E-book
7.35
drukowana A5
17.02
Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem w mieście POEZJA AKCJI

Bezpłatny fragment - Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem w mieście POEZJA AKCJI

Poezja akcji


3
Objętość:
55 str.
ISBN:
978-83-8155-865-5
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 17.02

1. Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem w mieście

Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem

Rano zakłada pod fartuch pas szahida

Wypija kawę i idzie na oddział

Ma zaplanowane na dzisiaj cztery operacje

W tym jedną specjalną i być może jedyną

Bo postanowił się wcześniej wysadzić w powietrze

W strategicznym punkcie szpitala

Tak żeby cały budynek się zawalił

Sprawdził to w internecie na architektonicznych planach

Na razie robi rutynowy obchód

Uprzejmie rozmawia z pacjentami

Jakaś kobieta podchodzi na korytarzu

Ze łzami w oczach mu dziękuje

Za udaną operację córeczki

Która szybko wraca do zdrowia

Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem

Wzruszenie tej kobiety trochę go zbija z tropu

Wołają go na operacyjną salę

Pacjent jest już przygotowany i w narkozie

To będzie przeszczep nerki i doktor Aziz

Ma wrażenie że wiele bardziej to przeżywa

Niż plan wysadzenia siebie i szpitala w powietrze

Dla Allaha i świętej sprawy dżihadu

Więc decyduje się że jeszcze przeprowadzi

Tę operację a dopiero potem..

