E-book
15.75
drukowana A5
38.71
ARCHITEKT UPADKU, WROGIE PRZEJĘCIE

Bezpłatny fragment - ARCHITEKT UPADKU, WROGIE PRZEJĘCIE


Objętość:
122 str.
ISBN:
978-83-8440-409-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 38.71

ROZDZIAŁ 1: INWESTYCJA

Śnieg nie był tu biały. Miał kolor brudnego niklu i smakował siarką. Kiedy czarna kawalkada trzech Mercedesów klasy G wjechała na dziedziniec Państwowego Domu Dziecka nr 4, dziesięcioletni Misza nie przerwał odśnieżania chodnika. Wiedział, że patrzenie w oczy ludziom w takich samochodach to proszenie się o kłopoty.

Dyrektor placówki, niski, spocony człowiek o nazwisku Sokołow, wybiegł na mróz bez płaszcza. Trząsł się, ale nie z zimna. — Panie Wołkow — wydukał, kłaniając się mężczyźnie, który wysiadł ze środkowego auta. — To zaszczyt. Dzieci są przygotowane w świetlicy. Umyte, ubrane w najlepsze… — Nie przyjechałem na przedstawienie, Sokołow — przerwał mu Wadim Wołkow. Głos miał niski, pozbawiony emocji, jak odgłos kruszenia lodu. — Pokaż mi dokumentację. Wyniki testów Ravena. Raporty medyczne. Chcę surowe dane, nie teatrzyk.

Weszli do gabinetu. Mężczyzna w kaszmirowym płaszczu nawet nie spojrzał na sypiący się budynek. Wszedł do środka tak, jak wchodzi się do magazynu, żeby sprawdzić stan towaru.

Pół godziny później wezwano Miszę.

W gabinecie nie było już dyrektora. Został wyproszony na korytarz. Przy biurku siedział Wołkow. Przeglądał teczkę Miszy — cienki plik pożółkłych papierów, który stanowił całe dotychczasowe życie chłopca. — Siadaj — rozkazał Wołkow, nie podnosząc wzroku.

Chłopiec usiadł. Nie rozsiadł się, zajął tylko krawędź krzesła, z mięśniami napiętymi do ucieczki. — Test matryc Ravena. 98. centyl — mruknął Wołkow, przesuwając palcem w skórzanej rękawiczce po kartce. — Zdolność analityczna wysoka. Empatia… — zawiesił głos, zerkając na raport psychologa. — „Dystans emocjonalny, trudności w nawiązywaniu relacji, podejrzenie socjopatii”.

Oligarcha zamknął teczkę i wreszcie spojrzał na chłopca. Jego oczy były jak dwie szare studnie. Bez dna i bez litości. — Ile to jest 15 procent z miliona, Michale? — Sto pięćdziesiąt tysięcy — odpowiedział chłopiec natychmiast, bez mrugnięcia okiem. — A co byś zrobił, gdybyś miał te sto pięćdziesiąt tysięcy? — zapytał Wołkow, badając go wzrokiem jak rzeczoznawca.

Misza milczał przez chwilę. Inne dzieci powiedziałyby o zabawkach, słodyczach albo ucieczce do Ameryki. On kalkulował. — Kupiłbym ten dom dziecka — powiedział cicho. Wołkow uniósł brew. Pierwszy objaw zainteresowania. — Po co? Żeby uwolnić kolegów? Chcesz być bohaterem? — Nie — odparł Misza chłodno. — Żeby zwolnić dyrektora Sokołowa. — Dlaczego? — Bo kradnie węgiel z kotłowni i sprzedaje go we wsi, a my marzniemy. To niegospodarność.

Kącik ust Wołkowa drgnął. To nie był uśmiech. To była aprobata audytora, który znalazł błąd w systemie. — Wstań — powiedział oligarcha.

Misza wstał. — Nie masz matki. Nie masz ojca — powiedział Wołkow, wstając i zapinając płaszcz. Podszedł do chłopca, górując nad nim o dwie głowy. — Od dziś masz właściciela. Pakuj się.

Oligarcha wyszedł na korytarz, mijając przerażonego dyrektora. Rzucił krótko, nie zwalniając kroku: — Biorę tego. Wyślijcie fakturę do mojej centrali.

Wnętrze środkowego Mercedesa pachniało nową skórą i tytoniem fajkowym. Dla Miszy, przyzwyczajonego do smrodu gotowanej kapusty i lizolu, był to zapach innego świata.

Chłopiec siedział sztywno na tylnej kanapie. Tapicerka była podgrzewana. Ciepło przenikało przez cienkie, znoszone spodnie, wywołując dziwne uczucie dyskomfortu. Nie wiedział, co zrobić z rękami, więc wcisnął je głęboko w kieszenie kurtki.

Samochód ruszył gładko, jakby sunął po lodzie, a nie po dziurawej drodze wyjazdowej z Norylska. Wołkow nie patrzył na niego. Wyjął z aktówki telefon satelitarny — urządzenie wielkości cegły — i wybrał numer. — Sprzedajcie nikiel — rzucił krótko do słuchawki. — Wszystko. Cena spadnie do wtorku. Tak, wiem, co robię. Wykonujcie.

Rozłączył się i odłożył telefon. Dopiero wtedy przeniósł wzrok na chłopca. — Zapnij pasy — powiedział. Misza rozejrzał się nerwowo. Nigdy nie jechał takim samochodem. Nie wiedział, gdzie jest klamra. — Zapnij pasy — powtórzył Wołkow, tym razem z naciskiem. — Inwestycja musi być zabezpieczona w transporcie.

Kierowca, potężny mężczyzna o karku szerokim jak pień drzewa, obejrzał się przez ramię. To był Dymitr. Jego twarz była przecięta blizną biegnącą od ucha do kącika ust. — Przycisk po lewej, młody — mruknął basem. Misza znalazł pas i zatrzasnął go. Metaliczne kliknięcie zabrzmiało jak zamknięcie celi.

— Jak masz na imię? — zapytał Wołkow, choć przecież czytał jego teczkę. — Misza. — Michaił — poprawił go oligarcha z niesmakiem. — To imię dla chłopa pańszczyźnianego albo dla kierowcy ciężarówki. Jeśli masz zarządzać moim imperium, nie możesz nazywać się jak połowa populacji tego smutnego kraju.

Wołkow sięgnął do barku wbudowanego w oparcie przedniego fotela. Nalał sobie wody mineralnej do kryształowej szklanki. Chłopcu nie zaproponował niczego. — Eric — powiedział nagle. — Eric Wołkow. To brzmi międzynarodowo. Twardo. Skandynawsko. W Zurychu i Londynie łatwiej to wymówią. — Jestem Misza — zaprotestował cicho chłopiec. To była jedyna rzecz, jaka mu została. — Byłeś Miszą — uciął Wołkow. — Misza został w sierocińcu. Misza jadłby ziemniaki i umarłby na marskość wątroby przed czterdziestką. Eric siedzi w mercedesie za sto tysięcy dolarów i jedzie do Moskwy. Wybór należy do ciebie. Możemy zawrócić.

Chłopiec spojrzał przez przyciemniane szyby. Za oknem przesuwał się szary, martwy krajobraz tundry. Kominowe dymy Norylska zostawały w tyle. Nie chciał tam wracać. Sokołow, zimne kaloryfery, starsi chłopcy kradnący jedzenie. — Nie chcę wracać — szepnął. — Dobrze. Więc ustalmy zasady, Ericu — Wołkow upił łyk wody. — Nie adoptowałem cię, bo potrzebuję syna. Potrzebuję następcy. To jest transakcja biznesowa. Ja zapewniam ci edukację, bezpieczeństwo i kapitał. Ty zapewniasz mi zwrot z inwestycji. — Co to jest zwrot z inwestycji? — zapytał Eric. — To moment, w którym przynosisz mi więcej pieniędzy, niż na ciebie wydałem. Do tego czasu jesteś u mnie na debecie. Rozumiesz słowo „dług”?

Chłopiec kiwnął głową. — Będziesz się uczył. Języków, matematyki, ekonomii, walki. Nie będziesz miał czasu na zabawę. Zabawa nie generuje zysku. Jeśli zawiedziesz, skreślę cię z bilansu. To proste. Zero emocji, czysta kalkulacja. Czy to jasne?

