E-book
15.75
drukowana A5
49.99
Awanturki z Łochowa

Bezpłatny fragment - Awanturki z Łochowa

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
206 str.
ISBN:
978-83-8431-273-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 49.99

Śliwki pod płotem

W Łochowie, niewielkiej wsi pod Bydgoszczą, gdzie wiatr szumi w koronach sosen, a pola pachną świeżo skoszoną trawą, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które zdawało się być stworzone do opowieści. On, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, z dłońmi wielkimi jak bochny chleba, wciąż nosił w sobie melodię życia, choć czasem nieporadną. Ona, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, drobna, lecz z iskrą w oczach, która zdradzała, że w jej duszy wciąż grają Chopina nokturny. Razem tworzyli harmonię — może nie idealną, ale szczerą, pełną drobnych zgrzytów i wielkich uniesień.

Tamtego ranka, gdy słońce stało już wysoko, Marek wracał pieszo z całonocnej imprezy u starego druha, Staszka, który obchodził sześćdziesiąte ósme urodziny. Marek, człowiek zasad, nigdy nie siadał za kółkiem po kieliszku, a kieliszków u Staszka nie brakowało. Zataczając się lekko, podśpiewywał melodię, która zrodziła się w jego głowie, jakby mandolinę w jego duszy wciąż brzmiał:

Miała baba koguta, wsadziła go do buta,

Miała baba śliwek wór i te śliwki zjadł jej knur.

Piosenka, choć prostacka, miała w sobie coś z wiejskiej swobody, a Marek, z głową w chmurach i na lekkim rauszu, nie zauważył, że zboczył z dobrze znanej ścieżki. Łochowo, choć małe, miało swoje zakamarki, a uliczki między sadami potrafiły zmylić nawet starego mieszkańca. Gdy melodia w jego głowie osiągnęła crescendo, Marek zatrzymał się nagle. Przed nim wyrósł wysoki płot z drucianej siatki, za którym rozpościerał się sad pełen dorodnych śliw. Drzewa, obsypane fioletowymi owocami, wyglądały jak z marzenia łasucha.

— Moje śliweczki — wymamrotał Marek, a jego usta, wciąż wilgotne od porannej rosy i śladów weselnego bimbru, rozciągnęły się w uśmiechu.

Płot był wysoki, a brama zamknięta na kłódkę. Marek, ważący dobrze ponad sto kilogramów, wiedział, że wspinaczka to nie jego bajka. „Górą nie przejdę, to może dołem?” — pomyślał. Jego dłonie, wyrobione latami szarpania strun mandoliny, były jak łopaty. Długie paznokcie, które Kamila zawsze kazała mu obcinać, teraz okazały się atutem. Marek klęknął i zaczął kopać. Ziemia, miękka po nocnym deszczu, ustępowała pod jego palcami. W kilka minut wykopał tunel, przez który, z trudem, ale jednak, przecisnął swoje potężne ciało.

W sadzie pachniało słodko. Śliwki, ciężkie i soczyste, same prosiły się o zerwanie. Marek, nie tracąc czasu, napychał nimi kieszenie marynarki, a gdy te się zapełniły, wsunął kilka za pasek spodni, czując, jak chłodne owoce muskają jego skórę. Zadowolony, z łupem godnym wiejskiego bohatera, wrócił do domu, cicho jak złodziej, którym, w gruncie rzeczy, się stał.

W domu panowała cisza. Kamila, zwana przez Marka pieszczotliwie Kamilandą, jeszcze spała. Marek zajrzał do sypialni, gdzie jego żona leżała w pościeli, z rozpuszczonymi siwymi włosami i twarzą spokojną jak tafla jeziora. Przez chwilę patrzył na nią z czułością, ale czas naglił. Śliwki musiały zostać wykorzystane. W kuchni przełożył owoce do metalowego wiadra, dolał dwa litry zimnej wody i, z diabelskim uśmiechem, chlusnął całą zawartością na śpiącą Kamilę.

— Pobudka! — ryknął, waląc durszlakiem w wiadro, aż echo poniosło się po domu. — Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje!

Kamila zerwała się z łóżka z wrzaskiem, jej oczy płonęły jak u rozjuszonej lwicy. Mokra od wody, z kawałkami śliwek przyklejonymi do koszuli nocnej, wyglądała jak ofiara dziwacznego rytuału. Dopiero po chwili dotarło do niej, co się stało. Gdy Marek, z dumą jak zdobywca, opowiedział o swojej przygodzie, Kamila zbladła.

— Marek, a jak ktoś cię widział? — wyszeptała, a w jej głosie czaił się strach. — To kradzież! Policja…

Nie dokończyła. Za oknem rozległ się dźwięk syreny policyjnej, ostry i nieubłagany. Marek zamarł, ale Kamila, zawsze szybsza w działaniu, przejęła kontrolę.

— Uciekaj do ogrodu! — syknęła. — Ja się tym zajmę.

Marek, nie pytając o nic, pomknął na tyły domu, gdzie ich mały ogródek czekał na pielęgnację. Kamila tymczasem, w akcie desperacji, zaczęła połykać śliwki. Była w tym mistrzynią — lata gry na fortepianie nauczyły ją precyzji i szybkości. W kilka minut połknęła niemal wszystkie owoce, które Marek przyniósł. Gdy usiadła na zydlu, zadowolona z siebie, nagle zdała sobie sprawę z nowego problemu. Śliwki w jej żołądku mogły zostać wykryte. „Stolec!” — pomyślała z paniką. Jeśli policja zbada jej przewód pokarmowy, Marek pójdzie do więzienia.

W akcie desperacji Kamila sięgnęła po butelkę stężonego kwasu siarkowego, którą Marek trzymał w szopie na „specjalne okazje” (nigdy nie pytała, jakie). Wypiła ćwierć litra, licząc, że kwas rozpuści śliwki, nie zostawiając po nich śladu. Smak był jak dotyk piekła, ale Kamila zacisnęła zęby i przełknęła.

Tymczasem Marek, w ogrodzie, orał ziemię jak opętany. Jego dłonie, wciąż silne, ryły w glebie z furią. W niecałą godzinę przeorał osiemset metrów kwadratowych na głębokość czterdziestu centymetrów. Gdy kończył, za jego plecami pojawili się policjanci.

— Panie Marku! — zawołał jeden z nich, starszy sierżant o twarzy pooranej zmarszczkami. — Co pan dzisiaj robił?

— Ja? — Marek podniósł wzrok, udając zdziwienie. — Od wczoraj orzę ziemię. Będę sadził ziemniaki.

— Czy ma pan na to świadka? — zapytał drugi policjant, młodszy, z wąsem jak z lat osiemdziesiątych.

— Oczywiście. Moją żonę — odparł Marek, wskazując na dom.

W kuchni zastali Kamilę, siedzącą na zydlu, bladą jak płótno. Gdy zobaczyła policjantów, gwałtownie wstała. W tym momencie kwas w jej żołądku zareagował. Z nozdrzy buchnął dym o zapachu siarki, a z ust, ku przerażeniu wszystkich, wystrzelił płomień. Policjanci, choć zaprawieni w bojach, rzucili się do ucieczki, jakby zobaczyli samego diabła.

Marek, nie tracąc zimnej krwi, wiedział, co robić. W szkole łykął podstawy chemii — kwas trzeba zneutralizować zasadą. W szopie znalazł dwa opakowania „Kreta”, preparatu do udrażniania rur. Chwycił Kamilę w ramiona i, nie zważając na jej protesty, wsypał proszek prosto do jej gardła.

Dwa dni później, w szpitalu w Bydgoszczy, lekarze patrzyli na Marka z mieszaniną podziwu i niedowierzania. Dzięki jego szybkiej reakcji Kamila przeżyła. Chirurdzy usunęli jej połowę żołądka i zastąpili przełyk różową plastikową rurką, która, jak żartowała później Kamila, pasowała do jej nowej apaszki. Marek, siedząc przy jej łóżku, trzymał ją za rękę i obiecał, że nigdy więcej nie tknie śliwek.

Kamila, karmiona przez kroplówki, nie jadła już nic, ale jej oczy wciąż błyszczały. Czasem, w ciche wieczory, Marek grał dla niej na mandolinie, a ona, mimo bólu, uśmiechała się, jakby słyszała muzykę, którą kiedyś razem tworzyli. W Łochowie szeptano o nich jak o legendzie — o mandoliniście, który ukradł śliwki, i pianistce, która dla miłości połknęła kwas. A oni? Oni żyli dalej, w swojej małej harmonii, gdzie nawet chaos miał swój rytm.

Trumny na kredyt

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie kury gdaczą donośniej niż ludzie rozmawiają, a każdy plotek rozchodzi się szybciej niż zapach świeżo pieczonego chleba, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które zdawało się być wyjęte z jakiejś wesołej operetki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, z dłońmi wielkimi jak łopaty i sercem równie szerokim, miał w sobie coś z wiejskiego filozofa. Kamila, zwana pieszczotliwie Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić każdego. Razem tworzyli duet, który w Łochowie był równie sławny, co coroczny festyn przy remizie.

Tamtego dnia, gdy wrzosy na łąkach za wsią zaczynały purpurowieć, Marek wrócił do domu w glorii i chwale, ciągnąc za sobą starą taczkę. Na taczce, ku zdumieniu sąsiadów, leżały dwie dębowe trumny — lśniące, polerowane, z mosiężnymi okuciami, jakby żywcem wyjęte z katalogu dla arystokratów.

— Kamilando, skarbeńku! — zawołał Marek, stawiając taczkę przed gankiem. — Mam dla nas niespodziankę!

Kamila, która akurat obierała ziemniaki w kuchni, wytarła ręce w fartuch i wyszła na próg. Na widok trumien uniosła brwi tak wysoko, że niemal zniknęły pod siwą grzywką.

— Marek, coś ty znowu nawywijał? — zapytała, krzyżując ręce na piersi. — To ma być romantyczny prezent? Bo jeśli tak, to ja wolę kwiatki.

— Czekaj, czekaj, to nie tak! — Marek uniósł ręce, jakby chciał zatrzymać nadciągającą burzę. — To inwestycja! Pan Zdzisiek z tartaku miał promocję, dwie trumny w cenie jednej! Na kredyt, bez odsetek!

— Na kredyt?! — Kamila aż klasnęła w dłonie. — Marek, ty głuptasie, my jeszcze żyjemy! Po co nam trumny?

— No jak to po co? — Marek rozpromienił się, jakby odkrył tajemnicę wszechświata. — To na przyszłość! Żeby dzieciaki nie musiały się martwić, jakby co. I patrz, jakie piękne! Dąb, pierwsza klasa, jak mandolina Stradivariusa!

W tym momencie na podwórko wkroczyła sąsiadka, pani Genia, która słynęła z tego, że jej nos zawsze wyczuwał plotki szybciej niż policyjny pies narkotyki. W ręku trzymała koszyk z jajkami, ale jej oczy błyszczały ciekawością.

— Marek, Kamila, a co to za cyrk? — zapytała, zerkając na trumny. — Wy się rozwodzicie czy umieracie?

— Ani jedno, ani drugie, Geniu! — odparł Marek z dumą. — To inwestycja w przyszłość! Zdzisiek dał dobrą cenę, bo mówi, że kryzys, ludzie mniej umierają.

— Mniej umierają? — Genia parsknęła śmiechem. — To co, Zdzisiek teraz trumny na raty sprzedaje?

