętaj, żeby się się nie zniechęcać, kiedy pojawią się przeszkody, lecz ciągle iść do przodu, w wyznaczonym kierunku, aż w końcu osiągniesz swój cel.

— Czyli to wszystko nieprawda, nie ma żadnych czarów? — zmartwił się chłopiec i zamyślił lecz już po chwili dodał: — Ale znaczy to też, że jestem sobie w stanie poradzić sam, bez żadnych czarów! Czyli to wszystko zawdzięczam sobie.

— W rzeczy samej — dodał sprzedawca.

Na chwilę zapadła cisza, po czym Antoni odezwał się ponownie:

— Chociaż jakby się tak dobrze zastanowić, to nie do końca tylko sobie. Dużo też zawdzięczam Panu. Chociaż, jak się okazuje, czary nie istnieją, to Pan mnie w jakiś sposób zaczarował i pomógł mi i za to bardzo Panu dziękuję.

Wzruszenie ścisnęło za gardło siwego sprzedawcę i miał coś dodać, ale chłopiec mówił dalej:

— Chciałem dziś spróbować pańskich czekoladek nie dlatego, że są zaczarowane, ale dla tego, że jak Pan mówi są słodkie i smaczne. Proszę o jednego słonia, jeden zamek i jednego pelikana. Oczywiście zapłacę. Za dobre świadectwo dostałem od dziadka trochę pieniędzy.

Sprzedawca zapakował słodycze i podał chłopcu a ten wręczył mu zapłatę. Antoni wyciągnął od razu słonia z torebki i ugryzł jego ucho. Potrzymał na chwilę kęs w buzi i poczekał, aż czekolada się roztopi.

— Bardzo dobre słodycze. Będę przychodził do Pana co tydzień, także z przyjaciółmi po kolejne zakupy. Raz jeszcze, za wszystko, bardzo dziękuję — powiedział chłopiec, który pomyślał, że w ten sposób odwdzięczy się za pewność siebie, którą odzyskał dzięki „czarom” sprzedawcy.

— Ja również ci dziękuję, za zakupy — odpowiedział handlarz — i zapraszam ponownie.

W ten sposób handlarz zyskał stałego klienta, który odwiedzał jego stoisko przez wiele długich lat. Antoni zaś uwierzył w siebie i bez względu na to, co spotykało go w życiu, pamiętał, że systematyczną i pilną pracą można pokonać wszelkie trudności. Obaj zaś, jak pokazała przyszłość, zyskali wzajemną przyjaźń i wsparcie na długie lata. Ale to już temat na odrębną historię, którą być może opowiem Wam następnym razem…

Bajka o Smutnym Królu

Pewien król o imieniu Felicjan miał wszystko, czego dusza może zapragnąć, czyli: wspaniałe królestwo, cudowną żonę oraz mądre i grzeczne dzieci. Posiadał również: piękny zamek, wystawną karocę, oraz skarbiec pełen złota. Poddani go kochali, ponieważ siedem lat temu uratował królestwo przed straszliwym smokiem, którego osobiście pokonał w czasie długiej i ciężkiej walki. Powinien być więc najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W rzeczywistości jednak, król nie potrafił cieszyć się z tego wszystkiego. Nie cieszyły go podróże, nie cieszyło go wydawanie pieniędzy ani nawet radosne wiwaty poddanych. Choć starał się bardzo, czuł się źle, w zasadzie z każdym dniem, coraz gorzej. Czuł jak jakaś straszna choroba zżerała jego duszę i chociaż nie potrafił jej nazwać, wiedział, że jest to najgorsza z chorób z jaką przyszło mu się zmierzyć.

Widząc, że mąż jest w coraz gorszym stanie, kochająca go żona, wezwała z dalekiego kraju znanego medyka, słynącego z tego, że przywracał do życia ludzi, którym smutek, cierpienie i niemoc, zabierały to, co najcenniejsze w każdym człowieku: chęć do życia. Po siedmiu dniach podróży medyk przybył na zamek i od razu przystąpił do rzeczy. Wysłuchał opowieści króla, zapoznał się z objawami, pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym rzekł do monarchy:

