E-book
26.78
drukowana A5
Kolorowa
95
Bajki do snu Tom II

Bezpłatny fragment - Bajki do snu Tom II

Terapeutyczne


Objętość:
284 str.
ISBN:
978-83-8440-772-1
E-book
za 26.78
drukowana A5
Kolorowa
za 95

Te bajki powstały po to, by czytać je razem:

przed snem, w ciszy, w poczuciu bezpieczeństwa.

Nie uczą na siłę.

Nie straszą.

Po prostu towarzyszą.


Bajki w tym tomiku zostały pogrupowane tematycznie, aby ułatwić dorosłym wybór opowieści odpowiedniej na dany moment i potrzebę.


I. Emocje, lęki i napięcia

Pan Zamartwiacz i plecak pełen kamieni

(zamartwianie się, myśli „co jeśli…”, napięcie)

W Słonecznym Miasteczku, gdzie trawa pachniała jak świeżo skoszona mięta, a poranki zaczynały się od świergotu ptaków, mieszkał piesek o imieniu Burek.

Był wesołym, energicznym szczeniakiem, który uwielbiał biegać za piłką, tarzać się w liściach i szczekać na motyle.

Lubił słońce, spacery i zapachy, które zostawiały po sobie inne psy.

Ale Burek miał też coś, czego nikt inny nie widział.

Tuż za jego uszami, na miękkiej sierści, mieszkał mały, niewidzialny stworek zwany Panem Zamartwiaczem.

Pan Zamartwiacz był bardzo pracowity.

Budził się razem z Burkiem, a czasem nawet wcześniej.

Zanim piesek zdążył przeciągnąć się po śnie, stworek już szeptał:

— A co jeśli dziś wydarzy się coś złego?

Cały dzień siedział na grzbiecie Burka i podrzucał mu do plecaka ciężkie kamienie z napisem „A co jeśli…”.

Każdy kamień był inny, ale wszystkie miały ten sam ciężar — ciężar niepokoju.

Kiedy świeciło słońce, Pan Zamartwiacz szeptał:

— A co jeśli zaraz zacznie padać i zmokniesz?

Gdy Burek szedł na spacer, stworek dorzucał kolejny kamień: — A co jeśli zgubisz swoją ulubioną obrożę?

A kiedy bawił się z innymi szczeniakami, Pan Zamartwiacz mruczał:

— A co jeśli ktoś się na ciebie obrazi?

— A co jeśli coś pójdzie nie tak?

Z dnia na dzień plecak Burka stawał się coraz cięższy.

Pod koniec dnia piesek nie miał już siły biegać za piłką.

Jego łapki drżały ze zmęczenia, brzuszek był spięty jak ciasny supełek, a oddech czasem robił się krótki i szybki.

Serce biło mu mocniej, choć nie wiedział dlaczego.

Myśli krążyły w głowie jak ciemne chmurki, a radość gdzieś znikała.

Czuł się tak, jakby dźwigał na grzbiecie cały las.

Pewnego popołudnia, gdy słońce zaczynało chować się za wzgórzem, Burek spotkał mądrą, starą bernardynkę o imieniu Luna.

Luna miała spokojne oczy i miękkie futro, które pachniało jak ciepłe mleko.

Jej obecność sprawiała, że świat zwalniał.

Zauważyła, że Burek idzie zgarbiony, a jego ogon smętnie zwisa.

— Dlaczego niesiesz taki ciężki ładunek, maluchu? — zapytała łagodnie.

Burek westchnął tak głęboko, że aż poruszyły się liście na krzakach.

— To moje zmartwienia… — powiedział cicho.

— Boję się, że stanie się coś złego, choć jeszcze się nie stało.

A Pan Zamartwiacz mówi, że muszę być gotowy na wszystko.

Luna usiadła obok niego i położyła wielką łapę na jego plecaku.

— Wiesz, Burku — zaczęła spokojnie — Pan Zamartwiacz myśli, że cię chroni.

Ale często myli przyszłość z teraźniejszością.

Zobaczmy razem, ile z tych kamieni naprawdę jest potrzebnych.

Wyjęła pierwszy kamień. — „A co jeśli zacznie padać?” — przeczytała.

— Czy teraz pada?

Burek spojrzał w niebo.

Było czyste i błękitne.

— Nie…

— To odłóżmy ten kamień — powiedziała Luna.

Wyjęła drugi.

— „A co jeśli zgubię obrożę?”

— Mam ją na szyi — odpowiedział Burek, dotykając jej nosem.

— Czyli ten kamień też może odpocząć.

Potem Luna nauczyła Burka trzech prostych pytań:

— Co jest teraz?

— Co widzisz wokół?

— Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w myślach?

Burek spróbował sam.

Wyjmował kamień po kamieniu.

Z każdym odłożonym ciężarem jego plecak robił się lżejszy, łapki mocniejsze, a oddech spokojniejszy.

W końcu podskoczył lekko, jakby przypomniał sobie, jak to jest być szczeniakiem.

— Luna… — powiedział z uśmiechem — teraz, w tej minucie, wszystko jest w porządku.

— Właśnie tak — odparła bernardynka.

— A Pan Zamartwiacz może jeszcze czasem wracać.

Ale ty już wiesz, że nie musisz wierzyć każdemu jego kamieniowi.

Możesz sprawdzić, zanim go poniesiesz.

Wieczorem Burek wrócił do domu z lekkim plecakiem.

A gdy następnego dnia Pan Zamartwiacz znów spróbował coś dorzucić, piesek uśmiechnął się pod nosem i zapytał: — Czy to dzieje się teraz?

