E-book
31.5
drukowana A5
43.71
Aurelia

Bezpłatny fragment - Aurelia


Objętość:
53 str.
ISBN:
978-83-8467-909-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 43.71

Prolog — Głos spoza gwiazd

Zanim człowiek nauczył się nazywać gwiazdy, ktoś już przemierzał między nimi ciemność.

Zanim powstały pierwsze cywilizacje, istniała sieć łącząca odległe światy. Jej twórcy wierzyli, że żaden świat nie powinien należeć do drugiego i że nikt nie powinien decydować o losie wszystkich pozostałych.

Przez tysiące lat bramy pozwalały podróżować tam, gdzie zwykły statek potrzebowałby całych pokoleń. Wiedza przepływała między planetami, a odległe cywilizacje mogły się spotykać. Nie wszystkie były pokojowe, lecz sieć dawała im wybór.

Wszystko zmieniło się, gdy strażnicy zapragnęli zostać władcami. Mówili o bezpieczeństwie i porządku, zamykali kolejne przejścia i decydowali, kto może poznać prawdę. Z czasem dawne szlaki zniknęły z map, a historia zamieniła się w legendę.

W sercu sieci pozostało jednak coś, czego nie udało się podporządkować. Niektórzy nazywali to Pamięcią. Inni szeptali o bogach uśpionych poza granicami znanej przestrzeni. Nikt nie wiedział, czym były te istoty. Wiadomo było tylko, że nie wolno ich budzić.

Ostatni strażnicy ukryli moc dawnej sieci w błękitnym minerale, rozproszonym po odległych planetach. Mijały stulecia, a ostrzeżenia stawały się mitami. Ci, którzy przejęli władzę, zaczęli wierzyć, że przeszłość nie ma już znaczenia.

Na Aurelii, głęboko pod skalistymi górami, maszyny wydobywały błękitny minerał. Dla jednych był cennym surowcem, dla innych źródłem energii. Niewielu podejrzewało, że każdy fragment może być częścią czegoś znacznie większego.

Pewnego dnia jeden z kamieni rozbłysnął. Nie pod wpływem maszyny ani dotyku strażnika. Zareagował na obecność człowieka.

Gdzieś poza granicami znanego wszechświata coś odpowiedziało na dawno zapomniany sygnał. Zamknięte bramy poruszyły się po raz pierwszy od tysięcy lat, a w sercu pradawnej sieci rozległ się głos:

— Nie pozwólcie im obudzić bogów.

I wszechświat, który przez tysiące lat udawał, że zapomniał, zaczął sobie przypominać.

Rozdział I — Świat, którego nie było na żadnej mapie

Kosmos nie był pusty.

Człowiek od wieków patrzył w nocne niebo, próbując zrozumieć, czy gdzieś daleko istnieje życie. Budował teleskopy, wysyłał sondy i nasłuchiwał sygnałów dochodzących z głębi przestrzeni. Zastanawiał się, czy jest sam.

Nie wiedział jednak, jak niewiele widzi.

Poza Drogą Mleczną rozciągały się galaktyki, których światło potrzebowało miliardów lat, by dotrzeć do Ziemi. Wokół ich gwiazd krążyły niezliczone planety. Niektóre były jałowymi pustyniami, inne oceanicznymi światami, a jeszcze inne przypominały Ziemię tak bardzo, że człowiek, stojąc na ich powierzchni, mógłby przez chwilę uwierzyć, że wrócił do domu.

Na jednej z takich planet poranek rozpoczynał się łagodnie.

Dwa słońca wznosiły się nad szerokimi równinami, rozświetlając lasy o srebrzystych liściach. Rzeki przecinały zielone doliny, a wysoko nad nimi powoli przesuwały się ogromne statki transportowe. Nie wydawały niemal żadnego dźwięku.

Mieszkańcy planety nie spieszyli się tak jak ludzie.

Nie musieli walczyć o każdy dzień. Ich miasta powstawały przez tysiące lat, a wiedza przechodziła z pokolenia na pokolenie. Większość ciężkiej pracy wykonywały maszyny. Choroby należały do rzadkości, a konflikty rozwiązywano, zanim zdążyły przerodzić się w wojny.

Planetę nazywano Aurelią.

Nie oznaczało to jednak, że jej świat był doskonały.

Daleko od zielonych dolin, po drugiej stronie kontynentu, znajdował się region, którego nie pokazywano przybyszom. Pod powierzchnią skalistych gór ciągnęły się kopalnie.

