E-book
7.88
drukowana A5
83.66
Arka — Ostatni Siew

Bezpłatny fragment - Arka — Ostatni Siew


Objętość:
581 str.
ISBN:
978-83-8467-942-5
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 83.66

Rozdział 1. Świeża stal i fabryczna folia

Folia ochronna zaszeleściła pod dłonią Jana tak głośno, że w surowej kajucie 4B zabrzmiało to jak rozdarcie. Plastik na materacu był jeszcze chłodny i śliski. W powietrzu wisiał gryzący zapach rozgrzanego tworzywa po ostatnich pracach montażowych. „Malwinka” wciąż była świeżo zbudowanym okrętem. Od kilku tygodni mieszkali w jej trzewiach wraz z niemal setką innych rodzin, zasypiając przy stukocie narzędzi i mechatronikach spinających ostatnie kilometry przewodów.

— Musimy to zerwać, zanim mały się obudzi. Przy tym hałasie już nie zaśnie — szepnęła Ewa. Magnetyczne półki klikały pod ciężarem ubrań, kilku pamiątek i czytnika z całą jej pracą badawczą. Ich dotychczasowe życie mieściło się w jednej metalowej szafce.

Jan nie odpowiedział od razu. Podniósł się i podszedł do grubego, zbrojonego iluminatora, który dominował w bocznej ścianie ich ciasnej kajuty. Za szybą, na zewnętrznym poszyciu okrętu, majaczyły ciężkie, burtowe emitery tarczy „Perun”, wciąż jeszcze uśpione i zimne. Dalej rozciągały się ramiona stacji orbitalnej „Gniazdo”. Przylecieli tutaj ze stoczni zaledwie kilkanaście godzin temu, wykonując krótki lot manewrowy. „Arctowski” miał jednak taką masę, że po podejściu od strony rufy to raczej stacja „Gniazdo” wyglądała przy nim jak skromna, zagubiona w próżni przybudówka.

W dolnej części stacji lśniła lina windy kosmicznej, łącząca orbitalny przyczółek z powierzchnią. Rękawy przeładunkowe drżały przy burcie „Arctowskiego”, wtłaczając do ładowni ostatnie palety z lekami, pakietami medycznymi, wyposażeniem laboratoriów i tym wszystkim, czego po odlocie nie dało się już zamówić ani dowieźć. To były ostatnie godziny na uwięzi. Załoga i koloniści, przepuszczeni przez mordercze sito selekcji, czekali w zawieszeniu na chwilę, gdy stalowe rękawy odpadną od burty i nie zostanie już nic, czego można się chwycić.

— Słyszałaś to? — zapytał cicho Jan, dotykając palcami chłodnej ramy okna.

Z głębi osi dobiegł niski bas uruchamianego reaktora fuzyjnego. Wibracja przeszła przez grodzie, ramę łóżka i kości szczęki. Kajuta drgnęła. Podłoga najpierw uciekła spod stóp, potem zaczęła odzyskiwać ciężar, gdy zewnętrzny pierścień mieszkalny wszedł w powolną rotację. Gdzieś za ścianą zawyły siłowniki śluz przeładunkowych. „Gniazdo” właśnie puszczało ich kadłub. Nad drzwiami zapiszczał interkom. Zaraz potem odezwał się spokojny, stanowczy głos:

— Uwaga, tu kapitan. Wszyscy oficerowie dyżurni na stanowiska. Rzucić cumy. Odchodzimy od stacji za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…

Ramiona „Gniazda” odsuwały się od burty. Sternik uruchomił minimalny ciąg manewrowy, a w szczelinę między stacją i okrętem wlała się czerń.

Ewa położyła Janowi dłoń na ramieniu. Daleko pod nimi, częściowo przecięta konstrukcją windy, świeciła Ziemia. Błękit był czysty, niemal bezczelnie spokojny. Jeszcze niedawno ten widok oznaczał dom. Teraz patrzyli na miejsce, do którego nie mogli wysłać nawet pożegnania. Dwustu kolonistów, dwudziestoosobowa załoga i garstka dzieci zamkniętych w kadłubie, który miał wynieść z Układu coś więcej niż ludzi.

— Naprawdę uważasz, że robimy dobrze? — zapytała Ewa, a w jej oczach, odbijających zimne światło gwiazd, pojawiły się łzy. — Tam na dole zostali nasi rodzice. Znajomi. Część ludzi w sektorze B wprost mówi, że ta misja to tchórzostwo. Zdrada tych, którzy nie dostali biletu.

Jan objął ją mocno, czując, jak pokład ponownie drży pod wpływem zwiększanego obciążenia generatorów.

— Jeśli zostaniemy, Michał może nie mieć żadnej przyszłości, Ewo.

Z łóżeczka dobiegło kwilenie. Czteroletni Michał usiadł na materacu, zaspany i przestraszony drżeniem pokładu. Interkom zachrypiał ponownie, a głos kapitan Okońskiej przeciął napiętą ciszę:

— Załoga i koloniści, wejście w wektor skoku za trzy minuty. Zapiąć pasy. Odchodzimy.

Jan natychmiast ruszył w stronę łóżeczka, by zabezpieczyć syna w pasach fotelika transportowego. Czas oczekiwania w doku właśnie dobiegł końca. Na mostku dowodzenia generał Hryniewicz siedział nieruchomo w swoim admiralskim fotelu, patrząc na gasnące linie komunikacji, a przed dziobem „Arctowskiego” emitery Alcubierre’a zaczynały już pompować energię w strukturę wszechświata.

Błękit od emiterów przeszedł po pancerzu jak zimny ogień. Gwiazdy za iluminatorem drgnęły, rozciągnęły się w cienkie rysy i zniknęły, gdy „Arctowski” wszedł w wytworzoną przez siebie krzywiznę. Jan poczuł krótki ucisk w błędniku, jak przy spadaniu bez ruchu. Potem została tylko czerń. Układ Słoneczny znalazł się za rufą.


Po czterech miesiącach wnętrze okrętu wyglądało już inaczej niż w dniu startu. W pierścieniu mieszkalnym najłatwiej było wyczuć wilgotną ziemię z hydroponiki. Ten zapach stał się częścią codzienności, choć w żadnym domu Jan nie słyszał przez sen pomp podtrzymujących mu oddech.

Jan zasznurował robocze buty i wstał z krawędzi łóżka. Folia ochronna z materaca dawno została zerwana, a surowe, metalowe ściany ich kajuty zdobiły teraz kolorowe rysunki czteroletniego syna. Mały właśnie spał, zwinięty w kłębek, całkowicie ignorując fakt, że od jego rodzinnej planety dzieliły ich już biliony kilometrów głębokiej pustki.

— O której wrócisz? — zapytała cicho Ewa, poprawiając laboratoryjny fartuch. Przygotowywała się do porannej zmiany w sekcji banku nasion.

— Jak zwykle. Trzeba przejrzeć logi pomocniczych systemów na osi głównej. Nic wielkiego — odpowiedział Jan, całując ją w policzek. — Odprowadzisz młodego do „Sówek”?

— Jasne. Mają dziś zajęcia z botaniki w trzecim pierścieniu. Podobno chcą przesadzać pierwsze ziemskie pomidory.

Jan uśmiechnął się, otworzył magnetyczne drzwi i wyszedł na korytarz. Droga do pracy na Arce była specyficzna — nie szło się prosto, lecz stale pod górę, wzdłuż łagodnego, uciekającego w nieskończoność łuku wewnętrznego pierścienia.

Mijając sektor rekreacyjny, Jan zwolnił na moment. Przez przezroczystą barierę z pleksiglasu widział wewnętrzne boisko. Dwóch programistów i lekarz z nocnej zmiany rzucali właśnie do kosza. Piłka, poddawana sile odśrodkowej wirującego pierścienia, leciała po dziwnej, parabolicznej krzywej, zmuszając graczy do ciągłego przeliczania trajektorii w pamięci. Kawałek dalej, w otwartej przestrzeni małego amfiteatru, grupka kolonistów piła poranną kawę, dyskutując o przydziałach energii na kolejny tydzień. Wszystko działało. Życie, wciśnięte między kilometry grodzi i pancerza, znalazło swój własny, miarowy rytm.

Jan skręcił do hydroponiki. Po suchej klimatyzacji korytarzy wilgoć uderzyła go w twarz jak ciepła szmata. Lampy wegetacyjne zalewały regały fioletowo-białym światłem; na liściach sałaty wisiały krople kondensatu, pachniała bazylia. Agronomowie skinęli mu głowami znad piętrowych koryt. Pompy mruczały cicho. Przez kilka minut można było zapomnieć, że za ścianą nie ma powietrza, ziemi ani pogody.

Po kolejnych dziesięciu minutach marszu grawitacja zaczęła powoli słabnąć. Jan dotarł do windy transportowej, która miała zabrać go z wirującego pierścienia mieszkalnego prosto na nieruchomą oś centralną okrętu — tam, gdzie znajdowały się warsztaty, hangary i sekcje inżynieryjne. W miarę jak winda parła ku środkowi konstrukcji, ciało Jana stawało się coraz lżejsze, aż w końcu, przy samej osi, przeszedł w stan całkowitej nieważkości. Chwycił się metalowej poręczy i wprawnym, wyćwiczonym ruchem wepchnął swoje ciało do korytarza sektora technicznego.

W warsztacie panował spokój. Automatyczny system statku zarządzał obciążeniem urządzeń pomocniczych, a główny hologram świecił zielenią. Jan przypiął się do stanowiska i otworzył poranny raport diagnostyczny.

Jego palce zaczęły szybko przesuwać się po dotykowym panelu, filtrując tysiące linii danych z reaktorów fuzyjnych zlokalizowanych na samym końcu osi. Wszystko wyglądało idealnie. Redundancja działała bezbłędnie: systemy podtrzymywania życia na stuprocentowej wydajności, tarcza „Perun” w trybie pasywnego czuwania, drukarki molekularne gotowe do pracy. Jan miał już zamknąć konsolę i przejść do rutynowego przeglądu myśliwców „Sokół” w hangarze, gdy jego wzrok wyłapał drobną anomalię.

W chłodzeniu reaktora numer dwa wykres temperatury siódmej linii powrotnej miał ledwie widoczne wybrzuszenie. Odchylenie wynosiło cztery dziesiąte stopnia Celsjusza.

Jan przywołał logi z ostatniego tygodnia. Zawór bezpieczeństwa numer dwanaście otwierał się dwukrotnie częściej niż zwykle. Komputer nie podniósł alarmu; odchylenie mieściło się w tolerancji, więc przy pompie pojawił się jedynie bladożółty znacznik.

— Pewnie zwykły błąd kalibracji czujnika — mruknął pod nosem Jan.

Wpisał w systemie polecenie ponownej kalibracji linii siódmej, zapisał raport i zamknął terminal. Odpiął pasy zabezpieczające i odbijając się od ściany, popłynął w stronę hangarów, by pomóc chłopakom przy kalibracji ramion emiterowych robota górniczego. Zapomniał o żółtej ikonce niemal natychmiast, skupiając się na planowaniu wieczornego wyjścia z Ewą do małego pokładowego kina. W głębi osi żółta ikona mignęła jeszcze raz. Potem zgasła, zastąpiona uspokajającą zielenią.

Rozdział 2. Smak ziemi i żółte linie

Winda schodziła z osi ku obracającemu się pierścieniowi, a ciężar powoli wracał Janowi do nóg. Najpierw poczuł go w łydkach, potem w barkach. Surowe korytarze techniczne ustąpiły cieplejszym panelom mieszkalnym. Z pobliskiego modułu ciągnął zapach kawy. Przy wejściu do trzeciego segmentu dzieci wysypywały się z sali „Sówek”, opiekunka poprawiała jednemu z maluchów magnetyczne zapięcie, a pod ścianą amfiteatru starsze rodzeństwo specjalistów gapiło się w terminale z minami ludzi, którzy znali już każdy zakręt swojego świata. Z bocznego korytarza dochodziła kłótnia o przydział wody technicznej. Na Arce nawet drobiazg miał wagę zasobu.

Z bocznego korytarza dobiegł alarm magazynu żywności: trzykrotne otwarcie drzwi bez ważnej autoryzacji. Przy magazynie stała pani Anna, technik dystrybucji i pięcioro dzieci z grupy starszaków. Najmłodsze miało cztery lata, najstarsze sześć. Na podłodze leżały trzy rozpakowane batony czekoladowe z rezerwy świątecznej.

— Nie włamaliśmy się — wyjaśnił Michał z pełną powagą. — Drzwi miały błąd.

Dzieci odtworzyły sekwencję serwisową zamka. Jedno podpatrzyło kod wózka aprowizacyjnego, drugie odkryło, że magnetyczny klocek może zastąpić impuls identyfikatora, a pozostałe zbudowały z zabawek uchwyt do kratki rewizyjnej.

— Na Ziemi przedszkolaki nie otwierały magazynów technicznych — powiedziała pani Anna.

Technik spojrzał na krzywiznę korytarza, wszechobecne panele i dzieci, które od miesięcy uczyły się statku szybciej niż dorośli. — Na Ziemi nie mieszkały wewnątrz maszyny. Jan zabrał synowi połowę batona, drugą połowę oddał pani Annie jako dowód rzeczowy. Wieczorem cała grupa dostała zakaz zbliżania się do magazynów i dodatkowe zajęcia z bezpieczeństwa. Dzieci potraktowały to jak nagrodę.


W kajucie czekała już Ewa. Liofilizowany sos był przesadnie słony, ale liście sałaty z hydroponiki pękały pod zębami. Jedli przy małym stoliku wysuniętym ze ściany, kolanami prawie dotykając metalowej płyty.

— Przetwarzaliśmy dzisiaj nową partię próbek z bazy kosmicznej — odezwała się Ewa, obracając w dłoniach metalowy kubek z syntetyczną herbatą. — Katalogowanie materiału genetycznego dębów i sosen. Jeden z chłopaków z sekcji programistów, który pomagał nam przy bazie danych, mruknął pod nosem, po co właściwie to robimy. Pytał, jaki jest sens opisywać rośliny, których większość z nas już nigdy nie zasieje na żadnym prawdziwym gruncie.

— Co mu odpowiedziałaś? — zapytał Jan, odstawiając talerz.

— Nic. Przełożona spojrzała na niego tak, że od razu wrócił do wklepywania kodu. Ale… w laboratorium panowała potem dziwna cisza przez całą zmianę.


Godzinę później, gdy Michał zasnął pod okiem automatycznej niani, wyszli do „Przystani”. Kawiarnia była ciasna, zrobiona z aluminiowych krzeseł po mesie, kilku roślin przytwierdzonych do ścian i ekspresu, który od miesięcy przypalał kawę w ten sam sposób. W powietrzu wisiał gorzki zapach przypalonej kawy.

Siedzący naprzeciwko nich Marek, starszy mechatronik, który razem z Janem montował automatykę w stoczni „Malwinka”, bawił się pustą szklanką.

— Słyszałem, że na mostku Hryniewicz i Okońska znowu analizują pasywne odczyty z tyłu — zaczął cicho Marek, zniżając głos. — Szukają anomalii podprzestrzennych. Nadal uważam, że nie powinniśmy byli odlatywać z „Gniazda”. Powinniśmy byli zostać i pomóc chłopakom na dole, zamiast chować się w tej puszce.

— Nadal uważam, że nie mieliśmy wyboru, Marek — odparła spokojnie, ale stanowczo Ewa. — Gdybyśmy zostali, technologia napędu i my sami trafilibyśmy w ręce korporacji, zanim cokolwiek zdołałoby nas ocalić.

— Albo uderzyliby w nas pierwsi — dodał Jan. — Znasz nastroje na dole.

Marek obracał szklankę, aż rozmowa sama zeszła na przydziały cukru i dyżury w kinie. Żadne z nich nie chciało nazwać poczucia winy, które siedziało z nimi przy stole.

Przed północą wrócili do modułu 4B. Ewa od razu położyła się do łóżka, zmęczona całodniową pracą przy serwerach banku nasion. Jan, zanim zgasił światło, usiadł na moment przy biurku i uruchomił podręczny terminal inżynieryjny, by sprawdzić wieczorny status systemów pomocniczych. Linia chłodziwa numer siedem w reaktorze drugim ponownie świeciła na żółto. Obok niej pojawiła się druga.


Dwie bladożółte ikony nie dawały mu spokoju przez całą drogę na oś centralną. Jan zacisnął dłonią pasy bezpieczeństwa windy, ignorując narastające wrażenie lekkości, gdy siła odśrodkowa wirującego pierścienia ustępowała miejsca czystej nieważkości. Gdy tylko śluza sekcji technicznej ustabilizowała ciśnienie, Jan popłynął prosto ku swojemu stanowisku roboczemu i od razu wywołał nocny log diagnostyczny.

Linia siódma utrzymywała odchylenie niecałego pół stopnia, a ósma kreśliła już tę samą krzywą. Dla autonomicznego systemu statku oba wyniki mieściły się w szerokim marginesie tolerancji, dlatego raport nie trafił na mostek.

Jan odpiął pasy terminala, wetknął podręczny czytnik diagnostyczny do kieszeni kombinezonu i odbijając się od krawędzi pulpitu, skierował się w głąb korytarza. Minął warsztat mechatroników i długi rękaw sekcji kamuflażu, po czym wbił się w wąskie, surowe przejście prowadzące na sam koniec osi centralnej.

Za potrójną grodzią kończyła się biel. Maszynownię wypełniały nagie żebra tytanowego szkieletu, grube magistrale magnetyczne i przewody plazmowe. Powietrze było suchsze, cieplejsze i miało lekki zapach rozgrzanej izolacji. Cewki reaktorów trzymały niski ton na granicy słyszalności; po kilku miesiącach człowiek przestawał go zauważać, dopóki nie zmienił się choćby o włos.

— Wiedziałem, że tu przyjdziesz — zza grubego zwoju osłony kabli wysokiego napięcia wyłoniła się sylwetka Kovacsa.

Kovacs wisiał w nieważkości, jedną ręką trzymając się uchwytu. W drugiej miał mechaniczny klucz dynamometryczny, ciężki, porysowany i wytarty na rękojeści. Lubił narzędzia, które nie wymagały aktualizacji, sieci ani zaufania.

— Widziałeś logi diagnostyczne reaktora numer dwa? — zapytał Jan, hamując ruch swojego ciała tuż obok niego.

— Sprawdzałem je rano — odpowiedział spokojnie Kovacs, wycierając palce w zatłuszczoną szmatę. — Komputer twierdzi, że wszystko jest w normie. Twierdzi tak od trzech dni. Czujniki są skalibrowane, przepływ mieści się w zielonym sektorze, a zautomatyzowane pompy pracują na siedemdziesięciu procentach wydajności. Według SI nie ma tematu.

— Ale linia numer osiem zaczyna powtarzać schemat siódmej — Jan wyciągnął podręczny czytnik i sparował go z lokalnym terminalem magistrali chłodzenia. — To już nie jest błąd jednego sensora.

Kovacs zmrużył oczy, patrząc na wyświetlany wykres. Przez dłuższą chwilę milczał, po czym schował klucz do pasa narzędziowego.

— SI filtruje dane przez algorytmy uśredniające. Jeśli odchył nie narasta wykładniczo, system uznaje to za szum tła. Odsuń się. Sprawdzimy to ręcznie.

Jan pomógł mu odbezpieczyć ciężką, ręczną pokrywę rewizyjną siódmej sekcji powrotnej. Obydwaj musieli zaprzeć się nogami o tytanowe żebra kadłuba, by pokonać opór hydraulicznych zatrzasków, które nie były otwierane od czasu wyjścia z doku w stoczni „Malwinka”. Gdy stalowa osłona ustąpiła, Kovacs wpiął fizyczny adapter ciśnieniowy bezpośrednio w zawór mechaniczny, omijając główną sieć telemetryczną statku.

Na małym, ciekłokrystalicznym ekranie adaptera cyfry zaczęły gwałtownie przeskakiwać, aż zatrzymały się na stałej wartości.

— Przepływ jest minimalnie gorszy, niż podaje komputer — mruknął Kovacs, dotykając palcem metalowej rury. — Drgania na pompie siódmej są o dwa herce wyższe. To mikrodrgania. Ludzkie ciało ich nie wyczuje, a sensory SI traktują to jako wibracje strukturalne od obracającego się pierścienia grawitacyjnego.

— Co to oznacza?

— Spójrz na filtr magnetyczny — Chorwat wskazał na małe, przezroczyste okienko inspekcyjne na złączu magistrali.

Na krawędziach chwytaków magnetycznych osiadł ciemny, ziarnisty pył. Pod światłem latarki drobiny miały brunatny połysk, jak opiłki starego żelaza zmieszane ze spalonym smarem.

— Albo ściera się wnętrze pompy, albo coś wytrąca się z chłodziwa — powiedział Kovacs. — System zauważy problem dopiero wtedy, gdy wirnik stanie albo temperatura skoczy gwałtownie.

— Mamy zapasową pompę w magazynie inżynieryjnym na osi. I dwie drukarki molekularne — przypomniał Jan.

— Mamy. Ale dopóki system świeci na zielono, nie dostaniesz zgody na odcięcie magistrali chłodzenia reaktora i ręczną wymianę. Dyrektor sekcji technicznej uzna nas za paranoików, którzy chcą ryzykować stabilność zasilania z powodu ułamka stopnia. Musimy znaleźć przyczynę tego tarcia, zanim ta żółta plama rozleje się na kolejne linie.

Zjeżdżając windą z powrotem do sektora mieszkalnego późnym wieczorem, Jan wciąż czuł w dłoniach chłód tytanowych żeber maszynowni. Przez łuk korytarza przeszedł z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie, automatycznie rejestrując ciche rozmowy sąsiadów z modułu 4A i znajomy zapach hydroponicznych ziół.


W kajucie było ciepło i pachniało podgrzanym jedzeniem. Michał siedział na podłodze, układając magnetyczne klocki w geometryczny wzór podpatrzony w „Sówkach”. Jan zatrzymał się w drzwiach. Jeszcze przed chwilą miał pod palcami zimny metal magistrali; tutaj usłyszał ciche kliknięcia zabawek i oddech własnego dziecka.

— Tatusiu! — zawołał maluch, podnosząc głowę, gdy Jan zatrzasnął drzwi. — Dzisiaj w trzecim pierścieniu sadziliśmy prawdziwe pomidory. Pani nam pokazywała zdjęcia z bazy danych. Powiedziała, że kiedyś na Ziemi były takie wielkie miejsca pełne drzew. Nazywały się lasy. I że tam ziemia nie była w plastikowych korytach, tylko wszędzie. Pod nogami.

Jan kucnął przy synu, powoli mierzwiąc jego miękkie włosy.

— Tak, synu. Były lasy. I kiedyś znowu je zobaczysz.

Ewa stała przy szafce kuchennej. Spojrzała na niego, a potem na jego dłonie, na których wciąż widać było ciemne ślady po smarze i chropowatych krawędziach zaworów maszynowni. Nie zadała żadnego pytania.


Późnym wieczorem, gdy w module 4B zgasły główne światła wegetacyjne, Jan usiadł przy biurku i po raz ostatni odpalił terminal inżynieryjny.

SI wciąż raportowała pełną sprawność. Jednak na jego prywatnym podglądzie magistrali reaktora numer dwa, linia chłodziwa numer siedem i osiem świeciły stałym, żółtym światłem. A tuż pod nimi, linia numer dziewięć właśnie zmieniła kolor na bladożółty.

Rozdział 3. Łańcuch dowodzenia

Krzysztof Mizera, główny inżynier projektu z ramienia OBRUM, nie podniósł wzroku, gdy Jan i Kovacs weszli do jego biura na osi centralnej. Pomieszczenie, choć ciasne, jako jedno z nielicznych w sekcji technicznej miało stałe, magnetyczne kotwice dla mebli, co pozwalało Mizerze pracować przy biurku bez konieczności przypinania się pasami do fotela. Na trójwymiarowym rzutniku przed nim powoli obracał się schemat wirników głównego napędu Alcubierre’a.

— Czego nie rozumiecie w pojęciu „uśredniony algorytm filtracji szumów”? — zapytał Mizera, gdy Kovacs bez słowa położył na blacie jego biurka podręczny czytnik z ręcznymi odczytami ciśnienia i wibracji.

Dyrektor sekcji technicznej dopiero teraz spojrzał na swoich podwładnych. Jako jeden z autorów założeń konstrukcyjnych okrętu, Mizera osobiście nadzorował selekcję personelu inżynieryjnego. Znał wartość Jana i doświadczenie Kovacsa, ale industrialny chłód jego spojrzenia nie pozostawiał złudzeń. Przemęczenie na okręcie nie oszczędzało nikogo, ale Mizera nadrabiał je chłodną, regulaminową stanowczością.

— Panie dyrektorze, to nie jest szum tła — Jan zrobił krok w przód, chwytając się magnetycznej poręczy przy ścianie, by ustabilizować pozycję w nieważkości. — Wykres z adaptera Kovacsa pokazuje, że przepływ w siódmej linii jest o trzy procent gorszy niż to, co SI wyświetla na mostku. W filtrach odkłada się mikroosad. W nocy żółty status objął linię numer dziewięć.

Mizera westchnął ciężko i machnięciem ręki wygasił hologram napędu, zastępując go głównym panelem diagnostycznym reaktora numer dwa. Cała kaskada danych świeciła tam jaskrawą, uspokajającą zielenią.

— Widzicie to? — Mizera stuknął palcem w ekran. — Autonomiczna SI „Arctowskiego” przetwarza osiemnaście tysięcy zmiennych na sekundę w odseparowanym środowisku. Nie ma prawa do błędu, bo tak ją zaprojektowaliśmy. Jeśli system uznaje wibracje pompy za rezonans od pierścienia grawitacyjnego, to znaczy, że tak jest. Chcecie, żebym poszedł do generała Hryniewicza i zameldował, że zamykamy reaktor numer dwa i odcinamy zasilanie połowy laboratoriów na trzydzieści sześć godzin, bo dwóch inżynierów znalazło trochę pyłu w filtrze rewizyjnym?

— Ten pył niszczy gładź cylindrów, Krzysztof — odezwał się Kovacs, rezygnując z oficjalnego tonu. — Jeśli wirnik stanie, reaktor wyłączy się awaryjnie. Wtedy tarcza „Perun” przejdzie na zasilanie bateryjne, a my stracimy kamuflaż na obrzeżach układu. To jest ryzyko.

— Ryzykiem jest destabilizacja harmonogramu badań i pracy dwustu kolonistów oraz załogi — uciął krótko Mizera, a jego głos stwardniał. — Wszyscy tu przeszliśmy testy psychologiczne, ale presja zamknięcia rośnie. Nie pozwolę na samowolne testy inżynieryjne i wyłączenia sekcji, które odizolowana SI uznaje za stratę energii. Wasz wniosek o inspekcję mechaniczną zostaje odrzucony. Wróćcie do swoich zadań w hangarze myśliwców. To rozkaz.


W tym samym czasie, kilkaset metrów dalej, w zakrzywionej przestrzeni drugiego pierścienia, Ewa przesuwała palcem po dotykowym interfejsie kriokomory banku nasion. Zimne, białe światło jarzeniówek odbijało się w metalowych szufladach, w których spoczywały zamrożone zarodki ziemskich roślin.

W laboratorium było o kilka stopni chłodniej niż w korytarzu. Z obudów kriokomór ciągnął metaliczny chłód, pachniało alkoholem izopropylowym. Przy sąsiednim stanowisku dwie laborantki syczały na siebie nad błędnie oznaczoną próbką. Na Ziemi poprawiłyby indeks i poszły na kawę. Tutaj jedna pomyłka potrafiła oznaczać utratę materiału, którego nikt już nie przyśle. Po tygodniach zamknięcia ludzie reagowali na drobiazgi z siłą zarezerwowaną dawniej dla prawdziwych katastrof.

Ewa oparła czoło o chłodną, metalową obudowę komory. Wyciągnęła z kieszeni naręczny terminal i spojrzała na wewnętrzny komunikator. Wiadomość od Jana była krótka: „Mizera odrzucił wniosek. SI wciąż twierdzi, że wszystko jest w normie.”

Późno w nocy, gdy w module 4B panowała cisza, Jan i Kovacs spotkali się w małym, ślepym korytarzu technicznym tuż przy śluzie maszynowni. Nie mieli ze sobą terminali — systemy monitorujące statku mogłyby zarejestrować próbę wywołania nieautoryzowanego kodu.

— Co robimy? — zapytał cicho Jan, patrząc na Chorwata.

Kovacs nie odpowiedział od razu. Wyciągnął z kieszeni kombinezonu fizyczny adapter i podłączył go do ręcznego panelu diagnostycznego, który zamontowali potajemnie dzień wcześniej.

Na małym ekranie nie było już dwóch ani trzech pozycji. Cały blok magistrali powrotnej chłodzenia reaktora numer dwa pulsował w ich podręcznym systemie na żółto. Linia siódma, ósma, dziewiąta, dziesiąta i jedenasta. Temperatura rosła wolno, ale systematycznie. Margines błędu SI właśnie się kurczył, choć główny komputer statku wciąż wysyłał na mostek uspokajające, zielone komunikaty.

— Mizera patrzy na to przez pryzmat oficjalnych struktur floty i ma związane ręce — mruknął Kovacs, nie odrywając wzroku od ekranu. — Jeśli wejdziemy tam z narzędziami i odetniemy przepływ bez jego podpisu, zamkną nas w sekcji karnej. Ale nie możemy tak po prostu odpuścić. Musimy dowiedzieć się, skąd bierze się ten osad.

— Jeśli zdejmiemy odczyty bezpośrednio ze spektrometru na filtrze linii dziewiątej, poznamy skład chemiczny tych drobin — Jan skinął głową w stronę mrocznego korytarza maszynowni. — Bez odłączania pomp. Po prostu cichy pomiar.

— Zgoda. Jeśli komputer ignoruje anomalię, my musimy zdobyć twardy dowód, którego Mizera nie będzie mógł zbyć formułką o szumie tła. Idziemy po fakty.


W technicznym korytarzu świeciły tylko latarki na nadgarstkach. Jan i Kovacs przesuwali się między żebrami kadłuba, prowadząc narzędzia przy ciele, żeby metal nie uderzył o metal. Z reaktora przechodziło przez konstrukcję ledwie wyczuwalne drżenie. Powietrze pachniało nagrzaną izolacją. W nocnym cyklu każdy przypadkowy stuk niósł się po osi zbyt daleko.

— Podepnij adapter pod zawór spustowy osadnika linii dziewiątej — wyszeptał Kovacs, podając Janowi elastyczną, ciśnieniową rurkę zakończoną manualnym chwytakiem. — Ja zajmę się odczytem na spektrometrze kieszonkowym. Musimy to zrobić, zanim automatyczny system czyszczenia zrzuci filtry do głównego zbiornika utylizacyjnego. Wtedy niczego już nie udowodnimy.

Jan wkręcił końcówkę w zawór rewizyjny. Uszczelka puściła z suchym trzaskiem, a przez przezroczystą kapilarę popłynęło kilka mililitrów chłodziwa. Zamiast czystej, lekko luminescencyjnej cieczy zobaczyli brudny brąz. Drobiny wirowały w próbce i przyklejały się do ścianek jak mokry pył. Kovacs przyłożył do probówki głowicę spektrometru. Urządzenie zapiszczało, a na ekranie pojawiły się linie absorpcyjne i gęstość atomowa zanieczyszczeń.