Eric spojrzał na profil mężczyzny. Był twardy jak granit. — Jasne — odpowiedział. — Jasne, ojcze — poprawił go Wołkow. — Musimy ćwiczyć pozory. Świat musi myśleć, że jesteśmy rodziną. To buduje zaufanie rynków. — Jasne… ojcze.

Wołkow skinął głową i wrócił do papierów. Dymitr spojrzał w lusterko wsteczne i przez ułamek sekundy jego oczy spotkały się z oczami Erica. Było w nich coś na kształt współczucia, ale zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

Mercedes przyspieszył, zostawiając Syberię za plecami. Eric oparł głowę o zimną szybę. Powtarzał w myślach swoje nowe imię, próbując dopasować je do siebie jak za duże buty. Eric. Eric. Eric. Misza zniknął gdzieś na 34. kilometrze autostrady.

ROZDZIAŁ 2: WYCENA

Dwa lata później Eric wiedział już, że Moskwa to dżungla, w której tygrysy noszą garnitury od Brioniego. Rosja pogrążała się w kryzysie finansowym. Rubel szorował po dnie, banki upadały jeden po drugim, a na ulicach znowu strzelano.

Dla dwunastoletniego Erica ten świat istniał tylko za szybami pancernego Audi A8. Tego popołudnia wracał z prywatnej lekcji szermierki. Lubił ten sport. Wymagał chłodu, dystansu i trafiania w punkt. Dokładnie tego, czego wymagał Wołkow.

Atak nastąpił na skrzyżowaniu Prospektu Kutuzowa. Ciężarówka wyjechała z bocznej ulicy, taranując bok Audi. Huk, zgrzyt dartego metalu, błysk tłuczonego szkła pancernego. Kierowca Erica zginął na miejscu, przygnieciony kolumną kierownicy. Chłopak nie zdążył nawet krzyknąć. Boczne drzwi zostały wyrwane. Ktoś wyciągnął go za kołnierz płaszcza na zewnątrz. Wrzask. Uderzenie kolbą w skroń. Ciemność.

Obudził się w wilgotnej piwnicy. Czuć było pleśń i tanie papierosy. Był przywiązany do krzesła taśmą klejącą. W pomieszczeniu było trzech mężczyzn w kominiarkach. Mówili z kaukaskim akcentem. Byli nerwowi. Wiedzieli, kogo porwali, i wiedzieli, że Wołkow nie wybacza. Ale 5 milionów dolarów — bo tyle zażądali — było warte ryzyka.

Szef porywaczy, wielki mężczyzna o dłoniach jak łopaty, wybrał numer na telefonie satelitarnym. Włączył tryb głośnomówiący i przystawił urządzenie do ucha Erica. — Krzycz, szczeniaku — warknął. — Niech tatuś wie, że żyjesz. Eric milczał. Ból głowy pulsował tępym rytmem, ale strach powoli ustępował miejsca czemuś innemu. Czekał na głos ojca. Miał nadzieję, że Wołkow jest przerażony. Że poruszy niebo i ziemię.

— Słucham — głos w słuchawce był spokojny. Jakby Wołkow właśnie przeglądał poranną gazetę. — Mamy twojego syna, Wołkow — rzucił porywacz. — Pięć milionów dolarów w gotówce. Masz trzy godziny. Albo przyślemy ci go w kawałkach. Zapadła cisza. Długa, przeciągła cisza, przerywana tylko trzaskami na linii. Eric wstrzymał oddech.

— Pięć milionów? — powtórzył w końcu Wołkow, tonem wyrażającym lekkie zdziwienie. — Przeszacowaliście aktywo. Porywacz zamrugał, zbity z tropu. — Co ty pieprzysz? To twój syn! — To moja inwestycja — poprawił go Wołkow chłodno. — Mam go od dwóch lat. Koszty utrzymania, edukacja, ochrona… zainwestowałem w niego może trzysta tysięcy. Żądacie pięciu milionów. To się nie kalkuluje. Zwrot z inwestycji byłby ujemny.

Eric poczuł, jak coś w nim pęka. Nie taśma na nadgarstkach. Coś głębiej. W klatce piersiowej. — Zabijemy go! — wrzasnął porywacz, tracąc panowanie nad sobą. Pistolet przystawiony do skroni Erica drżał. — Emocje są złym doradcą w biznesie — odparł Wołkow. Słychać było szelest papieru, jakby coś notował. — Dam wam milion. To uczciwa cena rynkowa. — Pięć! — Milion. Jeśli go zabijecie, stracicie milion, a ja stracę tylko trochę czasu. Wrócę do Norylska. W bidulach jest pełno bystrych chłopców. Wezmę nowego, młodszego. Będzie tańszy w tresurze.

Porywacz spojrzał na Erica. W oczach bandyty było niedowierzanie. Nawet on, morderca, nie rozumiał tego chłodu. — Jesteś potworem, Wołkow — szepnął. — Jestem realistą. Zejdźcie z ceny o 80% albo go zabijcie i kończymy rozmowę. Mam spotkanie zarządu za piętnaście minut. Decydujcie.

Eric zamknął oczy. Łzy, które napłynęły mu do powiek, nie były łzami strachu. Były łzami ostatecznego zrozumienia. Nie był synem. Nie był człowiekiem. Był pozycją w Excelu. — Zgoda — warknął porywacz po chwili wahania. — Milion. — Przelew pójdzie na konto na Cyprze. Wypuśćcie towar w Parku Gorkiego. Bez uszkodzeń. Jeśli będzie wybrakowany, potrącę z sumy.

Połączenie zostało przerwane.

Wieczorem Eric siedział w wielkiej jadalni w rezydencji Wołkowa. Był umyty, opatrzony przez prywatnego lekarza. Miał siniaka na skroni i otarcia na nadgarstkach. Wołkow siedział na drugim końcu długiego stołu. Jadł steka, popijając czerwonym winem. Nie zapytał, jak Eric się czuje. Nie przytulił go. Nie było Dymitra, nie było nikogo.

Chłopiec patrzył w swój talerz. Zupa stygła. — Dlaczego tylko milion? — zapytał Eric cicho. Jego głos był inny. Starszy. Wołkow odłożył sztućce i wytarł usta serwetką. — Bo na tyle cię wyceniłem na tym etapie rozwoju. Gdybyś był starszy, gdybyś skończył studia, gdybyś zaczął zarabiać… zapłaciłbym więcej. Wartość rzeczą nabytą, Ericu. Nie wrodzoną.

Oligarcha wstał, podszedł do chłopca i położył mu rękę na ramieniu. To nie był gest czułości. Sprawdzał towar. — Dziś zrozumiałeś najważniejszą lekcję. Jesteś tyle warty, ile ktoś chce za ciebie zapłacić. Jeśli chcesz przeżyć w tym świecie, musisz być bezcenny. Albo musisz być tym, który ustala ceny. — Rozumiem — powiedział Eric. I naprawdę rozumiał. W tamtej chwili dwunastoletni chłopiec umarł. Został zlikwidowany jako nierentowne aktywo. Przy stole siedział już tylko przyszły Architekt Upadku.

ROZDZIAŁ 3: TRESURA

— Nie szarp spustu. Wyciskaj go. Jakbyś wyciskał sok z cytryny. Powoli, aż cię zaskoczy.

Huk wystrzału rozdarł ciszę prywatnej strzelnicy. Łuska zatańczyła na betonie. Dymitr zdjął słuchawki i podszedł do tarczy. Dziura w papierze była idealnie w środku sylwetki, w miejscu, gdzie człowiek ma mostek. — Dobrze — mruknął szef ochrony. — Ale wciąż się wahasz przed strzałem. Myślisz o celu jak o człowieku. To błąd. — A czym jest? — zapytał Eric, zabezpieczając Glocka 17. — Celem. Przeszkodą. Problemem do rozwiązania. Jeśli zaczniesz się zastanawiać, czy ma rodzinę, będziesz martwy.

Dymitr był jedyną osobą w tym domu, która traktowała Erica poważnie. Po incydencie z porwaniem Wołkow stał się jeszcze bardziej nieosiągalny. Dymitr wypełnił tę pustkę. Uczył chłopaka nie tylko strzelać, ale też prowadzić samochód w poślizgu, rozpoznawać podsłuchy i kłamać bez zmiany rytmu serca. Był dla niego jak starszy brat, którego Eric nigdy nie miał. Twardy, szorstki, ale obecny.