— A no widzisz! — Marek pokiwał głową. — Biznesmen z niego, nie? Jeszcze mi podsunął pomysł, żebym jedną trumnę przerobił na barek. Wiecie, taki stylowy, na bimber i kieliszki!

Kamila przewróciła oczami, ale kąciki jej ust drgnęły. Marek i jego pomysły — to było jak życie z wiecznym dzieckiem, które co chwilę wpada na nowy, absurdalny plan.

— Marek, ty to masz głowę do interesów jak ja do baletu — westchnęła Kamila. — I gdzie my to trzymamy? W salonie? Przy fortepianie?

— A dlaczego nie? — Marek klasnął w dłonie. — Jedna do sypialni, na pościel, a druga do drewutni, na zapasy ziemniaków!

Pani Genia, która wciąż stała z koszykiem jajek, pokręciła głową.

— Marek, ty to zawsze musisz coś wymyślić. A jakby tak ksiądz proboszcz to zobaczył? Powie, że to profanacja!

— Profanacja? — Marek machnął ręką. — Ksiądz proboszcz sam u Zdziśka zamawiał trumnę dla organisty, co to niby umarł, a potem się okazało, że tylko zasnął po weselu u sołtysa!

Wieczorem, gdy plotka o trumnach rozeszła się po Łochowie, do domu Marka i Kamili zawitał Staszek, dawny druh Marka z orkiestry, a obecnie miejscowy spec od wszystkiego. Staszek, z nieodłączną fajką w ustach, spojrzał na trumny i zagwizdał.

— Marek, ty to masz rozmach! — powiedział, klepiąc go po ramieniu. — Ale powiedz, jak ty to przewiozłeś? Taczka ci się nie rozleciała?

— A gdzie tam! — Marek wyszczerzył zęby. — Taczka od teścia, jeszcze z czasów, jak woził nawozy na pola. Solidna jak moja miłość do Kamilandy!

Kamila, która akurat parzyła herbatę, prychnęła.

— Marek, przestań z tą miłością, bo mi się cukier w cukierniczce rozpuści. Lepiej powiedz, co my z tym zrobimy, bo ja nie mam zamiaru spać w sypialni z trumną!

— A ja mam pomysł! — Staszek uniósł palec, a jego oczy zabłysły. — Zróbcie z tego atrakcję! Łochowo nudne jak flaki z olejem, a wy możecie otworzyć muzeum trumien! Albo escape room! Wiecie, zamykacie ludzi w trumnie, a oni muszą wydostać się w godzinę!

— Staszek, ty to masz pomysły jak Marek — zaśmiała się Kamila. — Jeszcze nam powiedz, że mamy sprzedawać bilety na „Noc w trumnie”!

— A to niegłupie! — Marek aż podskoczył. — Kamilando, słuchaj, możemy jedną trumnę wynająć na Halloween! Dzieciaki będą piszczeć z radości!

— Dzieciaki to będą piszczeć, jak cię dorwę za ten pomysł — mruknęła Kamila, ale w głębi duszy bawiła ją ta cała absurdalna sytuacja.

Nazajutrz Marek, nie zrażony sceptycyzmem żony, postanowił wprowadzić swój plan w życie. Z pomocą Staszka jedną z trumien przerobili na barek — wstawili do środka półki, a na nich ustawili butelki z domowym bimbrem i słoiki z nalewką wiśniową, którą Kamila robiła co roku. Drugą trumnę Marek ustawił w ogrodzie, twierdząc, że będzie to „ekskluzywna donica na pomidory”. Kamila, choć kręciła nosem, pomogła mu pomalować trumnę na jaskrawy zielony kolor, żeby „pasowała do ogrodu”.

Wieść o trumnach rozeszła się po Łochowie jak pożar w suchej trawie. Na podwórko Marka i Kamili zaczęli ściągać ciekawscy. Sołtys, pan Władek, przyszedł z butelką wódki, żeby „uczcić inwestycję”. Dzieciaki z sąsiedztwa biegały wokół zielonej trumny, udając, że to statek kosmiczny. Nawet ksiądz proboszcz, choć z początku kręcił nosem, przyszedł rzucić okiem.

— Marek, Kamila, toż to grzech tak trumny profanować — powiedział, ale w jego oczach czaił się uśmiech. — Chociaż, jak patrzę na ten barek, to myślę, że na odpust by się nadał.

— Księże proboszczu, a może kropelkę nalewki w trumnie? — zażartował Marek, a Kamila trzepnęła go ścierką po ramieniu.

— Nie kuś losu, Marek, bo jeszcze w tej trumnie wylądujesz szybciej, niż myślisz! — rzuciła, a wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Z czasem trumny stały się lokalną atrakcją. Marek i Kamila, zamiast muzeum, otworzyli coś w rodzaju „trumnianej karczmy” — w ogrodzie ustawili stoły, a barek z trumny przyciągał amatorów domowych nalewek. Staszek wpadł na pomysł, żeby urządzać wieczory opowieści, gdzie każdy mógł snuć historie przy trumnie-donicy, która, o dziwo, wydała rekordowy plon pomidorów. Kamila, choć początkowo sceptyczna, zaczęła grać na fortepianie podczas tych wieczorów, a Marek czasem wyciągał mandolinę, by dodać nutki nostalgii.

Łochowo ożyło. Ludzie mówili, że trumny Marka i Kamili przyniosły wsi szczęście. Nawet pani Genia, która na początku wróżyła nieszczęście, przyniosła kiedyś koszyk jajek i powiedziała:

— No, Marek, Kamila, muszę przyznać, żeście zrobili z tych trumien coś więcej niż trumny. To teraz jak muzeum, karczma i teatr w jednym!

Marek, popijając nalewkę z trumnianego barku, spojrzał na Kamilę, która akurat grała walca na fortepianie.

— Wiesz, Kamilando — szepnął — może i głupio kupiłem te trumny, ale patrz, jak nam się życie rozkręciło.

Kamila uśmiechnęła się, nie przerywając gry.

— Marek, ty to zawsze znajdziesz sposób, żeby z głupoty zrobić sztukę. Ale jak jeszcze raz przywieziesz coś takiego, to ja cię w tej trumnie zamknę na amen.

I tak, w Łochowie, wśród śmiechu, muzyki i pomidorów z trumnianej donicy, Marek i Kamila żyli dalej, tworząc melodię, której nie powstydziłaby się żadna filharmonia.

Dwa miliony i komornik w Łochowie

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie plotki latają szybciej niż wróble nad polami, a każdy zna każdego, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak dobrze zgrany duet w wiejskiej operetce. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie wielkie jak bochny chleba i serce równie szerokie, choć czasem jego pomysły były bardziej szalone niż finał Beethovena. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet najtwardszego krytyka muzycznego. Razem tworzyli harmonię, która, choć czasem fałszowała, zawsze miała w sobie nutę ciepła i humoru.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury sąsiadki, pani Geni, urządzały koncert godny filharmonii, do drzwi domu Marka i Kamili zapukał komornik. Nie był to zwykły komornik — pan Zenon, wysoki, chudy jak tyczka, w garniturze, który wyglądał, jakby pamiętał czasy PRL-u, miał minę człowieka, który wolałby być gdziekolwiek indziej.

— Dzień dobry, państwo Malinowscy? — zapytał, poprawiając okulary na czubku nosa i dzierżąc w ręku teczkę grubą jak partytura Wagnera. — Mam tu nakaz zapłaty. Dwa miliony złotych. Plus odsetki.

Kamila, która akurat kroiła cebulę w kuchni, upuściła nóż. Marek, zajęty polerowaniem swojej starej mandoliny, podniósł głowę, jakby usłyszał fałszywą nutę.

— Dwa miliony? — Marek zamrugał. — Panie, to pan się pomylił. My z Kamilą ledwo na ziemniaki mamy, a co dopiero na miliony!

— Żadna pomyłka — odparł komornik, wyciągając z teczki plik dokumentów. — Pan Marek Malinowski, zameldowany w Łochowie, ulica Cytrynowa 7? Podpisał pan umowę na zakup… — zerknął w papiery — ...maszyny do produkcji lodów o smaku śliwkowym. Wartość: dwa miliony złotych.

Kamila weszła do salonu, wycierając ręce w fartuch. Jej oczy błyszczały jak u kota, który właśnie zobaczył mysz.

— Marek, coś ty znowu nawywijał? — syknęła. — Lody śliwkowe? Ty nawet lodów nie lubisz, bo ci zęby marzną!

— Kamilando, przysięgam na mojego Stradivariusa, że niczego nie podpisywałem! — Marek uniósł ręce w geście niewinności. — To musi być jakaś granda!

Komornik westchnął ciężko, jakby miał dość takich rozmów.

— Proszę państwa, podpis jest. Umowa jest. Maszyna miała być dostarczona w zeszłym tygodniu. Albo płacicie, albo zajmuję dom, fortepian, mandolinę i… — zerknął na podwórko — …tę taczkę.

— Taczkę?! — Marek aż podskoczył. — To taczka po teściu, relikwia rodzinna! Panie Zenon, musi być jakieś wyjaśnienie!

W tym momencie na podwórko wkroczyła pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek w ręku i miną detektywa.

— A co to za cyrk? — zapytała, zerkając na komornika. — Marek, coś ty znowu kupił? Złotą krowę?

— Geniu, żadna krowa! — odparł Marek. — Jakiś oszust pod moje nazwisko maszynę do lodów kupił! Dwa miliony!

— Dwa miliony? — Genia aż gwizdnęła. — Za tyle to byś całą Łochów lodziarnią obstawił!

Kamila, która nie lubiła tracić czasu, chwyciła papiery od komornika i zaczęła je przeglądać. Jej palce, przyzwyczajone do klawiszy fortepianu, szybko przewracały strony.

— Marek, tu jest twój podpis — mruknęła, pokazując dokument. — Ale to nie twój charakter pisma. To wygląda jak bazgroły Staszka po weselu!

— Staszka? — Marek zamrugał. — Naszego Staszka? Tego od fajki i bimbru?

— A kogo by innego? — Kamila przewróciła oczami. — Pamiętasz, jak miesiąc temu podpisywaliście u niego w szopie jakieś papiery na „interes życia”?

Marek zbladł. Staszek, jego dawny druh z orkiestry, miał talent do wpadania w tarapaty. Rok temu przekonywał Marka, że powinni hodować strusie, bo „to przyszłość Łochowa”. Na szczęście Kamila wtedy wybiła im ten pomysł z głów.

— Musimy znaleźć Staszka — powiedział Marek, chwytając kapelusz. — Panie Zenon, daj nam pan dzień, to wszystko wyjaśnimy!

Komornik, choć wyglądał na nieprzekonanego, zgodził się. — Dobrze, ale wracam jutro. I lepiej, żebyście mieli te dwa miliony albo dobrego prawnika.

Godzinę później Marek i Kamila stali przed chałupą Staszka, która wyglądała, jakby czas zatrzymał się tam w latach siedemdziesiątych. Staszek, w kapciach i z fajką w ustach, otworzył drzwi i uśmiechnął się szeroko.

— Marek, Kamilanda! Co słychać? — zapytał, jakby nie zauważył ich groźnych min.

— Staszek, coś ty podpisał pod moim nazwiskiem? — warknął Marek. — Komornik mi dom chce zabrać za maszynę do lodów!

— Lody? — Staszek zamrugał, a potem klasnął w dłonie. — No tak! Pamiętam! Ten facet z miasta, taki w garniturze, mówił, że to interes życia! Maszyna do lodów śliwkowych, hit sezonu! Podpisałem, bo mówił, że potrzebuje wspólnika, a ty, Marek, masz głowę do biznesu!

