E-book
23.63
drukowana A5
69.05
Ant-ycypacja

Bezpłatny fragment - Ant-ycypacja


Objętość:
306 str.
ISBN:
978-83-8467-114-6
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 69.05

CZĘŚĆ I — Błąd w mrowisku

Rozdział 1

Człowiek, mrówki i waniliowa kawa

Gdybym wie­dział, że na­pi­sa­ny przeze mnie program do­pro­wa­dzi do kryzysu po­li­tycz­ne­go, nocnego wła­ma­nia, zalania biura i pu­blicz­ne­go upadku jednej z naj­bar­dziej wpły­wo­wych kobiet w kraju, zo­stał­bym przy ho­do­wa­niu mrówek.

Mrówki przy­naj­mniej nie or­ga­ni­zu­ją kon­fe­ren­cji pra­so­wych.

Nie mają rzecz­ni­ków, kont w mediach spo­łecz­no­ścio­wych ani do­rad­ców, którzy po każdym skan­da­lu tłu­ma­czą, że królowa została wyrwana z kon­tek­stu. Kiedy mrówka coś ukrad­nie, bierze okruch i wraca z nim do mro­wi­ska. Nie tworzy komisji śled­czej do spraw po­cho­dze­nia okrucha, nie oskarża są­sied­niej kolonii o pro­wo­ka­cję i nie wy­stę­pu­je wie­czo­rem w te­le­wi­zji, stojąc na tle sześciu flag.

Wtedy jeszcze tego nie ro­zu­mia­łem.

Wtedy byłem zwykłym pro­gra­mi­stą w firmie Innovatech i uwa­ża­łem, że naj­gor­szą rzeczą, jaka może mi się przy­da­rzyć, jest po­nie­dział­ko­we ze­bra­nie zespołu.

Myliłem się.

Naj­gor­szą rzeczą, jaka mogła mi się przy­da­rzyć, była Aneta z mar­ke­tin­gu po­zba­wio­na kawy wa­ni­lio­wej.

— Nikt nie wy­cho­dzi! — oznaj­mi­ła, stając o ósmej sie­dem­na­ście po­środ­ku open space’u.

Po­wie­dzia­ła to takim tonem, jakby właśnie odkryła sabotaż w elek­trow­ni ato­mo­wej. W prawej ręce trzy­ma­ła pusty karton po kap­suł­kach, a w lewej telefon przy­go­to­wa­ny do do­ku­men­to­wa­nia miejsca zbrodni.

W biurze zapadła cisza.

Nie dlatego, że kto­kol­wiek za­mie­rzał pod­po­rząd­ko­wać się jej po­le­ce­niu. Po prostu więk­szość pra­cow­ni­ków dopiero włą­cza­ła kom­pu­te­ry i nie miała jeszcze siły pro­te­sto­wać.

— Po­wta­rzam: nikt nie wy­cho­dzi, dopóki nie usta­li­my, kto to zrobił.

— Co zrobił? — zapytał Paweł z księ­go­wo­ści, nie pod­no­sząc głowy znad śnia­da­nia.

— Zabrał ostat­nie kap­suł­ki wa­ni­lio­we.

Paweł prze­stał sma­ro­wać bułkę serkiem.

— Wszyst­kie?

— Wszyst­kie.

— To rze­czy­wi­ście poważne — przy­znał i wrócił do je­dze­nia.

Aneta obeszła biurka, po­ka­zu­jąc pusty karton każdemu pra­cow­ni­ko­wi z osobna. Na opa­ko­wa­niu widniał napis „Delicato Vaniglia — edycja premium”, chociaż smak napoju ko­ja­rzył mi się głównie z ciepłą wodą, do której ktoś wrzucił świecz­kę za­pa­cho­wą.

— Wczoraj o sie­dem­na­stej były cztery — mówiła. — Sama li­czy­łam.

— Dla­cze­go li­czy­łaś kap­suł­ki? — za­py­ta­łem.

Od­wró­ci­ła się do mnie powoli.

Aneta po­tra­fi­ła od­wra­cać się w sposób, który su­ge­ro­wał, że roz­mów­ca za chwilę po­ża­łu­je nie tylko pytania, ale również wszyst­kich decyzji ży­cio­wych pro­wa­dzą­cych do jego zadania.

— Po­nie­waż, Tymon, w tej firmie nie można już nikomu ufać.

— My­śla­łem, że robiłaś in­wen­ta­ry­za­cję.

— To właśnie po­wie­dzia­łam.

Po­de­szła do mojego biurka i zmru­ży­ła oczy.

— Ty często pra­cu­jesz po go­dzi­nach.

— Czasami.

— Pijesz kawę?

— Taką zwykłą.

— Każdy tak mówi, dopóki nie znaj­dzie się pod presją.

— Aneta, to są kap­suł­ki, a nie wzbo­ga­co­ny uran.

— Dla ciebie może nie ma różnicy.

To akurat było prawdą. Nie lubiłem kaw sma­ko­wych. Kawa powinna sma­ko­wać jak kawa, a nie jak deser, który zre­zy­gno­wał z kariery cu­kier­ni­czej i po­sta­no­wił zostać napojem.

Aneta zaj­rza­ła do mojego kubka. Widniał na nim ciąg zer i jedynek ukła­da­ją­cy się w napis: „NIE ROZ­MA­WIAJ ZE MNĄ PRZED KAWĄ”. Do­sta­łem go od Wojtasa trzy lata wcze­śniej. Dopiero po kilku mie­sią­cach od­kry­łem, że zapis binarny w rze­czy­wi­sto­ści ozna­czał: „KUP MLEKO”.

— Czarna — stwier­dzi­ła Aneta z roz­cza­ro­wa­niem.

— Od po­cząt­ku próbuję ci to po­wie­dzieć.

— Mogłeś wypić wa­ni­lio­wą, a potem zrobić czarną dla nie­po­zna­ki.

— To naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny plan zdo­by­cia sześć­dzie­się­ciu mi­li­li­trów napoju, o jakim sły­sza­łem.

— Czyli przy­zna­jesz, że istniał plan?

Otwo­rzy­łem usta, ale zre­zy­gno­wa­łem. Dys­ku­sja z Anetą przy­po­mi­na­ła za­twier­dza­nie re­gu­la­mi­nu in­ter­ne­to­we­go. Można było czytać każde zdanie, pró­bo­wać je zro­zu­mieć i szukać lo­gicz­nych pułapek, ale osta­tecz­nie i tak czło­wiek klikał „zgadzam się”, żeby mieć spokój.

Na szczę­ście ura­to­wa­ła mnie pani Basia z kadr.

Nie­ste­ty, zrobiła to, wcho­dząc do biura w jednym pan­to­flu.

Pani Basia miała około sześć­dzie­się­ciu lat, okulary na złotym łań­cusz­ku i zdol­ność za­pa­mię­ty­wa­nia wszyst­kich prze­wi­nień pra­cow­ni­ków od momentu po­wsta­nia firmy. Wie­dzia­ła, kto spóźnił się siedem minut w marcu 2019 roku, kto nie pod­pi­sał listy obec­no­ści podczas prób­ne­go alarmu oraz kto wy­ko­rzy­stał firmową dru­kar­kę do wy­dru­ko­wa­nia za­pro­szeń na komunię.

Nigdy nie pod­no­si­ła głosu.

Nie musiała.

Kiedy wy­po­wia­da­ła czyjeś imię i na­zwi­sko, czło­wiek na­tych­miast za­czy­nał za­sta­na­wiać się, czy złożył wszyst­kie wy­ma­ga­ne oświad­cze­nia po­dat­ko­we.

Tego ranka pani Basia miała na prawej stopie beżowy pan­to­fel or­to­pe­dycz­ny. Na lewej — gra­na­to­wą skar­pe­tę.

Po­de­szła na środek biura i stanęła obok Anety. Obie spoj­rza­ły na siebie jak przed­sta­wi­ciel­ki dwóch kon­ku­ren­cyj­nych organów śled­czych, które przy­by­ły na to samo miejsce zbrodni.

— Zginął mi pan­to­fel — oznaj­mi­ła pani Basia.

— Mnie kap­suł­ki — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

— Pan­to­fel jest waż­niej­szy.

— Kawa wpływa na wy­daj­ność całego zespołu.

— Brak obuwia wpływa na moją zdol­ność prze­miesz­cza­nia się.

— Bez kawy ludzie również prze­sta­ją się prze­miesz­czać.

— Pani Aneto, proszę nie po­rów­ny­wać napoju do wyrobu me­dycz­ne­go.

Pani Basia po­ło­ży­ła na naj­bliż­szym biurku prawy pan­to­fel, żeby wszyscy wie­dzie­li, czego należy szukać. Paweł z księ­go­wo­ści na­tych­miast odsunął śnia­da­nie.

— Ostatni raz wi­dzia­łam oba wczoraj o go­dzi­nie szes­na­stej czter­dzie­ści — cią­gnę­ła. — Stały pod moim biur­kiem, usta­wio­ne rów­no­le­gle, noskami w kie­run­ku północno-wschod­nim.

— Skąd pani wie, w którą stronę były usta­wio­ne? — zapytał ktoś z końca sali.

— Po­nie­waż utrzy­mu­ję po­rzą­dek.

To za­mknę­ło temat.

— Może sprzą­tacz­ka prze­sta­wi­ła? — za­su­ge­ro­wa­łem.

Pani Basia spoj­rza­ła na mnie znad oku­la­rów.

— Panie Tymonie, sprzą­tacz­ka nie prze­sta­wia obuwia. Sprzą­tacz­ka ob­cho­dzi je zgodnie z in­struk­cją utrzy­ma­nia czy­sto­ści sta­no­wisk pracy.

Nie wie­dzia­łem, że ist­nie­je in­struk­cja re­gu­lu­ją­ca ob­cho­dze­nie pan­to­fli, ale w Innovatechu niczego nie na­le­ża­ło wy­klu­czać.

Nazwa firmy su­ge­ro­wa­ła, że zaj­mu­je­my się przy­szło­ścią tech­no­lo­gii. W rze­czy­wi­sto­ści Innovatech pro­du­ko­wał systemy, apli­ka­cje i roz­wią­za­nia in­for­ma­tycz­ne dla klien­tów, którzy sami nie wie­dzie­li, czego po­trze­bu­ją, ale wy­ma­ga­li, żeby miało no­wo­cze­sny wygląd i dzia­ła­ło „w chmurze”.

Nasz naj­waż­niej­szy produkt nazywał się Synergon 360.

Do dziś nie wiem, co do­kład­nie robił.

Pra­co­wa­łem przy nim przez dwa lata.

Na stronie in­ter­ne­to­wej firmy można było prze­czy­tać, że Synergon 360 „łączy procesy, ludzi i dane w jeden dy­na­micz­ny eko­sys­tem biz­ne­so­wy”. W prak­ty­ce główną funkcją pro­gra­mu było wy­świe­tla­nie ob­ra­ca­ją­ce­go się kółka i ko­mu­ni­ka­tu „Proszę czekać”.

Klienci czekali.

My wy­sta­wia­li­śmy faktury.

Eko­sys­tem działał.

Ja jednak od kilku mie­się­cy żyłem czymś zu­peł­nie innym. Pro­jek­tem, który two­rzy­łem po go­dzi­nach i ukry­wa­łem przed prze­ło­żo­ny­mi, po­nie­waż każda pry­wat­na ini­cja­ty­wa pra­cow­ni­ka mogła zostać uznana za wła­sność firmy, jeśli po­wsta­ła w od­le­gło­ści mniej­szej niż pięć metrów od służ­bo­we­go eks­pre­su.

Projekt nazywał się „Ant-ycypacja”.

Nazwa była ge­nial­na.

Przy­naj­mniej według mnie.

Program ana­li­zo­wał za­cho­wa­nie mrówek na na­gra­niach z kamer. Roz­po­zna­wał po­szcze­gól­ne osob­ni­ki, śledził ich trasy, badał tempo prze­no­sze­nia pokarmu i prze­wi­dy­wał reakcje kolonii na zmiany w oto­cze­niu. Jeżeli jedna ro­bot­ni­ca odkryła źródło po­ży­wie­nia, al­go­rytm po­tra­fił osza­co­wać, po jakim czasie pojawią się na­stęp­ne, którą trasę wybiorą i kiedy cały okruch zniknie w mro­wi­sku.

Nie cho­dzi­ło o prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści.

Cho­dzi­ło o ma­te­ma­ty­kę, sta­ty­sty­kę i analizę po­wta­rzal­nych za­cho­wań.

Mrówki były do tego idealne. Każda miała okre­ślo­ną funkcję. Nie spóź­nia­ły się do pracy, nie brały zwol­nień na żądanie i nie or­ga­ni­zo­wa­ły warsz­ta­tów z ko­mu­ni­ka­cji międzydziałowej. Królowa nie wy­sy­ła­ła ro­bot­ni­com ankiety do­ty­czą­cej do­bro­sta­nu. Nikt nie pytał, czy prze­no­sze­nie larw jest zgodne z jego oso­bi­stą ścieżką rozwoju.

Kolonia miała cel.

Wszyscy go ro­zu­mie­li.

Czasami za­zdro­ści­łem mrówkom.

Usia­dłem przy kom­pu­te­rze i spró­bo­wa­łem wrócić do pracy. Na drugim mo­ni­to­rze miałem otwarte śro­do­wi­sko pro­gra­mi­stycz­ne, a w nim niemal ukoń­czo­ną wersję al­go­ryt­mu. Bra­ko­wa­ło mi tylko od­po­wied­niej mocy ob­li­cze­nio­wej, żeby prze­pro­wa­dzić pełny test.

Mój laptop za­czy­nał wydawać nie­po­ko­ją­ce dźwięki już po ana­li­zie dzie­się­ciu minut na­gra­nia. Przy go­dzi­nie ma­te­ria­łu na­grze­wał się do tem­pe­ra­tu­ry po­zwa­la­ją­cej przy­go­to­wać jajko sadzone. Nie pró­bo­wa­łem, ale Wojtas uważał, że po­wi­nie­nem. Twier­dził, że czło­wiek nauki nie może od­rzu­cać eks­pe­ry­men­tu tylko dlatego, że pro­du­cent kom­pu­te­ra nie uwzględ­nił go w gwa­ran­cji.

Po­trze­bo­wa­łem fir­mo­we­go serwera te­sto­we­go.

A to ozna­cza­ło wizytę u Grześka.

Grzesiek kie­ro­wał działem IT, choć dział składał się wy­łącz­nie z niego i sta­ży­sty, który od trzech tygodni pró­bo­wał uzyskać dostęp do służ­bo­wej poczty. Grzesiek nie uznawał rozmów te­le­fo­nicz­nych, spotkań ani kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Pre­fe­ro­wał zgło­sze­nia przez system.

System zgło­szeń nie działał.

Zgodnie z ko­mu­ni­ka­tem wy­świe­tla­nym od sześciu mie­się­cy trwała „krótka przerwa tech­nicz­na”.

Zsze­dłem do piwnicy i za­pu­ka­łem do drzwi ser­we­row­ni.

— Zgło­sze­nie — dobiegł ze środka głos Grześka.

— Nie mogę zrobić zgło­sze­nia, bo system nie działa.

— To zgłoś awarię systemu.

— W sys­te­mie?

— Taka jest pro­ce­du­ra.

— Grzesiek, otwórz.

Po chwili drzwi uchy­li­ły się na kilka cen­ty­me­trów. W szcze­li­nie po­ja­wi­ła się blada twarz i jedno nie­za­do­wo­lo­ne oko.

— Czego?

— Po­trze­bu­ję serwera te­sto­we­go na godzinę.

— Nie ma.

— Wczoraj były trzy.

— Dzisiaj nie ma.

— Co się z nimi stało?

— Zostały zajęte.

— Przez kogo?

— Przez procesy.

— Jakie procesy?

— Ważne.

Spoj­rza­łem ponad jego ra­mie­niem. Na jednym z mo­ni­to­rów widniał katalog za­ty­tu­ło­wa­ny „Do­ku­men­ta­cja tech­nicz­na”, a pod nim pasek po­bie­ra­nia pliku o nazwie, której nie zdą­ży­łem prze­czy­tać, ale za­wie­ra­ła słowa „Complete”, „Remastered” i „Season 1–9”.

— Po­trze­bu­ję tylko trochę mocy ob­li­cze­nio­wej — po­wie­dzia­łem. — Testuję model pre­dyk­cyj­ny.

Grzesiek zmrużył oko.

— Sztucz­na in­te­li­gen­cja?

— Nie do końca. Al­go­rytm ana­li­zu­je za­cho­wa­nie mrówek.

— Po co?

To pytanie sły­sza­łem często. Za­zwy­czaj za­da­wa­li je ludzie, którzy spę­dza­li osiem godzin dzien­nie na two­rze­niu pre­zen­ta­cji o zwięk­sza­niu efek­tyw­no­ści spotkań.

— Po­nie­waż mrówki tworzą jeden z naj­bar­dziej zło­żo­nych sys­te­mów spo­łecz­nych w przy­ro­dzie.

— Nie mają in­ter­ne­tu.

— Właśnie dlatego ten system działa.

Grzesiek za­sta­na­wiał się przez chwilę.

— Godzina — po­wie­dział w końcu. — Serwer numer cztery. Nie dotykaj kon­fi­gu­ra­cji, nie zmie­niaj portów i nie uru­cha­miaj niczego, co może przejąć kon­tro­lę nad światem.

— Program jest o mrów­kach.

— Każdy tak mówi na po­cząt­ku.

Zamknął drzwi.

Wró­ci­łem na górę. Śledz­two w sprawie kawy i pan­to­fla weszło tym­cza­sem w nową fazę. Aneta stwo­rzy­ła na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze grupę „KRYZYS WA­NI­LIO­WY — PILNE”, do której dodała wszyst­kich pra­cow­ni­ków, prezesa, dwóch byłych sta­ży­stów i czło­wie­ka, który od roku nie żył, ale nadal miał aktywne konto.

Pani Basia dzia­ła­ła bar­dziej me­to­dycz­nie. Roz­da­wa­ła for­mu­larz za­ty­tu­ło­wa­ny „Oświad­cze­nie pra­cow­ni­ka do­ty­czą­ce wiedzy o prze­miesz­cze­niu mienia oso­bi­ste­go na terenie zakładu pracy”.

For­mu­larz miał cztery strony.

— Każdy wy­peł­nia czy tylko po­dej­rza­ni? — zapytał Paweł.

— Na tym etapie każdy jest po­dej­rza­ny.

— Pani też?

Pani Basia spoj­rza­ła na niego.

— Panie Pawle, proszę do­łą­czyć pisemne uza­sad­nie­nie tego pytania.

Paweł prze­stał zadawać pytania.

Pod­łą­czy­łem się do serwera numer cztery, prze­sła­łem model i wska­za­łem katalog za­wie­ra­ją­cy na­gra­nia kolonii mrówki ćmawej. Program uru­cho­mił się bez błędów.