— Wasza wysokość widzę, że jesteś chory na królewską melancholię. Od razu pocieszę cię na wstępie: nie ty pierwszy i nie ty jedyny. Wiem, jak ciężka jest to choroba i niebezpieczna zarazem, bo zabiera siły witalne i chęć do działania. Mam jednak coś, co postawi cię na nogi — to powiedziawszy, poszperał w swojej skórzanej torbie po czym wyciągnął wspomniane „coś”, zapakowane elegancko w kawałek złotego papieru. Wręczył lekarstwo królowi, a kiedy ten przystąpił do odpakowania przemówił ponownie:

— To jest kawałek czekolady. Ale nie jest to zwykła czekolada, lecz magiczna. Możesz w to nie wierzyć, ale zapewniam cię, Panie, że tak właśnie jest. Zjedz ją, a wszelkie twoje smutki, zgryzoty i cierpienia odejdą i przeminą w krótkim czasie, najdalej do jutrzejszego poranka. Potem będziesz się czuł tylko lepiej. Jeżeli z jakiś przyczyn uznasz, że moje lekarstwo cię nie usatysfakcjonowało, nie musisz płacić, ale jeżeli okaże się, że czujesz się lepiej, wówczas podczas mojej kolejnej wizyty, jutro wieczorem, wręczysz mi mieszek pełen monet ze szczerego złota.

Król zgodził się i zjadł kawałek czekolady. Nie miał nic do stracenia. Pomyślał, że to doprawdy niewielka cena, za to, żeby wreszcie poczuć się lepiej.

Nazajutrz rano, król zbudził się wypoczęty i rześki. Uświadomił sobie, że dawno nie spał tak długo i spokojnie. Umył się, ubrał i udał do sali śniadaniowej. Kiedy jadł podane mu jajka z szynką, pomyślał, że smakują wyśmienicie. Po śniadaniu porwał swoją żonę i pojechali na przejażdżkę na rynek. Wzbudzili niemała sensację, bo ich ostatnia wizyta w tym miejscu miała miejsce trzy lata temu. Zrobili niewielkie zakupy i wrócili na zamek. Król udał się na przegląd straży, a królowa poszła na spacer z dziećmi do ogrodu. Kiedy tylko zakończył inspekcję dołączył do swojej rodziny. Siedząc na trawie grali w grę planszową polegająca na zbieraniu grzybków. Wygrywał ten, który nazbierał najwięcej i udało mu się uniknąć złego wilka. Czas mijał szybko. Po południu król zjadł z rodziną wykwintny obiad. I chociaż obiad taki w zasadzie dostawał codziennie, dziś smakował mu o wiele lepiej. Kolejne godziny upłynęły równie szybko i aktywnie: na pisaniu przemówienia z okazji 25-lecia panowania, na grze w lotki z lokajem oraz na ciekawych rozmowach z generałem na temat modernizacji armii. Nastał wieczór i do drzwi komnaty królewskiej ponownie zapukał zamorski medyk. Rozpromieniony monarcha z radością wręczył mu wyjątkowo duży mieszek pełen szczerozłotych monet.

— Dziękuję ci z całego serca. Zasłużyłeś na zapłatę!

— Ja również dziękuję ci — królu — odparł medyk. — Musisz jednak o czymś wiedzieć. Lekarstwo, które ci przepisałem, jakkolwiek niezwykle skuteczne, ma jednak swoje ograniczenia. Tym ograniczeniem jest czas działania: będzie on działać pewnie pół roku, może rok, a może dwa lata. Jednak wcześniej, czy później nadejdzie taka chwila, że jego magiczna moc ustanie. Wtedy możesz wezwać mnie ponownie. Wiedz jednak, że cena wówczas będzie znacznie wyższa.

— Rozumiem — król zamyślił się nieco, po czym już znacznie rezolutnie dodał: — Dobrze, będę się martwił później. Na razie czuje się świetnie, oby ta chwila trwał wiecznie! Kiedy nadejdzie taka potrzeba zawezwę cię ponownie.

Medyk skłonił się nisko i wyszedł, a pełen energii król udał się do swoich komnat.

