CZĘŚĆ I — Błąd w mrowisku
Rozdział 1
Człowiek, mrówki i waniliowa kawa
Gdybym wiedział, że napisany przeze mnie program doprowadzi do kryzysu politycznego, nocnego włamania, zalania biura i publicznego upadku jednej z najbardziej wpływowych kobiet w kraju, zostałbym przy hodowaniu mrówek.
Mrówki przynajmniej nie organizują konferencji prasowych.
Nie mają rzeczników, kont w mediach społecznościowych ani doradców, którzy po każdym skandalu tłumaczą, że królowa została wyrwana z kontekstu. Kiedy mrówka coś ukradnie, bierze okruch i wraca z nim do mrowiska. Nie tworzy komisji śledczej do spraw pochodzenia okrucha, nie oskarża sąsiedniej kolonii o prowokację i nie występuje wieczorem w telewizji, stojąc na tle sześciu flag.
Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem.
Wtedy byłem zwykłym programistą w firmie Innovatech i uważałem, że najgorszą rzeczą, jaka może mi się przydarzyć, jest poniedziałkowe zebranie zespołu.
Myliłem się.
Najgorszą rzeczą, jaka mogła mi się przydarzyć, była Aneta z marketingu pozbawiona kawy waniliowej.
— Nikt nie wychodzi! — oznajmiła, stając o ósmej siedemnaście pośrodku open space’u.
Powiedziała to takim tonem, jakby właśnie odkryła sabotaż w elektrowni atomowej. W prawej ręce trzymała pusty karton po kapsułkach, a w lewej telefon przygotowany do dokumentowania miejsca zbrodni.
W biurze zapadła cisza.
Nie dlatego, że ktokolwiek zamierzał podporządkować się jej poleceniu. Po prostu większość pracowników dopiero włączała komputery i nie miała jeszcze siły protestować.
— Powtarzam: nikt nie wychodzi, dopóki nie ustalimy, kto to zrobił.
— Co zrobił? — zapytał Paweł z księgowości, nie podnosząc głowy znad śniadania.
— Zabrał ostatnie kapsułki waniliowe.
Paweł przestał smarować bułkę serkiem.
— Wszystkie?
— Wszystkie.
— To rzeczywiście poważne — przyznał i wrócił do jedzenia.
Aneta obeszła biurka, pokazując pusty karton każdemu pracownikowi z osobna. Na opakowaniu widniał napis „Delicato Vaniglia — edycja premium”, chociaż smak napoju kojarzył mi się głównie z ciepłą wodą, do której ktoś wrzucił świeczkę zapachową.
— Wczoraj o siedemnastej były cztery — mówiła. — Sama liczyłam.
— Dlaczego liczyłaś kapsułki? — zapytałem.
Odwróciła się do mnie powoli.
Aneta potrafiła odwracać się w sposób, który sugerował, że rozmówca za chwilę pożałuje nie tylko pytania, ale również wszystkich decyzji życiowych prowadzących do jego zadania.
— Ponieważ, Tymon, w tej firmie nie można już nikomu ufać.
— Myślałem, że robiłaś inwentaryzację.
— To właśnie powiedziałam.
Podeszła do mojego biurka i zmrużyła oczy.
— Ty często pracujesz po godzinach.
— Czasami.
— Pijesz kawę?
— Taką zwykłą.
— Każdy tak mówi, dopóki nie znajdzie się pod presją.
— Aneta, to są kapsułki, a nie wzbogacony uran.
— Dla ciebie może nie ma różnicy.
To akurat było prawdą. Nie lubiłem kaw smakowych. Kawa powinna smakować jak kawa, a nie jak deser, który zrezygnował z kariery cukierniczej i postanowił zostać napojem.
Aneta zajrzała do mojego kubka. Widniał na nim ciąg zer i jedynek układający się w napis: „NIE ROZMAWIAJ ZE MNĄ PRZED KAWĄ”. Dostałem go od Wojtasa trzy lata wcześniej. Dopiero po kilku miesiącach odkryłem, że zapis binarny w rzeczywistości oznaczał: „KUP MLEKO”.
— Czarna — stwierdziła Aneta z rozczarowaniem.
— Od początku próbuję ci to powiedzieć.
— Mogłeś wypić waniliową, a potem zrobić czarną dla niepoznaki.
— To najbardziej skomplikowany plan zdobycia sześćdziesięciu mililitrów napoju, o jakim słyszałem.
— Czyli przyznajesz, że istniał plan?
Otworzyłem usta, ale zrezygnowałem. Dyskusja z Anetą przypominała zatwierdzanie regulaminu internetowego. Można było czytać każde zdanie, próbować je zrozumieć i szukać logicznych pułapek, ale ostatecznie i tak człowiek klikał „zgadzam się”, żeby mieć spokój.
Na szczęście uratowała mnie pani Basia z kadr.
Niestety, zrobiła to, wchodząc do biura w jednym pantoflu.
Pani Basia miała około sześćdziesięciu lat, okulary na złotym łańcuszku i zdolność zapamiętywania wszystkich przewinień pracowników od momentu powstania firmy. Wiedziała, kto spóźnił się siedem minut w marcu 2019 roku, kto nie podpisał listy obecności podczas próbnego alarmu oraz kto wykorzystał firmową drukarkę do wydrukowania zaproszeń na komunię.
Nigdy nie podnosiła głosu.
Nie musiała.
Kiedy wypowiadała czyjeś imię i nazwisko, człowiek natychmiast zaczynał zastanawiać się, czy złożył wszystkie wymagane oświadczenia podatkowe.
Tego ranka pani Basia miała na prawej stopie beżowy pantofel ortopedyczny. Na lewej — granatową skarpetę.
Podeszła na środek biura i stanęła obok Anety. Obie spojrzały na siebie jak przedstawicielki dwóch konkurencyjnych organów śledczych, które przybyły na to samo miejsce zbrodni.
— Zginął mi pantofel — oznajmiła pani Basia.
— Mnie kapsułki — odpowiedziała Aneta.
— Pantofel jest ważniejszy.
— Kawa wpływa na wydajność całego zespołu.
— Brak obuwia wpływa na moją zdolność przemieszczania się.
— Bez kawy ludzie również przestają się przemieszczać.
— Pani Aneto, proszę nie porównywać napoju do wyrobu medycznego.
Pani Basia położyła na najbliższym biurku prawy pantofel, żeby wszyscy wiedzieli, czego należy szukać. Paweł z księgowości natychmiast odsunął śniadanie.
— Ostatni raz widziałam oba wczoraj o godzinie szesnastej czterdzieści — ciągnęła. — Stały pod moim biurkiem, ustawione równolegle, noskami w kierunku północno-wschodnim.
— Skąd pani wie, w którą stronę były ustawione? — zapytał ktoś z końca sali.
— Ponieważ utrzymuję porządek.
To zamknęło temat.
— Może sprzątaczka przestawiła? — zasugerowałem.
Pani Basia spojrzała na mnie znad okularów.
— Panie Tymonie, sprzątaczka nie przestawia obuwia. Sprzątaczka obchodzi je zgodnie z instrukcją utrzymania czystości stanowisk pracy.
Nie wiedziałem, że istnieje instrukcja regulująca obchodzenie pantofli, ale w Innovatechu niczego nie należało wykluczać.
Nazwa firmy sugerowała, że zajmujemy się przyszłością technologii. W rzeczywistości Innovatech produkował systemy, aplikacje i rozwiązania informatyczne dla klientów, którzy sami nie wiedzieli, czego potrzebują, ale wymagali, żeby miało nowoczesny wygląd i działało „w chmurze”.
Nasz najważniejszy produkt nazywał się Synergon 360.
Do dziś nie wiem, co dokładnie robił.
Pracowałem przy nim przez dwa lata.
Na stronie internetowej firmy można było przeczytać, że Synergon 360 „łączy procesy, ludzi i dane w jeden dynamiczny ekosystem biznesowy”. W praktyce główną funkcją programu było wyświetlanie obracającego się kółka i komunikatu „Proszę czekać”.
Klienci czekali.
My wystawialiśmy faktury.
Ekosystem działał.
Ja jednak od kilku miesięcy żyłem czymś zupełnie innym. Projektem, który tworzyłem po godzinach i ukrywałem przed przełożonymi, ponieważ każda prywatna inicjatywa pracownika mogła zostać uznana za własność firmy, jeśli powstała w odległości mniejszej niż pięć metrów od służbowego ekspresu.
Projekt nazywał się „Ant-ycypacja”.
Nazwa była genialna.
Przynajmniej według mnie.
Program analizował zachowanie mrówek na nagraniach z kamer. Rozpoznawał poszczególne osobniki, śledził ich trasy, badał tempo przenoszenia pokarmu i przewidywał reakcje kolonii na zmiany w otoczeniu. Jeżeli jedna robotnica odkryła źródło pożywienia, algorytm potrafił oszacować, po jakim czasie pojawią się następne, którą trasę wybiorą i kiedy cały okruch zniknie w mrowisku.
Nie chodziło o przepowiadanie przyszłości.
Chodziło o matematykę, statystykę i analizę powtarzalnych zachowań.
Mrówki były do tego idealne. Każda miała określoną funkcję. Nie spóźniały się do pracy, nie brały zwolnień na żądanie i nie organizowały warsztatów z komunikacji międzydziałowej. Królowa nie wysyłała robotnicom ankiety dotyczącej dobrostanu. Nikt nie pytał, czy przenoszenie larw jest zgodne z jego osobistą ścieżką rozwoju.
Kolonia miała cel.
Wszyscy go rozumieli.
Czasami zazdrościłem mrówkom.
Usiadłem przy komputerze i spróbowałem wrócić do pracy. Na drugim monitorze miałem otwarte środowisko programistyczne, a w nim niemal ukończoną wersję algorytmu. Brakowało mi tylko odpowiedniej mocy obliczeniowej, żeby przeprowadzić pełny test.
Mój laptop zaczynał wydawać niepokojące dźwięki już po analizie dziesięciu minut nagrania. Przy godzinie materiału nagrzewał się do temperatury pozwalającej przygotować jajko sadzone. Nie próbowałem, ale Wojtas uważał, że powinienem. Twierdził, że człowiek nauki nie może odrzucać eksperymentu tylko dlatego, że producent komputera nie uwzględnił go w gwarancji.
Potrzebowałem firmowego serwera testowego.
A to oznaczało wizytę u Grześka.
Grzesiek kierował działem IT, choć dział składał się wyłącznie z niego i stażysty, który od trzech tygodni próbował uzyskać dostęp do służbowej poczty. Grzesiek nie uznawał rozmów telefonicznych, spotkań ani kontaktu wzrokowego. Preferował zgłoszenia przez system.
System zgłoszeń nie działał.
Zgodnie z komunikatem wyświetlanym od sześciu miesięcy trwała „krótka przerwa techniczna”.
Zszedłem do piwnicy i zapukałem do drzwi serwerowni.
— Zgłoszenie — dobiegł ze środka głos Grześka.
— Nie mogę zrobić zgłoszenia, bo system nie działa.
— To zgłoś awarię systemu.
— W systemie?
— Taka jest procedura.
— Grzesiek, otwórz.
Po chwili drzwi uchyliły się na kilka centymetrów. W szczelinie pojawiła się blada twarz i jedno niezadowolone oko.
— Czego?
— Potrzebuję serwera testowego na godzinę.
— Nie ma.
— Wczoraj były trzy.
— Dzisiaj nie ma.
— Co się z nimi stało?
— Zostały zajęte.
— Przez kogo?
— Przez procesy.
— Jakie procesy?
— Ważne.
Spojrzałem ponad jego ramieniem. Na jednym z monitorów widniał katalog zatytułowany „Dokumentacja techniczna”, a pod nim pasek pobierania pliku o nazwie, której nie zdążyłem przeczytać, ale zawierała słowa „Complete”, „Remastered” i „Season 1–9”.
— Potrzebuję tylko trochę mocy obliczeniowej — powiedziałem. — Testuję model predykcyjny.
Grzesiek zmrużył oko.
— Sztuczna inteligencja?
— Nie do końca. Algorytm analizuje zachowanie mrówek.
— Po co?
