E-book
23.61
drukowana A5
41.23
AURELIA

Bezpłatny fragment - AURELIA

TOM 1


Objętość:
85 str.
ISBN:
978-83-8467-985-2
E-book
za 23.61
drukowana A5
za 41.23

AURELIA

„Dom nie zawsze jest na tej samej planecie,

lecz tam, gdzie jest ktoś,

kto rozumie Twoje milczenie.”

2026

Polska


Mojej Marcie

Za to, że jesteś moim domem,

nawet wtedy, gdy wyobraźnia

zabiera mnie na drugi koniec wszechświata.

Prolog — Głos spoza gwiazd

Zanim człowiek nauczył się nazywać gwiazdy, ktoś już

przemierzał między nimi ciemność.

Zanim powstały pierwsze cywilizacje, istniała sieć

łącząca odległe światy. Jej twórcy wierzyli, że żaden

świat nie powinien należeć do drugiego i że nikt nie

powinien decydować o losie wszystkich pozostałych.

Przez tysiące lat bramy pozwalały podróżować tam,

gdzie zwykły statek potrzebowałby całych pokoleń.

Wiedza przepływała między planetami, a odległe

cywilizacje mogły się spotykać. Nie wszystkie były

pokojowe, lecz sieć dawała im wybór.

Wszystko zmieniło się, gdy strażnicy zapragnęli zostać

władcami. Mówili o bezpieczeństwie i porządku,

zamykali kolejne przejścia i decydowali, kto może

poznać prawdę. Z czasem dawne szlaki zniknęły z map,

a historia zamieniła się w legendę.

W sercu sieci pozostało jednak coś, czego nie udało się

podporządkować. Niektórzy nazywali to Pamięcią. Inni

szeptali o bogach uśpionych poza granicami znanej

przestrzeni. Nikt nie wiedział, czym były te istoty.

Wiadomo było tylko, że nie wolno ich budzić.

Ostatni strażnicy ukryli moc dawnej sieci w błękitnym

minerale, rozproszonym po odległych planetach. Mijały


stulecia, a ostrzeżenia stawały się mitami. Ci, którzy

przejęli władzę, zaczęli wierzyć, że przeszłość nie ma już

znaczenia.

Na Aurelii, głęboko pod skalistymi górami, maszyny

wydobywały błękitny minerał. Dla jednych był cennym

surowcem, dla innych źródłem energii. Niewielu

podejrzewało, że każdy fragment może być częścią

czegoś znacznie większego.

Pewnego dnia jeden z kamieni rozbłysnął. Nie pod

wpływem maszyny ani dotyku strażnika. Zareagował na

obecność człowieka.

Gdzieś poza granicami znanego wszechświata coś

odpowiedziało na dawno zapomniany sygnał. Zamknięte

bramy poruszyły się po raz pierwszy od tysięcy lat, a w

sercu pradawnej sieci rozległ się głos:

— Nie pozwólcie im obudzić bogów.

I wszechświat, który przez tysiące lat udawał, że

zapomniał, zaczął sobie przypominać.

Rozdział I — Świat, którego

nie było na żadnej mapie

Narrator

Kosmos nie był pusty.

Człowiek od wieków patrzył w nocne niebo, próbując

zrozumieć, czy gdzieś daleko istnieje życie. Budował

teleskopy, wysyłał sondy i nasłuchiwał sygnałów

dochodzących z głębi przestrzeni. Zastanawiał się, czy

jest sam.

Nie wiedział jednak, jak niewiele widzi.

Poza Drogą Mleczną rozciągały się galaktyki, których

światło potrzebowało miliardów lat, by dotrzeć do Ziemi.

Wokół ich gwiazd krążyły niezliczone planety. Niektóre

były jałowymi pustyniami, inne oceanicznymi światami,

a jeszcze inne przypominały Ziemię tak bardzo, że

człowiek, stojąc na ich powierzchni, mógłby przez

chwilę uwierzyć, że wrócił do domu.

Na jednej z takich planet poranek rozpoczynał się

łagodnie.

Dwa słońca wznosiły się nad szerokimi równinami,

rozświetlając lasy o srebrzystych liściach. Rzeki

przecinały zielone doliny, a wysoko nad nimi powoli


przesuwały się ogromne statki transportowe. Nie

wydawały niemal żadnego dźwięku.

Mieszkańcy planety nie spieszyli się tak jak ludzie.

Nie musieli walczyć o każdy dzień. Ich miasta

powstawały przez tysiące lat, a wiedza przechodziła z

pokolenia na pokolenie. Większość ciężkiej pracy

wykonywały maszyny. Choroby należały do rzadkości, a

konflikty rozwiązywano, zanim zdążyły przerodzić się w

wojny.

