Archiwum rzeczy utraconych
Nocą otwieram szuflady pamięci,
choć obiecywałam sobie już tam nie zaglądać.
Leżą w nich stare lata,
poskładane jak listy bez adresów.
Niektóre wciąż pachną deszczem,
inne pokojem, którego dawno nie ma.
Dotykam ich ostrożnie,
jakby przeszłość mogła jeszcze poczuć moje dłonie.
Nie może.
Czas zostawił mi fotografie,
lecz zabrał wszystko, co było poza kadrem.
Głosy.
Zapachy.
Zwyczajne „do jutra”.
Najbardziej tęsknię właśnie za zwyczajnością,
za chwilami, które nie wiedziały, że są ostatnie.
Wspomnienia wracają bez ostrzeżenia,
czasem ukryte w starej melodii,
czasem w zapachu mokrego asfaltu.
Wtedy teraźniejszość pęka
i przez szczelinę widzę dawną siebie.
Stoi tam młodsza,
otoczona ludźmi, których czas rozrzucił po świecie.
Jeszcze nikogo nie brakuje.
Chciałabym krzyknąć, żeby ich zatrzymała,
żeby zapamiętała każde spojrzenie,
każdy śmiech,
każdą dłoń, która kiedyś przestanie być blisko.
Lecz przeszłość nie słyszy przyszłości.
Więc patrzę tylko,
jak wszystko odchodzi po raz drugi.
Tęsknota zostaje ze mną do rana,
ubrana w twarze, których nie potrafię zapomnieć.
Siada na brzegu łóżka
i liczy wszystkie moje straty.
Może pamięć jest domem dla tego, co umarło w czasie.
Może dlatego nigdy nie potrafię go opuścić.
Bo są takie wczoraj,
za którymi serce tęskni dłużej, niż trwało całe ich istnienie.
Ci, dla których wciąż zostawiam światło
Czasem nakrywam pamięć do stołu,
jakbyście mieli wrócić przed zmrokiem.
Zostawiam puste krzesła
i słucham, czy cisza nie pomyli się z krokami.
Minęło tyle czasu,
a wasze głosy wciąż mieszkają w ścianach.
Wystarczy stara fotografia,
żeby cały dom zaczął pamiętać.
Tylko drzwi pozostają zamknięte.
Tęsknota nauczyła się waszych imion,
powtarza je nocami,
gdy nikt nie może jej uciszyć.
Chciałabym jeszcze raz usłyszeć zwyczajne „cześć”,
zobaczyć znajomy gest,
którego kiedyś nawet nie zauważałam.
Dzisiaj oddałabym za niego pół jutra.
Ludzie odchodzą dziwnie cicho,
a potem ich nieobecność krzyczy latami.
Zostają kubki, fotografie,
zapach uwięziony w starych ubraniach
i słowa, których nie zdążyliśmy wypowiedzieć.
Najbardziej bolą te ostatnie.
Czasem śnię, że wszyscy wracacie,
jakby śmierć była tylko długą podróżą.
Siadacie obok mnie,
a świat znowu ma właściwy kształt.
Nie pytam, gdzie byliście.
Boję się obudzić.
Poranek zawsze zabiera was ponownie,
zostawiając mi dłonie pełne pustki.
To najokrutniejszy rodzaj pożegnania.
Wiem, że żadna droga nie prowadzi z powrotem,
żaden zegar nie cofnie ostatniej chwili.
A jednak nasłuchuję.
Może miłość właśnie tak przegrywa ze śmiercią,
że ciało odchodzi, lecz miejsce po nim zostaje.
Dlatego wciąż zostawiam światło,
choć wiem, że już nigdy nie zobaczycie go z drogi.
Czekam, aż świat nauczy się umierać pięknie
Mam już dość lata przyklejonego do szyb,
jak uśmiech, którego nie potrafię odwzajemnić.
Wypatruję pierwszego chłodu,
jakby wrzesień miał przyjść właśnie po mnie.
Wieczorami pytam wiatr o jesień,
lecz przynosi jeszcze zapach nagrzanej ziemi.
Czekam cierpliwie.
Wiem, że gdzieś drzewa szykują się do pożegnania.
Chcę zobaczyć pierwsze żółte liście,
te małe listy wysyłane przez przemijanie.
Niech spadają pod moje stopy,
aż każda alejka stanie się wspomnieniem.
Tęsknię za niebem ubranym w szarość,
za deszczem stukającym w parapet,
jak ktoś, kto pamięta drogę do mojego domu.
Jesienią łatwiej mi rozumieć własne serce.