Tajemnica mieszkała w starej szopie na narzędzia, na skraju posiadłości. Był to wychudzony owczarek, którego Eric znalazł w lesie zaplątanego we wnyki. Miał poszarpaną łapę i żebra na wierzchu. Eric przemycał mu resztki jedzenia z kuchni. Dymitr go przyłapał trzeciego dnia. — Co ty tam chowasz, młody? — zapytał, blokując drzwi do szopy. Eric zbladł. Wiedział, że Wołkow nienawidzi zwierząt. „Brudzą, hałasują i nie przynoszą dochodu” — mawiał ojciec. — Nic — skłamał. Dymitr odsunął go na bok i wszedł do środka. Pies zawarczał cicho, kuląc się w kącie na stercie starych worków. Ochroniarz spojrzał na zwierzę, potem na przerażonego chłopca. Przez chwilę milczał. Eric był pewien, że Dymitr wyciągnie broń. Zamiast tego, wielki mężczyzna kucnął. — Łapa mu ropieje — powiedział. — Potrzebuje antybiotyku. Mam coś w apteczce. I przestań mu dawać te francuskie sery, psy rzygają po nabiale. Przyniosę mięso.

To był ich pakt. Przez dwa tygodnie leczyli psa razem. Eric czuł coś, czego nie czuł od lat — wspólnotę. Mieli tajemnicę przed Bogiem tego domu, przed Wołkowem. Dymitr uśmiechał się czasem, gdy pies lizał go po rękach. Eric nadał psu imię: Baron.

Koniec przyszedł w niedzielę rano. Wołkow spacerował po ogrodzie, sprawdzając stan ogrodzenia. Zauważył ślady na śniegu prowadzące do szopy. Kiedy Eric i Dymitr tam dotarli, było już za późno. Wołkow stał w drzwiach szopy. Baron szczekał na niego wściekle, wyczuwając wroga.

— Dymitr — powiedział Wołkow, nie odwracając się. Szef ochrony stanął na baczność. Jego twarz momentalnie stężała. Zniknął wujek Dymitr, wrócił najemnik. — Tak, szefie. — Wiedziałeś o tym? — Wołkow wskazał na psa butem z krokodylej skóry. — Tak. — Złamałeś zasady bezpieczeństwa. Przechowujesz nieznane zwierzę na terenie chronionym. Może mieć wściekliznę. Może ściągnąć inne psy. To naruszenie protokołu. — To tylko szczeniak, ojcze! — krzyknął Eric, stając przed psem. — Ja go znalazłem. To moja wina.

Wołkow spojrzał na syna z politowaniem. — Wina? Nie chodzi o winę, Ericu. Chodzi o łańcuch dowodzenia. Dymitr zataił przede mną informację. To niedopuszczalne. Wyjął z kieszeni płaszcza białą chusteczkę i przetarł nos. — Napraw to, Dymitr. — Tak jest — odpowiedział ochroniarz. Sięgnął do kabury pod kurtką.

Eric zamarł. Spojrzał na Dymitra. W oczach mężczyzny szukał tego ciepła, które widział, gdy karmili Barona. Szukał wspólnika. Przyjaciela. — Dymitr, nie… — szepnął Eric. — Uratowaliśmy go. Dymitr nawet na niego nie spojrzał. Jego wzrok był pusty, skupiony na celu. Wyciągnął pistolet. Przeładował. — Odsuń się, młody — powiedział beznamiętnie. — Nie! Dymitr złapał Erica za ramię żelaznym uściskiem i odrzucił go w zaspę, jak szmacianą lalkę. Pies zaszczekał, machając ogonem do człowieka, który go karmił.

Huk.

Jeden strzał. Baron padł na worki. Krew na śniegu była jaskrawo czerwona, parująca na mrozie. Cisza wróciła natychmiast.

Wołkow skinął głową z uznaniem. — Dobra robota. Posprzątaj to. A ty, Ericu… — zwrócił się do syna, który klęczał w śniegu, patrząc na martwego przyjaciela. — Zapamiętaj ten moment. Oligarcha podszedł bliżej i nachylił się nad chłopcem. — Myślałeś, że on jest twoim przyjacielem? Że macie więź? — wskazał na Dymitra, który chował broń. — Dymitr to pracownik. Dostaje pensję. Jego lojalność kończy się tam, gdzie kończy się przelew. W tym świecie nie ma przyjaźni. Są tylko interesy i rozkazy. Nigdy nie ufaj psu, który je z twojej ręki, bo ugryzie, gdy nowy pan da mu większy kawałek.

Wołkow odszedł w stronę domu. Dymitr został. Wyjął papierosa i zapalił. Ręce mu nie drżały. Spojrzał na Erica. — Nie patrz tak na mnie, młody — powiedział sucho, wydmuchując dym. — Rozkaz to rozkaz. Kiedyś zrozumiesz. Złapał martwego psa za tylne łapy i wyciągnął go z szopy.

Eric został sam. Nie płakał. Mróz ściął łzy, zanim zdążyły wypłynąć. Wtedy, klęcząc w czerwonym śniegu, zrozumiał, że Wołkow miał rację. Miłość to słabość. Zaufanie to ryzyko. Lojalność to mit. Wstał i otrzepał kolana. Jego twarz była kamienna. Patrząc na ślady krwi, przysiągł sobie jedno: już nigdy nikogo nie pokocha. I już nigdy nie pozwoli, by ktoś inny trzymał pistolet.

ROZDZIAŁ 4: MATKA

Dom spał, ale Eric czuwał. Czekał na tę noc od miesięcy. Wołkow wyjechał do Petersburga na forum energetyczne. Dymitr robił obchód terenu co godzinę. To dawało Ericowi okno czasowe: dokładnie czterdzieści pięć minut między 2:15 a 3:00 w nocy.

Eric stał przed dębowymi drzwiami gabinetu ojca. W ręku trzymał cienki wytrych z hartowanej stali — narzędzie, które ukradł z warsztatu ślusarskiego przy garażach. Dymitr nauczył go otwierać zamki, by „w razie potrzeby wydostać się z zamknięcia”. Eric zamierzał użyć tej wiedzy, by się dostać do środka.

Wsunął napinacz. Delikatny ruch nadgarstka. Kliknięcie. Zapadki ustąpiły. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Nie zapalił światła. Blask księżyca wpadający przez wysokie okna wystarczył.

Gabinet pachniał skórą, drogim drewnem i cygarami. Było to sanktuarium władzy. Miejsce, gdzie zapadały decyzje o losach tysięcy ludzi. Eric podszedł do masywnego biurka. Nie interesowały go sejfy z gotówką ani numery kont. Szukał historii.

Wiedział, że Wołkow jest pedantem. Wszystko musiało być skatalogowane. Szuflada z napisem „Archiwum Pasywne” była zamknięta na klucz patentowy. Eric poradził sobie z nim w minutę. W środku, w równych rzędach, stały teczki. 1994 — Przejęcie UralMining. 1995 — Likwidacja SiewierStal. 1996 — Fuzja/Osobiste.

Eric wyciągnął teczkę z roku 1996. Na okładce widniało nazwisko: Nadieżda Iwanowa. Otworzył ją. Pierwsze, co zobaczył, to zdjęcie. Kobieta o jasnych włosach i oczach, które Eric widział codziennie w lustrze. Była piękna, ale na fotografii wyglądała na zmęczoną, zaszczutą. Trzymała na rękach małego chłopca. Jego matka.

Zaczął czytać dokumenty. To nie był album rodzinny. To była kronika wojenna. Raport detektywa: „Obiekt wykazuje oznaki niestabilności emocjonalnej. Zalecane zwiększenie presji.” Notatka prawna: „Przejęcie pakietu kontrolnego w ChemGroup możliwe tylko w przypadku ubezwłasnowolnienia lub zgonu głównego udziałowca (N. Iwanowa).”

Z każdą stroną Eric czuł, jak krew odpływa mu z twarzy. To nie była tragiczna historia miłosna, jak wmawiał mu Wołkow („Matka była słaba, odeszła, nie dała rady”). To była zaplanowana operacja. Znalazł harmonogram działań:

— Odcięcie od źródeł finansowania.

— Kampania oszczerstw w prasie.

— Opłacenie lekarzy, by zdiagnozowali schizofrenię.

I wreszcie ostatni dokument. Raport z 14 listopada 1996 roku. Dwa tygodnie przed przyjazdem Wołkowa do sierocińca. „Temat: Zamknięcie operacji. Obiekt popełnił samobójstwo (przedawkowanie leków nasennych). Notatka pożegnalna zabezpieczona. Syn (Michaił) przekazany do systemu opieki państwowej zgodnie z planem. Przejęcie akcji zakończone sukcesem.”