Wydobywano tam minerał o niezwykłych właściwościach. Był rzadki nawet w skali całej galaktyki, a jego wartość trudno było wyrazić w zwykłych jednostkach handlowych. W odpowiednich warunkach potrafił magazynować energię w sposób, którego nie umiały naśladować nawet najbardziej zaawansowane urządzenia.

Przy wydobyciu pracowały maszyny, lecz w najgłębszych korytarzach można było spotkać również żywe istoty. Wśród nich byli przedstawiciele kilku obcych gatunków.

I ludzie.

Ludzie, którzy nie pochodzili z tej planety.

Niektórzy trafili tam wiele lat wcześniej. Inni przybyli niedawno i wciąż nie rozumieli języka swoich nowych gospodarzy. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują ani ile światów dzieli ich od Ziemi.

Jeden z nich, mężczyzna o imieniu Adam, zatrzymał się pewnego ranka przy wejściu do kopalni.

W dłoni trzymał niewielki fragment minerału, który znalazł poprzedniego dnia.

Kamień delikatnie pulsował światłem.

Adam widział już setki podobnych okazów, ale ten był inny. Gdy dotknął go po raz pierwszy, usłyszał coś, co przypominało odległy głos.

Nie słowa.

Raczej wspomnienie.

A teraz, gdy dwa słońca wschodziły nad obcą planetą, głos powrócił.

Tym razem wypowiedział jedno zdanie.

— Nie pozwól im obudzić bogów.

Adam znieruchomiał.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie usłyszał pierwsze ostrzeżenie dotyczące tajemnicy starszej niż jego własna galaktyka.

I nie miał pojęcia, że gdzieś daleko, poza granicami znanego wszechświata, ktoś właśnie zauważył jego obecność.

Adam przez chwilę nie potrafił oderwać wzroku od kamienia. W kopalni wszystko miało swoją cenę, numer i przeznaczenie. Ten fragment skały nie pasował do żadnej z tych kategorii. Nie był też zwyczajnie ciepły ani zimny; zdawał się odpowiadać na dotyk, jakby pod jego powierzchnią poruszał się uśpiony puls. Schował go do kieszeni, choć wiedział, że kontrola po zmianie może oznaczać kłopoty. Po raz pierwszy od przybycia na Aurelię poczuł, że wydarzyło się coś, czego nie da się wyjaśnić rozkazem nadzorcy.

Rozdział II — Więźniowie Aurelii

Transport zatrzymał się przed ogromną konstrukcją wzniesioną u podnóża gór.

Z daleka budynek przypominał fabrykę. Wysokie kominy wypuszczały smugi jasnego dymu, a nad ogrodzonym terenem przesuwały się niewielkie maszyny patrolowe. Dopiero gdy pojazd podjechał bliżej, Adam dostrzegł wysokie ogrodzenie, masywne bramy i wieże obserwacyjne.

Nie było tu niczego, co przypominałoby spokojne miasta Aurelii.

— Witaj w nowym domu — mruknął Marek.

Adam spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Jeśli to ma być żart, to kiepski.

— Przyzwyczaisz się.

— Do czego?

Marek westchnął.

— Do tego, że nie zawsze warto pytać.

Brama otworzyła się z ciężkim metalicznym zgrzytem. Transport wjechał na wewnętrzny dziedziniec, gdzie czekało kilku strażników. Dwóch z nich miało sylwetki podobne do ludzkich, pozostali byli znacznie wyżsi i poruszali się na czterech kończynach.

Więźniowie musieli wysiąść i ustawić się w szeregu.

Jeden z mężczyzn próbował protestować. Został natychmiast odciągnięty na bok.

— Do szeregu! — rozkazał strażnik w języku, który Adam rozumiał dzięki urządzeniu tłumaczącemu zamontowanemu przy wejściu.

Wszyscy zamilkli.

Po chwili rozpoczęto kontrolę. Sprawdzano dłonie, twarze i oznaczenia przydzielone każdemu więźniowi. Adam otrzymał metalową opaskę z numerem 7318.

Marek pokazał mu swoją.

— Cztery tysiące dwieście sześćdziesiąt jeden — powiedział. — Tutaj imiona niewiele znaczą. Numery są wygodniejsze dla tych, którzy nami zarządzają.