Ono także potrafi tracić liście
i udawać, że to tylko kolejna pora roku.
Nikt nie pyta drzewa, dlaczego jest smutne.
Może dlatego tak bardzo mu zazdroszczę.
Chcę chłodnych poranków,
mgły zasypiającej pomiędzy ulicami,
zapachu mokrej ziemi
i wieczorów, które przychodzą coraz wcześniej.
Niech lato wreszcie spakuje swoje światło
i zostawi klucz pod wycieraczką.
Czekam na październik jak na dawną miłość,
która zawsze wraca trochę odmieniona.
Pozwolę mu wejść bez pukania,
usiąść obok mnie i milczeć.
Może wtedy świat znów będzie do mnie podobny.
Trochę ciemniejszy, trochę bardziej kruchy,
pogodzony z tym, że wszystko przemija.
A kiedy pierwszy liść umrze na mojej dłoni,
pomyślę, że nareszcie jestem w domu.
Czekam, aż świat zamarznie
Nie mogę doczekać się zimy,
jakby śnieg miał przykryć wszystko, czego nie umiem zapomnieć.
Wypatruję pierwszego mrozu
na szybach zmęczonych jesiennym deszczem.
Chcę zobaczyć świat ubrany w biel,
niewinny choć przez kilka godzin.
Może wtedy moje wspomnienia ucichną,
zasypane pod warstwą grudniowego nieba.
Może ja także ucichnę.
Tęsknię za wieczorami,
które przychodzą przedwcześnie
i zapalają ciemność w pustych oknach.
Niech mróz dotknie mojej twarzy,
jak zimna dłoń kogoś, kto dawno odszedł.
Niech przypomni mi, że wciąż potrafię czuć.
Nawet jeśli czucie czasem boli.
Czekam na pierwszy śnieg
jak na list wysłany z innego życia.
Będę czytać każdą spadającą gwiazdę,
szukając pomiędzy nimi własnego imienia.
Zimą samotność wygląda piękniej.
Ma białe włosy,
lodowy oddech
i zostawia ślady, które znikają przed świtem.
Chcę chodzić po pustych ulicach,
gdy miasto będzie milczało pod śniegiem.
Moje kroki staną się wtedy jedyną rozmową.
Nie boję się chłodu.
Bardziej przeraża mnie świat, który nigdy nie zasypia.
Niech więc grudzień zamknie drzwi za jesienią,
zgasi ostatnie kolory
i pozwoli mi odpocząć w swojej ciszy.
A kiedy śnieg przykryje moje ślady,
pomyślę, że czasem zniknięcie
jest najpiękniejszym sposobem, by zacząć od nowa.
Dziewczyna, którą zostawiłam we wczoraj
Czasem słyszę młodość w starej piosence,
jakby wołała mnie z pokoju, którego już nie ma.
Zamykam oczy
i przez chwilę znowu mam siedemnaście lat.
Noc wydaje się wtedy nieskończona,
a przyszłość jeszcze nie zna mojego imienia.
Noszę marzenia w kieszeniach,
nie wiedząc, jak łatwo można je zgubić.
Wierzę, że wszystko dopiero się zaczyna.
Dzisiaj patrzę na tamtą dziewczynę
przez brudną szybę pamięci.
Nie mogę jej dotknąć.
Chciałabym powiedzieć jej, żeby szła wolniej,
żeby nie czekała tak niecierpliwie na dorosłość.
Niech zatrzyma każdy zwyczajny wieczór,
każdy śmiech odbijający się od ścian,
każdą noc spędzoną ze słuchawkami na uszach.
Wtedy nie wiedziałam, że chwile umierają.
Po prostu przestają się powtarzać.
Nikt nie urządza im pogrzebu.
Zostają po nich tylko piosenki.
Najbardziej tęsknię za sobą.
Za dziewczyną, która potrafiła wierzyć w „zawsze”,
która miała więcej czasu niż wspomnień.
Jej serce było pełne otwartych drzwi,
a świat jeszcze nie nauczył jej zamków.
Czas zabrał ją bez pożegnania,
zostawiając mi fotografie,
kilka starych melodii
i twarz, którą wciąż rozpoznaję w lustrze.
Tylko oczy wiedzą już za dużo.
Czasami nocą wracam do dawnych lat,
jak złodziejka włamująca się do własnego domu.
Dotykam wspomnień,
zanim znowu rozpłyną się o świcie.
Nie chcę odzyskać wszystkiego.
Chciałabym tylko jednego zwyczajnego dnia,
w którym nie wiedziałam jeszcze, jak szybko przemija życie.
