E-book
2.73
Arena

Bezpłatny fragment - Arena


Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8221-453-6

Część I
Arena

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski

Kontakt: bookbonk@gmail.com

Jesteś kim byłam, będziesz kim jestem

Ku pamięci Mason Purcell, aka Fawzia dokhtar-i-Sanjar

I. Arena

Wieje porywisty wiatr i pada rzęsisty deszcz, które wespół smagają mnie niczym wilgotnym biczem. Mnie, czyli drobną, rudą i piegowatą dziewczynę. Jednak przede wszystkim niewolnicę, zziębniętą i zamkniętą w drewnianej klatce na jednym z wozów. Ten, zaprzężony w dwa woły, z trudem pokonuje w kondukcie błotnistą drogę. Lecz moja droga przez życie wcale nie jest łatwiejsza, o nie. Zabici bliscy, spopielona wioska, pozostawione za sobą pot, krew i łzy. Wszakże się nie poddaję, na przekór wszystkiemu wciąż istnieję, a razem ze mną moje dziedzictwo i posłannictwo zarazem, tak. Winni zostaną ukarani tymi oto wątłymi rękami, które teraz kurczowo ściskają omszałe drewno — więżące mnie kraty. Ta myśl daje mi siłę, nadzieję i wiarę oraz nadaje sens istnieniu w kolejne naznaczone cierpieniem dni.

Z przegniłych łąk zatopionych w jesiennej szarudze przenoszę wzrok na panoramę wyłaniającego się w oddali wielkiego miasta. To zbudowana z kamienia i marmuru stolica Terraticos, cesarstwa, jednego z pięciu władztw kontynentu Pendorum.

Na horyzoncie dominują potężne, niezdobyte mury wysokie na kilkunastu ludzi, które swym ogromem wręcz przytłaczają widnokrąg. Ponad nimi piętrzą się białe i szare szczyty budynków. Wśród ich zarysów wyróżnia się cesarski pałac na wzgórzu otoczony kolumnami, nieopodal zaś wznosi niebotyczne Koloseum.

Jednakże ja sama zmierzam prosto na targ niewolników, miejsce, z którego mam trafić do czyichś rąk, niczym zakupiony przedmiot, rzecz. Jeżeli natomiast nie znajdzie się na mnie kupiec, wówczas z podobnymi sobie istotami będę oddana wprost na arenę na krwawą rzeź. Tam, ku uciesze gawiedzi, rozerwana zostanę przez dzikie zwierzęta, zmasakrowana w nierównej walce, bądź zgwałcona na oczach tysięcy czy wbita na pal, jeśli taką wyznaczą mi śmierć. Jedno jest pewne, a mianowicie nie czeka mnie tam nic dobrego, o nie.

Następnie, zamiast podziwiać zarys wielkiego miasta, spoglądam na dziewczynę w ubłoconym, drelichowym worku — obskurny stroju podobnym, jak mój. Tak samo, jak ja siedzi ona w klatce i czeka na nowe rozdanie kart przez los. Mimo pyszałkowatych uwag nie jest w stanie ukryć ogarniającej ją trwogi. Jej pełne usta drgają nerwowo, a krągłe piersi pod szarym materiałem coraz szybciej falują. Bezwiednie odgarnia skołtunione, krucze i kręcone włosy, a także drapie czyraki na ręku. Widzę, że im bardziej się lęka, tym wzgardliwsze posyła mi spojrzenia, pragnąc mnie upokorzyć i dodając tym sobie odwagi.

Ja sama z kolei odbieram wrażenie, zupełnie jakbym dosłownie zapadała się w sobie. Odkąd pamiętam, przeżywam chwile, gdzie wygasają we mnie wszelkie uczucia, emocje, a wtedy moje ciało wypuszcza z siebie na wielki świat czystego ducha. Potrafi on wznieść się wysoko i szybować w nieograniczonej przestrzeni niczym przezroczysty, niewidzialny ptak. I czyni to także teraz.

Już nie spoglądam na stolicę Terraticos z poziomu wozów. Obecnie podziwiam ją z lotu ptaka, którego nie imają się ani rzęsiste krople deszczu, ani też porywisty wiatr. Widzę nieprzebrane rzędy prostokątnych budynków o białych barwach. Przypominają one wyspy pomiędzy którymi, jak kolorowe rzeki, wiją się całe zastępy maszerujących ludzi.