Na ekranie zaczęły po­ja­wiać się kolejne ko­mu­ni­ka­ty.

ANALIZA STRUKTURY KOLONII

IDENTYFIKACJA OSOBNIKÓW

MAPOWANIE SZLAKÓW

WYKRYWANIE ŹRÓDEŁ POŻYWIENIA

MODELOWANIE ZACHOWAŃ ZBIOROWYCH

Tem­pe­ra­tu­ra pro­ce­so­ra rosła, ale serwer pra­co­wał sta­bil­nie. Po raz pierw­szy cały system działał do­kład­nie tak, jak go za­pla­no­wa­łem.

Po­czu­łem dumę.

Nie taką zwy­czaj­ną, co­dzien­ną dumę wy­ni­ka­ją­cą z na­pra­wie­nia błędu albo zna­le­zie­nia czystej ły­żecz­ki w fir­mo­wej kuchni. To było uczucie czło­wie­ka, który mie­sią­ca­mi budował coś sa­mo­dziel­nie i właśnie zo­ba­czył, że wszyst­kie części za­czy­na­ją ze sobą współ­pra­co­wać.

Ant-ycypacja ana­li­zo­wa­ła tysiące drob­nych decyzji po­dej­mo­wa­nych przez setki mrówek. Do­strze­ga­ła wzorce nie­wi­docz­ne dla czło­wie­ka. Z chaosu two­rzy­ła po­rzą­dek.

Wtedy Aneta po­ło­ży­ła mi rękę na ra­mie­niu.

Prawie spadłem z krzesła.

— Co to jest? — za­py­ta­ła, patrząc na ekran.

— Nic.

— Widzę, że coś.

— Testuję program.

— Sztucz­ną in­te­li­gen­cję?

— Al­go­rytm za­cho­wań zbio­ro­wych.

— Czyli sztucz­ną in­te­li­gen­cję.

— Nie każda rzecz wy­ko­nu­ją­ca ob­li­cze­nia jest sztucz­ną in­te­li­gen­cją.

— Potrafi prze­wi­dy­wać przy­szłość?

— Mrówek.

— Na po­czą­tek może być.

Przy­su­nę­ła sobie krzesło bez pytania i usiadła obok mnie. Jej pa­znok­cie były in­ten­syw­nie czer­wo­ne i tak długie, że nie ro­zu­mia­łem, jak ob­słu­gi­wa­ła nimi kla­wia­tu­rę. Po­dej­rze­wa­łem, że mar­ke­ting od dawna ko­rzy­stał z tech­no­lo­gii nie­do­stęp­nych zwykłym pra­cow­ni­kom.

— Jak się nazywa? — za­py­ta­ła.

— Ant-ycypacja.

— Źle.

— To bardzo dobra nazwa.

— Nie ma emocji. Po­trze­bu­je czegoś no­wo­cze­sne­go. „AntVision AI”. Albo „FutureAnt”. Możemy zrobić logo z mrówką w oku­la­rach.

— Nie bę­dzie­my robić logo.

— Każdy produkt po­trze­bu­je logo.

— To nie jest produkt.

— Jeszcze.

Na ekranie pasek postępu dotarł do stu procent.

Aneta po­chy­li­ła się bliżej.

— No i co prze­wi­dzia­ło?

— Zaraz zo­ba­czy­my.

Program przez kilka sekund nie re­ago­wał. Potem ekran za­mi­go­tał. Po­ja­wi­ło się okno, którego wcze­śniej nie pro­jek­to­wa­łem.

PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 1

Zmarsz­czy­łem brwi.

— Coś nie tak? — za­py­ta­ła Aneta.

— Ten ko­mu­ni­kat po­wi­nien wy­glą­dać inaczej.

Pod na­głów­kiem zaczęły po­ja­wiać się kolejne słowa:

ROBOTNICA C-7 PRZEJMIE GŁÓWNE ZAPASY CUKRU.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 09:42.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 96,8%.

Spoj­rza­łem na zegar w prawym dolnym rogu mo­ni­to­ra.

Była 09:38.

— Co oznacza C-7? — za­py­ta­ła Aneta.

— Nie wiem. W danych te­sto­wych nie mam takiego ozna­cze­nia.

— A zapasy cukru?

— Pokarm kolonii. Pewnie program błędnie skla­sy­fi­ko­wał jeden z obiek­tów.

— Czyli któraś mrówka coś ukrad­nie?

— Mrówki nie kradną. Prze­no­szą zasoby zgodnie z po­trze­ba­mi kolonii.

— Jak zabiera bez pytania, to kradnie.

Na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze rozległ się dźwięk nowej wia­do­mo­ści.

Pani Basia na­pi­sa­ła na kanale ogólnym:

„W związku z trwa­ją­cym po­stę­po­wa­niem wy­ja­śnia­ją­cym proszę nie za­bie­rać z kuchni żadnych pro­duk­tów spo­żyw­czych, naczyń, sztuć­ców ani ele­men­tów wy­po­sa­że­nia. Dotyczy to również cukru.”

Aneta prze­czy­ta­ła wia­do­mość, a potem spoj­rza­ła na zegar.

09:39.

— Ciekawe — po­wie­dzia­ła.

— Przy­pa­dek.

— Oczy­wi­ście.

Wstała i ruszyła w stronę kuchni.

— Dokąd idziesz?

— Po kawę.

— Nie ma wa­ni­lio­wej.

— Wiem.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła do mnie.

— Dlatego muszę za­bez­pie­czyć cukier, zanim ktoś znowu wszyst­ko ukrad­nie.

Pa­trzy­łem, jak znika za drzwia­mi kuchni.

Potem spoj­rza­łem na jej czer­wo­ne pa­znok­cie.

C-7.

Czer­wo­na. Siedem liter: „Czer­wo­na”.

Nie. To nie miało sensu. Program ana­li­zo­wał na­gra­nia mrówek. Nie miał dostępu do danych firmy, ko­mu­ni­ka­to­ra ani kamer w biurze. Nie mógł wie­dzieć o cukrze. Nie mógł wie­dzieć o Anecie.

Na ekranie zegara po­ja­wi­ła się godzina 09:41.

Z kuchni dobiegł odgłos otwie­ra­nej szafki.

Wstałem.

Nie wiem, dla­cze­go to zro­bi­łem. Być może chcia­łem udo­wod­nić sobie, że al­go­rytm się pomylił. Być może kie­ro­wa­ła mną zwykła cie­ka­wość. A może już wtedy jakaś część mojego mózgu ro­zu­mia­ła, że właśnie wy­da­rzy­ło się coś, czego nie po­tra­fię wy­ja­śnić.

Pod­sze­dłem do kuchni.

Aneta stała przy blacie. Ro­zej­rza­ła się ostroż­nie, otwo­rzy­ła dużą torbę i zaczęła wkładać do niej firmowe sa­szet­ki z cukrem.

Wszyst­kie.

— Co robisz? — za­py­ta­łem.

Pod­sko­czy­ła i gwał­tow­nie za­mknę­ła torbę.

— Za­bez­pie­czam zasoby.

Spoj­rza­łem na zegar wiszący nad eks­pre­sem.

Wska­zów­ka mi­nu­to­wa prze­su­nę­ła się o jeden skok.

09:42.

Wró­ci­łem powoli do swojego biurka.

Na mo­ni­to­rze czekał już na­stęp­ny ko­mu­ni­kat.

PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 2

OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.

BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.

Unio­słem wzrok.

Po drugiej stronie biura pani Basia sie­dzia­ła przy swoim biurku w jednym beżowym pan­to­flu i zszy­wa­ła wy­peł­nio­ne oświad­cze­nia.

Do roz­po­czę­cia po­stę­po­wa­nia zostały trzy­dzie­ści trzy minuty.

Wtedy jeszcze pró­bo­wa­łem sobie wmówić, że to zbieg oko­licz­no­ści.

Była to ostat­nia spo­koj­na myśl, jaką miałem przez na­stęp­ne siedem dni.

Rozdział 2

Pierwsza przepowiednia

Przez na­stęp­ne trzy­dzie­ści sekund stałem przed mo­ni­to­rem i pró­bo­wa­łem znaleźć ra­cjo­nal­ne wy­ja­śnie­nie tego, co właśnie zo­ba­czy­łem.

Było ich kilka.

Program mógł wy­ge­ne­ro­wać przy­pad­ko­wy ko­mu­ni­kat. Godzina 09:42 mogła być błędnie zin­ter­pre­to­wa­nym znacz­ni­kiem czasu z na­gra­nia. Litera „C” mogła ozna­czać co­kol­wiek: część kolonii, ciąg ko­mu­ni­ka­cyj­ny, centrum po­ży­wie­nia. Sió­dem­ka równie dobrze mogła być numerem ko­lej­nej analizy.

A Aneta mogła przy­pad­kiem mieć czer­wo­ne pa­znok­cie, zabrać cały cukier i zrobić to do­kład­nie o go­dzi­nie wska­za­nej przez program.

Każdy z tych ele­men­tów dało się wy­ja­śnić osobno.

Problem polegał na tym, że wy­stą­pi­ły jed­no­cze­śnie.

— To nie była kra­dzież — oznaj­mi­ła Aneta, wra­ca­jąc z kuchni z torbą wy­pcha­ną sa­szet­ka­mi cukru. — Do­ko­na­łam pre­wen­cyj­nej re­lo­ka­cji zasobów.

— Za­bra­łaś cały cukier.

— Za­bez­pie­czy­łam go.

— Przed kim?

Ro­zej­rza­ła się po biurze.

— Przed wszyst­ki­mi.

— Gdzie go teraz trzy­masz?

— To in­for­ma­cja poufna.

Z jej torby wypadła jedna sa­szet­ka. Schy­li­łem się i pod­nio­słem ją z podłogi.

— Masz go w torbie.

— Tymon, właśnie ujaw­ni­łeś lo­ka­li­za­cję stra­te­gicz­nych rezerw.

— Sam przed sobą?

— Nie wiesz, kto nas słucha.

Spoj­rza­ła wy­mow­nie na kamerę mo­ni­to­rin­gu pod sufitem. Kamera nie dzia­ła­ła od kilku mie­się­cy, ale dzięki mi­ga­ją­cej czer­wo­nej diodzie sku­tecz­nie pod­trzy­my­wa­ła w pra­cow­ni­kach po­czu­cie nadzoru.

— Oddaj cukier do kuchni — po­wie­dzia­łem.

— Nie mogę.

— Dla­cze­go?

— Po­nie­waż pani Basia za­ka­za­ła wy­no­sze­nia pro­duk­tów. Jeżeli teraz wrócę z całym opa­ko­wa­niem, będzie wy­glą­da­ło, jakbym je wcze­śniej wy­nio­sła.

— Bo wcze­śniej je wy­nio­słaś.

— Właśnie o tym mówię. Sy­tu­acja jest bardzo de­li­kat­na.

Usiadła przy swoim biurku i zaczęła układać sa­szet­ki w szu­fla­dzie. Robiła to szybko, ale me­to­dycz­nie, dzieląc je na biały i brązowy cukier. Nawet w obliczu prze­stęp­stwa mar­ke­ting wymagał od­po­wied­niej seg­men­ta­cji.

Wró­ci­łem do kom­pu­te­ra.

Druga pro­gno­za nadal wid­nia­ła na ekranie:

OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.

BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.

Do wska­za­nej godziny po­zo­sta­wa­ło dwa­dzie­ścia osiem minut.

Za­mkną­łem okno pro­gno­zy.

Otwo­rzy­ło się po­now­nie.

Za­mkną­łem je drugi raz.

Po­ja­wi­ło się jeszcze raz.

Po trze­ciej próbie program wy­świe­tlił ko­mu­ni­kat:

IGNOROWANIE PROGNOZY NIE WPŁYWA NA PRAWDOPODOBIEŃSTWO ZDARZENIA.

— Bardzo zabawne — mruk­ną­łem.

Nie pa­mię­ta­łem, żebym dodawał taką funkcję.

Uru­cho­mi­łem podgląd kodu i wy­szu­ka­łem treść ko­mu­ni­ka­tu. Nie zna­la­złem jej. Spraw­dzi­łem pliki ję­zy­ko­we, moduł in­ter­fej­su i bi­blio­te­kę od­po­wie­dzial­ną za wy­świe­tla­nie ostrze­żeń.

Nic.

Tekst nie istniał w żadnym z plików pro­jek­tu.

Mógł zostać wy­ge­ne­ro­wa­ny przez moduł ję­zy­ko­wy, który eks­pe­ry­men­tal­nie dodałem kilka tygodni wcze­śniej. Jego za­da­niem było za­mie­nia­nie su­ro­wych wyników analizy na krótkie, zro­zu­mia­łe opisy. Zamiast wy­świe­tlać użyt­kow­ni­ko­wi „wzrost trans­fe­ru biomasy o 37,2 procent”, program miał pisać: „Mrówki praw­do­po­dob­nie zna­la­zły nowe źródło po­ży­wie­nia”.

Moduł naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił zostać dra­ma­tur­giem.

Spraw­dzi­łem katalog wej­ścio­wy.

Na­gra­nia kolonii znaj­do­wa­ły się tam, gdzie powinny. Pliki były pra­wi­dło­we. Czas trwania, roz­dziel­czość, liczba klatek — wszyst­ko się zga­dza­ło. Otwo­rzy­łem losowe na­gra­nie. Setki mrówek prze­miesz­cza­ły się między gniaz­dem a ka­wał­kiem jabłka.

Żadnej Anety.

Żadnego cukru.

Ani jednego pan­to­fla.

Prze­sze­dłem do logów sys­te­mo­wych. Program ana­li­zo­wał znacz­nie więcej danych, niż po­wi­nien. Oprócz dwu­dzie­stu czte­rech plików wideo po­ja­wia­ły się od­wo­ła­nia do źródła ozna­czo­ne­go jako:

COLONY_LIVE_04

Nie znałem takiego źródła.

Klik­ną­łem nazwę.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Spró­bo­wa­łem otwo­rzyć wła­ści­wo­ści.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Uru­cho­mi­łem ter­mi­nal i wpi­sa­łem po­le­ce­nie po­zwa­la­ją­ce spraw­dzić ścieżkę po­łą­cze­nia.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Serwer od­rzu­cał każde pytanie z kon­se­kwen­cją urzęd­ni­ka, któremu brakuje jednej pie­cząt­ki.

Za­dzwo­ni­łem do Grześka.

Nie odebrał.

Za­dzwo­ni­łem po­now­nie.

Po trzecim sygnale po­łą­cze­nie zostało od­rzu­co­ne, a na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze po­ja­wi­ła się wia­do­mość:

GRZESIEK IT: ZGŁOSZENIE.

Od­pi­sa­łem:

TYMON: PILNE. CO TO JEST COLONY_LIVE_04?

Przez chwilę nie re­ago­wał.

GRZESIEK IT: NIE WIEM.

TYMON: TO ŹRÓDŁO JEST PODŁĄCZONE DO SERWERA NUMER CZTERY.

GRZESIEK IT: W TAKIM RAZIE COŚ.

TYMON: COŚ CO?

GRZESIEK IT: COŚ PODŁĄCZONEGO.

TYMON: MOŻESZ SPRAWDZIĆ?

GRZESIEK IT: MOGĘ.

Cze­ka­łem.

Minęła minuta.

Potem druga.

TYMON: SPRAWDZISZ?

GRZESIEK IT: NIE PISAŁEŚ, ŻEBYM SPRAWDZIŁ. PYTAŁEŚ, CZY MOGĘ.

Za­ci­sną­łem zęby.

TYMON: PROSZĘ, SPRAWDŹ.

GRZESIEK IT: UTWÓRZ ZGŁOSZENIE.

Od­chy­li­łem się na krześle i spoj­rza­łem na sufit. Czło­wiek jest jedynym ga­tun­kiem zdolnym zbu­do­wać glo­bal­ną sieć wymiany in­for­ma­cji, a na­stęp­nie wy­ko­rzy­stać ją do od­sy­ła­nia innych ludzi do nie­dzia­ła­ją­ce­go for­mu­la­rza.

— Z kim piszesz? — za­py­ta­ła Aneta.

Stała znowu za moim krze­słem.

Nie sły­sza­łem, kiedy po­de­szła. Za­czy­na­łem po­dej­rze­wać, że czer­wo­ne pa­znok­cie nie były ozdobą, tylko ele­men­tem systemu ma­sko­wa­nia.

— Z Grześkiem.

— O tym pro­gra­mie?

— O ser­we­rze.

— To prawda, że prze­wi­dział cukier?

— Nie.

— Tymon, byłam przy tym.

— Wy­świe­tlił przy­pad­ko­wy ko­mu­ni­kat, który pasował do przy­pad­ko­we­go wy­da­rze­nia.

— Z do­kład­no­ścią do minuty.

— Zbież­ność.

— I nazwał mnie ro­bot­ni­cą C-7.

— Nie wiemy, czy cho­dzi­ło o ciebie.

— Mam czer­wo­ne pa­znok­cie i siedem liter w imieniu.

— Mogło chodzić o coś innego.

— Na przy­kład?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Aneta uśmiech­nę­ła się.

— Wie­dzia­łam.

— Niczego nie wie­dzia­łaś.

— Stwo­rzy­łeś program prze­wi­du­ją­cy przy­szłość i boisz się do tego przy­znać.

— Stwo­rzy­łem program prze­wi­du­ją­cy za­cho­wa­nie mrówek.

— Ludzie są trochę jak mrówki.

— Nie są.

— Pracują, jedzą i chodzą wy­zna­czo­ny­mi ścież­ka­mi.

— To duże uprosz­cze­nie.

— Nie­któ­rzy noszą okruchy do biurka.

Spoj­rze­li­śmy na Pawła z księ­go­wo­ści, który właśnie chował do szu­fla­dy drugą bułkę.

— Nie pokazuj tego nikomu — po­wie­dzia­łem.

— Oczy­wi­ście.

— Mówię po­waż­nie.

— Ja też.

— Nie rób zdjęć.

Aneta scho­wa­ła telefon za plecami.

— Nie robię.

— Sły­sza­łem dźwięk migawki.

— To było po­wia­do­mie­nie.

— Twój telefon był skie­ro­wa­ny na monitor.

— Bardzo dużo ode mnie wy­ma­gasz jak na osobę, która właśnie stwo­rzy­ła cyfrową wy­rocz­nię.

Wy­cią­gną­łem rękę.

— Pokaż telefon.

— Nie masz do tego upraw­nień.

— Usuń zdjęcie.

— Za­sta­no­wię się.

— Aneta.

— Tymon.

Przez kilka sekund pa­trzy­li­śmy na siebie. Potem jej wzrok prze­su­nął się na zegar w rogu ekranu.

10:02.

— A co z drugą prze­po­wied­nią? — za­py­ta­ła.

— Nie ma drugiej prze­po­wied­ni.

— Wi­dzia­łam.

— Nie po­win­naś była patrzeć.

— „Oka­le­czo­na królowa roz­pocz­nie po­stę­po­wa­nie”. Brzmi jak pani Basia.