Ale wczoraj nie otwiera drzwi.
Więc stoję przed nimi ze starą piosenką w sercu,
tęskniąc za dziewczyną, która wciąż myśli, że ma przed sobą wieczność.
Gdzie pamięć nie gasi światła
Wieczór otwiera przede mną stare drzwi,
których dawno nie ma w żadnym domu.
Wchodzę przez nie bez pytania,
jakbym wracała do miejsca, które wciąż na mnie czeka.
Na parapecie siedzą dawne lata,
z nogami zwieszonymi nad przepaścią czasu.
Rozpoznaję ich twarze.
One mojej już prawie nie znają.
Stara piosenka przesuwa wskazówki wstecz,
a pokój nagle pachnie tamtym latem.
Przez chwilę wierzę,
że wystarczy otworzyć oczy inaczej,
żeby wszystko jeszcze trwało.
Lecz wspomnienia są okrutnymi fotografami,
zatrzymują światło,
a pozwalają ludziom odejść.
Tęsknię za głosami,
które kiedyś wydawały się zwyczajne.
Za śmiechem ginącym na klatkach schodowych,
za rozmowami bez ostatniego zdania.
Nie wiedziałam, że kiedyś staną się skarbami.
Teraz noszę je pod skórą jak stare listy,
których adresaci zmienili adres na zawsze.
Czasem nocą pamięć urządza przyjęcie,
zaprasza wszystkich, których straciłam.
Siadają przy moim stole,
młodzi, znajomi, niezmienieni.
Tylko ja przychodzę starsza.
Chciałabym zatrzymać tę chwilę,
lecz świt zawsze zna drogę do mojego okna.
Jednym światłem zabiera wszystkich.
Zostają puste krzesła,
zimna herbata
i serce pełne niedokończonych powrotów.
Może tęsknota jest ceną za to, że było pięknie.
Może dlatego boli najbardziej to, co kochaliśmy naprawdę.
Więc nie zamykam drzwi przeszłości,
choć wiem, że nikt przez nie nie wróci.
Zostawiam światło w pamięci
dla wszystkiego, czego czas nie potrafił
nauczyć mnie zapominać.
Jesień zna drogę do mojego serca
Czekam na jesień jak na spóźniony list,
który od miesięcy wędruje przez obce miasta.
Może przyniesie mi odpowiedź,
której lato nie potrafiło znaleźć.
Mam już dość światła,
które zagląda bez pytania do moich okien.
Moje serce tęskni za wcześniejszym zmierzchem,
za niebem w kolorze starego srebra,
za deszczem mówiącym językiem samotności.
Codziennie oglądam drzewa,
szukając pierwszej żółtej rysy na zieleni.
Jeszcze milczą.
Wrześniu, przyjdź do mnie chłodnym wieczorem,
z kieszeniami pełnymi mgły.
Rozsyp liście na mojej drodze,
jak fotografie z życia, którego już nie ma.
Pozwól mi przejść po własnych wspomnieniach.
Chcę poczuć wiatr we włosach,
ten trochę smutniejszy,
który pachnie mokrą ziemią i końcem lata.
Może zabierze ze sobą coś, czego nie umiem zapomnieć.
Jesień nigdy nie pyta, dlaczego jestem melancholijna.
Siada obok mnie bez słowa,
maluje drzewa kolorami pożegnania
i pokazuje, że umieranie także może mieć złote światło.
Dlatego tak dobrze rozumiem październik.
Wieczorami wyobrażam sobie puste alejki,
latarnie drżące w kałużach,
liście wirujące jak zagubione listy
i moje kroki powracające echem z ciemności.
W takim świecie łatwiej mi oddychać.
Nie potrzebuję wiecznego lata,
bo wieczne światło także potrafi męczyć.
Potrzebuję zmierzchu.
Potrzebuję deszczu.
Niech więc sierpień powoli zamyka walizkę,
a ostatnie lato zgaśnie za horyzontem.
Będę czekała przy otwartym oknie,
aż jesień odnajdzie mój adres,
wejdzie do środka pachnąca deszczem
i powie, że wreszcie mogę wrócić do siebie.
Młodość nie zostawiła adresu
Czasem młodość wraca w środku piosenki,
bez pukania otwiera wszystkie zamknięte pokoje.
Znów widzę siebie sprzed tylu lat,
jakbym nigdy stamtąd nie odeszła.
Miałam wtedy kieszenie pełne jutra,
a noc była większa od całego świata.
Nie liczyłam godzin,
bo wierzyłam, że czas należy do mnie.
Jak bardzo się myliłam.