Kolejne dni i miesiące mijały królowi Felicjanowi owocnie i szybko. Podświadomie chciał zapewne nadrobić i wynagrodzić sobie, bliskim i poddanym wcześniejsze lata w których zdarzało się, że bywał nieobecny duchem z powodu zgryzoty, która trawiła jego duszę. Odwiedził wiele krajów o różnorodnym klimacie: od tropikalnego po subarktyczny i podpisał dużo korzystnych umów handlowych a przy okazji poznał wielu ciekawych i wpływowych władców oraz zwykłych ludzi. Nie zaniedbał także swojej rodziny, którą zabierał często ze sobą, aby mieli okazję poznać wielki świat. Dbał również o poddanych; dochody królestwa systematycznie się zwiększały, dzięki czemu mógł zmniejszyć podatki oraz wprowadzić program dopłaty do mieszkań. Powołał także specjalną ustawą Urząd Łowcy Smoków imienia Szewczyka Dratewki, który mogli objąć chętni śmiałkowie, po specjalistycznym przeszkoleniu z metody eliminacji opracowanej przez patrona oraz po wprawieniu się we władaniu łukiem i mieczem. Wszystko szło dobrze i we właściwym kierunku.

Jednak pewnej nocy, rok po wizycie medyka, kiedy zmęczony dniem Felicjan usiadł na balkonie, poczuł napływ dziwnej tęsknoty i uczucie pełzającego niczym podstępny wąż, strachu, zatruwającego jego serce. Pomyślał, że to mnie, w końcu każdy ma przecież prawo, żeby czasem poczuć się słabiej. Niestety, nazajutrz rano, było już znacznie gorzej. Jakaś dziwna, trudna do opisania niemoc, hamowała go i nie pozwoliła mu wstać z łóżka. Czuł, że szybko opuszczają go siły, a niechęć do jakiegokolwiek działania wypełnia jego serce, odbierając mu siły sprawcze. Domyślił się, że może to być nawrot choroby, poprosił więc żonę, aby wezwała medyka. Ten, tak jak poprzednio przybył na zamek w ciągu siedmiu dni. Zażycie lekarstwa przyniosło oczekiwany rezultat, więc Felicjan nie żałował wyznaczonej zapłaty, którą tym razem była skrzynia pełna kosztowności. Cóż jednak znaczą kosztowności, kiedy brak w człowieku chęci do życia? Król wrócił szybko do przerwanych aktywności i ponownie rzucił się w wir zajęć. Niestety zaledwie po pół roku, podstępna choroba znów dała znać o sobie. Na szczęście znana była metoda, żeby temu zaradzić, a zapłata, chociaż absurdalnie wysoka: gdyż był nią przygraniczny zamek z wioską, była niczym w obliczu problemów, które udało się dzięki niej rozwiązać. Tym razem działanie lekarstwa było wyjątkowo krótkotrwałe, gdyż już po miesiącu nastąpił powrót objawów. Nie mogąc znieść chwili swojej słabości, król ponownie nakazał wezwać medyka. Kiedy usłyszał jakiej zapłaty żąda miał przez chwilę ochotę wtrącić go do lochu i zabrać mu teczkę z jego specjałami, ale wpojona uczciwość zwyciężyła i przyznał swojemu „dobroczyńcy” żądane przez niego województwo z trzema oddziałami wojska jako zapłatę za leczenie. Pomimo tak wygórowanej ceny objawy choroby pojawiły się ponownie po niespełna tygodniu. Medyk przebywał w kraju na nadanych mu włościach, tak więc tym razem przybył szybciej niż zwykle i nazajutrz był na królewskim zamku. Tym razem król najpierw zapytał o zapłatę:

— Pomimo przyjmowania leków, znów jestem w złym stanie. Czego żądasz tym razem, za kolejną dawkę sepcyfiku?

— Drogi królu. Tym razem cena może być tylko jedna: połowa twojego królestwa i połowa twej armii.

Tym razem Felicjan, choć uczciwy z natury, zdecydował się wezwać straże, aby zamknęły chciwca w lochu i zabrać potrzebne mu lekarstwa:

— Straż do mnie! — krzyknął.

Nie przewidział jednak, że medyk przekupił wcześniej królewskie wojsko pieniędzmi i kosztownościami, które otrzymał od władcy. Tak więc strażnicy którzy przybyli uwięzili króla w lochu, a podstępny medyk zajął jego miejsce.

Władca został pozbawiony swych szat i przebrany w łachamy, zabrano mu także koronę, berło i miecz. Siedząc w ciemnościach w brudzie i zimnie, z przerażeniem rozmyślał, co go dalej czeka, co stanie się z jego żoną i dziećmi, dalszą rodziną, a przede wszystkim z poddanymi i z całym królestwem.