Na moment wzlatuję ponad poziom gęstych, granatowych chmur, aby doświadczyć bezkresu błękitnego nieba oraz spojrzeć w zawieszone na nim złociste słońce. Zaraz potem nurkuję w dół i jestem już na targu pomiędzy ludźmi i zwierzętami. Patrzę na nieznane mi owoce, warzywa, a także przyprawy oraz inne dary natury, od których aż uginają się obszerne stragany. Spoglądam na owce, kozy i osły oraz chłonę egzotyczne zapachy pokazowo zapalanych kadzideł, którymi wabi się klientów. Słyszę również ludzki zgiełk: wyławiam płacz dziecka, żebrzące prośby o jałmużnę, gwarne nawoływania czy puste śmiechy. I nagle znowu całą sobą jestem zamknięta w klatce na wozie. Mój wyzwolony duch powraca do zniewolonego ciała.

Odczuwam, że szarpie mnie za ramię dziewczyna z naprzeciwka, po czym uderza otwartą dłonią w twarz. Próbuje zadać mi kolejny cios, ale tym razem zdecydowanie chwytam jej dłoń. Spogląda na mnie z niechęcią i przez chwilę się waha, zastanawiając, czy iść ze mną na konfrontację. Krzywi się paskudnie na pyzatej twarzy, ale daje za wygraną i cofa do swego kąta w klatce.

A zaraz gniewnie posykuje, nazywając mnie czarownicą, której nagle rozświetlają się oczy. Złowrogo wspomina o swoim bracie należącym do Zakonu Lancy Czarnego Orła. Zarzeka się, że takie ohydztwa, jak ja, zakonnicy obdzierają żywcem ze skóry i podpalają na stosie. Gdy zaś wychodzi z ofiar demoniczna dusza, przyzywają czarne orły, które ostatecznie unicestwiają eteryczne istnienie heretyków. Dobitnie zaznacza, że to kres mrocznych pomiotów. Zakatowane wiedźmy zostają odesłane wprost do Otchłani skąd nie ma powrotu.

Po tym wywodzie dziewczyna w kruczych włosach spluwa mi siarczyście w twarz i zaciska ręce gotowe do walki, jeśli sama zaatakuję. Ale ja tylko ocieram szorstką tkaniną rękawa policzek i czoło. Nie uśmiecham się cynicznie, nie szczerzę zębów w gniewnym grymasie. Po prostu odwracam wzrok. Właśnie przekraczamy zdobioną rzeźbieniami bramę wielkiego miasta.

Sklepienie w kształcie łuku pokrywają kunsztownie wyryte w marmurze dumne postacie wodzów ze wzniesionym orężem. Towarzyszą im mniejsze wizerunki szeregów żołnierzy i gladiatorów. Są tu też liczne napisy, których nie rozumiem.

Tak, nie umiem pisać ani czytać. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego, jak pismo. Tajemnicze znaki, którymi ludzie potrafią wyrażać własne myśli, doprawdy niezwykła dla mnie rzecz.

Tymczasem wóz mija kolejne zatłoczone ulice, które widziałam już z lotu ptaka. Dlatego wiem, że szybko zbliżamy się do celu, czyli na targ, którego część wydzielona jest do sprzedaży ludzi, obecnie takich, jak ja, niewolników.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmia zmęczonym głosem mój właściciel, który nie tak dawno nabywa mnie w porcie i wstrzymuje on parę wołów. Mężczyzna ten jest już postarzały z włosami i brodą w całości pokrytymi siwizną. Na prawym policzku ma długą, silnie wypukłą bliznę, do tego liczne, srebrne kolczyki w uszach. Oczy ma zielone, a wzrok bezwzględny, za pasem zaś klucze do kajdan, a w ręku dzierży bat. Ubrany jest w szarą tunikę kiepskiej jakości pokrytą do kolan wilgotnym błotem.

Schodzi on ociężale z wozu i kluczem otwiera drewnianą klatkę. Gestem ręki wskazuje nam, abyśmy wyszły na zewnątrz, co niniejszym czynimy. Gdy we dwie stajemy naprzeciw niego, ogląda nas dokładnie od stóp do głów i zdegustowany spluwa w kałużę, gdzie krople deszczu czynią rozliczne kręgi. Następnie gwałtownie rozrywa ubranie mojej współtowarzyszki niedoli, czyniąc to na wysokości jej klatki piersiowej. Waży w dłoni jej obnażone, pełne piersi i na jego krzywych ustach pojawia się cień satysfakcji.