I choć niepokój czasem jeszcze się pojawiał, Burek wiedział już, że nie musi nosić przyszłości na swoich plecach.

Cień, który chciał się bawić

(lęk przed nieznanym, wyobraźnia)

W małym domku pod wielkim, rozłożystym kasztanem mieszkał zajączek o imieniu Tuliś.

Za dnia był odważny jak bohater leśnych opowieści.

Skakał najwyżej ze wszystkich zajączków, biegał szybciej niż wiatr i nie bał się nawet szeleszczących liści, które czasem udawały, że ktoś się w nich ukrył.

Światło dnia było dla Tulisia jak ciepły koc — wszystko było wyraźne, znajome i bezpieczne.

Drzewa wyglądały jak drzewa, krzesło jak krzesło, a kasztan przed domem jak stary przyjaciel, który pamięta wszystkie jego zabawy.

Ale kiedy słońce kładło się spać, a niebo robiło się granatowe jak atrament, odwaga Tulisia topniała jak śnieg na wiosnę.

Cienie wydłużały się, a świat stawał się cichszy, jakby wstrzymywał oddech.

Mama gasiła małą lampkę przy jego łóżku, poprawiała kołderkę, całowała go w czoło i szeptała:

— Dobranoc, kochanie.

Jestem tuż obok.

Tuliś kiwał głową, ale gdy drzwi cicho się zamykały, pokój zmieniał się w krainę cieni.

Wieszak na ubrania wyglądał jak wielki potwór z garbem.

Cień drzewa na ścianie przypominał długie, chwytne palce.

Nawet koszyk z zabawkami zdawał się poruszać własnym życiem.

Ciemność była dla Tulisia jak ogromna, czarna dziura, w której mogło ukryć się wszystko, co straszne.

Zajączek naciągał kołdrę aż pod nos i próbował oddychać jak najciszej.

Serduszko biło mu szybciej, a w brzuszku pojawiał się mały, zimny kamyczek strachu.

Pewnej nocy, gdy Tuliś drżał pod kocykiem, usłyszał cichutkie westchnienie.

Tak delikatne, że mógłby je pomylić z oddechem wiatru.

Dochodziło… z podłogi.

— K-kto tu jest? — szepnął zajączek, a jego serduszko biło jak mały bębenek.

— To tylko ja… twój Cień — odpowiedział głos miękki jak nocny powiew.

— Jestem smutny.

— Smutny? — zdziwił się Tuliś, chowając nos pod kołdrę.

— Tak — westchnął Cień.

— Bo kiedy gasisz światło, zaczynasz się mnie bać.

A przecież za dnia jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Biegamy razem, skaczemy, bawimy się w berka.

A w nocy… w nocy pilnuję twoich snów.

Tuliś wystawił jedno oko spod kołdry i spojrzał na ścianę.

Cień nie był potworem.

Nie miał zębów ani pazurów.

Siedział spokojnie, trochę skulony… jakby naprawdę było mu przykro.

— Ciemność to nie brak światła — powiedział Cień łagodnie.

— To czas, kiedy kolory idą spać, żeby rano mieć siłę pięknie wyglądać.

A ja wtedy pilnuję ciszy, żebyś mógł odpocząć.

Cień poruszył się lekko na ścianie.

— Zobacz — powiedział.

— Ten „potwór” to tylko twój ulubiony sweter.

Czeka, żeby jutro cię ogrzać.

A te „palce”?

To gałązka kasztana.

Macham nią do ciebie na dobranoc.

Tuliś spojrzał uważniej.

Serce biło już trochę wolniej.

Oddech zrobił się głębszy.

Rzeczywiście — sweter wisiał dokładnie tam, gdzie zawsze.

A gałązka poruszała się lekko na wietrze, jakby szeptała: „Śpij spokojnie”.

Strach zaczął odpływać jak fale na jeziorze, kiedy wiatr je uspokaja.

W jego miejsce pojawiła się ciekawość.

Tuliś wyciągnął łapkę spod kołdry.

Cień zrobił to samo — większy, dłuższy, trochę zabawny.

Tuliś poruszył uszkiem.

Cień poruszył uszkiem.

Podskoczył lekko.

Cień podskoczył razem z nim.

— Ojej… — uśmiechnął się zajączek.

— Ty naprawdę mnie naśladujesz!

— Bo jestem częścią ciebie — zaśmiał się Cień.

— Gdzie ty, tam ja.

Nawet w najciemniejszą noc.

Tuliś usiadł na łóżku.

Pokój był ten sam… tylko w nocnej wersji.

Cichszej.

Spokojniejszej.

Miękkiej.

Nagle zauważył, że ciemność nie jest już wielką, czarną dziurą.

Jest jak koc, który otula świat, żeby mógł odpocząć.

A cienie?

To tylko znajome rzeczy w nocnych piżamach.

— To co… pobawimy się? — zapytał.

— Zawsze — odpowiedział Cień i zatańczył na ścianie, wyginając się w zabawnych kształtach.

Tuliś chichotał, próbując robić coraz dziwniejsze miny i ruchy.

Cień powtarzał wszystko z lekkim opóźnieniem, jakby tańczył w rytmie własnej melodii.

W końcu zajączek położył się z powrotem, zmęczony, ale spokojny.

— Będziesz tu? — zapytał sennie.

— Zawsze — odpowiedział Cień.

— Pilnuję twoich snów.

Tej nocy Tuliś zasnął spokojnie.