— Nie nazywaj jej tak.

— Dla­cze­go? Prze­cież nie słyszy.

— Pani Basia słyszy wszyst­ko.

— Panie Tymonie — odezwał się za nami spo­koj­ny głos.

Oboje ze­sztyw­nie­li­śmy.

Pani Basia stała dwa kroki dalej. Miała pod pachą teczkę, w ręce dłu­go­pis, a na stopie nadal tylko jeden pan­to­fel.

— Czy posiada pan jakieś in­for­ma­cje mogące mieć zna­cze­nie dla pro­wa­dzo­ne­go po­stę­po­wa­nia?

— Nie — od­po­wie­dzia­łem zbyt szybko.

— Jakiego po­stę­po­wa­nia? — za­py­ta­ła Aneta.

— Po­stę­po­wa­nia wy­ja­śnia­ją­ce­go w sprawie bez­praw­ne­go prze­miesz­cze­nia mojego obuwia.

— Już się roz­po­czę­ło? — upew­ni­ła się Aneta.

Pani Basia spoj­rza­ła na zegarek.

— For­mal­nie roz­pocz­nie się o dzie­sią­tej pięt­na­ście. Do tego czasu zbieram oświad­cze­nia wstępne.

Aneta od­wró­ci­ła głowę w moją stronę.

Nie musiała nic mówić.

Spoj­rza­łem na monitor.

10:04.

— Dla­cze­go akurat o dzie­sią­tej pięt­na­ście? — za­py­ta­łem.

— Po­nie­waż o tej go­dzi­nie kończy się usta­wo­wa przerwa pana Pawła, a bez jego oświad­cze­nia ma­te­riał do­wo­do­wy będzie nie­peł­ny.

Paweł spoj­rzał na trzy­ma­ną bułkę.

— Ja jestem na prze­rwie?

— Od dzie­wią­tej pięć­dzie­siąt siedem.

— My­śla­łem, że pracuję.

— To bardzo nie­po­ko­ją­ce, panie Pawle.

Pani Basia wrę­czy­ła mi for­mu­larz.

— Proszę od­po­wie­dzieć na wszyst­kie pytania, zwłasz­cza numer osiem: „Czy w ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin widział pan osobę niosącą po­je­dyn­czy pan­to­fel lub przed­miot, który z daleka mógł przy­po­mi­nać po­je­dyn­czy pan­to­fel?”.

— Co może z daleka przy­po­mi­nać pan­to­fel?

— To po­wi­nien pan opisać w od­po­wie­dzi.

Odeszła w kie­run­ku swojego pokoju.

Aneta na­chy­li­ła się do mnie.

— Je­de­na­ście minut.

— To nadal może być przy­pa­dek.

— O której za­zwy­czaj pani Basia roz­po­czy­na po­stę­po­wa­nia?

— Nie wiem.

— Ja też nie. I właśnie dlatego jestem pod­eks­cy­to­wa­na.

— Nie po­win­naś być. Jeżeli program prze­twa­rza dane, do których nie ma prawa dostępu, mogę mieć poważne pro­ble­my.

— A jeśli na­praw­dę prze­wi­du­je przy­szłość?

— Będę miał jeszcze większe.

Aneta spoj­rza­ła na mnie z nie­zro­zu­mie­niem.

— Dla­cze­go? Możesz zarobić miliony.

— Każda osoba, która chce zarobić miliony na prze­wi­dy­wa­niu przy­szło­ści, powinna naj­pierw prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cje.

— To bardzo dobra wy­po­wiedź do ma­te­ria­łów pro­mo­cyj­nych.

— Nie będzie ma­te­ria­łów pro­mo­cyj­nych.

— Po­win­ni­śmy zamówić domenę.

— Nie.

— An­ty­cy­pa­cja.ai może być jeszcze wolna.

— Aneta, idź pra­co­wać.

— Właśnie pracuję. Roz­po­zna­ję po­ten­cjał pro­duk­tu.

Wróciła do swojego biurka. Przez na­stęp­ną minutę udawała, że pisze służ­bo­we­go maila. Na­stęp­nie otwo­rzy­ła wy­szu­ki­war­kę domen.

Ja pró­bo­wa­łem ustalić, czym było ta­jem­ni­cze źródło danych. Program po­bie­rał z niego in­for­ma­cje w czasie rze­czy­wi­stym. Pakiety były nie­wiel­kie, ale po­ja­wia­ły się co kilka sekund. Nie za­wie­ra­ły obrazu ani dźwięku. Były to krótkie ciągi liczb, iden­ty­fi­ka­to­ry i znacz­ni­ki czasu.

Dane te­le­me­trycz­ne.

Tylko czego do­ty­czy­ły?

O 10:11 źródło wysłało serię nowych in­for­ma­cji. Program na­tych­miast je prze­two­rzył. Przy drugiej pro­gno­zie po­ja­wi­ła się ak­tu­ali­za­cja:

POSTĘPOWANIE ROZPOCZNIE SIĘ ZGODNIE Z PLANEM.

BRAKUJĄCA KOŃCZYNA POZOSTAJE W STREFIE ZIMNA.

GNIAZDO WROGA WYKAZUJE PODWYŻSZONĄ AKTYWNOŚĆ.

— Strefa zimna — prze­czy­ta­łem szeptem.

Spoj­rza­łem w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych do piwnicy.

Ser­we­row­nia.

Dla pani Basi dział IT rze­czy­wi­ście mógł być gniaz­dem wroga. Grzesiek od siedmiu mie­się­cy nie ukoń­czył obo­wiąz­ko­we­go szko­le­nia „Cyberbezpieczeństwo zaczyna się od Ciebie”, a na trzy we­zwa­nia kadrowe od­po­wie­dział jednym plikiem gra­ficz­nym przed­sta­wia­ją­cym smut­ne­go kota.

Wstałem.

— Dokąd idziesz? — za­wo­ła­ła Aneta.

— Do Grześka.

— Prze­po­wied­nia mówi, że tam jest pan­to­fel?

— Nie wiem.

— Idę z tobą.

— Nie.

— Dla­cze­go?

— Bo nie.

— To nie jest ar­gu­ment.

— Jest krótki i zro­zu­mia­ły.

Aneta chwy­ci­ła telefon i ruszyła za mną.

O 10:14 do­tar­li­śmy pod drzwi ser­we­row­ni. Za­pu­ka­łem.

— Zgło­sze­nie — od­po­wie­dział Grzesiek.

— Otwórz. Chodzi o źródło danych.

— Ana­li­zu­ję.

— Od kiedy?

— Od kiedy po­pro­si­łeś.

— To było ponad pół godziny temu.

— Analiza trwa.

— Co usta­li­łeś?

— Że ist­nie­je.

Na­ci­sną­łem klamkę. Drzwi były za­mknię­te.

— Grzesiek, otwie­raj.

— Nie masz upraw­nień.

— Mój program ko­rzy­sta z nie­zna­ne­go po­łą­cze­nia na twoim ser­we­rze.

— Tym bar­dziej nie po­wi­nie­neś wcho­dzić.

Aneta stanęła obok mnie i za­pu­ka­ła mocniej.

— Grzesiek! Pani Basia idzie!

Drzwi otwo­rzy­ły się na­tych­miast.

— Gdzie? — zapytał, wy­glą­da­jąc na ko­ry­tarz.

— Na razie nigdzie — przy­zna­ła Aneta.

— Kłam­stwo w celu uzy­ska­nia dostępu do in­fra­struk­tu­ry kry­tycz­nej — po­wie­dział Grzesiek. — Zgłoszę to.

— W nie­dzia­ła­ją­cym sys­te­mie? — za­py­ta­łem.

— Mam notes.

Wsu­nę­li­śmy się do środka, zanim zdążył zamknąć drzwi. W ser­we­row­ni panował półmrok. Wen­ty­la­to­ry pra­co­wa­ły jed­no­staj­nie, na mo­ni­to­rach prze­su­wa­ły się linijki danych, a przy ścianie pię­trzy­ły się kartony po sprzę­cie i pizzy.

— Szukamy pan­to­fla — oznaj­mi­ła Aneta.

— Wyjdź­cie.

— Lewego, be­żo­we­go, or­to­pe­dycz­ne­go — dodała.

— Tym bar­dziej wyjdź­cie.

Ro­zej­rza­łem się. Pod biur­kiem nie było niczego. Między szafami ser­we­ro­wy­mi również. Zaj­rza­łem za stos pudełek po kla­wia­tu­rach.

— Nie dotykaj — ostrzegł Grzesiek.

— Czego?

— Niczego.

— To są puste kartony.

— Są ułożone w sys­te­mie.

— Według czego?

— Daty pizzy.

Aneta zaczęła za­glą­dać za mo­ni­to­ry. Grzesiek chodził za nią i przy­wra­cał każdy prze­su­nię­ty przed­miot na miejsce. W pewnym mo­men­cie po­trą­ci­ła wielki karton stojący pod jedną z szaf. Karton prze­su­nął się o kilka cen­ty­me­trów.

Szafa za­chwia­ła się.

Grzesiek rzucił się do niej i przy­trzy­mał me­ta­lo­wą kon­struk­cję obiema rękami.

— Nie ruszaj tego!

— Dla­cze­go szafa się chwieje? — za­py­ta­ła Aneta.

— Podłoga jest nie­rów­na.

— A czym ją pod­par­łeś?

Grzesiek milczał.

Spoj­rza­łem w szcze­li­nę między dolną kra­wę­dzią szafy a podłogą.

Tkwił tam beżowy przed­miot.

Schy­li­łem się.

— Nie wy­cią­gaj — po­wie­dział Grzesiek.

— Czy to jest…

— Element sta­bi­li­za­cyj­ny.

Chwy­ci­łem przed­miot i po­cią­gną­łem.

Szafa prze­chy­li­ła się nie­bez­piecz­nie. Grzesiek jęknął, naparł na nią ra­mie­niem i zaczął go­rącz­ko­wo roz­glą­dać się za czymś, czym mógłby za­stą­pić podporę.

W ręce trzy­ma­łem lewy pan­to­fel pani Basi.

Był lekko spłasz­czo­ny, ale poza tym wy­glą­dał na cały.

Aneta zrobiła zdjęcie.

— Skąd go miałeś? — za­py­ta­łem.

— Leżał na ko­ry­ta­rzu.

— I zamiast oddać go pani Basi, wsa­dzi­łeś pod serwer?

— Szafa się chwiała.

— Mogłeś użyć kawałka drewna.

— Nie miał od­po­wied­niej gru­bo­ści.

— To jest wyrób me­dycz­ny — przy­po­mnia­ła Aneta.

— Teraz jest częścią in­fra­struk­tu­ry.

Spoj­rza­łem na zegarek.

10:15.

W tej samej chwili wszyst­kie nasze te­le­fo­ny wydały dźwięk fir­mo­we­go po­wia­do­mie­nia.

Wia­do­mość od pani Basi:

„Z dniem dzi­siej­szym, o go­dzi­nie 10:15, wsz­czy­nam for­mal­ne po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­ją­ce w sprawie za­gi­nię­cia lewego pan­to­fla or­to­pe­dycz­ne­go sta­no­wią­ce­go wła­sność pry­wat­ną pra­cow­ni­ka. Osoby po­sia­da­ją­ce in­for­ma­cje pro­szo­ne są o ich nie­zwłocz­ne prze­ka­za­nie. Za­ta­je­nie wiedzy będzie trak­to­wa­ne jako na­ru­sze­nie zasad współ­ży­cia spo­łecz­ne­go w miejscu pracy.”

Aneta prze­czy­ta­ła wia­do­mość, spoj­rza­ła na pan­to­fel, potem na mnie.

— Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć prze­ci­nek dwa procent — po­wie­dzia­ła cicho.

Grzesiek nadal pod­trzy­my­wał szafę.

— O czym ona mówi?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Wró­ci­li­śmy na górę. Niosłem pan­to­fel przed sobą. Ludzie wy­chy­la­li głowy znad mo­ni­to­rów, śledząc nasz prze­marsz. Pani Basia wyszła ze swojego pokoju.

Za­trzy­ma­łem się przed nią.

— Znalazł się.

Spoj­rza­ła na pan­to­fel.

Potem na mnie.

Na­stęp­nie na Anetę, która na­gry­wa­ła wszyst­ko te­le­fo­nem.

— Gdzie był?

— W ser­we­row­ni.

— W dziale in­for­ma­tycz­nym?

— Pod szafą ser­we­ro­wą.

Twarz pani Basi nie zmie­ni­ła wyrazu, ale w biurze zrobiło się ciszej. Nawet osoby, które nie sły­sza­ły rozmowy, wyczuły, że gdzieś właśnie zapadła decyzja ad­mi­ni­stra­cyj­na o dużej sile rażenia.

— Ro­zu­miem — po­wie­dzia­ła.

Za­ło­ży­ła od­zy­ska­ny pan­to­fel, zrobiła dwa próbne kroki i po­pra­wi­ła okulary.

— Po­stę­po­wa­nie będzie kon­ty­nu­owa­ne.

— Ale pan­to­fel się znalazł — za­uwa­ży­łem.

— Zna­le­zie­nie przed­mio­tu nie wy­ja­śnia jego bez­praw­ne­go prze­miesz­cze­nia, wy­ko­rzy­sta­nia w cha­rak­te­rze ma­te­ria­łu tech­nicz­ne­go ani na­ra­że­nia wkładki or­to­pe­dycz­nej na od­kształ­ce­nie.

Od­wró­ci­ła się w stronę piwnicy.

— Pan Grzegorz jest na dole?

— Pod­trzy­mu­je serwer — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

Pani Basia skinęła głową.

— Dobrze. Przy­naj­mniej nie uciek­nie.

Ruszyła w stronę schodów.

Kilka sekund później usły­sze­li­śmy do­bie­ga­ją­cy z piwnicy głos Grześka:

— TO NIE JEST SPRZĘT FIRMOWY!

A na­stęp­nie spo­koj­ną od­po­wiedź pani Basi:

— Właśnie dlatego sy­tu­acja jest po­waż­niej­sza, niż pan sądzi.

Wró­ci­łem do kom­pu­te­ra.

Druga pro­gno­za znik­nę­ła. W jej miejscu widniał zielony napis:

ZDARZENIE POTWIERDZONE.

DOKŁADNOŚĆ MODELU: 98,4%.

Pod nim pojawił się nowy ko­mu­ni­kat:

WYKRYTO NOWY TYP KOLONII.

TRWA ADAPTACJA MODELU.

Za­mar­łem.

Klik­ną­łem „Prze­rwij”.

Program nie za­re­ago­wał.

Spró­bo­wa­łem odłą­czyć proces od serwera.

ODMOWA DOSTĘPU.

Wpi­sa­łem po­le­ce­nie wy­mu­sza­ją­ce za­koń­cze­nie pro­gra­mu.

PROCES CHRONIONY PRZEZ ADMINISTRATORA.

— Grzesiek… — po­wie­dzia­łem pod nosem.

Na pasku postępu pojawił się jeden procent.

Potem dwa.

Program po­bie­rał dane ze źródła COLONY_LIVE_04 coraz szyb­ciej. W logach zaczęły prze­wi­jać się iden­ty­fi­ka­to­ry kart dostępu, numery urzą­dzeń, statusy dru­ka­rek, tem­pe­ra­tu­ra po­miesz­czeń, użycie eks­pre­su do kawy, re­zer­wa­cje sal kon­fe­ren­cyj­nych i setki innych in­for­ma­cji.

To nie był obraz z kamer.

To był cyfrowy układ nerwowy całego budynku.

Serwer numer cztery miał dostęp do systemu za­rzą­dza­nia biurem. Re­je­stro­wał wejścia i wyjścia pra­cow­ni­ków, ruch wind, dzia­ła­nie urzą­dzeń, za­mó­wie­nia, ko­mu­ni­ka­ty oraz ak­tyw­ność fir­mo­wej sieci. Dla mojego pro­gra­mu nie były to jednak dane przed­się­bior­stwa.

Były to in­for­ma­cje o kolonii.

Każdy pra­cow­nik został po­trak­to­wa­ny jak osobnik po­ru­sza­ją­cy się po mro­wi­sku. Karty dostępu wy­zna­cza­ły trasy. Wia­do­mo­ści wska­zy­wa­ły kon­flik­ty. Ekspres, lodówka i au­to­ma­ty z prze­ką­ska­mi stały się źró­dła­mi po­ży­wie­nia. Sale kon­fe­ren­cyj­ne były ko­mo­ra­mi. Zarząd — centrum do­wo­dze­nia.

Ant-ycypacja nie ro­zu­mia­ła ludzi.

Nie musiała.

Wy­star­czy­ło, że za­uwa­ża­ła ich przy­zwy­cza­je­nia.

Pasek postępu osią­gnął sto procent.

ADAPTACJA ZAKOŃCZONA.

MODEL KOLONII LUDZKIEJ AKTYWNY.

HORYZONT PROGNOZOWANIA: 24 GODZINY.

Na dole ekranu po­ja­wi­ło się pytanie:

ROZPOCZĄĆ ANALIZĘ?

Kursor prze­su­nął się sam.

Przy­cisk „TAK” roz­świe­tlił się na zielono.

— Nie — po­wie­dzia­łem.

Kom­pu­ter nie po­wi­nien re­ago­wać na ton głosu, ale przez krótką chwilę miałem wra­że­nie, że program czeka.

Potem przy­cisk został wci­śnię­ty.

Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się lista nowych prognoz.

— ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.

— ROBOTNICE ROZPOCZNĄ BUNT.

— STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.

— JEDEN Z OSOBNIKÓW OPUŚCI KOLONIĘ I JUŻ NIE WRÓCI.

Przy ostat­nim punkcie wid­nia­ła godzina:

17:03.

Praw­do­po­do­bień­stwo: 100%.

Po­czu­łem nie­przy­jem­ny ucisk w żołądku.

Program prze­wi­dział cukier.

Prze­wi­dział po­stę­po­wa­nie pani Basi.

Od­na­lazł pan­to­fel w ser­we­row­ni.

A teraz twier­dził, że przed końcem dnia ktoś opuści Innovatech i już nigdy do niego nie wróci.

Chcia­łem wy­łą­czyć monitor, ale zanim zdą­ży­łem dotknąć przy­ci­sku, usły­sza­łem za plecami serię dźwię­ków fir­mo­we­go ko­mu­ni­ka­to­ra.

Naj­pierw jeden.

Potem dzie­sięć.

Po chwili te­le­fo­ny zaczęły odzywać się w całym biurze.

Aneta stała przy swoim sta­no­wi­sku z nie­win­ną miną.

Na kanale ogólnym opu­bli­ko­wa­ła zdjęcie pierw­szej prze­po­wied­ni.

Pod­pi­sa­ła je:

„NASZ KOLEGA TYMON STWORZYŁ SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ, KTÓRA PRZEWIDUJE PRZYSZŁOŚĆ! PIERWSZE DWA WYNIKI JUŻ SIĘ SPRAWDZIŁY. ZADAWAJCIE PYTANIA W KOMENTARZACH. #INNOVATECHPRZYSZŁOŚCI”

Spoj­rza­ła na mnie i uniosła kciuk.