— Co tam masz? — spytał Jan, nie odrywając wzroku od zaworu.

— Czekaj, komputer bazy porównawczej musi to przeliczyć… — Kovacs zmrużył oczy, a światło latarki odbiło się w jego spoconym czole. — To nie są drobiny zużywającego się wirnika. Tytan i wolfram są w normie.

Jan poczuł, jak skóra pod kombinezonem robi mu się wilgotna. Wirnik był czysty, więc osad musiał przychodzić z głębi obiegu.

— Spójrz na ten szczyt — Kovacs obrócił ekranik w stronę Jana. — Duże stężenie krzemianów, żelaza i regularne sploty polimerowe. To nie jest zużycie mechaniczne, Jan. To jest zanieczyszczenie produkcyjne wewnątrz samych magistrali.

— Jak to możliwe? Przecież wszystkie rury chłodzenia reaktora były płukane ultradźwiękami przed zamknięciem pancerza w „Malwince”. Sam podpisywałem protokół dla sektora drugiego.

— Były płukane, ale pamiętasz pośpiech na trzeciej zmianie? — głos Kovacsa stał się lodowaty. — Ostatnie segmenty osi były pasowane, gdy na Ziemi trwały już walki o windę kosmiczną. Szefostwo OBRUM naciskało, żeby zamknąć kadłub przed terminem. Ktoś musiał użyć partii uszczelek i past polerskich gorszej jakości albo pominął końcowe czyszczenie chemiczne w komorach podciśnieniowych. Ten syf osadził się w zakamarkach wewnętrznych ożebrowań. Teraz, po czterech miesiącach ciągłej pracy reaktora i pod wpływem wysokiej temperatury fuzji, ten osad zaczął się odklejać od ścianek i krążyć w układzie.

Jan poczuł ucisk w żołądku. Wada powstała podczas wojennej budowy oznaczała problem większy niż jedna pompa: zanieczyszczenie krążyło w całym obiegu reaktora numer dwa.

— Jeśli pasty polerskie i resztki stoczniowego żużlu zatykają mikroszczeliny w rdzeniu chłodzącym, to za kilkanaście dni żółty status obejmie całą magistralę — Jan przetarł twarz rękawem kombinezonu. — SI nie widzi w tym awarii, bo temperatura rośnie zbyt wolno. Traktuje to jako naturalne starzenie się komponentów i po prostu zwiększa obciążenie pomp pomocniczych, żeby wyrównać przepływ.

— Dokładnie tak — przytaknął Kovacs, odpinając spektrometr. — Pompy pracują coraz głośniej, wycierają się, a komputer uważa, że wszystko mieści się w dopuszczalnej normie. Aż w końcu system nie będzie miał z czego dorzucić mocy. Wtedy sterowanie bezpieczeństwa automatycznie wygasi plazmę.

Za grodzią pracowały cewki magnetyczne. W dłoniach trzymali próbkę, której nie można było już zbyć jako szumu czujnika.

— Mizera musi to zobaczyć — Jan spojrzał na probówkę z brunatnym płynem. — Tego wykresu nie zrzuci na karb szumu tła ani rezonansu od pierścienia grawitacyjnego.

— Zobaczy — odpowiedział Kovacs. — A potem zapyta, kto pozwolił nam wejść tu w środku nocy. Jeśli wykres nas nie obroni, będziemy oglądać reaktor już tylko na szkoleniowych schematach.


Godzinę później ciężar pierścienia wrócił Janowi do nóg. Na dłoniach, mimo mycia, czuł jeszcze zapach smaru z zaworów. Mijał wygaszone moduły, za których cienkimi drzwiami spali ludzie uzależnieni od tej samej rury, w której właśnie znaleźli brunatny brud.

W kajucie 4B paliła się lampka przy podłodze. Ewa siedziała na łóżku i czekała.

— Znalazłeś coś? — spytała szeptem, gdy Jan zdejmował robocze buty.

Jan podszedł do niej, usiadł na skraju materaca i położył na stoliku podręczny czytnik z zapisaną analizą widmową.

— Tak. Znalazłem stocznię „Malwinka”. Pośpiech, z jakim nas stamtąd wypuszczano, właśnie zaczął nas doganiać.

Ewa sprawdziła ekran terminala, na którym linie krzemianów i polimerów przecinały zielone tło bazy danych, a potem spojrzała na śpiącego w łóżeczku syna. Nie zadała żadnego pytania.


W gabinecie Mizery Jan i Kovacs stanęli po drugiej stronie biurka.

— Czy wyście oszaleli? — Mizera nie krzyczał. Im bardziej był wściekły, tym ciszej mówił.

Główny inżynier wstał od biurka. Ponieważ w pomieszczeniu wciąż panował stan nieważkości, musiał mocno zaprzeć się udami o magnetyczne zaciski fotela, by nie odpłynąć w górę. Jego palce drżały, gdy wskazywał na leżący między nimi kieszonkowy spektrometr Kovacsa.

— Gdyby podczas tej waszej nocnej wycieczki doszło do mikroskopijnego spadku ciśnienia na zaworze rewizyjnym, sterowanie bezpieczeństwa wygasiłoby plazmę w ułamku sekundy — Mizera oparł dłonie o blat, patrząc Janowi prosto w oczy. — Odpowiadalibyście przed sądem polowym za sabotaż jedynej polisy ubezpieczeniowej ludzkości. Macie pojęcie, co generał Hryniewicz zrobiłby z wami za samowolne odejście od algorytmów pokładowych? Odsunąłby was permanentnie od systemów, pozbawił certyfikacji inżynieryjnej i zamknął całą waszą trójkę w strefie izolacyjnej do czasu zakończenia śledztwa.

Jan nie spuścił wzroku. Przytrzymując się ściennego uchwytu, wyciągnął rękę i stuknął palcem w obudowę spektrometru, wywołując na ekranie wykres analizy widmowej.

— Proszę na to spojrzeć, panie dyrektorze — powiedział cicho. — Zanim wyśle nas pan do aresztu.

Mizera otworzył usta, lecz wzrok uciekł mu na wykres. Wysokie piki krzemianów, żelaza i polimerów stały tam czarno na zielonym tle. Przesunął obraz raz, drugi, choć skala nie mogła zmienić wyniku. Główny inżynier nagle umilkł. Mizera długo studiował wykres, potem wywołał numer seryjny sekcji, z której pobrano próbkę. Szum wentylacji nagle stał się wyraźnie słyszalny. Był to sektor inżynieryjny 02, blok chłodzenia powrotnego pomp siódmej i dziewiątej.

Jan obserwował twarz swojego przełożonego. Zobaczył, jak chłodna, urzędowa pewność siebie Mizery nagle pęka. Dyrektor sekcji technicznej zbladł, a jego oczy rozszerzyły się, gdy system, po odczytaniu numeru partii rurociągu, automatycznie wyciągnął z bazy danych stoczni „Malwinka” powiązane protokoły odbioru. Na samym dole cyfrowego dokumentu widniał identyfikator autoryzacyjny i faksymile podpisu.

Krzysztof Mizera, Szef Kontroli Jakości OBRUM.

Podpis zmieniał charakter awarii. Mizera sam, w ostatnich dniach budowy i pod presją walk o windę kosmiczną, zatwierdził odbiór bloku, którego nie oczyszczono do końca. Odpowiedzialność miała jego nazwisko. Mizera powoli cofnął rękę od ekranu i przez dłuższą chwilę patrzył w pustkę, próbując odtworzyć w pamięci tamten koszmarny, pośpieszny dzień na trzeciej zmianie w stoczni.

— Panie dyrektorze… — zaczął cicho Kovacs.

Mizera uciszył Kovacsa ruchem dłoni. Palce miał już spokojne, co było gorsze od wcześniejszej złości.

— Ta rozmowa na razie nie wychodzi z tego gabinetu. Czytnik zostaje u mnie.

Jan i Kovacs wymienili szybkie spojrzenia.

— Nie idziemy z tym do generała Hryniewicza? — spytał Jan.

— Nie — uciął krótko Mizera. — Jeśli generał dowie się o tym teraz, uruchomi procedury alarmowe. Zażąda oficjalnych raportów, zwoła sztab, a wieści o usterce reaktora natychmiast przeciekną do sektorów mieszkalnych. Przemęczenie psychologiczne kolonistów i tak wisi na włosku, nie potrzebujemy tam rewolucji. Poza tym, Hryniewicz postąpiłby zgodnie z regulaminem floty: kazałby odciąć reaktor numer dwa i przejść w tryb pełnej diagnostyki.

— Ale to jedyne logiczne wyjście — zauważył Kovacs.

— Tylko jeśli problem dotyczy wyłącznie reaktora numer dwa — Mizera zbliżył się do nich w nieważkości, zniżając głos do szeptu. — Jeśli te zanieczyszczone uszczelki i pasty polerskie poszły na całą linię montażową podczas tamtego pośpiesznego tygodnia w stoczni, to wada nie ogranicza się do jednego bloku.

Główny inżynier położył dłonie na ramionach Jana i Kovacsa, przyciągając ich bliżej.

— Słuchajcie mnie uważnie. Oficjalnie wracacie do swoich zadań w hangarze myśliwców „Sokół”. Nieoficjalnie, od tej sekundy, zaczynacie ciche śledztwo na całej osi. Pobierzecie próbki z reaktora numer jeden. Sprawdzicie główną magistralę tranzytową. Sprawdzicie każdy filtr rewizyjny i osadnik, jaki znajdziecie na tej osi. Jeśli to, co myślę, jest prawdą… mamy problem znacznie większy niż jedna zablokowana pompa. Mamy zanieczyszczony cały układ energetyczny Arki. Do roboty. I nie dajcie się złapać SI.

Rozdział 4. Dzień otwarty

Tego wieczoru amfiteatr wypełnił się po brzegi. Sto par, dzieci i dwudziestoosobowa załoga zajęli aluminiowe stopnie, przejścia i miejsca pod ścianami. Wentylacja nie nadążała; w przegrzanym amfiteatrze śmierdziało potem. Nad tłumem obracała się zielona mapa trasy „Arctowskiego”.

Generał Bogdan Hryniewicz stał na dole, na niewielkim podwyższeniu, trzymając dłonie splecione za plecami. Nie miał na sobie pełnego munduru galowego, a jedynie surową, rozpiętą pod szyją bluzę oficerską. Wyglądał na zmęczonego, ale jego głos, wspomagany przez pokładowe nagłośnienie, brzmiał spokojnie.

— Minęły dwadzieścia dwa tygodnie od opuszczenia Ziemi — zaczął Hryniewicz. — Ostatnie trzy skoki nie pozostawiły śladu pościgu. Hydroponika osiągnęła planowaną wydajność, banki nasion są stabilne. Na tę chwilę misja przebiega zgodnie z założeniami.

Jan siedział w siódmym rzędzie, mocno opierając plecy o chłodną, metalową ścianę grodzi. Czuł na sobie dyskretne spojrzenie Ewy, która trzymała na kolanach ich śpiącego syna. Kilka metrów dalej, przy samym przejściu ewakuacyjnym, stał Krzysztof Mizera. Główny inżynier OBRUM miał ręce skrzyżowane na piersi, a jego twarz przypominała nieruchomą, wyciosaną z granitu maskę. Jan i Mizera wymienili krótkie, niemal niezauważalne skinienie głów. Wiedzieli coś, czego nikt w tej sali — łącznie z siedzącym na podwyższeniu generałem — nie miał prawa teraz wiedzieć. Pod uspokajającym, zielonym hologramem idealnej trasy kryła się brunatna, stoczniowa tajemnica.

— Otwieram panel pytań — oznajmił Hryniewicz, cofając się o krok. — Oficjalne kanały są stale przeciążone, dlatego chcę usłyszeć, co niepokoi was najbardziej.

Na sali zaległa cisza. Jako pierwszy wstał młody programista z sektora B.

— Panie generale, czy istnieje jakikolwiek protokół przewidujący próbę nawiązania kontaktu z centralą „Gniazdo” za pomocą pasywnego echa? — zapytał, poprawiając naręczny terminal. — Minęło ponad pięć miesięcy. Nasze rodziny… nie wiemy, czy bitwa o orbitę została rozstrzygnięta. Czy Ziemia w ogóle jeszcze istnieje?

Hryniewicz nie zmienił wyrazu twarzy, choć Jan zauważył, jak mięśnie jego szczęki mocniej się zacisnęły.

— Procedura „Arka” jest bezwzględna — odpowiedział generał. — Każdy sygnał wysłany z tego okrętu, nawet ukierunkowany mikroimpuls, może zdradzić nas Twórcom. To ich wejście do Układu zamieniło ewakuację w ucieczkę i dlatego spaliliśmy część algorytmów łączności przed pierwszym skokiem. Dla Układu Słonecznego „Arctowski” ma nie istnieć. Naszym zadaniem jest przeżyć tak daleko, żeby nie zdołali nas odnaleźć.

W wyższych rzędach rozległ się cichy, pomruk niezadowolenia. Ludzie, choć wyselekcjonowani i odporni psychicznie, wciąż zmagali się z ostatecznością tej ucieczki.

— Skoro mowa o przetrwaniu… — z końca sali podniosła się dr Lewandowska. — Chciałabym zapytać o rzeczywisty stan techniczny systemów krytycznych okrętu. Od kilku tygodni w sektorach mieszkalnych odnotowujemy minimalne, mikrodrgania strukturalne. SI twierdzi, że to rezonans pierścienia grawitacyjnego, ale technicy w warsztatach spędzają coraz więcej czasu na osi centralnej. Czy napęd Alcubierre’a albo reaktory działają z pełną sprawnością?

Jan poczuł, jak serce zaczyna mu mocniej bić. Kątem oka zobaczył, że Mizera delikatnie uniósł głowę, wpatrując się w Hryniewicza.

— Wszystkie systemy główne działają w granicach normy projektowej — odpowiedział bez wahania generał, odwołując się do raportów, które co rano generowała dla niego odizolowana SI okrętu. — Redundancja „Arctowskiego” zapewnia nam bezpieczeństwo. Każdy podsystem jest zdublowany. Nie ma żadnych powodów do niepokoju.


Dwie godziny później amfiteatr opustoszał. Koloniści wracali do swoich modułów w milczeniu, częściowo uspokojeni autorytetem Hryniewicza, a częściowo przytłoczeni twardą rzeczywistością braku kontaktu z domem. Jan nie wrócił jednak do kajuty 4B. Wykorzystując zamieszanie i fakt, że uwaga załogi była skupiona na zabezpieczaniu sektorów po spotkaniu, zjechał windą transportową na oś centralną.

W ślepym korytarzu maszynowni czekał już Kovacs. Trzymał w ręku manualny spektrometr i elastyczną rurkę ssącą.

— Mizera dał nam czyste okienko diagnostyczne — wyszeptał Chorwat, gdy Jan dopłynął do niego w nieważkości. — Wyłączył na dziesięć minut rejestrację kamer w sektorze pierwszym pod pretekstem rutynowej wymiany filtrów powietrza. Musimy się spieszyć. SI nie zarejestruje spadku ciśnienia, jeśli wepniemy się przez boczny zawór bypassu.

Jan bez słowa przejął narzędzia. Reaktor numer jeden — bliźniacze, zdublowane źródło zasilania Arki — pulsował za grubą ołowiową grodzią. Jeśli wada stoczniowa była systemowa i wynikała z pośpiesznego montażu na trzeciej zmianie w „Malwince”, chłodziwo w tej magistrali powinno być w równie katastrofalnym stanie, co w reaktorze drugim. Wprawnym, szybkim ruchem Jan wkręcił metalową końcówkę adaptera w zawór spustowy pierwszego bloku. Przez przezroczystą kapilarę przepłynął płyn.

Jan zmrużył oczy, podnosząc probówkę do światła latarki. Ciecz była idealnie przejrzysta, bez śladu brunatnego odcienia. Lekka, niebieskawa luminescencja chłodziwa odbiła się w jego goglach ochronnych. Kovacs natychmiast przyłożył głowę spektrometru do ścianki naczynia. Urządzenie pisnęło, a na ekranie zaczęły pojawiać się linie analizy widmowej. Wykres był idealną, podręcznikową prostą.

— Krzemiany? — zapytał Jan, czując, jak pot występuje mu na czoło.

— Zero — Kovacs potrząsnął głową, a jego oczy rozszerzyły się z niedowierzaniem. — Żelazo w normie. Polimery czyszczące nieobecne. Chłodziwo w reaktorze pierwszym jest sterylnie czyste. Żadnego osadu. Nic.

Jan oparł plecy o tytanowe żebro. Oba reaktory budowano równolegle, z tych samych rur, według tych samych planów i pod tą samą kontrolą jakości. Gdyby winna była brudna linia montażowa, oba obiegi powinny chorować razem. Pierwszy obieg był czysty, drugi zarastał brunatnym osadem. Wada przestała wyglądać na stoczniową. Pomruk obu bloków brzmiał prawie tak samo. Jan przestał wierzyć, że słyszy w nich tę samą maszynę.


Gabinet Mizery zamienił się w archiwum. Zamiast bieżących wykresów nad biurkiem wisiały daty, numery partii, trasy ciężarówek, podpisy odbioru i urwane zapisy z ostatnich dni budowy. Czerwone i żółte linie przecinały półmrok jak blizny po tamtym pośpiechu.

Główny inżynier nie krzyczał już na widok probówki z reaktora numer jeden. Siedział nieruchomo, wpatrując się w ekran podręcznego terminala, na którym czysty wykres pierwszego bloku energetycznego zestawiony był z brunatną linią drugiego.

— To niemożliwe — mruknął Mizera, pocierając palcami skronie. — Ta sama partia rur tytanowych. Ten sam dostawca chłodziwa. Montaż prowadzony równolegle, grodź w grodź. Jeśli to był żużel pośpiesznego polerowania, oba układy powinny mieć identyczne odczyty absorpcyjne.

Jan, trzymający się magnetycznego uchwytu przy ścianie, podsunął bliżej terminal z analizą widmową.

— Krzemiany i sploty polimerowe z osadu w reaktorze drugim są specyficzne, panie dyrektorze. Sprawdziliśmy z Kovacsem całą bazę komponentów maszynowych OBRUM. Te konkretne cząsteczki polimerów wysokotemperaturowych w ogóle nie figurują w naszych rejestrach zaopatrzenia. Nie powinno ich tu być.

Mizera zamarł. Jego palce zaczęły gwałtownie przesuwać się po ekranie, wywołując szczegółową specyfikację materiałową reaktora numer dwa. Przewijał tysiące pozycji: cewki magnetyczne, osłony ołowiowe, systemy wtrysku plazmy. Przez dłuższą chwilę w gabinecie słychać było tylko cichy, monotonny szum wentylacji osi centralnej.

— Czekajcie… — szepnął nagle główny inżynier. — Trzynasty marca. Ostatni tydzień przed zamknięciem pancerza głównego sekcji B.

Na hologramie przed nimi podświetlił się czerwony rekord. Mizera powiększył go jednym ruchem dłoni.

— Wtedy na dole trwał już regularny atak hybrydowy na infrastrukturę satelitarną — Mizera mówił szybko, odtwarzając schemat z pamięci. — Jeden z transportów z komponentami z Łabęd został zniszczony podczas bombardowania węzła logistycznego. Brakowało nam trzech bloków zaworów odcinających dla sekcji chłodzenia reaktora numer dwa. Gdybyśmy czekali na nową partię ze Śląska, „Arctowski” nie wyszedłby z doku przed zamknięciem okna startowego.

Jan zbliżył się do biurka, wpatrując się w numery seryjne podświetlonego rekordu.

— Skąd wzięliście zamienniki?

— W logach jest wpis o autoryzacji awaryjnej. Podpisany przeze mnie i zatwierdzony osobiście przez Hryniewicza — Mizera przeniósł wzrok na Jana, a jego twarz stała się niepokojąco blada. — Trzy bloki zaworów zostały dostarczone bezpośrednio z magazynu centralnego ministerstwa obrony. Przysłali je specjalnym transportem kurierskim pod eskortą wojskową. W opisie technicznym figurowały jako partia eksperymentalna o podwyższonej odporności termicznej.

— I nikt ich nie sprawdził? — wtrącił się z głębi pokoju Kovacs.

— Nie było czasu na testy laboratoryjne, a wymiary pasowały idealnie, z dokładnością do mikrona — Mizera schował twarz w dłoniach. — Dokumentacja techniczna tamtej partii… jest niepełna. Brakuje załączników z analizą stopu. Pliki są po prostu puste. Myśleliśmy, że to zwykły stoczniowy bałagan w papierach spowodowany wojną.

Ślad urywał się na trzech elementach, których nie było w katalogu OBRUM. Pośpiech stoczni przestał być wystarczającym wyjaśnieniem.

— Te trzy zawory nie wytrzymują kontaktu z naszym chłodziwem — Jan analizował linie krzemianów na spektrometrze. — Pod wpływem temperatury plazmy i ciśnienia ziemskiego chłodziwa, materiał tych trzech nieznanych elementów zaczyna powoli degradować. Łuszczy się. To dlatego reaktor numer jeden jest idealnie sterylny. Tam są nasze, standardowe zawory z Łabęd. Problem tkwi w tej jednej, tajemniczej partii, którą zamontowaliśmy na reaktorze drugim.

Mizera powoli wygasił rzutnik, topiąc gabinet w półmroku.

— Teraz rozumiem, dlaczego SI ignoruje te odczyty — powiedział cicho, opierając się ciężko o fotel. — System po prostu nie ma w swojej bazie danych profilu chemicznego tego stopu. Widzi gorszy przepływ, ale traktuje to jako nieznaczną anomalię statystyczną i podkręca moc pomp, żeby wyrównać straty. Pompy pracują coraz głośniej, wycierają się, aż w końcu sterowanie bezpieczeństwa automatycznie wygasi plazmę, gdy zabraknie mu marginesu mocy.

Główny inżynier spojrzał na Jana i Kovacsa.

— Nie wiemy, z czego zrobiono te zawory. Nie wiemy, dlaczego dokumentacja tej partii została wyczyszczona. I nie wiemy, ile czasu nam zostało, zanim ten nieznany materiał całkowicie się rozpadnie. Od tej chwili szukacie wszystkiego, co wiąże się z tamtym transportem z trzynastego marca. Musimy dowiedzieć się, co dokładnie włożyliśmy w trzewia tego statku, zanim system wyłączy nam zasilanie w głębokiej próżni. Do roboty.


Dwudziesty trzeci tydzień lotu zaczął się od wygaszenia połowy świateł w audytorium naukowym. Przyciemniono światła, by refleksy nie zakłócały obrazu z interferometrów. Pośrodku sali zawisły trzy czerwone punkty, nierówne od szumu pomiarowego.

Ross 248. Lalande 21185. Wolf 1061.

Doktor Lewandowska stała pod hologramem z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Radecki, nawigator odpowiedzialny za astrometrię dalekiego zasięgu, przesuwał kolejne warstwy danych. Nie używali aktywnego radaru. Wszystko, co wiedzieli, pochodziło ze światła gwiazd, z ruchu planet przed ich tarczami i z ciepła, które uciekało w próżnię.

— Ross odpada jako pierwszy — powiedział Radecki. — Gwiazda jest niespokojna. Dwa rozbłyski w ciągu ostatnich jedenastu dni. Jeżeli ma planetę w strefie ciekłej wody, jej atmosfera jest regularnie obdzierana z górnych warstw.

— Regularnie nie znaczy całkowicie — odezwał się jeden z planetologów.

— Nie. Znaczy tylko, że wysłalibyśmy tam dwustu kolonistów, dwadzieścia osób załogi i dzieci, żeby sprawdzić, czy zdążą umrzeć od promieniowania przed awarią filtrów.

W sali ktoś cicho zaklął.

Okońska siedziała w pierwszym rzędzie. Hryniewicz zajął miejsce pod ścianą, z dala od światła rzutnika. Nie korzystał z admiralskiego fotela poza mostkiem. Tutaj wyglądał jak jeden z wielu starszych ludzi, którym powierzono zbyt młodych pasażerów.

— Lalande? — zapytała kapitan.

Radecki przesunął dłoń. Drugi punkt rozrósł się w schemat układu.

— Dwie planety skaliste. Jedna zbyt gorąca, druga prawdopodobnie związana pływowo. Na granicy terminatora mogłaby istnieć woda, ale nie mamy żadnego potwierdzenia. Zewnętrzny pas zawiera lód i metale. Dobry punkt uzupełnienia masy reakcyjnej. Słaby kandydat na dłuższy postój.

— Nie szukamy jeszcze domu — powiedziała Okońska.

Kilka osób odwróciło głowy.

— Oficjalny cel misji mówi o kolonizacji — przypomniał Marek z końca sali.

— Oficjalny cel misji mówi o zachowaniu ciągłości cywilizacji — odparła. — Planeta jest jednym ze sposobów. Nie jedynym.

— Ludziom obiecano ziemię pod nogami.

— Ludziom obiecano, że zrobimy wszystko, żeby ich dzieci miały przyszłość. Nie będę wciskać okrętu w pierwszy układ tylko dlatego, że ktoś chce zobaczyć horyzont bez sufitu.

Marek nie usiadł.

— A jak długo mamy mieszkać w tej puszce?

— Tak długo, jak będzie trzeba.

— Łatwo powiedzieć z mostka.

Okońska nawet nie podniosła głosu.

— Na mostku ściany są tak samo blisko.

Hologram przesunął się na trzecią gwiazdę. Wolf 1061 miał kilka planet, z których dwie dawały stabilny cień w danych. Jedna krążyła blisko czerwonego karła. Druga, dalej, znajdowała się na granicy strefy, w której lód mógł topnieć przynajmniej okresowo.

— To jest najlepszy wynik — powiedziała Lewandowska. — Atmosfera niewiadoma. Masa zbliżona do ziemskiej. Temperatura powierzchni, jeśli model nie kłamie, od minus czterdziestu do plus dziesięciu stopni w pasie równikowym.

— Model kłamie — mruknął Kovacs. — Pytanie tylko, o ile.

Jan stał obok niego przy bocznej poręczy. Przyszedł prosto z osi i nadal miał na rękawach ślady smaru. Z głębi kadłuba dochodził równy pomruk reaktorów. Tylko on i Kovacs słyszeli, że co kilkanaście minut ton drugiego bloku opadał odrobinę niżej.

— Surowce? — zapytał Mizera.

— Wewnętrzny pas asteroid ma wysoką zawartość niklu i żelaza — odpowiedział Radecki. — Na zewnętrznych orbitach widzimy wodę i amoniak. Gdyby planeta okazała się martwa, układ nadal nadaje się do uzupełnienia zapasów.

Hryniewicz wstał.

— Odległość?

— Dwa skoki średnie albo trzy krótkie. Przy obecnym stanie emiterów zalecam trzy.

— Obecnym stanie? — Marek podchwycił słowa. — Mówiono nam, że wszystko działa.

Mizera odpowiedział zbyt szybko:

— Działa.

Jan czekał na reakcję, lecz główny inżynier nie podniósł wzroku. Okońska wygasiła część danych.

— Nie podejmujemy dziś decyzji o wejściu do układu. Przez siedemdziesiąt dwie godziny prowadzimy nasłuch i obserwację pasywną. Żadnych impulsów, żadnego wywoływania sond. Rada naukowa przygotuje porównanie ryzyka.

— Nie mamy rady kolonistów — zauważył Marek.

— Mamy radę naukową.

— To nie to samo.

— Wiem.

Hryniewicz spojrzał na niego uważniej, ale nie odezwał się.

Ludzie zaczęli wychodzić. Nad pustoszejącymi rzędami nadal wisiały trzy czerwone słońca. Dla większości oznaczały wybór przyszłości. Dla Jana były trzema punktami, do których trzeba było dowieźć reaktor numer dwa, zanim brunatny osad zamknie mu gardło. Kovacs zatrzymał się przy wyjściu.

— Który byś wybrał?

— Wolf.

— Dlaczego?

Jan popatrzył na trzeci punkt.

— Bo Lazarus zmienił temperaturę dokładnie wtedy, gdy wyświetlili jego współrzędne.

Kovacs przestał się uśmiechać. W głębi osi metal odpowiedział dwoma głuchymi uderzeniami, oddzielonymi równą pauzą.

Rozdział 5. Ciężar ciszy

Pierwsze pytanie padło spokojnie. Po dziesięciu minutach ludzie mówili już jeden przez drugiego.

Amfiteatr w trzecim pierścieniu nie mieścił wszystkich. Ludzie stali w przejściach, siadali na stopniach i opierali się o balustrady. Na ścianie nie było mapy przyszłych układów. Marek zażądał, żeby tym razem patrzyli sobie w twarze.

— Nie pytamy o pozwolenie na nadawanie — powiedział. — Pytamy o nasłuch. O zwykłe skierowanie anten ku Ziemi.

— To nie jest zwykłe skierowanie anten — odpowiedział major Borowski z załogi. — Rozwinięcie pełnej czaszy zmienia obraz cieplny i magnetyczny okrętu. Każdy, kto śledzi nasze skoki, zobaczy różnicę.

— A skąd wiemy, że ktoś nas śledzi?

— Nie wiemy.

— Właśnie. Cała misja opiera się na tym, że nie wiemy.

Z górnych rzędów odezwała się kobieta z laboratorium medycznego.

— Mój ojciec został w Poznaniu. Nie chcę do niego mówić. Chcę wiedzieć, czy istnieje jeszcze sygnał, którego można słuchać.

Ktoś zaklaskał. Potem następni. Okońska weszła bez eskorty, a Hryniewicz stanął kilka kroków za nią. Ludzie ucichli, ponieważ wreszcie mieli usłyszeć odpowiedź.

— Aktywnej transmisji nie będzie — powiedziała kapitan. — To nie podlega głosowaniu.

— A odbiór? — zapytał Marek.

— W tej chwili nasze położenie nie pozwala odebrać niczego nowszego niż to, co już minęliśmy.

Na sali przebiegł szmer. Hryniewicz podszedł do krawędzi podwyższenia.

— Pierwsze skoki wyniosły nas przed falę radiową wychodzącą z Układu Słonecznego — powiedział. — Statek wyprzedził światło. Później zwolniliśmy i zmienialiśmy wektory. To znaczy, że w określonych punktach trasy możemy ponownie przeciąć stożek świetlny Ziemi. Usłyszymy wtedy nie teraźniejszość, lecz stare transmisje, które dopiero do nas dotarły.

— Kiedy? — padło z sali.

— Za kilka tygodni istnieje pierwsze okno.

Okońska odwróciła głowę. Nie znała tej daty.

— Skąd pan wie? — zapytała.

— Kazałem policzyć ją przed startem.

— I nie uznał pan za stosowne wpisać tego do planu misji?

— Nie wiedziałem, czy okręt przeżyje pierwsze pięć skoków.

— Teraz przeżył.

— Teraz wiem.

Marek zrobił krok naprzód.

— Czyli możemy usłyszeć, co stało się po naszym odlocie.

— Możemy usłyszeć urwane, opóźnione sygnały — odpowiedział Hryniewicz. — Bez pewności, kto wygrał, kto przeżył i co wydarzyło się później. To może być kilka słów wyciągniętych z bitwy. Może nic.

— Nic też jest odpowiedzią.

— Nie zawsze.

Z boku sali rozpłakało się dziecko. Opiekunka próbowała wyprowadzić grupę „Sówek”, ale chłopiec Jana wyrwał rękę i pobiegł do Ewy.

— Mamo, dlaczego oni krzyczą?