— Głowę to ja ci zaraz urwę! — ryknął Marek, ale Kamila złapała go za ramię.

— Staszek, gdzie jest ta maszyna? — zapytała rzeczowo.

— No… — Staszek podrapał się po głowie. — Facet mówił, że dostarczą ją do tartaku Zdziśka. Ale jak poszedłem sprawdzić, to Zdzisiek powiedział, że żadnej maszyny nie ma, tylko ktoś mu podrzucił paletę zepsutych śliwek.

— Śliwek? — Kamila uniosła brew. — Czyli co, ktoś nas wrobił w oszustwo?

— Wygląda na to — mruknął Staszek, wyciągając z kieszeni zgniecioną wizytówkę. — Mam tu namiar na tego gościa. Nazywa się Ryszard „Rysio” Kowalski, przedstawiciel handlowy.

Marek i Kamila nie tracili czasu. Wraz ze Staszkiem i panią Genią, która uparła się, że „musi zobaczyć, jak to się skończy”, ruszyli do miasta, gdzie Rysio miał swoje biuro. Po drodze dołączył do nich sołtys Władek, który usłyszał o sprawie i stwierdził, że „Łochowo nie da się oszukać jakiemuś miastowemu cwaniakowi”.

Biuro Rysia okazało się obskurną klitką nad warzywniakiem, z szyldem „Rysio Enterprises — Innowacje dla Przyszłości”. Sam Rysio, niski facecik z wąsem i w za ciasnym garniturze, na ich widok próbował czmychnąć przez okno, ale Marek, zwinny jak na swoje sto kilo, złapał go za kołnierz.

— Gadaj, Rysio, gdzie maszyna i moje dwa miliony! — warknął Marek.

— Ja… ja nie wiem, o co chodzi! — Rysio pisnął, ale pod groźnym spojrzeniem Kamili szybko pękł. — Dobra, dobra! To nie była maszyna! To miał być przekręt na dotacje unijne! Podpisałem umowę na niby, a kasa poszła na konto mojej kuzynki w Panamie!

— W Panamie?! — pani Genia aż klasnęła. — Marek, ty to masz rozmach, nawet oszuści cię na miliony kręcą!

Kamila, zawsze praktyczna, wyciągnęła telefon i zadzwoniła po policję. W międzyczasie sołtys Władek, który miał smykałkę do negocjacji, przekonał Rysia, żeby oddał przynajmniej część pieniędzy, które jeszcze miał. Okazało się, że Rysio wydał tylko połowę na „inwestycje” w kryptowaluty i złote klamki do swojego mieszkania.

Po powrocie do Łochowa komornik Zenon, widząc, że Marek i Kamila odzyskali część pieniędzy i zgłosili sprawę na policję, zgodził się wstrzymać egzekucję. Wieś huczała od plotek, a pani Genia opowiadała każdemu, jak to Kamila „rozbroiła oszusta jednym spojrzeniem”. Marek, żeby uczcić zwycięstwo, wyciągnął mandolinę i zagrał w ogrodzie skoczną melodię, a Kamila akompaniowała mu na fortepianie.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy wieczór rozbrzmiewał muzyką — może i nie mamy dwóch milionów, ale mamy siebie i Łochowo. To więcej warte.

— Marek, ty to zawsze znajdziesz sposób, żeby z tarapatów zrobić koncert — zaśmiała się Kamila. — Ale jak jeszcze raz dasz się wrobić, to ja cię w tej taczce do Rysia odwiozę!

I tak, w Łochowie, wśród śmiechu, muzyki i plotek pani Geni, Marek i Kamila żyli dalej, tworząc melodię, która rozbrzmiewała głośniej niż jakikolwiek przekręt.

Kura z fortepianem

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra na strzechach chałup, a kury sąsiadki Geni mają więcej do powiedzenia niż sołtys na zebraniu, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak melodia: czasem skoczna, czasem nostalgiczna, ale zawsze pełna życia. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce jak dzwon, które biło w rytmie wiejskich opowieści. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet najbardziej ponurego krytyka. Razem tworzyli duet, który w Łochowie był legendą — jak ich słynna przygoda z trumnami czy przekręt z maszyną do lodów.

Tamtego dnia, gdy mgła snuła się nad polami, a wrzosy za wsią pachniały jak wino, Marek obudził się w pustym łóżku. Kamila, która zwykle wstawała pierwsza, by parzyć kawę i grać Chopina na rozstrojonym fortepianie, zniknęła. Na poduszce leżało tylko pojedyncze białe piórko, co Marka zdziwiło, bo Kamila nie miała w zwyczaju nosić boa.

— Kamilando, skarbeńku, gdzie ty się podziałaś? — zawołał Marek, przeszukując dom. Zajrzał do kuchni, gdzie ziemniaki czekały na obieranie, do ogrodu, gdzie pomidory w donicy (dawnej trumnie) pyszniły się czerwienią, a nawet do drewutni, gdzie trzymali starą taczkę po teściu. Ani śladu Kamili.

W końcu, zrezygnowany, Marek wyszedł na podwórko i usłyszał dziwne gdakanie. Na płocie siedziała kura — biała, z piórami lśniącymi jak w reklamie szamponu, i patrzyła na niego z wyrzutem. Marek zamrugał, bo coś w tych kurzych oczach wydawało mu się znajome.

— Kamilanda? — zapytał niepewnie. — To ty?

Kura zeskoczyła z płotu, podbiegła do Marka i dziobnęła go w łydkę. Marek aż podskoczył.

— Auć! To ty, Kamilando! — ryknął. — Tylko ty masz taki charakterek!

W tym momencie na podwórko wkroczyła pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Marek, co ty bredzisz? — zapytała, zerkając na kurę. — Kamila uciekła z domu, a ty z kurami gadasz?

— Geniu, to nie kura, to moja Kamila! — Marek machnął rękami. — Jakaś cholera ją w kurę zamieniła!

— W kurę? — Genia parsknęła śmiechem. — Marek, ty znowu u Staszka bimbru próbowałeś, co?

Ale Marek nie żartował. Chwycił kurę (która gdakała oburzona) i ruszył do chałupy Staszka, swojego druha z orkiestry, który wiedział wszystko o wszystkim — od hodowli strusi po lokalne legendy. Staszek, w kapciach i z fajką w ustach, spojrzał na kurę i zmarszczył brwi.

— Marek, to nie byle jaka kura — powiedział, drapiąc się po głowie. — To sprawka Baby Jagi z Moczarów. Słyszałem, że wróciła do Łochowa, bo sołtys jej podatki podniósł za chatkę na kurzej nóżce.

— Baba Jaga? — Marek zamrugał. — Ta od pierników i dzieci w klatkach?

— Ta sama — potwierdził Staszek. — Zamienia ludzi w kury, jak się zdenerwuje. A Kamila, no wiesz, ma język jak brzytwa. Może jej coś palnęła?

Marek, choć zszokowany, nie tracił ducha. Wsadził kurę-Kamilę pod pachę i ruszył na bagna, gdzie, jak głosiły plotki, mieszkała Baba Jaga. Po drodze dołączyła do niego pani Genia, bo „takiej przygody nie odpuści”, i sołtys Władek, który uznał, że jako przedstawiciel władzy musi „rozwiązać sprawę z czarownicą”. Kura-Kamila gdakała oburzona, ale Marek głaskał ją po piórach, szepcząc: „Spokojnie, Kamilando, zaraz cię odczarujemy.”

Na bagnach, w cieniu sosen, stała chatka na kurzej nóżce, która wyglądała, jakby zaprojektował ją architekt z koszmaru. Baba Jaga, chuda jak patyk, z nosem jak haczyk i w chustce w grochy, siedziała na ganku, mieszając w kotle coś, co pachniało jak rosół.

— Kto śmie przeszkadzać Babie Jadze?! — warknęła, podnosząc wzrok.

— Ja, Marek Malinowski! — ryknął Marek, unosząc kurę. — Oddaj mi żonę, bo inaczej… inaczej…

— Inaczej co? — Baba Jaga uniosła brew. — Wsadzę cię do kotła i zrobię rosół z was obojga!

— Rosół?! — pani Genia aż klasnęła. — Z Kamili? Toż to skandal! Ona Chopina grała, a ty ją na zupę chcesz?

— A co, mam ją na fortepianie trzymać? — warknęła Baba Jaga. — Ta wasza Kamila nazwała mnie w sklepie „babą z miotłą”! Ja, czarownica z dyplomem, mam to znosić?

— To prawda? — Marek spojrzał na kurę, która spuściła wzrok, jakby przyznając się do winy. — Kamilando, mówiłem ci, żebyś nie zaczepiała ludzi w kolejce po cukier!

Sołtys Władek, widząc, że sytuacja robi się napięta, wkroczył z dyplomacją.

— Szanowna pani Jago, może się dogadamy? — zaproponował. — Co pani chce za odczarowanie Kamili?

Baba Jaga zamyśliła się, mieszając w kotle.

— Hm… chcę, żebyście zagrali na moim weselu — powiedziała w końcu. — Za tydzień wychodzę za mąż za Leśnego Dziada. Potrzebuję orkiestry, a wy, muzykanci, dacie radę.

— Wesele? — Marek zamrugał. — Ale ja tylko na mandolinie, a Kamila… no, teraz to ona bardziej gdacze niż gra.

— Odczaruję ją, jak obiecacie zagrać — mruknęła Baba Jaga. — Ale jak nie dacie rady, to oboje będziecie kury!

Marek, nie mając wyboru, zgodził się. Baba Jaga machnęła różdżką (która wyglądała jak patyk od miotły), a kura-Kamila w obłoku dymu zamieniła się z powrotem w kobietę. Kamila, w swojej starej sukience, ale z piórami we włosach, spojrzała na Marka z furią.

— Marek, ty głuptasie, dlaczego mnie nie pilnowałeś?! — warknęła. — Przez ciebie omal nie wylądowałam w rosole!

— Kamilando, skarbeńku, to ty zaczęłaś z tą czarownicą! — odparł Marek, ale szybko ją przytulił. — Ważne, że jesteś cała.

Tydzień później Łochowo huczało od przygotowań do wesela Baby Jagi i Leśnego Dziada. Marek i Kamila, wsparci przez Staszka (który grał na akordeonie) i panią Genię (która podjęła się śpiewania), stworzyli orkiestrę, jakiej bagna jeszcze nie widziały. Kamila, choć wciąż narzekała na pióra we włosach, grała na fortepianie jak za dawnych lat, a Marek szarpał struny mandoliny z taką pasją, że nawet Leśny Dziad, brodaty starzec w kapeluszu z mchu, zaczął podrygiwać.

— No, Malinowscy, spisaliście się! — Baba Jaga, w sukni z pajęczyn i welonie z mgły, klasnęła w dłonie. — Odpuszczam wam tę zniewagę. A ty, Kamila, następnym razem uważaj, co mówisz w sklepie!

— Obiecuję — mruknęła Kamila, ale kąciki jej ust drgnęły w uśmiechu.

Wesele trwało do rana. Goście — od rusałek po krasnoludki — bawili się, jakby jutra nie było. Sołtys Władek tańczył z panią Genią, a Staszek próbował przekonać Leśnego Dziada do inwestycji w hodowlę żab. Marek i Kamila, zmęczeni, ale szczęśliwi, wrócili do domu o świcie.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, siadając na ganku z kubkiem kawy — może i byłaś kurą, ale dla mnie zawsze będziesz moją primadonną.