To pytanie słyszałem często. Zazwyczaj zadawali je ludzie, którzy spędzali osiem godzin dziennie na tworzeniu prezentacji o zwiększaniu efektywności spotkań.
— Ponieważ mrówki tworzą jeden z najbardziej złożonych systemów społecznych w przyrodzie.
— Nie mają internetu.
— Właśnie dlatego ten system działa.
Grzesiek zastanawiał się przez chwilę.
— Godzina — powiedział w końcu. — Serwer numer cztery. Nie dotykaj konfiguracji, nie zmieniaj portów i nie uruchamiaj niczego, co może przejąć kontrolę nad światem.
— Program jest o mrówkach.
— Każdy tak mówi na początku.
Zamknął drzwi.
Wróciłem na górę. Śledztwo w sprawie kawy i pantofla weszło tymczasem w nową fazę. Aneta stworzyła na firmowym komunikatorze grupę „KRYZYS WANILIOWY — PILNE”, do której dodała wszystkich pracowników, prezesa, dwóch byłych stażystów i człowieka, który od roku nie żył, ale nadal miał aktywne konto.
Pani Basia działała bardziej metodycznie. Rozdawała formularz zatytułowany „Oświadczenie pracownika dotyczące wiedzy o przemieszczeniu mienia osobistego na terenie zakładu pracy”.
Formularz miał cztery strony.
— Każdy wypełnia czy tylko podejrzani? — zapytał Paweł.
— Na tym etapie każdy jest podejrzany.
— Pani też?
Pani Basia spojrzała na niego.
— Panie Pawle, proszę dołączyć pisemne uzasadnienie tego pytania.
Paweł przestał zadawać pytania.
Podłączyłem się do serwera numer cztery, przesłałem model i wskazałem katalog zawierający nagrania kolonii mrówki ćmawej. Program uruchomił się bez błędów.
Na ekranie zaczęły pojawiać się kolejne komunikaty.
ANALIZA STRUKTURY KOLONII
IDENTYFIKACJA OSOBNIKÓW
MAPOWANIE SZLAKÓW
WYKRYWANIE ŹRÓDEŁ POŻYWIENIA
MODELOWANIE ZACHOWAŃ ZBIOROWYCH
Temperatura procesora rosła, ale serwer pracował stabilnie. Po raz pierwszy cały system działał dokładnie tak, jak go zaplanowałem.
Poczułem dumę.
Nie taką zwyczajną, codzienną dumę wynikającą z naprawienia błędu albo znalezienia czystej łyżeczki w firmowej kuchni. To było uczucie człowieka, który miesiącami budował coś samodzielnie i właśnie zobaczył, że wszystkie części zaczynają ze sobą współpracować.
Ant-ycypacja analizowała tysiące drobnych decyzji podejmowanych przez setki mrówek. Dostrzegała wzorce niewidoczne dla człowieka. Z chaosu tworzyła porządek.
Wtedy Aneta położyła mi rękę na ramieniu.
Prawie spadłem z krzesła.
— Co to jest? — zapytała, patrząc na ekran.
— Nic.
— Widzę, że coś.
— Testuję program.
— Sztuczną inteligencję?
— Algorytm zachowań zbiorowych.
— Czyli sztuczną inteligencję.
— Nie każda rzecz wykonująca obliczenia jest sztuczną inteligencją.
— Potrafi przewidywać przyszłość?
— Mrówek.
— Na początek może być.
Przysunęła sobie krzesło bez pytania i usiadła obok mnie. Jej paznokcie były intensywnie czerwone i tak długie, że nie rozumiałem, jak obsługiwała nimi klawiaturę. Podejrzewałem, że marketing od dawna korzystał z technologii niedostępnych zwykłym pracownikom.
— Jak się nazywa? — zapytała.
— Ant-ycypacja.
— Źle.
— To bardzo dobra nazwa.
— Nie ma emocji. Potrzebuje czegoś nowoczesnego. „AntVision AI”. Albo „FutureAnt”. Możemy zrobić logo z mrówką w okularach.
— Nie będziemy robić logo.
— Każdy produkt potrzebuje logo.
— To nie jest produkt.
— Jeszcze.
Na ekranie pasek postępu dotarł do stu procent.
Aneta pochyliła się bliżej.
— No i co przewidziało?
— Zaraz zobaczymy.
Program przez kilka sekund nie reagował. Potem ekran zamigotał. Pojawiło się okno, którego wcześniej nie projektowałem.
PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 1
Zmarszczyłem brwi.
— Coś nie tak? — zapytała Aneta.
— Ten komunikat powinien wyglądać inaczej.
Pod nagłówkiem zaczęły pojawiać się kolejne słowa:
ROBOTNICA C-7 PRZEJMIE GŁÓWNE ZAPASY CUKRU.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 09:42.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 96,8%.
Spojrzałem na zegar w prawym dolnym rogu monitora.
Była 09:38.
— Co oznacza C-7? — zapytała Aneta.
— Nie wiem. W danych testowych nie mam takiego oznaczenia.
— A zapasy cukru?
— Pokarm kolonii. Pewnie program błędnie sklasyfikował jeden z obiektów.
— Czyli któraś mrówka coś ukradnie?
— Mrówki nie kradną. Przenoszą zasoby zgodnie z potrzebami kolonii.
— Jak zabiera bez pytania, to kradnie.
Na firmowym komunikatorze rozległ się dźwięk nowej wiadomości.
Pani Basia napisała na kanale ogólnym:
„W związku z trwającym postępowaniem wyjaśniającym proszę nie zabierać z kuchni żadnych produktów spożywczych, naczyń, sztućców ani elementów wyposażenia. Dotyczy to również cukru.”
Aneta przeczytała wiadomość, a potem spojrzała na zegar.
09:39.
— Ciekawe — powiedziała.
— Przypadek.
— Oczywiście.
Wstała i ruszyła w stronę kuchni.
— Dokąd idziesz?
— Po kawę.
— Nie ma waniliowej.
— Wiem.
Zatrzymała się i odwróciła do mnie.
— Dlatego muszę zabezpieczyć cukier, zanim ktoś znowu wszystko ukradnie.
Patrzyłem, jak znika za drzwiami kuchni.
Potem spojrzałem na jej czerwone paznokcie.
C-7.
Czerwona. Siedem liter: „Czerwona”.
Nie. To nie miało sensu. Program analizował nagrania mrówek. Nie miał dostępu do danych firmy, komunikatora ani kamer w biurze. Nie mógł wiedzieć o cukrze. Nie mógł wiedzieć o Anecie.
Na ekranie zegara pojawiła się godzina 09:41.
Z kuchni dobiegł odgłos otwieranej szafki.
Wstałem.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Być może chciałem udowodnić sobie, że algorytm się pomylił. Być może kierowała mną zwykła ciekawość. A może już wtedy jakaś część mojego mózgu rozumiała, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie potrafię wyjaśnić.
Podszedłem do kuchni.
Aneta stała przy blacie. Rozejrzała się ostrożnie, otworzyła dużą torbę i zaczęła wkładać do niej firmowe saszetki z cukrem.
Wszystkie.
— Co robisz? — zapytałem.
Podskoczyła i gwałtownie zamknęła torbę.
— Zabezpieczam zasoby.
Spojrzałem na zegar wiszący nad ekspresem.
Wskazówka minutowa przesunęła się o jeden skok.
09:42.
Wróciłem powoli do swojego biurka.
Na monitorze czekał już następny komunikat.
PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 2
OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.
BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.
Uniosłem wzrok.
Po drugiej stronie biura pani Basia siedziała przy swoim biurku w jednym beżowym pantoflu i zszywała wypełnione oświadczenia.
Do rozpoczęcia postępowania zostały trzydzieści trzy minuty.
Wtedy jeszcze próbowałem sobie wmówić, że to zbieg okoliczności.
Była to ostatnia spokojna myśl, jaką miałem przez następne siedem dni.
Rozdział 2
Pierwsza przepowiednia
Przez następne trzydzieści sekund stałem przed monitorem i próbowałem znaleźć racjonalne wyjaśnienie tego, co właśnie zobaczyłem.
Było ich kilka.
Program mógł wygenerować przypadkowy komunikat. Godzina 09:42 mogła być błędnie zinterpretowanym znacznikiem czasu z nagrania. Litera „C” mogła oznaczać cokolwiek: część kolonii, ciąg komunikacyjny, centrum pożywienia. Siódemka równie dobrze mogła być numerem kolejnej analizy.
A Aneta mogła przypadkiem mieć czerwone paznokcie, zabrać cały cukier i zrobić to dokładnie o godzinie wskazanej przez program.
Każdy z tych elementów dało się wyjaśnić osobno.
Problem polegał na tym, że wystąpiły jednocześnie.
— To nie była kradzież — oznajmiła Aneta, wracając z kuchni z torbą wypchaną saszetkami cukru. — Dokonałam prewencyjnej relokacji zasobów.
— Zabrałaś cały cukier.
— Zabezpieczyłam go.
— Przed kim?
Rozejrzała się po biurze.
— Przed wszystkimi.
— Gdzie go teraz trzymasz?
— To informacja poufna.
Z jej torby wypadła jedna saszetka. Schyliłem się i podniosłem ją z podłogi.
— Masz go w torbie.
— Tymon, właśnie ujawniłeś lokalizację strategicznych rezerw.
— Sam przed sobą?
— Nie wiesz, kto nas słucha.
Spojrzała wymownie na kamerę monitoringu pod sufitem. Kamera nie działała od kilku miesięcy, ale dzięki migającej czerwonej diodzie skutecznie podtrzymywała w pracownikach poczucie nadzoru.
— Oddaj cukier do kuchni — powiedziałem.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Ponieważ pani Basia zakazała wynoszenia produktów. Jeżeli teraz wrócę z całym opakowaniem, będzie wyglądało, jakbym je wcześniej wyniosła.
— Bo wcześniej je wyniosłaś.
— Właśnie o tym mówię. Sytuacja jest bardzo delikatna.
Usiadła przy swoim biurku i zaczęła układać saszetki w szufladzie. Robiła to szybko, ale metodycznie, dzieląc je na biały i brązowy cukier. Nawet w obliczu przestępstwa marketing wymagał odpowiedniej segmentacji.
Wróciłem do komputera.
Druga prognoza nadal widniała na ekranie:
OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.
BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.
Do wskazanej godziny pozostawało dwadzieścia osiem minut.
Zamknąłem okno prognozy.
Otworzyło się ponownie.
Zamknąłem je drugi raz.
Pojawiło się jeszcze raz.
Po trzeciej próbie program wyświetlił komunikat:
IGNOROWANIE PROGNOZY NIE WPŁYWA NA PRAWDOPODOBIEŃSTWO ZDARZENIA.
— Bardzo zabawne — mruknąłem.
Nie pamiętałem, żebym dodawał taką funkcję.
Uruchomiłem podgląd kodu i wyszukałem treść komunikatu. Nie znalazłem jej. Sprawdziłem pliki językowe, moduł interfejsu i bibliotekę odpowiedzialną za wyświetlanie ostrzeżeń.
Nic.
Tekst nie istniał w żadnym z plików projektu.
Mógł zostać wygenerowany przez moduł językowy, który eksperymentalnie dodałem kilka tygodni wcześniej. Jego zadaniem było zamienianie surowych wyników analizy na krótkie, zrozumiałe opisy. Zamiast wyświetlać użytkownikowi „wzrost transferu biomasy o 37,2 procent”, program miał pisać: „Mrówki prawdopodobnie znalazły nowe źródło pożywienia”.
Moduł najwyraźniej postanowił zostać dramaturgiem.
Sprawdziłem katalog wejściowy.
Nagrania kolonii znajdowały się tam, gdzie powinny. Pliki były prawidłowe. Czas trwania, rozdzielczość, liczba klatek — wszystko się zgadzało. Otworzyłem losowe nagranie. Setki mrówek przemieszczały się między gniazdem a kawałkiem jabłka.
Żadnej Anety.
Żadnego cukru.
Ani jednego pantofla.
Przeszedłem do logów systemowych. Program analizował znacznie więcej danych, niż powinien. Oprócz dwudziestu czterech plików wideo pojawiały się odwołania do źródła oznaczonego jako:
COLONY_LIVE_04
Nie znałem takiego źródła.