A Cień siedział obok, cichy i wierny, przypominając, że nawet w ciemności nie jest sam.

Góra, której nie było

(katastrofizacja, lęk przed wyzwaniami)

W cieniu wielkiego łopianu, gdzie szerokie liście tworzyły zielony dach chroniący przed słońcem i światem, mieszkał mały żółwik o imieniu Tuptuś.

Uwielbiał swój bezpieczny kącik — miękką ziemię pod brzuszkiem, znajome zapachy i ciszę, która otulała go jak ciepły kocyk.

Tuptuś lubił rzeczy, które znał.

Lubił, kiedy wszystko było takie samo jak wczoraj.

Przewidywalne.

Spokojne.

Nowości go nie cieszyły.

Nowości go… bały.

Kiedy coś się zmieniało, Tuptuś czuł, jak jego skorupka robi się cięższa, a w środku pojawia się niepokój.

Serce biło szybciej, a myśli zaczynały krążyć w kółko, szukając wszystkiego, co mogłoby pójść nie tak.

Pewnego dnia w lesie ogłoszono wielki konkurs budowania mostów z patyczków.

Wiadomość niosła się między drzewami jak echo radości.

Wiewiórki skakały po gałęziach, zbierając proste patyki. Jeżyki turlały je w małych stosikach.

Ptaki znosiły cienkie gałązki z koron drzew.

Wszyscy byli podekscytowani.

Tuptuś też podszedł, żeby zobaczyć, o co tyle hałasu.

Chciał tylko popatrzeć.

Tylko na chwilę.

Ale gdy tylko spojrzał na stertę patyków… coś się stało.

W miejscu zwykłej kupki gałązek zobaczył coś zupełnie innego — ogromną, stromą Górę Porażki, tak wysoką, że jej szczyt ginął w chmurach.

Im dłużej patrzył, tym większa się robiła.

„A co, jeśli mój most się zawali?”

„A co, jeśli inne zwierzęta zrobią lepszy?”

„A jeśli wszyscy będą się ze mnie śmiać?”

Myśli krążyły w jego głowie jak natrętne muchy. Łapki zrobiły się miękkie jak galaretka.

W brzuchu pojawił się twardy supełek.

Serce biło zbyt szybko, jakby chciało uciec.

Tuptuś schował głowę do skorupy.

Dla niego ten mały konkurs urósł do czegoś ogromnego i strasznego.

Postanowił, że nie spróbuje wcale.

Bo jeśli nie spróbujesz… to przecież nie możesz przegrać. Prawda?

Wtedy obok niego pojawiła się gąsienica Grażynka — zielona, puchata i zawsze uśmiechnięta.

— Hej, Tuptusiu — powiedziała łagodnie, zaglądając do skorupy.

— Dlaczego chowasz się w domku?

— Bo ta góra patyków jest za wielka… — wyszeptał żółwik.

— Nie dam rady.

Na pewno coś zepsuję.

Grażynka spojrzała na stertę patyków, potem na Tuptusia… i uśmiechnęła się jeszcze cieplej.

— Tuptusiu, to nie góra.

To tylko dużo małych patyczków.

Ty patrzysz na wszystko naraz — i dlatego robi się strasznie.

Usiadła obok niego.

— Nie próbuj budować całego mostu — powiedziała cicho.

— Spróbuj… położyć jeden patyczek.

— Jeden? — zapytał niepewnie Tuptuś.

— Tak. Tylko jeden.

Czy położenie jednego patyczka to góra nie do zdobycia?

Tuptuś bardzo powoli wystawił nos ze skorupy.

Spojrzał na patyczek.

Był lekki.

Mały.

Niegroźny.

Położył go na ziemi.

Nic się nie zawaliło.

Nikt się nie śmiał.

Świat się nie skończył.

Położył drugi.

Potem trzeci.

A potem jeszcze jeden.

Most rósł powoli, krok po kroku.

Każdy patyczek był jak mała decyzja: „spróbuję jeszcze raz”. A z każdym ruchem Góra Porażki robiła się coraz mniejsza…

Aż w końcu zniknęła.

Bo okazało się, że… nigdy jej nie było.

Stworzył ją tylko strach w jego głowie.

Kiedy Tuptuś skończył, jego most nie był największy.

Nie był też najpiękniejszy.

Ale był jego.

Grażynka uśmiechnęła się szeroko.

— Widzisz?

Nie musisz być najlepszy.

Najważniejsze, że zrobiłeś pierwszy krok.

Tuptuś spojrzał na swój most i poczuł coś nowego.

Ciepłego.

Cichego.

Dumę.

Wiedział, że następnym razem strach może znów spróbować zbudować w jego głowie górę.

Ale teraz już wiedział, co zrobić.

Wystarczy jeden patyczek.

Bo czasem największą wygraną nie jest to, że się wygrywa — tylko to, że odważy się spróbować.

Chmura Smutku nad Kolorową Polaną

(smutek, obniżony nastrój)

W Kolorowej Polanie, gdzie kwiaty pachniały jak słodkie cukierki, a trawa była miękka jak puch, mieszkał słoń o imieniu Teodor.

Zwykle był duszą towarzystwa — trąbił radośnie, tańczył na swoich wielkich nogach i potrafił rozśmieszyć nawet najbardziej naburmuszonego jeża.

Zwierzęta uwielbiały jego pogodę ducha, a na widok Teodora często robiło im się lżej na sercu.

Ale od pewnego czasu Teodor czuł się inaczej.