Wieczorem, do siedzącego w lochu króla, przyszła zakapturzona postać, która przekupiła strażników, by ją wypuścili, a następnie wręczyła mu miecz, tarcze i szaty. Pełen złości, ale i chęci do działania, władca, udał się do komnaty królewskiej, gdzie zadomowił się zdradziecki medyk. Widząc dawnego króla w pełnej chwale i z mieczem w dłoni, zdezorientowani, przekupni żołnierze zdecydowali się zajść mu z drogi, po czym uciekli z zamku.

Król z impetem otworzył drzwi do swej komnaty i wyzwał medyka na pojedynek. Podstępny szarlatan nie był jednak dobrym szermierzem i po wymianie zaledwie kilku niecelnych cięć, zginął od ciosu w serce. Potem wydarzenia potoczyły się szybko: król uwolnił swą rodzinę, po czym przemówił do poddanych i wyprawił wielkie święto. Ziemie i kosztowności przekazane medykowi powróciły do królestwa, a rycerze, którzy dopuścili się zdrady zostali surowo ukarani.

Od czasu tamtych wydarzeń, król czuje się zazwyczaj dobrze, a w gorszych chwilach przypomina sobie takie powiedzenie, które sam wymyślił, po okropnej przygodzie z medykiem:

— Czasem każdy musi się czuć się trochę gorzej, aby potem wiedział, że czuje się dobrze.

I tylko jednej rzeczy nie dowiedział się pomimo upływu lat: kim był zakapturzona postać, która uratowała go w lochu, wręczyła miecz i dała możliwość walki z wrogiem?

Przygody małego rycerza

Dawno, dawno temu, w zamku na górze otoczonym fosą i pięknym bujnym lasem, mieszkał wiking Rangar. Rangar miał małego syna o dziwacznym imieniu Przemysław, nadanym mu przez jego matkę, młodą żonę wikinga, pochodząca z kraju Polan. Ponieważ imię Przemysław było dla wikingów trudne do wymówienia, chłopiec nazywany był po prostu: „Przemo”.

W dniu jego ósmych urodzin, ojciec podarował mu małą zbroję i nieduży, aczkolwiek ostry miecz i powiedział:

— Teraz już jesteś prawie wikingiem. Musisz tylko jeszcze pokonać smoka, uwolnić królewnę i znaleźć skarb.

Chociaż miał to być żart, malec potraktował go całkiem poważnie. Rankiem kolejnego dnia osiodłał swojego kucyka — Stefcia, zabrał pakunek z jedzeniem i piciem oraz mapą kraju Rangara, po czym wymknął się z zamku i skierował leśną drogą w kierunku słońca wschodzącego na horyzoncie.

Po godzinie podróży Przemo dotarł do chaty pustelnika, położonej w środku lasu. Zszedł z konika i zapukał do drzwi. Otworzył mu zgarbiony starzec z długą, siwą brodą:

— Coś ty za jeden i jakie licho cię tu niesie? — zapytał.

— Jestem rycerz Przemo i szukam smoka! — odparł dziarsko chłopiec.

Pustelnik podrapał się po głowie, po czym przemówił ponownie:

— Sądząc po głosie jesteś bardzo młody. Czy mogę cię dotknąć?

Dopiero wtedy nasz mały rycerz zwrócił uwagę, że źrenice oczu starca przykrywało bielmo, które z pewnością utrudniało bądź bardzo ograniczało mu widzenie.

— W żadnym wypadku — wykrzyczał Przemo, któremu przyszło do głowy, że jeżeli starzec pozna jego wiek, może nie chcieć z nim rozmawiać — mam straszną wysypkę na buzi i ogólnie szpetną twarz. Jeśli tylko mnie dotkniesz, zachorujesz! Z uwagi na chorobę mam też osłabiony głos, który może i brzmi dziecinne, ale to nie zmienia faktu, że tęgi ze mnie zabijaka i lepiej ze mną nie zadzierać!

Słysząc to mędrzec wzdrygnął się, tak, że aż podskoczył z wrażenia i przeszedł do drugiego końca chaty. Po chwili ochłonął i przemówił ponownie:

— Dobrze więc, o co pytałeś? Ach tak, o smoka. Może to niestosowne pytanie, a może nawet głupie, ale powiedz mi, po co ci ten smok?