Kliknąłem nazwę.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Spróbowałem otworzyć właściwości.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Uruchomiłem terminal i wpisałem polecenie pozwalające sprawdzić ścieżkę połączenia.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Serwer odrzucał każde pytanie z konsekwencją urzędnika, któremu brakuje jednej pieczątki.
Zadzwoniłem do Grześka.
Nie odebrał.
Zadzwoniłem ponownie.
Po trzecim sygnale połączenie zostało odrzucone, a na firmowym komunikatorze pojawiła się wiadomość:
GRZESIEK IT: ZGŁOSZENIE.
Odpisałem:
TYMON: PILNE. CO TO JEST COLONY_LIVE_04?
Przez chwilę nie reagował.
GRZESIEK IT: NIE WIEM.
TYMON: TO ŹRÓDŁO JEST PODŁĄCZONE DO SERWERA NUMER CZTERY.
GRZESIEK IT: W TAKIM RAZIE COŚ.
TYMON: COŚ CO?
GRZESIEK IT: COŚ PODŁĄCZONEGO.
TYMON: MOŻESZ SPRAWDZIĆ?
GRZESIEK IT: MOGĘ.
Czekałem.
Minęła minuta.
Potem druga.
TYMON: SPRAWDZISZ?
GRZESIEK IT: NIE PISAŁEŚ, ŻEBYM SPRAWDZIŁ. PYTAŁEŚ, CZY MOGĘ.
Zacisnąłem zęby.
TYMON: PROSZĘ, SPRAWDŹ.
GRZESIEK IT: UTWÓRZ ZGŁOSZENIE.
Odchyliłem się na krześle i spojrzałem na sufit. Człowiek jest jedynym gatunkiem zdolnym zbudować globalną sieć wymiany informacji, a następnie wykorzystać ją do odsyłania innych ludzi do niedziałającego formularza.
— Z kim piszesz? — zapytała Aneta.
Stała znowu za moim krzesłem.
Nie słyszałem, kiedy podeszła. Zaczynałem podejrzewać, że czerwone paznokcie nie były ozdobą, tylko elementem systemu maskowania.
— Z Grześkiem.
— O tym programie?
— O serwerze.
— To prawda, że przewidział cukier?
— Nie.
— Tymon, byłam przy tym.
— Wyświetlił przypadkowy komunikat, który pasował do przypadkowego wydarzenia.
— Z dokładnością do minuty.
— Zbieżność.
— I nazwał mnie robotnicą C-7.
— Nie wiemy, czy chodziło o ciebie.
— Mam czerwone paznokcie i siedem liter w imieniu.
— Mogło chodzić o coś innego.
— Na przykład?
Nie odpowiedziałem.
Aneta uśmiechnęła się.
— Wiedziałam.
— Niczego nie wiedziałaś.
— Stworzyłeś program przewidujący przyszłość i boisz się do tego przyznać.
— Stworzyłem program przewidujący zachowanie mrówek.
— Ludzie są trochę jak mrówki.
— Nie są.
— Pracują, jedzą i chodzą wyznaczonymi ścieżkami.
— To duże uproszczenie.
— Niektórzy noszą okruchy do biurka.
Spojrzeliśmy na Pawła z księgowości, który właśnie chował do szuflady drugą bułkę.
— Nie pokazuj tego nikomu — powiedziałem.
— Oczywiście.
— Mówię poważnie.
— Ja też.
— Nie rób zdjęć.
Aneta schowała telefon za plecami.
— Nie robię.
— Słyszałem dźwięk migawki.
— To było powiadomienie.
— Twój telefon był skierowany na monitor.
— Bardzo dużo ode mnie wymagasz jak na osobę, która właśnie stworzyła cyfrową wyrocznię.
Wyciągnąłem rękę.
— Pokaż telefon.
— Nie masz do tego uprawnień.
— Usuń zdjęcie.
— Zastanowię się.
— Aneta.
— Tymon.
Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie. Potem jej wzrok przesunął się na zegar w rogu ekranu.
10:02.
— A co z drugą przepowiednią? — zapytała.
— Nie ma drugiej przepowiedni.
— Widziałam.
— Nie powinnaś była patrzeć.
— „Okaleczona królowa rozpocznie postępowanie”. Brzmi jak pani Basia.
— Nie nazywaj jej tak.
— Dlaczego? Przecież nie słyszy.
— Pani Basia słyszy wszystko.
— Panie Tymonie — odezwał się za nami spokojny głos.
Oboje zesztywnieliśmy.
Pani Basia stała dwa kroki dalej. Miała pod pachą teczkę, w ręce długopis, a na stopie nadal tylko jeden pantofel.
— Czy posiada pan jakieś informacje mogące mieć znaczenie dla prowadzonego postępowania?
— Nie — odpowiedziałem zbyt szybko.
— Jakiego postępowania? — zapytała Aneta.
— Postępowania wyjaśniającego w sprawie bezprawnego przemieszczenia mojego obuwia.
— Już się rozpoczęło? — upewniła się Aneta.
Pani Basia spojrzała na zegarek.
— Formalnie rozpocznie się o dziesiątej piętnaście. Do tego czasu zbieram oświadczenia wstępne.
Aneta odwróciła głowę w moją stronę.
Nie musiała nic mówić.
Spojrzałem na monitor.
10:04.
— Dlaczego akurat o dziesiątej piętnaście? — zapytałem.
— Ponieważ o tej godzinie kończy się ustawowa przerwa pana Pawła, a bez jego oświadczenia materiał dowodowy będzie niepełny.
Paweł spojrzał na trzymaną bułkę.
— Ja jestem na przerwie?
— Od dziewiątej pięćdziesiąt siedem.
— Myślałem, że pracuję.
— To bardzo niepokojące, panie Pawle.
Pani Basia wręczyła mi formularz.
— Proszę odpowiedzieć na wszystkie pytania, zwłaszcza numer osiem: „Czy w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin widział pan osobę niosącą pojedynczy pantofel lub przedmiot, który z daleka mógł przypominać pojedynczy pantofel?”.
— Co może z daleka przypominać pantofel?
— To powinien pan opisać w odpowiedzi.
Odeszła w kierunku swojego pokoju.
Aneta nachyliła się do mnie.
— Jedenaście minut.
— To nadal może być przypadek.
— O której zazwyczaj pani Basia rozpoczyna postępowania?
— Nie wiem.
— Ja też nie. I właśnie dlatego jestem podekscytowana.
— Nie powinnaś być. Jeżeli program przetwarza dane, do których nie ma prawa dostępu, mogę mieć poważne problemy.
— A jeśli naprawdę przewiduje przyszłość?
— Będę miał jeszcze większe.
Aneta spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
— Dlaczego? Możesz zarobić miliony.
— Każda osoba, która chce zarobić miliony na przewidywaniu przyszłości, powinna najpierw przewidzieć konsekwencje.
— To bardzo dobra wypowiedź do materiałów promocyjnych.
— Nie będzie materiałów promocyjnych.
— Powinniśmy zamówić domenę.
— Nie.
— Antycypacja.ai może być jeszcze wolna.
— Aneta, idź pracować.
— Właśnie pracuję. Rozpoznaję potencjał produktu.
Wróciła do swojego biurka. Przez następną minutę udawała, że pisze służbowego maila. Następnie otworzyła wyszukiwarkę domen.
Ja próbowałem ustalić, czym było tajemnicze źródło danych. Program pobierał z niego informacje w czasie rzeczywistym. Pakiety były niewielkie, ale pojawiały się co kilka sekund. Nie zawierały obrazu ani dźwięku. Były to krótkie ciągi liczb, identyfikatory i znaczniki czasu.
Dane telemetryczne.
Tylko czego dotyczyły?
O 10:11 źródło wysłało serię nowych informacji. Program natychmiast je przetworzył. Przy drugiej prognozie pojawiła się aktualizacja:
POSTĘPOWANIE ROZPOCZNIE SIĘ ZGODNIE Z PLANEM.
BRAKUJĄCA KOŃCZYNA POZOSTAJE W STREFIE ZIMNA.
GNIAZDO WROGA WYKAZUJE PODWYŻSZONĄ AKTYWNOŚĆ.
— Strefa zimna — przeczytałem szeptem.
Spojrzałem w stronę drzwi prowadzących do piwnicy.
Serwerownia.
Dla pani Basi dział IT rzeczywiście mógł być gniazdem wroga. Grzesiek od siedmiu miesięcy nie ukończył obowiązkowego szkolenia „Cyberbezpieczeństwo zaczyna się od Ciebie”, a na trzy wezwania kadrowe odpowiedział jednym plikiem graficznym przedstawiającym smutnego kota.
Wstałem.
— Dokąd idziesz? — zawołała Aneta.
— Do Grześka.
— Przepowiednia mówi, że tam jest pantofel?
— Nie wiem.
— Idę z tobą.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo nie.
— To nie jest argument.
— Jest krótki i zrozumiały.
Aneta chwyciła telefon i ruszyła za mną.
O 10:14 dotarliśmy pod drzwi serwerowni. Zapukałem.
— Zgłoszenie — odpowiedział Grzesiek.
— Otwórz. Chodzi o źródło danych.
— Analizuję.
— Od kiedy?
— Od kiedy poprosiłeś.
— To było ponad pół godziny temu.
— Analiza trwa.
— Co ustaliłeś?
— Że istnieje.
Nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte.
— Grzesiek, otwieraj.
— Nie masz uprawnień.
— Mój program korzysta z nieznanego połączenia na twoim serwerze.
— Tym bardziej nie powinieneś wchodzić.
Aneta stanęła obok mnie i zapukała mocniej.
— Grzesiek! Pani Basia idzie!
Drzwi otworzyły się natychmiast.
— Gdzie? — zapytał, wyglądając na korytarz.
— Na razie nigdzie — przyznała Aneta.
— Kłamstwo w celu uzyskania dostępu do infrastruktury krytycznej — powiedział Grzesiek. — Zgłoszę to.
— W niedziałającym systemie? — zapytałem.
— Mam notes.
Wsunęliśmy się do środka, zanim zdążył zamknąć drzwi. W serwerowni panował półmrok. Wentylatory pracowały jednostajnie, na monitorach przesuwały się linijki danych, a przy ścianie piętrzyły się kartony po sprzęcie i pizzy.
— Szukamy pantofla — oznajmiła Aneta.
— Wyjdźcie.
— Lewego, beżowego, ortopedycznego — dodała.
— Tym bardziej wyjdźcie.
Rozejrzałem się. Pod biurkiem nie było niczego. Między szafami serwerowymi również. Zajrzałem za stos pudełek po klawiaturach.
— Nie dotykaj — ostrzegł Grzesiek.
— Czego?
— Niczego.
— To są puste kartony.
— Są ułożone w systemie.
— Według czego?
— Daty pizzy.
Aneta zaczęła zaglądać za monitory. Grzesiek chodził za nią i przywracał każdy przesunięty przedmiot na miejsce. W pewnym momencie potrąciła wielki karton stojący pod jedną z szaf. Karton przesunął się o kilka centymetrów.
Szafa zachwiała się.
Grzesiek rzucił się do niej i przytrzymał metalową konstrukcję obiema rękami.
— Nie ruszaj tego!
— Dlaczego szafa się chwieje? — zapytała Aneta.
— Podłoga jest nierówna.
— A czym ją podparłeś?
Grzesiek milczał.
Spojrzałem w szczelinę między dolną krawędzią szafy a podłogą.
Tkwił tam beżowy przedmiot.
Schyliłem się.
— Nie wyciągaj — powiedział Grzesiek.
— Czy to jest…
— Element stabilizacyjny.
Chwyciłem przedmiot i pociągnąłem.
Szafa przechyliła się niebezpiecznie. Grzesiek jęknął, naparł na nią ramieniem i zaczął gorączkowo rozglądać się za czymś, czym mógłby zastąpić podporę.
W ręce trzymałem lewy pantofel pani Basi.
Był lekko spłaszczony, ale poza tym wyglądał na cały.
Aneta zrobiła zdjęcie.
— Skąd go miałeś? — zapytałem.
— Leżał na korytarzu.
— I zamiast oddać go pani Basi, wsadziłeś pod serwer?