Niebawem my, niewolnice, stoimy wspólnie w łańcuchach oplatających nam ręce i nogi pod poszarzałą, spękaną ścianą, gdzie wystawia się ludzki towar. Nasz właściciel z kolei zasiada na pobliskiej, zadaszonej ławie i popijając wino z glinianego kubka, łapczywym wzrokiem lustruje okolicę w oczekiwaniu na potencjalnych klientów.

Ci jednak przechodzą koło nas z reguły nawet na nas nie spoglądając bądź obrzucając wzgardliwym spojrzeniem. Czasem któryś z mężczyzn dłużej ogniskuje wzrok na nagich piersiach dziewczyny koło mnie, ale zaraz odchodzi dalej.

I tak ranek przechodzi w południe i powoli zbliża się zmierzch, czas, kiedy targ zostaje zamknięty na kolejny dzień. My zaś nieustannie stoimy głodne, zziębnięte na bosych stopach w cieczy, gdzie woda z deszczówki miesza się z naszym własnym moczem.

Aż wreszcie wzbudzamy zainteresowanie pewnej pary. Kobieta oraz mężczyzna w średnim wieku za to w wykwintnych tunikach zatrzymują się przed nami, a ich sługa dzierży nad nimi obszerny, bladoniebieski baldachim chroniący od deszczu.

Nie mija chwila, a pojawia się koło nich nasz właściciel. I jak umie zaczyna zachwalać swój towar, wskazując najpierw na dziewczynę, z którą dzieliłam uprzednio miejsce na wozie:

— Jest młoda, jest zdrowa. — Chwyta ją ordynarnie za szczękę i pokazuje w większości białe, równe zęby. — Zdrowa i płodna. — Obmacuje bujne piersi z różowiącymi się sutkami. — Płodna i silna. — Klepie po zwalistych pośladkach oraz udach. — Silna i posłuszna. — Kładzie jej rękę na ramieniu, po czym ściąga na dół. Ona ulega i w akcie pokory klęka, pochylając nisko głowę. Jest nagle, niczym inna osoba odarta z buty i zawziętości, które demonstrowała w drewnianej klatce. Ale to zrozumiałe. Jeżeli właśnie znajduje na siebie kupca, to nadchodzącej nocy uniknie swej okrutnej kaźni na arenie w sławetnym Koloseum.

— Może i na coś się nada… — mówi z pewnym zainteresowaniem mężczyzna z przybyłej pary i rozciera między palcami mokre, poskręcane loki dziewczyny.

— Sama nie wiem… — oznajmia z kolei leniwie towarzyszka mężczyzny, poprawiając własne, zaczesane w wysoki kok blond włosy. — Na służbę do żadnego z domów jej nie weźmiemy, prezentuje się zbyt wulgarnie. Natomiast w polu ma kto robić. Nasi niewolnicy aż nadto się rozmnożyli niczym króliki z Favers. — Macha lekceważąco dłonią zdobną w drogocenne pierścienie oraz obrączki i zaraz dodaje: — Choć mnie osobiście nieco intryguje ta druga, mniejsza niewolnica… — Spogląda na mnie. — Jest jakaś inna, dziwna… Skąd pochodzi…?

— Aaa… — Trochę zdenerwowany właściciel rozkłada szeroko ramiona: — To prawdziwy unikat, choć niedoceniany — odpowiada z udawanym podziwem. — Pochodzi zaś ona… z odległej, zamorskiej krainy bez nazwy… A jej rodowodem są półdzikie plemiona… I może wygląda dość niepozornie, ale swoimi talentami może wnieść w każdy arystokratyczny dom powiew egzotyki oraz nowości…

— Ciekawe… — wyraża tym razem zainteresowanie przybyły mężczyzna. — Co takiego na przykład potrafi? Niech coś powie…

Na co właściciel załamuje ręce i przez zaciśnięte zęby wycedza:

— Kiedy to… niemowa… Ale zaręczam, że zdrowa na umyśle, pojętna i usłużna. Rozumie polecenia…

— Hm… Może moglibyśmy przyuczyć ją do sztuki cyrkowej — zastanawia się na głos kobieta. — Do widowiskowej jazdy konnej, połykania ogni… Tak, aby zabawiała gości.