— A ty, Marek, zawsze będziesz moim wariatem — odparła Kamila, grając cichutko na fortepianie. — Ale jak jeszcze raz wplączesz nas w coś takiego, to sama cię w rosół zamienię.

W Łochowie plotki o kurzej przygodzie Kamili krążyły jeszcze przez lata. Pani Genia opowiadała każdemu, jak to Marek uratował żonę przed rosołem, a Baba Jaga, która czasem wpadała do wsi na herbatkę, śmiała się, że Kamila jako kura miała „najpiękniejsze gdakanie w okolicy”. A Marek i Kamila? Żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet najbardziej szalone nuty miały swój urok.

Marynarz z mandoliną

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie kury gdaczą w rytmie poloneza, a plotki rozchodzą się szybciej niż wiatr nad polami wrzosów, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak melodia wygrywana na dwóch instrumentach: czasem zgrzytliwa, ale zawsze pełna pasji. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie wiejskich opowieści. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet admirała marynarki. Razem tworzyli duet, który w Łochowie był sławny z przygód godnych operetki — od kradzieży śliwek po wesele Baby Jagi.

Tamtego dnia, gdy mgła snuła się nad łąkami, a zapach świeżo pieczonego chleba pani Geni unosił się w powietrzu, do domu Marka i Kamili przyszedł list. Marek, siedząc przy stole i polerując swoją ukochaną mandolinę, otworzył kopertę z pieczątką Wojskowej Komendy Uzupełnień. Jego oczy rozszerzyły się jak talerze.

— Kamilando, skarbeńku, to chyba żart! — zawołał, machając kartką. — Wezwanie na komisję wojskową! Mnie, starego mandolinistę, chcą do wojska!

Kamila, która akurat obierała ziemniaki w kuchni, wytarła ręce w fartuch i podeszła, marszcząc brwi.

— Marek, ty masz sześćdziesiąt dwa lata i brzuch jak bęben! — prychnęła. — Jakie wojsko? Chyba do orkiestry wojskowej!

— Tu piszą, że to nowa ustawa — mruknął Marek, czytając list. — „Wszyscy mężczyźni poniżej siedemdziesiątki zdolni do służby”. I że mnie badają w przyszłym tygodniu!

— Daj no to! — Kamila wyrwała mu kartkę. — To jakieś nieporozumienie. Ty ledwo na strych wchodzisz bez zadyszki, a co dopiero do okopów!

Nie minął tydzień, a Marek, ubrany w swoją najlepszą (i jedyną) marynarkę, stawił się na komisję w Bydgoszczy. Sala pełna była młodych chłopaków, którzy gapili się na niego, jakby przyszedł z innej epoki. Lekarz, siwy pułkownik o twarzy jak z pomnika, zmierzył Marka wzrokiem.

— Panie Malinowski, krew jak u byka, płuca jak miechy, tylko ten brzuch… — mruknął, przeglądając wyniki. — Ale marynarka wojenna da radę was wyprostować. Trzy lata służby na fregacie „Śmiały”!

— Trzy lata?! — Marek aż podskoczył, a jego mandolinowe dłonie zadrżały. — Panie pułkowniku, ja mam żonę, ogród, mandolinę! Ja się na fregaty nie nadaję!

— Nadaje się, nadaje — odparł pułkownik, podpisując skierowanie. — Będziesz pan grał marynarzom do snu. Może nawet awansujesz na bosmana!

Marek wrócił do Łochowa z miną, jakby właśnie zobaczył ducha. Kamila, widząc jego zmartwioną twarz, od razu wzięła sprawy w swoje ręce.

— Marek, ty się nie martw — powiedziała, zakładając swoją najlepszą apaszkę. — Ja pójdę do tej komisji i im wyjaśnię, że ty się nadajesz co najwyżej do orania ogródka, a nie do marynarki!

Nazajutrz Kamila, uzbrojona w swoją fortepianową pewność siebie, ruszyła do Bydgoszczy. Towarzyszyła jej pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, która nie mogła przepuścić takiej okazji, oraz Staszek, dawny druh Marka z orkiestry, który twierdził, że „zna pułkownika od kieliszka”. W biurze komisji zastały pułkownika Kowalskiego, który siedział za biurkiem, popijając herbatę z termosu.

— Dzień dobry, pan pułkownik? — Kamila weszła z impetem, a jej apaszka powiewała jak bandera. — Jestem Kamila Malinowska, żona Marka. Proszę mi powiedzieć, kto wpadł na pomysł, żeby sześćdziesięciolatka z brzuchem wysyłać na fregatę!

Pułkownik uniósł brew, ale pani Genia wtrąciła się, zanim zdążył odpowiedzieć.

— No właśnie! — zawołała, machając koszykiem jajek. — Marek to w Łochowie legenda! On śliwki kradł, trumny kupował, nawet Babę Jagę na weselu rozbawił! Wy go chcecie na morze, a on się boi wanny pełnej wody!

— Proszę się uspokoić — westchnął pułkownik. — Pani Malinowska, pani mąż przeszedł badania. Jest zdrowy jak ryba. A marynarka potrzebuje ludzi, nawet takich… no, nietypowych.

— Nietypowych? — Kamila prychnęła. — Marek to mandolinista, nie marynarz! On nawet wędki nie trzymał, bo mówi, że ryby mają za smutne oczy!

Staszek, który do tej pory milczał, postanowił wkroczyć z dyplomacją.

— Panie pułkowniku, kolego — powiedział, wyciągając z kieszeni flaszkę domowego bimbru. — Może byśmy tak po ludzku pogadali? Marek to artysta, nie wojak. Może by go zwolnić, a ja wam załatwię orkiestrę na defiladę?

Pułkownik spojrzał na flaszkę, potem na Kamilę, która stała z rękami na biodrach, i na panią Genię, która wyglądała, jakby zaraz miała zacząć przemowę. Westchnął ciężko.

— Dobra, powiedzmy, że możemy Marka zwolnić — mruknął. — Ale musi ktoś za niego wskoczyć. Mamy braki kadrowe.

— Ja wskoczę! — zawołał nagle sołtys Władek, który właśnie wszedł do biura, bo usłyszał o sprawie w sklepie. — Ja w młodości na kutrze rybackim pływałem! Dajcie mi mundur, a Marka zostawcie w spokoju!

Kamila spojrzała na Władka z niedowierzaniem.

— Władek, ty masz sześćdziesiąt pięć lat i reumatyzm! — rzuciła. — Jak ty na fregatę wleziesz?

— A co, nie wlezę? — Władek wyprostował się dumnie. — Dla Łochowa wszystko zrobię! A Marek niech gra na mandolinie, bo jak go zabierzecie, to Kamila nam wieś fortepianem rozstroi!

Pułkownik, widząc determinację całej ekipy, poddał się. Podpisał zwolnienie dla Marka, a Władek, ku zdumieniu wszystkich, dostał skierowanie na szkolenie marynarskie. Gdy wrócili do Łochowa, wieś huczała od plotek. Pani Genia opowiadała każdemu, jak to Kamila „jednym spojrzeniem zmusiła pułkownika do zmiany zdania”, a Staszek dodawał, że bimber odegrał kluczową rolę.

Tego wieczoru Marek, szczęśliwy, że zostaje w domu, wyciągnął mandolinę i zagrał skoczną melodię. Kamila usiadła przy fortepianie, a ich muzyka rozbrzmiewała w całym Łochowie. Władek, już w marynarskim berecie, który kupił w kiosku, ćwiczył salutowanie przed lustrem.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku z kubkami herbaty — może i nie nadaję się na marynarza, ale dla ciebie popłynąłbym na kraj świata.

— Marek, ty byś na kraj świata popłynął, ale tylko na taczce po teściu — zaśmiała się Kamila. — I dobrze, bo bez ciebie Łochowo by zamilkło.

Kilka miesięcy później Władek wrócił z marynarki z odznaką za „wybitną służbę” (choć plotka głosiła, że dostał ją za śpiewanie szant w mesie). Marek i Kamila grali na jego powitanie, a Łochowo urządziło festyn, na którym pani Genia serwowała jajka, a Staszek lał bimber z trumnianego barku. I tak, wśród muzyki, śmiechu i wiejskich plotek, Marek i Kamila żyli dalej, tworząc melodię, która rozbrzmiewała głośniej niż syrena okrętowa.

Rewolucja w Łochowie

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra na strzechach chałup, a kury sąsiadki Geni mają więcej do powiedzenia niż sołtys na zebraniu, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak melodia wygrywana na dwóch instrumentach: czasem zgrzytliwa, ale zawsze pełna pasji. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie wiejskich opowieści. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet najbardziej zagorzałego ideologa. Ich przygody — od kradzieży śliwek po wesele Baby Jagi — były w Łochowie legendą.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a zapach bimbru Staszka unosił się nad polami, Marek wybrał się wieczorem do karczmy „Pod Kogutem”. Tam, w towarzystwie Staszka i innych miejscowych filozofów, popijał nalewkę i snuł opowieści o dawnych koncertach. Gdzieś po trzecim kieliszku do karczmy wpadł niejaki Rysio „Rewolucja” Kowalski, przyjezdny agitator z miasta, w berecie a la Che Guevara i z teczką pełną ulotek. Rysio, z zapałem godnym kaznodziei, przekonywał chłopów do wstąpienia do lewicowej partii „Rewolucja Proletariatu”.

— Towarzysze! — wołał, wspinając się na stołek. — Czas obalić burżujów! Dołączcie do nas, a Łochowo stanie się stolicą równości!

Marek, w lekkim rauszu, słuchał z zachwytem. Gdy Rysio podsunął mu deklarację członkowską, Marek, nie czytając, podpisał ją zamaszystym ruchem, jakby grał finał Beethovena na mandolinie.

— Za równość, towarzyszu! — ryknął, unosząc kieliszek.

Nad ranem, zataczając się lekko, Marek wrócił do domu, podśpiewując melodię, która ułożyła się w jego głowie:

„Miała baba koguta, wsadziła go do buta,

proletariat wstał, burżujów rozstrzelał!”

Cicho otworzył drzwi, licząc, że Kamila jeszcze śpi. Ale w progu czekała już Kamila — w jednej ręce wałek do ciasta, w drugiej groźne spojrzenie. Obok niej stał ksiądz proboszcz, z wiadrem wody święconej w rękach i miną, jakby szykował się na egzorcyzmy.

— Marek Malinowski! — warknęła Kamila, unosząc wałek. — Coś ty znowu nawywijał?! Podpisałeś się pod jakąś rewolucją?!

— Kam… Kamilando, skarbeńku… — Marek uniósł ręce, jakby chciał zatrzymać nadciągającą burzę. — To tylko podpis! Nic wielkiego, ot, taka zabawa!

— Zabawa?! — ryknął ksiądz proboszcz, potrząsając wiadrem. — Panie Marku, pan do partii komunistów wstąpił! To grzech przeciwko Bogu i ojczyźnie!

— Komunistów? — Marek zamrugał, a alkohol będący w jego żyłach jakby nagle wyparował. — Ja myślałem, że to o równość w kolejce po cukier chodzi!

W tym momencie na podwórko wkroczyła pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Marek, ty bolszewiku! — zawołała, niemal upuszczając koszyk. — Całe Łochowo huczy, żeś się z Rysiem „Rewolucją” zmówił! Mówią, że chcecie remizę na kolektyw przerobić!