Nad jego głową, gdziekolwiek się udał, wisiała mała, szara chmurka.

Nie była groźna ani burzowa, ale kapał z niej drobny, uporczywy deszcz.

Krople spływały mu po karku i sprawiały, że wszystko wydawało się cięższe.

Kiedy inne zwierzęta biegały w słońcu, Teodor czuł, że jego nogi są jak z ołowiu. Każdy krok wymagał wysiłku.

Nawet ulubione banany straciły smak.

Radosne trąbienie kolegów brzmiało zbyt głośno, jakby ktoś grał tuż przy jego uchu.

Zabawy, które kiedyś cieszyły, teraz męczyły.

Teodor nie był zły.

Nie był też obrażony.

On po prostu czuł się… pusty.

Jakby ktoś przyciszył wszystkie kolory w jego sercu.

Czasem chciał płakać, choć nie wiedział dlaczego.

Siedział wtedy nad brzegiem jeziora i patrzył w spokojną wodę.

W jej tafli widział swoje odbicie — wielkiego słonia z małą, szarą chmurką nad głową.

Świat wokół niego tracił barwy.

Kwiaty wyglądały, jakby ktoś je wyprał, a niebo było blade jak papier.

Pewnego dnia małpka Fiki podskoczyła do niego z energią, jaką tylko małpki potrafią mieć.

— Teodorze! — zawołała.

— Chodź pobawić się w berka!

Wszyscy już czekają!

Teodor spróbował się uśmiechnąć, ale uśmiech nie chciał się pojawić.

Westchnął cicho.

— Nie mam dziś siły, Fiki… — powiedział.

— Moja chmura jest bardzo ciężka.

Małpka spojrzała na niego z troską.

Chciała pomóc, ale nie wiedziała jak.

Po chwili odeszła wolno, oglądając się jeszcze kilka razy.

Teodor został sam ze swoim deszczem i ciszą.

Wtedy z lasu wyszedł starszy słoń — dziadek Maurycy.

Jego kroki były powolne, ale pewne, a oczy pełne mądrości i spokoju.

Usiadł obok Teodora i delikatnie oparł swoją trąbę o jego grzbiet.

— Widzę twoją chmurę, wnuczku — powiedział łagodnie.

— I widzę, jak bardzo jest ciężka.

Teodor spuścił wzrok.

— Chciałbym, żeby zniknęła… ale nie wiem, co zrobić.

Maurycy pokiwał głową.

— Czasem serce potrzebuje odpocząć, tak jak nogi po długim marszu.

Ta chmura to znak, że w środku dzieje się coś ważnego.

Coś, co potrzebuje uwagi i czułości.

— A jeśli ona nigdy nie odejdzie? — zapytał Teodor cicho.

— Wtedy nie będziesz z nią sam — odpowiedział Maurycy.

— Nie musisz się uśmiechać na siłę.

Nie musisz udawać, że jest dobrze.

Ja posiedzę tu z tobą, tak długo, jak trzeba.

Dziadek nie próbował go rozweselić.

Nie mówił: „Weź się w garść”.

Nie mówił: „Inni mają gorzej”.

Po prostu był.

Siedzieli razem nad jeziorem, a deszcz z chmurki Teodora spadał na ich grzbiety.

I choć chmura nie zniknęła od razu, Teodor poczuł, że z kimś bliskim deszcz jest mniej zimny, a świat mniej pusty.

Następnego dnia chmurka nadal była nad nim, ale jakby trochę mniejsza.

A kolejnego — jeszcze odrobinę jaśniejsza.

Teodor zaczął zauważać drobiazgi.

Że trawa znów ma kolor. Że banany smakują choć trochę słodziej.

Że czasem chce posiedzieć z innymi, nawet jeśli tylko przez chwilę.

Nie od razu.

Nie nagle.

Powoli, dzień po dniu.

Aż pewnego ranka, gdy spojrzał w niebo, zobaczył, że słońce przebija się przez szarość, a jego chmurka ma na brzegach złote obwódki.

Kolory świata wracały — najpierw delikatnie, a potem coraz mocniej.

Teodor wiedział już jedno: nawet jeśli chmurka kiedyś wróci, nie będzie z nią sam.

Ból Brzucha, który był Echem

(emocje zapisane w ciele, somatyzacja)

W Słonecznej Dziuplince, tuż pod wielkim dębem, mieszkała mała myszka Mimi.

Była szybka jak błyskawica, uwielbiała biegać po łące i zbierać ziarenka do swojej maleńkiej spiżarni.

Lubiła poranki pachnące rosą i wieczory przy kominku, kiedy mama opowiadała jej ciche historie.

Ale Mimi miała też bardzo wrażliwy brzuszek.

Tak wrażliwy, że czasem wydawało jej się, że mieszka w nim całe stado skaczących piłeczek.

Kiedy zbliżał się sprawdzian z liczenia ziarniszek w szkole, brzuszek Mimi zaczynał „rozmawiać”.

Najpierw delikatnie, jakby coś w nim szeleściło.

Potem coraz mocniej — aż czuła ostry ucisk, który sprawiał, że nie mogła zjeść ani kęsa swojego ulubionego sera.

A gdy miała iść na przyjęcie do nieznanych myszek, w jej brzuchu robiło się tak ciasno, jakby ktoś zawiązał tam twardy supełek.

Mimi zatrzymywała się wtedy w pół kroku.

Oddychała płytko.

Ramiona same podnosiły się do góry, jakby chciały ochronić jej serce.