Dzisiaj stare fotografie patrzą na mnie
oczami dziewczyny, której już nie umiem ocalić.
Uśmiecha się tak spokojnie.
Chciałabym wejść do tamtego zdjęcia,
usiąść obok niej na podłodze,
włączyć muzykę trochę za głośno
i niczego jeszcze nie wiedzieć o przemijaniu.
Choćby przez jeden wieczór.
Wtedy każde lato wydawało się wieczne,
każda przyjaźń miała przetrwać do końca,
a miłość była drzwiami, nie pożegnaniem.
Świat jeszcze nie nauczył mnie tracić.
Teraz wspomnienia są moimi najpiękniejszymi duchami.
Przychodzą nocą,
pachną dawnym pokojem i letnim deszczem,
przynoszą głosy ludzi, których czas rozrzucił po świecie.
Niektórych nie poznałabym już na ulicy.
Najbardziej boli zwyczajność,
której wtedy nie uważałam za szczęście.
Powroty do domu,
rozmowy bez znaczenia,
wieczory niemające jeszcze żadnej wartości.
Dzisiaj oddałabym za nie kawałek przyszłości.
Czas jest złodziejem w miękkich butach.
Wynosi lata tak cicho,
że zauważamy kradzież dopiero po wielu zimach.
Czasem pytam lustro, gdzie podziała się tamta dziewczyna.
Ono odpowiada moją twarzą.
Więc zamykam oczy,
pozwalam starej melodii cofnąć zegary,
i przez kilka minut znowu jestem młoda,
dopóki cisza nie przypomni mi,
że nie ma drogi powrotnej.
Najsmutniej jest pośród tysiąca głosów
Stoję pośród ludzi jak zgubiony przecinek,
w zdaniu, którego nikt nie chce przeczytać.
Wokół mnie płyną rozmowy,
lecz żadna nie zatrzymuje się przy moim brzegu.
Twarze przesuwają się jak światła nocnych pociągów,
każda dokądś zmierza.
Tylko ja stoję na peronie,
ściskając bilet do miejsca, którego nie ma.
Nikt nie zauważa mojego czekania.
Śmiech odbija się od ścian,
wpada do mnie przez uszy
i umiera gdzieś przed sercem.
Chciałabym powiedzieć komuś, że jestem tutaj,
lecz słowa chowają się pod językiem.
Boją się obcych spojrzeń.
Może ja także się ich boję.
Tłum otacza mnie coraz ciaśniej,
a jednak nigdy nie byłam dalej od człowieka.
Widzę dłonie odnajdujące inne dłonie,
ramiona, które wiedzą, kogo obejmować.
Moje pozostają puste,
jak dom po ostatniej przeprowadzce.
Nauczyły się niczego nie oczekiwać.
Czasem ktoś przypadkiem dotyka mojego ramienia,
przeprasza
i natychmiast znika.
Tak niewiele potrzeba, żeby przypomnieć mi,
jak bardzo brakuje mi bliskości.
Nie tej przypadkowej,
lecz takiej, która pamięta moje milczenie.
Idę dalej między obcymi twarzami,
niosąc własną ciszę jak czarny parasol.
Nikt nie widzi, jak ciężka jest od deszczu.
Może samotność nie oznacza pustego pokoju.
Może zaczyna się właśnie tutaj,
gdzie tysiąc serc bije obok mojego,
a żadne nie słyszy, że moje woła.
Po drugiej stronie zaufania
Kiedyś zostawiałam serce na otwartym parapecie,
wierząc, że ludzie przychodzą po to, żeby zostać.
Nie wiedziałam, że niektóre dłonie
potrafią ogrzać tylko przed odejściem.
Teraz zamykam siebie na wszystkie zamki,
a każde „zaufaj mi” brzmi jak echo dawnego błędu.
Nawet dobre słowa oglądam pod światło,
szukając w nich ukrytego ostrza.
Ludzie pytają, dlaczego stoję tak daleko,
lecz nie widzą mostów spalonych za moimi plecami.
Nie wiedzą, ile razy wracałam przez popiół
z nadzieją przyklejoną do pustych dłoni.
Samotność przynajmniej nie kłamie,
nie obiecuje, że jutro nadal będzie obok.
Więc nauczyłam się rozmawiać z ciszą,
zostawiać jej miejsce przy stole
i zasypiać bez oczekiwania na czyjś powrót.
Czasem tylko serce podchodzi do zamkniętych drzwi
i przez chwilę nasłuchuje kroków.
Lecz zanim ktokolwiek zdąży zapukać,
gaszę światło i udaję, że nie ma mnie w domu.