Adam rozejrzał się po pomieszczeniu, do którego ich zaprowadzono. Było długie, niskie i pozbawione okien. Przy ścianach ustawiono metalowe łóżka. Każde miało cienki materac, szorstki koc i niewielką szafkę. W rogu znajdował się wspólny węzeł sanitarny, oddzielony od reszty pomieszczenia jedynie częściową przegrodą.

W celi przebywało już dwunastu ludzi.

Niektórzy siedzieli na łóżkach, inni leżeli nieruchomo, wpatrując się w sufit. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, potu i środków dezynfekcyjnych.

Jeden ze starszych mężczyzn przedstawił się jako Wiktor. Pochodził z Polski i od dawna przebywał w ośrodku.

— Jedna rada, chłopcze — powiedział Adamowi. — Obserwuj wszystko. Słuchaj, co mówią strażnicy. Zapamiętuj drogi, godziny i twarze. Tutaj drobiazgi mogą kiedyś uratować ci życie.

W ośrodku obowiązywał ścisły harmonogram.

Światło w celi zapalało się o tej samej porze każdego dnia. Krótki sygnał oznaczał pobudkę, a kilka minut później strażnicy otwierali drzwi i ustawiali więźniów w kolejce do wydawania posiłków.

Śniadanie składało się z porcji gęstej, bezsmakowej papki, kawałka ciemnego pieczywa i kubka wody. Obiad był niewiele lepszy. Wieczorem podawano kolejną porcję prostego jedzenia, zwykle w postaci gotowanej masy z dodatkiem warzyw i składników, których pochodzenia nikt nie znał.

Nikt nie mógł przyjść po dokładkę. Nikt nie mógł samodzielnie zdecydować, kiedy zje, kiedy odpocznie ani kiedy pójdzie spać.

Po posiłku następował przydział do pracy. Więźniowie przechodzili przez punkt kontrolny, otrzymywali narzędzia i byli kierowani do odpowiednich sektorów kopalni. Po wielu godzinach wracali zmęczeni, zabrudzeni i często poranieni.

Dopiero wieczorem mieli trochę czasu dla siebie. Nie był to jednak prawdziwy odpoczynek. W celi panował zaduch, materace były cienkie, a światło przygasało jedynie na kilka godzin.

Pierwszego wieczoru Adam zapytał Marka, jak długo tu jest.

— Osiem lat — odpowiedział Marek.

— I przez osiem lat nie znalazłeś sposobu, żeby się stąd wydostać?

— Próbowałem. Nie raz.

— To po co jeszcze żyjesz tą nadzieją?

Marek spojrzał na niego poważnie.

— Bo nie wiem, czy wszystkie drogi powrotne są takie same. Musimy przetrwać wystarczająco długo, żeby znaleźć właściwy moment.

Następnego dnia Adam po raz pierwszy zszedł do głównego sektora kopalni. Wewnątrz góry znajdowało się coś, co przypominało miasto. Poziomy pomostów łączyły się z windami towarowymi, transportery przesuwały się po szynach, a w głębi komory pracowały maszyny większe niż jakikolwiek ziemski budynek, jaki Adam kiedykolwiek widział.

W ścianach połyskiwały niebieskie żyły minerału.

Na niższych poziomach poruszali się pracownicy różnych gatunków. Większość nosiła takie same robocze ubrania i metalowe opaski.

W bocznym korytarzu Adam zauważył grupę obcych robotników. Jeden z nich dotknął ściany, a skała rozbłysła błękitnym światłem.

Wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Z głębi korytarza dobiegł potężny huk. Cała komora zadrżała. Z sufitu posypał się pył, a maszyny zatrzymały się jedna po drugiej.

Jeden z młodych obcych robotników utknął pod fragmentem zawalonej konstrukcji. Adam ruszył mu na pomoc, choć Marek próbował go powstrzymać. Razem uwolnili rannego i zdążyli uciec przed kolejnym osunięciem.

— Nazywam się Narel — powiedział uratowany obcy. — I chyba jesteś pierwszym człowiekiem, który pomógł mi tutaj bez rozkazu.

Tego samego dnia ogłoszono zamknięcie głębinowego sektora kopalni. Nikt nie wyjaśnił, co się tam wydarzyło.

Wieczorem Adam przypomniał sobie niebieski minerał, który pulsował światłem. Nie wiedział, że to dopiero początek tajemnicy.