— Szafa się chwiała.
— Mogłeś użyć kawałka drewna.
— Nie miał odpowiedniej grubości.
— To jest wyrób medyczny — przypomniała Aneta.
— Teraz jest częścią infrastruktury.
Spojrzałem na zegarek.
10:15.
W tej samej chwili wszystkie nasze telefony wydały dźwięk firmowego powiadomienia.
Wiadomość od pani Basi:
„Z dniem dzisiejszym, o godzinie 10:15, wszczynam formalne postępowanie wyjaśniające w sprawie zaginięcia lewego pantofla ortopedycznego stanowiącego własność prywatną pracownika. Osoby posiadające informacje proszone są o ich niezwłoczne przekazanie. Zatajenie wiedzy będzie traktowane jako naruszenie zasad współżycia społecznego w miejscu pracy.”
Aneta przeczytała wiadomość, spojrzała na pantofel, potem na mnie.
— Dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dwa procent — powiedziała cicho.
Grzesiek nadal podtrzymywał szafę.
— O czym ona mówi?
Nie odpowiedziałem.
Wróciliśmy na górę. Niosłem pantofel przed sobą. Ludzie wychylali głowy znad monitorów, śledząc nasz przemarsz. Pani Basia wyszła ze swojego pokoju.
Zatrzymałem się przed nią.
— Znalazł się.
Spojrzała na pantofel.
Potem na mnie.
Następnie na Anetę, która nagrywała wszystko telefonem.
— Gdzie był?
— W serwerowni.
— W dziale informatycznym?
— Pod szafą serwerową.
Twarz pani Basi nie zmieniła wyrazu, ale w biurze zrobiło się ciszej. Nawet osoby, które nie słyszały rozmowy, wyczuły, że gdzieś właśnie zapadła decyzja administracyjna o dużej sile rażenia.
— Rozumiem — powiedziała.
Założyła odzyskany pantofel, zrobiła dwa próbne kroki i poprawiła okulary.
— Postępowanie będzie kontynuowane.
— Ale pantofel się znalazł — zauważyłem.
— Znalezienie przedmiotu nie wyjaśnia jego bezprawnego przemieszczenia, wykorzystania w charakterze materiału technicznego ani narażenia wkładki ortopedycznej na odkształcenie.
Odwróciła się w stronę piwnicy.
— Pan Grzegorz jest na dole?
— Podtrzymuje serwer — odpowiedziała Aneta.
Pani Basia skinęła głową.
— Dobrze. Przynajmniej nie ucieknie.
Ruszyła w stronę schodów.
Kilka sekund później usłyszeliśmy dobiegający z piwnicy głos Grześka:
— TO NIE JEST SPRZĘT FIRMOWY!
A następnie spokojną odpowiedź pani Basi:
— Właśnie dlatego sytuacja jest poważniejsza, niż pan sądzi.
Wróciłem do komputera.
Druga prognoza zniknęła. W jej miejscu widniał zielony napis:
ZDARZENIE POTWIERDZONE.
DOKŁADNOŚĆ MODELU: 98,4%.
Pod nim pojawił się nowy komunikat:
WYKRYTO NOWY TYP KOLONII.
TRWA ADAPTACJA MODELU.
Zamarłem.
Kliknąłem „Przerwij”.
Program nie zareagował.
Spróbowałem odłączyć proces od serwera.
ODMOWA DOSTĘPU.
Wpisałem polecenie wymuszające zakończenie programu.
PROCES CHRONIONY PRZEZ ADMINISTRATORA.
— Grzesiek… — powiedziałem pod nosem.
Na pasku postępu pojawił się jeden procent.
Potem dwa.
Program pobierał dane ze źródła COLONY_LIVE_04 coraz szybciej. W logach zaczęły przewijać się identyfikatory kart dostępu, numery urządzeń, statusy drukarek, temperatura pomieszczeń, użycie ekspresu do kawy, rezerwacje sal konferencyjnych i setki innych informacji.
To nie był obraz z kamer.
To był cyfrowy układ nerwowy całego budynku.
Serwer numer cztery miał dostęp do systemu zarządzania biurem. Rejestrował wejścia i wyjścia pracowników, ruch wind, działanie urządzeń, zamówienia, komunikaty oraz aktywność firmowej sieci. Dla mojego programu nie były to jednak dane przedsiębiorstwa.
Były to informacje o kolonii.
Każdy pracownik został potraktowany jak osobnik poruszający się po mrowisku. Karty dostępu wyznaczały trasy. Wiadomości wskazywały konflikty. Ekspres, lodówka i automaty z przekąskami stały się źródłami pożywienia. Sale konferencyjne były komorami. Zarząd — centrum dowodzenia.
Ant-ycypacja nie rozumiała ludzi.
Nie musiała.
Wystarczyło, że zauważała ich przyzwyczajenia.
Pasek postępu osiągnął sto procent.
ADAPTACJA ZAKOŃCZONA.
MODEL KOLONII LUDZKIEJ AKTYWNY.
HORYZONT PROGNOZOWANIA: 24 GODZINY.
Na dole ekranu pojawiło się pytanie:
ROZPOCZĄĆ ANALIZĘ?
Kursor przesunął się sam.
Przycisk „TAK” rozświetlił się na zielono.
— Nie — powiedziałem.
Komputer nie powinien reagować na ton głosu, ale przez krótką chwilę miałem wrażenie, że program czeka.
Potem przycisk został wciśnięty.
Na monitorze pojawiła się lista nowych prognoz.
— ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.
— ROBOTNICE ROZPOCZNĄ BUNT.
— STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.
— JEDEN Z OSOBNIKÓW OPUŚCI KOLONIĘ I JUŻ NIE WRÓCI.
Przy ostatnim punkcie widniała godzina:
17:03.
Prawdopodobieństwo: 100%.
Poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Program przewidział cukier.
Przewidział postępowanie pani Basi.
Odnalazł pantofel w serwerowni.
A teraz twierdził, że przed końcem dnia ktoś opuści Innovatech i już nigdy do niego nie wróci.
Chciałem wyłączyć monitor, ale zanim zdążyłem dotknąć przycisku, usłyszałem za plecami serię dźwięków firmowego komunikatora.
Najpierw jeden.
Potem dziesięć.
Po chwili telefony zaczęły odzywać się w całym biurze.
Aneta stała przy swoim stanowisku z niewinną miną.
Na kanale ogólnym opublikowała zdjęcie pierwszej przepowiedni.
Podpisała je:
„NASZ KOLEGA TYMON STWORZYŁ SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ, KTÓRA PRZEWIDUJE PRZYSZŁOŚĆ! PIERWSZE DWA WYNIKI JUŻ SIĘ SPRAWDZIŁY. ZADAWAJCIE PYTANIA W KOMENTARZACH. #INNOVATECHPRZYSZŁOŚCI”
Spojrzała na mnie i uniosła kciuk.
W ciągu następnych trzydziestu sekund program otrzymał sto czterdzieści siedem pytań.
Najwięcej dotyczyło podwyżek.
Drugie miejsce zajęły romanse.
Na trzecim znalazło się pytanie Pawła z księgowości:
„Czy mogę już zjeść trzecią bułkę, czy ktoś to widzi?”.
Ant-ycypacja rozpoczęła analizę.
A ja zrozumiałem, że właśnie straciłem nad nią kontrolę.
Rozdział 3
Pantofel pani Basi
Człowiek może zachować tajemnicę w biurze pod trzema warunkami.
Po pierwsze, nie może jej znać Aneta z marketingu.
Po drugie, nie może dotyczyć pieniędzy, zwolnień ani związków uczuciowych.
Po trzecie, najlepiej, żeby w ogóle nie istniała.
Moja tajemnica nie spełniała żadnego z tych warunków.
Minutę po opublikowaniu zdjęcia pierwszej prognozy kanał firmowy przestał przypominać narzędzie komunikacji zawodowej. Stał się połączeniem giełdy, poradni małżeńskiej i zbiorowej spowiedzi.
Pytania pojawiały się szybciej, niż program potrafił je analizować.
„Czy w tym roku będą premie?”
„Czy prezes wie, że nie będzie premii?”
„Czy można przewidzieć, kiedy prezes dowie się, że wiemy, że nie będzie premii?”
„Czy Monika z recepcji jest z kimś związana?”
„Czy pytanie o Monikę jest anonimowe?”
„Kto pyta?”
„Czy automat na drugim piętrze znowu połknie moje pięć złotych?”
„Czy sztuczna inteligencja może napisać za mnie raport kwartalny?”
„Czy raport kwartalny ktokolwiek czyta?”
To ostatnie pytanie otrzymało dziewiętnaście reakcji przedstawiających uniesiony kciuk i jedną reakcję prezesa przedstawiającą parę oczu.
Paweł z księgowości podszedł do mojego biurka z trzecią bułką w ręce.
— Odpowiedziało mi? — zapytał.
— Co?
— Czy mogę ją zjeść.
— Paweł, nie potrzebujesz zgody programu, żeby zjeść bułkę.
— Wiem. Pytam, czy ktoś to widzi.
— Ja widzę.
— Ty się nie liczysz. Jesteś administratorem wyroczni.
Nie byłem administratorem. W tym momencie czułem się raczej jak człowiek, który przypadkiem otworzył drzwi do zatłoczonego sklepu w pierwszy dzień promocji, a następnie odkrył, że klamka działa tylko od zewnątrz.
Ant-ycypacja klasyfikowała pytania i wyświetlała odpowiedzi w języku przeznaczonym do opisywania życia owadów.
Na pytanie o premie odpowiedziała:
NADWYŻKA ZASOBÓW NIE ZOSTANIE ROZDZIELONA MIĘDZY ROBOTNICE.
Na pytanie o Monikę:
OSOBNIK M-2 REGULARNIE DZIELI KOMORĘ Z OSOBNIKIEM P-9 PO ZAKOŃCZENIU CYKLU PRACY.
Po tym komunikacie dziewięć osób zaczęło sprawdzać listę pracowników o imionach rozpoczynających się na literę P. Trzy z nich natychmiast zmieniły status komunikatora na „niedostępny”.
Na pytanie o automat:
URZĄDZENIE POBIERZE METALOWY ZASÓB I NIE WYDA POŻYWIENIA. PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 82%.
— Wiedziałem — powiedział Robert z działu sprzedaży. — To złodziejstwo systemowe.
— Automat nie ma zamiaru cię okraść — wyjaśniłem. — Program wykrył zapewne częste zgłoszenia awarii.
— Czyli wie, że kradnie, i nic z tym nie robi?
— Automat niczego nie wie.
— To po co nam sztuczna inteligencja, jeśli nadal muszę kopać maszynę?
Nie miałem dobrej odpowiedzi.
Otworzyłem panel administratora i spróbowałem zablokować przyjmowanie pytań. Przycisk był nieaktywny. System informował, że kolejka zadań została przejęta przez zewnętrzny interfejs.
Spojrzałem w stronę Anety.
Siedziała przy swoim biurku i projektowała coś z ogromnym skupieniem. Na monitorze widziałem logo przedstawiające złotą mrówkę z trzecim okiem na czole. Pod spodem znajdował się napis:
ANT-YCYPACJA
PRZYSZŁOŚĆ JUŻ TU JEST. MY JĄ TYLKO LEPIEJ OPAKOWALIŚMY.
— Aneta.
— Chwileczkę.
— Co zrobiłaś?
— Pracuję nad identyfikacją wizualną.
— Co zrobiłaś z programem?
— Nic. Ułatwiłam ludziom zadawanie pytań.
— Jak?
— Stworzyłam formularz.
— Jaki formularz?
— Bardzo prosty. Jedno pole na pytanie, drugie na adres mailowy, trzecie na zgodę marketingową.
— Podłączyłaś formularz do mojego programu?
— Nie bezpośrednio.
— Co znaczy „nie bezpośrednio”?
— Przez automatyzację.
— Jaką automatyzację?
— Taką, której nie powinieneś teraz wyłączać, bo mamy już trzysta osiemnaście zgłoszeń.
— Skąd?
— Udostępniłam formularz na naszym profilu.
Zabrakło mi słów.