— Geniu, to jakieś nieporozumienie! — Marek machnął rękami. — Ja tylko kieliszek wypiłem i podpisałem, bo Rysio mówił, że to dla dobra wsi!

Kamila przewróciła oczami, ale nie opuściła wałka.

— Marek, ty masz głowę jak sitko — mruknęła. — A ty, księże, po co to wiadro? Chcesz go wodą święconą zmyć z grzechu?

— Pani Kamilo, to poważna sprawa! — odparł proboszcz, unosząc wiadro. — Jak Marek w tej partii zostanie, to Łochowo na Sybir wyślą!

— Na Sybir?! — Marek zbladł. — Kamilando, ratuj!

Kamila, zawsze praktyczna, chwyciła telefon i zadzwoniła po Staszka, który, jako sprawca całego zamieszania, musiał pomóc. Staszek zjawił się w kwadrans, w kapciach i z fajką w ustach, jakby właśnie wyszedł z karczmy.

— No, Marek, coś ty znowu narobił? — zapytał, drapiąc się po głowie. — Rysio to cwaniak, on te deklaracje zbiera, żeby unijną dotację na „aktywizację wsi” wyciągnąć!

— To po co mnie w to wciągnąłeś?! — warknął Marek.

— Boś się uparł, że „równość to piękna rzecz”! — odparł Staszek. — A ja myślałem, że ty o bimbrze mówisz!

Kamila, widząc, że z Marka i Staszka więcej nie wyciśnie, postanowiła działać. Wraz z księdzem proboszczem, panią Genią i Staszkiem ruszyli do remizy, gdzie Rysio „Rewolucja” urządzał wiec dla „proletariatu Łochowa”. Na miejscu zastali Rysia, który, stojąc na beczce, agitował sołtysa Władka i kilkoro mieszkańców.

— Towarzysze! — wołał Rysio, machając ulotkami. — Czas na rewolucję! Oddamy pola ludowi, a remizę zrobimy centrum kultury proletariackiej!

— Rysio, złaź z tej beczki, bo ci pomogę! — warknęła Kamila, wchodząc na salę z wałkiem w ręku. — Marek podpis złożył w rauszu, a ty z tego rewolucję robisz?!

Rysio, widząc Kamilę, proboszcza z wiadrem i panią Genię z groźnym spojrzeniem, zbladł.

— Pani Kamilo, to nie tak! — pisnął. — To tylko formalność, dla dotacji! Nikt nikogo na Sybir nie wyśle!

— Formalność?! — ryknął ksiądz proboszcz, chlapiąc wodą święconą w stronę Rysia. — Ty, heretyku, Łochowo w anarchię wciągasz!

Woda święcona trafiła Rysia prosto w berecik, który zsunął mu się na oczy. Sołtys Władek, który do tej pory słuchał z zainteresowaniem, wstał i huknął pięścią w stół.

— Dość tego! — zawołał. — Rysio, oddaj deklarację Marka, bo inaczej ja ci rewolucję w remizie zrobię!

Rysio, widząc, że tłum się buntuje, wyciągnął teczkę i oddał deklarację. Kamila, nie ufając mu, sprawdziła, czy to na pewno podpis Marka, a potem, dla pewności, podarła kartkę na strzępy.

— I żebyś się więcej w Łochowie nie pokazywał! — rzuciła, unosząc wałek. — Bo następnym razem to ja ci rewolucję urządzę!

Rysio czmychnął z remizy, a wieś wybuchnęła śmiechem. Pani Genia już snuła opowieść, jak to Kamila „wałkiem pogoniła bolszewika”, a ksiądz proboszcz, wciąż trzymając wiadro, zaproponował, żeby dla oczyszczenia urządzić festyn przy kościele.

Tego wieczoru Łochowo bawiło się do rana. Marek, wdzięczny Kamili za ratunek, wyciągnął mandolinę i zagrał skoczną melodię. Kamila usiadła przy fortepianie, a ich muzyka rozbrzmiewała w całej wsi. Staszek serwował bimber, a sołtys Władek tańczył z panią Genią, która wciąż opowiadała o „rewolucji, której nie było”.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku z kubkami herbaty — może i podpisałem głupotę, ale ty zawsze mnie z tarapatów wyciągniesz.

— Marek, ty to masz talent do wpadania w kłopoty — zaśmiała się Kamila. — Ale jak jeszcze raz podpiszesz coś po bimbrze, to ja cię tym wałkiem na Sybir wyślę!

W Łochowie plotki o „rewolucji Marka” krążyły jeszcze przez lata. Pani Genia dodawała do opowieści coraz to nowe szczegóły, a ksiądz proboszcz czasem wspominał, że woda święcona nigdy nie była tak skuteczna. Marek i Kamila zaś żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet najbardziej szalone nuty miały swój urok.

Kuzynka Czesława i VAT-owska afera

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra poloneza w koronach sosen, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach świeżo parzonego bimbru, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak duet z wiejskiej operetki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych przygód. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet mafijnego bossa. Ich życie w Łochowie było pełne historii — od kradzieży śliwek po omyłkowe podpisanie deklaracji rewolucyjnej — które miejscowi wspominali przy każdym festynie.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny filharmonii, do domu Marka i Kamili zapukała niespodziewana gościna. W progu stała Czesława, kuzynka Kamili z Ostrołęki, w futrze (mimo sierpniowego ciepła), z torebką wielkości walizki i w okularach przeciwsłonecznych, które wyglądały, jakby kosztowały więcej niż cały Łochów.

— Kamilando, kochanie! — zawołała Czesława, rzucając się na szyję kuzynki. — Przyjechałam na urlop! Muszę się u was zaszyć na chwilę!

Kamila, która akurat kroiła cebulę w kuchni, uniosła brew. Czesława, zwana w rodzinie „Czesia-VIP”, zawsze miała smykałkę do kłopotów. Ostatnim razem, gdy odwiedziła Łochowo, przekonała sołtysa, że powinien inwestować w „kryptowaluty z kurzym motywem”.

— Czesława, coś ty znowu nawywijała? — zapytała Kamila, wycierając ręce w fartuch. — I co to za futro? W sierpniu?

— Och, to tylko styl! — Czesława machnęła ręką, a jej bransoletki zadzwoniły jak dzwonki w kościele. — Potrzebuję spokoju, wiecie, od miejskiego zgiełku.

Marek, który polerował mandolinę w salonie, wszedł do przedpokoju i spojrzał na Czesławę z podejrzliwością.

— Czesia, a gdzie twój mąż, ten Mirek od tirów? — zapytał. — Znowu w delegacji?

— Mirek? — Czesława westchnęła teatralnie. — Rozwiedliśmy się. On teraz handluje paletami w Niemczech. Ale mniejsza o to! Marek, zrobisz mi herbatę?

Zanim Marek zdążył odpowiedzieć, na podwórko wkroczyła pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Kamila, Marek, a kto to w futrze? — zawołała, zerkając na Czesławę. — To jakaś gwiazda z Warszawy?

— To moja kuzynka, Czesława — wyjaśniła Kamila. — Przyjechała na… urlop.

— Urlop? — Genia zmrużyła oczy. — W Łochowie? Tu się kury na urlop nie wysyłają, a co dopiero ludzi w futrach!

Tego wieczoru, gdy Czesława rozpakowywała swoją walizkę (w której, jak zauważył Marek, było więcej gotówki niż ubrań), w Łochowie pojawiły się dwa czarne SUV-y z przyciemnianymi szybami. Z samochodów wysiadło trzech mężczyzn w garniturach, którzy wyglądali, jakby żywcem wyjęto ich z filmu o mafii. Jeden z nich, z wąsem jak z lat osiemdziesiątych, zapukał do drzwi.

— Dzień dobry — powiedział, wyciągając odznakę. — Agent Kałczyk, ABW. Szukamy Czesławy Nowak, podejrzanej o działalność w mafii VAT-owskiej. Widzieli państwo kobietę w futrze?

Kamila, która otworzyła drzwi, zbladła. Marek, stojący za nią, zamrugał, a Czesława, która akurat piła herbatę w kuchni, upuściła filiżankę.

— Mafia VAT-owska?! — Marek ryknął, odwracając się do Czesławy. — Czesia, coś ty znowu narobiła?!

— Och, to nieporozumienie! — Czesława machnęła ręką, ale jej głos drżał. — To tylko… no, mały biznes z fakturami! Nic poważnego!

— Nic poważnego?! — Kamila chwyciła wałek do ciasta, który zawsze miała pod ręką na takie okazje. — Czesława, ty wciągasz nas w aferę jak z serialu kryminalnego!

Agent Kałczyk, niewzruszony, wszedł do domu, a za nim dwóch innych agentów, którzy wyglądali, jakby ćwiczyli groźne miny przed lustrem.

— Pani Nowak, proszę z nami — powiedział Kałczyk. — Mamy list gończy. Pani działalność kosztowała skarb państwa miliony.

— Miliony?! — pani Genia, która jakimś cudem znalazła się w salonie, aż klasnęła. — Czesława, ty to masz rozmach! Ja myślałam, że ty tylko perfumy sprzedajesz!

Czesława, widząc, że nie ma wyjścia, spróbowała dyplomacji.

— Panowie, może się dogadamy? — zaproponowała, otwierając torebkę i wyciągając plik banknotów. — To na… no, na cele charytatywne!

— Łapówka?! — ryknął Marek. — Czesia, ty nas w więzieniu widzisz?!

Kamila, zawsze praktyczna, postanowiła działać. Chwyciła telefon i zadzwoniła po Staszka, druha Marka z orkiestry, który miał smykałkę do wychodzenia z tarapatów. Staszek zjawił się w kwadrans, w kapciach i z fajką w ustach, a za nim sołtys Władek, który usłyszał o „aferze w Łochowie” i nie mógł przegapić takiej sensacji.

— Panie agencie, to na pewno pomyłka! — powiedział Staszek, wyciągając flaszkę bimbru. — Może napijemy się i wyjaśnimy to po ludzku?

— Żadnego bimbru! — warknął Kałczyk. — Pani Nowak idzie z nami, a wy, państwo Malinowscy, lepiej pilnujcie, jakich gości zapraszacie.

W tym momencie do akcji wkroczył ksiądz proboszcz, który, zaalarmowany przez panią Genię, przyszedł z kropidłem i wodą święconą.

— Czesławo, dziecko, w co ty się wplątałaś?! — zawołał, chlapiąc wodą w stronę kuzynki Kamili. — Mafia VAT-owska to grzech przeciwko siódmemu przykazaniu!

— Księże, to nie grzech, to biznes! — odparła Czesława, ale jej pewność siebie topniała jak lód w sierpniu.

Kamila, widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, chwyciła Czesławę za ramię i pociągnęła ją na bok.

— Czesia, gadaj, co wiesz — syknęła. — Bo jak cię zabiorą, to ja cię z więzienia nie wyciągnę!

Czesława westchnęła i, zniżając głos, wyznała:

— Dobra, Kamila, to prawda. Handlowałam lewymi fakturami na palety i śliwki. Ale to nie ja kierowałam! To Mirek, mój eks, on jest głową mafii! Ja tylko podpisywałam!

— Mirek?! — Marek aż podskoczył. — Ten od tirów? Czesia, ty nas w gangsterską telenowelę wciągnęłaś!

Kamila, nie tracąc zimnej krwi, zwróciła się do agenta Kowalskiego.