— Tak… — wtóruje jej w zamyśleniu arystokratyczny mężczyzna… — Wydaje się zwinna i ma coś niezwykłego w oczach jak magię… — Myślę, że możemy ją nabyć za trzy złote Aureusy. Co ty na to, kochanie…?

— Za dwa, Artusie, za dwa… W końcu będzie tresowana od podstaw. Wygląda na dość dziką. Na pewno nie gryzie…? — Kobieta ostrożnie wyciąga dłoń z pierścieniami na wysokość mych ust.

— Pocałuj… — posykuje do mnie właściciel i desperacko ściska w rękach bicz. Ja zaś wiem, że jeżeli zawiodę, to zanim odda mnie na arenę, na śmierć, to w akcie zemsty zedrze ze mnie skórę swym batem. Dlatego delikatnie całuję wyciągnięty ku mnie złoty pierścień, czym wywołuję pełen satysfakcji uśmiech na twarzy jego właścicielki.

A zaraz, pokazując batem na klęczącą koło mnie dziewczynę, ponownie odzywa się właściciel:

— Dorzucę jeszcze tę sztukę za… połowę ceny… One, te niewolnice, się znają i pragnąłbym sprzedać je razem…

— Hm… — Arystokratyczny mężczyzna spogląda na wilgotne, nagie piersi dziewczyny, z których miarowo skapują krople deszczu. Lecz w tym momencie kobieta przechwytuje kierunek jego spojrzenia i nie pozostawia mu złudzeń:

— Wykluczone — oświadcza. — Uzgodniliśmy wcześniej, Artusie, że zakupimy co najwyżej jedną niewolnicę, tak było między nami postanowione.

— Racja… — przyznaje mężczyzna.

Na te słowa dziewczyna na klęczkach zaczyna nieśmiało łkać aż całkiem szlocha. Podnosi wykrzywioną grymasem bólu twarz na kobietę i desperacko łapie ją za długą, białą tunikę, szepcząc:

— Błagam… zaklinam…

W odpowiedzi elegancka kobieta z niesmakiem wyrywa swoją nieskazitelnie białą suknię z brudnych, dziewczęcych rąk. Natomiast właściciel bierze zamach batem, aby skarcić niewolnicę. Jednak ta niespodziewanie chwyta go za rękę i gwałtownie odpycha, po czym z zajadłością rzuca się wprost na mnie. Wbija mi długie, brudne paznokcie w twarz i krzycząc, boleśnie rani moje lico Następnie bez opamiętania okłada mnie pięściami i wpija zęby w ramię.

Zaskoczona nie zdążam nawet zareagować, gdy wtem dziewczyna zastyga w bezruchu, niczym kamień. Chwyta mnie kurczowo, jakby się podtrzymując, aby nie upaść i powoli osuwa po mym ciele na wilgotne podłoże. Rozkłada się na nim niedbale i otwiera szeroko usta, spoglądając pustymi oczyma w granatowe niebo. Zaś spod jej pleców wypływa strużka czerwonej krwi, która łączy się z deszczówką i spływa do pobliskich kanałów. W tej chwili w rękach właściciela dostrzegam długi nóż.

Ocieram krew z własnej twarzy. A kiedy znowu spoglądam przed siebie, widzę oddalającą się pospiesznie arystokratyczną parę, która dopiero co zamierzała mnie kupić. Przenoszę wzrok na właściciela i widzę, jak narasta w nim gniew, aż ogarnia go prawdziwa furia. Wymownie spogląda na mnie spode łba i wyrok jest oczywisty, a brzmi on — arena.

Lecz zanim trafiam przed bramy górującego nad miastem Koloseum, otrzymuję tuzin siarczystych batów. Wymierza mi je mężczyzna, który dokonuje tak feralnego zakupu, nabywając mnie i zasztyletowaną przez siebie dziewczynę.

Nieustannie popychana w plecy i przewracając się na marmur czy w błoto, z krwawymi pręgami na tułowiu docieram na obszerny plac w cieniu Koloseum. W tym miejscu za pół worka mąki skupuje się ludzi przeznaczonych na rzeź na arenie. I taki los przytrafia się właśnie mnie.

Teraz kroczę w długim sznurze skazańców przed celami gladiatorów. A już niebawem zostanie mi wskazany mój ostateczny los. Wręcz czuję, jak lodowate wołanie śmierci przyzywa mnie. Jednak zaciskam dłonie w pięści i ze wszystkich sił mówię jej w duchu: nie… jeszcze nie, o nie.