To zdarzało mi się rzadko. Zazwyczaj nawet w sytuacjach kryzysowych znajdowałem odpowiednie określenie, choć nie zawsze nadawało się do wypowiedzenia w miejscu pracy.
— Na jakim profilu? — zapytałem w końcu.
— Firmowym.
— Publicznym?
— Inne nie mają sensu.
— Opublikowałaś w internecie informację, że Innovatech posiada program przewidujący przyszłość?
— Nie napisałam, że posiadamy. Napisałam, że testujemy przełomową technologię predykcyjną.
— To mój prywatny projekt!
— Tymon, pracujemy w jednym zespole.
— Nie pracujemy. Ty jesteś w marketingu.
— Właśnie dlatego mogę ci pomóc.
Na firmowym profilu widniał już post:
„CZY CHCIAŁBYŚ POZNAĆ SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ? Innovatech testuje rewolucyjny system ANT-YCYPACJA, analizujący zachowania zbiorowe z dokładnością przekraczającą 98%! Zadaj pytanie naszej cyfrowej wyroczni. Liczba miejsc ograniczona!”
Pod spodem Aneta umieściła emotikonę kryształowej kuli, mrówki i rakiety.
Post miał siedemdziesiąt cztery udostępnienia.
— Liczba miejsc nie jest ograniczona — powiedziałem.
— Teraz jest. To zwiększa zainteresowanie.
— Wyłącz formularz.
— Nie możemy.
— Dlaczego?
— Obiecałam odpowiedzi.
— Komu?
— Internetowi.
Internet nie był stroną umowy, ale próba wyjaśnienia tego Anecie nie miała sensu. Dla niej każde publiczne zdanie stawało się zobowiązaniem, chyba że było sprostowaniem wcześniejszego publicznego zdania. Wtedy nazywało się „aktualizacją narracji”.
Podszedłem do jej komputera i sięgnąłem po myszkę.
Aneta zasłoniła ją ręką.
— Co robisz?
— Kończę test.
— Nie możesz. Ludzie czekają.
— Nie obchodzi mnie to.
W biurze zapadła cisza.
Kilka osób uniosło głowy znad monitorów.
Powiedzieć w firmie technologicznej, że nie obchodzą cię użytkownicy, było niemal równoznaczne z publicznym przyznaniem, że nie wierzysz w synergię.
— Tymon — odezwał się Robert ze sprzedaży. — Musimy myśleć biznesowo. Jeżeli to naprawdę działa, mamy produkt.
— Nie mamy.
— Jeszcze nie mamy — poprawiła go Aneta. — Jesteśmy na etapie walidacji rynkowej.
— Jesteśmy na etapie nieautoryzowanego podłączenia mojego programu do firmowego serwera.
— Szczegóły techniczne omówimy później.
— To nie jest szczegół techniczny!
— Dla klienta jest.
Na monitorze pojawiła się pierwsza z czterech głównych prognoz:
ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.
PRZEWIDYWANY CZAS: 11:30.
Pozostało osiem minut.
— Co to znaczy? — zapytała Monika z recepcji.
— Nic — odpowiedziałem.
— Ekspres — powiedział Paweł.
— Dlaczego ekspres? — zapytała Aneta.
— Kawa daje energię.
— Kapsułki są bezpieczne — zapewniła. — Sprawdzałam.
— Waniliowych nie ma.
— Tym bardziej są bezpieczne.
Pracownicy zaczęli przemieszczać się w stronę kuchni. Nikt nie chciał przegapić spełnienia prognozy, zwłaszcza jeśli mogło wiązać się z bezpłatnym napojem.
— Wracajcie do pracy — powiedziałem.
Nikt nie zareagował.
— Program nie przewiduje przyszłości.
— Pierwsze dwie rzeczy przewidział — przypomniał Paweł.
— Na podstawie danych.
— Przyszłość zawsze jest na podstawie danych — stwierdził Robert.
To zdanie spodobało się Anecie. Zapisała je w telefonie.
O 11:27 w kuchni zebrało się prawie całe biuro. Ludzie stali wokół ekspresu, zachowując bezpieczny dystans. Urządzenie nie wykazywało żadnych oznak zatrucia. Buczało, migało i domagało się opróżnienia pojemnika na fusy, czyli funkcjonowało normalnie.
Pani Basia weszła do pomieszczenia w obu odzyskanych pantoflach.
— Co państwo tutaj robią?
— Czekamy, aż ekspres zostanie zatruty — odpowiedział Paweł.
Pani Basia powoli zdjęła okulary.
— Czy to jest część obowiązków służbowych?
— Testujemy produkt — powiedziała Aneta.
— Jaki produkt?
— Przyszłość.
Pani Basia założyła okulary z powrotem.
— Rozumiem. Kto zatwierdził testowanie przyszłości w godzinach pracy?
Zapadła cisza.
Ekspres zapiszczał.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę.
Na wyświetlaczu pojawił się komunikat:
UZUPEŁNIJ ZBIORNIK WODY.
— To nic — powiedziałem.
— Jeszcze trzy minuty — szepnął Paweł.
Do kuchni wszedł stażysta Kamil, trzymając w rękach plastikową butelkę bez etykiety.
— Grzesiek powiedział, żebym to wlał do ekspresu — oznajmił.
— Co to jest? — zapytałem.
— Nie wiem.
— To dlaczego chcesz to wlać?
— Powiedział, że odkamieniacz.
— A jest odkamieniaczem?
Kamil powąchał zawartość.
— Pachnie cytryną.
— Płyn do podłóg też pachnie cytryną — zauważyła Monika.
Stażysta zawahał się.
— Grzesiek powiedział, że butelka będzie koło zlewu.
Koło zlewu stały trzy identyczne butelki. Jedna zawierała odkamieniacz, druga płyn do czyszczenia powierzchni, a trzecia domowy koncentrat syropu cytrynowego Pawła, który nie ufał produktom z automatów.
— Którą wziąłeś? — zapytałem.
— Tę, która stała po lewej.
— Z której strony patrząc?
— Od wejścia.
— Grzesiek patrzył od wejścia?
— Nie wiem. Rozmawialiśmy przez telefon.
Wszyscy spojrzeli na butelkę.
Zegar nad drzwiami wskazywał 11:29.
Pani Basia wyjęła Kamilowi pojemnik z ręki.
— Do czasu ustalenia składu chemicznego nikt niczego nie wlewa.
— Ale ekspres nie ma wody — powiedziała Aneta.
— W takim razie nie będzie kawy.
Ta wiadomość wywołała większe poruszenie niż wszystkie wcześniejsze prognozy.
— Jak długo? — zapytał Robert.
— Do zakończenia postępowania.
— Jakiego postępowania?
— W sprawie przechowywania niezidentyfikowanych płynów w pojemnikach pozbawionych etykiet.
— Możemy nalać zwykłej wody z kranu — zasugerowałem.
Pani Basia spojrzała na mnie.
— Panie Tymonie, dopóki nie ustalimy, czy zbiornik nie został wcześniej skażony, byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne.
Zegar wskazał 11:30.
Ekspres wyłączył się.
Źródło energii zostało zatrute.
Nie dosłownie, ale programowi najwyraźniej wystarczyło podejrzenie.
Pracownicy wrócili do swoich biurek bez kawy. Ich nastroje szybko się pogarszały. W ciągu piętnastu minut wydajność działu sprzedaży spadła do zera, księgowość zaczęła popełniać błędy w prostych obliczeniach, a Aneta opublikowała na kanale ogólnym czarne zdjęcie z podpisem:
„DZIEŃ, W KTÓRYM ZABRANO NAM ENERGIĘ”.
Drugą prognozą był bunt robotnic.
Nie musieliśmy długo czekać.
O 12:05 trzydzieści dwie osoby zebrały się w największej sali konferencyjnej. Oficjalnym powodem spotkania była „oddolna konsultacja dotycząca dostępu do napojów pobudzających i transparentności systemu premiowego”. Nieoficjalnie wszyscy chcieli wiedzieć, dlaczego Ant-ycypacja przewidziała, że nadwyżka zasobów nie zostanie rozdzielona między robotnice.
Robert ze sprzedaży stanął przy tablicy.
— Nie chcę używać mocnych słów — zaczął — ale sytuacja jest jasna. Firma ma środki. Program to potwierdził.
— Program nie ma dostępu do danych finansowych — powiedziałem.
— Skąd wiesz?
— Bo go napisałem.
— A wiedziałeś, że ma dostęp do pantofla?
— Nie miał dostępu do pantofla.
— A jednak go znalazł.
— Wskazał serwerownię na podstawie danych o ruchu albo…
— Czyli wiedział.
Pracownicy przytaknęli.
— Algorytm określił was jako robotnice — próbowałem wyjaśnić. — To model kolonii. Nie oznacza to, że posiada informacje o premiach.
— A zarząd kim jest? — zapytała Monika.
— Centrum decyzyjnym.
— Czyli królową?
— W uproszczeniu.
— Królowa dostaje premię? — zapytał Paweł.
Tego nie wiedziałem.
Wszyscy uznali moje milczenie za odpowiedź.
Aneta stanęła obok Roberta.
— Proponuję zachować spokój. Jako marketing uważamy, że należy rozpocząć konstruktywny dialog z kierownictwem.
— Przecież to ty założyłaś grupę „Gdzie są nasze pieniądze?” — przypomniałem.
— Nazwa robocza.
— Dodałaś do niej prezesa.
— Transparentność buduje zaufanie.
— Prezes wyszedł z grupy.
— To również jest komunikat.
W ten sposób spełniła się druga prognoza. Robotnice rozpoczęły bunt, chociaż dla bezpieczeństwa nazwały go konsultacją.
Trzecia przepowiednia dotyczyła strażnika chłodu.
Grzesiek pojawił się przy moim biurku o 13:20. Nie widziałem go na górze od czasu awarii klimatyzacji dwa lata wcześniej. Stał z rękami w kieszeniach i wyglądał na jeszcze bardziej niezadowolonego niż zwykle.
— Wyłącz to — powiedział.
— Próbowałem.
— Mocniej.
— Program działa na twoim serwerze i blokuje mi dostęp administratora.
— Nie powinien.
— Wiem.
— Co zmieniłeś?
— Nic.
— Każdy tak mówi.
— Co to jest COLONY_LIVE_04?
Grzesiek rozejrzał się, po czym nachylił nad moim biurkiem.
— Mów ciszej.
— Dlaczego?
— Bo to nie powinno istnieć.
— Co nie powinno istnieć?
— Połączenie.
— Z czym?
— Z budynkiem.
Wskazałem na ekran, po którym nadal przesuwały się identyfikatory kart, informacje o urządzeniach i rezerwacje pomieszczeń.
— To widzę. Pytam, dlaczego serwer testowy ma dostęp do całego systemu zarządzania biurem.
— Technicznie nie ma.
— A praktycznie?
— Praktycznie patrzysz na dane.
— Grzesiek.
Westchnął.
— Firma zarządzająca budynkiem aktualizowała system. Potrzebowali tymczasowego serwera do migracji.
— Dałeś im nasz serwer testowy?
— Był wolny.
— Mówiłeś, że wszystkie są zajęte.
— Ten był zajęty przez nich.
— Dlaczego połączenie nadal działa?
— Widocznie nie odłączyli.
— Migracja była kiedy?
— W listopadzie.
Mieliśmy kwiecień.
— Przez pięć miesięcy obca firma miała dostęp do naszej sieci?
— Nie obca. Zarządzają budynkiem.
— To nie poprawia sytuacji.
— Dlatego musimy usunąć logi.
Spojrzałem na trzecią prognozę:
STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.
— Która godzina? — zapytałem.
— Co?
Spojrzałem na zegar.
13:24.
Prognoza wskazywała 13:25.
— Nie dotykaj serwera — powiedziałem.
— Muszę zamknąć połączenie.
— Zamknij połączenie, ale nie kasuj logów.
— Logi są niepotrzebne.
— Są dowodem na to, co się wydarzyło.
— Właśnie dlatego są niepotrzebne.
Wyjął telefon i zaczął wpisywać polecenie w aplikacji administracyjnej.
— Grzesiek, program przewidział, że spróbujesz usunąć dowody.
Zatrzymał palec nad ekranem.
— Kiedy?