— Panie agencie, moja kuzynka jest niewinna — powiedziała, unosząc wałek dla podkreślenia powagi. — To jej były mąż, Mirek, jest winny. Dajcie nam dzień, a my go znajdziemy!

Kałczyk, widząc determinację Kamili i tłum miejscowych (bo w międzyczasie zjawiło się pół Łochowa, łącznie z dzieciakami, które myślały, że to festyn), zgodził się.

— Dobrze, macie dobę — mruknął. — Ale jak nie znajdziecie Mirka, pani Nowak jedzie z nami.

Tego popołudnia Łochowo zamieniło się w sztab detektywistyczny. Staszek, który twierdził, że „zna Mirka z karczmy”, wyśledził, że ten ukrywa się w starej szopie pod Ostrołęką. Marek, Kamila, Czesława, pani Genia i sołtys Władek wsiedli do starego poloneza Władka i ruszyli na misję. Ksiądz proboszcz, dla bezpieczeństwa, pobłogosławił ich wodą święconą, mrucząc coś o „walce z szatanem VAT-u”.

W szopie pod Ostrołęką znaleźli Mirka, który, w otoczeniu palet i słoików z nalewką śliwkową, wyglądał jak boss mafii z kiepskiego filmu. Na widok Kamili z wałkiem i Marka z groźną miną, Mirek podniósł ręce.

— Dobra, poddaję się! — pisnął. — To ja kierowałem aferą! Czesława tylko podpisywała, bo ma ładny charakter pisma!

— Ładny charakter pisma?! — warknęła Kamila. — Czesia, przez ciebie omal nie straciliśmy domu!

Agent Kałczyk, który przyjechał za nimi, aresztował Mirka, a Czesławę puścił wolno, uznając ją za „świadka koronnego”. Łochowo huczało od plotek, a pani Genia opowiadała każdemu, jak to Kamila „wałem rozbiła mafię VAT-owską”. Tego wieczoru Marek wyciągnął mandolinę, Kamila usiadła przy fortepianie, a Czesława, wciąż w futrze, śpiewała szlagiery z Ostrołęki. Staszek serwował bimber, a sołtys Władek tańczył z panią Genią, która wciąż trzymała koszyk jajek.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku — może i Czesia narobiła zamieszania, ale bez ciebie Łochowo byłoby nudne jak flaki z olejem.

— Marek, ty zawsze znajdziesz sposób, żeby z afery zrobić koncert — zaśmiała się Kamila. — Ale jak Czesia jeszcze raz przyjedzie, to ja ją tym wałkiem do Ostrołęki odeślę!

Czesława wróciła do Ostrołęki, obiecując, że „teraz będzie handlować tylko kwiatkami”. W Łochowie zaś życie toczyło się dalej, a Marek i Kamila grali swoją melodię, w której nawet VAT-owska afera miała swój zwariowany rytm.

Dron z cyrylicą

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra mazurki na strzechach chałup, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach bimbru Staszka, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak skoczna melodia z wiejskiej potańcówki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych przygód. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet szpiega z obcego mocarstwa. Ich życie w Łochowie było pełne historii — od kradzieży śliwek po aferę z mafią VAT-owską — które miejscowi wspominali przy każdym kuflu w karczmie „Pod Kogutem”.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny opery, Marek i Kamila siedzieli w ogrodzie, popijając herbatę i podziwiając pomidory rosnące w donicy zrobionej z dawnej trumny. Nagle usłyszeli dziwne bzyczenie, jakby rój pszczół postanowił urządzić dyskotekę. Zanim zdążyli unieść głowy, coś huknęło w ich grządce z marchewkami. Marek podskoczył, rozlewając herbatę, a Kamila chwyciła wałek do ciasta, który zawsze miała pod ręką.

— Co to, u licha?! — ryknął Marek, podbiegając do grządki. W ziemi tkwił dron — wielkości małego psa, z połamanym śmigłem i kadłubem pokrytym napisami w cyrylicy.

— Marek, to UFO! — krzyknęła Kamila, unosząc wałek. — Albo szpiedzy nas atakują!

— Szpiedzy? W Łochowie? — Marek zamrugał, podnosząc drona. — Kamilando, to tylko dron! Ale patrz, tu coś po rusku napisane!

Kamila, zawsze praktyczna, przyjrzała się napisom. „Секретный Проект Z-47” — głosił napis na kadłubie. Marek, który w szkole miał dwóję z rosyjskiego, tylko wzruszył ramionami.

— Może to dron z dostawą wódki? — zażartował, ale Kamila nie była w nastroju do żartów.

— Marek, ty głuptasie, to wygląda na coś poważnego! — syknęła. — Wezwijmy Staszka, on się zna na wszystkim.

Nie minęła godzina, a na podwórku zjawił się Staszek, dawny druh Marka z orkiestry, w kapciach i z fajką w ustach. Za nim, jak zwykle, podążała pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Marek, Kamila, co to za cyrk? — zapytała Genia, zerkając na drona. — To ruskie szpiegi wam w ogród spadły?

— Geniu, to nie szpieg, to dron! — odparł Marek, unosząc maszynę. — Ale patrz, cyrylica! Staszek, ty znasz rosyjski, co tu pisze?

Staszek, który kiedyś handlował z Rosjanami starymi polonezami, zmrużył oczy.

— „Sekretny Projekt Z-47” — odczytał. — Brzmi jak coś z filmu o Bondzie. Może to dron wojskowy? Albo od UFO?

— UFO?! — pani Genia aż klasnęła. — Marek, ty zawsze w coś wdepiesz! Najpierw śliwki, potem rewolucja, a teraz kosmici!

Kamila, nie tracąc czasu, chwyciła telefon i zadzwoniła po sołtysa Władka, który, jako przedstawiciel władzy, „musi wiedzieć, co robić z ruskimi dronami”. Władek zjawił się w berecie marynarskim (pamiątka po krótkiej przygodzie z marynarką wojenną) i z groźną miną.

— Marek, Kamila, to może być międzynarodowy skandal! — oznajmił. — Jak to ruski dron, to Łochowo stanie się drugą Syrią!

— Władek, nie panikuj — mruknęła Kamila. — Najpierw trzeba sprawdzić, co to jest. Może tam jest kamera? Albo bomba?

— Bomba?! — Marek zbladł, upuszczając drona na trawę. — Kamilando, ratuj!

W tym momencie dron wydał cichy pisk, a z jego wnętrza wysunęła się mała klapka. Na klapce widniał napis: „W razie znalezienia, dzwoń: +7 495 123 45 67”. Kamila, zawsze gotowa na wszystko, chwyciła telefon i wykręciła numer. Po drugiej stronie odezwał się głos z wyraźnym rosyjskim akcentem.

— Dobryj dień! Tu Igor, Centrum Badań Kosmicznych w Moskwie. Znalazłeś nasz dron, da?

— Igor, tu Kamila z Łochowa — odparła chłodno. — Wasz dron rozwalił mi marchewki! Co to za „Sekretny Projekt Z-47”? !

— Oj, to nie sekret, to pomyłka! — zaśmiał się Igor. — To dron do badania pogody, ale nawigacja się popsuła. Miał lecieć nad Bałtyk, a wylądował u was. Możecie odesłać?

— Odesłać?! — warknął Marek, który podsłuchiwał rozmowę. — A kto mi za marchewki zapłaci?!

Igor, najwyraźniej przyzwyczajony do takich sytuacji, zaproponował deal: jeśli odeślą drona, dostaną w nagrodę „specjalny rosyjski podarunek”. Marek, który miał słabość do niespodzianek, od razu się zgodził, ale Kamila była sceptyczna.

— Marek, ty zawsze w coś wdepiesz — mruknęła. — A jak ten podarunek to bomba albo wódka z trotylem?

— Kamilando, skarbeńku, nie panikuj! — odparł Marek. — Igor brzmi jak porządny gość!

Tymczasem wieść o dronie rozeszła się po Łochowie jak pożar w suchej trawie. Do ogrodu Marka i Kamili zszedł się tłum — od dzieciaków, które myślały, że to UFO, po księdza proboszcza, który przyszedł z kropidłem, „bo ruskie drony to dzieło szatana”. Pani Genia snuła już opowieść o „inwazji kosmitów w Łochowie”, a Staszek proponował, żeby rozebrać drona na części i sprzedać w internecie.

— Staszek, ty byś nawet księżyc na złomie sprzedał! — prychnęła Kamila. — Musimy to odesłać, zanim ABW nas aresztuje za szpiegostwo!

Sołtys Władek, czując się odpowiedzialny za wieś, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zorganizował „misję zwrotu drona”, która polegała na zapakowaniu maszyny do starej taczki po teściu Marka i przewiezieniu jej na pocztę w Bydgoszczy. Marek, Kamila, Staszek, pani Genia i Władek wsiedli do poloneza Władka, a dron, owinięty w koc, leżał na tylnym siedzeniu.

Na poczcie pani Halinka, która znała wszystkich w okolicy, spojrzała na drona z niedowierzaniem.

— Marek, Kamila, co wy znowu wymyśliliście? — zapytała. — To ma lecieć do Moskwy? Ile znaczków mam nakleić?!

— Halinko, to nie nasz dron, to ruski! — wyjaśnił Marek. — Mamy odesłać, a w zamian dostaniemy podarunek!

— Podarunek? — pani Genia uniosła brew. — Pewnie wódkę i matrioszkę!

Kilka tygodni później, gdy Łochowo wciąż huczało od plotek o „ruskim UFO”, do domu Marka i Kamili przyjechał kurier z paczką z Moskwy. W środku była… złota matrioszka, butelka wódki z napisem „Kosmos” i list od Igora, w którym dziękował za zwrot drona i zapraszał na „herbatę w Moskwie”. Marek, zachwycony, postawił matrioszkę na fortepianie, a Kamila, choć kręciła nosem, nalała wódki do kieliszków.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, unosząc kieliszek — może i dron rozwalił nam marchewki, ale bez takich przygód Łochowo byłoby nudne.

— Marek, ty zawsze znajdziesz sposób, żeby z katastrofy zrobić festyn — zaśmiała się Kamila. — Ale jak jeszcze raz coś ci w ogród spadnie, to ja cię tym wałkiem do Moskwy wyślę!

Tego wieczoru Marek wyciągnął mandolinę, Kamila usiadła przy fortepianie, a Staszek, pani Genia i sołtys Władek dołączyli do imprezy. Łochowo rozbrzmiewało muzyką, a plotki o dronie z cyrylicą stały się nową legendą, którą pani Genia opowiadała z coraz większym rozmachem. Marek i Kamila zaś żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet rosyjski dron miał swój zwariowany rytm.

Tajska fuga w Łochowie

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra kujawiaki na strzechach chałup, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach bimbru Staszka, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak skoczny duet z wiejskiej potańcówki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych przygód. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet buddyjskiego mnicha. Ich życie w Łochowie obfitowało w historie — od kradzieży śliwek po drona z cyrylicą — które miejscowi wspominali przy każdym kuflu w karczmie „Pod Kogutem”.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny filharmonii, Marek obudził się z lekkim bólem głowy po wieczorze u Staszka. Kamila, która zwykle o poranku grała Chopina na rozstrojonym fortepianie, stała w kuchni i parzyła herbatę, nucąc coś, co brzmiało jak egzotyczna mantra.

— Dzień dobry, Kamilando, skarbeńku! — zawołał Marek, wchodząc do kuchni. — Co to za melodia? To nie Chopin.