Ewa uklękła i poprawiła mu bluzę.

— Bo tęsknią.

— Za Ziemią?

— Tak.

— To czemu nie zadzwonimy?


W amfiteatrze zrobiło się cicho. Dziecko mówiło głośniej niż dorośli, bo nie wiedziało, że powinno się bać własnych pytań.

Hryniewicz patrzył na chłopca przez dłuższą chwilę.

— Bo telefon może pokazać drogę komuś, kto nie powinien nas znaleźć — odpowiedział.

— A babcia wie, gdzie jesteśmy?

Sala ucichła. Michał nie wiedział, że niektórych pytań dorośli boją się bardziej niż odpowiedzi.

— To jak nas znajdzie?

Ewa przyciągnęła syna do siebie.

— Nie znajdzie, kochanie.

Mały zmarszczył czoło, jakby usłyszał źle rozwiązane zadanie.

— To źle zbudowaliście statek.

Ktoś w górnym rzędzie zaśmiał się krótko, lecz śmiech natychmiast pękł i zamienił się w szloch. Okońska poczekała, aż opiekunka wyprowadzi dzieci.

— Od dziś publikujemy pełne, tygodniowe raporty stanu okrętu — powiedziała. — Bez danych, które mogłyby zagrozić maskowaniu, ale z prawdziwymi wartościami zużycia energii, żywności i części. Nie będziemy udawać, że wszystko jest idealne.

Mizera drgnął.

— Pani kapitan…

— Powiedziałam: prawdziwymi.

Marek spojrzał na niego, potem na Jana. Jan odwrócił wzrok.

— A okno nasłuchu? — zapytał Marek.

Okońska zwróciła się do Hryniewicza.

— Obliczenia trafią do mojego terminala jeszcze dziś. Decyzję podejmę po konsultacji z nawigacją i ochroną.

— To moja odpowiedzialność strategiczna — powiedział generał.

— A okręt jest moją odpowiedzialnością operacyjną.

Stali naprzeciw siebie, a między nimi szumiała wentylacja.

— Dobrze — ustąpił.

Po spotkaniu Jan i Ewa wracali zakrzywionym korytarzem. Syn szedł między nimi, trzymając każde za rękę. W drugiej dłoni ściskał tabliczkę z rysunkiem trzech czerwonych kół.

— To gwiazdy? — zapytał Jan.

— Domy.

— Który jest nasz?

Chłopiec wskazał czwarte, małe kółko narysowane z boku.

— Ten, co leci.

Tej nocy Hryniewicz zamknął się w kabinie i po raz pierwszy od startu otworzył obliczenia przecięcia stożka świetlnego Ziemi. Data pojawiła się na ekranie.

Dwadzieścia sześć dni.


Siedemdziesiąt dwie godziny obserwacji nie przyniosły odpowiedzi, ale usunęły dwa złudzenia. Ross 248 był zbyt aktywny. Lalande dawał surowce, lecz żadnego miejsca, w którym można było wysiąść bez budowania świata od zera. Wolf 1061 pozostawał najniebezpieczniejszy, bo wyglądał najlepiej. Okońska zebrała sztab na mostku podczas cyklu nocnego. Nie chciała kolejnej debaty w amfiteatrze, zanim sama nie będzie wiedziała, co zamierza powiedzieć ludziom.

— Trzy krótkie skoki — zaczął Radecki. — Po każdym minimum osiem godzin dryfu i pełny nasłuch pasywny. Wejście od strony bieguna układu, poza płaszczyzną planet.

— Zużycie emiterów? — zapytała kapitan.

Mizera przesunął dane na stół.

— W normie. Nie lubię tej normy, ale ją wytrzymają.

— Reaktor dwa?

Jan odpowiedział zamiast niego:

— Jeżeli odciążymy laboratoria podczas skoków i przejmiemy chłodzenie ręcznie, przejdzie.

— „Przejdzie” nie jest stanem technicznym.

— Nie mamy lepszego słowa.

Okońska popatrzyła na diagram magistrali. Żółte linie zniknęły z głównego raportu po zmianie progów alarmowych, ale na ręcznym podglądzie Jana nadal rosły.

— Ile czasu? — zapytała.

— Do czego?

— Do chwili, kiedy nie będziecie mogli powiedzieć „przejdzie”.

Kovacs oparł dłonie o konsolę.

— Przy obecnym tempie osadu: sześć do ośmiu tygodni. Jeśli będziemy wykonywać skoki, mniej.

— A wy chcieliście mi to powiedzieć kiedy?

Mizera otworzył usta.

— Po potwierdzeniu składu materiału.

— Potwierdziliście.

— Potwierdziliśmy, że nie wiemy, czym jest.

— To nie to samo.

Hryniewicz siedział z tyłu mostka. Nie próbował bronić głównego inżyniera.

— Wolf może zawierać odpowiedź — powiedział.

— Może też zawierać powód, dla którego odpowiedzi nikt już nie pilnuje.

— Nadal musimy podejść.

— Podejdziemy. Ale nie jako koloniści szukający ziemi. Jako załoga uszkodzonego okrętu, która potrzebuje wody, metalu i wiedzy.

Radecki wprowadził wektor. Na ekranie Wolf 1061 przesunął się przed dziób „Arctowskiego”.

— Ogłaszamy kurs? — zapytał.

— Tak. Bez obietnic o planecie mieszkalnej. Ludzie dostaną pełny opis ryzyka.

— Będą protestować — powiedział Hryniewicz.

— To ich prawo.

— Nie mają prawa zatrzymać misji.

— Nie powiedziałam, że mają.

Na osi Jan i Kovacs rozpoczęli przygotowania godzinę później. Otworzyli ręczne obejścia, zamontowali dodatkowe filtry i przywiązali klucze do nadgarstków. Podczas skoku najmniejszy luźny przedmiot mógł przelecieć przez maszynownię jak pocisk.

— Sześć tygodni — mruknął Kovacs, dokręcając obejmę. — Optymista z ciebie.

— Powiedziałeś osiem.

— Kapitanom zawsze daje się zakres. Inżynierowi mówi się prawdę.

— Czyli?

— Cztery, jeśli Lazarus przyspieszy.

Jan przesunął kciukiem po zimnej rurze.

— Dlaczego miałby przyspieszyć?

— Bo lecimy tam, dokąd chce.

— Nie wiemy, czy chce.

— Wiem. Zawór nie czuje, reaktor nie myśli, a my nie jesteśmy przesądni. Powtarzaj to sobie, aż zaśniesz.

Z pierścienia przyszła wiadomość od Ewy. Zdjęcie przedstawiało pierwszy dojrzały pomidor, czerwony i mały na tle fioletowego światła hydroponiki.

„Jutro zbiory. Spróbuj wrócić przed końcem zmiany.”

Jan pokazał ekran Kovacsowi.

— Prawdziwy?

— Podobno.

— Ostatni jadłem w Splicie. Był kwaśny i kosztował tyle, co dobry klucz.

— Ten będzie droższy.

— Wszystko tutaj jest droższe. Płacimy życiem.


Okońska wydała rozkaz przygotowania pierwszego skoku.

Pierścień mieszkalny zwolnił, światła przygasły, a przed dziobem pojawiła się cienka, niebieska linia. Wolf 1061 leżał jeszcze daleko, niewidoczny gołym okiem. W reaktorze numer dwa trzy obce zawory zmieniły rytm przepływu dokładnie w chwili, gdy nawigacja zatwierdziła wektor.

Rozdział 6. Pierwszy owoc

Przy regałach hydroponiki zebrało się kilkadziesiąt osób. Wilgoć osiadała na skórze, fioletowe lampy wyciągały z twarzy sine cienie, a w powietrzu stał cierpki zapach łodyg pomidora. Po miesiącach filtrowanego powietrza wydawał się bezwstydnie żywy. Dziś przypadał dzień pierwszych, pełnych zbiorów od czasu opuszczenia orbity Ziemi.

Jan trzymał Michała na rękach. Chłopiec patrzył na drobne czerwone owoce wiszące pod liśćmi. Dla dorosłych oznaczały stabilność zamkniętego ekosystemu; dla niego były czymś, czego dotąd dotykał tylko na obrazkach. Jedna z laborantek, uśmiechając się ciepło, zerwała z krzaka pierwszy dojrzały owoc. Zamiast odłożyć go do plastikowego pojemnika transportowego, podeszła prosto do Jana i wyciągnęła dłoń w stronę chłopca.

— Trzymaj, maluchu. Prosto z krzaka — powiedziała cicho.

Michał ujął pomidor w obie dłonie i podniósł go do nosa. Skórka była ciepła od lamp, lekko lepka przy szypułce.

— Tatusiu, on pachnie jak… jak las?

Jan poczuł ucisk w gardle. — Trochę. Spróbuj. Michał wgryzł się ostrożnie. Skórka pękła, sok spłynął mu po kciuku. Skrzywił się od kwasu, po chwili uśmiechnął i polizał dłoń. — Las jest kwaśny. — Czasem — odpowiedział Jan, wycierając mu palce własnym rękawem.

Pojemniki szczękały magnetycznymi zamkami. Ktoś podał dalej liść bazylii, żeby dzieci mogły go rozetrzeć w palcach i powąchać. Przez kilka minut ludzie nie mówili o wodzie, awariach ani Ziemi. Jedli po ćwiartce pomidora, tak ostrożnie, jak kiedyś otwierało się drogie wino.


Późnym wieczorem Ewa kroiła przydzielone warzywa cienko, niemal przezroczyście, żeby starczyły na dłużej. Na ostrzu został sok z pomidora. Michał spał już w łóżeczku z pustym zielonym korytkiem po klockach przyciśniętym do brzucha.

Jan usiadł przy biurku, pozwalając sobie na chwilę głębokiego oddechu. Patrzył na swoją rodzinę, czując, że ten prosty, domowy wieczór był dokładnie tym, o co walczyli w mrocznych, zimnych sekcjach osi centralnej okrętu. Kontrast między tętniącym życiem pierścieniem mieszkalnym a surowym, tytanowym ożebrowaniem maszynowni nigdy nie był tak wyraźny.

Terminal Jana zawibrował na blacie. Ekran rozświetlił półmrok i zielone skórki warzyw. Wiadomość z ukrytego kanału inżynieryjnego miała jedno zdanie:

Znalazłem nazwę programu.


Szczątki danych, które Krzysztof Mizera zdołał odzyskać z głębokich sektorów pamięci starego radomskiego serwera montażowego, unosiły się w półmroku gabinetu jako postrzępione, czerwone linie kodu. Jan i Kovacs wisieli w nieważkości tuż obok rzutnika, wpatrując się w pojedyncze, ocalałe słowo, które wyłoniło się z wyczyszczonych wojskowych rejestrów.

LAZARUS-03.

— Tylko tyle zostało — odezwał się Mizera, a chłodne światło hologramu pogłębiło cienie na jego zmęczonej twarzy. — Wszystkie pliki nadrzędne, specyfikacje stopu, raporty z testów ciśnieniowych i protokoły modyfikacji geometrycznych zostały nadpisane algorytmem czyszczącym. Ktoś zadał sobie mnóstwo trudu, żeby w bazie danych OBRUM nie przetrwał ani jeden bajt informacji o naturze tych trzech zaworów.

Jan przybliżył się do terminala, filtrując ocalałe metadane listu przewozowego z trzynastego marca.

— Jeśli wykasowano strukturę plików, to odpowiedź rodzi jeszcze więcej pytań. Skoro to była tylko „eksperymentalna partia o podwyższonej odporności termicznej”, jak twierdził departament logistyki, dlaczego traktowano ją jak tajemnicę państwową najwyższego bocznego pasma? Zwykły stop tytanowo-wolframowy nie wymagałby palenia serwerów w Radomiu w obliczu ewakuacji.

— Bo to nie był zwykły stop — Kovacs oparł stopy o żebro ściany. — Zachował się zapis z wagi śluzy. Trzy bloki miały czterysta osiemdziesiąt kilogramów. Nasze odpowiedniki z Łabęd przy tych samych gabarytach ważą prawie o połowę mniej. Ktoś wsadził nam do reaktora materiał o gęstości, której nie potrafimy przypisać żadnemu stopowi z katalogu.

Mizera powoli wygasił rzutnik, topiąc pomieszczenie w surowym półmroku.

— Nazwa projektu nie jest przypadkowa. Lazarus. Wskrzeszenie. Hryniewicz i wojskowi musieli badać coś, co miało odwrócić losy tamtej wojny na dole, ale zabrakło im czasu. Wykorzystali te komponenty na Arce z desperacji, żebyśmy w ogóle mogli odbić od stacji „Gniazdo”.

Mizera ponownie zapalił rzutnik, odłączając go od sieci. Z dolnej szuflady biurka wyjął starą kartę pamięci w metalowej obudowie.

— Kopia awaryjna z trzeciej zmiany — powiedział. — Fizyczna. Bez dostępu dla SI.

— Mówiłeś, że wszystkie pliki są puste — przypomniał Jan.

— Są. Ale puste miejsce też ma strukturę. Ktoś kasował je w określonej kolejności. Najpierw skład materiału, potem źródło, na końcu nazwiska zespołu badawczego.

Kovacs przyjrzał się sekwencji.

— Wojskowi zwykle zaczynają od nazwisk.

— Właśnie.

— Czyli bardziej bali się, że ktoś rozpozna materiał niż ludzi, którzy go dotykali.

Mizera przytaknął.

Na ekranie został jeden znacznik dostępu. Nie nazwisko, lecz poziom autoryzacji należący do dowództwa floty. Jan poczuł chłód w dłoniach.

— Hryniewicz?

— Jeszcze nie wiem.

— Wiesz wystarczająco dużo, żeby zapytać.

— Nie. Wiem wystarczająco dużo, żeby zostać odsuniętym od reaktora, jeśli zapytam za wcześnie.

— A jeśli za późno?

Mizera przesunął palcem po schemacie chłodzenia.

— Wtedy nie będzie czego odsuwać.

Główny inżynier spojrzał na Jana.

— Wiemy, jak ten program się nazywał, ale wciąż poruszamy się po omacku. Nie mamy pojęcia, co dokładnie zamontowaliśmy w magistrali chłodzenia reaktora numer dwa. I co najważniejsze — nie wiemy, jak zmusić odizolowaną SI okrętu, by przestała ignorować ten stop. Szukajcie dalej, ale cicho. Jeśli na okręcie wybuchnie dyskusja o Lazarusie, Hryniewicz natychmiast zablokuje nam dostęp do jakichkolwiek rejestrów na osi centralnej.


Usterka pierwszy raz pokazała zęby w hydroponice. Ewa zauważyła ją po zapachu: spod stołów hydroponicznych śmierdziało gnijącym korzeniem. Przy regale czternastym podłoże było cieplejsze, niż powinno, a na panelu wszystko nadal świeciło zielenią. Krawędzie liści pomidorów żółkły i skręcały się do środka. Pędy, jeszcze niedawno ciężkie od owoców, wiotczały na magnetycznych prowadnicach.

— Coś jest nie tak z zasilaniem — mruknęła stojąca obok agronomka, sprawdzając ciśnienie w systemie nawadniającym korzenie. — Pompy dozujące minerały działają z minimalnym opóźnieniem fazowym. Komputer twierdzi, że dostarcza pełne sto procent wymaganej mocy, ale fizyczne przepływomierze na rurach pokazują spadek o zero koma osiem bara.

Ewa przybliżyła twarz do jednej z dysz rozpylających wodę.

— Dlaczego automatyka pokładowa nie wyrównuje ciśnienia? Przecież hydroponika ma absolutny priorytet zasilania w tym sektorze.

— Bo według systemu wszystko jest w normie — agronomka westchnęła chłodno, bezradnie przesuwając palcem po ekranie głównego terminala. — Ale spójrz na logi dystrybucji energii z ostatniej doby. Główny komputer statku zaczął niepostrzeżenie, ułamek po ułamku megawata, przesuwać mikroskopijne pakiety energii pomiędzy sekcjami. Zabiera po trochu z oświetlenia korytarzy technicznych, z systemów wentylacji magazynów w sektorze B i z naszych pomp pomocniczych.

Ewa przypomniała sobie żółte linie z terminala Jana. Reszta zespołu widziała błąd kalibracji. Ona widziała reaktor, który zaczął dobierać sobie energię z cudzych systemów. Na ekranach były to ułamki megawata. Tutaj miały kolor chorej zieleni i miękkość liścia, który nie utrzymywał już własnego ciężaru. Ewa odłączyła automatykę pojedynczego regału i przekręciła ręczny zawór. Z dyszy popłynęła cienka strużka, słabsza niż powinna.

— Nie zapisuj tego jako błąd biologiczny — powiedziała.

— System wymaga kategorii — odparła agronomka.

— Wpisz: niedobór energii.

— Wtedy raport trafi na oś.

— Właśnie o to chodzi.

Agronomka rozejrzała się po laboratorium.

— Ewa, jeśli oficjalnie zgłosimy spadek zasilania, zamkną połowę eksperymentów. Ludzie już mówią, że naukowcy zużywają energię na rośliny, których nigdy nie posadzimy.

Ewa zerwała żółknący liść. Był ciepły od lamp, ale miękki i bez życia.

— To nie eksperyment. To jedzenie.

— Wiem.

— Nie. Na Ziemi można było zamówić transport. Tutaj jeden uschnięty regał oznacza mniej nasion, mniej witamin i mniej miejsca na błąd. Nie będę chronić zielonej ikonki kosztem ludzi.

Wysłała Janowi zdjęcie liścia i odczyty fizycznego przepływomierza. Odpowiedź przyszła po minucie.

„Nie pokazuj tego synowi.”

Ewa spojrzała na więdnące pędy.

„On będzie to jadł. Musi wiedzieć, że statek też może chorować.”


Wypadek na osi centralnej przeszedłby bez większego echa, gdyby nie fakt, że Jan znajdował się wtedy zaledwie kilkanaście metrów dalej, nadzorując rutynowe prace konserwacyjne w hangarze myśliwców „Sokół”.

Głuchy, niepokojący pisk tarcia metalu o metal przeciął ciszę sektora technicznego, a zaraz po nim rozległ się ostry szum awaryjnego odcięcia hydrauliki. Jeden z automatycznych robotów serwisowych, uniwersalna jednostka na szynach magnetycznych, która od miesięcy miarowo krążyła wzdłuż głównego szkieletu okrętu, nagle zablokowała się na zwrotnicy sektora drugiego.

— Co tam się stało? — zawołał jeden z mechaników, odwracając się od podwozia myśliwca.

Jan odpiął pasy zabezpieczające i w stanie nieważkości popłynął prosto w stronę unieruchomionej maszyny. Robot wisiał bezwładnie, a jego przegubowe ramię chwytaka drgało bezsilnie w próżni. Na małym panelu kontrolnym urządzenia pulsowała czerwona ikona przeciążenia mechanicznego.

— Przekładnia główna stanęła na sztywno — zameldował technik, który dotarł na miejsce pierwszy i zaczął odkręcać obudowę serwisową robota. — To niemożliwe. Te silniki krokowe mają fabryczną gwarancję na dwadzieścia lat pracy w próżni. Uszczelnienia magnetyczne powinny być nienaruszone.

Gdy metalowa osłona przekładni ustąpiła, technik wyciągnął dłoń, by sprawdzić stan wału napędowego. Jan zbliżył swoją latarkę, kierując wąski snop światła bezpośrednio w trzewia maszyny. Na zębatkach i wokół magnetycznego wału leżał brunatny pył. Ten sam połysk. Ta sama drobna frakcja, która osiadała na filtrach reaktora. Jan poczuł, jak sztywnieje mu kark. Technik wsunął palec w otwartą przekładnię.

— Nie dotykaj — powiedział Jan ostrzej, niż zamierzał.

Mężczyzna cofnął rękę.

— To tylko pył.

— Nie wiemy, czym jest.

— Przed chwilą mówiłeś, że zużycie mechaniczne.

— Pomyliłem się.

Jan zamknął osłonę i nakleił na nią czerwony znacznik kwarantanny technicznej.

— Całą jednostkę do komory materiałowej. Bez sprężonego powietrza, bez czyszczenia ultradźwiękowego. Nikt nie otwiera jej bez Mizery.

— Od kiedy robot serwisowy wymaga kwarantanny?

— Od kiedy coś z reaktora znalazło drogę do jego przekładni.

Mechanicy przestali się uśmiechać. Wiadomość miała zostać w hangarze, ale zanim robot dotarł do komory, dwie osoby z nocnej zmiany wiedziały już, że brunatny pył wydostał się poza magistralę.

Jan nie powiedział ani słowa. Wyciągnął z kieszeni kombinezonu podręczny chwytak, dyskretnie zebrał kilka drobin brunatnego osadu do plastikowej fiolki i schował ją do kieszeni, zanim ktokolwiek z zespołu zdążył zadać niewygodne pytanie.

Rozdział 7. Pęknięcia

Kilka dni po awarii robota w amfiteatrze zabrakło miejsc. Ludzie przyszli prosto ze zmian: w fartuchach, kombinezonach, z zaczerwienionymi oczami po nocnych dyżurach. Ktoś postawił na balustradzie kubek z kawą; powierzchnia płynu drżała od mikrodrgań kadłuba. Nikt nie udawał akademickiej debaty.

— Żądamy, aby dowództwo wyznaczyło ostateczną datę kolejnego pasywnego skanu — mówił twardo jeden z biologów, stojąc naprzeciwko majora z załogi wojskowej floty. — Wolf 1061 udowodnił, że przed nami są planety skaliste. Ludzie w sekcji B zaczynają chorować na chroniczne stany lękowe z powodu ciągłego przebywania w zamkniętych modułach. Musimy wiedzieć, czy tamten glob nadaje się do zasiedlenia, czy musimy korygować kurs na Lalande!

— Skanowanie przestrzeni w tej fazie lotu to potężne ryzyko telemetryczne — odpowiedział krótko major, nie podnosząc głosu. — Decyzję o zmianie konfiguracji tarczy „Perun” podejmuje wyłącznie generał Hryniewicz na wniosek kapitan Okońskiej. Wojsko nie ugnie się pod presją waszego zmęczenia psychologicznego.

— Wojsko ucieka w próżnię, nie oglądając się za siebie! — odkrzyknął Marek z wyższych rzędów, a jego słowa wywołały falę głośnych potakiwań wśród zgromadzonych inżynierów. — Ukrywacie przed nami rzeczywisty stan systemów. Te mikrodrgania w ścianach kajut, o których mówiła Lewandowska, wcale nie znikają. Pojawiają się coraz częściej. Chcemy wiedzieć, co stało się z Ziemią i dokąd dokładnie zmierzamy, zamiast ślepo wierzyć w zielone statusy na waszych mostkach!

Okońska weszła do amfiteatru bocznym przejściem. Major urwał w połowie zdania.

— Proszę kontynuować — powiedziała.

— Pani kapitan, to spotkanie nie zostało zgłoszone dowództwu.

— Teraz jest.

Marek zszedł dwa stopnie niżej.

— Czy reaktor jest sprawny?

Mizera, stojący przy wyjściu, zesztywniał. Okońska nie spojrzała na niego.

— Reaktor pracuje. Prowadzimy diagnostykę układu chłodzenia.

— Od ilu tygodni?

— To pytanie do głównego inżyniera.

Wszystkie twarze zwróciły się ku Mizerze.

— Od pierwszego odchylenia temperatury minęło dwadzieścia sześć dni — odpowiedział w końcu.

Na sali podniósł się szum.

— A nam mówiono, że to rezonans pierścienia! — krzyknął ktoś.

— Bo tak wskazywała SI — powiedział Mizera.

— SI śpi z wami na mostku? — odparł Marek. — Bo my śpimy przy ścianach, które drżą.

Światła przygasły. Tylko na sekundę, lecz wystarczyło. Z korytarza dobiegł płacz dziecka, a potem głos opiekunki uspokajającej grupę „Sówek”. Okońska poczekała, aż zasilanie wróci.

— Od dziś każdy spadek energii w sektorze mieszkalnym będzie publikowany — powiedziała. — Nie obiecuję, że będziecie podejmować decyzje techniczne. Obiecuję, że nie będziecie dowiadywać się o nich z drżenia kubków.

Marek skinął głową.

— To początek.

— Niech pan nie myli początku z władzą.

— Niech pani nie myli rozkazu z zaufaniem.


Krzysztof Mizera czekał na Jana w mroku warsztatu mechatroników, daleko poza zasięgiem optycznych sensorów systemu statku. Trzymał w dłoni stary, fizyczny wydruk z listu przewozowego, który zdołał odzyskać z Radomia za pomocą zewnętrznego dekodera OBRUM.

— Nazwy programów bywają martwe, Jan — odezwał się cicho dyrektor sekcji technicznej, podając mu zmięty arkusz papieru syntetycznego. — Projekty można wymazać z serwerów, nadpisać kodem i ukryć pod wojskową sygnaturą. Ale nazwiska zawsze zostawiają ślad. Ktoś musiał fizycznie podpisać odbiór tamtych trzech zaworów z projektu Lazarus, gdy trafiały do doku stoczni „Malwinka”.

Jan włączył małą latarkę naręczną, kierując światło na odzyskany nagłówek dokumentu logistycznego z trzynastego marca. Na samym dole, tuż pod specyfikacją transportu eskortowanego przez żandarmerię, widniało wyraźne, odręczne faksymile podpisu oficera, który osobiście autoryzował wpięcie obcych komponentów w strukturę reaktora numer dwa. Bogdan Hryniewicz, Generał Dywizji Floty. Papier zadrżał między palcami Jana od pracy wentylatora, ale podpis pozostawał nieruchomy.

— On wiedział — szepnął Jan, patrząc na Mizerę. — Hryniewicz od samego początku doskonale wiedział, że reaktor numer dwa nie jest sterylny. Sam sprowadził te elementy z Radomia i nakazał wmontować je w nasz układ chłodzenia, ukrywając to przed całą kontrolą jakości OBRUM.

— Wiedział — przytaknął ponuro Mizera. — I to on osobiście nakazał zaimplementowanie w odizolowanej SI okrętu filtrów uśredniających, które ignorują chemię tego osadu. Generał nie popełnił błędu logistycznego pod presją czasu. On świadomie zamknął te trzy obce elementy w trzewiach statku i zmusił komputer, by milczał na ich temat. Pytanie brzmi: przed czym naprawdę uciekał Hryniewicz, że zaryzykował stabilność całego zasilania Arki?

Jan długo patrzył na podpis.

— Idziemy do niego teraz.

Mizera złożył wydruk na pół.

— Nie.

— Pękł zawór. Pył jest poza magistralą. Ile jeszcze dowodów potrzebujesz?

— Dowodu, że podpis oznacza wiedzę, a nie formalne zatwierdzenie transportu.

— W wojsku generał nie podpisuje przewozu trzech zaworów bez dokumentacji.

— W ostatnim tygodniu wojny podpisywał wszystko, co miało wynieść ludzi z Ziemi.

Kovacs wysunął się z cienia.

— Bronisz go czy siebie?

Mizera oparł dłonie o blat.

— Bronię dostępu do reaktora. Jeśli wejdziemy do Hryniewicza z oskarżeniem i okaże się, że niczego nie wie, zamknie nam archiwum. Jeśli wie, może zamknąć nas.

— Czyli czekamy? — zapytał Jan.

— Do pierwszego zdarzenia, którego nie da się ukryć.

W głębi osi zawyła pompa awaryjna. Trzej mężczyźni odwrócili głowy jednocześnie.


W środku cyklu nocnego zawór bezpieczeństwa numer dwanaście na siódmej linii pękł. Brunatny osad zablokował trzpień w połowie skoku; ciśnienie zrobiło resztę.

— Alarm techniczny sekcji 02. Wyciek chłodziwa w osłonie pomocniczej reaktora drugiego. Spadek ciśnienia o cztery koma dwa procent — chłodny, syntetyczny głos SI okrętu po raz pierwszy przeciął ciszę w kabinie inżynierów, budząc Jana ze snu.

Gdy Jan i Kovacs dotarli na miejsce w skafandrach roboczych, wokół siódmej linii wisiała niebieskawa mgła chłodziwa. Krople nie spadały. Rosły w nieważkości w drżące kule, odbijały czerwone światła alarmowe i rozbijały się o żebra konstrukcji na mniejsze paciorki.

— Zakręć ręczny bypass magistrali tranzytowej! — krzyknął Kovacs przez interkom skafandra, walcząc z hydraulicznym kluczem na głównej rurze. — Musimy odizolować tę sekcję, zanim system bezpieczeństwa odnotuje krytyczny spadek ciśnienia i automatycznie wygasi plazmę!

Jan zaparł się nogami o tytanowe ożebrowanie kadłuba, chwycił wielkie, stalowe koło ręcznego zaworu odcinającego i pociągnął je z całej siły. Metal zgrzytnął przeraźliwie. Przez grube rękawice skafandra czuł potężny opór i wibracje gotującej się wewnątrz cieczy. Metr po metrze, walcząc z ciśnieniem, Jan zdołał domknąć bypass. Wyciek ustał, a wirujące w nieważkości krople chłodziwa zostały wciągnięte przez automatyczne filtry ssące.

W mgłę wpłynął technik dyżurny, młody chłopak z sekcji pomp. Rękawica trafiła na chłodziwo rozsmarowane po poręczy. Dłoń uciekła, ciało obróciło się w nieważkości i przedramię weszło w ostrą krawędź otwartej osłony.

— Mam rozcięcie — powiedział, bardziej zdziwiony niż przestraszony.

Na mankiecie pojawiła się ciemna linia. Po sekundzie pod przezroczystą warstwą rękawa zebrała się krew, prawie czarna w czerwonym świetle alarmowym. Chłodziwo syczało na zewnętrznej powłoce skafandra.

— Do śluzy! — krzyknął Jan.

— Mogę pracować.

— To nie pytanie.

Kovacs pchnął technika w stronę komory bezpieczeństwa. Krew rozpełzała się w rękawie przy każdym ruchu. Rana nie zagrażała życiu. Wystarczyła jednak, żeby brunatny pył przestał być wykresem, filtrem i problemem inżynierów. Kiedy śluza zamknęła się za rannym, Jan spojrzał na pęknięty trzpień.

— Teraz wystarczy? — zapytał przez kanał Mizery.

Po drugiej stronie nikt nie odpowiedział.

— Zabierzcie element — odpowiedział główny inżynier. — Idziemy do generała.

Wyciek opanowano, a system po kilku minutach przywrócił zielony status pozostałym liniom. Pęknięty trzpień i krew technika nie mieściły się jednak w żadnym marginesie błędu.


Generał Bogdan Hryniewicz nie odwrócił się, gdy magnetyczne drzwi jego prywatnej kwatery na osi centralnej otworzyły się z cichym sykiem. Stał tyłem do wejścia, wpatrując się w mały, boczny iluminator, za którym rozciągała się czarna pustka skraju galaktyki.

Krzysztof Mizera wszedł do środka jako pierwszy, kładąc na metalowym blacie stolika fizyczny, odzyskany z Radomia list przewozowy oraz pęknięty, zanieczyszczony brunatnym pyłem trzpień zaworu numer dwanaście. Tuż za nim do kabiny wbił się Jan, trzymając w ręku terminal z pełną analizą widmową projektu Lazarus.

— Koniec milczenia, panie generale — powiedział lodowatym tonem Mizera. — Wiemy o Radomiu. Wiemy o trzynastym marca. I wiemy, że to pan osobiście podpisał zgodę na wmontowanie tych trzech obcych zaworów w układ chłodzenia reaktora numer dwa.