Eric odłożył kartkę. Ręce mu nie drżały. Był już na to za zimny. Wołkow nie uratował go z sierocińca. Wołkow go tam wtrącił. Zniszczył jego matkę, by przejąć jej firmę, a potem odczekał, aż chłopak trafi do systemu, by „odkupić” go jako czystą kartę. Bez przeszłości, bez roszczeń, bez matki, która mogłaby go bronić.

Dla Wołkowa Nadieżda nie była żoną ani kochanką. Była przeszkodą wrogiego przejęcia. A Eric? Eric był dywidendą. Gratisem do przejętej fabryki chemicznej.

Spojrzał na portret Wołkowa wiszący nad kominkiem. Malarz uchwycił w nim tę butę, to poczucie boskości. — Zabiłeś ją dla zysku — szepnął Eric do pustego pokoju. Nie czuł żalu. Żal był dla ludzi takich jak Misza. Eric czuł chłód. Wyciągnął z teczki jedno zdjęcie matki. Schował je do kieszeni. Resztę ułożył idealnie tak, jak było. Zamknął szufladę. Zamknął drzwi gabinetu.

Wrócił do swojego pokoju i położył się na łóżku, wpatrując się w sufit. W jego głowie zaczął rodzić się plan. Nie mógł po prostu zabić Wołkowa. To by nic nie dało. Wołkow byłby męczennikiem, a imperium przejąłby zarząd. Nie. Wołkow musiał stracić wszystko. Musiał poczuć to, co czuła Nadieżda. Musiał zostać zlikwidowany. Ale najpierw trzeba było przetrwać. I uderzyć tam, gdzie nikt się nie spodziewa. W system, który go chronił.

Eric zamknął oczy. Zasnął natychmiast. Decyzja została podjęta. Proces likwidacji właśnie się rozpoczął.

ROZDZIAŁ 5: SABOTAŻ

Zima stulecia sparaliżowała Moskwę. Temperatury spadły do minus trzydziestu stopni. Rezydencja Wołkowa, odcięta od świata murem lasu i zaspami, stała się hermetyczną kapsułą.

Wołkow był dumny ze swojego domu. „Zalesie” było naszpikowane najnowszą technologią Siemensa. System „Inteligentny Dom” sterował wszystkim: od rolet w oknach po wilgotność powietrza w palarni cygar. Dla oligarchy był to szczyt luksusu i bezpieczeństwa. Dla Erica, który spędził ostatni rok na studiowaniu instrukcji technicznych i kodów źródłowych, była to klatka z elektronicznym zamkiem, do którego właśnie dorobił klucz.

Godzina 23:00. Wołkow i Dymitr siedzieli w dźwiękoszczelnej bibliotece. Pili koniak, palili ciężkie kubańskie cygara i omawiali plany przejęcia rurociągu na Sachalinie. Drzwi były zamknięte. Okna — pancerne, nieotwieralne. System wentylacji mechanicznej wymieniał powietrze cicho jak duch.

Eric siedział w serwerowni w piwnicy. Ekran laptopa rzucał bladą poświatę na jego twarz. — Czas zamknąć obieg — szepnął.

Palce biegały po klawiaturze. Nie musiał się włamywać siłowo. Znał hasła administratora — podpatrzył je, gdy technicy serwisowali system miesiąc temu. Wprowadził komendę: HVAC_ZONE_1_INTAKE: 0%. Na ekranie pojawiło się potwierdzenie. Klapy czerpni powietrza na dachu zamknęły się bezszelestnie. Kolejna komenda: CO2_SENSOR_ALARM: DISABLED. System przestał ostrzegać o braku tlenu. Ostatni ruch: HEATING_ZONE_1: MAX.

W bibliotece Wołkow i Dymitr wciąż palili. Z każdym zaciągnięciem, z każdym wydechem, stężenie dwutlenku węgla i dymu rosło. Tlen się kończył, a temperatura rosła. To była powolna śmierć. Usypiająca. Nie zorientują się, dopóki nie spróbują wstać.

Eric zamknął laptopa. Wziął plecak. W środku miał już gotówkę, którą podkradał Dymitrowi z sejfu operacyjnego, oraz fałszywy paszport na nazwisko Eric Vane, który kupił w darknecie za bitcoiny (wtedy jeszcze ciekawostkę technologiczną) i gotówkę.

Podszedł do kartonowego pudełka w kącie serwerowni. — Idziemy — powiedział cicho. Z pudełka wyjrzał mały, czarny kot. Eric znalazł go przy śmietniku tydzień temu. Tym razem nie popełnił błędu. Nikomu o nim nie powiedział. Kot nie miał imienia. Imiona to przywiązanie. Kot był „Ładunkiem”. Włożył zwierzę do specjalnie przygotowanej przegrody w plecaku, wyłożonej polarem. Zostawił tylko otwór na powietrze.

Wyszedł z piwnicy. Przemknął korytarzem na piętro. Drzwi do gabinetu Wołkowa były otwarte — oligarcha był pewien, że nikt nie zakłóci jego spokoju. Eric wszedł do środka. Wiedział, gdzie jest. Czarny Notes. Mały, niepozorny notatnik Moleskine, który Wołkow zawsze trzymał w kieszeni marynarki. Ale teraz, w bibliotece, było gorąco. Marynarka wisiała na krześle w gabinecie.

Eric chwycił notes. Otworzył go. Były tam ciągi cyfr. Numery kont w Zurychu, Kajmanach i Liechtensteinie. Kody dostępu. Hasła. To nie były pieniądze. To była wolność. Schował notes do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Przechodząc obok biblioteki, zatrzymał się. Przez grubą szybę w drzwiach zajrzał do środka. Widok był surrealistyczny. Wołkow siedział w fotelu z głową odchyloną do tyłu. Krawat miał poluzowany, twarz czerwoną. Wyglądał, jakby spał. Cygaro wypadło mu z ręki i tliło się na perskim dywanie, wypalając czarną dziurę. Dymitr leżał na podłodze. Próbował czołgać się do drzwi, ale jego ruchy były powolne, jak w smole. Niedotlenienie mózgu. Zobaczył Erica za szybą. Ochroniarz poruszył ustami. Nie było słychać słów, ale Eric odczytał je z ruchu warg: „Pomóż”.

Eric położył dłoń na szybie. Była ciepła. Patrzył na człowieka, który zabił jego psa. Na człowieka, który nauczył go, że litość to słabość. — Rozkaz to rozkaz, Dymitr — powiedział Eric, choć tamten nie mógł go słyszeć. Odwrócił się na pięcie.

Wyszedł głównym wejściem. Uderzenie mrozu zaparło mu dech. Minus trzydzieści stopni. Śnieg skrzypiał pod butami jak styropian. Eric naciągnął kaptur. Czuł ciężar kota w plecaku i ciężar Czarnego Notesu na piersi. Nie obejrzał się na rezydencję. Zostawiał za sobą dwa trupy — jeden fizyczny, drugi duchowy. Sierota z Norylska przestała istnieć. Syn oligarchy przestał istnieć.

Szedł w stronę szosy, gdzie za godzinę miał przejechać nocny autobus do granicy z Finlandią. Światło w oknach biblioteki wciąż się paliło, ale dla Erica ten dom był już tylko cmentarzem. Rozpoczął się nowy etap. Kierunek: Zurych.

ROZDZIAŁ 6: BRUDNE PIENIĄDZE

Zurych nie pachniał siarką jak Norylsk, ani cygarami jak gabinet Wołkowa. Zurych pachniał pieniędzmi. A dokładniej — pachniał brakiem zapachu. Był sterylny, cichy i precyzyjny jak mechanizm w zegarku Patek Philippe, który Eric nosił na nadgarstku.

Miał dwadzieścia lat, fałszywą tożsamość austriackiego spadkobiercy i dostęp do numerycznych kont, z których wyciągnął już wystarczająco dużo, by wynajmować penthouse z widokiem na Jezioro Zuryskie. Czarny Notes działał. Kody były poprawne. Pieniądze Wołkowa płynęły teraz szerokim strumieniem, finansując życie jego kata.