— Jak to, po co? — zdenerwował się rycerzyk — przecież każdy rycerz musi pokonać smoka, uwolnić królewnę i znaleźć skarb! Zacznę więc od smoka, te bestie często więzią królewny, a i skarby zazwyczaj jakieś posiadają!

— Ahh… aaa… — zaciął się na chwilę starzec i pogładził swą długą brodę. — Wybacz, ale od dawna, jakby tu rzec… nikt mnie o to nie pytał. Ale skoro chcesz wiedzieć, to zdradzę ci tajemnicę, otóż całkiem niedaleko, rzecz można wręcz, że nieopodal, oczywiście w pieczarze, mieszka smok Vladymyr Pieczar.

— Vladymyr Pieczar? — zastanowił się chłopiec — trochę dziwne imię, jak na smoka.

— Może i dziwne, ale on tak się nazywa, w każdym razie tak się przedstawia.

— Przedstawia? To może mi powiesz, że z nim rozmawiałeś?!

— Jak najbardziej, to bardzo rozmowne stworzenie.

— I nie zjadł cię?! Nie zionął ogniem?! — wykrzyknął zdumiony chłopiec.

— No, jak widzisz — nie.

— Dziwne to wszystko, co mówisz. Czy to, aby na pewno jest smok?

— Moim zdaniem tak. Ale sam możesz sprawdzić. Aby dotrzeć do Vladymyra musisz jechać przez cztery godziny dalej drogą prosto przez las następnie na najbliższych rozstajach skręcić w prawo i taktem pobocznym udać się w głąb lasu. To może ci zająć dwa trzy dni. Na krańcu swej wędrówki ujrzysz mała górę, na szczycie której będzie pieczara, w której mieszka Vladymyr.

— Dobrze, sprawdzę sam. Wyruszam natychmiast — rzekł śmiało chłopiec po czym dodał:

— Do wiedzenia, pustelniku. Mam nadzieję, że podane przez ciebie informacje są prawdziwe.

— Z pewnością prawdziwe, chłopcze, powodzenia — odparł Starzec.


Przemo dziarsko wskoczył na kucyka i ruszyli przed siebie. Po około czterech godzinach, tak jak zapewniał pustelnik, dotarli do rozstaje dróg, gdzie skręcili w prawo. Dalsza droga nie była już tak prosta. Po kilkuset metrach trakt zamienił się w wąską leśną ścieżkę gęsto otoczoną drzewami i bujną roślinnością. Przemo musiał zejść ze Stefcia i torować drogę swoim ostrym mieczykiem. Kiedy zaczęło zmierzchać udało im się znaleźć polanę. Mały rycerz uwiązał konika do drzewa, sam zaś rozpiął a następnie ściągnął zbroję oraz hełm, wyciągnął z tobołka granatową poduszkę z księżycem i gwiazdami, po czym wygodnie ułożył się na miękkiej zielonej trawie. Jak przystało na mądrego wojaka, miecz ułożył tuż obok siebie. Po chwili usnął smacznie. Śniło mu się, że stoczył bohaterski bój z trójgłowym smokiem, zwyciężył i uwolnił przetrzymywaną przez bestię królewnę, a na koniec znalazł jeszcze wielką skrzynię pełną złota i klejnotów. Potem powrócił z królewną do domu, a wszyscy wiwatowali na jego cześć.


Nad rankiem Przemo obudził dotkliwy chłód. Rozejrzał się wokół, upewnił się, że miecz jest na miejscu i przeciągnął się zadowolony. Stefan stał nieopodal i radośnie skubał trawę. Rycerzyk sięgnął do swojego tobołka z którego wyciągnął chleb, szynkę oraz manierkę z wodą. Ukroił sobie duża pajdę chleba oraz plaster szynki. Zjadł ze smakiem, przepił wodą, po czym zwrócił się do konika:

— Drogi Steciu, jak się już najadłeś, to możemy ruszać!

Następnie nie czekając wskoczył na grzbiet kucyka i ruszyli przed siebie. Tym razem droga znów stała się jakby bardziej przejezdna, gęsta roślinność ustąpiła miejsca szerokiemu polnemu traktowi. Jechało im się więc wyśmienicie. Rycerzyk podśpiewywał modną ostatnio pieśń o dzielnym rycerzu, a Stefan porykiwał radośnie w czasie refrenu. Po kilku godzinach podróży, kiedy zbliżało się południe dotarli na kolejną polane.