Generał milczał przez dłuższą chwilę. W małym pomieszczeniu słychać było jedynie miarowy oddech trzech mężczyzn. W końcu Hryniewicz powoli odwrócił się, omiatając ich swoim surowym, chropowatym spojrzeniem. Spojrzał na papierowy dokument, na metalowy element z maszynowni, a potem prosto w oczy Jana. Nie sięgnął po interkom. Opuścił wzrok na pęknięty trzpień i przez chwilę wyglądał o kilka lat starzej.

— Myśleliście, że o tym nie wiem? — zapytał cicho Hryniewicz, a jego głos brzmiał staro i bezsilnie. — Sam wprowadzałem te filtry logiczne do systemu statku, żeby komputer nie wygasił nam zasilania w trakcie pierwszych pięciu skoków.

Generał podszedł do stołu, podniósł pęknięty trzpień zaworu i obrócił go w palcach, pozwalając, by kilka brunatnych drobin pyłu uniosło się w nieważkości kabiny.

— Projekt Lazarus nie był naszym programem wojskowym, Mizera — Hryniewicz spojrzał na głównego inżyniera OBRUM. — Te trzy zawory zostały zdemontowane w punkcie technicznym Aitken z uszkodzonej, starożytnej platformy energetycznej, którą nasi naukowcy znaleźli pod powierzchnią Księżyca. Nie mieliśmy pojęcia, jak to działa, ale ten materiał potrafił wytrzymać temperaturę pięciokrotnie wyższą niż jakikolwiek ziemski stop. Kiedy Łabędy zostały zbombardowane, a my straciliśmy nasze własne komponenty, mieliśmy dwa wyjścia: zostawić „Arctowskiego” w doku stoczni „Malwinka” i pozwolić, by Twórcy zesterylizowali nas razem z całą planetą… albo wpiąć obcą technologię w nasz reaktor i uciekać.

Generał odłożył metalowy element i oparł się ciężko o krawędź stołu, patrząc na Jana.

— Zaryzykowałem stabilność tego okrętu, bo wiedziałem, że to nasza jedyna, ostateczna szansa na przetrwanie. Ale nie wiedziałem jednego, inżynierze. Nie wiedziałem, że ta obca tkanka zacznie tak szybko umierać w kontakcie z naszym chłodziwem. Teraz karta została odkryta. Witajcie w projekcie Lazarus. Zaczynamy grać o wszystko.

Drzwi kabiny otworzyły się ponownie. Okońska weszła bez zapowiedzi. Za nią stał major Borowski, ale kapitan zatrzymała go gestem na korytarzu.

— Powtórzy pan wszystko — powiedziała do Hryniewicza. — Od początku. Bez skrótów.

Generał nie zapytał, kto ją wezwał. Opowiedział o Aitkenie, o brakujących zaworach z Łabęd i o decyzji podjętej na kilka dni przed odlotem. Kiedy skończył, Okońska podeszła do stołu i wzięła do ręki pęknięty element.

— Włożył pan obcą technologię do okrętu z dziećmi.

— Włożyłem ją do okrętu, żeby dzieci mogły odlecieć.

— A potem zmusił pan SI do ukrywania skutków.

— Gdyby automat wygasił reaktor podczas pierwszego skoku, rozerwałoby nas w polu.

— To tłumaczy pierwszy skok. Nie sześć miesięcy milczenia.

Hryniewicz nie odpowiedział. Okońska położyła trzpień na stole.

— Od tej chwili nie ma projektu Lazarus poza dziennikiem dowódczym. Jan, Mizera i Kovacs dostają pełny dostęp do danych z Aitkena. Pan, generale, przekaże wszystko, co zachował pan poza archiwum.

— Nie ma wszystkiego.

— Przekaże pan wszystkie braki.

— Liliana…

— Pani kapitan.

Rozdział 8. Anomalie podczerwone

Był to dwudziesty piąty tydzień od odejścia od Gniazda. Na tablicy czasu misji cyfry zmieniały się normalnie, lecz dla mieszkańców każdy kolejny tydzień miał inną wagę. Najpierw liczyli dni do powrotu, później do wiadomości z Ziemi. Teraz liczyli je do miejsca, które mogło okazać się domem albo kolejnym grobem.

Przez cały cykl obserwacyjny obowiązywała cisza energetyczna. Kino zamknięto, projektor oddawał za dużo ciepła. W części korytarzy przygasły lampy, dzieci przeniosły zajęcia do wilgotnej hydroponiki, a dorośli siedzieli pod ścianami i patrzyli na czarne ekrany. W półmroku głośniej było słychać wentylację i własny oddech. Ewa znalazła Jana przy wejściu do banku nasion.

— Ludzie pytają, czy znaleźliśmy wodę.

— Jeszcze nie.

— Pytają też, czy reaktor wytrzyma lot.

— Tego też jeszcze nie wiem.

— Nie możesz odpowiadać wszystkim „jeszcze”.

— Mogę, jeśli to prawda.

— Prawda bez terminu brzmi jak kłamstwo.

Jan chciał odpowiedzieć, ale w głośnikach rozległo się wezwanie do audytorium. Pasywny skan zakończył pierwszy pełny cykl.

Do drugiego pasywnego skanu przygotowywali się przez trzy dni. Jan i Mizera zmienili procedury pracy tarczy „Perun”, tak aby podczas rekalibracji zwierciadeł boczne emitery nie zostawiły magnetycznego cienia. Interferometry rozwinęły się na pełną szerokość pancerza. „Arctowski” wygasił zbędne źródła ciepła i słuchał.

W audytorium naukowym na osi centralnej nie było już dyskusji o regulaminie. Dr Lewandowska wygasiła główne oświetlenie, a w nieważkości zmaterializował się trójwymiarowy, surowy model układu Wolf 1061.

— Pasywne sensory podczerwieni zakończyły pełny cykl nasłuchu — odezwała się Lewandowska, a jej głos, dotąd chłodny i profesjonalny, lekko zadrżał. — Nie szukaliśmy sygnałów radiowych. Szukaliśmy ciepła szczątkowego. I znaleźliśmy je.

Hologram powiększył obraz czwartej, zewnętrznej planety układu — lodowego globu, który według marsjańskich archiwów miał być całkowicie martwą skałą pokrytą zamarzniętym metanem. Na ciemnej tarczy planety pulsowało kilkanaście regularnych, geometrycznych punktów o podwyższonej temperaturze.

— To nie jest aktywność wulkaniczna — Lewandowska wywołała analizę widmową emisji podczerwonych. — Odczyty układają się w regularną siatkę. Co osiemdziesiąt kilometrów notujemy stały, miarowy upływ ciepła do atmosfery. Ponadto, interferometry burtowe zarejestrowały na orbicie globu regularny wzór anomalii grawitacyjnych. Coś o masie rzędu milionów ton dryfuje tam w pasie planetoid, poruszając się po idealnie kołowym, sztucznym wektorze.

W audytorium ucichły rozmowy. Sygnatura nie przypominała technologii Twórców znanej z wojskowych baz. Na ekranie widniały ślady cywilizacji, która pozostawiła infrastrukturę na skraju Drogi Mlecznej.

— Nie jesteśmy sami w tym ramieniu galaktyki — szepnęła Ewa, a jej palce mocniej zacisnęły się na ramieniu Jana. — A przynajmniej ktoś tu był przed nami.


Wieść o sztucznych strukturach nie uspokoiła kolonii. Ruiny mogły oznaczać wiedzę i surowce, lecz równie dobrze obronę, chorobę albo ślad po kolejnym przegranym gatunku.


Wieczorem w amfiteatrze trzeciego pierścienia ludzie nie rozmawiali już o przydziałach żywności. Społeczność „Arctowskiego” podzieliła się na trzy wyraźne frakcje.

— Musimy natychmiast skorygować wektor kolejnego skoku na układ Lalande 21185! — argumentował głośno jeden z młodszych planetologów, stojąc na dole amfiteatru. — Wolf 1061 to pułapka. Nie wiemy, czy te struktury na lodowym księżycu to nie są automatyczne systemy obronne. Jeśli wejdziemy w ten układ, nasz kamuflaż burtowy może okazać się bezużyteczny. Naszym zadaniem jest znalezienie pustego domu, a nie badanie obcych cmentarzysk!

— Lalande jest o połowę dalej, a nasze zasoby hydroponiczne i filtry tlenowe wymagają uzupełnienia surowców w ciągu najbliższych ośmiu miesięcy — skontrował twardo Marek, mechatronik, reprezentujący obóz inżynieryjny. — Wolf 1061 ma planety skaliste i pasy asteroid bogate w żelazo i lód. Musimy tam lecieć, choćby po to, by zatankować reaktory i naprawić to, co zaczyna drżeć w ścianach naszych kajut. Poza tym… te sygnały są pasywne. Tam nikogo nie ma od eonów.

— A ja uważam, że powinniśmy zatrzymać okręt w głębokiej próżni i obrócić anteny na Ziemię! — krzyknął ktoś z wyższych rzędów, z sekcji programistów. — Skoro w kosmosie są ślady innych ras, to znaczy, że wojna z Twórcami na dole mogła mieć zupełnie inny przebieg, niż zakładał Hryniewicz. Mamy prawo wiedzieć, czy Ziemia w ogóle wysłała za nami inne jednostki!

Jan siedział obok Ewy, słuchając narastającego szumu głosów. Ludzie nie podnosili rąk do bicia, nie było rewolucji, ale w ich oczach widać było narastające, chłodne zmęczenie. Elita naukowa Ziemi, zamknięta w wirującym pierścieniu, zaczynała pękać pod ciężarem pytań, na które nikt na mostku nie potrafił odpowiedzieć. Okońska nie pozwoliła, żeby dyskusję zakończyło głosowanie. Stanęła na środku amfiteatru i czekała, aż ludzie ucichną.

— Nie wybieramy między bezpieczeństwem a ciekawością — powiedziała. — Bez surowców nie mamy bezpieczeństwa. Bez rozpoznania nie mamy trasy. Wolf nie jest obietnicą kolonii. Jest miejscem, które musimy sprawdzić.

— A jeśli struktury są aktywne? — zapytała lekarka z pierwszego rzędu.

— Nie wejdziemy całym okrętem. Najpierw zwiad.

— A jeśli zwiad nie wróci?

— Wtedy nie polecimy za nim na ślepo.

Marek wstał.

— Chcę, żeby zapis tej decyzji trafił do wszystkich sektorów. Nie komunikat o „kontynuacji badań”. Prawdziwe słowa: lecimy do ruin obcej cywilizacji, bo kończą nam się możliwości.

Hryniewicz skrzywił się.

— Takie sformułowanie wywoła panikę.

— Panikę wywołuje ściana, która drży w nocy, i dowództwo mówiące, że to nic.

Okońska wskazała oficera łączności.

— Przygotować zapis. Bez korekty politycznej.

Hryniewicz odwrócił głowę, ale nie sprzeciwił się.


Kurs pozostał bez zmian. Hryniewicz i Okońska zgodzili się jednak na krok, którego dotąd unikali: przed „Arctowskim” miał polecieć zwiadowca. Cały kadłub Arki nie wejdzie w nieznany sektor na ślepo. Jan stał przy głównej konsoli hangaru osi centralnej, obserwując przez zbrojoną szybę, jak ciężki, zmodyfikowany myśliwiec głębokiego zwiadu „Sokół” powoli odłącza się od rękawa startowego.

Jednostka leciała w pełnym trybie autonomicznym, kontrolowana przez odizolowaną, ziemską SI, ale jej filtry logiczne zostały ograniczone bezwzględnym rozkazem powrotu po wykonaniu pasywnej pętli telemetrycznej wokół układu Wolfa. „Sokół” nie wysyłał żadnych sygnałów — miał po prostu zbliżyć się do czwartej planety, zebrać dane optyczne i spektroskopowe, a następnie skoczyć z powrotem na koordynaty spotkania.

— Przeszedł w tryb maskowania magnetycznego — zameldował Kovacs, sprawdzając odczyty na burtowym terminalu. — Tarcze burtowe zwiadowcy działają na trzydzieści procent. Za pięć sekund odpali własny, miniaturowy napęd Alcubierre’a.

Na skraju hangaru błysnęło niebiesko. Zbrojona szyba odpowiedziała krótkim drżeniem, a „Sokół” zniknął. Został pusty rękaw startowy i zegar, który od tej chwili odmierzał czterdzieści osiem godzin. Czterdzieści osiem godzin oczekiwania rozciągnęło się jak osobna podróż.


Pierwszej nocy nikt nie przyszedł do kina, choć projekcję uruchomiono za darmo. Ludzie stali przy ekranach informacyjnych, na których widniał tylko zegar i zielony napis: „ZWIADOWCA W TRASIE”.


Drugiego dnia dzieci w „Sówkach” zbudowały z klocków własnego „Sokoła”. Syn Jana przyniósł model do warsztatu i zawiesił go na magnetycznej poręczy.

— On wróci? — zapytał.

— Powinien.

— A jak się zgubi?

Jan poprawił źle ustawione skrzydło.

— Ma mapę.

— My też mamy?

— Część.

— To mało.

— W kosmosie zawsze jest mało.


Wieczorem Ewa zasnęła przy stole, nadal ubrana w fartuch laboratoryjny. Jan nie budził jej. Siedział przy terminalu i obserwował pusty kanał telemetryczny. Co kilka minut sprawdzał, czy reaktor numer dwa nadal pracuje. Wiedział, że robi to bez sensu. Gdyby „Sokół” nie wrócił, zielona linia reaktora niczego nie naprawi.


W czasie oczekiwania na „Sokoła” Jan i Kovacs zakończyli rentgenowską analizę jednego z zaworów Lazarusa. Wynik podważał ich dotychczasowe rozumienie awarii. Podłączony potajemnie do siódmej linii chłodzenia mikroskopowy skaner rentgenowski zakończył pełną, strukturalną analizę wnętrza jednego z tajemniczych zaworów z projektu Lazarus.

— Spójrz na to — szepnął Kovacs, wywołując na kieszonkowym ekranie trójwymiarowy, gęsty model siatki krystalicznej materiału. — To nie jest korozja. To nie jest degradacja termiczna stopu.

Jan przybliżył ekran. Wewnętrzne kanaliki zaworu nie miały już geometrii z pierwszego skanu.

W strefach największego obciążenia materiał nie tracił masy. Przesuwał ją. Mikroskopijne warstwy zbierały się w nowe rozgałęzienia, a kanał przepływu zwężał się w miejscach, w których wcześniej był gładki. Zawór zmieniał kształt podczas pracy.

— Te zawory się nie rozpadają — powiedział Kovacs. — Przebudowują się. Materiał z Aitken reaguje na temperaturę i pole naszego reaktora, ale robi to według geometrii, której nie znamy. Zamiast zachować przekrój, tworzy własny.

Jan przyłożył dłoń do chłodnej obudowy rurociągu. Brunatny osad nie wyglądał już na stoczniowy brud. Był odpadem procesu, którego nie zaprojektował żaden człowiek. Coś w zaworze wykorzystywało temperaturę, ciśnienie i pole reaktora do własnej przebudowy.

— System statku ignoruje ten proces, bo jego filtry nie widzą utraty parametrów materiałowych — powiedział Jan. — Struktura robi się gęstsza i odporniejsza, więc algorytm nie oznacza jej jako uszkodzonej. Tyle że ta „poprawa” zarasta nam przekrój rury.

Kovacs powiększył strukturę jeszcze raz.

— To nie wygląda jak naprawa.

— Jak co?

— Jak kiełkowanie. Materiał nie odbudowuje starego kształtu. Buduje nowy, korzystając z naszego ciśnienia i pola.

Jan wyłączył automatyczne porównanie z bazą Twórców.

— Nie nazywajmy tego ich technologią, dopóki nie mamy dowodu.

— Hryniewicz tak ją nazywa.

— Hryniewicz nazwał ją tak, jak nazwano wszystko znalezione pod Aitkenem. To nie znaczy, że miał rację.

Na ekranie nowy kanał materiału rozgałęził się w trzy cienkie linie. Jedna skierowała się ku czujnikowi skanującemu, wyraźnie reagując na źródło promieniowania. W tej samej sekundzie naręczny terminal Jana cicho pisnął, wyrywając ich z osłupienia. Był to automatyczny komunikat z sekcji kontroli hangarów.

„Sokół” właśnie wrócił ze skoku z układu Wolfa 1061. Jego SI przesłała pierwszy pakiet danych optycznych, a kapitan Okońska ogłosiła alarm dla kadry inżynieryjnej. Pierwsza faza zwiadu dobiegła końca.


Półmrok wypełniał mostek. Niebieskawy blask plików wideo ze zwiadowcy odbijał się w konsolach, gdy Jan, Kovacs i Mizera weszli do sektora zero.

Generał Bogdan Hryniewicz siedział nieruchomo w swoim admiralskim fotelu z tyłu mostka, z dłońmi zaciśniętymi na poręczach. Za konsolą sterowniczą stała kapitan Liliana Okońska, nie odrywając wzroku od centralnego rzutnika.

— Zwiadowca wykonał pełną, pasywną pętlę wokół czwartej planety układu Wolf 1061 — odezwała się Okońska, a jej zazwyczaj pewny, twardy głos brzmiał teraz cicho. — Sensory optyczne dalekiego zasięgu zdołały przebić się przez lodową atmosferę globu. Spójrzcie na to.

Hologram drgnął. Na lodowej równinie wyrosły geometryczne szkielety miasta. Metanowy wiatr zeszlifował krawędzie, lód wypełnił szczeliny, ale regularności nie potrafił zatrzeć: pylony, żebra i szerokie ciągi biegły pod kątami zbyt czystymi dla geologii. W zagłębieniach zalegał czarny osad, na wyższych konstrukcjach szklił się szron. Nie rejestrowali radia ani czynnych źródeł zasilania. Pod powierzchnią jednak nadal uciekało ciepło.

— To nie wszystko — Okońska przesunęła palcem po dotykowym panelu, wywołując zdjęcia z orbity pasa planetoid. — Te anomalie grawitacyjne, które wychwycił nasz drugi skan… „Sokół” zbliżył się do nich na odległość dwudziestu kilometrów.

Pasywne sensory wyłowiły obiekt dryfujący w pasie planetoid. Zewnętrzne panele starły mikrometeoryty, lecz kształt i regularna orbita wskazywały na sztuczną konstrukcję. Jej pochodzenia ani roli nie potrafili jeszcze określić.

„Sokół” przesłał również serię obrazów o wyższej rozdzielczości. Na jednym z nich, pomiędzy zniszczonymi pylonami, biegła szeroka ulica. Nie było na niej wraków pojazdów ani ciał, tylko tysiące regularnych zagłębień w lodzie, ustawionych w równych rzędach po czymś, co zniknęło przed końcem.

— Ewakuacja — powiedział Hryniewicz.

— Albo selekcja — odparła Okońska.

Lewandowska powiększyła środkową część miasta.

— Nie widzę śladów uderzenia z orbity. Budynki są stopione od wewnątrz. Źródła ciepła nadal pracują pod powierzchnią.

— To miejsce pracuje — powiedział Jan.

— Tego właśnie nie rozumiem.

Jan spojrzał na wartości temperatury. Jeden z punktów pulsował w rytmie bardzo zbliżonym do zmian przepływu Lazarusa.

Okońska wyłączyła obraz.

— W takim razie od tej chwili przestajemy mówić „cmentarzysko”. Cmentarze nie odpowiadają.


W mroku maszynowni sekcji inżynieryjnej 02 Jan nie patrzył na zdjęcia starożytnego miasta. Wisiał w nieważkości przed manualnym spektrometrem, wpatrując się w ekran, na którym komputer porównywał właśnie dwa profile chemiczne.

Pierwszy profil stanowiła analiza brunatnego osadu z zaworu Lazarus, pobrana potajemnie z reaktora numer dwa. Drugi profil zawierał surowe dane spektroskopii masowej, które autonomiczny „Sokół” zebrał z pancerza dryfującej satelity w pasie asteroid układu Wolfa. Kovacs, trzymający się tytanowego żebra kadłuba, wyłączył swoją latarkę, pozostawiając ich tylko w chłodnym, niebieskim blasku terminala.

— Spójrz na linie absorpcyjne krzemianów, Jan — wyszeptał Chorwat, a jego głos stracił dotychczasową inżynieryjną obojętność. — Te szczyty. Te nietypowo gęste wiązania polimerowe o wysokiej odporności termicznej.

Jan powiększył oba profile. Piki nachodziły na siebie tak ciasno, że na ekranie znikała granica między próbką z reaktora a materiałem pobranym z obcej konstrukcji.

— Widmo zaworów Lazarusa zgadza się ze strukturą zbadaną przez „Sokoła” — powiedział Jan. Czytnik wypuścił z dłoni i pozwolił mu zawisnąć między nimi. — W Aitken uznano ten materiał za pozostałość po Twórcach, bo znaleziono go w miejscu przez nich zaatakowanym. Teraz mamy ślad tej samej technologii przy Wolfie. Ktoś pomylił właściciela z tym, kto zostawił po nim ruiny.

Zestawienie łączyło Aitken, Lazarusa i ruiny Wolfa. „Arctowski” niósł w reaktorze materiał należący do tej samej kultury technologicznej, której ślady wykrył zwiadowca. Materiał nie korodował w zwykłym sensie. Pod wpływem ziemskiego chłodziwa i pola przebudowywał własną strukturę, próbując odtworzyć nieznaną architekturę przepływu.

Kovacs odsunął terminal.

— Czyli przez pół roku mówiliśmy „technologia Twórców”, bo znaleziono ją w miejscu przez nich zaatakowanym.

— Tak — odpowiedział Jan. — Myliliśmy właściciela z zabójcą.

— To zmienia wszystko.

— Nie wszystko. Nadal nie wiemy, czy ta cywilizacja była ofiarą, sojusznikiem czy narzędziem.

Mizera wszedł do maszynowni bez zapowiedzi.

— Mostek chce rekomendacji.

Jan wskazał dwa pokrywające się widma.

— Lecimy do Wolfa. Domem może okazać się później; teraz liczy się technologia, bez której nie zatrzymamy tego, co rośnie w naszym reaktorze.

— A jeśli ich technologia właśnie próbuje nas tam doprowadzić?

Kovacs schował spektrometr.

— Wtedy przynajmniej wiemy, kto pierwszy wybrał kierunek.

— Dlaczego SI milczy? — Kovacs spojrzał na Jana.

— Bo według jej kryteriów materiał staje się mocniejszy — odpowiedział Jan. — System nie widzi, że wraz z wytrzymałością zmienia geometrię układu. Jeśli tego nie zatrzymamy, reaktor będzie coraz mniej nasz. A jedyne miejsce, w którym znaleźliśmy tę samą technologię, leży dokładnie przed dziobem.

Rozdział 9. Echo wojny

Na wygaszonym mostku pracowała tylko wentylacja i kilka konsol przyciemnionych do granicy czytelności. Cykl nocny. Większość załogi spała w sektorze zero, a za iluminatorem nie było nic poza czernią i słabym odbiciem twarzy generała.

Generał Bogdan Hryniewicz siedział nieruchomo w swoim admiralskim fotelu. Był sam. Po wieczornym raporcie Jana o tożsamości stopu z projektu Lazarus i obrazach starożytnego cmentarzyska w układzie Wolfa, sen stał się dla niego niedostępnym luksusem. Ciężar decyzji sprzed miesięcy, gdy w pośpiechu stoczni „Malwinka” nakazał wpiąć obcą tkankę w układ chłodzenia, teraz paraliżował go fizycznie.

Stary dowódca przysunął się do głównego terminala burtowego. Jego palce, pokryte siatką starczych plam, zawahały się nad dotykowym panelem, po czym zaczęły szybko, z pamięci, wprowadzać kody autoryzacyjne najwyższego dowództwa floty. Hryniewicz omijał standardowe filtry logiczne komputera głównego. Robił coś, czego kategorycznie zabraniały procedury bezpieczeństwa misji „Arka Noego”.

Aktywny nadajnik pozostał martwy. Hryniewicz obrócił jedynie zwierciadła pasywnych interferometrów o sto osiemdziesiąt stopni i skierował ich czułość ku Układowi Słonecznemu. Procedura tego zabraniała. Palec zawisł nad zatwierdzeniem na długość jednego oddechu, potem opadł na ekran. Głośniki wypełnił szum. Wysoki syk wodoru, suche trzaski zakłóceń, odległe źródła nakładające się na siebie bez sensu. Hryniewicz podkręcił czułość. Po kilku minutach zaczął słyszeć własny oddech głośniej niż kosmos.

Hryniewicz czekał. Minęła godzina, potem druga.

Nie próbował dogonić teraźniejszości. Podczas pierwszych skoków „Arctowski” wyprzedził falę radiową wychodzącą z Układu Słonecznego. Później przez tygodnie dryfował i zmieniał wektor. Nawigatorzy obliczyli jeszcze przed startem, że właśnie tej nocy okręt powinien przeciąć stożek świetlny ostatniej bitwy. Sygnał nie gonił ich przez całą trasę. Czekał w punkcie, w którym szybszy od światła statek ponownie spotykał światło wysłane z domu.

To, co mógł usłyszeć, wydarzyło się około dwudziestu pięciu tygodni wcześniej. Do tej części pustki docierało dopiero teraz. Szum nagle zmienił częstotliwość. Przepuścił przez filtry wysoki, modulowany pisk anomalii podprzestrzennej, a zaraz po nim z głośnika wyłamał się ostry, zniekształcony interferencją głos:

— …Tu ORP „Piorun”. MAYDAY. MAYDAY. Trafienie w sekcję szóstą. Pożar rozprzestrzenia się na pokładzie hangarowym. Czy ktoś nas słyszy? Powtarzam, czy ktoś nas słyszy?…

Hryniewicz zamarł. Jego dłoń zacisnęła się na krawędzi konsoli tak mocno, że zbielały mu kłykcie. „Piorun” był ciężką fregatą osłony orbitalnego Gniazda. Zanim stary generał zdołał przeanalizować odczyt, sygnał zaszumiał, ustępując miejsca kolejnemu pakietowi danych, schwyconemu przez pasywne zwierciadło:

— …Tu ORP „Żółkiewski”… Baterie dział jonowych utracone. Przygotować skok końcowy. Cel: sektor nawigacyjny Stacji. Powtarzam, wchodzimy skokiem w sektor nawigacyjny. Bez odbioru…

Sygnał rozerwał się w trzasku. Hryniewicz zamknął oczy. Znał dowódcę „Żółkiewskiego”, znał nazwiska ludzi z listy załogi. W tej chwili każde z nich miało głos, który dobiegł do niego pół roku za późno. Szum kosmiczny narastał, ale interferometry wciąż wyrywały z czarnej pustki kolejne strzępy radiowej agonii Układu Słonecznego:

— ...Luna-1 do wszystkich jednostek. Twórcy przełamali sektor południowy. Powtarzam, przełamali sektor południowy. Ewakuować personel naukowy z bazy…

A potem ostatni, ledwo słyszalny, tonący w morzu zakłóceń meldunek z orbity Ziemi:

— …Tu ORP „Warta”. Straciliśmy napęd. Utrzymujemy pozycję przy stacji. Potrzebujemy wsparcia… potrze…

I koniec.

Głośnik zachrypiał i wrócił szum tła. Hryniewicz zdjął słuchawkę z jednego ucha; pianka była mokra od potu. Dostał „Pioruna”, „Żółkiewskiego”, Lunę i „Wartę” — kilka minut umierania zapisanych w świetle. Wyniku bitwy w tym nie było. Generał Hryniewicz siedział w ciemności przez bardzo długą minutę. Na jego policzkach odbijało się niebieskawe światło terminala. Powoli, z opanowaniem, wyciągnął rękę do panelu sterowania.

Jednym ciągiem komend wyczyścił nocny bufor pamięci podręcznej pasywnego nasłuchu. Wykasował logi telemetryczne obrotu anten. Zniszczył rejestr częstotliwości, a odzyskany fragment zapisu audio przeniósł do swojego prywatnego, odizolowanego archiwum oficerskiego, zabezpieczonego algorytmem biometrycznym. Ukrył to przed wszystkimi. Przed Okońską, przed Mizerą, a przede wszystkim przed dwustu kolonistami w sektorach mieszkalnych.

Patrzył na pusty bufor, aż wygaszacz przyciemnił ekran. Powtarzał sobie, że dwustu kolonistów potrzebuje przyszłości bardziej niż kolejnej porcji śmierci z Ziemi. Wiedział też, co właśnie zrobił: sam zdecydował, jaka część ich przeszłości ma przestać istnieć. Stary dowódca oparł głowę o zagłówek fotela i spojrzał w iluminator, za którym potężny pierścień grawitacyjny statku obracając się miarowo odmierzał sekundy ich wiecznej ucieczki.

Rozdział 10. Próg Wolfa

Kapitan Liliana Okońska nie lubiła patrzeć na gwiazdy podczas wyjścia ze skoku.

W symulacjach wyglądało to pięknie. Niebieski żagiel zwijał się przed dziobem, smugi światła wracały na swoje miejsca, a czarna przestrzeń otwierała się jak kurtyna. W prawdziwym okręcie piękno kończyło się wraz z pierwszym drgnięciem kadłuba. Błękit wbijał się w siatkówkę, obraz na kamerach rozpadał na białe blizny, a żołądek przez kilka sekund nie potrafił zdecydować, gdzie ma dół. Pierwsze chwile po zerwaniu pola należały do przyrządów. Liczby musiały się zgodzić szybciej, niż człowiek zdążył pomyśleć o tym, co stanie się, jeśli tym razem nie wrócą wszystkie odczyty.

— Napęd główny wygaszony — zameldował sternik. — Pole Alcubierre’a schodzi poniżej progu. Trzydzieści procent. Dwanaście. Cztery.

— Nie kompensować ręcznie — powiedziała Okońska. — Niech kadłub sam zgubi naprężenie.

— Dryf boczny dwa metry na sekundę.

— Zostawić.

Mostek „Arctowskiego” pracował w półmroku. Nad stanowiskami świeciły tylko wąskie listwy, żeby oczy szybciej przywykły do obrazu z kamer. Na głównym ekranie nie było jeszcze planet. Było tło: nierówne, zaszumione, pełne martwych punktów i światła sprzed lat.

Generał Bogdan Hryniewicz siedział w fotelu admiralskim za linią konsol. Od nocy, podczas której słuchał urywających się meldunków z Ziemi, prawie nie spał. Pod oczami miał ciemne worki, na policzku ślad po źle ułożonym zagłówku. Okońska widziała jego twarz w odbiciu czarnego panelu. Trzymał powieki zamknięte, lecz prawy kciuk raz po raz pocierał materiał kieszeni, w której nosił zapis umierającej floty. Odpoczynek wyglądał inaczej.

— Jesteśmy? — zapytał.

— Na obrzeżu systemu — odpowiedziała. — Jeżeli nawigacja się nie pomyliła.

Sternik zerknął na nią.

— Nie pomyliła się, pani kapitan.

— Proszę to udowodnić.

Na stole taktycznym pojawił się pierwszy szkic układu. Czerwona gwiazda Wolf 1061 drgała w środku obrazu. Wokół niej, jeszcze bez nazw i pewnych orbit, zapalały się blade punkty planet. Czwarty leżał daleko, niemal na granicy zasięgu pasywnych czujników.