Dzwonek do drzwi przerwał ciszę apartamentu. Eric otworzył. W progu stała kobieta. Miała na imię Chloé — albo przynajmniej tak kazała na siebie mówić. Była uosobieniem luksusu: kaszmirowy płaszcz, dyskretna biżuteria, uroda modelki z żurnala. Agencja „Elite Companions” wyceniła jej czas na trzy tysiące franków za noc. — Bonsoir, Eric — powiedziała z profesjonalnym uśmiechem. Jej oczy omiotły go szybko, oceniając zagrożenie i zasobność portfela. Zaliczył test. Weszła do środka.

— Czego się napijesz? — zapytał, zamykając drzwi. — Szampana, jeśli masz. Miał. Dom Perignon rocznik ’98. Nalał dwa kieliszki. Ręce mu nie drżały, ale w środku czuł ten sam ucisk, który towarzyszył mu od ucieczki z Rosji. Pustkę. Czarną dziurę, która zasysała wszystko.

Usiedli na skórzanej kanapie. Chloé odstawiła kieliszek i powoli zaczęła odpinać guziki płaszcza. Pod spodem miała sukienkę, która więcej odsłaniała, niż zakrywała. — Nie — powiedział Eric nagle. Kobieta zatrzymała dłoń w połowie ruchu. Jej uśmiech nawet nie drgnął. Profesjonalistka. — Masz jakieś specjalne życzenia? — zapytała aksamitnym głosem. — Lubisz dominację? Czy może… — Chcę porozmawiać — przerwał jej. Teraz w jej oczach pojawiło się prawdziwe zdziwienie. Trwało to ułamek sekundy, zanim przykryła je maską uprzejmości. — Oczywiście, kochanie. O czym chcesz rozmawiać? — O tobie. Kim jesteś, kiedy stąd wychodzisz? Co jadasz na śniadanie? Czego się boisz?

To było żałosne. Wiedział o tym. Wołkow by go wyśmiał. Dymitr by splunął. Ale Eric był w Zurychu od czterech lat i nie zamienił ani jednego szczerego zdania z drugim człowiekiem. Jego kontakty ograniczały się do bankierów, maklerów i kelnerów. Wszyscy go obsługiwali. Nikt go nie widział.

Chloé usiadła wygodniej. Przez następną godzinę opowiadała mu historię o studiach z historii sztuki, o chorej matce w Lyonie i marzeniach o własnej galerii. Mówiła pięknie. Gestykulowała z wdziękiem. Czasem kładła dłoń na jego kolanie, patrząc mu głęboko w oczy z udawanym zrozumieniem.

Eric słuchał. Chłonął to ciepło. Przez chwilę, przez krótką chwilę, chciał wierzyć. Chciał uwierzyć, że ta dziewczyna siedzi tu, bo go lubi. Że jej dotyk jest prawdziwy. Że nie jest tylko transakcją.

— …i dlatego impresjoniści są mi tak bliscy — zakończyła, uśmiechając się smutno. Eric milczał. Patrzył na jej dłoń na swoim kolanie. Idealny manicure. Brak obrączki. — Kłamiesz — powiedział cicho. Chloé zamrugała. — Słucham? — Nie studiujesz historii sztuki. Nie wiesz, kim był Monet, mylisz go z Manetem. Twoja torebka to podróbka z Mediolanu, a akcent zdradza, że jesteś z Marsylii, nie z Lyonu. Ciepło zniknęło z pokoju. Kobieta cofnęła rękę. Jej twarz stwardniała. Zniknęła studentka, wróciła pracownica seksualna. — Płacisz za towarzystwo, Eric — powiedziała chłodno. — Płacisz za fantazję. Więc nie psuj jej, bo to nieprofesjonalne.

Eric wstał i podszedł do okna. W dole, na Bahnhofstrasse, przesuwały się światła limuzyn. — Masz rację — powiedział. — Płacę. Wyjął z kieszeni kopertę. Było w niej trzy tysiące franków. Położył ją na stole. — Możesz już iść. — Zostało nam jeszcze sześć godzin — zauważyła, patrząc na kopertę. — Nie. Już skończyliśmy. Usługa wykonana.

Kobieta wstała, wzięła pieniądze i schowała je do torebki. Nie była obrażona. Była zadowolona, że zarobiła łatwą kasę bez konieczności dotykania klienta. — Jak chcesz — rzuciła w drzwiach. — Dziękuję za szampana.

Kiedy wyszła, cisza wróciła ze zdwojoną siłą. Eric usiadł na miejscu, gdzie przed chwilą siedziała ona. Skóra kanapy była wciąż ciepła. Przyłożył dłoń do tego miejsca, próbując zachować to ciepło, ale ono stygło z każdą sekundą.

Wtedy zrozumiał lekcję, którą ominął w szkole Wołkowa. Pieniądze dają władzę. Dają bezpieczeństwo. Dają dostęp. Ale pieniądze tworzą mur. Nikt nigdy nie pokocha Erica za to, kim jest, bo Eric dla świata jest tylko portfelem. Każdy uśmiech, każdy gest, każde „kocham cię” będzie miało na dole mały dopisek drobnym drukiem: „Warunki umowy mogą ulec zmianie”.

Dokończył szampana. Smakował kwasem. Następnego dnia miał spotkanie w Zunfthaus zur Meisen. Chciał wejść do elitarnego klubu finansjery. Skoro nie mógł mieć miłości, postanowił mieć władzę absolutną.

ROZDZIAŁ 7: SALON LWÓW

Zunfthaus zur Meisen był rokokowym pałacem nad brzegiem rzeki Limmat. To tutaj biło serce starej szwajcarskiej arystokracji. Nie tej z gazet, ale tej, która posiadała gazety.

Eric wszedł do Sali Złotej. Miał na sobie garnitur szyty na miarę przy Savile Row, zegarek Vacheron Constantin i buty z cielęcej skóry, które kosztowały więcej niż roczna pensja robotnika w Norylsku. Mówił płynnie po niemiecku (bez rosyjskiego akcentu, który wyplenił godzinami ćwiczeń fonetycznych), francusku i angielsku. Był idealny. A jednak, gdy tylko przekroczył próg, poczuł na sobie niewidzialny ciężar. Rozmowy nie ucichły, ale zmieniły tonację.

Podszedł do grupy starszych mężczyzn stojących przy kominku. Wyglądali jak portrety przodków zdjęte ze ścian — siwi, chudzi, w niemodnych, ale perfekcyjnie skrojonych smokingach. — Guten Abend, meine Herren — powiedział Eric, kłaniając się lekko. — Eric Vane. Jeden z nich, wysoki mężczyzna o twarzy przypominającej drapieżnego ptaka — Heinrich von Tobel, prezes najstarszego prywatnego banku w kantonie — odwrócił się powoli. Zmierzył Erica wzrokiem, jakby znalazł insekta w swojej zupie.

— Pan Vane — powiedział von Tobel. Jego niemiecki był archaiczny, precyzyjny. — Słyszeliśmy o panu. Młody inwestor z… Austrii, prawda? — Zgadza się — skłamał gładko Eric. — Interesuję się rynkiem instrumentów pochodnych. Chciałbym omówić możliwość dołączenia do Klubu Zunft. W grupie zapadła cisza. Mężczyźni wymienili spojrzenia. Były to spojrzenia, którymi dorośli wymieniają się nad głową dziecka, które właśnie powiedziało coś głupiego.

— Klub Zunft — zaczął von Tobel, siorbiąc koniak — nie jest instytucją, do której się „dołącza”, panie Vane. To instytucja, do której się należy. Od urodzenia. — Posiadam odpowiedni kapitał i referencje — zauważył chłodno Eric. — Kapitał… — prychnął inny bankier. — W Zurychu każdy ma kapitał. Nawet mój szofer ma kapitał. Ale kapitał, panie Vane, dzieli się na dwa rodzaje. Ten, który krzyczy, i ten, który szepcze. Von Tobel podszedł o krok bliżej. Z bliska Eric poczuł zapach starej wody kolońskiej i pogardy. — Pana pieniądze krzyczą, chłopcze. Pachną pośpiechem. Pachną ryzykiem. I, jeśli mam być szczery, pachną wschodem.

Eric poczuł, jak mięśnie szczęki mu się zaciskają. Mimo nowej tożsamości, mimo lat nauki manier, dla nich wciąż był Miszą z bidula. Wyczuwali to instynktem drapieżników. — Mój kapitał jest czysty — powiedział Eric twardo. — Żaden kapitał nie jest czysty, dopóki nie przeleży trzech pokoleń w szwajcarskim skarbcu — uśmiechnął się von Tobel. — Pan jest turystą w naszym świecie. Niech pan wraca do kasyn i hoteli. Tutaj robimy historię, nie pieniądze.

