Dla tych, którzy wierzą w światło ukryte w słowie.
Dla dzieci, które słuchają sercem.
Dla dorosłych, którzy nie zapomnieli, jak się śni.
I dla tych, którzy właśnie na nowo się tego uczą.
OD AUTORKI
Dzień dobry, drogi Czytelniku!
Witaj w świecie, gdzie cisza mówi więcej niż słowa, a bajki nie są tylko dla dzieci.
Te opowieści powstały z uśmiechu, który czasem bywał łzą. Z rozmów z własnym sercem.
Z potrzeby bliskości.
Każda bajka w tym tomiku to maleńkie światełko.
Nie poucza.
Nie krzyczy.
Po prostu jest — by otulić, porozmawiać, wzruszyć.
Niektóre powstały wieczorami, inne pojawiły się nagle — jak szept.
Ale wszystkie mają jedną wspólną cechę: chcą być przy Tobie.
Dziękuję, że je czytasz.
Dziękuję, że jesteś.
Z bajkowym sercem
Ewa Granat
PODUSZECZKA
Za siedmioma gwiazdami i ośmioma chmurkami, w małym domku z niebieskimi okiennicami mieszkała Zosia — dziewczynka o wielkich oczach pełnych ciekawości i sercu, które potrafiło zauważyć u innych nawet najcichsze smutki.
Zosia miała swoją ulubioną poduszeczkę. Nie była ona ani najładniejsza, ani najnowsza, ale była najukochańsza. Z miękkim wypełnieniem, śladami starych snów i maleńkim haftem w kształcie gwiazdki. Zosia nazywała ją po prostu: Poduszeczka.
Pewnej cichej nocy, gdy świat za oknem już spał, a wiatr kołysał liście do snu, wydarzyło się coś niezwykłego. Poduszeczka… westchnęła.
— Ufff… jak dobrze, że już leżysz. Tyle dziś widziałaś, tyle czułaś — powiedziała cichutko, jakby to szeleściła pościel.
Zosia otworzyła oczy, z początku myśląc, że to sen. Ale nie — jej poduszka naprawdę mówiła!
— P–poduszeczko? — szepnęła zdziwiona. — Ty mówisz?
— Oczywiście, że mówię. Ale tylko, gdy serce jest otwarte, a marzenia gotowe do podróży.
Zosia przytuliła ją z całej siły. Nagle — buch! — otworzyło się okno i wpadły przez nie świetliste dmuchawce. Obłoki zamieniły się w miękkie schody, a łóżko zaczęło unosić się w powietrzu.
— Dokąd lecimy? — zapytała z uśmiechem Zosia.
— Do Krainy Sennych Uśmiechów — odpowiedziała Poduszeczka. — Tam, gdzie każde dobre serce dostaje magiczny sen.
Leciały przez noc pełną śpiewających gwiazd i łagodnych planet, aż dotarły do krainy, gdzie niebo mieniło się kolorami marzeń.
Na powitanie przyszła Żyrafa Ziewka — długa i łagodna, z rzęsami długimi jak sen sobotni. Roztaczała woń lawendy i miodu, ziewając melodyjnie, co sprawiało, że każdy stawał się spokojniejszy.
— Zosiuniu — powiedziała z czułością — dziś czeka cię sen pełen dobra.
W krainie tej była też Wróżka Empatia — maleńka jak migdałek, ale jej serce biło jak całe niebo. Latała wokół dzieci, zbierając ich smutki i zamieniając je w kolorowe bańki śmiechu.
— Dziękuję, że jesteś dobra — powiedziała Zosi. — Twoje uśmiechy leczą więcej, niż myślisz.
Zosia odwiedziła też Kota Leniwka, który drzemał na huśtawce z księżycowego promienia. Kiedy się przebudził, podarował jej sen o szczęściu, miękki jak jego łapki. Razem z Poduszeczką zbierały najpiękniejsze marzenia i wplatały je do gwiezdnego kocyka, który otulał dzieci na całym świecie. Każda nitka kocyka to był uśmiech, dobre słowo, pomocna dłoń.