Na środku polany stało drzewno, pod którym leżał olbrzymi głaz, a na głazie siedziała wielka ropucha.

Rycerzyk podjechał i zachowując wyuczoną etykietę powiedział:

— Dzień dobry Pani.

— A coś ty za jeden? — zaskrzeczała ropucha.

— Jestem dzielny rycerz, Przemo — odparł z dumą malec.

— Dzielny rycerz? — powtórzyła jak echo, żaba, zaśmiała się rubasznie po czym dodała:

— Jakiś straszenie kurduplowaty jesteś, wyglądasz raczej na chłopca, który uciekł z piaskownicy, niż na rycerza.

Przemo zdenerwował się i poczuł, że policzki pokrywają mu rumieńce. Miał odpyskować coś niegrzecznego, ale przypomniał sobie, co mamusia mu mówiła: żeby zawsze szanował kobiety, był wyrozumiały i uprzejmy. Przygryzł więc język, opanował złość i zmienił temat:

— Czy szanowna Pani Ropucha jest może królewną zaklęta w żabę?

— A no pewnie, że jestem, ale co ci do tego smarkaczu? Tylko mnie przypadkiem nie próbuj całować. A nóż przemienię się z powrotem… i co wtedy? Przecież nie pojadę z takim oseskiem jak ty, a przemieniona na łące raczej nie przeżyję.

Rycerzyk poczuł ukłucie w swoim dzielnym serduszku, lecz postanowił nie dać się wyprowadzić z równowagi i tonem najgrzeczniejszym jak potrafił powiedział:

— Szanowna Pani wybaczy, ale musimy już jechać. Czeka nas długa podróż i walka ze smokiem…

— Ze smokiem — ropucha zarechotała ponownie — chyba pluszowym. Prawdziwy smok jak cię zobaczy to chyba umrze ze śmiechu. Będziesz mógł potem mówić, że zwyciężyłeś. Ha, ha, ha… — wielka żaba zaczęła się cała dosłownie trząść ze śmiechu.

Przemo poczuł, że aż gotuje się pod zbroją. Miał ochotę podjechać do nabijającej się z niego paskudy i pacnąć ją rękojeścią miecza. Na szczęście wpajany od młodości kodeks rycerski i tym razem wziął górę. Zawrócił kucyka, objechali drzewo z ropuchą i udali się na drugi skraj polany, gdzie rozpoczynał się kolejny fragment drogi. Rubaszny śmiech ropuchy towarzyszył im jeszcze w tle przez kilka minut podróży.


Gdy ponownie zaczął zapadać zmrok udało im się znaleźć kolejną niewielką polanę. Zmęczeni ciężką wędrówką zjedli szybko posiłek, po czym zasnęli: rycerzyk na swoje miękkiej poduszeczce, a konik nieopodal na stojąco.

W środku nocy Przemo obudził jakiś hałas. Zerwał się na równe nogi i w ostatniej chwili udaremnił kradzież leżącego obok miecza, który jakieś małe sprytne ręce chciały porwać ze sobą. Szybko podszedł do tobołka, wyciągnął krzesiwo i zapalił małą latarenkę. Rozejrzał się wokół i ze zdziwieniem stwierdził, że kilka kroków obok niego stoi zdziwiony krasnolud wpatrując się nań pełnymi przerażenia, dużymi oczami. Krasnolud był prawie o połowę niższy niż nasz rycerz, ubrany był w wysokie kalosze, luźne spodnie, zapinaną na duże czerwone guziki szarą płócienna koszulę, a na głowie miał oczywiście standardową dla krasnoludków czapkę. Wizerunku dopełniała średniej długości broda i zawijane wąsy.

— Kim jesteś olbrzymie — zapytał krasnolud — skąd pochodzisz i dokąd zmierzasz?

— Jestem rycerz Przemo — odparł trochę niepewnym głosem chłopiec, gdyż spotkanie z paskudną ropuchą nadszarpnęło nieco jego pewność siebie.