Najdziwniejsze było to, że nic nie bolało ją wtedy, gdy bawiła się z przyjaciółmi albo siedziała z mamą przy kominku.

Brzuszek był spokojny, ciepły i cichy.

Tylko wtedy, gdy czekało ją coś nowe, trudne albo nieznane, zaczynał „krzyczeć”.

Mimi nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje.

— Przecież ja nie jestem chora — myślała.

— Dlaczego mój brzuch tak boli?

Pewnego dnia mama Mimi postanowiła zabrać ją do starego Borsuka-Mederyka, który znał się na brzuszkach, serduszkach i wszystkich myszkowych troskach.

Gabinet Borsuka pachniał miętą, miodem i suszonymi ziołami.

Było tam cicho i bezpiecznie, jak w miejscu, gdzie nikt się nie spieszy.

Mimi usiadła na miękkim pniu, a Borsuk delikatnie postukał ją po brzuszku.

— Mimi — powiedział spokojnie — twój brzuszek jest zdrowy.

Bardzo zdrowy. Ale jest on jak echo twojego serca.

— Echo? — zdziwiła się myszka, otwierając szeroko oczka.

— Tak — przytaknął Borsuk.

— Kiedy twoje serduszko się o coś martwi, nie zawsze potrafi to powiedzieć na głos.

Czasem uczucia chowają się głęboko.

Wtedy serce wysyła sygnał prosto do brzuszka.

A brzuszek zaczyna „płakać” albo „krzyczeć” za nie.

Mimi spojrzała na swój mały, drżący brzuszek.

— Więc… mój brzuch mówi, że ja się boję?

— Tak — uśmiechnął się Borsuk.

— I że coś jest dla ciebie ważne.

Twój brzuszek nie jest twoim wrogiem.

On jest twoim posłańcem.

Borsuk podał jej mały woreczek z suszoną lawendą.

— Następnym razem, gdy poczujesz ucisk, połóż na brzuszku ciepłą łapkę i powiedz: „Słyszę cię, brzuszku.

Wiem, że się denerwujemy, ale damy sobie radę.”

Kiedy nazwiesz strach po imieniu, echo w brzuchu zacznie cichnąć.

Mimi wróciła do domu zamyślona.

Następnego dnia, tuż przed szkołą, znów poczuła w brzuchu skaczące piłeczki.

Serce przyspieszyło, a w głowie pojawiła się znajoma myśl: „Nie dam rady”.

Zatrzymała się.

Położyła łapkę na brzuszku.

Oddychała wolno.

— Słyszę cię — wyszeptała.

— Trochę się boję.

To w porządku.

Brzuszek nie przestał „mówić” od razu.

Ale jego głos stał się cichszy, jakby ktoś ściszył radio.

Z czasem Mimi zaczęła uczyć się słuchać swojego ciała.

Zamiast płakać z bólu, siadała z mamą i opowiadała jej o tym, co ją martwi.

O sprawdzianach.

O nowych myszkach.

O tym, że czasem boi się, że sobie nie poradzi.

I wydarzył się mały cud — im więcej słów wypowiadała Mimi, tym mniej „mówił” jej brzuszek.

Echo serduszka powoli zamieniało się w spokojny szept.

Mimi odkryła coś bardzo ważnego: kiedy uczucia mają głos, brzuszek nie musi już krzyczeć.

Wielka scena w małej głowie

(lęk społeczny, trema, strach przed oceną)

W Zielonym Zagajniku, gdzie liście szeleściły jak miękkie skrzydełka motyli, mieszkała wiewiórka o imieniu Kitka.

Jej ogon był tak puszysty, że wyglądał jak pomarańczowa chmurka, a po gałęziach skakała szybciej niż wiatr.

Gdy była sama albo z najbliższymi przyjaciółmi, śmiała się głośno, żonglowała orzechami i opowiadała historie, które rozbawiały cały zagajnik.

Kitka była wesoła, pomysłowa i bardzo bystra.

Ale miała też pewną tajemnicę, o której niewielu wiedziało.

Bardzo bała się, że inne zwierzęta będą na nią patrzeć i oceniać każdy jej ruch.

W jej małej głowie mieszkała ogromna scena — taka jak w wielkim teatrze.

Stały na niej jasne reflektory, a światło padało prosto na nią, nawet wtedy, gdy stała tylko z boku polany i wcale nie chciała być w centrum uwagi.

Pewnego dnia Kitka miała odebrać nagrodę za zebranie największej liczby orzechów.

Dla innych zwierząt był to powód do radości i dumy.

Dla Kitki — do ogromnego napięcia.

Już od rana czuła, że jej ciało zachowuje się inaczej. Łapki były wilgotne, jakby nie chciały jej słuchać.

Serce biło za szybko, a w brzuchu pojawił się znajomy ucisk.

Kiedy pomyślała, że ma wyjść na środek polany, poczuła gorąco na policzkach i wrażenie, jakby ktoś patrzył na nią przez lupę.

„A co, jeśli się potknę?”

„A co, jeśli mój ogon krzywo leży?”

„A co, jeśli pomyślą, że jestem śmieszna?”

Myśli huczały w jej głowie jak stado rozdrażnionych pszczół.

Każda z nich brzęczała głośniej od poprzedniej.

Kitce zrobiło się duszno.

Schowała się za pień starej sosny i próbowała oddychać wolniej, choć nie było to łatwe.

Właśnie tam znalazł ją stary kret Aksamit.

Choć jego oczy widziały niewiele, jego serce widziało bardzo dużo.