Wychodzi z sali po czterech godzinach

Jest wyczerpany a przed gabinetem

Jakiś mężczyzna mu dziękuje za uratowanie żony

Dr Aziz czuje się skrępowany

Teraz ma chwilę dla siebie

Idzie na zewnątrz zapalić

Coś go szczególnie dzisiaj uwiera pod fartuchem

Naładowany dynamitem pas szahida

Już od tygodnia przychodzi w nim do pracy

Ale mu w wykonaniu misji ciągle coś przeszkadza

Zaraz ma przeprowadzić operację dziecka

Są marne szanse lecz Allah jest wielki

Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem w mieście

Więc postanawia jeszcze ten jeden raz

A potem w toalecie która

Jest strategicznym punktem na planie szpitala

Naciśnie guzik żeby odpalić ładunek

Bardzo mu dobrze poszła ta ryzykowna operacja dziecka

Jest wieczór i dr Aziz już poważnie przepracowany

Przed jego gabinetem gdzie na ścianie

Wiszą portrety Hipokratesa i Avicenny

Czeka żeby mu podziękować chyba z siedem osób

Wszyscy są bardzo wdzięczni i wzruszeni

Teraz już chyba tego nie wytrzyma

Ci ludzie którzy cisną się do niego żeby podziękować

Jak by był prawą ręką Boga

Tą ręką sięga niemalże bezwiednie po detonator

Który spokojnie cały czas spoczywa w kieszeni fartucha

Głaszcze go czule kciukiem dotyka guzika

„Słodkie jąderko prawdy” właśnie sobie przypomniał

To powiedzonko ze studiów jego profesora

Na czoło występują mu kropelki potu

I twarz mu blednie mimo że jest śniady

Ludzie coś widzą że ich zbawca się niezbyt dobrze czuje

Na pomoc doktorowi przychodzi pielęgniarka

Wyciąga go z otaczającego tłumu podziękowań

Panie doktorze ważna sprawa

Prowadzi go do gabinetu

Zamyka drzwi robi mu kawę

Można pomyśleć że darzy go uczuciem

Patrzy na niego z troską

On jest bardzo zmęczony

Ta trzecia operacja została przełożona

A on pomyślał że ta czwarta również ta specjalna

Potem już wraca swoim mercedesem

Czarną C Klasą do domu

Pas szahida położył obok na siedzeniu

Doktor ma już tego wszystkiego dosyć

Droga prowadzi przez most nad jeziorem

Wyrzuca pas szahida przez otwarte okno

I dodaje gazu

Marny wojownik jest ze mnie dżihadu

Chyba się wcale nie nadaję na tę świętą wojnę

Trzyma bezwiednie detonator w dłoni

Którego chyba zapomniał wyrzucić

Naciska guzik

Rano w telewizorze jest transmisja znad jeziora

Które mu dziwnie znajomo wygląda

Na powierzchni unoszą się pokazuje kamera

Dziesiątki może setki ryb do góry brzuchem

Dr Aziz nie może w to uwierzyć

Był taki zmęczony i w ogóle o tym nie pomyślał

Arabski terrorysta jest najlepszym chirurgiem

Dobrze że nie został weterynarzem

Albo co gorsza ichtiologiem

2.Dance macabre

Jestem martwy

Ze skóry obdarty

Wiszę w rzeźni na haku

W zapadającym zmroku

Jutro przyjdą z rana oprawcy

Fachowcy od rozbierania

Nie do naga tylko na części

To pierwsza zmiana

Potem kości

Zostaną zmielone

A skóry wyprawione

Jak dusze poza

Świat trójwymiarowy

Rozglądam się dokoła

Mam gałki oczne

Pozostawione w oczodołach

Więc widzę świnie i krowy

Tak samo potraktowane

Bez litości

I też bez nienawiści

Po prostu pragmatycznie

Do zjedzenia

Na buty rękawiczki

Na tapicerki w luksusowych samochodach

A ja tu jestem jedynym

Przedstawicielem rodzaju ludzkiego

Dostałem się tutaj chyba przypadkiem

Czy wyglądałem jak świnia albo krowa?

A może ktoś mnie zaczarował?

Dlaczego rzeźnik mnie w głowę nie walnął

Ośmiokilowym młotem

Gdy na taśmie przejeżdżałem?

Nic nie pamiętam potem

Wszystko czerwone

Język mam jeszcze w ustach

Choć usta mi zabrano

Nie trzymam za zębami

Języka i nawijam

Może to się nagrywa

Gdzieś w kronice akaszi

Nadziei nie tracę

Nie wiem na co

Mam niespętane ręce

I nogi

Więc tańczę

Mój ostatni taniec

Hak mi się wbija coraz bardziej

Pod ostatnie żebro

Zabite krowy i świnie

Tańczą razem ze mną

One podrygują

Tańczę w ramach protestu

Dance macabre

Przeciw takiemu traktowaniu

Żywych istot

Choć dostałem się tutaj

Myślę że przypadkiem

Moja żona na pewno

Niepokoi się o mnie

Pewno szuka w szpitalach

I na komisariatach

Ale nie wpadnie na to

Że jej męża

Na haku powiesili

W rzeźni na granicy miasta

Bo widać przez okno

Być może za czas jakiś

Gdy pójdzie na zakupy

Parówki zrobione ze mnie

Bez słów jej przypomną

Moją miłość do niej

3. Dobermany

Facet budzi się rano

W nie najgorszym nastroju

Coś mu się przypomina

Nie pamięta dokładnie

Coś miał zrobić

Może miał umyć głowę?

Albo pościelić łóżko?

A może kwiaty podlać?

Zjeść śniadanie?

Coś mu nie daje spokoju

Więc improwizuje

Eliminując krok po kroku

Ewentualne zadania

Wreszcie już wie

Ach co za ulga!