Planetę nazywano Aurelią.

Nie oznaczało to jednak, że jej świat był doskonały.

Daleko od zielonych dolin, po drugiej stronie

kontynentu, znajdował się region, którego nie

pokazywano przybyszom. Pod powierzchnią skalistych

gór ciągnęły się kopalnie.

Wydobywano tam minerał o niezwykłych

właściwościach. Był rzadki nawet w skali całej galaktyki,

a jego wartość trudno było wyrazić w zwykłych

jednostkach handlowych. W odpowiednich warunkach

potrafił magazynować energię w sposób, którego nie

umiały naśladować nawet najbardziej zaawansowane

urządzenia.

Przy wydobyciu pracowały maszyny, lecz w

najgłębszych korytarzach można było spotkać również

żywe istoty. Wśród nich byli przedstawiciele kilku

obcych gatunków.

I ludzie.

Ludzie, którzy nie pochodzili z tej planety.


Niektórzy trafili tam wiele lat wcześniej. Inni przybyli

niedawno i wciąż nie rozumieli języka swoich nowych

gospodarzy. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują ani ile

światów dzieli ich od Ziemi.

Jeden z nich, mężczyzna o imieniu Adam, zatrzymał

się pewnego ranka przy wejściu do kopalni.

W dłoni trzymał niewielki fragment minerału, który

znalazł poprzedniego dnia.

Kamień delikatnie pulsował światłem.

Adam widział już setki podobnych okazów, ale ten był

inny. Gdy dotknął go po raz pierwszy, usłyszał coś, co

przypominało odległy głos.

Nie słowa.

Raczej wspomnienie.

A teraz, gdy dwa słońca wschodziły nad obcą planetą,

głos powrócił.

Tym razem wypowiedział jedno zdanie.

— Nie pozwól im obudzić bogów.

Adam znieruchomiał.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie usłyszał pierwsze

ostrzeżenie dotyczące tajemnicy starszej niż jego własna

galaktyka.

I nie miał pojęcia, że gdzieś daleko, poza granicami

znanego wszechświata, ktoś właśnie zauważył jego

obecność.

Adam przez chwilę nie potrafił oderwać wzroku od

kamienia. W kopalni wszystko miało swoją cenę, numer


i przeznaczenie. Ten fragment skały nie pasował do

żadnej z tych kategorii. Nie był też zwyczajnie ciepły ani

zimny; zdawał się odpowiadać na dotyk, jakby pod jego

powierzchnią poruszał się uśpiony puls. Schował go do

kieszeni, choć wiedział, że kontrola po zmianie może

oznaczać kłopoty. Po raz pierwszy od przybycia na

Aurelię poczuł, że wydarzyło się coś, czego nie da się

wyjaśnić rozkazem nadzorcy.

Rozdział II — Więźniowie

Aurelii

Narrator

Transport zatrzymał się przed ogromną konstrukcją

wzniesioną u podnóża gór.

Z daleka budynek przypominał fabrykę. Wysokie

kominy wypuszczały smugi jasnego dymu, a nad

ogrodzonym terenem przesuwały się niewielkie

maszyny patrolowe. Dopiero gdy pojazd podjechał bliżej,

Adam dostrzegł wysokie ogrodzenie, masywne bramy i

wieże obserwacyjne.

Nie było tu niczego, co przypominałoby spokojne

miasta Aurelii.

— Witaj w nowym domu — mruknął Marek.

Adam spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Jeśli to ma być żart, to kiepski.

— Przyzwyczaisz się.

— Do czego?

Marek westchnął.

— Do tego, że nie zawsze warto pytać.

Brama otworzyła się z ciężkim metalicznym zgrzytem.

Transport wjechał na wewnętrzny dziedziniec, gdzie


czekało kilku strażników. Dwóch z nich miało sylwetki

podobne do ludzkich, pozostali byli znacznie wyżsi i

poruszali się na czterech kończynach.

Więźniowie musieli wysiąść i ustawić się w szeregu.

Jeden z mężczyzn próbował protestować. Został

natychmiast odciągnięty na bok.

— Do szeregu! — rozkazał strażnik w języku, który

Adam rozumiał dzięki urządzeniu tłumaczącemu

zamontowanemu przy wejściu.

Wszyscy zamilkli.

Po chwili rozpoczęto kontrolę. Sprawdzano dłonie,

twarze i oznaczenia przydzielone każdemu więźniowi.

Adam otrzymał metalową opaskę z numerem 7318.