Kamila odwróciła się, uśmiechnęła szeroko i, ku zdumieniu Marka, odpowiedziała w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszał:

— สวัสดีตอนเช้า, มาร์ค! วันนี้เป็นวันที่สวยงาม, คุณไม่คิดเหรอ?

Marek zamrugał, jakby ktoś chlusnął mu wodą z wiadra księdza proboszcza.

— Kamilando, co ty gadasz?! — wykrztusił. — To po chińsku czy jak?

— ไม่ใช่จีน, นี่คือภาษาไทย! — odparła Kamila, machając łyżeczką jak batutą.

Marek, choć przyzwyczajony do wybryków żony, zbladł. Chwycił telefon i zadzwonił po Staszka, swojego druha z orkiestry, który „znał się na wszystkim”. Staszek zjawił się w kwadrans, w kapciach i z fajką w ustach, a za nim, jak zwykle, podążała pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Marek, co to za cyrk? — zapytała Genia, zerkając na Kamilę, która właśnie śpiewała coś po tajsku, krojąc cebulę. — Kamila w transie czy co?

— To nie trans, Geniu! — warknął Marek. — Ona mówi po tajsku! Z dnia na dzień! Coś ją opętało!

— Po tajsku?! — Staszek gwizdnął, wyjmując fajkę z ust. — Może to od tego curry, co ostatnio jedliście? Ja mówiłem, że te przyprawy z miasta to podejrzane!

Kamila, niewzruszona, podała im herbatę i rzuciła:

— อย่ากังวล, ทุกอย่างจะดีขึ้นเมื่อเราไปวัด! — po czym uśmiechnęła się, jakby zaprosiła ich na kawę.

Marek, w panice, zawiózł Kamilę do przychodni w Bydgoszczy. Tamtejszy lekarz, doktor Nowak, siwy jegomość z wąsem jak z serialu o PRL-u, zbadał Kamilę, wysłuchał jej tajskich monologów i zmarszczył brwi.

— Panie Marku, to poważna sprawa — powiedział, poprawiając okulary. — Pani Kamila może mieć rzadką chorobę mózgu. Coś jak zespół obcego akcentu, ale… po tajsku. Musimy zrobić tomografię. To może być guz!

— Guz?! — Marek aż podskoczył, a jego mandolinowe dłonie zadrżały. — Doktorze, moja Kamila gra Chopina, a nie ma guza!

Kamila, siedząc na kozetce, rzuciła wesoło:

— ไม่มีเนื้องอก, หมอ! ฉันแค่รู้สึกเหมือนอยู่ในกรุงเทพฯ!

Doktor Nowak, nie rozumiejąc ani słowa, wezwał neurologa, ale Marek nie zamierzał czekać. Wrócił z Kamilą do Łochowa i zwołał naradę w remizie. Na miejscu zjawił się sołtys Władek, ksiądz proboszcz z kropidłem, pani Genia z jajkami i Staszek z flaszką bimbru „na uspokojenie”.

— Marek, co robimy? — zapytał Władek, poprawiając berecik marynarski. — Jak Kamila ma guza, to Łochowo bez jej fortepianu zamilknie!

— To nie guz! — warknął Marek. — To musi być coś innego. Może czarownica? Pamiętacie, jak Baba Jaga zamieniła Kamilę w kurę?

— Czarownica? — ksiądz proboszcz uniósł kropidło. — Panie Marku, to może być opętanie! Trzeba egzorcyzmy!

— Egzorcyzmy?! — pani Genia klasnęła. — Kamila opętana przez Tajlandię? To dopiero plotka na wieś!

Staszek, zawsze praktyczny, wyciągnął telefon i włączył tłumacza Google. Wpisał słowa Kamili i odczytał:

— Mówi, że „nie ma guza, tylko czuje się, jakby była w Bangkoku”. Marek, może ona ma wakacje w głowie?

W tym momencie do remizy wpadła Czesława, kuzynka Kamili z Ostrołęki, która akurat przyjechała na „urlop” po swojej przygodzie z mafią VAT-owską. W futrze i okularach przeciwsłonecznych wyglądała jak gwiazda filmowa.

— Kamila, ty gadasz po tajsku?! — zawołała. — Ja w Bangkoku byłam na wakacjach, to brzmi jak język z knajpy, gdzie jadłam pad thai!

— Pad thai? — Marek zamrugał. — Czesia, ty coś wiesz?

Czesława, poprawiając futro, wyznała:

— No dobra, może to moja wina. Dałam Kamili herbatę z Tajlandii, taką z bazaru. Sprzedawca mówił, że to „magiczna mieszanka na otwarcie umysłu”. Myślałam, że to tylko chwyt marketingowy!

— Magiczna herbata?! — Kamila, która do tej pory milczała, nagle wstała i rzuciła po polsku: — Czesława, ty mnie znowu w tarapaty wciągnęłaś!

Wszyscy zamarli. Kamila mówiła po polsku! Marek rzucił się, by ją uściskać, ale Kamila chwyciła wałek do ciasta i wycelowała w Czesławę.

— Czesia, jak jeszcze raz przywieziesz coś z bazaru, to ja cię tym wałkiem do Bangkoku odeślę! — warknęła.

Doktor Nowak, wezwany na wszelki wypadek, przyjechał do remizy i, po zbadaniu Kamili, orzekł, że to nie guz, a „przejściowy efekt psychosomatyczny wywołany egzotyczną herbatą”. Dla pewności zalecił Kamili picie rumianku i unikanie kuzynki Czesławy.

Tego wieczoru Łochowo huczało od plotek. Pani Genia opowiadała każdemu, jak to Kamila „mówiła po tajsku, jakby była królową Siamu”, a Staszek proponował, żeby sprzedać resztę herbaty jako „eliksir językowy”. Ksiądz proboszcz, wciąż podejrzliwy, pokropił Kamilę wodą święconą, „na wszelki wypadek”. Marek wyciągnął mandolinę, Kamila usiadła przy fortepianie, a ich muzyka rozbrzmiewała w całej wsi. Czesława, nieco zawstydzona, obiecała, że następnym razem przywiezie tylko pierogi z Ostrołęki.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku z kubkami rumianku — może i mówiłaś po tajsku, ale dla mnie zawsze będziesz grała najpiękniejsze polskie melodie.

— Marek, ty zawsze znajdziesz sposób, żeby z afery zrobić koncert — zaśmiała się Kamila. — Ale jak Czesia jeszcze raz coś przywiezie, to ja ją do Tajlandii na stałe wyślę!

W Łochowie plotki o „tajskiej Kamili” krążyły jeszcze przez lata. Pani Genia dodawała do opowieści coraz to nowe szczegóły, a Staszek snuł plany otwarcia „pierwszej tajskiej knajpy w Łochowie”. Marek i Kamila zaś żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet tajska herbata miała swój zwariowany rytm.

Gilotyna z Łochowa

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra kujawiaki na strzechach chałup, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach bimbru Staszka, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak skoczny duet z wiejskiej potańcówki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych przygód. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet kapitana statku. Ich życie w Łochowie obfitowało w historie — od kradzieży śliwek po tajskie monologi Kamili — które miejscowi wspominali przy każdym kuflu w karczmie „Pod Kogutem”.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny opery, Kamila siedziała w ogrodzie, próbując naprawić starą taczkę po teściu Marka. Taczka, zardzewiała jak relikwia z czasów PRL-u, nie chciała współpracować. Zirytowana Kamila, zamiast szukać młotka, chwyciła kawałek stalowej blachy, który leżał obok, i — ku własnemu zdumieniu — przegryzła go na pół, jakby to był herbatnik.

— Marek! — krzyknęła, wypluwając kawałek metalu. — Chodź no tu, coś mi się z zębami porobiło!

Marek, który polerował mandolinę w salonie, wybiegł na podwórko, myśląc, że Kamila znowu wpadła w tarapaty.

— Kamilando, skarbeńku, co ty znowu nawywijałaś? — zapytał, a potem zobaczył przegryzioną blachę. — Matko boska, ty stal żujesz?!

— No żuję! — odparła Kamila, pokazując zęby, które lśniły jak świeżo polerowany fortepian. — I smakuje jak… no, jak blacha!

Nie minęła godzina, a na podwórko wkroczyła pani Genia, miejscowa specjalistka od plotek, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Kamila, Marek, co to za cyrk? — zawołała, zerkając na przegryzioną blachę. — Kamila, ty teraz zamiast fortepianu stal gryziesz? Toż to cud!

— Cud czy nie, Geniu, coś mi się w głowie nie mieści — mruknął Marek. — Może to od tej tajskiej herbaty, co Czesława przywiozła?

Wieść o niezwykłych zębach Kamili rozeszła się po Łochowie jak pożar w suchej trawie. Dwa dni później do ich domu zajechał czarny van z napisem „Stocznia Remontowa Szczecin”. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach — pan Zenon, z wąsem jak z filmu o stoczniowcach, i pan Rysio, który wyglądał, jakby codziennie jadł steki z kawiorem.

— Dzień dobry, państwo Malinowscy? — zapytał Zenon, poprawiając krawat. — Słyszeliśmy o pani Kamili. Chcemy zaproponować pracę.

— Pracę? — Kamila uniosła brew, trzymając wałek do ciasta, który zawsze miała pod ręką. — Ja jestem pianistką, nie stoczniowcem!

— Ale pani zęby! — Rysio klasnął w dłonie. — Przegryzają stal jak masło! Szukamy kogoś, kto zastąpi naszą starą gilotynę do cięcia poszycia statków. Pani jest idealna! Wynagrodzenie: pół miliona rocznie, plus premie!

— Pół miliona?! — Marek aż podskoczył, a jego mandolinowe dłonie zadrżały. — Kamilando, toż to fortuna! Będziemy mieli na nowy fortepian i taczkę!

— Marek, ty głuptasie, ja nie będę gryzła statków! — warknęła Kamila. — Mam zęby do uśmiechania, nie do cięcia blachy!

W tym momencie na podwórko wpadł Staszek, dawny druh Marka z orkiestry, w kapciach i z fajką w ustach, a za nim sołtys Władek i pani Genia, którzy nie mogli przegapić takiej sensacji.

— Kamila, ty gryziesz stal?! — zawołał Staszek, gwiżdżąc. — Toż to lepsze niż moja piła do drewna!

— I lepsze od mojej siekiery! — dodał Władek. — Kamila, bierz tę robotę, Łochowo na tym zyska!

— Na tym to ja zęby stracę! — prychnęła Kamila, ale kąciki jej ust drgnęły. Pół miliona rocznie brzmiało kusząco.

Pan Zenon, widząc wahanie, wyjął kontrakt i zaczął kusić:

— Pani Kamilo, damy pani służbowy kask, rękawice i urlop w Tajlandii. A do tego ubezpieczenie dentystyczne!

— Tajlandia? — pani Genia klasnęła. — Kamila, pamiętasz, jak mówiłaś po tajsku? To znak, że musisz jechać!

Marek, który już widział siebie w nowej taczce i z nową mandoliną, gorąco poparł pomysł.

— Kamilando, skarbeńku, gryź tę blachę! — powiedział. — Będziemy żyli jak burżuje! Może nawet Czesławę na wakacje zaprosimy!

— Czesławę?! — Kamila uniosła wałek. — Marek, jak jeszcze raz wspomnisz tę aferzystkę, to ja ciebie przegryzę!