Pociąg donikąd
Stoję na peronie od tylu niespełnionych godzin,
że zegar przestał pamiętać moje czekanie.
Tory biegną przed siebie
jak dwie obietnice, które nigdy się nie spotkają.
W kieszeni ściskam bilet,
choć jego litery dawno wypłowiały od nadziei.
Nikt nie powiedział mi,
że niektóre podróże kończą się przed odjazdem.
Przez stację przechodzi tylko wiatr,
przynosi zapach dalekich miejsc
i zabiera kolejne minuty mojego życia.
Patrzę w stronę horyzontu,
jakby tęsknota mogła przywołać światła lokomotywy.
Inni pasażerowie dawno wrócili do domów,
lecz ja wciąż wierzę szynom bardziej niż ciszy.
Może ten pociąg zgubił drogę do mojego jutra,
może nigdy nie istniał poza moją nadzieją.
Mimo to nie potrafię odejść.
Więc stoję pomiędzy wczoraj a pustym rozkładem,
czekając na odjazd, którego nie zapisano w żadnym czasie,
aż sama staję się ostatnim peronem tej podróży.
Pogrzeb niedokończonej miłości
Kochałam cię jak światło kocha ostatnie okno,
wiedząc, że świt kiedyś zgasi nas oboje.
Ty już wtedy uczyłeś się odchodzić,
gdy ja nazywałam twoje ramiona domem.
Z naszych obietnic zostały popioły,
które wciąż noszę pod powiekami.
Każda łza przypomina, że kiedyś płonęliśmy.
Czasami twoje imię budzi się nocą
i chodzi po mnie jak duch bez grobu.
Nie potrafię go wypędzić.
Zostawiam mu miejsce obok siebie,
choć wiem, że nigdy nie stanie się tobą.
Oddałam ci serce bez instrukcji powrotu,
więc zgubiłeś je gdzieś pomiędzy „zostań” a „żegnaj”.
Teraz bije po niewłaściwej stronie ciszy.
Jeszcze czasem słyszę jego wołanie.
Ty już dawno przestałeś odpowiadać.
Może nawet nie pamiętasz,
że kiedyś byłam twoim jutrem.
A ja przechowuję nasze wspomnienia
jak fotografie wyniesione z płonącego domu.
Są osmalone,
lecz wciąż rozpoznaję na nich szczęście.
To boli najbardziej.
Może byliśmy tylko piękną katastrofą,
która pomyliła koniec z wiecznością.
Dwojgiem ludzi stojących nad przepaścią,
przekonanych, że spadanie jest lotem.
Dzisiaj uczę się oddychać bez ciebie,
choć każde powietrze smakuje pożegnaniem.
Nocami składam siebie z ruin,
których nie chciałeś zabrać ze sobą.
Więc grzebię nasze jutro pod martwymi różami,
zostawiam przy nim ostatnie „kocham”,
i odchodzę, choć każda część mnie biegnie za tobą,
jakby miłość nie wiedziała, że już umarła.
Światło w oknach przeszłości
Noc przynosi mi pudełko dawnych chwil,
przewiązane wstążką z wyblakłego światła.
Otwieram je ostrożnie,
jakby wspomnienia mogły jeszcze krwawić.
W środku znajduję stare głosy,
zapach deszczu na znajomych ulicach,
i śmiech ludzi, których czas zabrał daleko.
Wszystko brzmi prawie jak dawniej.
Tylko mnie już tam nie ma.
Czasem piosenka otwiera ukryte drzwi,
a przeszłość wpada przez nie bez pytania.
Siada obok mnie.
Przynosi twarze sprzed wielu lat,
wieczory, które miały trwać wiecznie,
i słowa wypowiedziane bez świadomości,
że kiedyś staną się ostatnimi.
Najbardziej boli zwyczajność.
Te małe chwile bez daty,
którym nie zdążyłam powiedzieć, że były szczęściem.
Teraz mieszkają pod moją skórą,
jak cienie niepotrafiące znaleźć własnych grobów.
Tęsknota zna ich wszystkich po imieniu.
Wieczorami zapala dla nich światło,
choć żaden nie odnajdzie już drogi powrotnej.
Ja także czekam bez nadziei.
Może pamięć jest ostatnim domem
dla wszystkiego, czego nie potrafiliśmy zatrzymać.
Może dlatego tak trudno zamknąć jej drzwi.
Bo czas zabiera ludzi i chwile,
lecz ich cienie zostawia na zawsze w naszych sercach.
Tam, gdzie czas zostawił nasze cienie
Wieczorem pamięć otwiera stare okna,
choć domy za nimi dawno przestały istnieć.