— Aha, jesteś więc rycerzem — wtrącił pełen podziwu krasnolud. — Ja jestem Rudolf i jak widzisz jestem krasnoludem. Nigdy nie widziałem żadnego rycerza. Żyję w tym lesie ponad sto lat i nigdy go nie opuściłem. Przepraszam, że cię obudziłem. Chciałem zobaczyć co ciekawego masz ze sobą. Nie zamierzałem ci nic ukraść, a jedynie oglądnąć ten dziwny i trochę niepokojący przedmiot, który masz ze sobą.

— To mój miecz — odparł rycerz z dumą w głosie — dzięki niemu mam zamiar pokonać smoka!

— Pokonać smoka! — wykrzyknął krasnolud i zaraz z niepokojem rozglądnął się wokół.

— Tak, właśnie, tak. Oczywiście muszę jeszcze uratować królewnę i znaleźć skarb, jak na prawdziwego rycerza przystało — dodał Przemo, któremu powoli już zaczęła wracać pewność siebie.

— Aha i dlatego podróżujesz przez nasz las!

— Tak, właśnie dlatego!

— A czemu chcesz pokonać smoka? Czy masz tu może na myśli Vladymyra? — dopytywał krasnolud.

— Tak właśnie o niego mi chodzi. Dowiedziałem się, że mieszka w tym lesie, więc idę stoczyć z nim bój.

— Aha. Ale powiedz mi, dlaczego chcesz z nim walczyć? Spotkałeś go kiedyś? Zrobił ci coś złego?

— No nie, nie spotkałem go nigdy. Nic mi co prawda nie zrobił, ale muszę go pokonać, ponieważ jest smokiem i z pewnością jest zły. Ja zaś jestem rycerzem więc moją powinnością jest walka ze smokami, ratowanie królewien i szukanie skarbów.

— No, Vladymyr jest dość specyficzny — zamyślił się Rudolf.

— Znasz go może? — zapytał rycerzyk.

— No oczywiście, że znam — odparł krasnolud — muszę mu przynosić raz w miesiącu wiadro drogocennych kamieni, które wydobywam z rzeki.

— Aha! — podłapał chłopiec — czyli jest zły. Zmusza cię do pracy, wykorzystuje cię i karze ci przynosić drogocenne kamienie!

— No, on tak te kamienie nazywa…

— Czyli jest też bogaty! A czy więzi w swej pieczarze albo gdzieś we wieży jakąś królewnę?

— No, nic mi na ten temat nie wiadomo…

— Posłuchaj Rudolfie. Nic się nie martw. Widzę, że podążam dobrą drogą. Jak tylko odnajdę Vladymyra zaraz się z nim rozprawię i nie będziesz już musieć nosić mu kamieni. Pokój zapanuje w całym lesie i żadne smoczysko nie będzie w nim więcej rządzić!

— No, może masz rację… — wtrącił nieprzekonanym tonem krasnolud.

— Czy idę w dobrym kierunku do pieczary Vladymyra?

— Tak, jesteś na dobrej drodze. Ale posłuchaj ja muszę już wracać do domu…

— Rozumiem, nie będę cię zatrzymywać.

— W takim razie do zobaczenia.

— Do zobaczenia.

Krasnolud zniknął tak nagle, jak się pojawił. Przemo zgasił pochodnię i położył się spać. Śnił o pięknej walce ze smokiem i o niezliczonych ilościach kamieni szlachetnych znalezionych w pieczarze bestii.


Nastał ranek. Dzielny rycerz wstał i udał się do pobliskiej rzeczki, aby się umyć. Kiedy skończył zabiegi higieniczne, rozpalił ognisko i na niewielkim metalowym rusztowaniu zawiesił blaszany kociołek. Do kociołka wlał porcję fasolki z kiełbasą, którą przewoził w szklanym naczyniu. Było to specjalne danie, które zachował wcześniej na dzień walki z bestią. Zakładał, że dziś stoczy bój ze smoczyskiem, który przyniesie mu uznanie i sławę, dlatego też musiał spożyć wysokoenergetyczny i smaczny posiłek. Jadł powoli, delektując się smakiem i rozmyślając nad czekającym go wyzwaniem. Oczyma wyobraźni widział siebie w glorii chwały: oto po ciężkim boju pokonał straszliwego smoka, wspiął się na szczyt wysokiej wieży bez drzwi, pilnikiem przepiłował kraty i oswobodził piękną królewnę, która, co chyba oczywiste, od razu go pokochała miłością szczerą, prawdziwą i nieskończoną. Potem było jeszcze lepiej; zabrał królewnę na swój zamek i żyli długo i szczęśliwie. Zapewne rozmyślałby jeszcze dalej gdyby nie nagłe pacnięcie w głowę. To nagły podmuch wiatru zerwał z pobliskich drzew żołędzie i jeden z nich, dziwnym zrządzeniem losu uderzył przyszłego bohatera.