Starzec odwrócił się plecami. Reszta grupy zrobiła to samo. Utworzyli mur z czarnych marynarek. Mur nie do przebicia. Eric stał tam przez chwilę, czując palący wstyd. Nie dlatego, że go odrzucili. Ale dlatego, że miał ochotę wyciągnąć pistolet i kazać im klękać. Odruch z Norylska. Odruch Dymitra. „Jeszcze nie teraz” — pomyślał. — „Kiedyś was kupię. Wszystkich”.

Odwrócił się, by wyjść, i wtedy ją zobaczył. Stała w cieniu, przy filarze, obserwując całą scenę. Kobieta po czterdziestce, o ostrych rysach twarzy i stalowych oczach. Trzymała kieliszek wina, jakby to była broń. Nie odwróciła wzroku, gdy Eric na nią spojrzał. Uśmiechnęła się. Nie był to uśmiech ciepły. Był to uśmiech wilczycy, która widzi młodego, wściekłego wilka.

Kiedy mijał ją w drodze do wyjścia, odezwała się cicho, nie patrząc na niego: — Starzy głupcy. Myślą, że świat wciąż stoi w miejscu. Eric zatrzymał się. — Słucham? — Von Tobel — skinęła głową w stronę kominka. — Jego bank traci 5 procent rocznie. Za dekadę zbankrutują, bo boją się ryzyka. Pan się nie boi ryzyka, prawda, panie Vane?

Eric spojrzał na nią z zainteresowaniem. Biła od niej siła. Inna niż od arystokratów. To była siła drapieżnika korporacyjnego. — Ryzyko to tylko zmienna w równaniu — odpowiedział wyuczonym tekstem Wołkowa. Kobieta zaśmiała się nisko. — Brigitte Adler. CEO Adler & Partners. Szukam ludzi, którzy potrafią liczyć szybciej niż ich sumienie pozwala. Podała mu wizytówkę. Była ciężka, czarna, ze złotym drukiem. — Przyjdź jutro do mojego biura. Pokażę ci, jak się wchodzi do tego świata. Nie frontowymi drzwiami, jak parweniusz, ale piwnicą. Tam, gdzie trzymają fundamenty.

Eric wziął wizytówkę. — Dlaczego miałbym przyjść? Brigitte spojrzała mu prosto w oczy. Zobaczyła w nich pustkę, którą znała z własnego lustra. — Bo nienawidzisz ich tak samo jak ja. I chcesz ich zniszczyć. A do tego potrzebujesz narzędzi, których oni nie używają. Ja mam te narzędzia.

Odeszła, stukając obcasami o parkiet. Eric został sam w korytarzu. Spojrzał na wizytówkę. Potem na zamknięte drzwi Sali Złotej, za którymi Von Tobel śmiał się z „ruskiego bękarta”. Schował kartonik do kieszeni, tuż obok serca, które nie biło szybciej. Znalazł nauczyciela.

ROZDZIAŁ 8: NIEMIECKA INŻYNIERIA

Biuro Brigitte Adler nie przypominało pałacu Zunfthaus. Mieściło się w postindustrialnym lofcie ze szkła i stali. Było sterylnie białe, ciche i zimne jak serwerownia. Na środku dębowego stołu leżała walizka. Brigitte otworzyła ją. W środku znajdowały się banknoty o nominale 50 i 100 euro. Brudne, zmięte, spięte gumkami recepturkami. Śmierdziały smarem do broni i potem. — Dwa miliony euro — powiedziała Brigitte, zapalając cienkiego papierosa. — Mój klient sprzedał partię karabinków AK-47 do Sudanu. Płatność gotówką w Sarajewie. Problem w tym, że klient chce kupić willę w Toskanii, a włoski urząd skarbowy pyta o źródło dochodu. Wypuściła dym w stronę Erica. — Masz 48 godzin, żeby te pieniądze stały się legalnym zyskiem niemieckiej firmy spedycyjnej „NordFracht GmbH”. To twoje zadanie wstępne.

Eric usiadł przed terminalem Bloomberga. Nie dotknął pieniędzy. Patrzył na ekran. — Trade-Based Money Laundering? — zapytał. — Oczywiście. Przelewy są śledzone. Towary są nudne. Celnicy nienawidzą otwierać palet. Wykorzystaj to.

KROK 1: KREACJA TOWARU Eric zalogował się do systemu fakturowego firmy-krzaka „NordFracht”. Musiał stworzyć towar, który uzasadniłby przepływ 2 milionów euro, ale fizycznie byłby bezwartościowy. — Precyzyjne zawory hydrauliczne do pomp przemysłowych — mruknął do siebie. — Kod celny HS 8481. Wysoka wartość, mała objętość, trudno ocenić ich cenę na oko.

Wypełnił fakturę eksportową. Sprzedawca: NordFracht GmbH (Hamburg). Nabywca: BuildCorp Ltd. (Spółka-słup w Sarajewie, kontrolowana przez klienta). Towar: 2000 sztuk zaworów hydraulicznych serii X-500. Cena jednostkowa: 1000 EUR. Suma: 2 000 000 EUR.

W rzeczywistości na paletach w Sarajewie załadowano zardzewiałe rury kanalizacyjne kupione na złomowisku za 500 euro.

KROK 2: DOKUMENTACJA (CMR) To był najtrudniejszy moment. Papierologia musiała być idealna. Eric otworzył edytor dokumentów transportowych CMR. Wpisał numery rejestracyjne ciężarówki. Waga brutto: 4500 kg. Waga netto: 4200 kg. Dodał certyfikat pochodzenia „Made in Germany”. — Pamiętaj o wadze — rzuciła Brigitte zza pleców. Patrzyła mu na ręce. — Jeśli waga na granicy nie zgodzi się z papierami o więcej niż 50 kilo, system wyrzuci „czerwoną flagę”. Złom jest cięższy niż precyzyjne zawory. — Wiem — odparł Eric, nie przerywając pisania. — Dlatego wpisałem w CMR, że towar jest pakowany w „skrzynie drewniane wzmocnione ołowiem do transportu morskiego”. To wyjaśni nadwagę ołowiem, a nie złomem.

Brigitte uśmiechnęła się kącikiem ust.

KROK 3: GRANICA (PUNKT KRYTYCZNY) Sześć godzin później. Eric i Brigitte siedzieli przed monitorem, obserwując kropkę GPS na mapie Europy. Ciężarówka ze złomem (według papierów: zaworami za 2 miliony) dojeżdżała do granicy słoweńsko-austriackiej w tunelu Karawanki. To był newralgiczny punkt. Wejście do strefy Schengen.

Telefon na biurku zadzwonił. Wyświetlił się numer austriackiego urzędu celnego. Eric spojrzał na Brigitte. Ona nie drgnęła. — Jesteś kierownikiem logistyki Heinzem Müllerem — szepnęła. — Odbierz.

Eric włączył zestaw głośnomówiący. Jego głos momentalnie się zmienił. Stał się zmęczonym, poirytowanym niemieckim spedytorem. — NordFracht, Müller, słucham? — Tutaj Urząd Celny Karawanki, starszy inspektor Gruber — głos w słuchawce był szorstki. — Mamy wasz transport. Numer CMR 09/2007. Są nieprawidłowości.

Serce Erica uderzyło mocniej, ale jego twarz pozostała maską. — Jakie nieprawidłowości, inspektorze? Klient czeka na te zawory, mamy karę umowną za opóźnienie. — Prześwietliliśmy ładunek skanerem RTG. Gęstość materiału się nie zgadza. To nie wygląda na zawory precyzyjne. To wygląda na… rury.

W pokoju zapadła cisza. To był koniec. Jeśli otworzą skrzynie, zobaczą stary złom. Oskarżenie o fałszerstwo dokumentów i pranie pieniędzy. Więzienie. Brigitte sięgnęła ręką do szuflady, jakby szukała prawnika… albo broni.

Eric zamknął oczy na sekundę. Przypomniał sobie lekcję Wołkowa: „Ludzie nie chcą prawdy. Ludzie chcą spokoju i braku problemów.” Otworzył oczy. — Inspektorze Gruber — powiedział głosem pełnym biurokratycznej wyższości. — Czy pan sugeruje, że nie zna pan specyfikacji zaworów serii X-500 w osłonach transportowych? To są elementy do rurociągów wysokociśnieniowych. One muszą wyglądać jak rury na RTG, bo są wewnątrz tulei ochronnych. Jeśli pan otworzy te hermetyczne skrzynie, naruszy pan sterylność produktu. Producent nie uzna gwarancji. Wartość ładunku to dwa miliony euro.