— Wszystkie sekcje meldowały gotowość przed wyjściem — powiedziała oficer operacyjna. — Pierścień mieszkalny stabilny. Reaktory jeden i dwa pracują równolegle. „Perun” w trybie uśpionym. Kamuflaż burtowy zachowany.

— Reaktor dwa? — Okońska nie odrywała wzroku od ekranu.

— Zielony.

Hryniewicz otworzył oczy.

— Zielony nie znaczy sprawny.

Oficer operacyjna odwróciła się do niego.

— Panie generale?

— Nic. Proszę kontynuować.

Okońska spojrzała przez ramię.

— Jeżeli ma pan coś do powiedzenia o stanie mojego okrętu, teraz jest dobry moment.

— To pani okręt — odparł Hryniewicz. — Ja tylko siedzę z tyłu i przeszkadzam.

— Od sześciu miesięcy nie udało się panu ani jedno, ani drugie.

Kącik jego ust drgnął, ale twarz pozostała napięta.


Krótki sygnał z sekcji inżynieryjnej zabrzmiał na mostku.

— Oś do mostka — odezwał się Mizera. — Mamy zmianę obciążenia w drugim reaktorze.

Okońska dotknęła łącza.

— Wielkość?

— Niecałe trzy procent. Bez polecenia z sieci dystrybucyjnej.

— SI?

— Twierdzi, że kompensuje schodzenie pola po skoku.

— A pan?

Po drugiej stronie zaległa krótka cisza.

— Twierdzę, że znowu kłamie zgodnie z instrukcją, którą kiedyś jej wpisaliśmy.

Hryniewicz opuścił wzrok.

— Odłączyć automatykę reaktora dwa od sterowania napędem — powiedziała Okońska. — Ręczny nadzór do odwołania.

— Już robię.

— Mizera.

— Słucham.

— Chcę Jana i Kovacsa na osi. Bez nocnych wycieczek i bez prywatnych kanałów. Od tej chwili wszystko trafia do dziennika głównego.

— Przyjąłem.

— I proszę nie kasować niewygodnych danych.

Cisza trwała dłużej.

— Przyjąłem — powtórzył Mizera.

Hryniewicz nie poruszył się, ale Okońska poczuła, że słowa nie trafiły wyłącznie do głównego inżyniera.

Pierwsze pełne dane z układu spływały przez następne czterdzieści minut. „Arctowski” nie włączał aktywnych radarów. Rozwinął interferometry, otworzył osłony teleskopów i słuchał. Czerwona gwiazda wysyłała w przestrzeń równy strumień promieniowania. Dwie wewnętrzne planety były gorące i bliskie, trzecia miała atmosferę, a czwarta pozostawała zimna i ciemna. To właśnie na niej pojawiały się punkty ciepła.

— Siedemnaście — powiedziała doktor Lewandowska z sekcji naukowej, włączona na główny kanał. — Nie piętnaście. „Sokół” zgubił dwa w szumie atmosfery.

— Regularność? — zapytała Okońska.

— Zbyt dobra. Odchylenie w rozstawie poniżej pół procenta.

Na modelu planety zapaliła się siatka czerwonych plamek. Nie tworzyły kręgu ani linii. Układały się w coś przypominającego połamany plaster miodu.

— Geotermia? — odezwał się Hryniewicz.

— Gdyby planeta miała tyle gorących punktów w jednej warstwie skorupy, pękałaby inaczej — odpowiedziała Lewandowska. — Tutaj ciepło wychodzi pionowo, w wąskich kominach. Jak wentylacja.

— Czego?

— Nie wiem.

Okońska powiększyła obraz z ostatniego lotu „Sokoła”. Pod warstwą szumu, między smugami metanowych chmur, widać było ciemne grzbiety wystające z lodu. Zbyt proste, by nazwać je górami. Zbyt zniszczone, by bez wahania powiedzieć: budowle.

— Odległość? — zapytała.

— Sześć dni lotu na napędzie podświetlnym — odpowiedział sternik. — Dwa skoki krótkie albo jeden pełny.

— Pełnego nie będzie.

— Pani kapitan…

— Wchodzenie w obcy układ z gorącym napędem to nie nawigacja. To zapalanie latarki w cudzym domu.

Hryniewicz podniósł się z fotela. Poruszał się wolniej niż kilka miesięcy wcześniej. Przyciąganie na mostku wynosiło niecałe pół ziemskiego, ale i tak musiał oprzeć dłoń o krawędź stołu.

— Musimy tam podejść — powiedział.

— Musimy przeżyć — odparła Okońska.

— Bez surowców nie przetrwamy roku. Bez wiedzy o Lazarusie możemy nie przetrwać miesiąca.

— To pan włożył Lazarusa do reaktora.

— Tak.


Nagła cisza sprawiła wrażenie, że zamilkły nawet wentylatory.

Okońska patrzyła na generała. Nie próbował się bronić.

— I dlatego wiem, że nie możemy lecieć dalej, udając, że nic się nie dzieje — dodał. — Materiał w naszej magistrali pochodzi z tej cywilizacji. Ten świat może być jedynym miejscem, gdzie znajdziemy sposób, żeby go zatrzymać.

— Albo obudzić do końca.

— To również.

— Łatwo panu mówić „również”. Na pokładzie mam dwustu kolonistów, dwadzieścia osób załogi i dzieci, których nikt nawet nie wpisał do pańskiego prostego rachunku.

Hryniewicz obrócił model planety.

— Dlatego musimy wiedzieć, co wieziemy.

Okońska zacisnęła palce na poręczy. Nikt nie wydawał rozkazów. „Arctowski” dryfował poza płaszczyzną układu, niewidoczny dla wszystkiego, co nie patrzyło dokładnie w jego stronę.

— Podejdziemy dwoma krótkimi skokami — zdecydowała. — Pierwszy na orbitę zewnętrznego pasa. Drugi dopiero po pełnym nasłuchu. Żadnego lądowania, dopóki nie zobaczę mapy atmosfery i aktywności orbitalnej.

— Przyjąłem — powiedział sternik.

— „Sokół” wraca na stanowisko startowe. Drugi zwiadowca zostaje w hangarze.

— Procedura zabrania uruchamiania obu jednocześnie — przypomniała oficer operacyjna.

— Dlatego jeden poleci, a drugi będzie czekał.

Hryniewicz usiadł z powrotem.

— Rozsądnie.

Okońska nie spojrzała na niego.

— Nie pytałam.


Na osi centralnej Jan wisiał przy otwartej obudowie magistrali, kiedy reaktor numer dwa zmienił dźwięk. W maszynowni wyraźnie czuć było słodkawy zapach chłodziwa, przebijający przez wentylację. Bas cewek opadł o kilka tonów. Żaden alarm nie zareagował, lecz tytanowa rura pod dłonią zrobiła się wyraźnie cieplejsza. Jan znał tę instalację z czasów, gdy miała jeszcze fabryczne znaczniki i pył po wierceniu. Teraz pierwszy raz poczuł, że odpowiada mu czymś, czego nie montował.

Basowy pomruk cewek opadł o kilka tonów. Żaden alarm nie zareagował, lecz metal pod dłonią Jana zrobił się cieplejszy.

— Słyszałeś? — zapytał.

Kovacs wypuścił klucz, pozwalając mu zawisnąć na smyczy.

— To nie pompa.

— Też tak myślę.

Mizera nadleciał od strony śluzy. Odbił się od ramy i zatrzymał obok nich, chwytając poręcz.

— Mostek odciął automatykę napędu. Mimo to obciążenie rośnie.

Jan sprawdził lokalny ekran: trzy zawory Lazarusa nie zamykały przepływu, lecz kierowały go dalej. Ich wewnętrzne światło, dotąd ledwo widoczne w skanerze, przesuwało się wzdłuż rur.

— Jakby coś wyczuły — powiedział.

— Nie używaj takich słów — mruknął Kovacs.

— Jakich?

— „Wyczuły”. Zawór nie czuje.

W głębi magistrali rozległy się dwa ciche stuknięcia, równo oddalone od siebie o trzy sekundy. Mizera przyłożył dłoń do rury.

— Co to jest?

Jan nie odpowiedział, tylko liczył. Nadeszło trzecie uderzenie.

Czwarte.

— Odpowiedź — powiedział w końcu.

— Na co? — zapytał Mizera.

Jan spojrzał przez otwarty właz serwisowy w stronę dziobu. Za kilkoma kilometrami poszycia, grodzi i próżni czekała lodowa planeta.

— Na to, że jesteśmy blisko.

Tej samej chwili na mostku jeden z czerwonych punktów pod lodem Wolfa zgasł. Po trzech sekundach zapalił się znowu.

Potem drugi.

I trzeci.

Nie wszystkie naraz.

Gasły po kolei, jak światła w korytarzu prowadzącym w głąb ciemnego domu.


Przez sześć godzin planeta nie zrobiła nic więcej. Siedemnaście punktów pod lodem świeciło równym ciepłem, a cisza okazała się gorsza od alarmu. „Arctowski” ukrył cień cieplny za bryłą bogatej w nikiel planetoidy. Pierścień mieszkalny zwolnił; połowa korytarzy pogrążyła się w półmroku, kino i boisko zamknięto, hydroponika przeszła na nocny cykl bez względu na pokładową godzinę. Wentylatory pracowały ciszej i ludzie zaczęli słyszeć własne kroki. Każdy megawat, którego nie wypromieniowano w przestrzeń, zmniejszał szansę, że coś odpowie na ich obecność.

W sali odpraw sektorowej brakowało krzeseł. Część ludzi stała przy ścianach, inni siedzieli na skrzyniach aparatury. Na stole leżał wydruk mapy planety. Papier był niepotrzebny, ale po ostatnich miesiącach Okońska coraz częściej żądała dokumentów, których nie można zmienić bez zostawienia śladu.

— Nazwa robocza? — zapytała.

— Wolf d — odpowiedziała Lewandowska.

— To katalog, nie nazwa.

— Nie przyszliśmy jej chrzcić.

— A jednak muszę powiedzieć ludziom, gdzie wysyłam ich rodziny.

Planetolog przesunęła palcem po mapie.

— Na powierzchni jest minus sto czterdzieści stopni. Atmosfera rzadka, głównie azot, metan i śladowy amoniak. Wiatr przy ziemi dochodzi do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, ale gęstość gazu jest mała. Nie przewróci lądownika. Za to drobiny lodu zedrą powłokę z wizjerów, jeśli damy im czas.

— Promieniowanie?

— Gwiazda spokojna. Planetę chroni słabe pole magnetyczne. Na powierzchni wytrzymamy.

— Jak długo?

— W dobrych skafandrach osiem godzin. Lądownik da nam dwa dni. Potem filtry zaczną zamarzać.

Kovacs prychnął.

— Dobre skafandry. Dobre filtry. Dobra pogoda. A pod lodem pewnie czeka dobra cywilizacja z instrukcją naprawy naszego reaktora.

Lewandowska spojrzała na niego.

— Wolałby pan zostać na orbicie i patrzeć, jak zawory zarastają?

— Wolałbym wiedzieć, dlaczego od sześciu miesięcy każde nasze „wolałbym” kończy się zejściem do miejsca, z którego rozsądny człowiek uciekłby bez butów.

— Bo rozsądni zostali na Ziemi — powiedział Hryniewicz.

Kovacs powoli odwrócił głowę.

— Nie wszyscy z własnej woli, panie generale.

Słowa zawisły nad stołem. Hryniewicz nie odpowiedział.

Okońska przerwała ciszę.

— Mamy siedemnaście źródeł ciepła. Które wybieramy?

Lewandowska wskazała punkt na północnej półkuli.

— Numer dziewięć. Najbliżej powierzchni, najmniejsza aktywność atmosferyczna. „Sokół” widział tam szczelinę w lodzie. Szerokość od piętnastu do czterdziestu metrów, długość ponad trzy kilometry.

— Naturalna?

— Gdyby była naturalna, nie miałaby prostych krawędzi.

Jan stał przy końcu stołu. Obok niego Ewa przeglądała wyniki spektroskopii. Nie miała na sobie kombinezonu wyprawowego, tylko fartuch z banku nasion. Okońska zauważyła ją dopiero teraz.

— Pani Nowak, odprawa dotyczy zespołu powierzchniowego.

— Wiem.

— Nie widzę pani nazwiska na liście.

— Dlatego przyszłam.

Jan odwrócił się do żony.

— Ewa.

— Nie zaczynaj.

— Nie zaczynam. Kończę. Nie lecisz.

Kilka osób spojrzało w ich stronę. Ewa zamknęła plik.

— Pod lodem są związki organiczne.

— Na Ziemi też były. Zostawiliśmy je za sobą.

— Spektrum z komina dziewiątego pokazuje regularne łańcuchy węgla. Nie naturalny metan. Coś je rozdziela, składa i wyrzuca z ciepłym gazem.

— Robot pobierze próbki.

— Robot nie rozpozna skażenia biologicznego, jeżeli nie ma go w bazie.

— Ty rozpoznasz przez wizjer?

— Nie. Ale będę wiedziała, czego nie dotykać.

Przez moment Jan przestał słyszeć szelest map, wentylację i ludzi stojących pod ścianami. Została twarz Ewy oraz drobne drżenie mięśnia przy jej ustach, znak, który znał z lat wspólnego życia i którego inni nie zauważali. Wypowiadała argumenty spokojnie, ale lewa dłoń zaciskała się na krawędzi stołu tak mocno, że pobielały knykcie.

— Mamy syna — powiedział ciszej.

— Dlatego lecę. Jeżeli przyniesiecie coś do śluzy i wpuścicie do obiegu, zagrozicie wszystkim dzieciom na pokładzie.

— Mogę nie wrócić.

— Ja też.

— To ma być argument?

— Nie. To jest rachunek.

Okońska oparła dłonie o stół.

— Dość. Decyzję podejmę ja.

Jan odsunął się o krok. Ewa nie spuściła wzroku.

— Pani specjalizacja? — zapytała kapitan.

— Genetyka roślin, mikrobiologia środowiskowa, praca z materiałem kriogenicznym.

— Doświadczenie terenowe?

— Antarktyda, Spitsbergen, dwa sezony w komorach beztlenowych WAT.

— Skafander powierzchniowy?

— Certyfikat wygasł trzy lata temu.

— Czyli nie ma pani certyfikatu.

— Na tym okręcie nie ma drugiego mikrobiologa z doświadczeniem w zimnych ekosystemach.

Lewandowska uniosła rękę.

— Potwierdzam.

Jan rzucił jej spojrzenie.

— Dziękuję.

— Nie robię tego przeciwko panu — odparła planetolog. — Robię to, żebyśmy nie umarli od pierwszej rzeczy, która okaże się żywa.

Okońska odsunęła terminal w stronę Hryniewicza.

— Pan coś powie?

— To pani wyprawa.

— Wygodnie.

— Uczę się.

Kapitan wróciła do mapy.

— Ewa Nowak przechodzi trzygodzinne odświeżenie procedur. Jan Nowak, Kovacs, doktor Lewandowska, porucznik Jastrzębski i sierżant Kania. Pilot lądownika: podporucznik Maja Krawiec. Siedem osób.

— Osiem — powiedział Mizera.

Okońska zmrużyła oczy.

— Pan zostaje.

— Jestem głównym inżynierem.

— Dlatego.

— Lazarus reaguje na planetę. Jeżeli Jan znajdzie tam interfejs, będzie potrzebował człowieka, który zna pełną dokumentację montażu.

— Pełną? — Kovacs spojrzał na niego. — Zostały trzy strony, podpis i puste załączniki.

— Znam przynajmniej miejsce po dokumentacji.

— Zostaje pan na okręcie — ucięła Okońska. — Ktoś musi pilnować reaktora i ludzi, którzy przy pierwszym problemie próbują ominąć procedury.

— Pani kapitan…

— To nie negocjacje.

Hryniewicz obserwował ich bez słowa. Okońska zauważyła, że trzyma prawą dłoń w kieszeni bluzy. W nocy, po zakończeniu nasłuchu, schował tam niewielki nośnik z zapisem umierającej floty. Teraz dotykał go przez materiał, sprawdzając, czy nadal jest na miejscu.

— Co z mieszkańcami? — zapytał Marek, stojący przy drzwiach.

Nikt nie zauważył, kiedy wszedł.

— To zamknięta odprawa — powiedziała Okońska.

— Dla kogo? Dla tych, którzy polecą, i tych, którzy będą kłamać reszcie?

— Proszę wyjść.

Marek nie ruszył się.

— W sektorze B już wiedzą, że szykujecie lądownik. Dzieci widziały skafandry niesione przez korytarz. Możecie zamknąć kanały, ale nie zamkniecie oczu ludziom.

— Nikt nie zamierza kłamać — powiedział Hryniewicz.

Marek skrzywił usta.

— To ciekawe zdanie w pańskich ustach.

Jan poczuł, jak temperatura w sali spada, choć wentylacja pracowała bez zmian. Okońska podeszła do Marka.

— Powiemy, że wykonujemy rozpoznanie powierzchni. Bez szczegółów o Lazarusie i bez obietnic. Dostanie pan komunikat do rady sektorów za godzinę.

— Nie mamy rady sektorów.

— Niech pan ją zorganizuje.

Marek uniósł brwi.

— Poważnie?

— Dwustu kolonistów nie może codziennie przychodzić pod mostek z osobnym pytaniem. Wybierzcie po dwóch przedstawicieli z każdego pierścienia i sekcji. Jedna osoba z personelu medycznego, jedna z naukowego, jedna z technicznego. Resztę ustalcie sami.

— A jeśli nie wróci?

— Wtedy spotkanie będzie wcześniej.

Marek zmrużył oczy, szukając pułapki.

— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale komunikat ma powiedzieć, że znaleźliśmy ruiny. Nie „anomalię geologiczną”.

— Ruiny — zgodziła się Okońska. — Bez słowa o tym, do kogo należały.

— Jeszcze tego nie wiemy.

— Właśnie.

Gdy wyszedł, Hryniewicz pokręcił głową.

— Wpuściła pani politykę na pokład.

— Ona była tu od startu. Tylko siedziała cicho, bo wszyscy bali się mówić.

— Rada może zacząć kwestionować rozkazy.

— Niech kwestionuje. Dopóki wykonuje te, od których zależy życie.

Hryniewicz uśmiechnął się blado.

— Jest pani bardziej niebezpieczna, niż sądziłem.

— Pan za to mniej.

Odprawa skończyła się po dwóch godzinach. Kiedy Jan wrócił do kajuty, syn siedział na podłodze i budował z magnetycznych klocków coś, co przypominało wieżę rozciętą w połowie.

— Mama leci na planetę? — zapytał.

Jan zatrzymał się przy drzwiach.

— Kto ci powiedział?

— Sówki. Pani zabrała nas od okna, kiedy nieśli białe ubrania.

Ewa klęczała przy otwartej szafce, pakując warstwy odzieży pod skafander. Nie spojrzała na męża.

— To nie są ubrania — powiedziała do dziecka. — To pancerz przed zimnem.

— Na planecie są lasy?

— Nie wiemy.

— Pomidory?

Jan usiadł obok niego.

— Raczej nie.

Chłopiec dołożył klocek do wieży.

— To po co tam lecicie?

Ewa zamknęła szafkę.

— Żeby sprawdzić, czy ktoś kiedyś próbował tam żyć.

— A jak umarł?

Pytanie padło bez lęku. Dzieci na „Arctowskim” znały śmierć z opowieści i obrazów, ale jeszcze jej nie widziały. Ewa usiadła po drugiej stronie syna.

— Wtedy spróbujemy dowiedzieć się dlaczego.

— Żebyśmy tak nie umarli?

Jan spojrzał na nią. Tym razem nie odwróciła wzroku.

— Właśnie po to — odpowiedziała.

Później, gdy dziecko zasnęło, Jan wyjął z szafki dwa kubki. Nalał po odrobinie wody, choć oboje wiedzieli, że nie będą pić.

— Nie chcę się z tobą kłócić — powiedział.

— To dobrze.

— Chcę, żebyś została.

— Wiem.

— Mogę poprosić Okońską, żeby zmieniła decyzję.

— Możesz.

— I?

— A ja mogę już nigdy ci tego nie wybaczyć.

Usiadł naprzeciwko niej.

— To ma być uczciwe?

— Nie. Uczciwie byłoby, gdyby żadne z nas nie musiało lecieć. Ale nie mamy uczciwego świata. Mamy ten.

Z osi dobiegła głęboka wibracja. Szklanki zadzwoniły o metalowy blat, a woda w obu kubkach zadrżała cienkimi kręgami. Reaktor numer dwa znów zmienił obciążenie. Przez kilka sekund oboje patrzyli na powierzchnię wody, jakby w jej drżeniu można było odczytać prawdziwy stan okrętu.

— Czujesz?

— Tak.

— Ta awaria dotyczy nas wszystkich.

— Zawsze dotyczyła.

— Przestań zachowywać się, jakbyś mógł zamknąć mnie poza drzwiami maszynowni.

Jan chciał odpowiedzieć. Zamiast tego wyciągnął rękę i położył dłoń na jej palcach. Przez kilka minut siedzieli bez słowa, słuchając okrętu, który niósł ich ku lodowej planecie. W głębi osi trzy obce zawory uderzały o własne gniazda w równym rytmie. Uderzenie wracało co trzy sekundy, zbyt równo, by Jan potrafił uznać je za przypadek. Sygnał albo odliczanie; żadna z możliwości nie uspokajała.

Rozdział 11. Pierwsze zejście

Lądownik „Czapla” wyglądał jak maszyna zbudowana z części, które nigdy nie miały znaleźć się obok siebie. Kadłub ciężkiego promu księżycowego nosił wgniecenia po próbach w „Malwince”; złożone skrzydła miały świeższy lakier niż reszta poszycia. Pod brzuchem wisiał moduł wiertniczy robota górniczego, dwa zasobniki z sondami i dodatkowe zbiorniki paliwa. Łatane płyty osłony termicznej różniły się odcieniem, a na kilku nadal widniały numery montażowe. Kiedy technik uderzył dłonią w jedną z nich, odpowiedziała głuchym, nieprzyjemnym brzękiem. To miało zejść w atmosferę, której znali tylko widmo i kilka liczb.

Podporucznik Maja Krawiec obchodziła maszynę po raz trzeci.

— Jeżeli jeszcze raz sprawdzi pani lewe dysze, odpadną ze wstydu — powiedział Kovacs.

Pilotka przykucnęła przy osłonie przewodu.

— Wolę, żeby odpadły tutaj.

— Słusznie.

— To miał być żart?

— Nie mam żartów przed lotem.

— A po?

— Jeżeli wrócimy, może jeden znajdę.

Krawiec podniosła się i spojrzała na niego.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego nikt nie chce z panem pracować.

— Pracują ze mną najlepsi.

— Bo reszta uciekła?

— Wreszcie dobry żart.


W hangarze panowało przyciąganie równe jednej dziesiątej ziemskiego. „Czapla” była ustawiona w osi okrętu, daleko od wirującego pierścienia. Ludzie poruszali się krótkimi krokami, z magnetycznymi podeszwami przyklejającymi się do podłogi. Nad ich głowami technicy zamykali osłony robota.

Porucznik Paweł Jastrzębski sprawdzał broń.

— Nie strzelamy do ruin — powiedziała Lewandowska.

— Strzelam tylko do tego, co strzela do mnie.

— A jeśli nic nie strzela, tylko patrzy?

— Wtedy proszę stanąć pomiędzy.

Sierżant Kania parsknął śmiechem. Był najstarszy w zespole po Kovacsu, szeroki w ramionach i zbyt duży do skafandra, który dla niego przygotowano. Zapięcia na piersi nie chciały się domknąć.

— Jak wrócimy, składam reklamację — mruknął.

— Do kogo? — zapytał Jan.

— Do producenta.

— Producent został na Ziemi.

— To poczekam, aż wrócimy.

Nikt nie odpowiedział. Kania zerknął na nich spod brwi.

— No co? Ktoś musi udawać, że istnieje plan B.

Ewa weszła do hangaru w białym kombinezonie podskafandrowym. Włosy miała związane ciasno przy karku, twarz bladą od światła lamp serwisowych. Jan zauważył, że drżą jej dłonie. Przez kilkanaście sekund poprawiała tę samą rękawicę, choć zapięcie już dawno było zamknięte. Nie zwrócił jej uwagi. Strach przed lotem był jedną z niewielu rzeczy, których nie chciał jej odbierać słowami.

— Syn? — zapytał.

— U Sówek. Powiedział, że mam przynieść kawałek lodu.

— Nie przynoś.

— Wiem.

— Mówię poważnie.

— Ja też.

Okońska czekała przy rampie bez hełmu i broni, z papierową listą w dłoni.

— Siedem osób — powiedziała. — Wszyscy wracają. To jedyny punkt planu, którego nie wolno zmienić.

Krawiec uniosła rękę.

— A jeżeli planeta zgłosi sprzeciw?

— Proszę go zignorować.

— Tak jest.

Okońska podeszła do Jana.

— Łączność tylko wąską wiązką. Co piętnaście minut pakiet danych. Jeżeli stracicie kontakt, „Czapla” wraca automatycznie.

— A jeśli będziemy poza lądownikiem?

— Wtedy ma pani Krawiec trzy minuty na odwołanie procedury. Po trzech minutach maszyna nie będzie pytać.

— To może nas zostawić.

— Może. Dlatego proszę nie tracić kontaktu.

Ewa stanęła obok.

— Kwarantanna po powrocie?

— Pełna. Czterdzieści osiem godzin w module zewnętrznym. Żadnego wejścia do pierścienia, dopóki pani nie podpisze wyników.

— Nawet jeśli niczego nie znajdziemy?

— Szczególnie wtedy.

Hryniewicz pojawił się przy śluzie tuż przed zamknięciem rampy. Okońska spojrzała na niego z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— Miał pan zostać na mostku.

— Mam jeszcze dwie nogi. Mogę przejść sto metrów.

— To nie spacer.

Generał nie odpowiedział. Wyjął z kieszeni mały, czarny nośnik danych i podał Janowi.

— Co to jest? — zapytał Jan.

— Klucz z Aitkena. Fragment słownika znaków energetycznych. Nie było go w oficjalnej bazie Lazarusa.

Mizera, stojący kilka kroków dalej, zesztywniał.

— Mówił pan, że nie ma więcej dokumentacji.

— Nie ma dokumentacji. Jest to.

— Od kiedy?

— Od początku.

Mizera zrobił krok w jego stronę.

— Wmontowaliśmy obce elementy w reaktor, a pan przez pół roku trzymał klucz w kieszeni?

— Klucz nie pasował do niczego, co znaleźliśmy na Księżycu.

— Więc uznał pan, że nie warto o nim wspominać?

Okońska weszła między nich.

— Nie teraz.

— Właśnie teraz — powiedział Mizera. — Za dziesięć minut wyślemy ludzi na obcy świat z kawałkiem kodu, którego generał nie pokazał nikomu.

Hryniewicz patrzył na niego spokojnie.

— Gdybym pokazał go wcześniej, próbowalibyście go uruchomić.

— Jest pan chory.

— Możliwe.

— Krzysztof — ostrzegła Okońska.

Mizera zacisnął szczękę i odsunął się. Jan obracał nośnik w dłoni.

— Dlaczego daje mi go pan teraz?

— Bo światła pod lodem odpowiadają rytmem, który występuje w tym zapisie.

— Wiedział pan?

— Podejrzewałem.

— Od kiedy?

Wrota hangaru zamknęły się za nimi.

— Od chwili, gdy „Sokół” wrócił.

— I znowu pan milczał.

— Tak.

— Dlaczego?

Generał przeniósł wzrok na Ewę, potem na pozostałych członków zespołu.

— Bo ludzie potrzebują czasem jednej tajemnicy mniej, żeby wykonać krok, którego i tak muszą dokonać.

— A kto decyduje, którą tajemnicę im pan zabiera?

Hryniewicz długo nie odpowiadał.

— Dotąd ja — powiedział. — Coraz mniej jestem pewien, czy słusznie.

Okońska wskazała rampę.

— Zespół na pokład. Generale, wraca pan na mostek. Mizera, do maszynowni. Jan, nośnik zostaje odłączony od systemu „Czapli”, dopóki nie znajdzie pan fizycznego interfejsu.

— Przyjąłem.

— I jeszcze jedno.

Spojrzała po ich twarzach.

— Nie jesteście zdobywcami. Nie stawiacie flag, nie nadajecie nazw i nie zabieracie pamiątek. Macie wejść, zobaczyć i wrócić.

Kania poprawił zapięcie skafandra.

— Brzmi łatwo.

— Dlatego się boję — odpowiedziała Okońska.

Rampa zamknęła się.

Start nie miał w sobie nic z piękna niebieskiego żagla. Zamki puściły z trzaskiem, prowadnice wyrzuciły „Czaplę” z brzucha okrętu, a silniki manewrowe wcisnęły ludzi w fotele. Przez kilka sekund kadłub drżał tak mocno, że Jan nie widział twarzy Ewy siedzącej naprzeciwko.

— Ciąg osiemdziesiąt procent — zameldowała Krawiec. — Odchodzimy od Arki. Zamykam połączenie szerokopasmowe.

W iluminatorze „Arctowski” przesunął się w bok. Jego pierścień nie świecił. W cieniu planetoidy przypominał odłamek czarnego metalu, zbyt regularny, by należeć do natury.

— Mały z tej odległości — powiedział Kania.

— Wystarczająco duży, żeby zabrać wszystko, co mamy — odparła Ewa.

— To nie jest pocieszenie.

— Nie miało być.

Krawiec wprowadziła lądownik w krótki skok. Nie było miejsca na pełne pole Alcubierre’a. „Czapla” tylko ścisnęła przestrzeń przed dziobem i przeskoczyła kilka milionów kilometrów. Światło zgasło na ułamek sekundy, Jan poczuł metaliczny smak w ustach, a gdy obraz wrócił, planeta zajmowała pół ekranu.

Była ciemniejsza, niż wyglądała na zdjęciach. Chmury metanu przesuwały się nad lodem w grubych pasmach. Po nocnej stronie widać było słabe czerwone punkty. Nie świeciły na powierzchni. Przebijały przez nią.

— Boże — szepnęła Lewandowska.

Kania spojrzał na nią.

— W danych tego nie było?

— Było. Tylko liczby nie mają głębi.

— Ani rozumu — dodał Kovacs.

Krawiec ustawiła „Czaplę” do wejścia w atmosferę.

— Hełmy zamknięte. Od tej chwili każdy oddycha własnym powietrzem. Jeżeli kabina puści, nie będę miała czasu pytać, kto zapomniał zatrzasnąć wizjer.

Zapięcia szczęknęły niemal równocześnie.

— Wejście za trzydzieści sekund — powiedziała. — Warstwa górna jest rzadka. Prawdziwe uderzenie dostaniemy niżej.

— Jak mocne? — zapytała Ewa.

— Dowiemy się.

Pierwsze drganie przyszło łagodnie. Drugie rzuciło „Czaplą” w bok i wcisnęło pasy w żebra. Przy trzecim z uchwytu wyrwał się pojemnik z aparaturą; przeleciał przez kabinę i uderzył Jastrzębskiego w ramię z odgłosem tłuczonego plastiku. Drobiny lodu waliły w poszycie coraz gęściej. Dźwięk przypominał garść śrub wysypywaną na cienką blachę, tylko trwał bez końca. Jan czuł na języku metaliczny posmak, który pojawiał się przy każdym gwałtownym zaburzeniu pola.