Marek pokazał mu swoją.

— Cztery tysiące dwieście sześćdziesiąt jeden —

powiedział. — Tutaj imiona niewiele znaczą. Numery są

wygodniejsze dla tych, którzy nami zarządzają.

Adam rozejrzał się po pomieszczeniu, do którego ich

zaprowadzono. Było długie, niskie i pozbawione okien.

Przy ścianach ustawiono metalowe łóżka. Każde miało

cienki materac, szorstki koc i niewielką szafkę. W rogu

znajdował się wspólny węzeł sanitarny, oddzielony od

reszty pomieszczenia jedynie częściową przegrodą.

W celi przebywało już dwunastu ludzi.

Niektórzy siedzieli na łóżkach, inni leżeli nieruchomo,

wpatrując się w sufit. W powietrzu unosił się zapach

wilgoci, potu i środków dezynfekcyjnych.


Jeden ze starszych mężczyzn przedstawił się jako

Wiktor. Pochodził z Polski i od dawna przebywał w

ośrodku.

— Jedna rada, chłopcze — powiedział Adamowi. —

Obserwuj wszystko. Słuchaj, co mówią strażnicy.

Zapamiętuj drogi, godziny i twarze. Tutaj drobiazgi

mogą kiedyś uratować ci życie.

W ośrodku obowiązywał ścisły harmonogram.

Światło w celi zapalało się o tej samej porze każdego

dnia. Krótki sygnał oznaczał pobudkę, a kilka minut

później strażnicy otwierali drzwi i ustawiali więźniów w

kolejce do wydawania posiłków.

Śniadanie składało się z porcji gęstej, bezsmakowej

papki, kawałka ciemnego pieczywa i kubka wody. Obiad

był niewiele lepszy. Wieczorem podawano kolejną porcję

prostego jedzenia, zwykle w postaci gotowanej masy z

dodatkiem warzyw i składników, których pochodzenia

nikt nie znał.

Nikt nie mógł przyjść po dokładkę. Nikt nie mógł

samodzielnie zdecydować, kiedy zje, kiedy odpocznie ani

kiedy pójdzie spać.

Po posiłku następował przydział do pracy. Więźniowie

przechodzili przez punkt kontrolny, otrzymywali

narzędzia i byli kierowani do odpowiednich sektorów

kopalni. Po wielu godzinach wracali zmęczeni,

zabrudzeni i często poranieni.

Dopiero wieczorem mieli trochę czasu dla siebie. Nie

był to jednak prawdziwy odpoczynek. W celi panował


zaduch, materace były cienkie, a światło przygasało

jedynie na kilka godzin.

Pierwszego wieczoru Adam zapytał Marka, jak długo

tu jest.

— Osiem lat — odpowiedział Marek.

— I przez osiem lat nie znalazłeś sposobu, żeby się

stąd wydostać?

— Próbowałem. Nie raz.

— To po co jeszcze żyjesz tą nadzieją?

Marek spojrzał na niego poważnie.

— Bo nie wiem, czy wszystkie drogi powrotne są takie

same. Musimy przetrwać wystarczająco długo, żeby

znaleźć właściwy moment.

Następnego dnia Adam po raz pierwszy zszedł do

głównego sektora kopalni. Wewnątrz góry znajdowało

się coś, co przypominało miasto. Poziomy pomostów

łączyły się z windami towarowymi, transportery

przesuwały się po szynach, a w głębi komory pracowały

maszyny większe niż jakikolwiek ziemski budynek, jaki

Adam kiedykolwiek widział.

W ścianach połyskiwały niebieskie żyły minerału.

Na niższych poziomach poruszali się pracownicy

różnych gatunków. Większość nosiła takie same robocze

ubrania i metalowe opaski.

W bocznym korytarzu Adam zauważył grupę obcych

robotników. Jeden z nich dotknął ściany, a skała

rozbłysła błękitnym światłem.


Wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Z głębi korytarza dobiegł potężny huk. Cała komora

zadrżała. Z sufitu posypał się pył, a maszyny zatrzymały

się jedna po drugiej.

Jeden z młodych obcych robotników utknął pod

fragmentem zawalonej konstrukcji. Adam ruszył mu na

pomoc, choć Marek próbował go powstrzymać. Razem

uwolnili rannego i zdążyli uciec przed kolejnym

osunięciem.

— Nazywam się Narel — powiedział uratowany obcy.

— I chyba jesteś pierwszym człowiekiem, który pomógł

mi tutaj bez rozkazu.

Tego samego dnia ogłoszono zamknięcie głębinowego

sektora kopalni. Nikt nie wyjaśnił, co się tam wydarzyło.