Wpada przez nie zapach minionych lat,
a ja znowu zapominam, który mamy rok.
Stare piosenki znają moje słabe miejsca,
dotykają ich bez ostrzeżenia.
Nagle wracają twarze,
które czas zabrał z mojego codziennego świata.
W pamięci nadal są młode.
Tęsknię za chwilami,
których kiedyś nawet nie próbowałam zatrzymać.
Nie wiedziałam, że były pożegnaniem.
Czasem widzę dawną siebie
po drugiej stronie starej fotografii.
Chciałabym wejść do środka,
usiąść obok niej
i jeszcze raz uwierzyć, że nic nie przemija.
Lecz przeszłość jest domem bez klamki.
Mogę tylko zaglądać przez okna,
patrząc, jak dawne życie trwa beze mnie.
Słyszę śmiech sprzed wielu lat,
lecz żaden głos nie odpowiada na moje wołanie.
Tęsknota siada wtedy obok,
jak najwierniejszy z moich duchów.
Nie muszę tłumaczyć jej niczego.
Wie, dlaczego czasem płaczę przy starych piosenkach,
dlaczego przechowuję fotografie jak relikwie,
dlaczego tak często oglądam się za siebie.
Bo niektóre chwile kończą się tylko dla świata,
a w nas trwają długo po własnym pogrzebie.
Gdzie umierają obietnice
Kochałam cię jak noc kocha ostatnią gwiazdę,
choć wiedziałam, że świt odbierze mi jej światło.
Budowałam z twoich słów schronienie,
nie zauważając, że dach już płonie.
Ty odchodziłeś powoli,
zostawiając po sobie otwarte drzwi.
Przez wiele nocy wierzyłam, że wrócisz.
Teraz twoje imię mieszka w moich żebrach,
jak odłamek szkła, którego boję się wyjąć.
Każde wspomnienie porusza go głębiej.
Milczę, żeby mniej bolało.
Nie pomaga.
Byliśmy dwojgiem ludzi na tonącym statku,
lecz tylko ja próbowałam zatrzymać wodę.
Ty już patrzyłeś w stronę brzegu.
Czasem śnię, że nadal mnie kochasz,
że twoje dłonie pamiętają drogę do moich.
Budzę się wtedy zbyt szybko,
jakby nawet sen wiedział, że kłamie.
Obok mnie leży tylko cisza.
Oddałam ci wszystkie moje jutra,
a ty zostawiłeś mi jedno długie wczoraj.
Noszę je teraz jak czarną suknię,
której nie potrafię zdjąć po pogrzebie.
Pod materiałem wciąż bije serce,
naiwnie czekające na cud.
Może miłość nie zawsze umiera razem z nami.
Może czasem zostaje w pustym domu,
zapala światło w dawnym pokoju
i czeka na kogoś, kto zgubił adres.
Ja także kiedyś przestanę czekać.
Przynajmniej tak mówię własnemu odbiciu.
Lecz dziś jeszcze chowam twoje „kocham” pod językiem,
jak ostatnią tabletkę przeciwko samotności.
Wiem, że już mnie nie uratuje,
a mimo to nie potrafię jej połknąć.
Tam, gdzie zostało moje siedemnaście lat
Chciałabym wrócić do tamtych wieczorów,
gdy noc była obietnicą, nie końcem dnia.
Miałam kieszenie pełne jutra
i ani jednego powodu, żeby bać się zegarów.
Stare piosenki nadal znają drogę,
której ja już nie potrafię odnaleźć.
Wystarczy kilka dźwięków,
a mój dawny pokój zapala światło.
Przez chwilę znów tam jestem.
Widzę dziewczynę siedzącą przy oknie,
jeszcze nieświadomą wszystkich pożegnań.
Chciałabym ją ostrzec.
Powiedziałabym, żeby nie spieszyła się dorastać,
żeby zapamiętała zapach każdego lata,
każdy powrót do domu,
każdy śmiech, który wtedy wydawał się zwyczajny.
To właśnie zwyczajność boli dziś najbardziej.
Czas zabrał tamte lata po cichu,
jak złodziej, którego zaprosiłam do środka.
Zostały fotografie
i twarze, które nadal nie wiedzą, że się zestarzeją.
Czasem im zazdroszczę.
Chciałabym znów mieć siedemnaście lat,
wierzyć, że trzydzieści jest odległą planetą,
a życie dopiero uczy się mojego imienia.
Chciałabym jeszcze raz nie wiedzieć,
jak szybko kończy się „zawsze”.