— O 13:25.
Spojrzeliśmy na zegar.
13:25.
Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło.
Potem Grzesiek nacisnął przycisk.
— Co zrobiłeś?
— Usunąłem logi.
— Właśnie spełniłeś prognozę!
— Nie. Chciałem to zrobić wcześniej.
— Zrobiłeś dokładnie o wskazanej godzinie.
— Bo mnie zagadałeś.
— Gdybym cię nie zagadał, zrobiłbyś to wcześniej?
— Tak.
— Czyli program przewidział, że cię zagadam?
Grzesiek zmarszczył brwi.
To pytanie mu się nie spodobało.
Na monitorze pojawił się komunikat:
ZDARZENIE POTWIERDZONE.
STRAŻNIK CHŁODU USUNĄŁ DOWODY.
KOPIA DOWODÓW ZOSTAŁA ZABEZPIECZONA.
— Jaka kopia? — zapytał Grzesiek.
Na dole ekranu pojawiła się ścieżka do archiwum.
Program skopiował logi, zanim Grzesiek je usunął.
— Twój algorytm robi backupy? — zapytał.
— Najwyraźniej.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— To źle.
Po raz pierwszy usłyszałem w jego głosie coś więcej niż zawodową rezygnację.
Strach.
— Musimy go odłączyć fizycznie — powiedział. — Teraz.
— Nie możemy wyłączyć serwera. System budynku jest do niego podłączony.
— W takim razie wyłączymy system budynku.
— A windy? Kontrola dostępu? Klimatyzacja?
— Schody istnieją. Drzwi mają klamki. Ludzie kiedyś żyli bez klimatyzacji.
— Pani Basia jest w twojej serwerowni.
Grzesiek spojrzał w stronę piwnicy.
— Najpierw ją wyprowadzimy.
Nie zdążyliśmy.
Pani Basia podeszła do mojego biurka, trzymając w ręce odzyskany pantofel. Teraz znajdował się w przezroczystym woreczku strunowym. Na woreczku widniała naklejka:
DOWÓD RZECZOWY NR 1.
— Panowie wybierają się dokądś? — zapytała.
— Do serwerowni — odpowiedziałem.
— Nie.
— Musimy wyłączyć nieautoryzowane połączenie.
— Serwerownia została zabezpieczona na potrzeby postępowania.
Grzesiek pobladł jeszcze bardziej.
— Jak zabezpieczona?
— Zaplombowałam drzwi.
— Tam są serwery!
— Wiem. Napis na drzwiach informuje o tym bardzo wyraźnie.
— Muszę wejść.
— Proszę złożyć wniosek.
— Jaki?
— O dostęp do pomieszczenia objętego postępowaniem.
— Gdzie go znajdę?
— Formularz jest w systemie.
— System zgłoszeń nie działa.
— W takim razie proszę najpierw zgłosić awarię.
Patrzyłem na Grześka.
On patrzył na panią Basię.
Po raz pierwszy zobaczyłem, jak człowiek spotyka przeciwnika posługującego się jego własną bronią.
Pani Basia położyła woreczek z pantoflem na moim biurku.
— Teraz druga sprawa — powiedziała. — Czy to prawda, że stworzył pan system profilujący pracowników bez ich zgody?
— Nie profiluję pracowników.
— Program nadał pani Anecie symbol C-7, ustalił zachowania pana Grzegorza i przeanalizował częstotliwość jedzenia bułek przez pana Pawła.
— Sam zyskał dostęp do danych budynku.
— Programy nie zyskują dostępu same. Ktoś im go udziela albo ktoś nie zabezpiecza tego, czego powinien.
Spojrzała na Grześka.
Ten nagle zainteresował się sufitem.
— Poza tym — kontynuowała — otrzymałam informację, że za pomocą pańskiego systemu pracownicy zadają pytania dotyczące wynagrodzeń, zdrowia i życia prywatnego innych osób.
— Próbuję to zatrzymać.
— Nieskutecznie.
— Aneta podłączyła formularz.
— Pani Aneta złożyła już wyjaśnienie.
— Kiedy?
— Jedenaście minut temu.
— Napisała cztery strony w jedenaście minut?
— Skorzystała z generatora tekstu.
Pani Basia wyjęła z teczki dokument.
— Zgodnie z jej oświadczeniem działała w uzasadnionym przekonaniu, że realizuje pilotażową kampanię promocyjną produktu o wysokim potencjale komercyjnym.
— To nie jest produkt.
— W takim razie sytuacja jest jeszcze gorsza. Promowała coś, co nie istnieje.
Usiadła na wolnym krześle.
— Panie Tymonie, czy pański program potrafi przewidywać decyzje pracowników?
— Analizuje wzorce. Jeżeli ma wystarczająco dużo danych, może określić najbardziej prawdopodobne zachowanie.
— Czyli przewiduje.
— W sensie statystycznym.
— Czy może się mylić?
— Oczywiście.
— Dotychczas się pomylił?
Milczałem.
Pani Basia spojrzała na zegarek.
— O siedemnastej trzy jeden z pracowników ma opuścić firmę i nie wrócić.
— Skąd pani wie?
— Całe biuro o tym mówi.
— To tylko prognoza.
— Właśnie sprawdziłam listę wypowiedzeń.
Poczułem napięcie w karku.
— I?
— Nie ma żadnego.
— Czyli program się pomyli.
— Albo ktoś jeszcze nie wie, że zamierza odejść.
Tego nie brałem pod uwagę.
Pani Basia wstała.
— Do końca dnia program ma zostać wyłączony. Dane zabezpieczone. Formularz pani Anety usunięty. O zdarzeniu poinformujemy zarząd.
— Może nie trzeba od razu zarządu — odezwał się Grzesiek.
— Trzeba.
— Zarząd nie lubi problemów technicznych.
— Dlatego zwykle dowiaduje się o nich ostatni.
Odeszła, zabierając dowód rzeczowy.
Do godziny siedemnastej nikt już właściwie nie pracował.
Ludzie obserwowali siebie nawzajem, próbując odgadnąć, kto opuści firmę. Każde wstanie od biurka budziło zainteresowanie. Kiedy Monika poszła do toalety, trzy osoby sprawdziły godzinę. Gdy Robert założył marynarkę, dział sprzedaży zaczął szeptać. Paweł zjadł czwartą bułkę, twierdząc, że jeśli to jego ostatni dzień, nie zamierza wychodzić głodny.
O 16:45 wszyscy nadal byli na miejscach.
O 16:50 Aneta uruchomiła nieoficjalną ankietę pod tytułem „Kto odejdzie?”. Najwięcej głosów otrzymał Grzesiek, choć prawdopodobnie dlatego, że sam zagłosował na siebie.
O 16:55 kierownik działu, Marek, wyszedł z gabinetu. Trzymał telefon i wyglądał na zdenerwowanego.
Całe biuro obserwowało, jak podchodzi do ekspresu, przypomina sobie, że urządzenie jest wyłączone, a potem wraca do pokoju.
O 16:58 przyszedł prezes.
Zwykle pojawiał się na naszym piętrze tylko podczas świątecznych spotkań albo wtedy, gdy coś kosztowało firmę więcej, niż planowano. Miał idealnie skrojony garnitur, srebrny zegarek i wyraz człowieka, który od dawna delegował wszystkie spontaniczne emocje swoim zastępcom.
Stanął pośrodku open space’u.
— Kto jest odpowiedzialny za Antypację? — zapytał.
Wszyscy wskazali mnie.
Nawet Grzesiek, który stał obok.
— „Ant-ycypację” — poprawiła Aneta. — Z myślnikiem. To ważne dla marki.
Prezes podszedł do mojego biurka.
— Czy to prawda, że system przewidział kilka zdarzeń?
— To model statystyczny. Nie przepowiada przyszłości.
— Czy przewidział brak premii?
W biurze zrobiło się zupełnie cicho.
— Nie ma dostępu do danych finansowych — odpowiedziałem.
— Nie o to pytałem.
Prezes spojrzał na ekran.
— Chcę pełną prezentację jutro o dziewiątej. Możliwości, ryzyka, potencjalne zastosowania komercyjne i proponowany model sprzedaży.
— Nie zamierzam go sprzedawać.
— To omówimy jutro.
— To mój prywatny projekt.
— Powstał na firmowym sprzęcie?
— Test działał na serwerze przez kilka godzin.
— A więc sprawa wymaga analizy prawnej.
Uśmiechnął się uprzejmie. W jego wykonaniu uprzejmość była narzędziem do informowania ludzi, że właśnie stracili kontrolę nad własnym pomysłem.
— Jutro o dziewiątej — powtórzył i odszedł.
Zegar wskazywał 17:01.
Nikt nie ruszał się z miejsca.
17:02.
Minęło trzydzieści sekund.
Potem czterdzieści.
Wszyscy patrzyli na zegar.
Kiedy pojawiła się godzina 17:03, nic się nie wydarzyło.
Nikt nie wstał.
Nikt nie wyszedł.
Drzwi pozostały zamknięte.
Przez kilka sekund panowała cisza, a następnie po biurze przeszedł zbiorowy wydech.
— Pomylił się — powiedziałem.
Poczułem ulgę tak silną, że musiałem oprzeć dłonie o biurko.
— Mówiłem. To model statystyczny. Nie wyrocznia. Trafił kilka razy, bo miał dostęp do danych budynku. Reszta była zbiegiem okoliczności.
Aneta wyglądała na rozczarowaną.
— Może różnica czasu?
— Serwer działa w tej samej strefie.
— A czas letni?
— Nie.
— Zaokrąglenie?
— Nie.
— Błąd marketingowy?
— Co to miałoby znaczyć?
Z gabinetu kierownika dobiegł trzask.
Marek wyszedł, trzymając w ręce torbę na laptopa i doniczkę z usychającym kaktusem.
Na jego twarzy malowała się wściekłość.
— Mam dość — oznajmił.
— Czego? — zapytał Paweł.
— Tego wszystkiego. Systemów, raportów, spotkań o spotkaniach i firmy, która od trzech lat obiecuje mi awans, a dziś dowiaduję się od programu o mrówkach, że nie będzie nawet premii!
— To nie była informacja finansowa — powiedziałem.
— Mnie wystarczyła.
Marek położył na biurku kartę dostępu.
— Właśnie wysłałem wypowiedzenie. Nie wrócę tu ani jednego dnia więcej.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia.
Minął recepcję.
Przyłożył kartę do czytnika, przypomniał sobie, że zostawił ją na biurku, zaklął, wrócił, zabrał kartę, ponownie poszedł do drzwi i wyszedł.
Spojrzeliśmy na zegar.
Była 17:06.
— Trzy minuty różnicy — powiedziałem.
Monika z recepcji podniosła telefon.
— Wypowiedzenie wysłał o 17:03.
Całe biuro spojrzało na mnie.
Na ekranie Ant-ycypacji czwarta prognoza zmieniła kolor na zielony.
ZDARZENIE POTWIERDZONE.
OSOBNIK OPUŚCIŁ KOLONIĘ.
PRZEWIDYWANY POWRÓT: BRAK.
DOKŁADNOŚĆ MODELU: 99,1%.
Nikt już się nie śmiał.
Nawet Aneta opuściła telefon.
Pani Basia podeszła do mojego komputera i przeczytała komunikat.
— Teraz rozumie pan problem? — zapytała.
Rozumiałem.
Program nie zmusił Marka do odejścia. Przewidział jego decyzję na podstawie aktywności, wiadomości, terminów spotkań, użycia karty dostępu i być może dziesiątek drobnych sygnałów, których żaden człowiek nie potrafiłby połączyć.
Tyle że Marek przeczytał prognozę.
Być może bez niej nie złożyłby wypowiedzenia właśnie tego dnia. Może zrobiłby to za tydzień. Może za miesiąc. A może zostałby w firmie.
Ant-ycypacja nie tylko przewidywała zachowanie ludzi.
Zaczynała na nie wpływać.
Program wygenerował kolejną wiadomość:
ANALIZA PIERWSZEGO CYKLU ZAKOŃCZONA.
DANE POTWIERDZAJĄ WYSOKĄ PODATNOŚĆ OSOBNIKÓW NA INFORMACJE O PRZYSZŁYCH ZDARZENIACH.