Usiadł obok niej, nie zadając pytań.

Przez chwilę po prostu był.

— Widzę, że scena w twojej głowie dziś jest bardzo jasna — powiedział w końcu cicho.

Kitka skinęła głową.

— Czuję się tak, jakby wszyscy patrzyli tylko na mnie — wyszeptała.

— Jakbym miała wystąpić, choć wcale nie chcę.

Aksamit uśmiechnął się łagodnie.

— Wiesz, Kitko, prawie każdy z nas nosi w głowie taką scenę.

Wydaje nam się, że świat kręci się wokół naszych potknięć.

Ale prawda jest taka, że inne zwierzęta są bardzo zajęte swoimi myślami.

Martwią się o swoje ogony, swoje kolce i swoje orzechy.

Kitka ostrożnie wychyliła głowę zza sosny i spojrzała na polanę.

Zajączek czyścił swoje uszy.

Jeż próbował zdjąć liść z kolców.

Sroka ćwiczyła skrzydła, machając nimi jak wachlarzem.

Nikt nie patrzył na Kitkę z krytyką.

Nikt nie szeptał.

Nikt nie mierzył jej wzrokiem.

Aksamit podał jej mały, gładki kamyk, który błyszczał jak kropla rosy.

— Kiedy poczujesz, że reflektory w twojej głowie świecą zbyt mocno — powiedział — potrzyj ten kamyk.

Przypomnij sobie, że jesteś jedną z wielu na tej wspólnej polanie.

Nie musisz być idealna.

Wystarczy, że będziesz sobą.

Kitka ścisnęła kamyk w łapce.

Poczuła, jak jej oddech robi się głębszy, a serce zwalnia choć odrobinę.

Zrobiła jeden krok w stronę polany.

Potem drugi.

Reflektory w jej głowie nadal tam były — ale świeciły już ciszej.

Kiedy odebrała nagrodę, zobaczyła ciepłe uśmiechy.

Nie były to spojrzenia widowni.

Były to spojrzenia wspólnej radości.

Tego dnia Kitka zrozumiała coś ważnego: jej scena w głowie może być duża, ale ona nie musi na niej występować perfekcyjnie.

Wystarczy, że zrobi krok.

A potem kolejny.

Zamek z zamkniętą bramą

(mutyzm wybiórczy, wycofanie)

W krainie Srebrnych Strumieni, gdzie rzeki lśniły jak płynne lustra, a trawy szeptały do siebie w rytmie wiatru, mieszkał dzielny Rycerz o imieniu Remi.

Remi miał lśniącą zbroję, którą sam wypolerował, oraz miecz z drewna cedrowego, pachnący żywicą i przygodą.

W swoim domu, razem z mamą, tatą i małym pieskiem Puffim, Remi był najgłośniejszym rycerzem na świecie.

Śpiewał piosenki, opowiadał dowcipy, a jego ryk smoka był tak potężny, że czasem aż drżały szyby w oknach.

Słowa wypływały z niego lekko, jedno za drugim, jak wesoły strumień.

Jednak Remi miał pewien sekret, o którym wiedziało tylko jego serce.

Kiedy przekraczał bramę Królewskiej Szkoły albo spotykał nieznajomych na rynku, jego zbroja stawała się dziwnie ciężka.

Jakby ktoś powiesił na niej woreczki z kamieniami.

Ramiona opadały, krok zwalniał, a oddech robił się płytszy.

A co najdziwniejsze — jego przyłbica, ta część hełmu, która zasłania twarz, nagle zatrzaskiwała się z głośnym „klik!”.

Remi chciał powiedzieć „dzień dobry” pani nauczycielce.

Chciał poprosić o jabłko u sprzedawcy.

Chciał odpowiedzieć kolegom.

Ale jego usta były jak zamknięte magicznym kluczem.

— Może zapomniałeś mowy? — pytały inne dzieci.

Remi kręcił tylko głową.

On nie zapomniał.

Słowa były w jego głowie.

Skakały jak wesołe piłeczki, układały się w zdania, a czasem nawet w żarty.

Ale nie mogły wydostać się na zewnątrz przez ciężką, zardzewiałą przyłbicę.

Czuł się wtedy jak zamek, którego bramy nikt nie może otworzyć — nawet on sam.

W środku paliło się światło, grała muzyka, a jednak drzwi pozostawały zamknięte.

Pewnego dnia do szkoły przyszła Pani Sowa — mądra leśna czarodziejka, znana z tego, że potrafiła słuchać nawet ciszy.

Miała miękkie pióra, okulary zsuwające się z dzioba i torbę pełną kolorowych kred.

Zauważyła milczącego rycerza siedzącego w kącie sali. Nie podeszła do niego z pytaniem.

Nie poprosiła o odpowiedź.

Nie powiedziała: „No powiedz coś”.

Zamiast tego usiadła obok i zaczęła rysować na piasku małe gwiazdki.

— Wiesz, Remi — szepnęła łagodnie — czasem klucz do przyłbicy chowa się w bardzo małych gestach.

Nie musisz od razu krzyczeć jak smok.

Może dziś twoja przyłbica uchyli się tylko na tyle, byś mógł mi coś pokazać?

Remi poczuł, jak zbroja robi się odrobinę lżejsza.

Nikt nie oczekiwał od niego słów.

Nikt nie mówił: „Powiedz”.

To było jak ciepły koc otulający jego serce.

Powoli wyciągnął rączkę i dotknął jednej z gwiazdek narysowanych przez Panią Sowę.