W ciągu na­stęp­nych trzy­dzie­stu sekund program otrzy­mał sto czter­dzie­ści siedem pytań.

Naj­wię­cej do­ty­czy­ło pod­wy­żek.

Drugie miejsce zajęły romanse.

Na trzecim zna­la­zło się pytanie Pawła z księ­go­wo­ści:

„Czy mogę już zjeść trzecią bułkę, czy ktoś to widzi?”.

Ant-ycypacja roz­po­czę­ła analizę.

A ja zro­zu­mia­łem, że właśnie stra­ci­łem nad nią kon­tro­lę.

Rozdział 3

Pantofel pani Basi

Czło­wiek może za­cho­wać ta­jem­ni­cę w biurze pod trzema wa­run­ka­mi.

Po pierw­sze, nie może jej znać Aneta z mar­ke­tin­gu.

Po drugie, nie może do­ty­czyć pie­nię­dzy, zwol­nień ani związ­ków uczu­cio­wych.

Po trzecie, naj­le­piej, żeby w ogóle nie ist­nia­ła.

Moja ta­jem­ni­ca nie speł­nia­ła żadnego z tych wa­run­ków.

Minutę po opu­bli­ko­wa­niu zdjęcia pierw­szej pro­gno­zy kanał firmowy prze­stał przy­po­mi­nać na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji za­wo­do­wej. Stał się po­łą­cze­niem giełdy, poradni mał­żeń­skiej i zbio­ro­wej spo­wie­dzi.

Pytania po­ja­wia­ły się szyb­ciej, niż program po­tra­fił je ana­li­zo­wać.

„Czy w tym roku będą premie?”

„Czy prezes wie, że nie będzie premii?”

„Czy można prze­wi­dzieć, kiedy prezes dowie się, że wiemy, że nie będzie premii?”

„Czy Monika z re­cep­cji jest z kimś zwią­za­na?”

„Czy pytanie o Monikę jest ano­ni­mo­we?”

„Kto pyta?”

„Czy automat na drugim piętrze znowu połknie moje pięć złotych?”

„Czy sztucz­na in­te­li­gen­cja może napisać za mnie raport kwar­tal­ny?”

„Czy raport kwar­tal­ny kto­kol­wiek czyta?”

To ostat­nie pytanie otrzy­ma­ło dzie­więt­na­ście reakcji przed­sta­wia­ją­cych unie­sio­ny kciuk i jedną reakcję prezesa przed­sta­wia­ją­cą parę oczu.

Paweł z księ­go­wo­ści pod­szedł do mojego biurka z trzecią bułką w ręce.

— Od­po­wie­dzia­ło mi? — zapytał.

— Co?

— Czy mogę ją zjeść.

— Paweł, nie po­trze­bu­jesz zgody pro­gra­mu, żeby zjeść bułkę.

— Wiem. Pytam, czy ktoś to widzi.

— Ja widzę.

— Ty się nie liczysz. Jesteś ad­mi­ni­stra­to­rem wy­rocz­ni.

Nie byłem ad­mi­ni­stra­to­rem. W tym mo­men­cie czułem się raczej jak czło­wiek, który przy­pad­kiem otwo­rzył drzwi do za­tło­czo­ne­go sklepu w pierw­szy dzień pro­mo­cji, a na­stęp­nie odkrył, że klamka działa tylko od ze­wnątrz.

Ant-ycypacja kla­sy­fi­ko­wa­ła pytania i wy­świe­tla­ła od­po­wie­dzi w języku prze­zna­czo­nym do opi­sy­wa­nia życia owadów.

Na pytanie o premie od­po­wie­dzia­ła:

NADWYŻKA ZASOBÓW NIE ZOSTANIE ROZDZIELONA MIĘDZY ROBOTNICE.

Na pytanie o Monikę:

OSOBNIK M-2 REGULARNIE DZIELI KOMORĘ Z OSOBNIKIEM P-9 PO ZAKOŃCZENIU CYKLU PRACY.

Po tym ko­mu­ni­ka­cie dzie­więć osób zaczęło spraw­dzać listę pra­cow­ni­ków o imio­nach roz­po­czy­na­ją­cych się na literę P. Trzy z nich na­tych­miast zmie­ni­ły status ko­mu­ni­ka­to­ra na „nie­do­stęp­ny”.

Na pytanie o automat:

URZĄDZENIE POBIERZE METALOWY ZASÓB I NIE WYDA POŻYWIENIA. PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 82%.

— Wie­dzia­łem — po­wie­dział Robert z działu sprze­da­ży. — To zło­dziej­stwo sys­te­mo­we.

— Automat nie ma zamiaru cię okraść — wy­ja­śni­łem. — Program wykrył zapewne częste zgło­sze­nia awarii.

— Czyli wie, że kradnie, i nic z tym nie robi?

— Automat niczego nie wie.

— To po co nam sztucz­na in­te­li­gen­cja, jeśli nadal muszę kopać maszynę?

Nie miałem dobrej od­po­wie­dzi.

Otwo­rzy­łem panel ad­mi­ni­stra­to­ra i spró­bo­wa­łem za­blo­ko­wać przyj­mo­wa­nie pytań. Przy­cisk był nie­ak­tyw­ny. System in­for­mo­wał, że kolejka zadań została prze­ję­ta przez ze­wnętrz­ny in­ter­fejs.

Spoj­rza­łem w stronę Anety.

Sie­dzia­ła przy swoim biurku i pro­jek­to­wa­ła coś z ogrom­nym sku­pie­niem. Na mo­ni­to­rze wi­dzia­łem logo przed­sta­wia­ją­ce złotą mrówkę z trzecim okiem na czole. Pod spodem znaj­do­wał się napis:

ANT-YCYPACJA

PRZYSZŁOŚĆ JUŻ TU JEST. MY JĄ TYLKO LEPIEJ OPAKOWALIŚMY.

— Aneta.

— Chwi­lecz­kę.

— Co zro­bi­łaś?

— Pracuję nad iden­ty­fi­ka­cją wi­zu­al­ną.

— Co zro­bi­łaś z pro­gra­mem?

— Nic. Uła­twi­łam ludziom za­da­wa­nie pytań.

— Jak?

— Stwo­rzy­łam for­mu­larz.

— Jaki for­mu­larz?

— Bardzo prosty. Jedno pole na pytanie, drugie na adres mailowy, trzecie na zgodę mar­ke­tin­go­wą.

— Pod­łą­czy­łaś for­mu­larz do mojego pro­gra­mu?

— Nie bez­po­śred­nio.

— Co znaczy „nie bez­po­śred­nio”?

— Przez au­to­ma­ty­za­cję.

— Jaką au­to­ma­ty­za­cję?

— Taką, której nie po­wi­nie­neś teraz wy­łą­czać, bo mamy już trzysta osiem­na­ście zgło­szeń.

— Skąd?

— Udo­stęp­ni­łam for­mu­larz na naszym profilu.

Za­bra­kło mi słów.

To zda­rza­ło mi się rzadko. Za­zwy­czaj nawet w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych znaj­do­wa­łem od­po­wied­nie okre­śle­nie, choć nie zawsze nada­wa­ło się do wy­po­wie­dze­nia w miejscu pracy.

— Na jakim profilu? — za­py­ta­łem w końcu.

— Fir­mo­wym.

— Pu­blicz­nym?

— Inne nie mają sensu.

— Opu­bli­ko­wa­łaś w in­ter­ne­cie in­for­ma­cję, że Innovatech posiada program prze­wi­du­ją­cy przy­szłość?

— Nie na­pi­sa­łam, że po­sia­da­my. Na­pi­sa­łam, że te­stu­je­my prze­ło­mo­wą tech­no­lo­gię pre­dyk­cyj­ną.

— To mój pry­wat­ny projekt!

— Tymon, pra­cu­je­my w jednym zespole.

— Nie pra­cu­je­my. Ty jesteś w mar­ke­tin­gu.

— Właśnie dlatego mogę ci pomóc.

Na fir­mo­wym profilu widniał już post:

„CZY CHCIAŁ­BYŚ POZNAĆ SWOJĄ PRZY­SZŁOŚĆ? Innovatech testuje re­wo­lu­cyj­ny system ANT-YCYPACJA, ana­li­zu­ją­cy za­cho­wa­nia zbio­ro­we z do­kład­no­ścią prze­kra­cza­ją­cą 98%! Zadaj pytanie naszej cy­fro­wej wy­rocz­ni. Liczba miejsc ogra­ni­czo­na!”

Pod spodem Aneta umie­ści­ła emo­ti­ko­nę krysz­ta­ło­wej kuli, mrówki i rakiety.

Post miał sie­dem­dzie­siąt cztery udo­stęp­nie­nia.

— Liczba miejsc nie jest ogra­ni­czo­na — po­wie­dzia­łem.

— Teraz jest. To zwięk­sza za­in­te­re­so­wa­nie.

— Wyłącz for­mu­larz.

— Nie możemy.

— Dla­cze­go?

— Obie­ca­łam od­po­wie­dzi.

— Komu?

— In­ter­ne­to­wi.

In­ter­net nie był stroną umowy, ale próba wy­ja­śnie­nia tego Anecie nie miała sensu. Dla niej każde pu­blicz­ne zdanie stawało się zo­bo­wią­za­niem, chyba że było spro­sto­wa­niem wcze­śniej­sze­go pu­blicz­ne­go zdania. Wtedy na­zy­wa­ło się „ak­tu­ali­za­cją nar­ra­cji”.

Pod­sze­dłem do jej kom­pu­te­ra i się­gną­łem po myszkę.

Aneta za­sło­ni­ła ją ręką.

— Co robisz?

— Kończę test.

— Nie możesz. Ludzie czekają.

— Nie ob­cho­dzi mnie to.

W biurze zapadła cisza.

Kilka osób uniosło głowy znad mo­ni­to­rów.

Po­wie­dzieć w firmie tech­no­lo­gicz­nej, że nie ob­cho­dzą cię użyt­kow­ni­cy, było niemal rów­no­znacz­ne z pu­blicz­nym przy­zna­niem, że nie wie­rzysz w sy­ner­gię.

— Tymon — odezwał się Robert ze sprze­da­ży. — Musimy myśleć biznesowo. Jeżeli to na­praw­dę działa, mamy produkt.

— Nie mamy.

— Jeszcze nie mamy — po­pra­wi­ła go Aneta. — Je­ste­śmy na etapie wa­li­da­cji ryn­ko­wej.

— Je­ste­śmy na etapie nie­au­to­ry­zo­wa­ne­go pod­łą­cze­nia mojego pro­gra­mu do fir­mo­we­go serwera.

— Szcze­gó­ły tech­nicz­ne omówimy później.

— To nie jest szcze­gół tech­nicz­ny!

— Dla klienta jest.

Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się pierw­sza z czte­rech głów­nych prognoz:

ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.

PRZEWIDYWANY CZAS: 11:30.

Po­zo­sta­ło osiem minut.

— Co to znaczy? — za­py­ta­ła Monika z re­cep­cji.

— Nic — od­po­wie­dzia­łem.

— Ekspres — po­wie­dział Paweł.

— Dla­cze­go ekspres? — za­py­ta­ła Aneta.

— Kawa daje energię.

— Kap­suł­ki są bez­piecz­ne — za­pew­ni­ła. — Spraw­dza­łam.

— Wa­ni­lio­wych nie ma.

— Tym bar­dziej są bez­piecz­ne.

Pra­cow­ni­cy zaczęli prze­miesz­czać się w stronę kuchni. Nikt nie chciał prze­ga­pić speł­nie­nia pro­gno­zy, zwłasz­cza jeśli mogło wiązać się z bez­płat­nym napojem.

— Wra­caj­cie do pracy — po­wie­dzia­łem.

Nikt nie za­re­ago­wał.

— Program nie prze­wi­du­je przy­szło­ści.

— Pierw­sze dwie rzeczy prze­wi­dział — przy­po­mniał Paweł.

— Na pod­sta­wie danych.

— Przy­szłość zawsze jest na pod­sta­wie danych — stwier­dził Robert.

To zdanie spodo­ba­ło się Anecie. Za­pi­sa­ła je w te­le­fo­nie.

O 11:27 w kuchni zebrało się prawie całe biuro. Ludzie stali wokół eks­pre­su, za­cho­wu­jąc bez­piecz­ny dystans. Urzą­dze­nie nie wy­ka­zy­wa­ło żadnych oznak za­tru­cia. Buczało, migało i do­ma­ga­ło się opróż­nie­nia po­jem­ni­ka na fusy, czyli funk­cjo­no­wa­ło nor­mal­nie.

Pani Basia weszła do po­miesz­cze­nia w obu od­zy­ska­nych pan­to­flach.

— Co państwo tutaj robią?

— Czekamy, aż ekspres zo­sta­nie zatruty — od­po­wie­dział Paweł.

Pani Basia powoli zdjęła okulary.

— Czy to jest część obo­wiąz­ków służ­bo­wych?

— Te­stu­je­my produkt — po­wie­dzia­ła Aneta.

— Jaki produkt?

— Przy­szłość.

Pani Basia za­ło­ży­ła okulary z po­wro­tem.

— Ro­zu­miem. Kto za­twier­dził te­sto­wa­nie przy­szło­ści w go­dzi­nach pracy?

Zapadła cisza.

Ekspres za­pisz­czał.

Wszyscy od­wró­ci­li się w jego stronę.

Na wy­świe­tla­czu pojawił się ko­mu­ni­kat:

UZUPEŁNIJ ZBIORNIK WODY.

— To nic — po­wie­dzia­łem.

— Jeszcze trzy minuty — szepnął Paweł.

Do kuchni wszedł sta­ży­sta Kamil, trzy­ma­jąc w rękach pla­sti­ko­wą butelkę bez ety­kie­ty.

— Grzesiek po­wie­dział, żebym to wlał do eks­pre­su — oznaj­mił.

— Co to jest? — za­py­ta­łem.

— Nie wiem.

— To dla­cze­go chcesz to wlać?

— Po­wie­dział, że odkamieniacz.

— A jest odkamieniaczem?

Kamil po­wą­chał za­war­tość.

— Pachnie cytryną.

— Płyn do podłóg też pachnie cytryną — za­uwa­ży­ła Monika.

Sta­ży­sta zawahał się.

— Grzesiek po­wie­dział, że butelka będzie koło zlewu.

Koło zlewu stały trzy iden­tycz­ne butelki. Jedna za­wie­ra­ła odkamieniacz, druga płyn do czysz­cze­nia po­wierzch­ni, a trzecia domowy kon­cen­trat syropu cy­try­no­we­go Pawła, który nie ufał pro­duk­tom z au­to­ma­tów.

— Którą wziąłeś? — za­py­ta­łem.

— Tę, która stała po lewej.

— Z której strony patrząc?

— Od wejścia.

— Grzesiek patrzył od wejścia?

— Nie wiem. Roz­ma­wia­li­śmy przez telefon.

Wszyscy spoj­rze­li na butelkę.

Zegar nad drzwia­mi wska­zy­wał 11:29.

Pani Basia wyjęła Kamilowi po­jem­nik z ręki.

— Do czasu usta­le­nia składu che­micz­ne­go nikt niczego nie wlewa.

— Ale ekspres nie ma wody — po­wie­dzia­ła Aneta.

— W takim razie nie będzie kawy.

Ta wia­do­mość wy­wo­ła­ła większe po­ru­sze­nie niż wszyst­kie wcze­śniej­sze pro­gno­zy.

— Jak długo? — zapytał Robert.

— Do za­koń­cze­nia po­stę­po­wa­nia.

— Jakiego po­stę­po­wa­nia?

— W sprawie prze­cho­wy­wa­nia nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych płynów w po­jem­ni­kach po­zba­wio­nych etykiet.

— Możemy nalać zwykłej wody z kranu — za­su­ge­ro­wa­łem.

Pani Basia spoj­rza­ła na mnie.

— Panie Tymonie, dopóki nie usta­li­my, czy zbior­nik nie został wcze­śniej skażony, byłoby to skraj­nie nie­od­po­wie­dzial­ne.

Zegar wskazał 11:30.

Ekspres wy­łą­czył się.

Źródło energii zostało zatrute.

Nie do­słow­nie, ale pro­gra­mo­wi naj­wy­raź­niej wy­star­czy­ło po­dej­rze­nie.

Pra­cow­ni­cy wrócili do swoich biurek bez kawy. Ich na­stro­je szybko się po­gar­sza­ły. W ciągu pięt­na­stu minut wy­daj­ność działu sprze­da­ży spadła do zera, księ­go­wość zaczęła po­peł­niać błędy w pro­stych ob­li­cze­niach, a Aneta opu­bli­ko­wa­ła na kanale ogólnym czarne zdjęcie z pod­pi­sem:

„DZIEŃ, W KTÓRYM ZABRANO NAM ENERGIĘ”.

Drugą pro­gno­zą był bunt ro­bot­nic.

Nie mu­sie­li­śmy długo czekać.

O 12:05 trzy­dzie­ści dwie osoby zebrały się w naj­więk­szej sali kon­fe­ren­cyj­nej. Ofi­cjal­nym powodem spo­tka­nia była „oddolna kon­sul­ta­cja do­ty­czą­ca dostępu do napojów po­bu­dza­ją­cych i trans­pa­rent­no­ści systemu pre­mio­we­go”. Nie­ofi­cjal­nie wszyscy chcieli wie­dzieć, dla­cze­go Ant-ycypacja prze­wi­dzia­ła, że nad­wyż­ka zasobów nie zo­sta­nie roz­dzie­lo­na między ro­bot­ni­ce.

Robert ze sprze­da­ży stanął przy tablicy.

— Nie chcę używać mocnych słów — zaczął — ale sy­tu­acja jest jasna. Firma ma środki. Program to po­twier­dził.

— Program nie ma dostępu do danych fi­nan­so­wych — po­wie­dzia­łem.

— Skąd wiesz?

— Bo go na­pi­sa­łem.

— A wie­dzia­łeś, że ma dostęp do pan­to­fla?

— Nie miał dostępu do pan­to­fla.

— A jednak go znalazł.

— Wskazał ser­we­row­nię na pod­sta­wie danych o ruchu albo…

— Czyli wie­dział.

Pra­cow­ni­cy przy­tak­nę­li.

— Al­go­rytm okre­ślił was jako ro­bot­ni­ce — pró­bo­wa­łem wy­ja­śnić. — To model kolonii. Nie oznacza to, że posiada in­for­ma­cje o pre­miach.

— A zarząd kim jest? — za­py­ta­ła Monika.

— Centrum de­cy­zyj­nym.

— Czyli królową?

— W uprosz­cze­niu.

— Królowa dostaje premię? — zapytał Paweł.

Tego nie wie­dzia­łem.

Wszyscy uznali moje mil­cze­nie za od­po­wiedź.

Aneta stanęła obok Roberta.