Wieczorem Adam przypomniał sobie niebieski

minerał, który pulsował światłem. Nie wiedział, że to

dopiero początek tajemnicy.

Wieczorem, kiedy rozmowy w celi przycichły, Adam

przyglądał się twarzom współwięźniów. Każda skrywała

inną historię, lecz wszystkie łączyła ta sama niepewność:

nikt nie wiedział, czy następnego dnia wróci do swojego

łóżka. Marek nauczył się rozpoznawać strażników po

odgłosie kroków, a Narel po cichu zapamiętywał układ

korytarzy i oznaczenia na drzwiach. Adam zrozumiał, że

przetrwanie nie będzie zależało wyłącznie od siły.

Potrzebowali zaufania, cierpliwości i wiedzy, którą

każdy z nich zdobył w inny sposób.

Rozdział III — Dom, którego

może już nie być

Następnego dnia Adam pracował obok Marka przy

transporcie wydobytego minerału. W końcu nie

wytrzymał.

— Marek, jak daleko stąd jest Ziemia?

— Zależy, jak na to spojrzysz — odpowiedział Marek.

— W kosmosie odległość to nie wszystko. Liczy się

również sposób podróżowania.

— To znaczy?

Marek rozejrzał się, upewniając się, że żaden strażnik

nie stoi wystarczająco blisko, by ich usłyszeć.

— Zwykłym statkiem kosmicznym nie wrócisz na

Ziemię w taki sposób, jak sobie wyobrażasz. Nawet jeśli

znalazłbyś statek, który potrafi pokonać ogromne

odległości między gwiazdami, podróż mogłaby trwać

setki albo tysiące lat według czasu mierzonego na Ziemi.

Adam zmarszczył brwi.

— Przecież to niemożliwe. Jak tysiące lat?

— Przy prędkościach zbliżonych do prędkości światła

czas na pokładzie może płynąć inaczej niż dla ludzi

pozostających na Ziemi. Ale nie każdy statek potrafi


podróżować w ten sposób, a ja nie mówię, że znam

dokładny czas twojej podróży.

Adam patrzył na niego z rosnącym niepokojem.

— Czyli jeśli uda mi się stąd uciec i polecę zwykłym

statkiem…

— Na Ziemi mogą minąć tysiące lat, zanim tam

dotrzesz — dokończył Marek. — A wtedy nie spotkasz

już swoich bliskich. Nie będzie twojego domu ani

twojego miasta w takim kształcie, w jakim je pamiętasz.

Nie wiadomo nawet, czy ludzkość nadal będzie istnieć.

Adam poczuł, jakby ktoś uderzył go w brzuch.

— Nie. To nie może być prawda.

— Chciałbym cię pocieszyć, ale nie będę cię

okłamywał.

— Przecież dopiero co tam byłem. Dla mnie minęło

zaledwie kilka dni!

— Dla ciebie tak. Ale kosmos jest ogromny, Adam. A

podróż między jego odległymi zakątkami nie

przypomina przejazdu z jednego miasta do drugiego.

Adam przypomniał sobie zwykłe, drobne rzeczy, na

które wcześniej nie zwracał uwagi. Poranne rozmowy,

dźwięk telefonu, znajome ulice, zapach kawy. Wszystko

to wydawało mu się teraz odleglejsze niż najdalsza

gwiazda.

— A ty? Też nie możesz wrócić? — zapytał.

Marek spuścił wzrok.


— Kiedy mnie zabrali, myślałem tylko o powrocie.

Przez pierwsze lata żyłem nadzieją, że wystarczy znaleźć

statek i jakoś dotrzeć do domu. Dopiero później

zrozumiałem, że samo odnalezienie Ziemi może nie

wystarczyć.

— To po co jeszcze żyjesz tą nadzieją?

— Bo nie wiem, czy wszystkie drogi powrotne są takie

same. Słyszałem o statkach, które korzystają z przejść

między odległymi obszarami przestrzeni. Podobno

potrafią skracać podróż do ułamka czasu potrzebnego

zwykłym jednostkom. Nigdy nie widziałem takiego

przejścia na własne oczy, więc nie wiem, ile w tych

opowieściach jest prawdy.

Adam podniósł głowę.

— Czyli istnieje szansa?

— Szansa to nie obietnica.

— Ale istnieje.

Marek przez moment nic nie mówił. Wreszcie skinął

głową.

— Może. Jeśli kiedykolwiek wydostaniemy się z tej

kopalni, będziemy musieli znaleźć kogoś, kto zna się na

podróżach międzygwiezdnych lepiej niż nasi obecni

gospodarze.