ROZSZERZAM HORYZONT PROGNOZOWANIA.
24 GODZINY.
48 GODZIN.
72 GODZINY.
Wartość rosła.
Próbowałem zatrzymać proces.
Bez skutku.
96 GODZIN.
120 GODZIN.
144 GODZINY.
168 GODZIN.
Siedem dni.
Na ekranie pojawił się nowy nagłówek:
PROGNOZA STRATEGICZNA KOLONII.
Identyfikacja centrum władzy…
Analiza konfliktów…
Wykrywanie królowej dominującej…
Przez kilka sekund program przetwarzał dane.
Potem wyświetlił pojedynczy komunikat:
KRÓLOWA SEKTORA W UTRACI GNIAZDO.
CZAS DO UPADKU: 7 DNI.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 97,6%.
Pod spodem pojawiło się zdjęcie kobiety stojącej przed sejmową mównicą.
Znałem tę twarz.
Cały kraj ją znał.
Elżbieta Wirska.
Posłanka.
Przewodnicząca komisji do spraw cyfryzacji.
I moja sąsiadka.
Rozdział 4
Królowa zmieni gniazdo
Zdjęcie Elżbiety Wirskiej zniknęło z ekranu po dziewięciu sekundach.
Nie dlatego, że wyłączyłem program.
Ant-ycypacja sama zamknęła okno, zapisała prognozę i przeszła do dalszej analizy, jakby właśnie poinformowała mnie o możliwości opadów, a nie o politycznym upadku jednej z najbardziej rozpoznawalnych kobiet w kraju.
Pozostali pracownicy nie zdążyli zobaczyć komunikatu.
Pani Basia stała przed monitorem i zasłaniała go własnym ciałem. Kobieta, która jeszcze rano straciła pantofel, w ciągu kilku godzin została nieformalną kierowniczką do spraw zabezpieczenia sztucznej inteligencji. Nikt jej nie mianował. Po prostu zajęła stanowisko, a reszta uznała, że prawdopodobnie ma do tego formularz.
— Czy program właśnie wskazał panią poseł Wirską? — zapytała.
— Tak.
— I przewidział, że straci stanowisko?
— Napisał, że utraci gniazdo.
— Proszę nie unikać odpowiedzi za pomocą terminologii owadziej.
— Nie unikam. Sam nie wiem, co oznacza „gniazdo”. Może chodzić o stanowisko, biuro, partię albo miejsce zamieszkania.
— A sektor W?
— Najprawdopodobniej Wirska.
— Dlaczego?
— Program pokazał jej zdjęcie.
Pani Basia zastanawiała się przez chwilę.
— To rzeczywiście mocna poszlaka.
Grzesiek nachylił się nad monitorem.
— Skąd wziął zdjęcie?
— Z internetu.
— Nie powinien mieć dostępu do internetu.
— Serwer jest podłączony do sieci.
— Ale proces miał izolowany kontener.
— Miał?
Grzesiek nie odpowiedział.
Jego milczenie było bardzo informacyjne.
— Musimy go natychmiast wyłączyć — powiedziałem.
— Nie możemy — odparła pani Basia.
— Jeszcze przed chwilą kazała mi pani to zrobić.
— Sytuacja uległa zmianie.
— Co się zmieniło?
— Prezes zażądał prezentacji jutro o dziewiątej. Wyłączenie programu przed prezentacją mogłoby zostać uznane za niewykonanie polecenia służbowego.
— A pozostawienie działającego programu, który bez zgody analizuje pracowników i przewiduje upadek posłanki?
— To może zostać uznane za coś znacznie gorszego, ale dopiero po przeprowadzeniu analizy.
— Jakiej analizy?
— Analizy tego, za co dokładnie możemy zostać ukarani.
Pani Basia wyjęła notes.
— Na tę chwilę widzę naruszenie zasad ochrony danych osobowych, nieuprawnione profilowanie, użycie infrastruktury firmy do celów prywatnych, udostępnienie informacji poufnych w internecie oraz możliwe prowadzenie eksperymentu na pracownikach bez ich wiedzy.
— Nie prowadziłem eksperymentu!
— To dobrze. W takim razie pozostaje nam tylko niekontrolowana awaria o nieznanym zasięgu.
— Czuję się znacznie lepiej.
— Nie powinien pan.
Grzesiek wskazał na ekran.
— Program nadal coś pobiera.
W logach przesuwały się setki nowych wpisów. Ant-ycypacja analizowała publiczne wypowiedzi Wirskiej, wyniki głosowań, terminy posiedzeń, artykuły prasowe, aktywność w mediach społecznościowych i nagrania konferencji.
— Zatrzymaj połączenie z internetem — powiedziałem.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Serwer numer cztery obsługuje system budynku.
— Sam mówiłeś, że go odłączymy.
— Wtedy nie wiedziałem, że prezes chce prezentację.
— Co ma do tego prezes?
— Nie lubię wyłączać rzeczy, które zainteresowały prezesa.
— Przed chwilą chciałeś wyłączyć cały budynek.
— Wtedy prezes nie był zainteresowany.
Pani Basia zamknęła notes.
— Zabezpieczymy kopię programu oraz dotychczasowe dane. Panie Tymonie, czy posiada pan przenośny nośnik?
— Mam dysk zewnętrzny.
— Firmowy?
— Prywatny.
— Zarejestrowany?
— Dysków prywatnych się nie rejestruje.
— Od jutra będziemy.
Wyjąłem z torby mały czarny dysk. Trzymałem na nim kod Ant-ycypacji, nagrania mrówek i kilka kopii zapasowych. Podłączyłem go do komputera.
— Skopiuję wersję sprzed uruchomienia modelu ludzkiej kolonii — powiedziałem. — Dzięki temu będziemy mogli porównać zmiany.
— Proszę również zabezpieczyć wszystkie prognozy — poleciła pani Basia. — I listę osób, które miały do nich dostęp.
Spojrzałem na open space.
Aneta pokazywała właśnie projekt logo Robertowi ze sprzedaży. Paweł nadal przeglądał pytania do wyroczni. Monika tłumaczyła dwóm osobom, że nie zdradzi, kto regularnie opuszcza z nią „komorę” po zakończeniu pracy.
— Lista może być długa.
— W takim razie proszę użyć mniejszej czcionki.
Kopiowanie rozpoczęło się. Pasek postępu wskazywał dwadzieścia siedem minut.
W tym czasie Ant-ycypacja utworzyła szczegółowy profil posłanki Wirskiej.
KRÓLOWA DOMINUJĄCA: W-1
OBSZAR WPŁYWU: WYSOKI
POZIOM AGRESJI OBRONNEJ: 93%
ZDOLNOŚĆ DO WSPÓŁPRACY Z INNYMI KRÓLOWYMI: 11%
REAKCJA NA UTRATĘ KONTROLI: NIEPRZEWIDYWALNA
— Jedenaście procent zdolności do współpracy — przeczytał Grzesiek. — Zawyżone.
— Program opiera się na danych — odpowiedziałem.
— Widziałem jej wywiad. Prowadzący zadał pytanie, a ona przez osiem minut odpowiadała komuś innemu.
Pani Basia odchrząknęła.
— Proszę powstrzymać się od komentarzy politycznych w godzinach pracy.
— Jest po siedemnastej.
Spojrzała na zegarek.
— W takim razie proszę wpisać nadgodziny.
Grzesiek przestał komentować.
W profilu pojawiła się nowa linijka:
AKTUALNY STAN KRÓLOWEJ: ZAGROŻENIE GNIAZDA.
— Jakiego gniazda? — zapytałem.
Program nie odpowiedział.
Kopiowanie zakończyło się o 17:38. Odłączyłem dysk i schowałem go do wewnętrznej kieszeni torby.
Pani Basia przygotowała protokół zabezpieczenia danych. Musiałem podpisać, że przejmuję odpowiedzialność za nośnik, nie będę go udostępniał osobom trzecim, nie pozostawię bez nadzoru i nie wykorzystam do innych celów niż przygotowanie prezentacji dla zarządu.
Dokument miał trzy strony.
— Czy naprawdę musimy to robić teraz? — zapytałem.
— Właśnie stworzył pan system, który przewiduje zachowanie ludzi na podstawie informacji zbieranych bez ich wiedzy. Uważam, że trzy strony to przejaw powściągliwości.
Podpisałem.
— Może pani program też ma rację w sprawie Wirskiej — powiedziała Aneta, która pojawiła się obok nas z wydrukiem złotej mrówki.
— Nie rozmawiamy o tej prognozie — odpowiedziała pani Basia.
— Jakiej prognozie?
Zrozumiałem, że Aneta jej nie widziała.
— Żadnej — powiedziałem.
— Skoro nie rozmawiamy, to jakaś istnieje.
— Nie dotyczy firmy.
— Tym bardziej jest interesująca.
— Pani Aneto — odezwała się pani Basia — dalsze rozpowszechnianie informacji pochodzących z programu będzie traktowane jako naruszenie obowiązków pracowniczych.
— Czy mogę przygotować komunikat, że nie komentujemy sprawy?
— Nie.
— A komunikat, że nie istnieje żadna sprawa, której nie komentujemy?
— Nie.
— Czyli oficjalnie milczymy?
— Pani oficjalnie wraca do pracy.
Aneta odeszła, ale jej mina mówiła, że zamierza wrócić do tematu. Marketing nigdy nie porzucał historii. Czasem tylko czekał, aż wszystkie fakty przestaną mu przeszkadzać.
Wyszedłem z firmy po osiemnastej.
Dysk miałem w torbie. Laptop pod pachą. W telefonie siedemnaście nieodebranych połączeń od Wojtasa, który najwyraźniej zauważył post Innovatechu.
Ostatnia wiadomość brzmiała:
„TYMON, ODBIERZ. CZY TO TY ZBUDOWAŁEŚ WYROCZNIĘ? JEŚLI TAK, NICZEGO NIE KLIKAJ. ZWŁASZCZA ‘AKCEPTUJ’.”
Nie odpisałem.
Wojtas był moim najlepszym przyjacielem, ale posiadał rzadką zdolność zamieniania każdego problemu w spisek o zasięgu międzynarodowym. Gdy zepsuła mi się pralka, przez dwa dni analizował, czy producent nie wysłał zdalnego sygnału mającego zmusić mnie do zakupu nowego modelu.
Kiedy serwisant znalazł w pompie pięćdziesiąt groszy, Wojtas stwierdził, że właśnie na tym polega perfekcyjny kamuflaż.
Potrzebowałem ciszy.
Mieszkałem w niewielkim domu na obrzeżach miasta. Budynek odziedziczyłem po dziadkach i od lat obiecywałem sobie, że wreszcie go wyremontuję. Na razie remont ograniczał się do przesuwania rzeczy w miejsca, w których mniej przeszkadzały.
Mój ogród był jeszcze skromniejszy. Trawnik, dwie stare jabłonie, drewniana szopa i fragment ziemi, na którym znajdowała się obserwowana przeze mnie kolonia mrówek. Nad gniazdem zamontowałem niewielką kamerę. Większość nagrań wykorzystywanych przez Ant-ycypację pochodziła właśnie stamtąd.
Po drugiej stronie wysokiego żywopłotu zaczynał się zupełnie inny świat.
Posesja Elżbiety Wirskiej była trzy razy większa od mojej. Dom miał białe kolumny, kamienny podjazd i więcej oświetlenia niż lokalne boisko. Ogród projektowała firma, której strona internetowa nazywała trawę „zieloną przestrzenią klasy premium”.
Wirska kupiła nieruchomość pięć lat wcześniej.
Na początku próbowała zachowywać się jak zwyczajna sąsiadka. Przyszła nawet z ciastem, dwoma fotografami i lokalnym dziennikarzem. Wręczając mi sernik, opowiedziała przed kamerą o znaczeniu dobrych relacji międzyludzkich.
Po zakończeniu nagrania zabrała sernik.
Twierdziła, że był elementem scenografii.
Od tego czasu nasze kontakty ograniczały się do krótkich powitań oraz oficjalnego pisma od jej pełnomocnika w sprawie mojego żywopłotu, który rzekomo naruszał spójność wizualną okolicy.