Facet opuszcza mieszkanie

Podchodzi do solidnych czarnych drzwi

Na tyłach domu

Skąd dobiega warczenie

I groźne ujadanie

Facet ma nieprzytomny wyraz twarzy

Wygląda jak w transie

Wyjmuje klucz przekręca zamek

Odgłosy z drugiej strony drzwi

Się intensyfikują

Coś w te drzwi wali

Widać że ledwo wytrzymują we framudze

I wtedy facet się otrząsa

Jakby dopiero zrozumiał co zrobił

Jakby dopiero sobie uświadomił

Próbuje zamknąć drzwi

Na powrót kluczem

Ale klucz wpada mu do kałuży

Drzwi są zamknięte tylko na klamkę

A klamka razem z drzwiami podskakuje

Facet rozumie już co zrobił

I że już jest za późno

Rzuca się do ucieczki

Pędzi na oślep przez ulicę

O mały włos nie został rozjechany przez autobus

Przedziera się przez jakieś krzaki

Cały już podrapany i zdyszany

Przebiega szosę szybkiego ruchu

Słychać klaksony ale znowu się udało

Wpada do lasu

Nawet nie zdaje sobie sprawy

Że jest w pidżamie

Po drodze zgubił kapcie

Biegnie boso

W tym czasie drzwi się otwierają z hukiem

Z rozmachem uderzają w ścianę

Klamka została zwolniona psią łapą

Wypadają z impetem cztery dobermany

Cztery złaknione krwi piekielne bestie

Z przerażającym ujadaniem

Na pełnej prędkości

Ruszają w pościg za swoją ofiarą

I nieomylnie jego śladem

Nawet nie zwalniając

Bez szwanku pokonują ulicę

I przelotową trasę

Już są w lesie

Pomiędzy drzewami

Facet który dalej boso

Biegnie na złamanie karku

Za chwilę je usłyszy już je słyszy

On jest na skraju totalnego wyczerpania

Dystans się zmniejsza drastycznie

On się potyka i zatacza

Psy w pełnym cwale

Już go widzą

Cztery piekielne warczące

Maszyny do zabijania

Facet nie może złapać oddechu

Psy są tuż za nim

On wie że od ataku

Dzielą tylko sekundy

I wtedy coś się dzieje znowu

Z wyrazem jego twarzy

Śmiertelne przerażenie

Zamienia się w spokój

Facet się zatrzymuje

I odwraca przodem

Prosto na linii

Nadbiegających dobermanów

Które właśnie lecą

W sprężynowym skoku

Dwa z tyłu dwa z przodu

Z obnażonymi zębami

Krwi złaknione

Zaprawdę piękny

I przerażający jest to widok

Czterech piekielnych dobermanów

W decydującym na ofiarę skoku

Jakby film całkiem zwolnił

Facet stoi wyprostowany

Twarz ma odprężoną

Oddycha szybko i głęboko

Podnosi obie ręce w górę

Zamiast się zasłonić

Oczy ma całkiem spokojne

Nieruchome

On stoi a psy w wyskoku

Lecą żeby zatopić w nim zęby

I wtedy dzieje się coś niezwykłego

Psy przelatują przez niego na wylot

Przechodzą jak hologram

Jak światło przez szybę

Stają się dobermany

Te bestie piekielne

Coraz mniej materialne

Lecąc w powietrzu

Zupełnie się rozpływają

Ich wściekłe ujadanie

Ścisza się stopniowo

Tak jak ich obraz

Wszystko wraca do normy

Facet jest tak wyczerpany

Że ledwo dyszy choć głęboko

I ledwo stoi

Zaczyna w końcu

Bardzo wolnym krokiem

Wracać do domu

Mruczy do siebie

„No dzisiaj to już

Mało brakowało”

4. Jestem kroczącym drzewem

Jestem kroczącym drzewem

Ptaki siedzą w moich gałęziach

Gdy idę wiatr w moje liście śpiewa

Stare kolędy a potem

Kiedy przybiera na sile

Metal połączony z hiphopem

Kojarzy mi się z mechaniczna piłą

Więc biegnę i wszystko

Ustępuje mi z drogi

Nawet słonie i samochody

Ludzie skaczą do wody

Kiedy przebiegam mostem

I dalej na autostradę

Wiatr przybiera jeszcze na sile a potem

Wszystkich wyprzedzam

Siejąc wokół panikę

Jak moje spadające liście

Jestem biegnącym drzewem

Ptaki uciekły już z moich gałęzi

Przestraszyły się że jestem stuknięty

Czy przez jakiś samochód

Który wjechał we mnie?

Nie wiem

Jestem starym dębem

I skórę mam grubą

I bez butów biegłem

Wężowe moje korzenie

Uderzały o ziemię

Wiatr ucichł więc

Zwolniłem trochę

Znów usłyszałem stare kolędy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.35
drukowana A5
za 17.02