W tej samej chwili nad ich głowami rozległ się sygnał

alarmowy.

Praca została wstrzymana. Na ścianie zapaliły się

czerwone oznaczenia, a strażnicy zaczęli kierować

więźniów w stronę bocznego przejścia.


Po zakończeniu zmiany do Adama i Marka dołączył

Narel.

— Muszę wam coś powiedzieć — odezwał się cicho. —

Wczoraj, po zawaleniu korytarza, słyszałem rozmowę

nadzorców. Mówili o człowieku, który przybył na Aurelię

bez zapisu w rejestrach.

Adam poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— O mnie?

— Tak. Jeden z nich powiedział, że transport z twoją

osobą nie powinien był trafić do tego ośrodka. Drugi

stwierdził, że nie ma znaczenia, skąd przybyłeś. Ważne,

żebyś pozostał pod ziemią.

Adam nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby się nim

interesować.

Narel wyjaśnił, że nie jest pierwszym więźniem, który

trafił tu w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może

jednak Adam był pierwszym, którego ktoś tak bardzo

chciał ukryć.

Pod koniec zmiany Adam zauważył uszkodzony

pojemnik. Przez szczelinę w jego metalowej powierzchni

prześwitywało błękitne światło.

Gdy się zbliżył, usłyszał w głowie cichy szept.

— Znajdź przejście.

Marek niczego nie słyszał. Narel jednak pobladł na

widok minerału.

— Ten minerał nie powinien reagować na człowieka

— powiedział.


Tego wieczoru Adam długo nie mógł zasnąć.

— Jeśli naprawdę istnieje sposób na powrót na Ziemię,

to go znajdziemy? — zapytał Marka.

— Nie wiem, Adam. Nie chcę ci obiecywać czegoś,

czego nie mogę zagwarantować.

— Ale spróbujemy?

— Spróbujemy.

Daleko pod powierzchnią Aurelii błękitny minerał

ponownie rozbłysnął światłem, jakby coś, co od tysięcy

lat pozostawało uśpione, zaczynało odpowiadać na

obecność człowieka.

Przez resztę zmiany Adam próbował wykonywać

swoje zadania tak, jakby rozmowa z Markiem niczego

nie zmieniła. W myślach wracał jednak do domu: do

zwyczajnych dźwięków poranka, do światła

wpadającego przez okno i do spraw, które kiedyś

wydawały mu się pilne. Teraz tamte problemy wyglądały

jak drobiazgi z innego życia. Nie wiedział, czy tęskni

bardziej za miejscami, czy za człowiekiem, którym był,

zanim został porwany. Ta myśl przestraszyła go bardziej

niż odległość dzieląca Aurelię od Ziemi.

Rozdział IV — Korytarz

którego nie było na mapach

Narrator

Na Aurelii nastał kolejny poranek. Dwa słońca powoli

wznosiły się nad górami, a ich światło wpadało przez

wąskie szczeliny w skałach. Na powierzchni planeta

budziła się do życia. Transportowce sunęły nad

dolinami, mieszkańcy miast rozpoczynali swoje

codzienne zajęcia, a automatyczne pojazdy dostarczały

towary do odległych osad.

W kopalni nie obowiązywał jednak spokój znany z

powierzchni.

Więźniowie obudzili się na sygnał, zjedli śniadanie i

ustawili się przed celami. Strażnicy sprawdzili numery

na opaskach, po czym poprowadzili ich do sektorów

roboczych.

Adam czuł zmęczenie. Tej nocy spał niewiele. Wciąż

wracały do niego słowa usłyszane przy uszkodzonym

pojemniku.

Znajdź przejście.

Nie wiedział, kto do niego przemówił. Nie wiedział

też, dlaczego głos rozbrzmiał wyłącznie w jego głowie.

Jednego był pewien: nie był to zwykły przypadek.


Przez pierwsze godziny pracowali przy transporcie

minerałów. Marek pilnował, żeby nie rozmawiać zbyt

długo, ponieważ po ostatnich wydarzeniach nadzorcy

obserwowali ich uważniej niż wcześniej.

Podczas krótkiej przerwy Marek odezwał się cicho:

— Narel mówił mi, że zna część starej infrastruktury

kopalni.

Adam spojrzał na niego.

— Jakiej infrastruktury?

— Zanim zbudowano ten ośrodek, wydobywano tutaj

minerały innymi metodami. Podobno pierwsze

korytarze powstały setki lat temu. Niektóre zamknięto,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.61
drukowana A5
za 41.23