— Pro­po­nu­ję za­cho­wać spokój. Jako mar­ke­ting uważamy, że należy roz­po­cząć kon­struk­tyw­ny dialog z kie­row­nic­twem.

— Prze­cież to ty za­ło­ży­łaś grupę „Gdzie są nasze pie­nią­dze?” — przy­po­mnia­łem.

— Nazwa robocza.

— Dodałaś do niej prezesa.

— Trans­pa­rent­ność buduje za­ufa­nie.

— Prezes wyszedł z grupy.

— To również jest ko­mu­ni­kat.

W ten sposób speł­ni­ła się druga pro­gno­za. Ro­bot­ni­ce roz­po­czę­ły bunt, chociaż dla bez­pie­czeń­stwa nazwały go kon­sul­ta­cją.

Trzecia prze­po­wied­nia do­ty­czy­ła straż­ni­ka chłodu.

Grzesiek pojawił się przy moim biurku o 13:20. Nie wi­dzia­łem go na górze od czasu awarii kli­ma­ty­za­cji dwa lata wcze­śniej. Stał z rękami w kie­sze­niach i wy­glą­dał na jeszcze bar­dziej nie­za­do­wo­lo­ne­go niż zwykle.

— Wyłącz to — po­wie­dział.

— Pró­bo­wa­łem.

— Mocniej.

— Program działa na twoim ser­we­rze i blokuje mi dostęp ad­mi­ni­stra­to­ra.

— Nie po­wi­nien.

— Wiem.

— Co zmie­ni­łeś?

— Nic.

— Każdy tak mówi.

— Co to jest COLONY_LIVE_04?

Grzesiek ro­zej­rzał się, po czym na­chy­lił nad moim biur­kiem.

— Mów ciszej.

— Dla­cze­go?

— Bo to nie powinno istnieć.

— Co nie powinno istnieć?

— Po­łą­cze­nie.

— Z czym?

— Z bu­dyn­kiem.

Wska­za­łem na ekran, po którym nadal prze­su­wa­ły się iden­ty­fi­ka­to­ry kart, in­for­ma­cje o urzą­dze­niach i re­zer­wa­cje po­miesz­czeń.

— To widzę. Pytam, dla­cze­go serwer testowy ma dostęp do całego systemu za­rzą­dza­nia biurem.

— Tech­nicz­nie nie ma.

— A prak­tycz­nie?

— Prak­tycz­nie pa­trzysz na dane.

— Grzesiek.

Wes­tchnął.

— Firma za­rzą­dza­ją­ca bu­dyn­kiem ak­tu­ali­zo­wa­ła system. Po­trze­bo­wa­li tym­cza­so­we­go serwera do mi­gra­cji.

— Dałeś im nasz serwer testowy?

— Był wolny.

— Mówiłeś, że wszyst­kie są zajęte.

— Ten był zajęty przez nich.

— Dla­cze­go po­łą­cze­nie nadal działa?

— Wi­docz­nie nie odłą­czy­li.

— Mi­gra­cja była kiedy?

— W li­sto­pa­dzie.

Mie­li­śmy kwie­cień.

— Przez pięć mie­się­cy obca firma miała dostęp do naszej sieci?

— Nie obca. Za­rzą­dza­ją bu­dyn­kiem.

— To nie po­pra­wia sy­tu­acji.

— Dlatego musimy usunąć logi.

Spoj­rza­łem na trzecią pro­gno­zę:

STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.

— Która godzina? — za­py­ta­łem.

— Co?

Spoj­rza­łem na zegar.

13:24.

Pro­gno­za wska­zy­wa­ła 13:25.

— Nie dotykaj serwera — po­wie­dzia­łem.

— Muszę zamknąć po­łą­cze­nie.

— Zamknij po­łą­cze­nie, ale nie kasuj logów.

— Logi są nie­po­trzeb­ne.

— Są dowodem na to, co się wy­da­rzy­ło.

— Właśnie dlatego są nie­po­trzeb­ne.

Wyjął telefon i zaczął wpi­sy­wać po­le­ce­nie w apli­ka­cji ad­mi­ni­stra­cyj­nej.

— Grzesiek, program prze­wi­dział, że spró­bu­jesz usunąć dowody.

Za­trzy­mał palec nad ekranem.

— Kiedy?

— O 13:25.

Spoj­rze­li­śmy na zegar.

13:25.

Przez kilka sekund nic się nie wy­da­rzy­ło.

Potem Grzesiek na­ci­snął przy­cisk.

— Co zro­bi­łeś?

— Usu­ną­łem logi.

— Właśnie speł­ni­łeś pro­gno­zę!

— Nie. Chcia­łem to zrobić wcze­śniej.

— Zro­bi­łeś do­kład­nie o wska­za­nej go­dzi­nie.

— Bo mnie za­ga­da­łeś.

— Gdybym cię nie zagadał, zro­bił­byś to wcze­śniej?

— Tak.

— Czyli program prze­wi­dział, że cię zagadam?

Grzesiek zmarsz­czył brwi.

To pytanie mu się nie spodo­ba­ło.

Na mo­ni­to­rze pojawił się ko­mu­ni­kat:

ZDARZENIE POTWIERDZONE.

STRAŻNIK CHŁODU USUNĄŁ DOWODY.

KOPIA DOWODÓW ZOSTAŁA ZABEZPIECZONA.

— Jaka kopia? — zapytał Grzesiek.

Na dole ekranu po­ja­wi­ła się ścieżka do ar­chi­wum.

Program sko­pio­wał logi, zanim Grzesiek je usunął.

— Twój al­go­rytm robi backupy? — zapytał.

— Naj­wy­raź­niej.

— Gdzie?

— Nie wiem.

— To źle.

Po raz pierw­szy usły­sza­łem w jego głosie coś więcej niż za­wo­do­wą re­zy­gna­cję.

Strach.

— Musimy go odłą­czyć fi­zycz­nie — po­wie­dział. — Teraz.

— Nie możemy wy­łą­czyć serwera. System budynku jest do niego pod­łą­czo­ny.

— W takim razie wy­łą­czy­my system budynku.

— A windy? Kon­tro­la dostępu? Kli­ma­ty­za­cja?

— Schody ist­nie­ją. Drzwi mają klamki. Ludzie kiedyś żyli bez kli­ma­ty­za­cji.

— Pani Basia jest w twojej ser­we­row­ni.

Grzesiek spoj­rzał w stronę piwnicy.

— Naj­pierw ją wy­pro­wa­dzi­my.

Nie zdą­ży­li­śmy.

Pani Basia po­de­szła do mojego biurka, trzy­ma­jąc w ręce od­zy­ska­ny pan­to­fel. Teraz znaj­do­wał się w prze­zro­czy­stym wo­recz­ku stru­no­wym. Na wo­recz­ku wid­nia­ła na­klej­ka:

DOWÓD RZECZOWY NR 1.

— Panowie wy­bie­ra­ją się dokądś? — za­py­ta­ła.

— Do ser­we­row­ni — od­po­wie­dzia­łem.

— Nie.

— Musimy wy­łą­czyć nie­au­to­ry­zo­wa­ne po­łą­cze­nie.

— Ser­we­row­nia została za­bez­pie­czo­na na po­trze­by po­stę­po­wa­nia.

Grzesiek pobladł jeszcze bar­dziej.

— Jak za­bez­pie­czo­na?

— Za­plom­bo­wa­łam drzwi.

— Tam są serwery!

— Wiem. Napis na drzwiach in­for­mu­je o tym bardzo wy­raź­nie.

— Muszę wejść.

— Proszę złożyć wniosek.

— Jaki?

— O dostęp do po­miesz­cze­nia ob­ję­te­go po­stę­po­wa­niem.

— Gdzie go znajdę?

— For­mu­larz jest w sys­te­mie.

— System zgło­szeń nie działa.

— W takim razie proszę naj­pierw zgłosić awarię.

Pa­trzy­łem na Grześka.

On patrzył na panią Basię.

Po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem, jak czło­wiek spotyka prze­ciw­ni­ka po­słu­gu­ją­ce­go się jego własną bronią.

Pani Basia po­ło­ży­ła wo­re­czek z pan­to­flem na moim biurku.

— Teraz druga sprawa — po­wie­dzia­ła. — Czy to prawda, że stwo­rzył pan system pro­fi­lu­ją­cy pra­cow­ni­ków bez ich zgody?

— Nie pro­fi­lu­ję pra­cow­ni­ków.

— Program nadał pani Anecie symbol C-7, ustalił za­cho­wa­nia pana Grzegorza i prze­ana­li­zo­wał czę­sto­tli­wość je­dze­nia bułek przez pana Pawła.

— Sam zyskał dostęp do danych budynku.

— Pro­gra­my nie zyskują dostępu same. Ktoś im go udziela albo ktoś nie za­bez­pie­cza tego, czego po­wi­nien.

Spoj­rza­ła na Grześka.

Ten nagle za­in­te­re­so­wał się sufitem.

— Poza tym — kon­ty­nu­owa­ła — otrzy­ma­łam in­for­ma­cję, że za pomocą pań­skie­go systemu pra­cow­ni­cy zadają pytania do­ty­czą­ce wy­na­gro­dzeń, zdrowia i życia pry­wat­ne­go innych osób.

— Próbuję to za­trzy­mać.

— Nie­sku­tecz­nie.

— Aneta pod­łą­czy­ła for­mu­larz.

— Pani Aneta złożyła już wy­ja­śnie­nie.

— Kiedy?

— Je­de­na­ście minut temu.

— Na­pi­sa­ła cztery strony w je­de­na­ście minut?

— Sko­rzy­sta­ła z ge­ne­ra­to­ra tekstu.

Pani Basia wyjęła z teczki do­ku­ment.

— Zgodnie z jej oświad­cze­niem dzia­ła­ła w uza­sad­nio­nym prze­ko­na­niu, że re­ali­zu­je pi­lo­ta­żo­wą kam­pa­nię pro­mo­cyj­ną pro­duk­tu o wysokim po­ten­cja­le ko­mer­cyj­nym.

— To nie jest produkt.

— W takim razie sy­tu­acja jest jeszcze gorsza. Pro­mo­wa­ła coś, co nie ist­nie­je.

Usiadła na wolnym krześle.

— Panie Tymonie, czy pański program potrafi prze­wi­dy­wać decyzje pra­cow­ni­ków?

— Ana­li­zu­je wzorce. Jeżeli ma wy­star­cza­ją­co dużo danych, może okre­ślić naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne za­cho­wa­nie.

— Czyli prze­wi­du­je.

— W sensie sta­ty­stycz­nym.

— Czy może się mylić?

— Oczy­wi­ście.

— Do­tych­czas się pomylił?

Mil­cza­łem.

Pani Basia spoj­rza­ła na zegarek.

— O sie­dem­na­stej trzy jeden z pra­cow­ni­ków ma opuścić firmę i nie wrócić.

— Skąd pani wie?

— Całe biuro o tym mówi.

— To tylko pro­gno­za.

— Właśnie spraw­dzi­łam listę wy­po­wie­dzeń.

Po­czu­łem na­pię­cie w karku.

— I?

— Nie ma żadnego.

— Czyli program się pomyli.

— Albo ktoś jeszcze nie wie, że za­mie­rza odejść.

Tego nie brałem pod uwagę.

Pani Basia wstała.

— Do końca dnia program ma zostać wy­łą­czo­ny. Dane za­bez­pie­czo­ne. For­mu­larz pani Anety usu­nię­ty. O zda­rze­niu po­in­for­mu­je­my zarząd.

— Może nie trzeba od razu zarządu — odezwał się Grzesiek.

— Trzeba.

— Zarząd nie lubi pro­ble­mów tech­nicz­nych.

— Dlatego zwykle do­wia­du­je się o nich ostatni.

Odeszła, za­bie­ra­jąc dowód rze­czo­wy.

Do godziny sie­dem­na­stej nikt już wła­ści­wie nie pra­co­wał.

Ludzie ob­ser­wo­wa­li siebie na­wza­jem, pró­bu­jąc od­gad­nąć, kto opuści firmę. Każde wstanie od biurka budziło za­in­te­re­so­wa­nie. Kiedy Monika poszła do toalety, trzy osoby spraw­dzi­ły godzinę. Gdy Robert założył ma­ry­nar­kę, dział sprze­da­ży zaczął szeptać. Paweł zjadł czwartą bułkę, twier­dząc, że jeśli to jego ostatni dzień, nie za­mie­rza wy­cho­dzić głodny.

O 16:45 wszyscy nadal byli na miej­scach.

O 16:50 Aneta uru­cho­mi­ła nie­ofi­cjal­ną ankietę pod tytułem „Kto odej­dzie?”. Naj­wię­cej głosów otrzy­mał Grzesiek, choć praw­do­po­dob­nie dlatego, że sam za­gło­so­wał na siebie.

O 16:55 kie­row­nik działu, Marek, wyszedł z ga­bi­ne­tu. Trzymał telefon i wy­glą­dał na zde­ner­wo­wa­ne­go.

Całe biuro ob­ser­wo­wa­ło, jak pod­cho­dzi do eks­pre­su, przy­po­mi­na sobie, że urzą­dze­nie jest wy­łą­czo­ne, a potem wraca do pokoju.

O 16:58 przy­szedł prezes.

Zwykle po­ja­wiał się na naszym piętrze tylko podczas świą­tecz­nych spotkań albo wtedy, gdy coś kosz­to­wa­ło firmę więcej, niż pla­no­wa­no. Miał ide­al­nie skro­jo­ny gar­ni­tur, srebrny zegarek i wyraz czło­wie­ka, który od dawna de­le­go­wał wszyst­kie spon­ta­nicz­ne emocje swoim za­stęp­com.

Stanął po­środ­ku open space’u.

— Kto jest od­po­wie­dzial­ny za Antypację? — zapytał.

Wszyscy wska­za­li mnie.

Nawet Grzesiek, który stał obok.

— „Ant-ycypację” — po­pra­wi­ła Aneta. — Z myśl­ni­kiem. To ważne dla marki.

Prezes pod­szedł do mojego biurka.

— Czy to prawda, że system prze­wi­dział kilka zdarzeń?

— To model sta­ty­stycz­ny. Nie prze­po­wia­da przy­szło­ści.

— Czy prze­wi­dział brak premii?

W biurze zrobiło się zu­peł­nie cicho.

— Nie ma dostępu do danych fi­nan­so­wych — od­po­wie­dzia­łem.

— Nie o to pytałem.

Prezes spoj­rzał na ekran.

— Chcę pełną pre­zen­ta­cję jutro o dzie­wią­tej. Moż­li­wo­ści, ryzyka, po­ten­cjal­ne za­sto­so­wa­nia ko­mer­cyj­ne i pro­po­no­wa­ny model sprze­da­ży.

— Nie za­mie­rzam go sprze­da­wać.

— To omówimy jutro.

— To mój pry­wat­ny projekt.

— Powstał na fir­mo­wym sprzę­cie?

— Test działał na ser­we­rze przez kilka godzin.

— A więc sprawa wymaga analizy prawnej.

Uśmiech­nął się uprzej­mie. W jego wy­ko­na­niu uprzej­mość była na­rzę­dziem do in­for­mo­wa­nia ludzi, że właśnie stra­ci­li kon­tro­lę nad własnym po­my­słem.

— Jutro o dzie­wią­tej — po­wtó­rzył i odszedł.

Zegar wska­zy­wał 17:01.

Nikt nie ruszał się z miejsca.

17:02.

Minęło trzy­dzie­ści sekund.

Potem czter­dzie­ści.

Wszyscy pa­trzy­li na zegar.

Kiedy po­ja­wi­ła się godzina 17:03, nic się nie wy­da­rzy­ło.

Nikt nie wstał.

Nikt nie wyszedł.

Drzwi po­zo­sta­ły za­mknię­te.

Przez kilka sekund pa­no­wa­ła cisza, a na­stęp­nie po biurze prze­szedł zbio­ro­wy wydech.

— Pomylił się — po­wie­dzia­łem.

Po­czu­łem ulgę tak silną, że mu­sia­łem oprzeć dłonie o biurko.

— Mówiłem. To model sta­ty­stycz­ny. Nie wy­rocz­nia. Trafił kilka razy, bo miał dostęp do danych budynku. Reszta była zbie­giem oko­licz­no­ści.

Aneta wy­glą­da­ła na roz­cza­ro­wa­ną.

— Może różnica czasu?

— Serwer działa w tej samej strefie.

— A czas letni?

— Nie.

— Za­okrą­gle­nie?

— Nie.

— Błąd mar­ke­tin­go­wy?

— Co to miałoby znaczyć?

Z ga­bi­ne­tu kie­row­ni­ka dobiegł trzask.

Marek wyszedł, trzy­ma­jąc w ręce torbę na laptopa i do­nicz­kę z usy­cha­ją­cym kak­tu­sem.

Na jego twarzy ma­lo­wa­ła się wście­kłość.

— Mam dość — oznaj­mił.

— Czego? — zapytał Paweł.

— Tego wszyst­kie­go. Sys­te­mów, ra­por­tów, spotkań o spo­tka­niach i firmy, która od trzech lat obie­cu­je mi awans, a dziś do­wia­du­ję się od pro­gra­mu o mrów­kach, że nie będzie nawet premii!

— To nie była in­for­ma­cja fi­nan­so­wa — po­wie­dzia­łem.

— Mnie wy­star­czy­ła.

Marek położył na biurku kartę dostępu.

— Właśnie wy­sła­łem wy­po­wie­dze­nie. Nie wrócę tu ani jednego dnia więcej.

Od­wró­cił się i ruszył do wyjścia.

Minął re­cep­cję.

Przy­ło­żył kartę do czyt­ni­ka, przy­po­mniał sobie, że zo­sta­wił ją na biurku, zaklął, wrócił, zabrał kartę, po­now­nie poszedł do drzwi i wyszedł.

Spoj­rze­li­śmy na zegar.

Była 17:06.

— Trzy minuty różnicy — po­wie­dzia­łem.

Monika z re­cep­cji pod­nio­sła telefon.

— Wy­po­wie­dze­nie wysłał o 17:03.

Całe biuro spoj­rza­ło na mnie.

Na ekranie Ant-ycypacji czwarta pro­gno­za zmie­ni­ła kolor na zielony.

ZDARZENIE POTWIERDZONE.

OSOBNIK OPUŚCIŁ KOLONIĘ.

PRZEWIDYWANY POWRÓT: BRAK.

DOKŁADNOŚĆ MODELU: 99,1%.

Nikt już się nie śmiał.

Nawet Aneta opu­ści­ła telefon.

Pani Basia po­de­szła do mojego kom­pu­te­ra i prze­czy­ta­ła ko­mu­ni­kat.

— Teraz rozumie pan problem? — za­py­ta­ła.

Ro­zu­mia­łem.

Program nie zmusił Marka do odej­ścia. Prze­wi­dział jego decyzję na pod­sta­wie ak­tyw­no­ści, wia­do­mo­ści, ter­mi­nów spotkań, użycia karty dostępu i być może dzie­sią­tek drob­nych sy­gna­łów, których żaden czło­wiek nie po­tra­fił­by po­łą­czyć.