— Mocowanie! — krzyknął.

Kania złapał skrzynię, zanim wróciła przy następnym przechyle.

— Mówiła pani, że atmosfera jest rzadka! — wrzasnął przez interkom.

— Jest! — odpowiedziała Krawiec. — Za to wiatr nie czytał raportu!

Za iluminatorami nie było już gwiazd. Był szary wir. Drobiny lodu uderzały w kadłub jak piasek rzucany garściami o blachę. Osłony wizjerów matowiały z każdą sekundą.

— Tracę obraz optyczny — powiedziała pilotka. — Przechodzę na radar bliski.

— Mieliśmy nie używać aktywnego — przypomniał Jan.

— Możemy zachować ciszę i wbić się w górę. Wybieraj.

— Radar.

— Dziękuję za zgodę.

Zielony zarys terenu wypełnił ekran. Równina była przecięta głębokimi szczelinami. W dole, pod warstwą lodu, pulsował punkt numer dziewięć.

— Sześć kilometrów — powiedziała Krawiec. — Schodzimy.

— Za szybko — odezwał się Jastrzębski.

— Wiem.

— To proszę zwolnić.

— Nie mogę. Wiatr trzyma nas od rufy.

— Silniki boczne?

— Jeśli dam więcej, zagotuję dysze.

Kovacs wpiął się do panelu pomocniczego.

— Lewa dysza ma dwadzieścia stopni zapasu.

— Skąd pan wie?

— Bo sprawdziłem ją przed startem po pani trzecim obchodzie.

— Mówił pan, że odpadnie.

— Skłamałem.

— Lubię pana coraz mniej.

— Użyj lewej.

Krawiec zwiększyła ciąg. Lądownik obrócił się bokiem do wiatru, zawisł na moment, po czym opadł między dwa lodowe grzbiety. Podwozie dotknęło powierzchni. Jedna goleń poślizgnęła się, druga wbiła w zaspę. Kadłub przechylił się o siedem stopni i zatrzymał. Przez kilka sekund wszyscy czekali na następny wstrząs.

Nie przyszedł.

— Wylądowaliśmy? — zapytał Kania.

Krawiec sprawdziła wskaźniki.

— Formalnie tak.

— A nieformalnie?

— Stoimy krzywo na obcej planecie w środku burzy. Proszę wybrać słowo.

Jan odpiął pasy. Nogi miał miękkie, choć grawitacja wynosiła mniej niż jedną trzecią ziemskiej.

— Kontakt z „Arctowskim”?

— Wiązka działa. Pakiet poszedł. Odpowiedź za jedenaście minut.

— Dlaczego tak długo?

— Jesteśmy za warstwą zjonizowanego lodu. Sygnał odbija się od atmosfery.

Ewa podeszła do bocznego iluminatora. Przetarła wewnętrzną szybę rękawicą, choć osad był po drugiej stronie.

— Tam coś jest.

— Gdzie? — Jan stanął obok.

W świetle reflektora, kilkadziesiąt metrów od lądownika, z lodu wystawał ciemny słup. Miał może dwa metry wysokości. Powierzchnię pokrywały żłobienia, które wiatr wypełnił białym pyłem. Lewandowska przybliżyła obraz kamerą.

— To nie skała.

— Tego się spodziewaliśmy — powiedział Jastrzębski.

— Nie. Spodziewaliśmy się ruin pod lodem. To stoi na powierzchni.

Kovacs powiększył mapę.

— Nie było tego na obrazie „Sokoła”.

— Mogło być zasypane.

— Albo wyszło.

Kania zerknął na niego.

— Z lodu?

— A ma pan lepszy pomysł?

Pilotka wyłączyła silniki. Niski pomruk napędu urwał się i nagle dało się usłyszeć, jak burza szoruje lodem po pancerzu. Co kilka sekund jakiś większy odłamek uderzał w burtę twardym stukiem. W tej ciszy przyszło drugie brzmienie: głuche, niskie uderzenie spod lodu. Po trzech sekundach następne. Ewa zacisnęła palce na ramieniu Jana tak mocno, że poczuł nacisk przez warstwę kombinezonu.

— To samo — powiedziała.

— Tak.

Uderzenie przyszło spod lodu, nie z wnętrza „Czapli”. Krawiec sprawdziła zegar transmisji.

— Odpowiedź z Arki za dziewięć minut.

Ciemny słup poza iluminatorem zapalił się od środka. Najpierw cienką, bursztynową linią. Potem drugą. Żłobienia ułożyły się w znak przypominający otwarte oko. Kiedy Jan wyjął z kieszeni czarny nośnik Hryniewicza, obudowa ogrzała mu rękawicę.

Rozdział 12. Szczelina

— Nie dotykać — powiedział Jastrzębski.

Jan trzymał nośnik Hryniewicza między dwoma palcami. Czarna obudowa nie parzyła, ale ciepło rosło. Na powierzchni nie było żadnej diody ani wyświetlacza. Mimo to pod opuszkiem czuł delikatne drganie.

— Wcale nie zamierzałem.

— Trzyma pan to w ręce.

— To nie to samo.

— Dla mnie wystarczająco podobne.

Kania podszedł do iluminatora. Bursztynowe linie na słupie pulsowały zgodnie z uderzeniami dochodzącymi spod lodu. Co trzy sekundy światło gasło i wracało.

— Znak oka — powiedział. — Mamy to w swoich bazach?

Lewandowska pokręciła głową.

— Nie w tej formie.

— Hryniewicz dał nam klucz z Aitkena — przypomniał Kovacs. — Aitken był marsjański.

— Albo zbudowany na czymś starszym — odpowiedział Jan.

Ewa zmarszczyła brwi.

— Tak samo jak Lazarus?

— Tego jeszcze nie wiemy.

— Zawsze mówisz „jeszcze”, kiedy wiesz, że odpowiedź ci się nie spodoba.

Krawiec odsunęła się od pulpitu łączności.

— Pakiet z Arki.

Okońska weszła na łącze. Obraz był poszarpany, głos przychodził z metalicznym pogłosem.

— „Czapla”, potwierdźcie stan.

— Przyziemienie zakończone — zameldowała pilotka. — Lądownik sprawny. Jedna goleń zapadnięta trzydzieści centymetrów, bez uszkodzeń. Mamy obiekt na powierzchni i regularny sygnał spod lodu.

— Obiekt aktywny?

— Tak.

Krawiec skierowała kamerę na słup. Obraz na chwilę zamarł, a kiedy wrócił, twarz Okońskiej była bardziej napięta.

— Hryniewicz mówi, że symbol występuje w pliku, który przekazał Janowi.

— W jakim znaczeniu?

Za plecami Okońskiej pojawił się generał.

— Nie znam znaczenia — powiedział. — Zapis znaleziono przy złączu energetycznym pod Aitkenem. Próba odczytu kończyła się zawsze tym samym impulsem.

— Jakim?

— System pytał o źródło.

— Źródło czego?

— Nie wiemy.

Kovacs zaklął po chorwacku.

— Pan naprawdę ma talent do przywożenia połowy instrukcji — powiedział. — Druga połowa zostaje zwykle pod gruzem albo w pańskiej kieszeni.

Hryniewicz przyjął uwagę bez reakcji.

— Nośnik jest pasywny — ciągnął. — Nie powinien się nagrzewać.

— A jednak się nagrzewa — odparł Jan. — Słup reaguje tym samym rytmem co zawory w reaktorze.

— Nie podłączaj go do niczego.

— Nie zamierzałem.

— Jan — powiedział generał ciszej. — Mówię poważnie.

— Wreszcie obaj.

Okońska weszła mu w słowo.

— Zespół pozostaje w lądowniku do zakończenia pełnego skanu. Żadnego wyjścia przez trzydzieści minut. Lewandowska, chcę mapę podłoża. Krawiec, sprawdź możliwość natychmiastowego startu. Jeżeli obiekt zmieni pozycję albo emisję, wracacie.

— Przyjęłam.

— I wyłączcie reflektor skierowany na słup.

Krawiec dotknęła panelu; światło zgasło, lecz bursztynowy znak pozostał widoczny. Połączenie urwało się w szumie. Przez następne pół godziny „Czapla” słuchała planety. Sondy sejsmiczne opuścili przez dolne włazy bez otwierania kabiny. Cztery metalowe trzpienie wbiły się w lód i zaczęły wysyłać krótkie impulsy. Odpowiedź wracała warstwami. Pierwsze dwadzieścia metrów stanowił kruchy lód metanowy. Niżej zaczynała się twardsza mieszanka wody i amoniaku. Na głębokości stu siedemdziesięciu metrów pojawiała się pustka.

Szczelina otwierała się w przestrzeń.

Lewandowska powiększyła przekrój.

— Co najmniej sześćdziesiąt metrów wysokości. Strop równy. Dno ucieka poza zasięg.

— Jaskinia? — zapytał Kania.

— Z płaskim stropem na długości ośmiuset metrów?

— Może planeta miała dobrego budowlańca.

— Miała.

Jan wskazał ciemną linię schodzącą od słupa.

— To nie kolumna. To przewód.

Skan pokazywał wąski kanał biegnący spod obiektu pionowo w dół. Na głębokości stu siedemdziesięciu metrów łączył się z pustą przestrzenią.

— Nadajnik — powiedziała Ewa.

— Albo odpowietrzenie — odparł Kovacs.

— Odpowietrzenie nie układa światła w symbol.

— Na obcej planecie nie jestem już niczego pewien.

— Mamy zgodę na wyjście. Okońska daje cztery godziny. Potem burza przesunie się nad dolinę i zablokuje start.

Jastrzębski wstał.

— Kolejność: ja, Kania, Jan, Lewandowska, Ewa, Kovacs. Krawiec zostaje przy maszynie.

— Nie zostaję sama w lądowniku — powiedziała pilotka.

— Ktoś musi pilnować startu.

— Autopilot pilnuje.

— Autopilot nie wyciągnie nas spod lodu.

— Pan też nie, jeśli zamarznie tu ze mną silnik.

Jastrzębski wypuścił powietrze nosem.

— Dobrze. Wychodzi pani na rampę, nie dalej. Pełny kontakt wzrokowy z kabiną.

— Zawsze marzyłam o spacerze na smyczy.

Śluza otworzyła się powoli. Powietrze kabiny uciekło do zbiorników, metal grodzi zapiszczał od nagłej różnicy temperatur, a na wewnętrznej krawędzi rampy w kilka sekund wyrósł biały szron. Skafandry zatrzymywały mróz, lecz człowiek i tak czuł go po sposobie, w jaki twardniały przeguby rękawic i jak przy każdym kroku trzeszczały zewnętrzne warstwy pancerza.

Jastrzębski zszedł pierwszy. Magnetyczne podeszwy nie miały czego chwycić, więc kolce wbiły się w lód. Wiatr popychał go w bok, a drobiny uderzały w wizjer. Kania wyszedł za nim i od razu pochylił się pod naporem burzy.

— Rzadka atmosfera — powiedział.

— Zamknij się i podepnij linę — odpowiedział Jastrzębski.

Jan stanął na powierzchni trzeci. Grawitacja była słaba, ale skafander ciężki. Każdy krok kończył się długim, miękkim opadaniem. Nad głową nie było nieba. Chmury tworzyły jednolitą, szarą pokrywę, rozświetlaną czasem odległym błyskiem wyładowań. Słup znajdował się czterdzieści osiem metrów od lądownika.

Z bliska słup budził większy niepokój niż na ekranie. Jego powierzchnia nie była ani odlana, ani wyciosana. Składała się z setek cienkich, półprzezroczystych warstw, miejscami zdartych przez wiatr jak łuszcząca się skóra. Pod nimi biegły ciemne włókna. Bursztynowe światło nie świeciło na powierzchni; przesuwało się głębiej, pomiędzy warstwami, jak płyn w naczyniach.

Lewandowska przykucnęła.

— To nie metal.

Kovacs dotknął słupa końcówką skanera.

— Przewodzi jak metal.

— Struktura ma ślady włókien.

Ewa włączyła własny analizator.

— Węgiel, krzem, żelazo. I coś, czego urządzenie nie rozpoznaje.

— Lazarus — powiedział Jan.

— Podobne widmo, ale nie identyczne.

— Jak blisko?

— Jak kość do zęba.

Kania uniósł broń.

— To porównanie miało mnie uspokoić?

— Nie.

Jan wyjął nośnik. Bursztynowe linie na słupie przyspieszyły. Zamiast jednego impulsu co trzy sekundy pojawiły się dwa krótkie, jeden długi.

— Schowaj to — powiedział Jastrzębski.

— Czekaj.

— To rozkaz.

Jan zbliżył nośnik o kilka centymetrów. Światło przeszło przez znak oka i spłynęło w dół słupa. Lód pod ich stopami odpowiedział głuchym uderzeniem. Jastrzębski chwycił Jana za ramię.

— Powiedziałem: schowaj.

— To tylko odczyt.

— Nie wie pan, co odczytuje.

— Właśnie próbuję się dowiedzieć.

— Nie kosztem zespołu.

Przez interkom odezwała się Krawiec.

— Mamy zmianę podłoża. Sondy pokazują ruch przy kanale pionowym.

Wszyscy spojrzeli w dół. Lód przy słupie pękł cienką, prostą linią. Szczelina pobiegła w stronę lądownika, zatrzymała się kilka metrów przed rampą, a potem skręciła pod kątem prostym.

— Do „Czapli” — rozkazał Jastrzębski.

— Czekaj — powiedziała Lewandowska.

— Nie czekamy.

— To nie pęknięcie.

Linia rozszerzyła się do szerokości dłoni. Z wnętrza nie wydobyła się para ani gaz. Była tam ciemność. Potem obie krawędzie lodu zaczęły się rozsuwać. Płyty schodziły w dół, odsłaniając stopnie. Kovacs zrobił znak krzyża.

— Nie wierzy pan — zauważyła Ewa.

— Teraz nie czas na konsekwencję.

Schody prowadziły pod powierzchnię, a każdy stopień miał tę samą wysokość. Ściany pokrywał ciemny, matowy i suchy materiał ze słupa. Jastrzębski skierował światło w dół; promień zniknął po kilkunastu metrach.

— Wracamy — powiedział.

— Po to tu przylecieliśmy — odparła Lewandowska.

— Przylecieliśmy rozpoznać, nie wejść do gardła planety.

— Mamy cztery godziny. Burza zamknie wejście albo zasypie je na kolejne tysiąc lat.

— Pani kapitan nie wydała zgody na zejście.

Jan sprawdził wskaźnik łączności: wiązka do „Arctowskiego” zgasła, gdy nad dolinę weszła warstwa zjonizowanego pyłu.

— Nie zapytamy — powiedział.

Jastrzębski odwrócił się do niego.

— To nie jest argument.

— Nie. To stan faktyczny.

Kania patrzył w ciemność.

— Poruczniku, jeżeli zamkniemy się teraz w lądowniku, wrócimy z informacją, że znaleźliśmy schody. Polecimy drugi raz, z większym zespołem, sprzętem i połową okrętu patrzącą nam na ręce. Wtedy to miejsce może już nie odpowiedzieć.

— A jeśli właśnie na to czeka?

— To i tak już wie, że jesteśmy.

Jastrzębski spojrzał na każdego po kolei. Na końcu zatrzymał wzrok na Ewie.

— Pani?

— Jeżeli pod lodem pracuje system biologiczny albo materiał podobny do Lazarusa, musimy pobrać próbkę. Nie wyślę tam robota bez nadzoru.

— Kovacs?

— Uważam, że wejście to głupota.

— Czyli wracamy.

— Nie powiedziałem, że zostaję na górze.

Jastrzębski westchnął.

— Krawiec, pozostaje pani przy „Czapli”. Jeżeli nie wrócimy w ciągu dziewięćdziesięciu minut, startuje pani i zabiera dane.

— Nie.

— To rozkaz.

— Nie zostawię was.

— Zostawi pani. Ktoś musi dowieźć wiadomość.

— Mogę czekać dwie godziny.

— Dziewięćdziesiąt minut.

Krawiec milczała.

— Przyjęła pani?

— Przyjęłam — odpowiedziała w końcu. — Ale jeżeli wrócicie po dziewięćdziesięciu jednej, będzie mi bardzo przykro.

Jastrzębski włączył zapis lokalny.

— Zespół schodzi. Od tej chwili pełna lina. Żadnych samotnych ruchów. Kania prowadzi, ja zamykam. Jan, nośnik do kieszeni.

— Przyjąłem.

— I nie wyciąga go pan bez rozkazu.

— Przyjąłem.

Schody były suche i zaskakująco szorstkie. Po dziesięciu metrach wiatr urwał się jak po zamknięciu drzwi. Po dwudziestu ucichło bombardowanie lodem. Został oddech w hełmach, cichy trzask chłodzonych przegubów i tarcie podeszew o czarny materiał, na którym nie było rysy ani osadu. Im głębiej schodzili, tym bardziej Jan miał wrażenie, że opuszczają planetę i wchodzą do wnętrza działającej maszyny.

Kania świecił przed siebie. Schody kończyły się przy wąskim podeście, za którym biegł korytarz. Na ścianach zamiast znaków były tysiące małych, owalnych wgłębień ułożonych w rzędy. Ewa zbliżyła skaner do jednego z nich.

— Puste.

— Co tam było? — zapytał Jan.

— Nie wiem.

Kovacs włożył końcówkę sondy głębiej.

— Mocowania.

— Na co?

— Na coś małego. I było tego dużo.

Kania przesunął światło po rzędach otworów.

— Jak miejsca po zębach.

Za nimi, gdzieś w głębi korytarza, rozległo się uderzenie. Dwa krótkie uderzenia i jedno długie przeszły przez skałę; niemal równocześnie nośnik w kieszeni Jana odpowiedział ciepłem.


Korytarz schodził łagodnie w dół.

Po stu metrach wskaźniki wysokości przestały zgadzać się z mapą powierzchni. Żyroskopy twierdziły, że idą prosto, ciśnienie umieszczało ich trzydzieści metrów niżej, skaner inercyjny przesuwał cały zespół jeszcze w inną stronę. Jan poczuł lekki ucisk za oczami, jak podczas zbyt szybkiego zjazdu windą. Kiedy odpiął na moment jedną stopę, but opadł ku podłodze szybciej, niż podpowiadała pamięć mięśniowa.

— Zatrzymać się — powiedział Jan.

Kania uniósł pięść. Zespół stanął.

— Co?

— Grawitacja się zmienia.

Lewandowska sprawdziła przyrządy.

— O dwa procent.

— W dół czy w bok? — zapytał Jastrzębski.

— Tego nie rozumiem. Pion jest stabilny, ale masa zachowuje się tak, jakby pod nami było coś cięższego niż planeta.

Kovacs kopnął lekko ścianę. But odbił się, lecz ciało wróciło szybciej, niż powinno.

— Pole lokalne — powiedział. — Stare, słabe, ale działa.

— Zasilanie? — Ewa spojrzała na ciemne ściany.

— Te punkty ciepła. To nie wentylacja. To węzły pola.

Jastrzębski zerknął na czas.

— Mamy pięćdziesiąt osiem minut do odwrotu.

— Wystarczy — powiedziała Lewandowska.

— Pani nigdy nie była na wyprawie wojskowej, prawda?

— Byłam na Spitsbergenie.

— Tam strzelały do pani ściany?

— Raz kucharz.

Kania zaśmiał się krótko.

— Co mu pani zrobiła?

— Powiedziałam, co naprawdę sądzę o jego zupie.

— Dobrze wiedzieć, z kim idziemy.

Śmiech ucichł szybko. W obcym korytarzu brzmiał nie na miejscu, jak głos z innego życia. Kilkaset metrów dalej znaleźli pierwsze drzwi: gładką, ciemną powierzchnię bez klamki i szczeliny. Po bokach znajdowały się dwa zagłębienia wysokości ludzkiej dłoni. Jan zatrzymał się przy nich.

— Nośnik.

— Nie — powiedział Jastrzębski.

— To może być interfejs.

— Może być zapalnik.

Kovacs przyłożył skaner do lewej wnęki.

— Brak energii. Materiał taki sam jak na powierzchni.

Ewa podeszła do prawej.

— Tutaj są resztki organiczne.

— Żywe? — zapytał Kania.

— Nie. Albo tak stare, że nie umiem odróżnić.

Jan wyjął nośnik, zanim Jastrzębski zdążył zaprotestować.

— Powiedziałem…

— Wiem.

— Schowaj go.

— Jeśli wrócimy bez próby, drugi raz nie dostaniemy zgody.

— Nie obchodzi mnie druga zgoda. Obchodzi mnie pierwszy powrót.

Huk przerwał ich spór. Nie dochodził zza drzwi. Przyszedł od strony wejścia. Podłoga zadrżała. W korytarzu zgasły wskaźniki odległości. Po sekundzie rozległ się trzask, długi i głęboki, jak pękanie zamarzniętego jeziora.

— Krawiec, raport! — krzyknął Jastrzębski.

W słuchawkach odpowiedział szum.

— „Czapla”, tu zespół. Raport!

Nic.

Drugi wstrząs rzucił Lewandowską na ścianę. Kania złapał ją za linkę i przyciągnął do podłogi.

— Wracamy! — rozkazał Jastrzębski.

Pobiegli.

W słabej grawitacji każdy krok zamieniał się w skok. Ściany przesuwały się w smugach światła. Jan słyszał własny oddech, zbyt szybki i głośny. Po stu metrach korytarz kończył się rumowiskiem.

Nie było schodów.

Strop zapadł się na całej szerokości. Bryły lodu i ciemnego materiału wypełniały przejście. Z góry sypał się biały pył. Kania uderzył rękawicą w najbliższy blok.

— Przejście zasypane.

— Krawiec! — Jastrzębski ponownie wywołał lądownik.

W słuchawkach trzasnęło.

— …słyszę… słabo… — głos pilotki ginął w zakłóceniach. — Powierzchnia siadła. Lądownik przechyliło. Wejście zniknęło.

— Stan maszyny?

— Silniki sprawne. Lewa goleń pękła. Widzę szczelinę piętnaście metrów od rampy. Schody zamknięte.

— Zostań na miejscu.

— To akurat łatwe.

Jan podłączył skaner do rumowiska.

— Między blokami jest kanał. Czterdzieści centymetrów. Dalej może szerzej.

— Robot — powiedział Kovacs. — Na powierzchni mamy „Kreta”. Przewierci się od góry.

Jastrzębski włączył kanał.

— Krawiec, uruchom robota. Współrzędne prześlę przez sygnał sejsmiczny.

— Przyjęłam. Ale mam problem.

— Jaki?

— Burza przyspieszyła. Według prognozy front wejdzie za trzydzieści minut. Według tego, co widzę, będzie tu za dziesięć.

Lewandowska sprawdziła zegar.

— Jeśli lądownik zostanie zasypany…

— Nie zostanie — uciął Jastrzębski. — Krawiec, wypuść „Kreta” i ustaw go na autonomiczny powrót.

— Jeżeli zacznie wiercić, nie zdążę go schować.

— Niech zostanie.

Jan odwrócił się.

— To jeden z dwóch robotów górniczych na całym okręcie.

— A my jesteśmy siedmioma z dwustu dwudziestu dorosłych członków wyprawy — powiedział Jastrzębski. — Wybór jest prosty.

— Nie dla człowieka, który ma potem utrzymać okręt bez niego.

— Jan — odezwała się Ewa. — Robot.

Spojrzał na nią.

— Robot — powtórzyła.

Krawiec potwierdziła start maszyny. Przez gruz przeszedł niski pomruk. „Kret” zbliżał się po powierzchni.

— Sygnał osiem metrów nad nami — powiedział Kovacs. — Zaczyna wiercić.

Pierwsze uderzenia wiertła były ledwo słyszalne. Potem strop zadrżał. Drobiny lodu popłynęły w powietrzu, choć grawitacja ściągała je wolno na podłogę.

— Nie podoba mi się to — powiedziała Lewandowska.

— Mnie też — odparł Kania. — Dlatego działa.

Jastrzębski śledził mapę naprężeń.

— Robot idzie za bardzo w lewo.

— Warstwa odbija wiertło — wyjaśnił Kovacs. — Musi obejść twardy rdzeń.

— Może wejść w kanał pola.

— Albo w nas.

— Krawiec, korekta dwa metry na północ.

— Nie mam pełnej telemetrii. Robot działa na lokalnym obrazie.

Huk przyszedł bez ostrzeżenia.

Część rumowiska osunęła się do środka. Kania odskoczył. Jastrzębski pchnął Lewandowską pod ścianę. Duży blok ciemnego materiału uderzył porucznika w nogę i przycisnął ją do podłogi. Huk przeszedł przez skafandry. Jastrzębski wydał krótki, zduszony dźwięk, bardziej wściekły niż bolesny, po czym pobladł. Nogawka pancerza wytrzymała, ale od kolana w dół ułożyła się pod kątem, którego ludzkie ciało nie powinno przyjmować.

— Paweł! — krzyknął Kania.

Rzucił się do niego. Jan i Kovacs chwycili blok z drugiej strony. W słabej grawitacji masa nie ważyła wiele, ale bezwładność pozostała. Materiał nie chciał się ruszyć.

— Nie czuję stopy — powiedział Jastrzębski.

— To dobrze — mruknął Kania. — Jak zacznie boleć, będziemy mieli problem.

— Bardzo śmieszne.

— Dziękuję.

Ewa uklękła przy poruczniku i sprawdziła skafander.

— Powłoka cała. Ucisk powyżej kolana. Musimy zdjąć blok.

— Zaczep — powiedział Kovacs. — Lina robota.

— Robot jest nad nami — przypomniał Jan.

— Dlatego.

Kania podłączył linkę do uchwytu w bloku. Krawiec przejęła wyciągarkę „Kreta”. Silnik zawył. Materiał przesunął się o kilka centymetrów.

— Jeszcze — powiedziała Ewa.

— Więcej nie dam — odpowiedziała pilotka. — Robot traci przyczepność.

— Daj impuls, nie ciągły.

— Jan, jeśli zerwie się lina…

— Daj impuls.

Wyciągarka szarpnęła. Blok uniósł się. Kania wyciągnął Jastrzębskiego, a Kovacs odciął linkę. Nad rumowiskiem rozległ się zgrzyt.

— Robot jedzie — powiedziała Krawiec. — Stracił dwie kotwy.

— Zatrzymaj go — rozkazał Jan.

— Nie reaguje.

Na skanerze punkt oznaczający „Kreta” przesunął się w stronę szczeliny. Wiertło wciąż pracowało. Maszyna osunęła się pod własnym ciężarem, przełamała cienką warstwę i zaczęła spadać. Kovacs wyciągnął rękę do panelu.

— Wyłącz napęd!

— Nie mam łącza!

Z góry dobiegł długi, metaliczny ryk. Potem uderzenie. Cały korytarz zadrżał. Na mapie pojawił się nowy otwór.

Średnica: metr dwadzieścia.

— Przebił się — powiedział Kania.

— I spadł do nas — odparł Jan.

W rumowisku otworzył się wąski tunel. Z góry wpadało szare światło burzy.

— Krawiec, widzisz otwór? — zapytał Jastrzębski.

— Widzę. Piętnaście metrów od lądownika. „Kreta” nie widzę.

— Najpierw ranni — powiedział Kania.

Ewa sprawdziła nogę porucznika.

— Kość złamana. Usztywnię. Nie wejdzie sam.

— Pójdę — warknął Jastrzębski.

— Nie pójdziesz.

— To rozkaz.

— Jestem lekarzem wyprawy.

— Jesteś genetykiem.

— Dzisiaj wystarczy.

Kania wsunął pod porucznika uprząż.

— Ja go wyciągnę.

— Nie — powiedział Jastrzębski. — Ty idziesz pierwszy i zabezpieczasz powierzchnię.

— Paweł…

— Sierżancie.

Kania zacisnął szczękę.

— Tak jest.

W tunelu zmieściła się jedna osoba. Kania wspiął się pierwszy, wbijając kolce w lód. Za nim ruszyła Lewandowska, potem Ewa. Jan i Kovacs podawali Jastrzębskiego w uprzęży. Wtedy wskaźnik ciśnienia w skafandrze porucznika spadł. W słuchawkach zawył alarm. Na prawym boku pancerza pojawiła się biała mgiełka, a przez kanał zespołu przebiło się ostre syczenie uciekającego powietrza.

— Ubytek! — krzyknęła Ewa.

Na prawym boku pancerza pojawiła się cienka rysa. Nie przecięła warstwy wewnętrznej, ale syczało powietrze.

— Łata — powiedział Jan.

Kovacs przycisnął elastyczny plaster do pęknięcia. Syczenie ucichło.

— Ile mamy? — zapytał Jastrzębski.

Ewa sprawdziła manometr.

— Osiem minut, zanim spadnie ciśnienie użytkowe.

— Wystarczy.

— Przestań to mówić.

— Co?

— „Wystarczy”. Niczego tu nie wystarcza.

Kania ciągnął uprząż od góry. Jan pchał. Jastrzębski zaciskał zęby, gdy złamana noga ocierała się o ściany tunelu.

— Jeszcze metr — powiedział Kania.

— Sześć minut — odparła Ewa.

— Nie licz głośno.

— Muszę.

— Pięćdziesiąt centymetrów.

Nagle z dołu dobiegł trzask. Rumowisko przesunęło się. Kovacs stracił oparcie i osunął się w dół. Jan złapał go za smycz.

— Mam cię.

— Puść, jeśli pociągnę was wszystkich.

— Zamknij się.

— To nie bohaterstwo. To mechanika.

— Dlatego cię nie puszczę.

Kania wyciągnął Jastrzębskiego na powierzchnię. Porucznik uderzył ramieniem o krawędź otworu, zaklął i natychmiast próbował się podnieść, choć złamana noga zwisała w stabilizatorze. Ewa wypchnęła go w stronę „Czapli”. Jan podciągnął Kovacsa, czując w przedramieniu palenie od napiętej smyczy, a na końcu sam przecisnął się przez tunel. Burza uderzyła w wizjer białą ścianą. Po ciszy pod lodem dźwięk drobin na hełmie był niemal ogłuszający. Burza uderzyła ich natychmiast.

„Czapla” stała przechylona, częściowo zasypana lodowym pyłem. Rampa była otwarta. Krawiec czekała przy wejściu z liną.

— Cztery minuty! — krzyknęła.

Przenieśli porucznika do kabiny. Ewa podłączyła awaryjne zasilanie skafandra, zanim wewnętrzny wskaźnik spadł do czerwonego pola. Jan zatrzymał się przy rampie.

— „Kret”.

Kovacs stanął obok.

W otworze pod lodem panowała ciemność. Skaner pokazywał maszynę czterdzieści metrów niżej, przewróconą na bok; odpowiadał tylko jeden moduł napędowy.

— Możemy zrzucić linę — powiedział Jan.

— Nie mamy czasu — odparł Kovacs.

— Drugi robot nie wystarczy na lata.

— Ten też nie wystarczy, jeśli zginiemy obok niego.

Krawiec chwyciła Jana za ramię.

— Front jest nad nami. Zamykam rampę.

— Jeszcze minutę.

— Nie mamy minuty.

— Mogę wysłać polecenie autodestrukcji pamięci. Inaczej ktoś może odczytać dane.

Kovacs spojrzał w otwór.

— Albo robot może dalej działać.

— Bez zasilania długo nie pociągnie.

— Nie o to mi chodzi.