*


— Hah, Dornikusie! I jak tam opanowanie przed walką?! — odzywa się gromko jeden z gladiatorów i nakłada rękaw ochronny na rękę.

— Ciągle nie mogę się rozluźnić, nosi mnie, Gamidosie — odpowiada, stojący jedynie w przepasce biodrowej samnita w randze ciężkozbrojnego gladiatora.

— Hah! Więc się rozluźnij! Wszak do zachodu słońca mamy jeszcze czas! Wtedy zaś… — Chwyta dwuręczny miecz i wykonuje błyskawiczną sekwencję ruchów w duchu walki, po czym spokojnie, jakby wieńcząc zwycięski cios, dodaje: — Zabijemy xeratoksa… Samego potwora z Otchłani i… wszystkie damy w Terraticos będą przed nami mdlały!

— Damy… — powarkuje nerwowo Gamidos i podchodzi w pośpiechu do zamkniętych, zakratowanych drzwi. Sugeruje coś stojącemu tam strażnikowi, a już niebawem powraca na uprzednie miejsce, pchając przed sobą niepozorną, piegowatą i rudą dziewczynę. Podrywa ją niczym piórko na ręce i niedbale rzuca na stół. Następnie odwija sobie przepaskę biodrową i staje całkiem nagi.

— Na Boga Biramond, pogromcę demonów! — krzyczy na ten widok jego kompan, przyglądając się zakrwawionej dziewczynie. — Gdzieś ty znalazł coś tak mizernego i żałosnego zarazem?!

— Nieważne. I nie mam czasu szukać dłużej. Po prostu muszę sobie ulżyć przed walką…

— Skoro tak twierdzisz, to powodzenia, Dornikusie! Nie przeszkadzaj sobie! — Mężczyzna odwraca się i przywdziewa okrągły hełm. Z kolei jego kompan chwyta ze swego rynsztunku sztylet i rozcina na dziewczynie ubranie, po czym zaczyna się z nią szamotać. W tym czasie Gamidos wykonuje lekką rozgrzewkę, wywijając mieczem, aż w pewnym momencie rzuca swobodnie za plecy:

— Nie słyszę żadnych jęków, westchnięć! Coś słabo! A gdzie namiętność, gdzie pasja w imię Bogini miłości i walki Harremid?! — Robi gwałtowny piruet i raptem zastyga zszokowany. Oto ukazuje mu się kompan klęczący na posadzce i ściskający rękoma za swoje obficie krwawiące krocze. Natomiast w dłoniach półnagiej dziewczyny dostrzega sztylet Dornikusa. — Ty… — posykuje do niej i rusza na nią z obnażonym mieczem.


*


Ciągnięta pospiesznie za rękę, kroczę u boku Gamidosa długim korytarzem, gdzie po dwóch stronach płoną zapalone pochodnie, osmalając owalne sklepienie, a para naszych cieni przyjmuje na ścianach postacie złowrogich gigantów.

Samotnie udajemy się wprost na arenę sławetnego Koloseum. Mamy tam stoczyć nocną walkę, mierząc się z krwiożerczym potworem zwanym xeratoksem. Nie mam wyboru, idę, a w uszach ciągle jeszcze pobrzmiewają mi ochrypłe pokrzykiwania nadzorcy gladiatorów:

„Skoro ta bezimienna karlica wykastrowała samego Dornikusa, to ma teraz większe jaja od niego, ha! Więc niech go zastąpi na arenie, bohaterka! Sprzedamy ją publiczności jako odrodzoną, mityczną władczynię Pendorum! Prawdziwą zabójczynię potworów! I co z tego, że ona sama zaraz także zginie. W końcu mityczna Anrea również nie żyła zbyt długo, ha! I nie, nie obchodzi mnie, Gamidosie, że i ty przez nią zginiesz. Ja zaś hojnie obstawię zwycięstwo xeratoksa i zgarnę garść złotych aureusów za głupotę twojego kompana. Idźcie już! Zejdźcie mi z oczu na chwałę areny! I tak dalej! Niech pozdrowiona będzie śmierć! Ha, ha”!