— Auu! — Przemo złapał się za głowę. — Widzę, że przyroda daje mi znaki, nie ma co rozmyślać, trzeba szybko jeść i szykować się do drogi.

Jak pomyślał, tak uczynił i już po kilku krótkich chwilach (albo jako kto woli: po jednym dłuższym momencie) przepłukał zęby wodą, przywdział zbroję, przypasał miecz, po czym wskoczył dziarsko na grzbiet swego rumaka i wyruszył w drogę.

Przez godzinę jechał szeroką polną drogą, która przerodziła się następnie w wąską ścieżkę pośród karłowatych drzew, by dotrzeć wreszcie do szerokiej otwartej polany. Zatrzymał się na skraju lasu i na przeciwko siebie w odległości kilkuset metrów ujrzał wysoką górę u podnóża której znajdowała się szeroka ciemna grota.

— Pustelnik podał trochę błędne informację: góra jest całkiem duża, a pieczara jest nie na szycie, tylko w dole góry — pomyślał: — Ale co mi tam, dla mnie to nawet lepiej, nie będę musiał wspinać się na szczyt.

Przemo wycofał się nieznacznie do środka lasu, tak, aby nie zostać zauważonym przez smoka. Przez dłuższy czas obserwował okolicę i planował atak. Liczył na to, że okrutny Vladymyr pojawi się i będzie miał okazję zobaczyć do jakiego podgatunku należy; czy jest standardowym jednogłowcem, trzygłowcem, a może — o zgrozo — pięciogłową poczwarą. Po serii długich rozmyślań i planów, doszedł do wniosku, iż polana sprawia, że jest widoczny jak na dłoni i w przypadku szarży bezpośredniej w środku dnia jego przeciwnik będzie miał zbyt dużą przewagę, z łatwością wypatrzy go, wzbije się w przestworza i przypuści atak ogniowy z powietrza. Postanowił więc, że zaatakuje przed zmierzchem, kiedy widoczność nie będzie aż tak dobra, ale wystarczająca. Miał zamiar podjechać do pieczary i u jej wrót wezwać bestię do wyjścia, co w jego ocenie wyrównywało szansę i dawało okazję do starcia bezpośredniego, na ziemi. Siedział tak i patrzył przez kolejne minuty, a potem godziny, ale nic się nie działo, nic nie było słychać, ani widać. Wreszcie, kiedy zaczął zapadać zmrok, z wnętrza groty, zaczął się wydobywać niewielki strumień dymu.

— Dobra nasza — pomyślał rycerz (już bez „yk”), spiął konia ostrogami i ruszył wolno i cicho przed siebie. Po dwóch minutach, które wydały mu się wiecznością, pełnych napięcia oraz potu sączącego się obficie pod grubą przecież zbroją, dotarł do podnóża góry. Chociaż zawsze czuł tremę przed przemówieniami, tym razem zebrał się w sobie i głośno wykrzyknął:

— Vladymyrze, smoku, nadeszła chwila prawdy, kiedy twoje niecne uczynki zostaną przykładnie ukarane ostrzem mojego miecza! Ja rycerz Przemo, syn Rangara wikinga, wzywam cię do uczciwego boju na śmierć i życie.

To powiedziawszy, Przemo zasłonił się tarczą i skierował obnażony miecz w kierunku z którego miał nadejść przeciwnik. Czekał jedną chwilę, drugą chwilę, kolejny moment, kolejne minuty, ale nic się nie działo. — Głuchy czy co, ten smok? — pomyślał i postanowił powtórzyć swoje wyzwanie:

— Vladymyrze, wieść niesie, żeś okrutny jest i chciwy, wykorzystujesz innych, ale widzę, że do walki nie masz odwagi stanąć. Wyjdź ze swojej nory i stań naprzeciw przeznaczenia. Nie bądź tchórzem. Ja rycerz Przemo, wzywam cię do uczciwego pojedynku na śmierć i życie!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.03