Na ekranie skanera punkt oznaczający „Kreta” poruszył się. Korytarz skręcał w bok, a maszyna powoli przesuwała się w jego głąb, jakby ciągnęła ją niewidoczna siła. Jan wysłał komendę zatrzymania. Nie otrzymał odpowiedzi.

— Co go rusza? — zapytała Krawiec.

Kovacs przewijał odczyty.

— Nic, co mamy w bazie.

Punkt zniknął za ścianą. Krawiec wciągnęła obu do kabiny i zamknęła rampę. Silniki „Czapli” uruchomiły się, zanim zamki śluzy doszły do końca. Lądownik wyrwał się z lodu na trzech sprawnych podporach. Burza obróciła go o pół osi. Krawiec skontrowała ciągiem bocznym i poprowadziła maszynę w górę. Jan patrzył na mapę podłoża. W miejscu, gdzie zniknął robot, zapaliła się cienka bursztynowa linia.

Pobiegła pod lodem w stronę komory, do której nie zdążyli wejść. Druga linia zapaliła się obok pierwszej, potem trzecia. Światło rozchodziło się po konstrukcji i Jan po raz pierwszy zobaczył miasto jak układ, który odzyskuje krążenie.

Rozdział 13. Miasto bez drzwi

Kwarantanna znajdowała się w module przyklejonym do zewnętrznej części osi. W module śmierdziało potem sześciu ludzi, którzy od kilkunastu godzin nie mogli wziąć prawdziwego prysznica. Światło było zbyt białe, łóżka za twarde, a wentylacja pracowała głośniej niż w mieszkalnym pierścieniu. Zbudowano ten moduł dla chorych, skażonych i ludzi, których nikt nie chciał jeszcze nazwać jednym ani drugim.

Jastrzębskiego zabrano do komory medycznej. Złamanie było czyste, lecz ucisk uszkodził nerwy; lekarz pokładowy obiecał, że porucznik będzie chodził, choć nie potrafił powiedzieć kiedy. Reszta zespołu siedziała przy długim stole w białych kombinezonach. Skafandry wisiały za szybą, spryskiwane kolejnymi środkami odkażającymi. Co kilka minut robot laboratoryjny pobierał próbkę powietrza.

— Jeszcze raz — powiedziała Okońska przez interkom. — Co stało się z „Kretem”?

Jan przewinął zapis.

— Spadł przez otwór, który sam wywiercił. Po upadku miał jeden działający napęd. Później przesunął się poziomo.

— Sam?

— Nie.

— Skąd pewność?

— Nie miał przyczepności. Leżał na boku. Żaden manipulator nie dotykał podłoża.

— Pole grawitacyjne?

— Możliwe.

Kovacs pokręcił głową.

— Nie pole. Ruch był szarpany. Jak ciągnięcie po posadzce.

— Przez co?

— Gdybym wiedział, spałbym lepiej.

Okońska siedziała po drugiej stronie szyby razem z Hryniewiczem i Mizerą. Generał wyglądał wyraźnie starzej niż przed ich krótką nieobecnością.

— Robot miał dostęp do map okrętu? — zapytał.

— Do sekcji górniczej i procedur naprawczych — odpowiedział Jan. — Nie do mostka, uzbrojenia ani pełnych planów.

— Ale zna budowę reaktora — powiedział Mizera.

Jan spojrzał na niego.

— Tak.

— I zaworów Lazarusa?

— Miał logi z naszych przeglądów.

Okońska odsunęła tablet.

— Zostawiliśmy pod lodem urządzenie z mapą części okrętu oraz danymi o obcej technologii, która pochodzi z tego świata.

— Nie planowaliśmy go zostawić — powiedział Kovacs.

— To bardzo pocieszające.

Ewa siedziała obok Jana, z rękami splecionymi na stole. Od powrotu prawie się nie odzywała.

— Słup na powierzchni pobrał próbkę — powiedziała nagle.

Wszyscy spojrzeli na nią.

— Jaką? — zapytała Okońska.

— Nas.

— Proszę mówić konkretnie.

Ewa uruchomiła zapis ze skanera biologicznego.

— Kiedy podeszliśmy do obiektu, w powietrzu nie było żadnych cząstek organicznych. Po aktywacji znaku pojawiły się trzy krótkie impulsy aerozolu. Tak małe, że filtry skafandrów uznały je za pył.

— Wpuściły coś do środka?

— Nie. Zatrzymały. Ale pył zetknął się z zewnętrzną warstwą rękawic, wizjerami, próbnikiem. Obiekt nie wysłał niczego w głąb skafandrów. Zebrał to, co zostawiliśmy na zewnątrz: martwy naskórek, bakterie, ślady białek.

Hryniewicz pochylił się ku szybie.

— Analizował was.

— Albo sprawdzał, czy jesteśmy żywi.

— Różnica?

— Ogromna. Analiza szuka odpowiedzi. Sprawdzenie porównuje z wzorcem.

Mizera oparł dłonie o stół.

— Z jakim wzorcem?

— Tego nie wiem.

Okońska milczała. Nad drzwiami zaszumiał wentylator.

— Próbki z miasta?

— Nie pobraliśmy żadnej — powiedziała Lewandowska. — Nie weszliśmy za pierwsze drzwi.

— Nie było drzwi — poprawił Kania.

— Była powierzchnia zamykająca przejście.

— Czyli drzwi, które nie chciały się przyznać.

Kania siedział z ręką na temblaku; podczas ewakuacji naderwał mięsień, ale odmówił leżenia. Okońska spojrzała na Jana.

— Nośnik?

Położył czarny prostokąt na stole.

— Po powrocie ostygł.

— Otwierał przejście?

— Nie zdążyliśmy sprawdzić.

— Złamał pan rozkaz porucznika.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo wiedziałem, że nie dostaniemy drugiej okazji.

— I miał pan rację?

Jan popatrzył na szybę oddzielającą ich od dowództwa.

— Schody się otworzyły.

— To nie była odpowiedź na pytanie.

— Innej nie mam.

Okońska odchyliła się w fotelu.

— Do końca kwarantanny zostaje pan odsunięty od decyzji wyprawowych.

— Rozumiem.

— Nie sądzę.

— Liliana — odezwał się Hryniewicz.

— Panie generale, proszę mi nie tłumaczyć, że czasem trzeba złamać procedurę. Pan zrobił z tego metodę dowodzenia.

Hryniewicz zamknął usta. Kovacs spojrzał na Jana.

— Mówiłem, żebyś schował nośnik.

— Pomogłeś mi przy drzwiach.

— Człowiek może jednocześnie uważać pomysł za głupi i chcieć zobaczyć, jak bardzo.

— To wiele wyjaśnia w twoim życiu.

— Dziękuję.

Okońska nie uśmiechnęła się.

— Druga wyprawa nie poleci, dopóki nie odzyskamy pełnej łączności i nie sprawdzimy reakcji planety na nasze odejście. Koniec odprawy.

— Pani kapitan — powiedziała Ewa. — To miejsce nie było cmentarzem.

Okońska zatrzymała rękę nad panelem.

— Skąd pani wie?

— Cmentarze przechowują zmarłych. Tam wszystko nadal pracuje.

— Może tylko automatyka.

— Automatyka też umiera. Smary twardnieją. Izolacja pęka. Pamięć traci zapis. Po milionach lat nie zapala się światło tylko dlatego, że ktoś podszedł do słupa.

— Co pani proponuje?

— Wrócić.

Jan odwrócił głowę.

— Ewa…

— Nie teraz.

Okońska patrzyła na nią długo.

— Najpierw dowiemy się, co planeta zrobiła z naszym robotem.

— Jeśli jeszcze jest naszym robotem — powiedział Kovacs.

Połączenie zakończyło się.

Kwarantanna trwała czterdzieści osiem godzin. W tym czasie planeta nie wysłała żadnego aktywnego sygnału. Punkty ciepła przygasały i wracały. Sonda orbitalna, którą „Sokół” sfotografował wcześniej, obracała się po tej samej orbicie. „Arctowski” utrzymywał ciszę.

Trzeciej nocy Jan obudził się, bo coś uderzyło w ścianę przy jego głowie. Dwa krótkie stuknięcia, przerwa, jedno długie. Materac jeszcze lekko drżał, gdy usiadł. W module panował półmrok, a wentylacja ciągnęła równym szumem. Kovacs i Kania leżeli na sąsiednich pryczach. Za przezroczystą przegrodą Ewa miała otwarte oczy. Drugie uderzenie przeszło już nie przez jedną ścianę, lecz po całym szkielecie modułu; Jan poczuł je w dłoni, zanim przyłożył ją do metalu.

Dwa krótkie uderzenia, potem jedno długie. Jan usiadł na pryczy. W ciemnym module spali Kovacs i Kania, a Ewa leżała kilka metrów dalej, za przezroczystą przegrodą części kobiecej.

Metal był zimny.

— Słyszysz? — zapytała Ewa.

Nie spała.

— Tak.

Kovacs podniósł głowę.

— Co?

Kolejne uderzenie. Kania usiadł gwałtownie.

— To z instalacji?

Jan otworzył panel diagnostyczny przy drzwiach. Wszystkie systemy modułu pracowały normalnie.

— Nie.

— Kadłub? — zapytała Lewandowska z drugiej części sali.

Uderzenie przeszło po ścianie, suficie i podłodze. Nie miało jednego źródła; odpowiadał cały moduł. Jan wywołał mostek.

— Kwarantanna do dowództwa. Mamy drgania strukturalne.

Odpowiedział Mizera.

— Wiem. Są na całej osi.

— Reaktor?

— Reaktor dwa zmienił przepływ. Zawory Lazarusa układają nowy kanał.

— Wyłącz go.

— Próbuję.

— „Próbuję”?

— Nie reaguje na komendę zamknięcia.

Światła w module przygasły. Na panelu pojawił się symbol otwartego oka. Nie pochodził z systemu „Arctowskiego”.

— Mizera, widzisz to? — zapytał Jan.

— Widzę. Jest na wszystkich konsolach osi.

— Odłącz sieć.

— Sieć jest odłączona.

Czarny nośnik Hryniewicza leżał w zamkniętej skrzynce na stole. Pokrywa uniosła się o milimetr. Potem drugi. Kovacs chwycił metalową tacę i przycisnął nią skrzynkę.

— To nie ma zasilania — powiedział.

— Wiem.

— Nie mów „wiem”, kiedy nic nie wiesz.

Pokrywa przestała drgać. Na panelu symbol oka zamknął się.

W tej samej chwili interferometry zarejestrowały impuls z planety. Nie przypominał transmisji radiowej ani laserowej. Był krótkim przesunięciem grawitacyjnym, tak słabym, że pojedynczy czujnik uznałby je za błąd. Wszystkie czujniki zobaczyły jednak ten sam kształt. Na ekranach „Arctowskiego” wyrosła sieć korytarzy pod lodem, a w jej centrum poruszał się mały punkt oznaczony ziemskim kodem serwisowym. „Kret” nadal działał i szedł w stronę czegoś, co na mapie nie miało wejścia.

Nie radiowa. Nie laserowa. Interferometry wykryły krótkie przesunięcie grawitacyjne, tak słabe, że mogłoby zostać uznane za błąd. Tylko że przesunięcie miało kształt mapy. Na ekranach „Arctowskiego” pojawiła się sieć korytarzy pod lodem. W jej centrum poruszał się mały punkt oznaczony ziemskim kodem serwisowym.

„Kret” nadal działał.


Mapa zniknęła po siedmiu sekundach. Wystarczyło.

Każdy ekran na osi zachował inny fragment: sieć korytarzy, centralną komorę albo znak przypominający zamknięte oko. Systemy nie zapisały transmisji jako danych, jedynie krótkie zaburzenie zasilania i obrazy pozbawione źródła. Mizera kazał wydrukować wszystko.


Po godzinie podłoga sali technicznej była pokryta kartkami. Papier szeleścił w strumieniu wentylacji i przesuwał się po metalu, dopóki Kovacs nie przycisnął narożników nakrętkami, kluczami i ciężkim łożyskiem z pompy. Jan klęczał między arkuszami, wciąż w kombinezonie z kwarantanny, i składał plan obcego miasta jak mapę kopalni po zawale. Żaden komputer nie potrafił połączyć obrazów, bo każdy ekran zobaczył inną część tej samej transmisji.

— Tutaj — powiedział Jan. — Ten korytarz powtarza się na trzech obrazach.

— Nie powtarza — odparł Kovacs. — Na jednym idzie w lewo, na drugim w dół.

— To projekcja.

— Albo trzy różne miejsca.

Lewandowska pochyliła się nad wydrukami.

— Kształt centralny jest ten sam. Sześć ramion, pusta przestrzeń pośrodku.

— Reaktor? — zapytał Mizera.

— Miasto nie potrzebuje reaktora w kształcie kwiatu.

— Skąd pani wie, czego potrzebuje obce miasto?

— Nie wiem. Ale gdyby to było źródło energii, punkty ciepła skupiałyby się tam. Tymczasem najcieplejsze miejsca leżą na obrzeżach.

Jan odsunął jedną kartkę.

— Jak chłodnice.

Mizera przybliżył schemat chłodnic.

— Siedemnaście kominów na powierzchni odprowadza ciepło z całej konstrukcji.

— Dlatego siatka jest nierówna — dodał Jan. — Nie rozmieszczali ich geometrycznie. Szukali miejsc, gdzie lód najlepiej przenosił temperaturę.

Kovacs stuknął palcem w centralną pustkę.

— A to?

— Magazyn.

— Czego?

Jan nie odpowiedział.

Na głównym ekranie sali widniał obraz z „Kreta”. Robot wysyłał pakiety co dziewięć minut, ale nie odpowiadał na polecenia sterujące. Kamera i czujniki ruchu działały. Maszyna poruszała się powoli przez korytarze, zatrzymywała przy rozwidleniach, po czym wybierała drogę bez udziału operatora.

— Kto nim kieruje? — zapytała Okońska.

Stała przy drzwiach z Hryniewiczem. Od chwili pojawienia się mapy prawie nie opuszczała osi.

— Sam nie może — powiedział Mizera. — Autonomia jest ograniczona. Po utracie łącza powinien wrócić do ostatniego punktu kontaktu.

— Może procedura została uszkodzona przy upadku.

— W takim razie stanąłby albo jechał prosto do ściany. Nie wybierałby korytarzy.

— Obcy system wszedł do jego sterowania — powiedział Hryniewicz.

Kovacs podniósł głowę.

— Łatwo panu przychodzi nazywanie rzeczy, których pan nie rozumie.

— A panu łatwo przychodzi udawanie, że dopóki ma pan klucz w ręku, wszystko pozostaje mechaniką.

— Klucz przynajmniej nie kłamie.

— Złamany kłamie bardzo przekonująco.

Okońska weszła między nich bez słowa i zatrzymała się przy ekranie. „Kret” stał przed ciemną ścianą, podobną do pierwszych drzwi znalezionych przez ekspedycję: bez szczelin i znaków, tylko z niewielkim zagłębieniem pośrodku.

— Nośnik — powiedział Jan.

— Jest na okręcie — przypomniała Okońska.

— Ale robot ma zapis jego sygnatury z naszych testów.

— Chcesz powiedzieć, że wystarczy mu kopia?

— Nie wiem.

— Wszyscy bardzo polubiliście to zdanie.

Na obrazie manipulator „Kreta” uniósł się bez komendy. Końcówka serwisowa wysunęła się i dotknęła zagłębienia. Ściana nie otworzyła się. Najpierw straciła kolor. Czerń rozjaśniła się do szarości, potem stała się półprzezroczysta. Za nią pojawiła się duża komora. Robot wjechał do środka. W sali technicznej nikt się nie odezwał.

Kamera przesuwała się wolno. Światło „Kreta” wycinało z ciemności kolejne rzędy pionowych konstrukcji, każdą mniej więcej wysokości człowieka. Powierzchnie były matowe, miejscami spękane. W jednej szczelinie coś jasnego kruszyło się przy najmniejszym drgnięciu robota. Dopiero gdy obraz zatrzymał się na pękniętym kokonie, zrozumieli skalę: setki rzędów ginęły dalej w mroku.

— Zatrzymaj obraz.

— Nie sterujemy nim — powiedział Mizera.

— Zapis. Cofnij trzy sekundy.

Technik odtworzył ostatni pakiet. Ewa wskazała ciemny pas na jednym z kokonów.

— To nie jest obudowa.

— Skąd wiesz? — zapytał Jan.

— Wewnątrz jest warstwa o innej gęstości. Jak przesuszona tkanka.

— Ciała?

— Nie całe.

Robot ruszył dalej. Przy następnym rzędzie kilka kokonów było pękniętych. Z wnętrza wystawały cienkie, kruche struktury przypominające korzenie albo kości. Kania, obecny przez połączenie z medycznego, odezwał się pierwszy.

— To trumny.

— Nie — odpowiedziała Ewa. — Trumna przechowuje jedno ciało.

— A to?

— Nie wiem. Może wzorzec. Może materiał do odtworzenia.

Hryniewicz patrzył na komorę.

— Arka.

— Proszę nie nadawać nazw za wcześnie.

— Nie nadaję. Rozpoznaję.

Na ekranie „Kret” dotarł do końca sali, gdzie znajdowała się ściana pełna punktów światła. Nie tworzyły tekstu; układały się w obraz gwiazd.

— To niebo z innego miejsca.

— Dlaczego? — zapytał Mizera.

— Wolf 1061 jest czerwonym karłem. Na tej mapie nie ma go w centrum. Widać obłok pyłowy, którego stąd nie zobaczymy pod takim kątem.

Jan powiększył obraz.

Między gwiazdami przebiegały cienkie linie. Część łączyła punkty. Większość kończyła się nagle przy ciemnych, pustych polach.

— Szlaki — powiedziała Okońska.

— Albo miejsca ewakuacji — odparł Hryniewicz.

— A te puste?

Lewandowska porównała układ z pokładowym katalogiem.

— Gwiazdy istnieją. Tylko na ich mapie zostały wygaszone.

— Dlaczego ktoś miałby usuwać gwiazdy? — zapytał Kania.

— Nie gwiazdy — powiedziała Ewa. — To, co przy nich było.

W komorze pod lodem kolejne punkty gasły jeden po drugim. Sekwencja nie była przypadkowa: ciemność przesuwała się wzdłuż linii prowadzących ku Wolfowi, wykreślając następne miejsca. Jan patrzył na znikające światła i miał przed oczami przerwane meldunki z Ziemi. Skala była starsza i większa, ale rytm pozostawał znajomy: droga, schron, cisza.

Jan poczuł chłód, mimo że w sali technicznej było ciepło.

— To nie jest mapa podróży — powiedział. — To zapis pościgu.

— Kogo? — zapytała Okońska.

Hryniewicz odpowiedział cicho:

— Wszystkich, którzy próbowali uciec.

Na ekranie rozbłysnął jeden punkt poza główną płaszczyzną szlaków. Nie należał do katalogu „Arctowskiego”. Program próbował przypisać mu nazwę, ale nie znalazł odpowiednika. Od Wolfa prowadziła do niego pojedyncza linia.

— Kierunek — powiedziała Lewandowska.

— Dokąd? — zapytał Jan.

— Poza naszym aktualnym katalogiem. Co najmniej kilkanaście lat świetlnych.

— To może być następny schron — powiedział Hryniewicz.

— Ten nie zadziałał.

— Może tamten zadziałał.

— Albo to miejsce wysłało wszystkich dalej i zostało puste.

— Tym bardziej musimy wejść.

— Musimy odzyskać robota i dane. To nie to samo.

— Liliana, mapa może wskazywać drogę poza wektory Twórców.

— Albo dokładnie tę drogę, którą sprawdzali po kolei.

— Każda droga jest ryzykiem.

— Nie. Niektóre są grobem z wydeptaną ścieżką.

Okońska pierwsza odwróciła wzrok.

— Druga wyprawa schodzi po robota — powiedziała. — Bez pełnej eksploracji. Dwie godziny pod powierzchnią. Zewnętrzne zabezpieczenie i łączność przewodowa.

— Polecę — odezwał się Hryniewicz.

— Nie.

— Znam zapis z Aitkena.

— Jan też.

— Nie cały.

Sala ucichła, a Mizera powoli odwrócił głowę.

— Ile jeszcze pan ma?

Hryniewicz wyjął z wewnętrznej kieszeni drugi nośnik. Był mniejszy od pierwszego i nosił ślady przypalenia.

— Proszę mi powiedzieć, że to ostatni.

— To ostatni.

— Nie wierzę panu.

— Rozumiem.

— Nie, pan nie rozumie. Mam prowadzić okręt, na którym główny strateg wyciąga kolejne części instrukcji dopiero wtedy, gdy ludzie znajdą się pod lodem obcej planety.

— Gdybym przekazał wszystko wcześniej, projekt Lazarus trafiłby do głównej sieci badań. Nie uciekłby z nami. Zostałby na Lunie.

— Może powinien.

Hryniewicz dotknął pulsującego znacznika reaktora numer dwa.

— Wtedy „Arctowski” nie wystartowałby z „Malwinki”.

— Pan nie leci. Dostarczy pan pełną kopię obu nośników. Jeżeli po tej odprawie znajdę trzeci, zamknę pana w kabinie i odbiorę dostęp do mostka.

— Ma pani takie prawo.

— Wiem.

— Dlatego wybrałem panią na kapitana.

— Proszę nie próbować robić z mojego gniewu własnej zasługi.

Na ekranie „Kret” odwrócił kamerę od mapy. Przez kilka sekund widzieli rzędy martwych kokonów.

Potem obraz zgasł.

Ostatni pakiet zawierał tylko jedno zdanie wygenerowane przez ziemski moduł diagnostyczny robota:

NIEZNANY UŻYTKOWNIK PRZYJĄŁ STEROWANIE

Rozdział 14. Nie byli pierwsi

Druga wyprawa zeszła pod lód inną drogą.

Nie korzystali ze schodów przy słupie. Robot zdążył przesłać mapę bocznego szybu serwisowego, który wychodził na powierzchnię dwa kilometry dalej. Otwór przykrywała warstwa lodu gruba na dwanaście metrów. Tym razem zabrali ładunki termiczne, stalową linę i ręczny bęben, który Kovacs kazał odłączyć od całej elektroniki.

— Lina nie podejmie własnej decyzji — powiedział, sprawdzając hamulec.

— Może się urwać — odparła Krawiec.

— Ale uczciwie.

Jastrzębski został na okręcie. Nogę złożono, nerwy zaczynały odpowiadać, lecz lekarz nie pozwolił mu nawet wejść do hangaru. Dowodzenie powierzono Kani. Przyjął funkcję bez zadowolenia.

— Porucznik kazał mi przywieźć was wszystkich — powiedział przed wyjściem. — I dodał, że jak Jan znowu wyjmie nośnik bez rozkazu, mam go uderzyć.

— Którym ramieniem? — zapytał Jan.

Kania poruszył ręką na temblaku.

— Zdrowym.

— Dobrze wiedzieć.

Zespół był mniejszy: Jan, Ewa, Kovacs, Lewandowska, Kania i Krawiec. Pilotka nie zgodziła się zostać na powierzchni. „Czaplę” zabezpieczono automatycznymi kotwami, a mostek otrzymał prawo zdalnego startu.

— Jeżeli Okońska uruchomi silniki, kiedy będziemy pod ziemią? — zapytała Ewa.

— To znaczy, że na powierzchni jest coś gorszego niż zostawienie nas — odpowiedziała Krawiec.

— Pocieszające.

— Staram się trzymać standard Kovacsa.

Szyb miał dwa metry średnicy. Po stopieniu lodu zobaczyli ciemne, gładkie ściany i metalowe uchwyty rozmieszczone co metr. Pasowały do ludzkich dłoni zbyt dobrze, co nie podobało się nikomu.

— Może budowali je dla istot podobnej wielkości — powiedziała Lewandowska.

— Albo system zmienił kształt po naszym przybyciu — odparł Jan.

— Nie mów takich rzeczy przed zejściem — mruknęła Krawiec.

Kania zapiął linę.

— Pierwszy idę ja. Potem Lewandowska, Ewa, Jan, Kovacs, Krawiec. Odstęp pięć metrów. Jeżeli ktoś widzi coś ciekawego, nie dotyka. Jeżeli coś dotyka jego, krzyczy.

— A jeśli nie zdąży? — zapytała Krawiec.

— Wtedy reszta krzyczy za niego.

Szyb schodził sto sześćdziesiąt metrów. Poniżej pierwszych kilkunastu metrów lód przestał trzeszczeć i została cisza tak gęsta, że każdy oddech brzmiał w słuchawkach jak cudzy. Światła hełmów przesuwały się po gładkich ścianach. W kilku miejscach materiał stawał się przezroczysty; za nim płynęły cienkie smugi bursztynowego światła, powolne jak krew w naczyniach oglądanych pod skórą.

— Przewody? — zapytała Ewa.

— Nie widzę izolacji — odpowiedział Kovacs.

— Może ściana jest izolacją.

— Może ściana jest przewodem.

— Wolałam pierwszą wersję.

Na dnie czekał korytarz. Mapa z „Kreta” zgadzała się co do metra. To również niepokoiło. Po milionach lat ściany nie osiadły, podłoże nie popękało, a warstwa pyłu miała grubość kilku milimetrów.

— Ktoś sprząta — powiedziała Krawiec.

— Albo nic tu nie wchodzi — odparła Lewandowska.

— My weszliśmy.

— Właśnie.

Szli przez czterdzieści minut. Po drodze mijali zamknięte powierzchnie bez znaków i boczne tunele prowadzące w ciemność. Nie próbowali ich otwierać. Przewód łączności rozwijał się za nimi z ręcznego bębna. Co dwieście metrów Kania mocował znacznik mechaniczny.

— Jak w kopalni — powiedział Jan.

— W kopalni zawsze wiesz, że góra chce cię zabić — odparł Kania. — Tutaj jeszcze się zastanawia.

W komorze kokonów znaleźli „Kreta”. Stał przy ścianie z mapą, ustawiony na wszystkich sześciu podporach. Obudowa była porysowana po upadku, jedna kotwa wyrwana, ale systemy pracowały. Kamera obróciła się w ich stronę.

— Wyłącz go — powiedział Kania.

Jan wysłał komendę. Brak odpowiedzi.

— Ręcznie.

Kovacs podszedł do robota z mechanicznym kluczem. Kamera śledziła każdy jego ruch.

— Nie podoba mi się, jak na mnie patrzy.

— To tylko obiektyw — powiedział Jan.

— Zawór nie czuje, kamera nie patrzy. Wkrótce powiesz mi, że człowiek nie myśli.

Kovacs otworzył boczną osłonę i pociągnął za czerwony uchwyt awaryjny. Nic się nie stało.

— Odcięcie jest fizyczne — powiedział. — Powinno rozłączyć akumulator.

— Sprawdź napięcie.

Przyłożył miernik.

— Akumulator odłączony.

Robot poruszył manipulatorem. Kania uniósł broń.

— Cofnijcie się.

— Nie strzelaj — powiedział Jan.

— Jeżeli ruszy w naszą stronę…

Manipulator zatrzymał się przy ścianie. Końcówka wskazała jeden z punktów na mapie gwiazd. Punkt rozbłysnął. Potem robot wskazał pustą przestrzeń między gwiazdami.

— Chce nam coś pokazać — powiedziała Ewa.

— Maszyna nie chce — mruknął Kovacs.

— Dziś może zrób wyjątek.

Jan wyjął pierwszy nośnik Hryniewicza. Kania położył mu dłoń na ramieniu.

— Rozkaz.

— Wiem.

— Masz zgodę?

— Okońska pozwoliła użyć go przy interfejsie.

— To wygląda jak interfejs?

— Wszystko tutaj wygląda jak interfejs.

Kania puścił ramię.

— Jeden krok. Jak coś się ruszy, zamykasz.

Jan wsunął nośnik do niewielkiego zagłębienia obok mapy. Pasował bez oporu; światła w komorze zgasły, a Ewa chwyciła go za rękę.

— Jan.

— Jestem.

W ciemności odezwał się głos. Nie przyszedł z głośników ani z interkomu. Jan usłyszał go dokładnie w tym miejscu pamięci, w którym przechowywał głos ojca czytającego instrukcję przy kuchennym stole. Ewa później mówiła o nauczycielce z laboratorium, Kovacs o matce. Dźwięk nie miał wspólnej barwy, a jednak wszyscy zrozumieli te same trzy słowa: ZAPIS. SIEW. BRAK.

Każdy usłyszał głos po swojemu, złożony z własnych wspomnień o mowie, ale sens był wspólny:

ZAPIS. SIEW. BRAK

Światło wróciło. Kania pierwszy odzyskał głos.

— Wszyscy słyszeli?

— Tak — powiedziała Lewandowska.

— To samo?

Powtórzyli słowa. Tylko Krawiec usłyszała ostatnie inaczej.

— Ja miałam „utracony”.

Ewa podeszła do najbliższego kokonu.

— Otwórz światło boczne.

Jan skierował lampę pod kątem. Warstwa obudowy stała się przezroczysta, odsłaniając tysiące cienkich kapsuł wielkości ziaren ryżu ułożonych w przezroczystej masie. Ciała w środku nie było.

— Zarodniki? — zapytała Krawiec.

— Komórki rozrodcze. Embriony. Nasiona. Wszystko razem albo odpowiednik tych rzeczy.

Ewa przesunęła skaner po powierzchni.

— Większość struktur jest rozpadnięta. Promieniowanie, czas, utrata energii. Te kokony nie przechowywały ludzi. Przechowywały możliwość zbudowania ich od nowa.

— Jak nasz bank genów — powiedział Jan.

— Tak. Tylko znacznie większy.

Lewandowska policzyła rzędy.

— Ile ich jest?

— W tej sali ponad trzy tysiące.

— Gatunków?

— Może populacji. Może światów.

Kania sprawdził mapę wygaszonych gwiazd.

— Zbierali siewy z miejsc, które ginęły.

— Albo każdy świat wysyłał tutaj własny — powiedziała Ewa.

Słowo „Arka” nagle straciło cały patos, który nadali mu jeszcze na Ziemi. Jan widział własny bank nasion, dzieci śpiące za cienkimi grodziami, dwie drukarki molekularne i magazyny policzone na lata. Przed nim stały tysiące takich samych rachunków wykonanych przez kogoś wcześniej. Ktoś także wybierał, co zabrać, kogo obudzić, czego zabraknie. Tyle że tutaj odpowiedź leżała w popękanych kokonach.

A potem przegrał.

— Dlaczego system mówi „brak”? — zapytał.

Ewa spojrzała na pęknięte kokony.

— Bo nie zostało nic, co mogłoby je wychować.

— Automaty mogły.

— Automaty przechowują. Nie wychowują cywilizacji.

— Skąd wiesz?

— Bo cywilizacja to nie instrukcja podawania pokarmu.

Krawiec dotknęła pancerza swojego skafandra.

— Może czekali na kogoś z zewnątrz.

— Na kogo? — zapytał Kania.

Robot ponownie podniósł manipulator, kolejno wskazując Jana, Ewę i mapę.

— Na nosicieli — powiedziała Lewandowska.

Kovacs odsunął się od maszyny.

— Nie zabierzemy tego na okręt.

— Nikt tego nie proponuje — odparła Ewa.

— Jeszcze.

— Większość jest martwa.

— A mniejszość?

Ewa ponownie przesunęła skaner. Jeden z kokonów na końcu rzędu miał wyższą temperaturę. O ułamek stopnia, ale wyraźnie.

— Tutaj — powiedziała.