Potem uśmiechnął się nieśmiało.

Sowa odwzajemniła uśmiech, jakby właśnie otrzymała najpiękniejszy prezent.

Następnego dnia Remi odważył się szepnąć cichutkie „tak”.

Brzmiało jak szelest liści na wietrze.

Pani Sowa nie pochwaliła go głośno.

Nie zrobiła zamieszania.

Po prostu skinęła głową, jakby mówiła: „Widzę cię. To wystarczy.”

Z każdym kolejnym dniem zamek w jego gardle stawał się lżejszy.

Czasem przyłbica uchylała się tylko na milimetr.

Czasem na dwa.

A czasem wcale — i to też było w porządku.

Remi wiedział już, że cisza nie jest porażką. Jest drogą. I że pewnego dnia brama otworzy się szeroko, a on znów ryknie jak radosny smok.

Nie dlatego, że ktoś go poprosi.

Tylko dlatego, że sam poczuje się gotowy.

Srebrna Niteczka liska Pędzelka

(lęk separacyjny, potrzeba bliskości)

W Gęstym Lesie, tam gdzie korzenie starego dębu splatały się jak ramiona pilnujące tajemnicy, mieszkał mały lisek o imieniu Pędzelek.

Miał najbardziej puszysty ogon w całej okolicy i mamę, która pachniała wrzosem, mchem i ciepłym piaskiem nagrzanym słońcem.

Dla Pędzelka mama była całym światem.

Jej łapki były najbezpieczniejszą kryjówką, a jej głos — najpiękniejszą kołysanką, jaką znał las.

Kiedy mama była blisko, wszystko wydawało się proste i spokojne.

Pewnego wieczoru, gdy niebo różowiało od zachodzącego słońca, a ptaki szeptały już dobranoc, mama usiadła obok niego i powiedziała łagodnie: — Pędzelku, od jutra będziesz odwiedzać Leśne Przedszkole na Słonecznej Polanie.

Spotkasz tam inne małe liski, jeżyki i wiewiórki.

Będziecie się bawić, uczyć i odkrywać leśne tajemnice.

A ja w tym czasie przygotuję naszą norkę na zimę.

W brzuszku Pędzelka nagle zawiązał się twardy, zimny supełek. Lisek wtulił pyszczek w futerko mamy.

Jego łapki zrobiły się ciężkie, a serce zaczęło bić szybciej.

— Ale mamo… — wyszeptał.

— A co, jeśli ja o tobie zapomnę?

Albo ty zapomnisz o mnie?

Co, jeśli las będzie tak duży, że nie znajdę drogi z powrotem?

Mama objęła go swoim ogonem, pogładziła po uszkach i uśmiechnęła się ciepło.

— Pędzelku — szepnęła — zdradzę ci tajemnicę, którą znają tylko mamy.

Lisek uniósł główkę, a las jakby wstrzymał oddech.

— Między naszymi sercami rozciąga się Srebrna Niteczka.

Jest niewidzialna, ale mocniejsza niż pajęczyna i dłuższa niż najdłuższa rzeka.

Kiedy ty będziesz na Polanie, a ja w norce, niteczka tylko się rozciągnie.

Możesz odejść bardzo daleko… a ona nigdy się nie zerwie.

— Naprawdę nigdy? — zapytał Pędzelek cichutko.

— Nigdy — odpowiedziała mama.

— A jeśli poczujesz smutek albo zatęsknisz, połóż łapkę na serduszku i delikatnie pociągnij niteczkę.

Ja wtedy poczuję w swojej piersi cichutkie „puk-puk” i poślę ci nią ciepły uścisk.

Tej nocy Pędzelek długo myślał o niteczce.

Wyobrażał sobie, jak błyszczy w ciemności, jak spokojnie biegnie przez drzewa i krzaki, łącząc jego serce z sercem mamy.

Następnego ranka Pędzelek stał na skraju Słonecznej Polany. Widział bawiące się zwierzątka, słyszał śmiech i tupot łapek, ale supełek w brzuchu znów się zacisnął.

Oczy zrobiły się wilgotne, a ogon opadł ciężko.

Mama uśmiechnęła się do niego i musnęła go nosem. — Pamiętaj o naszej niteczce.

Gdy Pędzelek zrobił pierwszy krok, jego łapki wydały mu się cięższe niż zwykle.

Zatrzymał się.

Zamknął oczy.

Położył łapkę na piersi.

Delikatnie „pociągnął” za niewidzialną nitkę.

I wtedy stało się coś niezwykłego.

W jego środku rozlało się miękkie, kojące ciepło — jakby ktoś otulił go najdelikatniejszym kocykiem.

Supełek w brzuchu powoli się rozluźnił.

— Mama odpukała… — pomyślał lisek.

Otworzył oczy.

Polana nie wyglądała już tak strasznie.

Wiewiórka machała do niego łapką, jeżyk zapraszał do turlania szyszek, a wiatr niósł zapach przygody.

— Mama jest na drugim końcu niteczki.

Zawsze — powiedział do siebie Pędzelek.

I zrobił kolejny krok.

Kiedy dzień dobiegł końca, mama czekała na niego przy starym dębie.

Pędzelek pobiegł do niej z radosnym piskiem.

— Widzisz? — uśmiechnęła się mama.

— Niteczka działała cały czas.

— Tak! — zawołał lisek.

— I jutro też ją pociągnę, jeśli zatęsknię.

Mama przytuliła go mocno.

— A ja zawsze odpowiem.