Wieczorem, kiedy rozmowy w celi przycichły, Adam przyglądał się twarzom współwięźniów. Każda skrywała inną historię, lecz wszystkie łączyła ta sama niepewność: nikt nie wiedział, czy następnego dnia wróci do swojego łóżka. Marek nauczył się rozpoznawać strażników po odgłosie kroków, a Narel po cichu zapamiętywał układ korytarzy i oznaczenia na drzwiach. Adam zrozumiał, że przetrwanie nie będzie zależało wyłącznie od siły. Potrzebowali zaufania, cierpliwości i wiedzy, którą każdy z nich zdobył w inny sposób.

Rozdział III — Dom, którego może już nie być

Następnego dnia Adam pracował obok Marka przy transporcie wydobytego minerału. W końcu nie wytrzymał.

— Marek, jak daleko stąd jest Ziemia?

— Zależy, jak na to spojrzysz — odpowiedział Marek. — W kosmosie odległość to nie wszystko. Liczy się również sposób podróżowania.

— To znaczy?

Marek rozejrzał się, upewniając się, że żaden strażnik nie stoi wystarczająco blisko, by ich usłyszeć.

— Zwykłym statkiem kosmicznym nie wrócisz na Ziemię w taki sposób, jak sobie wyobrażasz. Nawet jeśli znalazłbyś statek, który potrafi pokonać ogromne odległości między gwiazdami, podróż mogłaby trwać setki albo tysiące lat według czasu mierzonego na Ziemi.

Adam zmarszczył brwi.

— Przecież to niemożliwe. Jak tysiące lat?

— Przy prędkościach zbliżonych do prędkości światła czas na pokładzie może płynąć inaczej niż dla ludzi pozostających na Ziemi. Ale nie każdy statek potrafi podróżować w ten sposób, a ja nie mówię, że znam dokładny czas twojej podróży.

Adam patrzył na niego z rosnącym niepokojem.

— Czyli jeśli uda mi się stąd uciec i polecę zwykłym statkiem\…

— Na Ziemi mogą minąć tysiące lat, zanim tam dotrzesz — dokończył Marek. — A wtedy nie spotkasz już swoich bliskich. Nie będzie twojego domu ani twojego miasta w takim kształcie, w jakim je pamiętasz. Nie wiadomo nawet, czy ludzkość nadal będzie istnieć.

Adam poczuł, jakby ktoś uderzył go w brzuch.

— Nie. To nie może być prawda.

— Chciałbym cię pocieszyć, ale nie będę cię okłamywał.

— Przecież dopiero co tam byłem. Dla mnie minęło zaledwie kilka dni!

— Dla ciebie tak. Ale kosmos jest ogromny, Adam. A podróż między jego odległymi zakątkami nie przypomina przejazdu z jednego miasta do drugiego.

Adam przypomniał sobie zwykłe, drobne rzeczy, na które wcześniej nie zwracał uwagi. Poranne rozmowy, dźwięk telefonu, znajome ulice, zapach kawy. Wszystko to wydawało mu się teraz odleglejsze niż najdalsza gwiazda.

— A ty? Też nie możesz wrócić? — zapytał.

Marek spuścił wzrok.

— Kiedy mnie zabrali, myślałem tylko o powrocie. Przez pierwsze lata żyłem nadzieją, że wystarczy znaleźć statek i jakoś dotrzeć do domu. Dopiero później zrozumiałem, że samo odnalezienie Ziemi może nie wystarczyć.

— To po co jeszcze żyjesz tą nadzieją?

— Bo nie wiem, czy wszystkie drogi powrotne są takie same. Słyszałem o statkach, które korzystają z przejść między odległymi obszarami przestrzeni. Podobno potrafią skracać podróż do ułamka czasu potrzebnego zwykłym jednostkom. Nigdy nie widziałem takiego przejścia na własne oczy, więc nie wiem, ile w tych opowieściach jest prawdy.

Adam podniósł głowę.

— Czyli istnieje szansa?

— Szansa to nie obietnica.

— Ale istnieje.

Marek przez moment nic nie mówił. Wreszcie skinął głową.

— Może. Jeśli kiedykolwiek wydostaniemy się z tej kopalni, będziemy musieli znaleźć kogoś, kto zna się na podróżach międzygwiezdnych lepiej niż nasi obecni gospodarze.

W tej samej chwili nad ich głowami rozległ się sygnał alarmowy.