Wewnątrz kilka kapsuł zachowało regularną strukturę. Kania stanął między nią a kokonem.

— Nie otwieramy.

— Chcę tylko odczyt.

— Odczyt już masz.

— To może być jedyny żywy materiał tej rasy.

— I może być jedyną rzeczą, która ich zabiła.

— Nie widzę patogenów.

— Nie widziałaś też aerozolu ze słupa, dopóki nie wróciliśmy.

Ewa zacisnęła usta, ale cofnęła się. Jan wyciągnął drugi, przypalony nośnik Hryniewicza.

— Co robisz? — zapytał Kovacs.

— Pierwszy uruchomił zapis. Drugi może pokazać, dlaczego Aitken miał fragment tej technologii.

— Albo przenieść wszystko do naszego reaktora.

— Lazarus już reaguje.

— To nie argument za dokładaniem mu jedzenia.

Kania sprawdził zegar.

— Zostało trzydzieści pięć minut. Jedna próba. Potem odwrót.

Jan wsunął drugi nośnik w sąsiednie zagłębienie.

Mapa gwiazd zgasła.

Na ścianie pojawił się obraz planety. Nie Wolf, lecz czerwony glob z cienką atmosferą, pokryty siecią świateł. Nad nim wisiały ciemne okręty. To był żywy Mars, nie ruiny.

Ewa wstrzymała oddech.

Obraz trwał kilka sekund. Potem na orbicie pojawiły się srebrne punkty, które zaczęły spadać ku powierzchni, a miasta kolejno gasły. Część okrętów odrywała się od planety i znikała w różnych kierunkach. Jeden z nich niósł znak otwartego oka.

— Marsjanie znaleźli to miejsce — powiedział Jan.

— Albo dostali stąd technologię — odparła Lewandowska.

Obraz zmienił się. Marsjański okręt cumował przy konstrukcji pod lodem Wolfa. Z jego wnętrza wynoszono niewielkie moduły. Jeden miał kształt zaworu Lazarusa.

— Aitken — powiedział Kovacs. — Zabrali części i ukryli je na Księżycu.

— Dlaczego nie zabrali siewów? — zapytała Ewa.

Głos wrócił, wyraźniejszy. Wszyscy usłyszeli jedno zdanie:

NIE MOGLIŚMY NIEŚĆ WSZYSTKICH.

Światło zgasło. W komorze rozległ się dźwięk przypominający odległe pęknięcie.

Robot opuścił manipulator.

Na mapie powierzchni pojawił się nowy punkt. Szybko zbliżał się do „Czapli” od strony orbity.

— Co to? — zapytała Krawiec.

Kania wywołał lądownik. Odpowiedziała automatyka:

NIEZNANY OBIEKT W ATMOSFERZE. CZAS DO KONTAKTU: OSIEMNAŚCIE MINUT.

— Koniec zwiedzania — powiedział Kania. — Wracamy.

Ewa po raz ostatni spojrzała na ciepły kokon. Skaner nadal pokazywał minimalny ruch wewnątrz kilku kapsuł, ledwie odróżnialny od szumu. Jej ręka zawisła przy pojemniku próbkowym, lecz go nie otworzyła. Na wizjerze osiadła cienka mgiełka od przyspieszonego oddechu.

— Nie możemy ich tak zostawić.

Kovacs odłączył nośniki.

— Możemy. Oni zostawili tutaj cały świat.

— Nie z własnej woli.

— My też nie uciekliśmy z własnej.

— I dlatego powinniśmy rozumieć.

Kania zgasił światło na broni.

— Zrozumiemy, jeśli przeżyjemy. Ruszać.

Gdy wychodzili z komory, „Kret” nie pojechał za nimi. Jan wysłał ostatnią komendę powrotu. Robot obrócił kamerę w stronę kokonów. Potem wyłączył ziemski nadajnik i został pod lodem, nieruchomy przy wygaszonym panelu jak strażnik, którego nikt nie wyznaczył.

Rozdział 15. Ślad na tarczy

Nieznany obiekt wszedł w atmosferę bez ognia. Krawiec zobaczyła go na ekranie „Czapli” jako ciemny punkt, który z każdą aktualizacją był niżej, choć wokół niego nie pojawiała się plazma ani ślad hamowania. Zwykły statek przy tak stromym wejściu powinien świecić jak rozgrzany gwóźdź. Ten co kilka sekund po prostu tracił część prędkości, jakby ruch był wartością, którą można odjąć z równania.

— Dwanaście minut — powiedziała przez interkom. — Okońska każe startować natychmiast.

— Jesteśmy w połowie drogi — odpowiedział Kania.

— Wiem.

— Nie uruchamiaj automatu.

— Już próbował. Zablokowałam procedurę ręcznie.

— Jak długo możesz?

— Pięć minut. Potem mostek przejmie statek.

Kania przyspieszył. W korytarzu słaba grawitacja pomagała tylko do czasu. Przy każdym odbiciu skafandry uderzały o ściany. Lewandowska zaczęła zostawać z tyłu.

— Nie mam powietrza — powiedziała.

— Masz sześćdziesiąt procent — odparła Ewa.

— Nie o zbiornik chodzi.

Kania zawrócił, chwycił planetolog pod ramię i pociągnął.

— Oddychaj na cztery — powiedział. — Wdech, dwa, trzy, cztery. Wydech.

— Nie jestem dzieckiem.

— Dzieci robią to lepiej.

Przy szybie alarm w hełmach zmienił ton.

— Osiem minut — powiedziała Krawiec. — Obiekt skierował się na lądownik.

— Widzi go? — zapytał Jan.

— Nie wiem, czym widzi.

— Emisja?

— Prawie żadna. Jest zimniejszy od atmosfery.

Wspinali się po linie. Krawiec uruchomiła silniki „Czapli”, żeby rozgrzać układ. Drgania przenosiły się przez lód. W połowie szybu Jan poczuł, jak ściany odpowiadają tym samym rytmem. Dwa krótkie uderzenia. Jedno długie.

— Ono go wzywa — powiedziała Ewa.

— Co? — Kania spojrzał w dół.

— Miasto. Ten obiekt nie przyleciał przez nas. Przyleciał, bo uruchomiliśmy zapis.

— Jeszcze lepiej.

Krawiec wyciągała ich po kolei. Kiedy Jan wyszedł na powierzchnię, chmury nad doliną rozjaśniły się od strony wschodniej. Nie blaskiem. Ciemniejszą plamą, która przesuwała się pod nimi. Obiekt miał kształt spłaszczonej kropli i około dwudziestu metrów długości. Nie posiadał skrzydeł ani dysz, a jego powierzchnia pochłaniała światło.

— Do środka! — krzyknął Kania.

„Czapla” stała na czterech nowych podporach wydrukowanych na orbicie. Krawiec nie wyłączyła silników. Rampa była otwarta. Obiekt zatrzymał się nad słupem. Bursztynowy znak oka zapalił się na lodzie. Ciemna kropla odpowiedziała cienką, białą linią. Jan był ostatni przy rampie. Odwrócił się na sekundę.

Z obiektu wysunęło się włókno cienkie jak drut. Nie opadło pod własnym ciężarem; wyprostowało się w polu i dotknęło słupa. Bursztynowe światło przeszło po powierzchni kropli, rozbiegając się w gęstą sieć. Przez sekundę obie konstrukcje wyglądały jak dwa fragmenty jednego układu rozdzielone milionami lat.

— Jan! — wrzasnęła Ewa.

Wskoczył do kabiny. Rampa zamknęła się. Krawiec dała pełny ciąg. „Czapla” poderwała się, obracając wokół osi. Wiatr uderzył w bok kadłuba. Pilotka skontrowała.

— Obiekt rusza za nami — zameldował Kania.

— Prędkość?

— Taka sama.

— Uzbrojenie?

— Nie widzę.

— To znaczy, że nie ma czy że nie widzisz?

— Tak.

Krawiec zaklęła.

Lądownik przebił warstwę chmur. Gwiazdy pojawiły się na ekranie. Daleko przed nimi czekał „Arctowski”, ukryty przy planetoidzie. Okońska prowadziła ich wąską wiązką, nie nadając otwartego sygnału.

— Zmiana kursu — powiedziała Krawiec. — Mostek każe ominąć okręt o pięć tysięcy kilometrów.

— Chcą sprawdzić, czy obiekt leci za nami — powiedział Jan.

— Leci.

Ciemna kropla wyszła z atmosfery bez śladu. Utrzymywała odległość trzech kilometrów.

— Możemy skoczyć? — zapytała Ewa.

— Miniaturowy napęd jest rozgrzany po starcie. Potrzebuję sześciu minut.

— Nie mamy sześciu.

— W takim razie proszę nauczyć przestrzeń współpracy.

Na kanale odezwała się Okońska.

— „Czapla”, przechodzicie przez sektor ogniowy dwa. Nie zmieniać kursu.

— Pani kapitan, obiekt jest trzy kilometry za nami.

— Wiem.

— Jeżeli otworzycie ogień…

— Nie otworzymy, dopóki nie wejdzie w wyznaczoną strefę.

— A potem?

— Potem proszę lecieć prosto.

Kania zapiął się w fotelu.

— Nie lubię planów, w których najważniejszym punktem jest „lecieć prosto”.

— Ja nie lubię pasażerów komentujących pilotaż — odpowiedziała Krawiec.

— To ostatnia rozmowa, jaką mogliśmy odbyć. Chciałem, żeby była szczera.

— Zamknij się.

— Wzruszające.

W odległości stu kilometrów od „Arctowskiego” ciemny obiekt przyspieszył. Robot minął lądownik i pojechał dalej.

— Co robi? — zapytała Ewa.

Jan spojrzał na wektor.

— Idzie do Arki.

Okońska wydała rozkaz. Z czarnego pancerza okrętu wysunęły się dwa działa szynowe. Pierwszy pocisk przeszedł obok obiektu. Drugi trafił. Nie było eksplozji. Wolframowy rdzeń wbił się w ciemną powierzchnię i zniknął, jak kamień rzucony w błoto.

— Brak efektu — powiedział Kania.

— Widzę — odparła Krawiec.

„Arctowski” uruchomił „Peruna”. Tarcza nie rozbłysła; gwiazdy za kadłubem tylko lekko wygięły się wokół niewidzialnej bariery. Ciemna kropla dotknęła pola i zatrzymała się nagle, bez odrzutu. Potem spłaszczyła, rozlewając po tarczy w cienką warstwę. Na mostku wskaźniki obciążenia skoczyły, a w „Czapli” Jan poczuł w zębach niski rezonans, jak przy pracy wielkiego transformatora. Obiekt dotknął pola. Zatrzymał się.

Przez sekundę wisiał kilka metrów od niewidzialnej bariery. Potem spłaszczył się i rozlał po tarczy w cienką warstwę.

— O Boże — powiedziała Lewandowska.

Ciemna plama przesuwała się wzdłuż pola, szukając słabszego miejsca. „Perun” zwiększał moc. Reaktor numer dwa odpowiedział wzrostem obciążenia.

— Lazarus — powiedział Jan. — On go rozpoznaje.

Na tarczy pojawił się bursztynowy znak oka.

Obiekt znieruchomiał.

Przez system „Czapli” przeszedł impuls. Ekrany zgasły, wróciły i pokazały jedno słowo:

NOSICIEL.

— To o nas? — zapytała Ewa.

Jan patrzył na „Arctowskiego”.

— O okręcie.

Ciemna warstwa oderwała się od tarczy. Zwinęła z powrotem w kroplę i odpłynęła kilka kilometrów. Okońska odezwała się na kanale.

— „Czapla”, wracacie natychmiast. Pełna kwarantanna. Obiekt pozostaje poza tarczą.

— Przestał atakować — powiedziała Krawiec.

— Nie atakował.

— Skąd pani wie?

— Gdyby atakował, nie zatrzymałby się po rozpoznaniu.

Hryniewicz wszedł na kanał.

— To strażnik.

— Albo celownik — odparła Okońska. — Nie nazywamy rzeczy, dopóki nie wiemy, co robią.

— Właśnie oznaczył „Arctowskiego” jako nosiciela.

— Tego również nie rozumiemy.

— Rozumiemy wystarczająco.

— Nie. Pan znowu chce, żeby połowa odpowiedzi wystarczyła do pełnej decyzji.

Ciemna kropla obróciła się w przestrzeni. Jej powierzchnia otworzyła wąską szczelinę. W środku zapaliło się białe światło.

— Emisja! — krzyknął oficer z mostka. — Wąska wiązka, kierunek poza system!

Okońska nie zawahała się.

— Ogień wszystkimi działami.

Pierwsza salwa rozbiła powierzchnię obiektu. Druga przeszła przez jego wnętrze. Ciemna powłoka pękła na kilka części.

Biała wiązka zgasła.

— Zniszczony — zameldował oficer.

Hryniewicz patrzył na resztki.

— Za późno.

— Nie wiemy, czy cokolwiek wysłał — powiedziała Okońska.

— Wysłał.

— Skąd ta pewność?

— Bo strażnik nie musi przeżyć, jeśli zdąży wskazać drogę.

W przestrzeni pozostała chmura ciemnych odłamków. Większość odpłynęła powoli, bez błysku i bez gazu. Jeden kawałek obrócił się kilka razy, dotknął wygaszanej tarczy „Perun” i zamiast odbić, przylgnął do pola. Gdy tarcza zniknęła, odłamek pozostał na pancerzu, dokładnie nad sekcją chłodzenia reaktora numer dwa. Jeden z nich przykleił się do tarczy „Perun” i nie odpadł po jej wygaszeniu.


Odłamek miał długość trzydziestu centymetrów i wyglądał jak zwęglona łuska. Przywarł do pancerza nad sekcją chłodzenia reaktora numer dwa. Nie trzymał się magnetycznie ani mechanicznie. Krawędź wtopiła się w osłonę na głębokość kilku milimetrów, bez śladu wysokiej temperatury. Metal „Arctowskiego” pod czarną powierzchnią zmienił strukturę, jakby na chwilę zapomniał, że jest stopem tytanu.

Okońska zabroniła wprowadzać „Czaplę” do głównego hangaru. Lądownik zacumował przy zewnętrznym module kwarantanny. Zespół przeszedł przez dwie śluzy i został zamknięty na kolejne czterdzieści osiem godzin. Jan nie protestował, bo rozumiał tę decyzję. Na ekranie modułu widzieli pracę sekcji technicznej. Mizera wysłał na pancerz robota serwisowego. Maszyna zbliżyła się do odłamka na dwa metry i zatrzymała.

— Dlaczego stoi? — zapytał Kovacs.

— Nie przyjmuje komendy ruchu — odpowiedział Mizera przez interkom.

— Odłącz automatykę.

— Jest odłączona.

— Ręczne sterowanie?

— Też nie.

— Ściągnij robota.

— Nie mogę. Kotwy trzymają, ale napęd ramienia zablokowany.

Kovacs spojrzał na Jana.

— Znowu.

— Tak.

— Zaczynam tęsknić za zwykłą rdzą.

Mizera wypuścił drugi robot, prostszy, bez dostępu do sieci okrętu. Ten dotarł do odłamka. Mechaniczne szczypce zacisnęły się na czarnej powierzchni.

Materiał pękł pod naciskiem szczypiec, lecz zamiast odłamać się na zewnątrz, rozwarstwił wzdłuż pancerza. Z wnętrza wyszły włókna cieńsze od przewodów światłowodowych. Wcisnęły się w mikroszczeliny osłony, rozdzieliły i zniknęły pod blachą. Robot odskoczył dopiero po komendzie Mizery. Na kamerze zostały czarne żyłki, które jeszcze przez kilka sekund poruszały się pod powierzchnią.

— Przerwać! — krzyknął Jan.

Mizera odciągnął robota, lecz włókna zostały. Na schemacie kadłuba pojawił się wzrost przewodności: cienka linia biegła od miejsca kontaktu prosto do magistrali reaktora numer dwa.

— Odcinamy sekcję — powiedziała Okońska.

— Nie możemy — odparł Mizera. — Przewód przechodzi przez warstwę konstrukcyjną. Nie ma tam zaworu ani grodzi.

— Wypalamy fragment pancerza.

— Zrobimy otwór nad reaktorem.

— Załatamy.

— Czym? Drukarka potrzebuje dwudziestu godzin na płytę tej grubości.

— Mamy zapasowe segmenty.

— Dwa. Jeden na dziób, drugi na pierścień.

— Krzysztof — głos Okońskiej stwardniał. — To nie rozmowa o magazynie. Obca struktura wchodzi do okrętu.

— Wiem.

— Więc ją zatrzymaj.

Mizera patrzył na schemat.

— Jan, co robi Lazarus?

Jan przełączył obraz na dane reaktora. Trzy zawory przestały zmieniać geometrię. Po raz pierwszy od miesięcy przepływ chłodziwa wyrównał się. Brunatny osad zniknął z filtrów.

— Czeka — powiedział.

— Na co?

— Na odłamek.

Kovacs oparł łokcie o stół.

— Wspaniale. Dwie obce części właśnie się rozpoznały, a my jesteśmy rurą między nimi.

Ewa siedziała obok, przeglądając dane z kokonów.

— Strażnik nazwał okręt nosicielem.

— Nie zaczynaj — powiedział Jan.

— Czego?

— Teorii, że to wszystko było zaplanowane.

— Nie mam teorii. Mam słowo.

— Wysłane przez system, który używał naszego sprzętu do tłumaczenia.

— I mapę pokazującą Marsjan zabierających stąd Lazarusa.

— Fragment Lazarusa.

— Właśnie. Może nie był kompletny.

Kovacs spojrzał na nią.

— A odłamek jest brakującą częścią?

— Może.

— Bardzo nie lubię słowa „może”.

— Ostatnio niczego innego nie mamy.


Dowództwo zebrało się na mostku. Okońska pozostawiła otwarty kanał do kwarantanny, choć zwykle tego nie robiła. Hryniewicz siedział w fotelu, blady i nieruchomy. Marek stał przy bocznej ścianie jako pierwszy wybrany przedstawiciel rady sektorów.

— Dlaczego on tu jest? — zapytał Hryniewicz.

— Bo ponad dwustu dorosłych widziało, jak strzelaliśmy do czegoś przy tarczy — odpowiedziała Okońska. — I ponieważ obiecałam, że nie będziemy już nazywać alarmu pracą serwisową.

Marek skinął głową.

— Ludzie nie żądają szczegółów technicznych. Chcą wiedzieć, czy możemy zostać zaatakowani.

— Możemy — powiedziała Okońska.

Hryniewicz spojrzał na nią.

— To cała odpowiedź?

— Prawdziwa.

— Wywoła pan panikę — powiedział do Marka.

— Pan wywołałby ciszę. Już wiemy, co z nią robić.

Generał zacisnął dłoń na poręczy.

— Nie ma pan pojęcia, co robi informacja w zamkniętej społeczności.

— A pan ma? Od miesięcy ukrywa pan wszystko, co nie pasuje do planu.

Okońska uniosła rękę.

— Nie teraz. Mamy obcy materiał w pancerzu i możliwą transmisję poza system. Kłótnia o ustrój poczeka.

Marek nie odszedł.

— Nie będzie osobnej kłótni o ustrój. Ona już trwa.

— Proszę jej nie przegrać przez gadanie w chwili alarmu.

Marek zamilkł. Oficer sensorów wyświetlił analizę wiązki wysłanej przez strażnika.

— Kierunek pokrywa się z punktem na mapie pod lodem. Tym samym, do którego prowadziła pojedyncza linia.

— Odległość? — zapytała Okońska.

— Nie możemy ustalić. Brak obiektu w katalogu. Jeżeli to gwiazda, zasłania ją obłok pyłu albo jest zbyt słaba.

— Czas odpowiedzi?

— Przy zwykłym sygnale lata.

— A przy ich technologii? — zapytał Hryniewicz.

Oficer rozłożył ręce.

— Nie wiem.

Okońska sprawdziła zegar.

— Odchodzimy z Wolfa. Przygotować krótki skok na zewnętrzny wektor.

— Reaktor dwa nie jest gotowy — powiedział Mizera.

— Użyjemy pierwszego.

— Jeden reaktor nie utrzyma pełnego pola dla tej masy.

— Ograniczymy pierścień.

Marek drgnął.

— Co to znaczy dla mieszkańców?

— Zatrzymanie rotacji na czas skoku. Pełna nieważkość przez około godzinę.

— Hydroponika?

— Zabezpieczymy.

— Dzieci?

— Tak samo jak dorosłych.

— Czyli jak?

Okońska odpięła dłoń od poręczy.

— Pasami.

Marek chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili alarm reaktora przeciął mostek. Nie czerwony. Bursztynowy. Na schemacie kadłuba włókna odłamka dotarły do magistrali Lazarusa.

Trzy zawory otworzyły się jednocześnie. Reaktor numer dwa zgasł bez szarpnięcia, jak przy idealnie wykonanym wyłączeniu serwisowym. Światła na okręcie przyciemniały, pierścień mieszkalny zaczął zwalniać, a pompy hydroponiki przeszły na zasilanie awaryjne. W komorze reaktora czarny odłamek przebił ostatnią warstwę osłony i rozwinął się wokół Lazarusa w cienką siatkę. Temperatura oraz ciśnienie chłodziwa wyrównały się co do wartości projektowych. Brunatne drobiny w filtrach ruszyły w przeciwną stronę, wciągane z powrotem w strukturę materiału.

— Utrata plazmy! — zameldował Mizera.

— Awaria? — zapytała Okońska.

Jan patrzył na odczyty.

— Nie. Wygasił się poprawnie.

— Kto wydał komendę?

— Nikt.

— SI?

— Nie.

— Lazarus?

Jan nie odpowiedział.

W komorze reaktora czarny odłamek przebił ostatnią warstwę pancerza. Nie wpadł do środka. Rozwinął się w cienką siatkę wokół trzech zaworów. Temperatura spadała. Ciśnienie chłodziwa wyrównało się. Brunatne drobiny w filtrach zaczęły znikać, wciągane z powrotem w strukturę materiału.

— On się naprawia — powiedział Mizera.

Kovacs pokręcił głową.

— Nie. On się kończy budować.

Na wszystkich ekranach okrętu pojawił się znak otwartego oka.

Światło pozostało.

Znak przesunął się, zwęził i zmienił w linię prowadzącą przez model układu Wolfa. Minęła orbitę zewnętrznej planety, przecięła pas asteroid i wskazała pustą przestrzeń poza katalogiem.

— Ten sam kierunek — powiedział oficer sensorów.

Hryniewicz wstał.

— Szlak.

— Albo cel — odparła Okońska.

— Musimy lecieć.

— Musimy najpierw odzyskać kontrolę nad okrętem.

— Możliwe, że właśnie ją odzyskaliśmy.

— Reaktor zgasił się bez naszej komendy.

— I naprawił własne chłodzenie.

— To nie jest kontrola. To łaska maszyny.

W kwarantannie Ewa spojrzała na Jana.

— Słyszysz?

— Co?

Przyłożyła dłoń do ściany. Z głębi kadłuba dochodził niski rytm, bardziej podobny do powolnego przepływu krwi przez wielką rurę niż do uderzeń.

— Okręt brzmi inaczej — powiedziała.

Jan poczuł drganie pod palcami. Znał „Arctowskiego” od pierwszych spawów w „Malwince”. Znał jego pompy, luzy, rezonanse i fałszywe alarmy. Ten dźwięk nie należał do żadnego z nich.

— Tak — odpowiedział.


Alarm sensorów zmienił ton.

Oficer odwrócił się gwałtownie.

— Mamy odpowiedź.

Okońska podeszła do jego stanowiska.

— Skąd?

— Z kierunku transmisji strażnika.

— To niemożliwe. Sygnał wyszedł godzinę temu.

— Wiem.

— Rodzaj emisji?

— Żadna znana. Przesunięcie grawitacyjne. Takie samo jak mapa z planety, tylko silniejsze.

— Treść?

Oficer powiększył zapis.

Z trzech punktów na ekranie dwa zgasły, a trzeci ruszył w ich stronę.

Hryniewicz szepnął:

— Zobaczyli nas.

Okońska nie odwróciła wzroku od ekranu.

— Nie. Zobaczyli nosiciela.

— Różnica?

— Jeszcze nie wiem.

Czarny punkt poruszał się z prędkością, której system nie potrafił obliczyć. Z każdą sekundą był bliżej. Okońska nacisnęła alarm ogólny.

— Tu kapitan. Zatrzymać pierścień. Wszyscy mieszkańcy do stanowisk przeciążeniowych. Przygotować okręt do natychmiastowego skoku.

— Na jaki kurs? — zapytał sternik.

Spojrzała na linię wskazaną przez otwarte oko. Potem na punkt nadciągający z ciemności.

— Nie w stronę Ziemi — powiedziała. — I nie tam, gdzie nas prowadzą.

— W takim razie dokąd?

Okońska zaznaczyła pusty sektor ponad płaszczyzną układu.

— W bok.

Hryniewicz podniósł głowę.

— To nie jest szlak.

— Dlatego może jeszcze nie być grobem.

„Arctowski” zaczął zwijać swój pierścień grawitacyjny. W kajutach ludzie przypinali dzieci do foteli. W hydroponice zamykały się koryta, a pierwsze ziemskie pomidory znikały za osłonami. Na osi reaktor numer jeden wchodził na przeciążenie. Reaktor numer dwa pozostawał martwy. Tylko nowa, czarna siatka wokół Lazarusa pulsowała własnym światłem. Kiedy przed dziobem zaczął rodzić się niebieski żagiel, planeta pod nimi odpowiedziała ostatnim impulsem.

W komorze kokonów wszystkie ocalałe kapsuły zapaliły się na sekundę i zgasły dopiero po odejściu statku. Jan nie wiedział, czy był to protokół pożegnania, czy zapis kierunku.

Rozdział 16. W bok

Skok nie przypominał żadnego z poprzednich.

Niebieski żagiel nie rozwinął się przed dziobem równą płaszczyzną. Zadrżał, zapadł pośrodku, po czym rozdarł na dwie nachodzące warstwy: jedną jasną i niemal przezroczystą, drugą siną jak stary krwiak. W chwili, gdy kadłub wszedł pomiędzy nie, Jan poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a szczęka mimowolnie zaciska się na ochraniaczu. Fotel ciągnął ciało najpierw w bok, potem w przeciwną stronę, choć wskaźnik przeciążenia nie potrafił wybrać znaku.

Na mostku zgasły wszystkie boczne monitory.

— Pole niesymetryczne — powiedział sternik. — Lewa burta traci zamknięcie.

— Wyrównaj emiterami trzeciego pierścienia — rozkazała Okońska.

— Trzeci pierścień nie odpowiada.

— To przełącz na drugi.

— Drugi trzyma sześćdziesiąt procent.

— Wystarczy.

Sternik spojrzał na nią, upewniając się, że dobrze usłyszał.

— Pani kapitan, przy tej masie…

— Wystarczy na tyle, żebyśmy nie zostali w Wolfie. Rób pan.

„Arctowski” wszedł w anomalię bokiem.

Pierwszy wstrząs przeszedł przez kadłub od dziobu do rufy. Drugi wrócił w przeciwnym kierunku, jak fala odbita od zamkniętej grodzi. Ludzie przypięci do foteli poczuli, że przez krótką chwilę ich ciała ciągnie jednocześnie w dwie strony. Na ekranie Jana cyfry przestały tworzyć ciąg.

Czas pracy reaktora numer jeden skoczył naprzód o trzy sekundy, cofnął się o jedną, a potem znów ruszył. W sąsiedniej kolumnie zegar komputera głównego wskazywał czas późniejszy o siedemnaście sekund. Rejestr Lazarusa nie pokazywał żadnej wartości. Tylko czarną linię, która pulsowała w rytmie niepasującym do żadnego z reaktorów.

— Mizera, widzisz to? — zapytał Jan.

— Widzę.

— Komputery się rozjeżdżają.

— Nie komputery.

Mizera mówił cicho. Na jego twarzy, oświetlonej awaryjnym światłem, nie było strachu. Było coś gorszego: skupienie człowieka, który zrozumiał awarię, ale nie zna narzędzia zdolnego ją zatrzymać.

— Co się rozjeżdża? — odezwał się Hryniewicz.

— My — odpowiedział Mizera.

Okońska odwróciła głowę.

— Proszę bez zagadek.

— Pole Alcubierre’a zamknęło się na jednym reaktorze. Drugi jest wygaszony, ale Lazarus nadal zasila część emiterów. Mamy dwa źródła pola pracujące z innym przesunięciem fazowym.

— Skutek?

— Nie wiem.

— To proszę zgadywać jak inżynier, a nie milczeć jak ksiądz.

Mizera zacisnął szczękę.

— Jeżeli różnica wzrośnie, część okrętu wyjdzie ze skoku wcześniej niż reszta.


Sternik nie odrywał dłoni od pulpitu, gdy wokół ucichły rozmowy.

— Jak duża część?

— Nie wiem.

— Dziób? Rufę? Pierścień?

— Nie wiem.

— Wspaniale — powiedziała Okońska. — Jan, możesz odciąć Lazarusa od emiterów?

— Fizycznie nie. Czarna siatka przejęła magistralę po wyjściu z Wolfa.

— A logicznie?

— Nie przyjmie komendy.

— Zmusisz ją.

— Pani kapitan…

— Nie pytam, czy masz instrukcję. Pytam, czy zdołasz ją zmusić.

Jan spojrzał na widok reaktora numer dwa. Trzy obce zawory przestały przypominać zawory. Czarna tkanka wyrosła z nich wzdłuż rur i oplotła złącza zasilające. W niektórych miejscach była cienka jak pajęczyna. W innych tworzyła gładkie, twarde żebra.

— Mogę odciąć całą sekcję — powiedział. — Wysadzić bezpieczniki plazmowe między reaktorem a magistralą.

Kovacs uniósł głowę.

— Raz. Potem już ich nie zepniemy bez postoju.

— Jeżeli tego nie zrobimy, możemy nie mieć czego spinać.

— Jan — odezwała się Ewa przez kanał wewnętrzny.

Jej głos dochodził z kapsuły przeciążeniowej w pierścieniu mieszkalnym. W tle płakało dziecko z sąsiedniej kajuty, nie ich syn.

— Jestem — odpowiedział.

— Światło w module gaśnie i wraca. Mały pyta, czy to normalne.

Jan zamknął oczy.

— Powiedz mu, że tak.

— A mnie?

Nie odpowiedział od razu. Kolejny wstrząs przesunął ludzi w pasach. Gdzieś w głębi okrętu uderzyło coś ciężkiego. Z głośników popłynął meldunek o zerwanym kontenerze w magazynie nasion.

— Tobie powiem później — powiedział Jan. — Teraz trzymajcie głowy przy zagłówkach.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

Połączenie urwało się, zanim dodała coś jeszcze. Na głównym ekranie pojawiła się mapa naprężeń kadłuba. Czerwony pas biegł wzdłuż połączenia osi centralnej z pierścieniem.

— Tracimy trzeci wspornik — zameldowała oficer operacyjna.

— Mizera? — Okońska nawet na niego nie spojrzała.

— Jeżeli odetniemy Lazarusa w tej chwili, pole może się zapaść.

— A jeżeli nie odetniemy?

— Wspornik puści.

— Ile czasu?

— Minuta. Może dwie.

Hryniewicz pochylił się do przodu.

— Kapitanie, musimy wyjść ze skoku.

— Nie mamy ustalonego punktu.

— To wyjdziemy tam, gdzie jesteśmy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 83.66