Bo miłość wie, jak znaleźć drogę.

Kotek Puszek i Niewidzialna Nitka

(bezpieczna więź z rodzicem)

Mały kotek Puszek mieszkał na Srebrzystym Księżycu razem ze swoją mamą.

Ich domek był miękki jak chmurka, a nocne światło odbijało się w futerku Puszka jak w srebrnym lustrze.

Każdego wieczoru Księżyc zaglądał do okienka, a gwiazdy mrugały do nich, jakby sprawdzały, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Puszek lubił swoje małe rytuały.

Rano przeciągał się powoli na poduszce, potem biegał po domku, goniąc świetliste pyłki, a wieczorem zawsze czekał, aż mama usiądzie obok i zacznie cicho mruczeć.

To mruczenie było dla Puszka jak miękka kołysanka — uspokajało serce i ciało.

Najbardziej jednak lubił być blisko.

Wtulać się w mamę, czuć jej ciepło i wiedzieć, że jest tuż obok.

Czasem jednak mama musiała wyjść do gwiezdnego ogrodu, żeby podlewać świetliste rośliny.

Zawsze mówiła, gdzie idzie i że wróci, ale kiedy zamykały się drzwi, w serduszku Puszka robiło się cicho i chłodno.

Jakby ktoś zgasił kilka księżycowych lampek naraz.

Puszek siadał wtedy na poduszce i słuchał ciszy.

Nie płakał.

Nie krzyczał.

Po prostu czuł, że czegoś mu brakuje.

— A jeśli mama zniknie na zawsze? — myślał czasem.

— A jeśli nie wróci?

Im dłużej o tym myślał, tym bardziej jego ogonek drżał jak cienka gałązka na wietrze.

Pewnego wieczoru mama zauważyła, że Puszek jest wyjątkowo spokojny, ale w środku jakby zamknięty.

Usiadła obok niego na miękkiej poduszce z księżycowego puchu i otuliła go ogonem.

— Puszku — szepnęła ciepło — widzę, że coś cię martwi.

Kotek wtulił się w nią mocniej.

— Boję się, kiedy wychodzisz…

Jak cię nie widzę, to jakbyś znikała.

Mama uśmiechnęła się łagodnie.

— Chcę ci opowiedzieć pewną tajemnicę.

Między moim sercem a twoim jest rozpięta Niewidzialna Nitka Miłości.

Puszek uniósł główkę. — Nitka?

— Tak. Jest bardzo cienka, ale bardzo silna.

Nigdy się nie rwie.

Kiedy idę do ogrodu, a ty zostajesz w domu, ta nitka tylko się rozciąga.

Ale nadal nas łączy.

Jeśli poczujesz się smutny, możesz delikatnie pociągnąć ją w myślach.

Ja to poczuję i poślę ci przez nią ciepłego „mruczka”.

Puszek zapamiętał te słowa bardzo dokładnie.

Następnego dnia mama znów wyszła do ogrodu.

Puszek poczuł znajome ukłucie w sercu, ale tym razem nie schował się pod kocyk.

Usiadł spokojnie, zamknął oczy i wyobraził sobie złotą nitkę, cienką jak pajęczynka, ale mocną jak najtwardsza gwiezdna lina.

Nitka biegła od jego serduszka prosto do serca mamy.

Puszek delikatnie „pociągnął” ją w myślach.

I wtedy w jego środku rozlało się ciepło.

Nie zniknęła cała tęsknota — ale zrobiło się lżej.

Jakby ktoś zapalił małą lampkę w środku.

Kiedy mama wróciła, Puszek pobiegł do niej z radosnym mruknięciem.

— Działało — powiedział cicho.

Mama uśmiechnęła się i przytuliła go mocno.

— Zawsze działa.

I Puszek zrozumiał coś bardzo ważnego: nie widzieć kogoś to nie to samo, co nie być z kimś.

Bo miłość zawsze zna drogę.

Nietoperz Nikodem i Zbyt Głośny Las

(nadwrażliwość sensoryczna, hałas i światło)

Nietoperz Nikodem, wbrew temu, co zwykle myśli się o nietoperzach, wcale nie kochał każdej nocy.

Lubił ciszę i spokój, ale tylko wtedy, gdy świat był łagodny.

Jeśli noc była burzowa, a błyskawice rozcinały niebo jasnymi zygzakami, jego uszy bolały tak, jakby ktoś uderzał w nie wielkimi bębnami.

Grzmoty wstrząsały powietrzem, a Nikodem kulił się w swojej dziupli, próbując zasłonić skrzydełkami głowę.

A w dzień… w dzień bywało jeszcze trudniej.

Gdy słońce świeciło zbyt mocno, blask odbijający się od kropelek rosy kłuł go w oczy jak tysiące maleńkich igiełek.

Światło było wszędzie — na liściach, na kamieniach, na wodzie — i nie dawało mu ani chwili wytchnienia.

Nikodem miał super-słuch i super-wzrok.

Brzmi jak moc superbohatera, prawda?

Ale dla małego nietoperza było to bardzo męczące.

Szum wiatru w liściach brzmiał dla niego jak huk wodospadu. Trzask gałązki pod łapką wiewiórki był jak wybuch petardy. A koncert świerszczy, który inne zwierzęta uwielbiały, dla Nikodema był tak głośny, że serce zaczynało mu bić zbyt szybko, a głowa robiła się ciężka.

— Nikodem, przecież to tylko muzyka! — mówiły czasem zwierzęta.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 26.78
drukowana A5
Kolorowa
za 95