Tymczasem wieść o „gilotynie z Łochowa” dotarła do księdza proboszcza, który zjawił się z kropidłem, „bo takie zęby to albo cud, albo dzieło szatana”. Po krótkiej naradzie w remizie, gdzie zjawiło się pół wsi, Kamila postanowiła spróbować. Pojechała do Szczecina na próbny dzień w stoczni, zabierając ze sobą Marka (dla wsparcia) i Staszka (bo twierdził, że „zna się na statkach”).

W stoczni Kamila, w kasku i fartuchu, przegryzła pierwszą blachę z taką gracją, jakby grała nokturn Chopina. Stoczniowcy klaskali, a pan Zenon wręczył jej premię w gotówce. Marek, widząc to, zaczął snuć plany zakupu „jachtu dla Łochowa”, ale Kamila szybko sprowadziła go na ziemię.

— Marek, żadnego jachtu! — warknęła, wypluwając kawałek stali. — Kupimy nowy fortepian i wyremontujemy drewutnię!

Po powrocie do Łochowa Kamila zgodziła się na pracę na pół etatu w stoczni — dwa dni w tygodniu, żeby nie zaniedbywać fortepianu. Wieś huczała od plotek, a pani Genia opowiadała każdemu, jak to Kamila „zębami buduje okręty”. Staszek zaproponował, żeby otworzyć w Łochowie „szkołę gryzienia stali”, a sołtys Władek snuł wizje „stoczni w Łochowie”. Ksiądz proboszcz, po pokropieniu Kamili wodą święconą, uznał, że jej zęby to „dar Boży na trudne czasy”.

Tego wieczoru Marek wyciągnął mandolinę, Kamila usiadła przy fortepianie, a ich muzyka rozbrzmiewała w całej wsi. Staszek serwował bimber, Władek tańczył z panią Genią, a dzieciaki biegały po ogrodzie, próbując gryźć stare gwoździe na wzór Kamili.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku z kubkami herbaty — może i gryziesz stal, ale dla mnie zawsze będziesz moją delikatną pianistką.

— Marek, ty zawsze znajdziesz sposób, żeby z cudu zrobić koncert — zaśmiała się Kamila. — Ale jak jeszcze raz zaproponujesz mi gryzienie blachy na pełny etat, to ja ciebie wałkiem przegryzę!

W Łochowie plotki o „gilotynie Kamili” krążyły jeszcze przez lata. Pani Genia dodawała do opowieści coraz to nowe szczegóły, a Staszek snuł plany sprzedaży „stalowych herbatników Kamili”. Marek i Kamila zaś żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet stalowe zęby miały swój zwariowany rytm.

Wąż w pomidorach

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra kujawiaki na strzechach chałup, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach bimbru Staszka, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak skoczny duet z wiejskiej potańcówki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych przygód. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet węża. Ich życie w Łochowie obfitowało w historie — od kradzieży śliwek po stalowe zęby Kamili — które miejscowi wspominali przy każdym kuflu w karczmie „Pod Kogutem”.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny opery, Marek pracował w ogrodzie, podwiązując pomidory do patyków. Ich donica — zrobiona z dawnej trumny — pyszniła się czerwonymi owocami, a Marek, nucąc swoją ulubioną przyśpiewkę („Miała baba koguta, wsadziła go do buta”), zawiązywał sznurki z wprawą godną mandolinisty. W ferworze pracy nie zauważył, że zamiast sznurka chwycił coś gładkiego, wijącego się i… żywego. Był to mały wąż, cienki jak struna mandoliny, który najwyraźniej uznał pomidory za swój nowy dom.

— No, trzymaj się, pomidorku! — mruknął Marek, wiążąc węża wokół patyka. Wąż, zaskoczony, syknął, ale Marek, zajęty śpiewaniem, uznał to za szelest liści.

Wieczorem, gdy Marek wrócił do domu, Kamila czekała na niego w sypialni, przeglądając nuty do Chopina. Marek, zmęczony, rzucił się na łóżko, nie zauważając, że pod kołdrą coś się poruszyło. To była mama-wąż — wielka, lśniąca żmija o oczach jak dwie czarne perły, która zakradła się do domu, by pomścić swojego malucha. Kamila, wyczuwając ruch, zerwała się z łóżka z wrzaskiem.

— Marek! Coś mi się po nogach wije! — krzyknęła, chwytając wałek do ciasta, który trzymała nawet w sypialni.

Marek, wciąż w butach, zerknął pod kołdrę i zobaczył węża, który syczał jak zepsuty akordeon Staszka.

— Matko boska, Kamilando! To żmija! — ryknął, zeskakując z łóżka. — Skąd się tu wzięła?!

— Skąd?! — warknęła Kamila, unosząc wałek. — Tyś ją pewnie z ogrodu przytargał, głuptasie!

W tym momencie mama-wąż, najwyraźniej urażona, wysunęła głowę spod kołdry i syknęła:

— Sssss! Ty, mandolinisssta, mojego małego do pomidora przywiązałeś!

Marek i Kamila zamarli. Wąż mówił! Kamila, choć przyzwyczajona do dziwactw, chwyciła lampkę nocną, gotowa do walki.

— Marek, to czarownica! — szepnęła. — Znowu Baba Jaga coś namieszała!

— Nie Baba Jaga, ssss! — warknęła żmija. — Jestem Wanda, królowa węży z Łochowa! Oddajcie mi moje dziecko, albo was pożrę!

Marek, choć blady jak płótno, postanowił działać. Chwycił telefon i zadzwonił po Staszka, który „znał się na wszystkim”. Staszek zjawił się w kwadrans, w kapciach i z fajką w ustach, a za nim, jak zwykle, podążała pani Genia, z koszykiem jajek i miną detektywa.

— Marek, Kamila, co to za cyrk? — zawołała Genia, zerkając na węża, który siedział na łóżku i syczał groźnie. — Toż to żmija jak z horroru!

— Geniu, to nie żmija, to Wanda! — wyjaśnił Marek, wskazując na węża. — Mówi, że przywiązałem jej małego do pomidora!

— Do pomidora?! — Staszek parsknął śmiechem, wyjmując fajkę z ust. — Marek, ty to masz talent do tarapatów! Najpierw śliwki, potem rewolucja, a teraz węże!

Kamila, zawsze praktyczna, zwróciła się do Wandy:

— Pani Wando, przepraszamy za małego — powiedziała, opuszczając wałek. — Marek nie wiedział, że to wąż. Gdzie jest pański synek?

— Ssss! W ogrodzie, przywiązany do patyka! — syknęła Wanda. — Idźcie i uwolnijcie go, albo pożałujecie!

Marek, Staszek i pani Genia pobiegli do ogrodu, gdzie w świetle latarki znaleźli małego węża, wciąż owiniętego wokół patyka. Wąż, zwany przez Wandę „Wacławkiem”, syczał żałośnie, ale wyglądał na zdrowego. Marek, z wprawą godną mandolinisty, delikatnie go odwiązał.

— Przepraszam, Wacławku — mruknął. — Myślałem, żeś sznurek.

Wrócili do domu, gdzie Kamila negocjowała z Wandą, oferując jej herbatę i słoik nalewki śliwkowej „na zgodę”. Wanda, choć wciąż syczała, przyjęła przeprosiny.

— Ssss! Jesteście w porządku — przyznała. — Ale uważajcie, bo Łochowo to moje terytorium. Jeszcze jedno takie coś, a wasze pomidory pożrę!

W tym momencie na podwórko wpadł sołtys Władek, zaalarmowany przez panią Genię, a za nim ksiądz proboszcz z kropidłem i wodą święconą.

— Marek, Kamila, co to za diabelstwo?! — zawołał ksiądz, widząc Wandę na łóżku. — Wąż w sypialni? To opętanie!

— Księże, to nie opętanie, to Wanda! — wyjaśniła Kamila. — Królowa węży. Marek jej synka do pomidora przywiązał, ale już wszystko w porządku.

— W porządku?! — Władek poprawił berecik marynarski. — Marek, ty zawsze coś wymyślisz! Jak nie dron, to wąż!

Pani Genia, która już snuła opowieść o „wężowej aferze”, zaproponowała, żeby urządzić festyn na cześć Wandy. Wanda, nieco udobruchana nalewką, zgodziła się, pod warunkiem że nikt więcej nie będzie wiązał jej dzieci do patyków. Marek, wdzięczny, że uniknął zemsty, obiecał Wandzie dożywotni dostęp do pomidorów z trumnianej donicy.

Tego wieczoru Łochowo huczało od muzyki i śmiechu. Marek wyciągnął mandolinę, Kamila usiadła przy fortepianie, a Staszek serwował bimber. Wanda i Wacławek, ukryci w krzakach, przyglądali się zabawie, a pani Genia opowiadała każdemu, jak to Marek „węża za sznurek pomylił”. Sołtys Władek tańczył z księdzem proboszczem, który, dla bezpieczeństwa, pokropił ogród wodą święconą.

— Wiesz, Kamilando — powiedział Marek, gdy siedzieli później na ganku z kubkami herbaty — może i pomyliłem węża ze sznurkiem, ale bez ciebie ta przygoda by się źle skończyła.

— Marek, ty zawsze znajdziesz sposób, żeby z głupoty zrobić koncert — zaśmiała się Kamila. — Ale jak jeszcze raz weźmiesz węża do ręki, to ja cię wałkiem do pomidorów przywiążę!

W Łochowie plotki o „wężowej królowej” krążyły jeszcze przez lata. Pani Genia dodawała do opowieści coraz to nowe szczegóły, a Staszek snuł plany założenia „pierwszego wężowego zoo w Łochowie”. Marek i Kamila zaś żyli dalej, grając swoją melodię, w której nawet wąż w pomidorach miał swój zwariowany rytm.

Kamieniarz z powołania

W Łochowie, małej wiosce pod Bydgoszczą, gdzie wiatr gra kujawiaki na strzechach chałup, a plotki rozchodzą się szybciej niż zapach bimbru Staszka, żyli Marek i Kamila — małżeństwo, które było jak skoczny duet z wiejskiej potańcówki. Marek, emerytowany mandolinista Filharmonii Pomorskiej, miał dłonie jak łopaty i serce, które biło w rytmie szalonych pomysłów. Kamila, pieszczotliwie zwana Kamilandą, emerytowana nauczycielka gry na fortepianie, była drobna, ale jej cięty język i błysk w oku mogłyby rozbroić nawet najbardziej zatwardziałego krytyka. Ich życie w Łochowie obfitowało w historie — od kradzieży śliwek po węża w pomidorach — które miejscowi wspominali przy każdym kuflu w karczmie „Pod Kogutem”.

Tamtego dnia, gdy wrzosy za wsią mieniły się purpurą, a kury pani Geni urządzały koncert godny opery, Marek obudził się z nowym pomysłem. Siedział przy śniadaniu, popijając herbatę, i nagle oznajmił:

— Kamilando, skarbeńku, mam powołanie! — powiedział, unosząc widelec z jajecznicą. — Zostanę kamieniarzem!

Kamila, która akurat kroiła chleb, uniosła brew.

— Kamieniarzem? — prychnęła. — Marek, ty ledwo gwoździa w ścianę wbijesz, a co dopiero kamień rzeźbić!

— To nie rzeźbienie, to sztuka! — odparł Marek, a jego oczy zabłysły jak struny mandoliny w świetle reflektorów. — Chcę uwieczniać słowa, jak na nagrobkach. To wieczne, jak muzyka!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 49.99