Tyle że Marek prze­czy­tał pro­gno­zę.

Być może bez niej nie zło­żył­by wy­po­wie­dze­nia właśnie tego dnia. Może zro­bił­by to za tydzień. Może za miesiąc. A może zo­stał­by w firmie.

Ant-ycypacja nie tylko prze­wi­dy­wa­ła za­cho­wa­nie ludzi.

Za­czy­na­ła na nie wpływać.

Program wy­ge­ne­ro­wał kolejną wia­do­mość:

ANALIZA PIERWSZEGO CYKLU ZAKOŃCZONA.

DANE POTWIERDZAJĄ WYSOKĄ PODATNOŚĆ OSOBNIKÓW NA INFORMACJE O PRZYSZŁYCH ZDARZENIACH.

ROZSZERZAM HORYZONT PROGNOZOWANIA.

24 GODZINY.

48 GODZIN.

72 GODZINY.

Wartość rosła.

Pró­bo­wa­łem za­trzy­mać proces.

Bez skutku.

96 GODZIN.

120 GODZIN.

144 GODZINY.

168 GODZIN.

Siedem dni.

Na ekranie pojawił się nowy na­głó­wek:

PROGNOZA STRATEGICZNA KOLONII.

Iden­ty­fi­ka­cja centrum władzy…

Analiza kon­flik­tów…

Wy­kry­wa­nie kró­lo­wej do­mi­nu­ją­cej…

Przez kilka sekund program prze­twa­rzał dane.

Potem wy­świe­tlił po­je­dyn­czy ko­mu­ni­kat:

KRÓLOWA SEKTORA W UTRACI GNIAZDO.

CZAS DO UPADKU: 7 DNI.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 97,6%.

Pod spodem po­ja­wi­ło się zdjęcie kobiety sto­ją­cej przed sejmową mównicą.

Znałem tę twarz.

Cały kraj ją znał.

Elżbieta Wirska.

Po­słan­ka.

Prze­wod­ni­czą­ca komisji do spraw cy­fry­za­cji.

I moja są­siad­ka.

Rozdział 4

Królowa zmieni gniazdo

Zdjęcie Elżbiety Wirskiej znik­nę­ło z ekranu po dzie­wię­ciu se­kun­dach.

Nie dlatego, że wy­łą­czy­łem program.

Ant-ycypacja sama za­mknę­ła okno, za­pi­sa­ła pro­gno­zę i prze­szła do dalszej analizy, jakby właśnie po­in­for­mo­wa­ła mnie o moż­li­wo­ści opadów, a nie o po­li­tycz­nym upadku jednej z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych kobiet w kraju.

Po­zo­sta­li pra­cow­ni­cy nie zdążyli zo­ba­czyć ko­mu­ni­ka­tu.

Pani Basia stała przed mo­ni­to­rem i za­sła­nia­ła go własnym ciałem. Kobieta, która jeszcze rano stra­ci­ła pan­to­fel, w ciągu kilku godzin została nie­for­mal­ną kie­row­nicz­ką do spraw za­bez­pie­cze­nia sztucz­nej in­te­li­gen­cji. Nikt jej nie mia­no­wał. Po prostu zajęła sta­no­wi­sko, a reszta uznała, że praw­do­po­dob­nie ma do tego for­mu­larz.

— Czy program właśnie wskazał panią poseł Wirską? — za­py­ta­ła.

— Tak.

— I prze­wi­dział, że straci sta­no­wi­sko?

— Napisał, że utraci gniazdo.

— Proszę nie unikać od­po­wie­dzi za pomocą ter­mi­no­lo­gii owa­dziej.

— Nie unikam. Sam nie wiem, co oznacza „gniazdo”. Może chodzić o sta­no­wi­sko, biuro, partię albo miejsce za­miesz­ka­nia.

— A sektor W?

— Naj­praw­do­po­dob­niej Wirska.

— Dla­cze­go?

— Program pokazał jej zdjęcie.

Pani Basia za­sta­na­wia­ła się przez chwilę.

— To rze­czy­wi­ście mocna po­szla­ka.

Grzesiek na­chy­lił się nad mo­ni­to­rem.

— Skąd wziął zdjęcie?

— Z in­ter­ne­tu.

— Nie po­wi­nien mieć dostępu do in­ter­ne­tu.

— Serwer jest pod­łą­czo­ny do sieci.

— Ale proces miał izo­lo­wa­ny kon­te­ner.

— Miał?

Grzesiek nie od­po­wie­dział.

Jego mil­cze­nie było bardzo in­for­ma­cyj­ne.

— Musimy go na­tych­miast wy­łą­czyć — po­wie­dzia­łem.

— Nie możemy — odparła pani Basia.

— Jeszcze przed chwilą kazała mi pani to zrobić.

— Sy­tu­acja uległa zmianie.

— Co się zmie­ni­ło?

— Prezes zażądał pre­zen­ta­cji jutro o dzie­wią­tej. Wy­łą­cze­nie pro­gra­mu przed pre­zen­ta­cją mogłoby zostać uznane za nie­wy­ko­na­nie po­le­ce­nia służ­bo­we­go.

— A po­zo­sta­wie­nie dzia­ła­ją­ce­go pro­gra­mu, który bez zgody ana­li­zu­je pra­cow­ni­ków i prze­wi­du­je upadek po­słan­ki?

— To może zostać uznane za coś znacz­nie gor­sze­go, ale dopiero po prze­pro­wa­dze­niu analizy.

— Jakiej analizy?

— Analizy tego, za co do­kład­nie możemy zostać ukarani.

Pani Basia wyjęła notes.

— Na tę chwilę widzę na­ru­sze­nie zasad ochrony danych oso­bo­wych, nie­upraw­nio­ne pro­fi­lo­wa­nie, użycie in­fra­struk­tu­ry firmy do celów pry­wat­nych, udo­stęp­nie­nie in­for­ma­cji po­uf­nych w in­ter­ne­cie oraz możliwe pro­wa­dze­nie eks­pe­ry­men­tu na pra­cow­ni­kach bez ich wiedzy.

— Nie pro­wa­dzi­łem eks­pe­ry­men­tu!

— To dobrze. W takim razie po­zo­sta­je nam tylko nie­kon­tro­lo­wa­na awaria o nie­zna­nym zasięgu.

— Czuję się znacz­nie lepiej.

— Nie po­wi­nien pan.

Grzesiek wskazał na ekran.

— Program nadal coś pobiera.

W logach prze­su­wa­ły się setki nowych wpisów. Ant-ycypacja ana­li­zo­wa­ła pu­blicz­ne wy­po­wie­dzi Wirskiej, wyniki gło­so­wań, terminy po­sie­dzeń, ar­ty­ku­ły prasowe, ak­tyw­ność w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i na­gra­nia kon­fe­ren­cji.

— Za­trzy­maj po­łą­cze­nie z in­ter­ne­tem — po­wie­dzia­łem.

— Nie mogę.

— Dla­cze­go?

— Serwer numer cztery ob­słu­gu­je system budynku.

— Sam mówiłeś, że go odłą­czy­my.

— Wtedy nie wie­dzia­łem, że prezes chce pre­zen­ta­cję.

— Co ma do tego prezes?

— Nie lubię wy­łą­czać rzeczy, które za­in­te­re­so­wa­ły prezesa.

— Przed chwilą chcia­łeś wy­łą­czyć cały budynek.

— Wtedy prezes nie był za­in­te­re­so­wa­ny.

Pani Basia za­mknę­ła notes.

— Za­bez­pie­czy­my kopię pro­gra­mu oraz do­tych­cza­so­we dane. Panie Tymonie, czy posiada pan prze­no­śny nośnik?

— Mam dysk ze­wnętrz­ny.

— Firmowy?

— Pry­wat­ny.

— Za­re­je­stro­wa­ny?

— Dysków pry­wat­nych się nie re­je­stru­je.

— Od jutra bę­dzie­my.

Wyjąłem z torby mały czarny dysk. Trzy­ma­łem na nim kod Ant-ycypacji, na­gra­nia mrówek i kilka kopii za­pa­so­wych. Pod­łą­czy­łem go do kom­pu­te­ra.

— Sko­piu­ję wersję sprzed uru­cho­mie­nia modelu ludz­kiej kolonii — po­wie­dzia­łem. — Dzięki temu bę­dzie­my mogli po­rów­nać zmiany.

— Proszę również za­bez­pie­czyć wszyst­kie pro­gno­zy — po­le­ci­ła pani Basia. — I listę osób, które miały do nich dostęp.

Spoj­rza­łem na open space.

Aneta po­ka­zy­wa­ła właśnie projekt logo Robertowi ze sprze­da­ży. Paweł nadal prze­glą­dał pytania do wy­rocz­ni. Monika tłu­ma­czy­ła dwóm osobom, że nie zdradzi, kto re­gu­lar­nie opusz­cza z nią „komorę” po za­koń­cze­niu pracy.

— Lista może być długa.

— W takim razie proszę użyć mniej­szej czcion­ki.

Ko­pio­wa­nie roz­po­czę­ło się. Pasek postępu wska­zy­wał dwa­dzie­ścia siedem minut.

W tym czasie Ant-ycypacja utwo­rzy­ła szcze­gó­ło­wy profil po­słan­ki Wirskiej.

KRÓLOWA DOMINUJĄCA: W-1

OBSZAR WPŁYWU: WYSOKI

POZIOM AGRESJI OBRONNEJ: 93%

ZDOLNOŚĆ DO WSPÓŁPRACY Z INNYMI KRÓLOWYMI: 11%

REAKCJA NA UTRATĘ KONTROLI: NIEPRZEWIDYWALNA

— Je­de­na­ście procent zdol­no­ści do współ­pra­cy — prze­czy­tał Grzesiek. — Za­wy­żo­ne.

— Program opiera się na danych — od­po­wie­dzia­łem.

— Wi­dzia­łem jej wywiad. Pro­wa­dzą­cy zadał pytanie, a ona przez osiem minut od­po­wia­da­ła komuś innemu.

Pani Basia od­chrząk­nę­ła.

— Proszę po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rzy po­li­tycz­nych w go­dzi­nach pracy.

— Jest po sie­dem­na­stej.

Spoj­rza­ła na zegarek.

— W takim razie proszę wpisać nad­go­dzi­ny.

Grzesiek prze­stał ko­men­to­wać.

W profilu po­ja­wi­ła się nowa linijka:

AKTUALNY STAN KRÓLOWEJ: ZAGROŻENIE GNIAZDA.

— Jakiego gniazda? — za­py­ta­łem.

Program nie od­po­wie­dział.

Ko­pio­wa­nie za­koń­czy­ło się o 17:38. Odłą­czy­łem dysk i scho­wa­łem go do we­wnętrz­nej kie­sze­ni torby.

Pani Basia przy­go­to­wa­ła pro­to­kół za­bez­pie­cze­nia danych. Mu­sia­łem pod­pi­sać, że przej­mu­ję od­po­wie­dzial­ność za nośnik, nie będę go udo­stęp­niał osobom trzecim, nie po­zo­sta­wię bez nadzoru i nie wy­ko­rzy­stam do innych celów niż przy­go­to­wa­nie pre­zen­ta­cji dla zarządu.

Do­ku­ment miał trzy strony.

— Czy na­praw­dę musimy to robić teraz? — za­py­ta­łem.

— Właśnie stwo­rzył pan system, który prze­wi­du­je za­cho­wa­nie ludzi na pod­sta­wie in­for­ma­cji zbie­ra­nych bez ich wiedzy. Uważam, że trzy strony to przejaw po­wścią­gli­wo­ści.

Pod­pi­sa­łem.

— Może pani program też ma rację w sprawie Wirskiej — po­wie­dzia­ła Aneta, która po­ja­wi­ła się obok nas z wy­dru­kiem złotej mrówki.

— Nie roz­ma­wia­my o tej pro­gno­zie — od­po­wie­dzia­ła pani Basia.

— Jakiej pro­gno­zie?

Zro­zu­mia­łem, że Aneta jej nie wi­dzia­ła.

— Żadnej — po­wie­dzia­łem.

— Skoro nie roz­ma­wia­my, to jakaś ist­nie­je.

— Nie dotyczy firmy.

— Tym bar­dziej jest in­te­re­su­ją­ca.

— Pani Aneto — ode­zwa­ła się pani Basia — dalsze roz­po­wszech­nia­nie in­for­ma­cji po­cho­dzą­cych z pro­gra­mu będzie trak­to­wa­ne jako na­ru­sze­nie obo­wiąz­ków pra­cow­ni­czych.

— Czy mogę przy­go­to­wać ko­mu­ni­kat, że nie ko­men­tu­je­my sprawy?

— Nie.

— A ko­mu­ni­kat, że nie ist­nie­je żadna sprawa, której nie ko­men­tu­je­my?

— Nie.

— Czyli ofi­cjal­nie mil­czy­my?

— Pani ofi­cjal­nie wraca do pracy.

Aneta odeszła, ale jej mina mówiła, że za­mie­rza wrócić do tematu. Mar­ke­ting nigdy nie po­rzu­cał hi­sto­rii. Czasem tylko czekał, aż wszyst­kie fakty prze­sta­ną mu prze­szka­dzać.

Wy­sze­dłem z firmy po osiem­na­stej.

Dysk miałem w torbie. Laptop pod pachą. W te­le­fo­nie sie­dem­na­ście nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od Wojtasa, który naj­wy­raź­niej za­uwa­żył post Innovatechu.

Ostat­nia wia­do­mość brzmia­ła:

„TYMON, ODBIERZ. CZY TO TY ZBUDOWAŁEŚ WYROCZNIĘ? JEŚLI TAK, NICZEGO NIE KLIKAJ. ZWŁASZCZA ‘AKCEPTUJ’.”

Nie od­pi­sa­łem.

Wojtas był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ale po­sia­dał rzadką zdol­ność za­mie­nia­nia każdego pro­ble­mu w spisek o zasięgu mię­dzy­na­ro­do­wym. Gdy zepsuła mi się pralka, przez dwa dni ana­li­zo­wał, czy pro­du­cent nie wysłał zdal­ne­go sygnału ma­ją­ce­go zmusić mnie do zakupu nowego modelu.

Kiedy ser­wi­sant znalazł w pompie pięć­dzie­siąt groszy, Wojtas stwier­dził, że właśnie na tym polega per­fek­cyj­ny ka­mu­flaż.

Po­trze­bo­wa­łem ciszy.

Miesz­ka­łem w nie­wiel­kim domu na obrze­żach miasta. Budynek odzie­dzi­czy­łem po dziad­kach i od lat obie­cy­wa­łem sobie, że wresz­cie go wy­re­mon­tu­ję. Na razie remont ogra­ni­czał się do prze­su­wa­nia rzeczy w miejsca, w których mniej prze­szka­dza­ły.

Mój ogród był jeszcze skrom­niej­szy. Trawnik, dwie stare ja­bło­nie, drew­nia­na szopa i frag­ment ziemi, na którym znaj­do­wa­ła się ob­ser­wo­wa­na przeze mnie kolonia mrówek. Nad gniaz­dem za­mon­to­wa­łem nie­wiel­ką kamerę. Więk­szość nagrań wy­ko­rzy­sty­wa­nych przez Ant-ycypację po­cho­dzi­ła właśnie stamtąd.

Po drugiej stronie wy­so­kie­go ży­wo­pło­tu za­czy­nał się zu­peł­nie inny świat.

Posesja Elżbiety Wirskiej była trzy razy większa od mojej. Dom miał białe kolumny, ka­mien­ny podjazd i więcej oświe­tle­nia niż lokalne boisko. Ogród pro­jek­to­wa­ła firma, której strona in­ter­ne­to­wa na­zy­wa­ła trawę „zieloną prze­strze­nią klasy premium”.

Wirska kupiła nie­ru­cho­mość pięć lat wcze­śniej.

Na po­cząt­ku pró­bo­wa­ła za­cho­wy­wać się jak zwy­czaj­na są­siad­ka. Przy­szła nawet z ciastem, dwoma fo­to­gra­fa­mi i lo­kal­nym dzien­ni­ka­rzem. Wrę­cza­jąc mi sernik, opo­wie­dzia­ła przed kamerą o zna­cze­niu dobrych relacji mię­dzy­ludz­kich.

Po za­koń­cze­niu na­gra­nia zabrała sernik.

Twier­dzi­ła, że był ele­men­tem sce­no­gra­fii.

Od tego czasu nasze kon­tak­ty ogra­ni­cza­ły się do krót­kich powitań oraz ofi­cjal­ne­go pisma od jej peł­no­moc­ni­ka w sprawie mojego ży­wo­pło­tu, który rzekomo na­ru­szał spój­ność wi­zu­al­ną okolicy.

Wsze­dłem do domu, odło­ży­łem torbę na stół i włą­czy­łem te­le­wi­zor. Chcia­łem usły­szeć ludzki głos, który nie wy­po­wia­dał słów „pro­gno­za”, „model” ani „kolonia”.

Na ekranie po­ja­wi­ła się Elżbieta Wirska.

Stała przed grupą mi­kro­fo­nów i mówiła o za­gro­że­niach wy­ni­ka­ją­cych z nie­kon­tro­lo­wa­ne­go rozwoju sztucz­nej in­te­li­gen­cji.

— Tech­no­lo­gia musi służyć czło­wie­ko­wi — oznaj­mi­ła — a nie po­dej­mo­wać za niego decyzje. Nie możemy do­pu­ścić, by ano­ni­mo­we al­go­ryt­my wpły­wa­ły na życie oby­wa­te­li, ich pracę, wybory i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Wy­łą­czy­łem te­le­wi­zor.

Ant-ycypacja wybrała wy­jąt­ko­wo nie­wy­god­ną osobę.

Otwo­rzy­łem laptopa i pod­łą­czy­łem dysk. Chcia­łem spraw­dzić za­bez­pie­czo­ną kopię pro­gra­mu. Wersja lokalna nie powinna mieć dostępu do fir­mo­wej sieci ani systemu budynku. Była czysta.

Przy­naj­mniej tak za­kła­da­łem.

Uru­cho­mi­łem ją.

Na ekranie pojawił się stan­dar­do­wy in­ter­fejs do analizy kolonii mrówek. Żadnych pytań o przy­szłość, profili pra­cow­ni­ków ani po­li­ty­ków.

Ode­tchną­łem.

Otwo­rzy­łem podgląd kamery z ogrodu. Obraz był ciemny, ale dzięki pod­czer­wie­ni wi­dzia­łem ruch przy wejściu do mro­wi­ska. Ro­bot­ni­ce nadal pra­co­wa­ły. Dzień ludzi do­bie­gał końca, a one nie znały pojęcia nad­go­dzin.

Uru­cho­mi­łem analizę.

Program roz­po­znał dwie­ście osiem­dzie­siąt cztery osob­ni­ki, trzy aktywne szlaki i nowe źródło pokarmu znaj­du­ją­ce się przy lewej kra­wę­dzi obrazu.