W końcu Zosia poczuła, że jej powieki stają się ciężkie, a serce pełne.
— Już czas — szepnęła Poduszeczka. — Jesteś gotowa na najpiękniejszy sen.
Wróciły razem do pokoju, a Zosia znów była w swoim łóżku. Obok — Poduszeczka. Taka sama, a jednak… trochę bardziej magiczna.
— Dziękuję — szepnęła Zosia. — Za wszystko.
— Ja też dziękuję. Za twoje serce i czułość. Pamiętaj, że magia snów zaczyna się w tobie.
Zosia zamknęła oczy, a uśmiech nie schodził jej z buzi.
A jeśli dziś w nocy przytulisz swoją poduszkę bardzo mocno — kto wie? Może i twoja się odezwie?
Dobranoc.
STOKROTKI I ŚMIECH
Na końcu jednej spokojnej wioski, tuż przy lesie była łąka. Z pozoru zwyczajna — zielona, miękka, porośnięta trawą. Ale kiedy ktoś się na niej położył, działo się coś niezwykłego. Ziemia zaczynała… łaskotać.
Mała dziewczynka o imieniu Tola odkryła to pewnego dnia zupełnie przypadkiem. Upadła na łąkę z tak wielkim śmiechem, że aż stokrotki zadrżały. A potem… same zaczęły się śmiać!
To nie był zwykły śmiech. To był śmiech stokrotkowy — cichy, dzwoniący, jak chichot w trawie. Tak delikatny, że trzeba było bardzo uważnie słuchać.
— To ty? — zapytała Tola, spoglądając na najmniejszą stokrotkę przy swojej dłoni.
— Ja — odpowiedziała roślina głosem miękkim jak płatek.
Tola usiadła z wrażenia.
— Ale… jak to możliwe?
— My się śmiejemy tylko wtedy, gdy ktoś śmieje się szczerze — odpowiedziały chórem inne stokrotki. — I tylko dzieci nas potrafią usłyszeć.
Od tego dnia Tola przychodziła na łąkę codziennie. Kładła się w trawie, opowiadała historię i rechotała do słońca. A stokrotki chichotały razem z nią — aż echo niosło się do lasu.
Pewnego razu przyprowadziła ze sobą chłopca — Antosia. Był bardzo poważny. Nie lubił się śmiać. Uważał, że śmiech to strata czasu.
— Usiądź — powiedziała Tola. — Ale musisz się śmiać z serca.
Antoś przewrócił oczami, ale usiadł. Tola zaczęła opowiadać historię o krowie w kapciach i księżycu, który miał czkawkę. I nagle… coś się wydarzyło. Antosiowi drgnął kącik ust. Potem drugi. Aż wreszcie… wybuchnął śmiechem tak głośnym, że aż pszczoły zatrzymały się w locie! Stokrotki aż się pokładały ze śmiechu. Jedna z nich spadła Toli na dłoń i zamigotała drobinkami rosy.
— To twoja stokrotka śmiechu — powiedziała Tola. — Możesz ją zatrzymać na zawsze.
— A co, jeśli kiedyś przestanę się śmiać? — zapytała Tola.
— Wtedy ona ci przypomni, że śmiech rośnie… tam, gdzie jest miejsce dla radości.
Tola i Antoś wracali na łąkę każdego dnia. Chociaż czasem było im smutno, wystarczyło, że usiedli razem, a łąka znów napełniała się chichotem. I nikt — nawet najpoważniejszy dorosły — nie mógł zrozumieć, dlaczego to właśnie tam śmiech zawsze wracał. Ale Tola wiedziała. Bo śmiech mieszkał w stokrotkach. I w sercach, które nie zapomniały, jak być dzieckiem.