Zrobił pauzę, pozwalając, by kwota wybrzmiała. — Oczywiście, ma pan prawo zerwać plomby — ciągnął Eric. — Ale proszę o nazwisko i numer służbowy. Bo kiedy prawnicy klienta wystąpią o odszkodowanie za zniszczenie towaru, chcę wiedzieć, kogo wpisać w pozwie.

Cisza po drugiej stronie trwała pięć sekund. Pięć wieków. Inspektor kalkulował. Otworzyć? A jeśli to naprawdę drogie części? Będzie pisał raporty przez miesiąc. — …Towar jest w tranzycie do Hamburga? — zapytał celnik, już mniej pewnie. — Tak. Hamburg, magazyn celny numer 4. — Dobrze. Puszczam warunkowo. Ale w Niemczech mogą was sprawdzić. — Dziękuję. Miłego dnia.

Rozłączył się. Kropka GPS na mapie ruszyła. Przekroczyli granicę.

Eric wypuścił powietrze z płuc. Dopiero teraz poczuł, że ma spoconą koszulę na plecach. Spojrzał na Brigitte. Kobieta klaskała. Powoli, rytmicznie. — Brawo, Heinz — powiedziała z ironią. — Właśnie wyprałeś dwa miliony euro, nie ruszając się z fotela.

FINAŁ OPERACJI Dwa dni później „klient” z Sarajewa wpłacił gotówkę do lokalnego banku (skorumpowanego), który przelał 2 miliony euro na konto NordFracht w Hamburgu tytułem „zapłaty za fakturę nr 1/2007”. Pieniądze były teraz czystym przychodem niemieckiej firmy. Podatek został zapłacony. Reszta trafiła na prywatne konta w Szwajcarii jako dywidenda. Złom wyrzucono na śmietnik w Hamburgu.

Eric zdał egzamin. — Masz talent, Ericu — powiedziała Brigitte, nalewając mu whiskey. — Ale pamiętaj o jednym. Kłamstwo działa tylko wtedy, gdy sam w nie wierzysz. Gdybyś przez chwilę pomyślał, że tam jest złom, celnik by to wyczuł w twoim głosie. — Tam były zawory — odpowiedział Eric, biorąc szklankę. — Widziałem fakturę. Brigitte zaśmiała się głośno. — Będą z ciebie ludzie. Albo trup. Zobaczymy.

ROZDZIAŁ 9: KRWAWY AUDYT

Zurych jesienią pachniał mokrymi liśćmi i starymi pieniędzmi. Na tarasie Villi Adler, górującej nad miastem jak twierdza, sukces miał smak schłodzonego Chardonnay rocznik 2004, ale dla Hansa Adlera wieczór ten miał smak żółci i taniej brandy.

Mąż Brigitte był już tylko cieniem we własnym domu. Niegdyś szanowany deweloper, teraz stał się bankrutem, którego życie regulował cykl hazardowy: euforia, przegrana, dług, upokorzenie. Brigitte spłacała jego wierzycieli z tą samą beznamiętną miną, z jaką opłacała rachunki za prąd, traktując męża jak niesfornego, rasowego psa, którego szkoda uśpić ze względu na rodowód.

Eric stał przy kamiennej balustradzie, paląc cygaretkę. Miał na sobie garnitur od Tom Forda za dziesięć tysięcy franków. Był partnerem w Adler & Partners. Jego nazwisko otwierało drzwi, które dla innych były zamurowane. Czuł się nietykalny. Młodość i pieniądze to niebezpieczna mieszanka — daje iluzję nieśmiertelności.

Hans podszedł do niego, chwiejąc się lekko. Jego oczy były przekrwione, a oddech ciężki od alkoholu. — Jesteś z siebie dumny, co, chłopcze? — wybełkotał, opierając się ciężko o balustradę tuż obok Erica. — Patrzysz na to miasto, jakby należało do ciebie. Myślisz, że jesteś jednym z nas? Że ten garnitur przykrywa to, skąd wylazłeś?

Eric strzepnął popiół za barierkę. Nawet nie odwrócił głowy w stronę Hansa. — Jestem tym, który zarabia na to wino, które właśnie wylewasz na posadzkę, Hans — powiedział spokojnie, tonem, jakim mówi się do natrętnego kelnera. — Idź spać, zanim narobisz sobie wstydu przy gościach.

To był błąd. Eric zlekceważył go. W świecie Wołkowa lekceważenie wroga było grzechem śmiertelnym. Lekceważyło się tylko trupy. Żywych wrogów, nawet słabych i pijanych, należało obserwować. Zranione ego jest groźniejsze niż naładowana broń.

Hans zacisnął pięści na kieliszku. Szkło pękło z cichym trzaskiem. Czerwone wino zmieszało się z krwią kapiącą z rozciętej dłoni na nieskazitelnie białe buty Erica. Hans nie poczuł bólu. Poczuł nienawiść. I strach, który zżerał go od tygodni. Rosjanie, u których zaciągnął długi w podziemnym kasynie w Bernie, dali mu ultimatum: zwrot dwustu tysięcy franków do północy albo „wypadek” na budowie. Ale wczoraj dali mu alternatywę. Szukali kogoś. Młodego Rosjanina, który zniknął lata temu z fortuną ojca. Pokazali zdjęcie. Hans rozpoznał te zimne oczy.

Spojrzał na Erica, który z obrzydzeniem wycierał but jedwabną chusteczką. — Masz rację — powiedział cicho Hans, a jego głos nagle stał się trzeźwy. — Idę spać.

Godzinę później Eric wyszedł z willi. Nie pożegnał się z nikim. Wsiadł do swojego srebrnego Porsche 911 Turbo. Przekręcił kluczyk, budząc do życia 480 koni mechanicznych. W oknie na piętrze firanka drgnęła. Hans stał w ciemności sypialni. Rękę miał owiniętą bandażem. W drugiej trzymał telefon. — Wychodzi — powiedział do słuchawki. Głos mu drżał, ale nie mógł się wycofać. — Srebrne Porsche. Rejestracja ZH 88 92. Kieruje się na południe, w stronę centrum. — Jesteś pewien, że to on? — zapytał głos z twardym, wschodnim akcentem. Żadnych uprzejmości. — Tak. To syn Wołkowa. Sprawdziłem jego paszport w sejfie w gabinecie Brigitte. Nazywa się Vane, ale data urodzenia i miejsce — Norylsk — się zgadzają. To on. — Dług anulowany, Hans. Śpij spokojnie.

Połączenie zostało przerwane. Hans opadł na łóżko. Sprzedał życie człowieka za dwieście tysięcy. Czuł się brudny, ale po raz pierwszy od miesięcy czuł się bezpieczny.

Eric lubił nocną jazdę przez Zurych. Tunele, puste estakady, idealny asfalt. To dawało mu poczucie kontroli nad rzeczywistością. Zjechał w stronę dzielnicy przemysłowej Kreis 5, planując wstąpić do biura po dokumenty przed powrotem do swojego apartamentu. Wtedy to zauważył.

Na Hardbrücke, długim moście przecinającym miasto, w lusterku wstecznym pojawiły się dwa punkty świetlne. Ciemny SUV, Mercedes ML. Trzymał stały dystans pięćdziesięciu metrów. Dwa samochody dalej — motocykl sportowy bez świateł. Eric zwolnił do czterdziestki. SUV też zwolnił. Przyspieszył gwałtownie do setki. SUV wystrzelił za nim.

Instynkt, uśpiony przez lata luksusu i bezpiecznych transakcji, obudził się z rykiem. To nie była policja (włączyliby koguty). To nie byli fani motoryzacji. — Ogon — szepnął, czując jak adrenalina zalewa mu mózg. Sięgnął do schowka pasażera. Leżał tam pistolet SIG Sauer P226. Brigitte nalegała, by go nosił („Bankierzy mają wrogów, Eric, a ty masz ich więcej niż myślisz”). Wtedy śmiał się z jej paranoi. Teraz odbezpieczył broń, kładąc ją na fotelu obok.

Musiał ich zgubić. Zjechał gwałtownie w wąską uliczkę przy starych magazynach kolejowych. Liczył na to, że manewrowość Porsche da mu przewagę nad ciężkim SUV-em. To był błąd. Znał Zurych z perspektywy restauracji i sal konferencyjnych, nie znał topografii zaułków. Uliczka kończyła się ślepym murem z cegły. Pułapka.