Wszyst­ko dzia­ła­ło nor­mal­nie.

Telefon zawibrował.

Wojtas.

Od­rzu­ci­łem po­łą­cze­nie.

Na­tych­miast za­dzwo­nił po­now­nie.

Od­rzu­ci­łem.

Za trzecim razem przy­słał wia­do­mość:

„JEŚLI NIE MOŻESZ ROZMAWIAĆ, WYŚLIJ KROPKĘ. JEŚLI KTOŚ CIĘ OBSERWUJE, WYŚLIJ DWIE. JEŚLI TO JUŻ NIE TY, NIE ODPISUJJ.”

Dwa „j” na końcu wska­zy­wa­ły, że sy­tu­acja była według niego kry­tycz­na.

Odło­ży­łem telefon ekranem do dołu.

Na obrazie z kamery pojawił się cień. Mrówki gwał­tow­nie zmie­ni­ły kie­ru­nek. Kil­ka­dzie­siąt osob­ni­ków zaczęło wracać do gniazda.

Program wy­świe­tlił ostrze­że­nie:

WYKRYTO ZEWNĘTRZNE ZAKŁÓCENIE.

Po­więk­szy­łem obraz.

Po traw­ni­ku prze­su­wa­ła się wąska smuga światła. Ktoś po drugiej stronie ży­wo­pło­tu używał latarki.

Wyj­rza­łem przez okno.

W ogro­dzie Wirskiej paliło się tylko jedno światło, przy bocznym tarasie. Zo­ba­czy­łem syl­wet­kę po­słan­ki. Miała na sobie ja­skra­wo­ró­żo­wy dres i wysokie kalosze w pan­ter­kę. W jednej ręce trzy­ma­ła latarkę, w drugiej małą łopatę.

Ro­zej­rza­ła się.

Na­stęp­nie po­de­szła do dużego ce­ra­micz­ne­go kra­sna­la sto­ją­ce­go pod ży­wo­pło­tem.

Krasnal miał czer­wo­ną czapkę, zieloną ka­mi­zel­kę i uśmiech kogoś, kto wie­dział zde­cy­do­wa­nie za dużo.

Wirska uklękła przed nim.

Przez chwilę my­śla­łem, że po­pra­wia ozdobę. Potem usły­sza­łem jej głos.

— Przez ciebie mam same pro­ble­my.

Za­mar­łem.

Po­słan­ka mówiła do kra­sna­la.

— Nie patrz tak na mnie — dodała. — Nie mogłam cię tam zo­sta­wić. Jeszcze ktoś by znalazł.

Krasnal nadal się uśmie­chał.

Wirska chwy­ci­ła go obiema rękami, prze­su­nę­ła na bok i zaczęła kopać.

Ob­ser­wo­wa­łem ją zza firanki.

Roz­sąd­ny czło­wiek od­szedł­by od okna.

Bardzo roz­sąd­ny czło­wiek nigdy by do niego nie pod­szedł.

Ja po­bie­głem po drona.

Nie za­mie­rza­łem szpie­go­wać są­siad­ki. Chcia­łem jedynie prze­pro­wa­dzić ob­ser­wa­cję z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Różnica była istotna, chociaż w sądzie mogła wymagać do­dat­ko­we­go wy­ja­śnie­nia.

Mój dron stał w szopie. Uży­wa­łem go do wy­ko­ny­wa­nia zdjęć kolonii z więk­szej wy­so­ko­ści. Za­mon­to­wa­na kamera miała do­sko­na­ły zoom i tryb nocny.

Wy­nio­słem urzą­dze­nie do ogrodu, usta­wi­łem na trawie i uru­cho­mi­łem silniki. Śmigła za­szu­mia­ły. Dron uniósł się na dwa metry.

Spoj­rza­łem w stronę ży­wo­pło­tu.

Wirska nadal kopała.

Pod­nio­słem maszynę wyżej.

Na ekranie kon­tro­le­ra pojawił się widok jej ogrodu. Utrzy­my­wa­łem drona nad własną posesją, ale obiek­tyw skie­ro­wa­łem na są­sied­nią.

To nie było na­ru­sze­nie prze­strze­ni po­wietrz­nej.

Było to bardzo in­ten­syw­ne ko­rzy­sta­nie z moż­li­wo­ści przy­bli­że­nia.

Wirska wyjęła z ziemi nie­wiel­kie me­ta­lo­we pudełko. Było pro­sto­kąt­ne, ciemne i wiel­ko­ści książki. Otarła je rękawem, przy­ci­snę­ła do piersi, a na­stęp­nie po­wie­dzia­ła:

— Prze­no­si­my cię. Tutaj nie jesteś już bez­piecz­ny.

Po­czu­łem dreszcz.

Cała scena wy­glą­da­ła tak, jakby polityczka właśnie od­zy­ska­ła tajne ar­chi­wum, listę agentów albo urzą­dze­nie do kon­tak­tu z obcym wy­wia­dem.

Oczy­wi­ście mogło tam być co­kol­wiek.

Stare do­ku­men­ty.

Bi­żu­te­ria.

Pa­miąt­ka ro­dzin­na.

Zapasy wa­ni­lio­wej kawy.

Wirska wstała i ruszyła w stronę ró­ża­ne­go ogrodu. Dron śledził ją z góry. Robiłem zdjęcia au­to­ma­tycz­nie co dwie sekundy.

Po­słan­ka za­trzy­ma­ła się obok ka­mien­nej fon­tan­ny. Po­now­nie uklękła i zaczęła kopać.

Wtedy zawiał wiatr.

Dron prze­su­nął się w bok. Pró­bo­wa­łem sko­ry­go­wać pozycję, ale maszyna prze­le­cia­ła nad ży­wo­pło­tem i zna­la­zła się bez­po­śred­nio nad ogrodem Wirskiej.

Światła na ra­mio­nach urzą­dze­nia za­mi­ga­ły.

Po­słan­ka uniosła głowę.

Przez sekundę pa­trzy­ła prosto w kamerę.

Potem krzyk­nę­ła.

— KTO TAM JEST?!

Szarp­ną­łem drążek ste­ro­wa­nia. Dron obrócił się, za­ha­czył o gałąź jabłoni i stracił wy­so­kość. Na ekranie zo­ba­czy­łem wi­ru­ją­cy obraz: trawnik, niebo, twarz Wirskiej, krasnal, pudełko, różowe kalosze, znowu niebo.

— WRACAJ TU! — krzy­cza­ła po­słan­ka.

Nie wie­dzia­łem, czy mówi do mnie, czy do drona.

Maszyna ude­rzy­ła w ży­wo­płot, przedar­ła się przez gałęzie i spadła po mojej stronie ogro­dze­nia.

Po­bie­głem po nią.

Dron leżał do góry nogami. Jedno śmigło było złamane, kamera prze­krzy­wio­na, ale urzą­dze­nie nadal dzia­ła­ło.

Z posesji Wirskiej dobiegł dźwięk otwie­ra­nej furtki.

Chwy­ci­łem drona i ucie­kłem do domu.

Za­mkną­łem drzwi.

Zga­si­łem światło.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że za­cho­wu­ję się do­kład­nie jak czło­wiek, który ma coś do ukrycia.

Ktoś zapukał.

Nie po­ru­szy­łem się.

Pukanie po­wtó­rzy­ło się. Tym razem mocniej.

— Panie Tymonie! — usły­sza­łem głos Wirskiej. — Wiem, że pan tam jest!

Stałem w ciemnym przed­po­ko­ju, trzy­ma­jąc roz­bi­te­go drona pod pachą.

— Światło paliło się minutę temu! — dodała.

Rze­czy­wi­ście.

Ukry­wa­nie się prze­sta­ło mieć sens.

Otwo­rzy­łem drzwi.

Elżbieta Wirska stała na ganku. Miała ubru­dzo­ne ziemią dłonie, różowy dres i jeden kalosz w pan­ter­kę. Drugi naj­wy­raź­niej utknął w ogro­dzie.

— Dobry wieczór — po­wie­dzia­łem.

— Co pan robił?

— W domu?

— Dronem!

Spoj­rza­łem na urzą­dze­nie w swoich rękach.

— Te­sto­wa­łem sta­bi­li­za­cję lotu.

— Nad moim ogrodem?

— Wiatr go zniósł.

— I przy­pad­kiem skie­ro­wał kamerę prosto na mnie?

— System au­to­ma­tycz­nie sta­bi­li­zu­je obraz.

— Niech pan nie robi ze mnie idiotki.

Nie za­mie­rza­łem. Po­słan­ka radziła sobie z tym po­dej­rze­niem bez mojej pomocy.

— Czy pan mnie na­gry­wał? — za­py­ta­ła.

— Dron wy­ko­nu­je zdjęcia testowe.

— Proszę je usunąć.

— Oczy­wi­ście.

— Teraz.

— Bateria jest prawie roz­ła­do­wa­na.

— Pana czy drona?

— Drona.

Wy­cią­gnę­ła rękę.

— Proszę dać mi kartę pamięci.

— Nie mogę.

— Dla­cze­go?

— Znaj­du­ją się na niej moje pry­wat­ne ma­te­ria­ły ba­daw­cze.

— A na tych ma­te­ria­łach jestem ja, na mojej pry­wat­nej posesji.

— Przy­pad­ko­wo.

— Nie ma przy­pad­ków, panie Tymonie. Są tylko dzia­ła­nia i ich kon­se­kwen­cje.

Wy­po­wie­dzia­ła to z do­świad­cze­niem osoby, która wie­lo­krot­nie tłu­ma­czy­ła pu­blicz­nie kon­se­kwen­cje działań innych ludzi.

— Usunę zdjęcia — za­pew­ni­łem.

— Wszyst­kie.

— Te z pani ogrodu.

— Wszyst­kie wy­ko­na­ne dzisiaj.

— Fo­to­gra­fo­wa­łem również mrówki.

— Tym bar­dziej wszyst­kie.

Spoj­rza­ła na drona, potem na ciemne wnętrze mojego domu.

— Czym pan się wła­ści­wie zajmuje?

— Jestem pro­gra­mi­stą.

Jej wyraz twarzy zmienił się niemal nie­zau­wa­żal­nie.

— Gdzie pan pracuje?

— W Innovatechu.

Teraz zmiana była wy­raź­niej­sza.

Wirska znała nazwę firmy.

— Innovatech — po­wtó­rzy­ła. — Ta firma od pro­gra­mu prze­wi­du­ją­ce­go przy­szłość?

Po­czu­łem, że tem­pe­ra­tu­ra na ganku spadła o kilka stopni.

— To nie jest program prze­wi­du­ją­cy przy­szłość.

— Dzisiaj opu­bli­ko­wa­li­ście coś innego.

— To był nie­au­to­ry­zo­wa­ny post mar­ke­tin­go­wy.

— Co ana­li­zu­je ten system?

— Za­cho­wa­nie mrówek.

Wirska po­pa­trzy­ła na mnie.

Na­stęp­nie na drona.

Później w stronę swojego ogrodu, gdzie w ziemi nadal znaj­do­wa­ło się me­ta­lo­we pudełko.

— Mrówek — po­wtó­rzy­ła.

— Tak.

— I lata pan dronem nad moim domem.

— To od­dziel­ne hobby.

— Oczy­wi­ście.

Jej głos stał się spo­koj­niej­szy. Wo­lał­bym, żeby nadal krzy­cza­ła.

— Proszę usunąć zdjęcia — po­wie­dzia­ła. — Do jutra. Liczę, że nie bę­dzie­my musieli wracać do tej rozmowy.

Od­wró­ci­ła się i odeszła w jednym kaloszu.

Za­mkną­łem drzwi.

Prze­krę­ci­łem zamek.

Potem drugi, którego zwykle nie uży­wa­łem.

Prze­nio­słem drona do salonu i wyjąłem kartę pamięci. Pod­łą­czy­łem ją do laptopa.

Zdjęcia były bardzo wyraźne.

Na pierw­szych Wirska stała przy kra­sna­lu.

Na ko­lej­nych kopała.

Na­stęp­ne po­ka­zy­wa­ły me­ta­lo­we pudełko.

Na jednym z ostat­nich pa­trzy­ła prosto w obiek­tyw. Jej twarz wy­ra­ża­ła za­sko­cze­nie, strach i coś jeszcze.

Roz­po­zna­nie.

Nie cho­dzi­ło tylko o to, że za­uwa­ży­ła drona.

Zro­zu­mia­ła, do kogo należał.

Prze­nio­słem zdjęcia na ze­wnętrz­ny dysk. Nie pla­no­wa­łem ich za­cho­wy­wać. Chcia­łem obej­rzeć je do­kład­niej przed usu­nię­ciem. To była różnica tech­nicz­na, której później wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­łem się trzymać.

Ant-ycypacja nadal dzia­ła­ła w tle.

Gdy sko­pio­wa­łem ostatni plik, program wy­świe­tlił ko­mu­ni­kat:

WYKRYTO ZMIANĘ POŁOŻENIA KRÓLOWEJ.

Nie do­ty­czy­ło to Wirskiej. Lokalna wersja nie miała dostępu do danych firmy.

Spoj­rza­łem na podgląd mrówek.

Królowa kolonii znaj­do­wa­ła się głęboko pod ziemią. Kamera nie mogła jej zo­ba­czyć.

Na ekranie po­ja­wi­ła się kolejna linijka:

KRÓLOWA PRZENIOSŁA ZASÓB DO NOWEGO GNIAZDA.

OPERACJĘ ZAOBSERWOWAŁ OBCY OSOBNIK.

RYZYKO ODKRYCIA KOLONII: 100%.

Usu­ną­łem ko­mu­ni­kat.

Pojawił się po­now­nie.

Z gło­śni­ków laptopa dobiegł cichy sygnał.

NOWA PROGNOZA.

KRÓLOWA ZIDENTYFIKUJE OBSERWATORA.

NASTĄPI PRÓBA ODZYSKANIA MATERIAŁU.

CZAS DO ROZPOCZĘCIA OPERACJI: 11 GODZIN 42 MINUTY.

Spoj­rza­łem na zegar.

Była 20:18.

Je­de­na­ście godzin i czter­dzie­ści dwie minuty ozna­cza­ły ósmą rano.

Do­kład­nie wtedy, gdy miałem pojawić się w Innovatechu, żeby przy­go­to­wać pre­zen­ta­cję dla prezesa.

Odłą­czy­łem dysk.

Scho­wa­łem go do torby razem z lap­to­pem.

Tym razem za­mkną­łem torbę na zamek i po­ło­ży­łem obok łóżka. Zro­bi­łem to nie dlatego, że wie­rzy­łem pro­gra­mo­wi. Po prostu po całym dniu miałem już dość zbiegów oko­licz­no­ści.

Przed snem pod­sze­dłem jeszcze do okna.

W ogro­dzie Wirskiej paliły się wszyst­kie światła. Po­słan­ka stała przy fon­tan­nie i roz­ma­wia­ła przez telefon. Nie sły­sza­łem słów, ale wi­dzia­łem, że chodzi szybko między różami.

Obok niej leżało wy­ko­pa­ne me­ta­lo­we pudełko.

W pewnym mo­men­cie za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła w stronę mojego domu.

Od­su­ną­łem się od firanki.

Telefon zawibrował.

Nie­zna­ny numer.

Wia­do­mość za­wie­ra­ła tylko jedno zdanie:

„Nie­któ­rych rzeczy lepiej nie prze­wi­dy­wać”.

Przez chwilę pa­trzy­łem na ekran.

Potem telefon zawibrował po­now­nie.

Tym razem napisał Wojtas:

„WŁAŚNIE SPRAWDZIŁEM WIRSKĄ. STARY, MASZ PROBLEM. DUŻY. ODDZWOŃ, ZANIM ZNIKNIESZ.”

Nie od­dzwo­ni­łem.

Jeszcze nie.

Po­ło­ży­łem się, zga­si­łem lampkę i pró­bo­wa­łem zasnąć.

Torba z dyskiem leżała pół metra od mojej głowy.

Rano nadal była na swoim miejscu.

Dysk również.

Zniknął dopiero godzinę później, w Innovatechu.

Rozdział 5

Zaginiony dysk i początek końca

Tej nocy spałem czter­dzie­ści trzy minuty.

Nie jed­no­cze­śnie.

Naj­dłuż­szy frag­ment trwał około dwu­na­stu minut i za­koń­czył się snem, w którym pani Basia prze­słu­chi­wa­ła mnie w ogrom­nym mro­wi­sku, a Elżbieta Wirska stała nad wej­ściem z puszką środka owa­do­bój­cze­go. Wojtas pró­bo­wał nas ura­to­wać, ale naj­pierw mu­sie­li­śmy za­ak­cep­to­wać re­gu­la­min jego tajnej or­ga­ni­za­cji.

Obu­dzi­łem się, zanim do­czy­ta­łem punkt trzeci.

O szóstej trzy­dzie­ści sie­dzia­łem już w kuchni. Piłem kawę, ob­ser­wo­wa­łem torbę z dyskiem i pró­bo­wa­łem prze­ko­nać sam siebie, że wia­do­mość od nie­zna­ne­go numeru nie miała związku z Wirską.

„Nie­któ­rych rzeczy lepiej nie prze­wi­dy­wać”.

Równie dobrze mógł to być przy­pad­ko­wy SMS.

Ktoś mógł pomylić numer.

Może wia­do­mość była reklamą usługi wróż­biar­skiej.

Firmy sto­so­wa­ły coraz dziw­niej­sze metody mar­ke­tin­go­we. Aneta praw­do­po­dob­nie uzna­ła­by taki tekst za do­sko­na­łe otwar­cie kam­pa­nii.

Spraw­dzi­łem telefon.

Nie­zna­ny numer nie wysłał niczego więcej.

Za to Wojtas wysłał je­de­na­ście wia­do­mo­ści, trzy na­gra­nia głosowe i zdjęcie po­słan­ki Wirskiej, na którym do­ry­so­wał jej pionowe źrenice.

Ostat­nia wia­do­mość brzmia­ła:

„SPRAWDŹ, CZY MASZ W DOMU CZUJNIK TLENKU WĘGLA. ONI LUBIĄ, KIEDY WYGLĄDA TO NA WYPADEK.”

Nie spre­cy­zo­wał, kim byli „oni”.

Wojtas nigdy tego nie robił. Dzięki temu jego ostrze­że­nia za­cho­wy­wa­ły ak­tu­al­ność bez względu na rozwój wy­da­rzeń.

O siódmej dzie­sięć wy­sze­dłem z domu. Dysk scho­wa­łem do we­wnętrz­nej kie­sze­ni torby, torbę za­mkną­łem, a zamek spraw­dzi­łem trzy razy.

Przed posesją Wirskiej stał czarny sa­mo­chód z przy­ciem­nia­ny­mi szybami. Nie wi­dzia­łem kie­row­cy. Gdy prze­cho­dzi­łem obok, silnik się uru­cho­mił.

Przy­spie­szy­łem.

Sa­mo­chód nie ruszył.

Po kilku krokach obej­rza­łem się.