Oddałabym niejeden dzień przyszłości
za jeden wieczór sprzed tylu lat.
Nie musiałby wydarzyć się żaden cud.
Wystarczyłaby muzyka i otwarte okno.
Lecz przeszłość zamknęła drzwi od środka.
Mogę tylko stać pod nimi ze wspomnieniami
i słuchać, jak moja młodość po drugiej stronie wciąż się śmieje.
Trzydzieści sześć świec dla dawnych mnie
Za chwilę skończę trzydzieści sześć lat,
a liczba brzmi jak zamykane drzwi.
Patrzę w lustro
i szukam dziewczyny, którą kiedyś zostawiłam po drugiej stronie.
Przecież jeszcze niedawno miałam siedemnaście lat,
noc była nieskończona,
a przyszłość stała przede mną z otwartymi ramionami.
Nie wiedziałam, że czas potrafi biec bez pożegnania.
Dzisiaj czuję się stara,
jak fotografia odnaleziona w zapomnianej szufladzie.
Kolory wciąż istnieją,
lecz należą już do innego świata.
Każde urodziny są małym pogrzebem,
na którym żegnam kolejną wersję siebie.
Nikt nie przynosi czarnych kwiatów.
Pod skórą noszę wszystkie swoje dawne lata,
ich śmiech, błędy i niedokończone marzenia.
Czasem budzą się nocą
i pytają, czy zostałam tym, kim miałyśmy zostać.
Nie umiem im odpowiedzieć.
Trzydzieści sześć świec wygląda jak pożar,
którego nie potrafię już ugasić.
Chciałabym cofnąć się choć o jeden wieczór,
usiąść obok młodszej siebie
i powiedzieć jej, żeby nie spieszyła się do jutra.
Żeby zatrzymywała zwyczajne chwile,
bo właśnie one znikają najciszej.
Ale czas nie zwraca tego, co zabrał.
Zostawia tylko wspomnienia
jak bilety z podróży bez drogi powrotnej.
Więc stoję przed kolejnym rokiem,
trochę przestraszona jego ciężarem.
Może starość zaczyna się wtedy, gdy bardziej tęsknimy, niż czekamy.
A jednak gdzieś pod wszystkimi zmarszczkami czasu
wciąż oddycha dziewczyna, która nie skończyła siedemnastu lat.
Wczoraj wciąż zostawia dla mnie światło
Czasem chciałabym obudzić się tam,
gdzie moje życie dopiero otwierało oczy.
W pokoju pełnym muzyki,
z przyszłością leżącą spokojnie za oknem.
Miałam wtedy tyle jutra,
że rozdawałam je bez zastanowienia.
Nie wiedziałam, że czas liczy każdą minutę,
nawet kiedy my o niej zapominamy.
Myślałam, że młodość nie zna końca.
Dzisiaj wracam do niej przez stare piosenki,
jak przez drzwi pozostawione przypadkiem otwarte.
Wchodzę tylko na chwilę.
Znów widzę znajome ściany,
wieczory pachnące latem,
i dziewczynę, która nie boi się urodzin.
Chciałabym usiąść obok niej,
zanim zegar nauczy ją tęsknoty.
Powiedziałabym jej, żeby zapamiętywała wszystko,
nawet dni, które wydają się nieważne.
To one później bolą najbardziej.
Zwyczajne śmiechy.
Zwyczajne powroty.
Dzisiaj fotografie są małymi oknami,
za którymi życie wciąż trwa beze mnie.
Patrzę na własną młodą twarz
i nie potrafię uwierzyć, że kiedyś była moja.
Ona jeszcze nie zna wszystkich strat,
które przyniosą jej kolejne lata.
Chciałabym ją przed nimi schować.
Czas jednak nie przyjmuje próśb,
nie zwraca tego, co wyniósł z naszych domów.
Zostawia tylko echo.
Oddałabym kawałek przyszłości
za jeden wieczór pod tamtym niebem.
Za muzykę grającą trochę za głośno,
za serce, które jeszcze wierzyło w „zawsze”.
Lecz młodość mieszka już po drugiej stronie czasu,
a ja wciąż zostawiam jej światło, jakby mogła kiedyś wrócić.
Wieczór zasypia między nagrobkami
Wchodzę przez bramę, gdy dzień dogasa,
a niebo przypomina niedokończone pożegnanie.
Cmentarz przyjmuje mnie bez słowa,
jakby od dawna znał moje imię.
Idę alejką pomiędzy cudzymi końcami,
czytając nazwiska wyryte w chłodnym kamieniu.
Każde z nich było kiedyś czyimś całym światem.