I oto staję z Gamidosem u wejścia na arenę. Ta jest doprawdy olbrzymia, przytłaczająca, a po ostatnich opadach deszczu znaczy ją błotnisty piasek. Do tego otacza ją wysoki mur, wokół którego płoną setki zawieszonych kadzi z czerwonym ogniem. Te palą się także wyżej na każdej kondygnacji, a tych nie jestem wręcz w stanie zliczyć. Z kolei wszystkie poziomy są szczelnie wypełnione przez krzyczący, wielobarwny tłum ludzi.

Odnoszę wrażenie, że doświadczam prawdziwego szaleństwa. Po dotychczasowej katordze ledwo już słaniam się na nogach i nie wiem, czy dam radę iść dalej, nie upadając. Uginają się pode mną kolana, gdy wtem ktoś wręcza mi sztylet oraz ciężką, krągłą tarczę. Z tą chwilą Gamidos, wskazując na środek areny, przekrzykuje skandujący tłum:

— Masz tam iść! Rozumiesz?! Pójdziesz na środek placu i przyjmiesz na siebie szarżę bestii! Tak! Na siebie! Na swoją tarczę! I nawet nie próbuj atakować! — Wyrywa mi z dłoni sztylet i odrzuca daleko. — Masz się tylko cofać! Zaś ja w odpowiednim momencie wyskoczę zza twoich pleców i zabiję potwora! Zaufaj mi! Ćwiczyłem to z… Dornikusem… Zaufaj mi…

A więc kroczę niczym w jakimś transie na środek areny z uniesioną przed siebie tarczą. Ludzie na widowni nieustannie coś krzyczą o jakiejś władczyni, pogromczyni bestii z Otchłani. Nie wiem, czy szydzą ze mnie, czy może podziwiają. Wszystko, na czym koncentruję obecnie uwagę, to aby nie upaść, bo wiem, że wtedy nie znajdę już w sobie sił, by na powrót stanąć na nogi

I oto nagle objawia się przede mną prawdziwy potwór.

Po przeciwległej stronie podnosi się krata między murami Koloseum i na arenę wstępuje złowrogie monstrum. Bestia wielkości byka posiada jego umięśnienie, a długich, ostrych rogów na łbie doliczam się sześciu par i tyle samo dostrzegam czerwonych ślepi. Cztery racice uzbrojone są w orle szpony, a całe ciało pokrywa lśniąca, zielona łuska. Zaś w paszczy pomiędzy dwiema parami szczęk wije się niezwykle długi jęzor przywodzący na myśl bicz, którym bestia smaga na wszystkie strony. Aż ogniskuje ona wzrok wszystkich ognistych oczu właśnie na mnie, zupełnie jakby w ten sposób pragnęła mnie nimi spalić.

Z wrażenia niemal tracę oddech i odruchowo czynię krok w tył, gdzie na przeszkodzie staje mi potężna dłoń Gamidosa. Następnie pcha mnie on bezceremonialnie naprzód z taką siłą, że potykam się i ląduję brzuchem w błocie.

Spoglądam przez ramię na gladiatora, a ten pręży się na ugiętych nogach i trzyma w gotowości dwuręczny miecz. Lecz widzę, że nie patrzy na bestię, a cały czas przygląda się jedynie mi samej, zupełnie jakbym to ja była celem. Czyżbym mogła być nim naprawdę…?

I raptem objawiony mi zostaje prawdziwy zamysł Gamidosa. Wówczas sama się sobie dziwię — iskra gniewu wskrzesza we mnie pragnienie walki i krew w moich żyłach rozgrzewa się.

Dlatego znowu staję na równe nogi, po czym raz jeszcze nawiązuję kontakt wzrokowy z potworem, który wydaje się niepokonany. Co odczytuję w jego ślepiach? Jest tam tylko jedna rzecz — niczym niepohamowana żądza krwi. Więc dam ją xeratoksowi. Dam mu ją, skoro to krwi tak pożąda.

Odrzucam tarczę, zwracam się plecami do monstrum i w ogłuszającej wrzawie tłumu kroczę wprost na wielce zaskoczonego Gamidosa. Gdy jestem tuż przed nim, chowam dłonie pod moją przepaską biodrową. Następnie wyjmuję unurzane w krwi miesięcznej czerwone ręce i bez wahania wycieram je o nagi, męski tors zszokowanego mężczyzny. Potem się odwracam i zajmuję miejsce z boku.

Z tą chwilą dostrzegam szarżującego na nas xeratoksa. Tuż przed nami wstrzymuje on bieg i łypie ślepiami na mnie to Gamidosa. Aż potwór koncentruje uwagę na zakrwawionym torsie gladiatora i rzuca się w szale wprost na niego.