Zatrzymał auto z piskiem opon. Chciał wrzucić wsteczny i wycofać, ale było za późno. SUV zablokował wjazd do uliczki, ustawiając się w poprzek. Reflektory ksenonowe oświetliły wnętrze Porsche, oślepiając Erica. Z samochodu wysiadło trzech mężczyzn. Motocyklista dołączył do nich sekundę później, zsiadając z maszyny. Nie wyglądali jak szwajcarscy windykatorzy w garniturach. Wyglądali jak widma z jego dzieciństwa. Skórzane kurtki, ogolone głowy, ruchy drapieżników.

Eric zgasił silnik, ale zostawił kluczyk w stacyjce. Wziął broń. Wysiadł powoli, trzymając pistolet za plecami, ukryty pod połą marynarki. — Zgubiliście się, panowie? — zapytał po niemiecku, mrużąc oczy przed blaskiem reflektorów. Największy z nich, mężczyzna o posturze niedźwiedzia, zrobił krok do przodu. Uśmiechnął się, błyskając złotym zębem w świetle lamp. — Nie, Misza. W końcu się znaleźliśmy.

Eric poczuł lodowaty chłód na plecach. Użyli jego starego imienia. Imienia, które umarło w limuzynie na Syberii. — Nie znam żadnego Miszy — odparł spokojnie, choć serce waliło mu jak młot. — Nazywam się Vane. Zaszła pomyłka. — Twój ojciec przesyła pozdrowienia — powiedział Rosjanin, wyciągając spod kurtki pistolet maszynowy Skorpion z tłumikiem. — I prosi o zwrot dywidendy. Plus odsetki za dziesięć lat. — Wołkow nie żyje — rzucił Eric. Był o tym przekonany. Zostawił go w zamkniętym pokoju z odciętym tlenem. Rosjanin zaśmiał się chrapliwie. — Wołkow żyje. Jest sparaliżowany od szyi w dół, jeździ na wózku i oddycha przez rurkę, bo mózg mu się trochę niedotlenił. Ale jego nienawiść ma się świetnie. Jest w pełni sprawna. Wyznaczył nagrodę za twoją głowę. Pięć milionów dolarów. Zrobił pauzę, delektując się przerażeniem Erica. — Ten idiota, mąż twojej szefowej, sprzedał cię tanio. Za dwieście tysięcy długu. Nawet nie wiedział, ile jesteś wart.

Hans. A więc to tak. Nie wywiad gospodarczy, nie błąd w systemie bankowym. Zwykła, ludzka zawiść małego człowieka i dług karciany. Ironia losu. — Bierzcie go — rzucił Złoty Ząb do kolegów. — Ojciec chce go mieć żywego. Ma umierać długo.

Eric nie czekał. — To nie jest audyt, panowie — powiedział po rosyjsku, unosząc broń. — To wrogie przejęcie. A ja nie sprzedaję akcji.

Strzelił pierwszy. Bez celowania, instynktownie, w środek masy. Pocisk trafił Złotego Zęba w bark, obracając go wokół własnej osi. Mężczyzna ryknął z bólu. Ale było ich czterech. Profesjonalistów. Rozpętało się piekło. Serie z pistoletów maszynowych rozerwały ciszę nocy. Kule zagrzechotały o karoserię Porsche jak grad. Szyba pasażera rozprysła się w drobny mak, zasypując wnętrze diamentowym pyłem.

Eric rzucił się szczupakiem za maskę samochodu. Blok silnika Porsche (umieszczony z tyłu) i bagażnik z przodu dawały słabą osłonę, ale koła i felgi były solidne. Kule rykoszetowały od asfaltu tuż obok jego głowy. Był przygwożdżony. Słyszał ich kroki. Rozdzielali się. Dwóch szło lewą stroną, jeden prawą. Klasyczny manewr okrążający. — Odetnijcie mu drogę! — krzyknął ranny dowódca. — Tylko w nogi! Nie zabijać!

Eric sprawdził magazynek. Dziesięć naboi. Czterech napastników. Matematyka była przeciwko niemu. Mógł się poddać. Może by przeżył transport do Rosji. Ale wizja Wołkowa na wózku, czekającego na zemstę, była gorsza niż śmierć. Przypomniał sobie słowa ojca: „Jesteś tyle warty, ile ktoś chce zapłacić”. Pięć milionów. Jego cena wzrosła. Był cennym aktywem. To dawało mu przewagę — oni musieli uważać, on nie.

Wychylił się zza lewego koła. Zobaczył sylwetkę biegnącą wzdłuż muru. Wziął wdech. Wycisnął spust. Dwa razy. Bang-bang. Napastnik runął na ziemię, trzymając się za udo. — Dostałem! Kurwa, dostałem! — wrzeszczał ranny.

Ogień zaporowy nasilił się. Kule dziurawiły blachę Porsche. Eric czuł odłamki szkła i lakieru wbijające się w policzek. Sytuacja była beznadziejna. Za minutę podejdą na tyle blisko, by go obezwładnić.

I wtedy, w oddali, usłyszał dźwięk, który brzmiał jak najpiękniejsza muzyka. Syreny. Szwajcarzy byli wyczuleni na hałas. Strzelanina w środku nocy postawiła na nogi połowę policji w Zurychu. Rosjanie też to usłyszeli. — Psy jadą! — krzyknął jeden z nich. — Zostaw go! Spadamy! — Nie możemy go zostawić! — protestował Złoty Ząb. — Chcesz gnić w szwajcarskim więzieniu?! Bierz Antona i do wozu!

Decyzja zapadła w ułamku sekundy. Kalkulacja ryzyka. Wolność była ważniejsza niż nagroda Wołkowa. Wciągnęli rannego kolegę do SUV-a. Silnik Mercedesa zaryczał. Ruszyli z piskiem opon, taranując bok Porsche przy wyjeździe, żeby zrobić sobie miejsce. Zderzaki zgrzytnęły przeraźliwie. Motocyklista odjechał pierwszy. Uliczka opustoszała. Został tylko dym, zapach prochu i echo syren, które zbliżały się nieubłaganie.

Eric wstał powoli. Nogi miał jak z waty. Dotknął policzka — krew. Ale żył. Spojrzał na swoje zniszczone Porsche. Symbol jego sukcesu wyglądał teraz jak sito. Wiedział jedno: nie może tu zostać. Policja zacznie zadawać pytania. Sprawdzą jego tożsamość. Wołkow ma prawników, którzy wyciągną go z aresztu i przewiozą do Rosji. Zurych był spalony. Hans go sprzedał. Brigitte? Może wiedziała, może nie. To nie miało znaczenia. Jej świat był skażony.

Wsiadł do wraku. Przekręcił kluczyk. Silnik zakrztusił się, ale odpalił. Niemiecka inżynieria wytrzymała ostrzał. Eric wyjechał z uliczki, mijając nadjeżdżające radiowozy boczną drogą serwisową, gasząc światła. Miał minuty, zanim zamkną miasto.

Nie pojechał do apartamentu. Nie pojechał do biura. Nie wziął nic. Ubrania, kolekcja zegarków, meble, pieniądze na oficjalnych kontach — wszystko to przepadło. Stało się kosztem utraconym. Pojechał prosto na lotnisko w Kloten. Porzucił samochód na parkingu wielopoziomowym, w najciemniejszym kącie. Przetarł kierownicę chusteczką, żeby zetrzeć odciski, choć wiedział, że to gra na czas.

W terminalu poszedł do toalety. Umył twarz zimną wodą. Krew zmyła się łatwo, ale zmęczenie zostało. W lustrze zobaczył nie młodego bankiera, ale zaszczute zwierzę. Wyjął z kieszeni jedyną rzecz, która miała znaczenie. Czarny Notes. Miał tam kody do kont, o których Wołkow nie wiedział. I o których nie wiedziała Brigitte.

Podszedł do kasy biletowej. Nie użył karty kredytowej (namierzą go). Wyciągnął zwitek gotówki, który zawsze nosił w skarpecie — nawyk z sierocińca. — Najbliższy lot do Stanów Zjednoczonych — powiedział do kasjerki. — Mamy Nowy Jork za godzinę. Delta Airlines. — Biorę. — Klasa biznes? — Ekonomiczna. Środek rzędu. Chciał być niewidzialny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 38.71