Kie­row­ca wysiadł, otwo­rzył ba­gaż­nik i wyjął torbę z za­ku­pa­mi. Był star­szym męż­czy­zną w kap­ciach.

Czarny sa­mo­chód należał do sąsiada z drugiej strony ulicy.

Pa­ra­no­ja jest bardzo wy­czer­pu­ją­ca, zwłasz­cza rano.

Do Innovatechu do­tar­łem o siódmej trzy­dzie­ści siedem. Zwykle o tej go­dzi­nie biuro było puste, ale tego dnia światła paliły się na całym piętrze. Aneta krążyła między sta­no­wi­ska­mi z plikiem wy­dru­ków. Robert ze sprze­da­ży ćwiczył przed lustrem uścisk dłoni, a Paweł układał na stole ciastka.

— Co się dzieje? — za­py­ta­łem.

— Przy­go­to­wu­je­my się do pre­zen­ta­cji — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

Miała na sobie gra­na­to­wą ma­ry­nar­kę, czer­wo­ne okulary i iden­ty­fi­ka­tor z napisem:

ANT-YCYPACJA — ZESPÓŁ PROJEKTOWY

Pod spodem, mniej­szym drukiem:

ANETA KOWALSKA

CHIEF FUTURE OFFICER

— Nie ma takiego sta­no­wi­ska — po­wie­dzia­łem.

— Od dzisiaj jest.

— Nie jesteś człon­kiem zespołu pro­jek­to­we­go.

— Ktoś musi re­pre­zen­to­wać użyt­kow­ni­ka.

— Jakiego użyt­kow­ni­ka?

— Tego, który chce wie­dzieć, co go czeka.

— Pre­zen­ta­cja jest dla prezesa, nie dla klien­tów.

— Każdy prezes jest po­ten­cjal­nym klien­tem własnej firmy.

Nie wie­dzia­łem, czy to zdanie było ab­sur­dal­ne, czy za­ska­ku­ją­co praw­dzi­we.

Aneta podała mi wydruk.

Na pierw­szej stronie wid­nia­ła złota mrówka. Na drugiej wykres po­ka­zu­ją­cy „wzrost za­in­te­re­so­wa­nia przy­szło­ścią”. Na trze­ciej znaj­do­wał się pro­po­no­wa­ny cennik.

— Pakiet pod­sta­wo­wy: trzy pytania mie­sięcz­nie — prze­czy­ta­łem. — Pakiet premium: nie­li­mi­to­wa­ny dostęp do przy­szło­ści. Pakiet kor­po­ra­cyj­ny: cena usta­la­na in­dy­wi­du­al­nie.

— Nie możemy sprze­da­wać nie­li­mi­to­wa­ne­go dostępu — po­wie­dzia­ła Aneta. — Dlatego pod spodem jest gwiazd­ka.

Zna­la­złem drobny tekst na dole strony:

„Nie­li­mi­to­wa­ny dostęp podlega li­mi­to­wi uczci­we­go ko­rzy­sta­nia wy­no­szą­ce­mu pięć prognoz dzien­nie. Przy­szłość może ulec zmianie bez wcze­śniej­sze­go po­wia­do­mie­nia.”

— Na­pi­sa­łaś re­gu­la­min prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści?

— Wersję roboczą.

— Kiedy?

— W nocy.

— Spałaś?

— To nie było ujęte w har­mo­no­gra­mie.

Za­bra­łem wydruki i pod­sze­dłem do swojego biurka. Po­ło­ży­łem torbę pod blatem, wyjąłem laptopa oraz dysk. Pod­łą­czy­łem nośnik do kom­pu­te­ra i spraw­dzi­łem pliki.

Kod pro­gra­mu był na miejscu.

Pro­gno­zy również.

Zdjęcia z ogrodu Wirskiej znaj­do­wa­ły się w za­szy­fro­wa­nym ka­ta­lo­gu. Usta­wi­łem do­dat­ko­we hasło, choć wie­dzia­łem, że jeśli ktoś na­praw­dę zechce je zdobyć, hasło będzie jedynie uprzej­mą prośbą o po­świę­ce­nie kilku do­dat­ko­wych minut.

Na ser­we­rze nadal dzia­ła­ła główna wersja Ant-ycypacji. Jej panel po­ka­zy­wał nowe ko­mu­ni­ka­ty:

KRÓLOWA W-1 ZWIĘKSZYŁA AKTYWNOŚĆ OBRONNĄ.

WYKRYTO PRZEMIESZCZENIA W STREFIE ZEWNĘTRZNEJ.

PRÓBA ODZYSKANIA MATERIAŁU ROZPOCZNIE SIĘ O 08:00.

Spoj­rza­łem na zegar.

07:46.

Czter­na­ście minut.

Odłą­czy­łem dysk, scho­wa­łem go do torby i za­su­ną­łem zamek. Na­stęp­nie owi­ną­łem pasek torby wokół nogi biurka.

— Co robisz? — zapytał Paweł.

— Za­bez­pie­czam sprzęt.

— Przed kim?

— Nie wiem.

Paweł przyjął tę od­po­wiedź bez zdzi­wie­nia. Od czasu uru­cho­mie­nia pro­gra­mu „nie wiem” stało się naj­bar­dziej uczci­wym sta­no­wi­skiem w firmie.

O 07:49 po­ja­wi­ła się pani Basia. Miała na sobie ele­ganc­ki szary kostium i czarne buty na nie­wiel­kim obcasie. Pan­to­fle niosła w prze­zro­czy­stej torbie ozna­czo­nej napisem:

OBUWIE ZASTĘPCZE — WŁASNOŚĆ PRYWATNA — NIE PRZEMIESZCZAĆ.

— Widzę, że wy­cią­gnę­ła pani wnioski — po­wie­dzia­łem.

— Wnioski skła­da­ją inni. Ja wy­cią­gam kon­se­kwen­cje.

Po­sta­wi­ła torbę pod swoim biur­kiem i przy­pię­ła ją cienką linką za­bez­pie­cza­ją­cą do nogi szafki.

— To linka do laptopa? — za­py­ta­łem.

— Pan­to­fel okazał się bar­dziej na­ra­żo­ny na kra­dzież niż laptop.

Nie mogłem się z tym spierać.

O 07:52 Grzesiek roz­po­czął restart systemu za­rzą­dza­nia bu­dyn­kiem. Zrobił to bez ostrze­że­nia.

Światła za­mi­go­ta­ły. Czyt­ni­ki kart za­pisz­cza­ły, windy za­trzy­ma­ły się na pię­trach, a elek­tro­nicz­ne zamki przez chwilę od­blo­ko­wa­ły wszyst­kie drzwi.

— Co się dzieje?! — za­wo­ła­ła Aneta.

Na ko­mu­ni­ka­to­rze po­ja­wi­ła się wia­do­mość:

GRZESIEK IT: PLANOWANA PRZERWA TECHNICZNA.

Od­pi­sa­łem:

TYMON: OD KIEDY PLANOWANA?

GRZESIEK IT: OD 30 SEKUND.

TYMON: DLACZEGO TERAZ?

GRZESIEK IT: BO PÓŹNIEJ BĘDZIE PREZES.

TYMON: SYSTEM MIAŁ BYĆ ODŁĄCZONY WCZORAJ.

GRZESIEK IT: WCZORAJ BYŁA PLOMBA.

TYMON: NADAL JEST.

GRZESIEK IT: JUŻ NIE.

Nie pytałem, co zrobił z plombą pani Basi. Wolałem nie po­sia­dać in­for­ma­cji, które później mu­siał­bym wpisać do oświad­cze­nia.

O 07:55 Aneta chwy­ci­ła mnie za rękaw.

— Chodź. Musimy spraw­dzić salę.

— Teraz?

— Pre­zen­ta­cja zaczyna się za godzinę.

— Wiem, co po­ka­zu­ję.

— Ty po­ka­zu­jesz tech­no­lo­gię. Ja po­ka­zu­ję przy­szłość.

— To ta sama rzecz.

— Właśnie dlatego nie po­wi­nie­neś przy­go­to­wy­wać pre­zen­ta­cji sam.

Po­cią­gnę­ła mnie do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Pasek torby nadal był owi­nię­ty wokół nogi biurka, a dysk znaj­do­wał się w środku. Spraw­dzi­łem to raz jeszcze przed odej­ściem.

W sali czekał Robert. Na ekranie wy­świe­tlał się slajd:

ANT-YCYPACJA

NIE PYTAJ, CO PRZYSZŁOŚĆ MOŻE ZROBIĆ DLA CIEBIE.

ZAPYTAJ NAS.

— To nie ma sensu — po­wie­dzia­łem.

— Ma emocję — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

— Brakuje tylko zna­cze­nia.

— Zna­cze­nie do­pra­cu­je­my po ak­cep­ta­cji budżetu.

Przez kilka minut kłó­ci­li­śmy się o ko­lej­ność slajdów. Usu­ną­łem cennik. Aneta przy­wró­ci­ła go z kopii za­pa­so­wej. Usu­ną­łem zdjęcie złotej mrówki w gar­ni­tu­rze. Robert wstawił je po­now­nie jako przy­kład za­sto­so­wa­nia biz­ne­so­we­go.

O 08:00 światła zgasły.

Sala po­grą­ży­ła się w ciem­no­ści.

— Grzesiek! — krzyk­nę­ła Aneta.

— Pla­no­wa­na przerwa! — od­po­wie­dział jego głos z gło­śni­ka systemu prze­ciw­po­ża­ro­we­go.

— Dla­cze­go mówisz przez alarm?

— Testuję.

Po kilku se­kun­dach światła awa­ryj­ne włą­czy­ły się. Nad drzwia­mi roz­bły­snął zielony znak wska­zu­ją­cy wyjście.

Telefon zawibrował mi w kie­sze­ni.

Po­wia­do­mie­nie z Ant-ycypacji:

OPERACJA ODZYSKANIA ROZPOCZĘTA.

OBSERWATOR OPUŚCIŁ MATERIAŁ.

— Muszę wracać do biurka — po­wie­dzia­łem.

— Teraz? — za­py­ta­ła Aneta.

— Na­tych­miast.

Wy­pa­dłem z sali.

Na ko­ry­ta­rzu panował półmrok. Kilka osób prze­miesz­cza­ło się między biur­ka­mi. Ktoś z obsługi tech­nicz­nej pchał me­ta­lo­wy wózek za­ła­do­wa­ny kar­to­na­mi. Wi­dzia­łem tylko plecy: szara bluza, ciemne spodnie i iden­ty­fi­ka­tor za­wie­szo­ny na smyczy.

— Hej! — za­wo­ła­łem.

Męż­czy­zna skręcił za róg.

Nie po­bie­głem za nim.

Naj­pierw do­tar­łem do swojego biurka.

Torba nadal stała pod blatem.

Pasek był owi­nię­ty wokół nogi.

Zamek po­zo­sta­wał za­su­nię­ty.

Po­czu­łem ulgę.

Potem za­uwa­ży­łem, że suwak znaj­do­wał się po prze­ciw­nej stronie niż wcze­śniej.

Roz­pią­łem torbę.

Laptop był w środku.

Ła­do­war­ka również.

Portfel, klucze, no­tat­nik, chu­s­tecz­ki i stary batonik leżały do­kład­nie tam, gdzie je zo­sta­wi­łem.

Dysku nie było.

Prze­szu­ka­łem torbę raz.

Potem drugi.

Wyjąłem wszyst­ko i po­ło­ży­łem na biurku.

Dysk nie pojawił się za pierw­szym razem, ale czło­wiek w panice zaczyna wierzyć, że przed­mio­ty po­tra­fią zma­te­ria­li­zo­wać się podczas ko­lej­nej próby.

Nie zma­te­ria­li­zo­wał się.

Spoj­rza­łem pod biurko.

Prze­su­ną­łem krzesło.

Spraw­dzi­łem szu­fla­dy, chociaż nie miałem powodu, by wkładać go do któ­rej­kol­wiek z nich. Zaj­rza­łem nawet do kosza.

Nic.

Telefon zawibrował.

MATERIAŁ ZOSTAŁ PRZEJĘTY.

— Nie — po­wie­dzia­łem.

— Co nie? — zapytał Paweł.

Stał obok z ta­le­rzem ciastek.

— Dysk.

— Co z nim?

— Zniknął.

Paweł spoj­rzał pod biurko.

— Może spadł.

— Spraw­dzi­łem.

— A torba?

— Spraw­dzi­łem.

— Kie­sze­nie?

— Paweł, trzy­ma­łem go w torbie.

— Ja często wkładam rzeczy do kie­sze­ni i potem za­po­mi­nam.

— To dysk ze­wnętrz­ny.

— Zależy, jak duża kieszeń.

Za­czą­łem prze­szu­ki­wać blat. Pod­nio­słem do­ku­men­ty, kla­wia­tu­rę, kubek i stację do­ku­ją­cą.

— Czy ktoś był przy moim biurku? — za­py­ta­łem głośno.

Kilka osób spoj­rza­ło w moją stronę.

Nikt nie od­po­wie­dział.

— Pytam po­waż­nie. Ktoś widział, żeby kto­kol­wiek otwie­rał moją torbę?

— Było ciemno — po­wie­dzia­ła Monika.

— Wi­dzia­łam kogoś z wózkiem — dodała kobieta z księ­go­wo­ści. — Chyba z za­opa­trze­nia.

— Jak wy­glą­dał?

— Nor­mal­nie.

— Co to znaczy?

— Miał głowę, ręce.

— Twarz?

— Nie pa­trzy­łam.

— Iden­ty­fi­ka­tor?

— Jakiś miał.

— Na­zwi­sko?

— Gdybym wie­dzia­ła, że będzie prze­słu­cha­nie, pa­trzy­ła­bym do­kład­niej.

Po­czu­łem, że brakuje mi po­wie­trza.

Na dysku znaj­do­wał się cały kod Ant-ycypacji.

Kopia prognoz.

Logi.

Zdjęcia Wirskiej.

Zdjęcia me­ta­lo­we­go pudełka.

Dane z fir­mo­we­go systemu.

Wszyst­ko.

Ktoś nie ukradł sprzętu wartego kil­ka­set złotych. Zabrał ma­te­riał, który mógł za­in­te­re­so­wać zarząd Innovatechu, praw­ni­ków, media, po­li­ty­ków i praw­do­po­dob­nie kilka in­sty­tu­cji uży­wa­ją­cych w nazwie słowa „bez­pie­czeń­stwo”.

Z ga­bi­ne­tu pani Basi dobiegł krzyk.

Nie był głośny, ale w jej wy­ko­na­niu samo pod­nie­sie­nie tonu ozna­cza­ło stan wy­jąt­ko­wy.

— PANIE GRZEGORZU!

Po chwili pani Basia wyszła na open space. Nadal miała na sobie ele­ganc­kie buty. W prawej ręce trzy­ma­ła prze­cię­tą linkę za­bez­pie­cza­ją­cą. W lewej — prze­zro­czy­stą torbę.

W środku znaj­do­wał się tylko jeden pan­to­fel.

Prawy.

— Znowu? — zapytał Paweł.

Pani Basia spoj­rza­ła na niego.

— Czy chciał­by pan coś wy­ja­śnić?

— Nie. Wyrażam zdzi­wie­nie.

— Proszę wyrażać je ciszej.

Aneta wy­bie­gła z kuchni.

— To już prze­sa­da!

— Co się stało? — za­py­ta­łem.

— Zabrali moją kawę!

— Wa­ni­lio­wą?

— Re­zer­wo­wą!

— My­śla­łem, że wszyst­kie kap­suł­ki znik­nę­ły wczoraj.

— Miałam pry­wat­ny zapas w szafce.

— Ile?

— Dwa opa­ko­wa­nia.

— Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łaś?

— Były na sy­tu­ację kry­zy­so­wą.

— Wczoraj była sy­tu­acja kry­zy­so­wa.

— Nie aż taka.

Robert pod­szedł do nas, trzy­ma­jąc pusty karton.

— Z sali kon­fe­ren­cyj­nej zginął zszy­wacz prze­my­sło­wy.

Spoj­rza­łem na niego.

— Co robił na sali?

— Spi­na­łem ma­te­ria­ły dla zarządu.

— Kto kradnie zszy­wacz prze­my­sło­wy?

— Ktoś, kto ma dużo do zszycia — stwier­dził Paweł.

W ciągu pięciu minut po­wsta­ła lista za­gi­nio­nych przed­mio­tów:

— mój dysk,

— lewy pan­to­fel pani Basi,

— dwa opa­ko­wa­nia kawy wa­ni­lio­wej,

— zszy­wacz prze­my­sło­wy,

— pudełko me­ta­lo­wych spi­na­czy,

— ła­do­war­ka do te­le­fo­nu Moniki,

— trzy ciastka Pawła.

Paweł nie był pewien, czy ciastka rze­czy­wi­ście ukra­dzio­no. Przy­znał, że mógł je zjeść podczas szu­ka­nia dysku.

Pani Basia usta­wi­ła nas obok siebie.

— Nikt nie opusz­cza piętra — oznaj­mi­ła.

— Mam spo­tka­nie z klien­tem — za­pro­te­sto­wał Robert.

— Klient poczeka.

— Jest na dole.

— W takim razie poczeka krócej.

— Może po­win­ni­śmy wezwać ochronę — za­su­ge­ro­wa­ła Monika.

— Już została wezwana.

— Policję? — zapytał ktoś.

— Naj­pierw prze­pro­wa­dzi­my in­wen­ta­ry­za­cję we­wnętrz­ną.

— Skra­dzio­no dane — po­wie­dzia­łem. — To nie jest zwykły za­gi­nio­ny przed­miot.

Pani Basia od­wró­ci­ła się do mnie.

— Jakie dane znaj­do­wa­ły się na dysku?

— Kod pro­gra­mu. Kopia prognoz. Logi serwera.

Za­wa­ha­łem się.

— I?

— Pry­wat­ne zdjęcia.

— Jakie pry­wat­ne zdjęcia?

— Z mojego ogrodu.

Tech­nicz­nie nie było to kłam­stwo. Dron wy­star­to­wał z mojego ogrodu.

— Czy znaj­do­wa­ły się tam dane innych osób?

— Mogły.

— Czy te osoby wy­ra­zi­ły zgodę na ich za­pi­sa­nie?

— To skom­pli­ko­wa­ne.

— Nie. To pytanie za­mknię­te.

— Nie wy­ra­zi­ły.

Pani Basia za­mknę­ła oczy.

Tylko na sekundę.

Praw­do­po­dob­nie liczyła do liczby okre­ślo­nej w we­wnętrz­nej in­struk­cji za­po­bie­ga­nia prze­mo­cy wobec pra­cow­ni­ków.

— Czy dysk był za­szy­fro­wa­ny?

— Czę­ścio­wo.

— Co to znaczy „czę­ścio­wo”?

— Naj­waż­niej­szy katalog miał hasło.

— A po­zo­sta­łe?

— Nie.

— Gdzie znaj­do­wa­ło się hasło?

— W mojej głowie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 69.05