Teraz odpowiada tylko ciszą.
Wiatr przesuwa liście pod moimi stopami,
jak stare listy bez adresata.
Nie podnoszę żadnego.
Na grobach drżą płomienie zniczy,
małe serca walczące z nadchodzącą nocą.
Patrzę, jak światło pochyla się nad imionami,
których nikt już nie wypowiada codziennie.
Myślę wtedy o tych, których sama kiedyś stracę.
Zmierzch powoli zamyka wszystkie kolory,
a drzewa stają się czarnymi żyłami nieba.
Zatrzymuję się przy zapomnianym grobie,
gdzie mech nauczył się czyjegoś nazwiska.
Nie wiem, kim był ten człowiek,
kogo kochał,
ani kto ostatni trzymał go za rękę.
Tutaj każda data ma drugą stronę,
której boję się dotknąć myślami.
Śmierć wydaje się dziwnie cierpliwa.
Idę dalej,
coraz głębiej w wieczorną ciszę,
jakbym szukała odpowiedzi pomiędzy kamieniami.
Może chcę tylko usłyszeć, że mam jeszcze czas.
Przy bramie odwracam się ostatni raz.
Znicze migoczą jak gwiazdy zakopane w ziemi,
a noc obejmuje tych, którzy już nie wrócą.
Wychodzę z cmentarza trochę bardziej żywa,
lecz z cieniem przemijania idącym krok za mną.
Wszystko, co zostało po wczoraj
Wieczorami przeszłość zapala światło,
choć od lat nikt nie mieszka w tamtych pokojach.
Wchodzę do nich przez stare piosenki,
zdejmując teraźniejszość jak mokry płaszcz.
Na ścianach wiszą dawne lata,
trochę wyblakłe,
lecz wciąż potrafią rozpoznać moje kroki.
Dotykam ich ostrożnie.
Boję się, że rozsypią się pod palcami.
Wspomnienia mają dziwny zapach,
trochę deszczu, trochę lata,
trochę ludzi, których już nie ma obok.
Czasem słyszę ich śmiech
w ciszy pomiędzy dwiema nutami.
Odwracam głowę,
choć wiem, że zobaczę tylko pusty pokój.
Serce zawsze odwraca się pierwsze.
Tęsknota zna wszystkie moje słabe miejsca.
Przychodzi po zmroku,
siada naprzeciwko mnie
i rozkłada na stole stare fotografie.
Nie musi nic mówić.
Każda twarz jest osobnym pożegnaniem.
Najbardziej bolą zwyczajne chwile,
którym nie zdążyłam powiedzieć, że były piękne.
Dzisiaj oddałabym za nie niejedno jutro.
Czas tymczasem idzie dalej,
jak pociąg nieznający stacji powrotnych.
Zostawia mnie na peronie
z kieszeniami pełnymi dawnych biletów.
Może dlatego tak często wracam pamięcią,
bo tylko tam niektóre drzwi są jeszcze otwarte.
Tylko tam głosy nadal odpowiadają.
Wiem, że przeszłość nie może mnie przytulić,
a jednak nocami wyciągam do niej ręce.
I zostaję tak do świtu,
pomiędzy tym, co minęło, a tym, czego wciąż
nie umiem przestać kochać.
Dom bez świadków
Wybrałam ciszę, choć czasem krzyczy najgłośniej,
zamknęłam drzwi, zanim ktoś zdążył zapukać.
Teraz noc siada obok mnie jak stary znajomy
i tylko serce nie nauczyło się milczeć.
Nie czekam na kroki na schodach,
nie zostawiam światła dla spóźnionych,
moje okna wychodzą na drogę,
którą dawno przestałam nazywać powrotem.
Czasem patrzę, jak cudze życia mijają mnie w deszczu.
Samotność ma smak zimnej kawy,
piję ją powoli, bez skargi,
przecież sama wybrałam ten stół.
Być może bałam się bardziej miłości niż pustki,
bo pustka przynajmniej niczego nie obiecuje.
Nie odchodzi o świcie,
nie zostawia po sobie zapachu na poduszce,
nie mówi, że będzie zawsze,
a potem nie znika.
Więc żyję sama, jak kamień przy bocznej drodze,
tylko czasem zazdroszczę wiatrowi, że ma dokąd odejść
i pytam ciszę, czy wybór także może boleć.
Bać się kochać, bać się samotności
Miłość stoi po jednej stronie drzwi,
z ciepłem ukrytym w dłoniach.
Samotność czeka po drugiej,
znajoma jak mój własny cień.
Nie wiem, którą z nich wybrać.