Ja sama padam na mokry piach, czyniąc to w tym samym momencie, kiedy bestia zderza się mężczyzną. Powala go zdecydowanie na ziemię i skacze mu do gardła, by w fontannie czerwonej krwi rozrywać ludzkie ciało na strzępy.

Podźwigam się do pionu i z wolna z trudem podnoszę porzucony, ciężki, dwuręczny miecz Gamidosa. Xeratoks cały czas pastwi się nad truchłem gladiatora i łapczywie pożera krwawe ochłapy jego ciała. Zajmuję pozycję z jego boku i w niewiarygodnej ekstazie krzyczącego tłumu wznoszę wysoko miecz.

— Władczyni!

— Władczyni areny!

— Władczyni Pendorum!

— Anrea!

— Mityczna Anrea!

— Mityczna Anrea władczyni Pendorum!

Dochodzą do mnie wręcz opętańcze wrzaski i jakby tchną we mnie siłę, nadając memu ciosowi prawdziwą moc. Srebrzyste ostrze miecza opada, przebija się przez łuskowatą skórę i zatapia w karku potwora. Ten pada sparaliżowany z przeciętym kręgosłupem, po czym łypie bezradnie ognistymi ślepiami z łbem zanurzonym w krwawych wnętrznościach — pozostałościach Gamidosa.

Biorę głęboki wdech i ponownie unoszę miecz. Pragnę zadać cios w to samo miejsce i ostatecznie zakończyć demoniczne życie istoty, która spoczywa bezradna u moich bosych stóp. Lecz naraz zastygam jak sparaliżowana.

Stoję tak dłuższy czas z uniesionym dumnie orężem, niczym mityczny posąg bohaterki, której imieniem zostałam przezwana. Aż na wspomnienie imienia Anrea mój duch sam wyrywa się ze mnie i zupełnie jakby pragnął uciec z tego miejsca, wzbija się wysoko nad Koloseum.

I raptem z lotu ptaka dostrzegam na środku areny drobną dziewczynę z jaśniejącymi oczyma, klęczącą w błocie z mieczem na kolanach, w otoczeniu krwi oraz mięsa u boku dogorywającego potwora. Wzlatuję jeszcze wyżej i wyżej, spoglądając na zatopione w ognistych światłach Koloseum, a potem na całe miasto, jawiące się niczym mgławica świetlików. I wzbijam się jeszcze dalej, przemierzając nieskończone niebiosa, aż niemal sięgam srebrzystych gwiazd. Nastaje wówczas tak utęskniona przeze mnie cisza, spokój i światłość w mroku. Światło oraz mrok biorą mnie w swe objęcia i otulają.

Czy to jest moja śmierć? Nie, jeszcze nie, o nie. Cokolwiek się stanie, nie poddam się.

II. Koszary gladiatorów

Pod moimi gołymi stopami z lekka ugina się ciepły, suchy i złocisty piasek. W oczy zagląda mi jaśniejące słońce. Ubrana jedynie w dwie szare przepaski, biodrową oraz piersiową, znajduję się na obszernym, ćwiczebnym placu otoczonym barakami. Tak, xeratoks umiera i dzieje się to za moją sprawą, ja zaś za dwa złote aureusy trafiam z areny do szkoły gladiatorów.

Rozglądam się ponownie. Po lewej stronie ćwiczą kobiety, a po prawej mężczyźni. Słychać szczęk stępionej broni, smaganie biczy i gniewne okrzyki nadzorców.

Jeden z nich, niezwykle rosły i barczysty podchodzi do mnie tak blisko, aż czuję od niego kwaśną woń potu. Spogląda na mnie z pogardą, a ja odczytuję w tej postaci bezwzględność i okrucieństwo. Kąciki ust mężczyzny są obniżone ku dołowi, a spod krzywej, górnej wargi wystaje złoty kieł. Nadzorca jest łysy z tatuażem na czaszce na kształt wzoru pajęczyny. Opuszcza się z niej na nici wytatuowany pająk, umiejscowiony tuż pod zielonym okiem mężczyzny. Ponadto ten zwalisty osobnik jest niemal nagi, wyłącznie w przepasce biodrowej, jego ciało znaczą dziesiątki blizn, a w rękach miętosi gruby, pokryty węzłami bicz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.