Praca została wstrzymana. Na ścianie zapaliły się czerwone oznaczenia, a strażnicy zaczęli kierować więźniów w stronę bocznego przejścia.

Po zakończeniu zmiany do Adama i Marka dołączył Narel.

— Muszę wam coś powiedzieć — odezwał się cicho. — Wczoraj, po zawaleniu korytarza, słyszałem rozmowę nadzorców. Mówili o człowieku, który przybył na Aurelię bez zapisu w rejestrach.

Adam poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

— O mnie?

— Tak. Jeden z nich powiedział, że transport z twoją osobą nie powinien był trafić do tego ośrodka. Drugi stwierdził, że nie ma znaczenia, skąd przybyłeś. Ważne, żebyś pozostał pod ziemią.

Adam nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby się nim interesować.

Narel wyjaśnił, że nie jest pierwszym więźniem, który trafił tu w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może jednak Adam był pierwszym, którego ktoś tak bardzo chciał ukryć.

Pod koniec zmiany Adam zauważył uszkodzony pojemnik. Przez szczelinę w jego metalowej powierzchni prześwitywało błękitne światło.

Gdy się zbliżył, usłyszał w głowie cichy szept.

— Znajdź przejście.

Marek niczego nie słyszał. Narel jednak pobladł na widok minerału.

— Ten minerał nie powinien reagować na człowieka — powiedział.

Tego wieczoru Adam długo nie mógł zasnąć.

— Jeśli naprawdę istnieje sposób na powrót na Ziemię, to go znajdziemy? — zapytał Marka.

— Nie wiem, Adam. Nie chcę ci obiecywać czegoś, czego nie mogę zagwarantować.

— Ale spróbujemy?

— Spróbujemy.

Daleko pod powierzchnią Aurelii błękitny minerał ponownie rozbłysnął światłem, jakby coś, co od tysięcy lat pozostawało uśpione, zaczynało odpowiadać na obecność człowieka.

Przez resztę zmiany Adam próbował wykonywać swoje zadania tak, jakby rozmowa z Markiem niczego nie zmieniła. W myślach wracał jednak do domu: do zwyczajnych dźwięków poranka, do światła wpadającego przez okno i do spraw, które kiedyś wydawały mu się pilne. Teraz tamte problemy wyglądały jak drobiazgi z innego życia. Nie wiedział, czy tęskni bardziej za miejscami, czy za człowiekiem, którym był, zanim został porwany. Ta myśl przestraszyła go bardziej niż odległość dzieląca Aurelię od Ziemi.

Rozdział IV — Korytarz, którego nie było na mapach

Na Aurelii nastał kolejny poranek. Dwa słońca powoli wznosiły się nad górami, a ich światło wpadało przez wąskie szczeliny w skałach. Na powierzchni planeta budziła się do życia. Transportowce sunęły nad dolinami, mieszkańcy miast rozpoczynali swoje codzienne zajęcia, a automatyczne pojazdy dostarczały towary do odległych osad.

W kopalni nie obowiązywał jednak spokój znany z powierzchni.

Więźniowie obudzili się na sygnał, zjedli śniadanie i ustawili się przed celami. Strażnicy sprawdzili numery na opaskach, po czym poprowadzili ich do sektorów roboczych.

Adam czuł zmęczenie. Tej nocy spał niewiele. Wciąż wracały do niego słowa usłyszane przy uszkodzonym pojemniku.

Znajdź przejście.

Nie wiedział, kto do niego przemówił. Nie wiedział też, dlaczego głos rozbrzmiał wyłącznie w jego głowie.

Jednego był pewien: nie był to zwykły przypadek.

Przez pierwsze godziny pracowali przy transporcie minerałów. Marek pilnował, żeby nie rozmawiać zbyt długo, ponieważ po ostatnich wydarzeniach nadzorcy obserwowali ich uważniej niż wcześniej.

Podczas krótkiej przerwy Marek odezwał się cicho:

— Narel mówił mi, że zna część starej infrastruktury kopalni.

Adam spojrzał na niego.

— Jakiej infrastruktury?

— Zanim zbudowano ten ośrodek, wydobywano tutaj minerały innymi metodami. Podobno pierwsze korytarze powstały setki lat temu. Niektóre zamknięto, kiedy zaczęły się zawalenia.

Narel twierdził, że jeden z dawnych korytarzy prowadzi poza główną część kopalni. Być może prowadził do starego węzła transportowego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 43.71