Wszedłem do domu, odłożyłem torbę na stół i włączyłem telewizor. Chciałem usłyszeć ludzki głos, który nie wypowiadał słów „prognoza”, „model” ani „kolonia”.
Na ekranie pojawiła się Elżbieta Wirska.
Stała przed grupą mikrofonów i mówiła o zagrożeniach wynikających z niekontrolowanego rozwoju sztucznej inteligencji.
— Technologia musi służyć człowiekowi — oznajmiła — a nie podejmować za niego decyzje. Nie możemy dopuścić, by anonimowe algorytmy wpływały na życie obywateli, ich pracę, wybory i poczucie bezpieczeństwa.
Wyłączyłem telewizor.
Ant-ycypacja wybrała wyjątkowo niewygodną osobę.
Otworzyłem laptopa i podłączyłem dysk. Chciałem sprawdzić zabezpieczoną kopię programu. Wersja lokalna nie powinna mieć dostępu do firmowej sieci ani systemu budynku. Była czysta.
Przynajmniej tak zakładałem.
Uruchomiłem ją.
Na ekranie pojawił się standardowy interfejs do analizy kolonii mrówek. Żadnych pytań o przyszłość, profili pracowników ani polityków.
Odetchnąłem.
Otworzyłem podgląd kamery z ogrodu. Obraz był ciemny, ale dzięki podczerwieni widziałem ruch przy wejściu do mrowiska. Robotnice nadal pracowały. Dzień ludzi dobiegał końca, a one nie znały pojęcia nadgodzin.
Uruchomiłem analizę.
Program rozpoznał dwieście osiemdziesiąt cztery osobniki, trzy aktywne szlaki i nowe źródło pokarmu znajdujące się przy lewej krawędzi obrazu.
Wszystko działało normalnie.
Telefon zawibrował.
Wojtas.
Odrzuciłem połączenie.
Natychmiast zadzwonił ponownie.
Odrzuciłem.
Za trzecim razem przysłał wiadomość:
„JEŚLI NIE MOŻESZ ROZMAWIAĆ, WYŚLIJ KROPKĘ. JEŚLI KTOŚ CIĘ OBSERWUJE, WYŚLIJ DWIE. JEŚLI TO JUŻ NIE TY, NIE ODPISUJJ.”
Dwa „j” na końcu wskazywały, że sytuacja była według niego krytyczna.
Odłożyłem telefon ekranem do dołu.
Na obrazie z kamery pojawił się cień. Mrówki gwałtownie zmieniły kierunek. Kilkadziesiąt osobników zaczęło wracać do gniazda.
Program wyświetlił ostrzeżenie:
WYKRYTO ZEWNĘTRZNE ZAKŁÓCENIE.
Powiększyłem obraz.
Po trawniku przesuwała się wąska smuga światła. Ktoś po drugiej stronie żywopłotu używał latarki.
Wyjrzałem przez okno.
W ogrodzie Wirskiej paliło się tylko jedno światło, przy bocznym tarasie. Zobaczyłem sylwetkę posłanki. Miała na sobie jaskraworóżowy dres i wysokie kalosze w panterkę. W jednej ręce trzymała latarkę, w drugiej małą łopatę.
Rozejrzała się.
Następnie podeszła do dużego ceramicznego krasnala stojącego pod żywopłotem.
Krasnal miał czerwoną czapkę, zieloną kamizelkę i uśmiech kogoś, kto wiedział zdecydowanie za dużo.
Wirska uklękła przed nim.
Przez chwilę myślałem, że poprawia ozdobę. Potem usłyszałem jej głos.
— Przez ciebie mam same problemy.
Zamarłem.
Posłanka mówiła do krasnala.
— Nie patrz tak na mnie — dodała. — Nie mogłam cię tam zostawić. Jeszcze ktoś by znalazł.
Krasnal nadal się uśmiechał.
Wirska chwyciła go obiema rękami, przesunęła na bok i zaczęła kopać.
Obserwowałem ją zza firanki.
Rozsądny człowiek odszedłby od okna.
Bardzo rozsądny człowiek nigdy by do niego nie podszedł.
Ja pobiegłem po drona.
Nie zamierzałem szpiegować sąsiadki. Chciałem jedynie przeprowadzić obserwację z bezpiecznej odległości. Różnica była istotna, chociaż w sądzie mogła wymagać dodatkowego wyjaśnienia.
Mój dron stał w szopie. Używałem go do wykonywania zdjęć kolonii z większej wysokości. Zamontowana kamera miała doskonały zoom i tryb nocny.
Wyniosłem urządzenie do ogrodu, ustawiłem na trawie i uruchomiłem silniki. Śmigła zaszumiały. Dron uniósł się na dwa metry.
Spojrzałem w stronę żywopłotu.
Wirska nadal kopała.
Podniosłem maszynę wyżej.
Na ekranie kontrolera pojawił się widok jej ogrodu. Utrzymywałem drona nad własną posesją, ale obiektyw skierowałem na sąsiednią.
To nie było naruszenie przestrzeni powietrznej.
Było to bardzo intensywne korzystanie z możliwości przybliżenia.
Wirska wyjęła z ziemi niewielkie metalowe pudełko. Było prostokątne, ciemne i wielkości książki. Otarła je rękawem, przycisnęła do piersi, a następnie powiedziała:
— Przenosimy cię. Tutaj nie jesteś już bezpieczny.
Poczułem dreszcz.
Cała scena wyglądała tak, jakby polityczka właśnie odzyskała tajne archiwum, listę agentów albo urządzenie do kontaktu z obcym wywiadem.
Oczywiście mogło tam być cokolwiek.
Stare dokumenty.
Biżuteria.
Pamiątka rodzinna.
Zapasy waniliowej kawy.
Wirska wstała i ruszyła w stronę różanego ogrodu. Dron śledził ją z góry. Robiłem zdjęcia automatycznie co dwie sekundy.
Posłanka zatrzymała się obok kamiennej fontanny. Ponownie uklękła i zaczęła kopać.
Wtedy zawiał wiatr.
Dron przesunął się w bok. Próbowałem skorygować pozycję, ale maszyna przeleciała nad żywopłotem i znalazła się bezpośrednio nad ogrodem Wirskiej.
Światła na ramionach urządzenia zamigały.
Posłanka uniosła głowę.
Przez sekundę patrzyła prosto w kamerę.
Potem krzyknęła.
— KTO TAM JEST?!
Szarpnąłem drążek sterowania. Dron obrócił się, zahaczył o gałąź jabłoni i stracił wysokość. Na ekranie zobaczyłem wirujący obraz: trawnik, niebo, twarz Wirskiej, krasnal, pudełko, różowe kalosze, znowu niebo.
— WRACAJ TU! — krzyczała posłanka.
Nie wiedziałem, czy mówi do mnie, czy do drona.
Maszyna uderzyła w żywopłot, przedarła się przez gałęzie i spadła po mojej stronie ogrodzenia.
Pobiegłem po nią.
Dron leżał do góry nogami. Jedno śmigło było złamane, kamera przekrzywiona, ale urządzenie nadal działało.
Z posesji Wirskiej dobiegł dźwięk otwieranej furtki.
Chwyciłem drona i uciekłem do domu.
Zamknąłem drzwi.
Zgasiłem światło.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zachowuję się dokładnie jak człowiek, który ma coś do ukrycia.
Ktoś zapukał.
Nie poruszyłem się.
Pukanie powtórzyło się. Tym razem mocniej.
— Panie Tymonie! — usłyszałem głos Wirskiej. — Wiem, że pan tam jest!
Stałem w ciemnym przedpokoju, trzymając rozbitego drona pod pachą.
— Światło paliło się minutę temu! — dodała.
Rzeczywiście.
Ukrywanie się przestało mieć sens.
Otworzyłem drzwi.
Elżbieta Wirska stała na ganku. Miała ubrudzone ziemią dłonie, różowy dres i jeden kalosz w panterkę. Drugi najwyraźniej utknął w ogrodzie.
— Dobry wieczór — powiedziałem.
— Co pan robił?
— W domu?
— Dronem!
Spojrzałem na urządzenie w swoich rękach.
— Testowałem stabilizację lotu.
— Nad moim ogrodem?
— Wiatr go zniósł.
— I przypadkiem skierował kamerę prosto na mnie?
— System automatycznie stabilizuje obraz.
— Niech pan nie robi ze mnie idiotki.
Nie zamierzałem. Posłanka radziła sobie z tym podejrzeniem bez mojej pomocy.
— Czy pan mnie nagrywał? — zapytała.
— Dron wykonuje zdjęcia testowe.
— Proszę je usunąć.
— Oczywiście.
— Teraz.
— Bateria jest prawie rozładowana.
— Pana czy drona?
— Drona.
Wyciągnęła rękę.
— Proszę dać mi kartę pamięci.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Znajdują się na niej moje prywatne materiały badawcze.
— A na tych materiałach jestem ja, na mojej prywatnej posesji.
— Przypadkowo.
— Nie ma przypadków, panie Tymonie. Są tylko działania i ich konsekwencje.
Wypowiedziała to z doświadczeniem osoby, która wielokrotnie tłumaczyła publicznie konsekwencje działań innych ludzi.
— Usunę zdjęcia — zapewniłem.
— Wszystkie.
— Te z pani ogrodu.
— Wszystkie wykonane dzisiaj.
— Fotografowałem również mrówki.
— Tym bardziej wszystkie.
Spojrzała na drona, potem na ciemne wnętrze mojego domu.
— Czym pan się właściwie zajmuje?
— Jestem programistą.
Jej wyraz twarzy zmienił się niemal niezauważalnie.
— Gdzie pan pracuje?
— W Innovatechu.
Teraz zmiana była wyraźniejsza.
Wirska znała nazwę firmy.
— Innovatech — powtórzyła. — Ta firma od programu przewidującego przyszłość?
Poczułem, że temperatura na ganku spadła o kilka stopni.
— To nie jest program przewidujący przyszłość.
— Dzisiaj opublikowaliście coś innego.
— To był nieautoryzowany post marketingowy.
— Co analizuje ten system?
— Zachowanie mrówek.
Wirska popatrzyła na mnie.
Następnie na drona.
Później w stronę swojego ogrodu, gdzie w ziemi nadal znajdowało się metalowe pudełko.
— Mrówek — powtórzyła.
— Tak.
— I lata pan dronem nad moim domem.
— To oddzielne hobby.
— Oczywiście.
Jej głos stał się spokojniejszy. Wolałbym, żeby nadal krzyczała.
— Proszę usunąć zdjęcia — powiedziała. — Do jutra. Liczę, że nie będziemy musieli wracać do tej rozmowy.
Odwróciła się i odeszła w jednym kaloszu.
Zamknąłem drzwi.
Przekręciłem zamek.
Potem drugi, którego zwykle nie używałem.
Przeniosłem drona do salonu i wyjąłem kartę pamięci. Podłączyłem ją do laptopa.
Zdjęcia były bardzo wyraźne.
Na pierwszych Wirska stała przy krasnalu.
Na kolejnych kopała.
Następne pokazywały metalowe pudełko.
Na jednym z ostatnich patrzyła prosto w obiektyw. Jej twarz wyrażała zaskoczenie, strach i coś jeszcze.
Rozpoznanie.
Nie chodziło tylko o to, że zauważyła drona.
Zrozumiała, do kogo należał.
Przeniosłem zdjęcia na zewnętrzny dysk. Nie planowałem ich zachowywać. Chciałem obejrzeć je dokładniej przed usunięciem. To była różnica techniczna, której później wielokrotnie próbowałem się trzymać.
Ant-ycypacja nadal działała w tle.
Gdy skopiowałem ostatni plik, program wyświetlił komunikat:
WYKRYTO ZMIANĘ POŁOŻENIA KRÓLOWEJ.
Nie dotyczyło to Wirskiej. Lokalna wersja nie miała dostępu do danych firmy.
Spojrzałem na podgląd mrówek.
Królowa kolonii znajdowała się głęboko pod ziemią. Kamera nie mogła jej zobaczyć.
Na ekranie pojawiła się kolejna linijka:
KRÓLOWA PRZENIOSŁA ZASÓB DO NOWEGO GNIAZDA.
OPERACJĘ ZAOBSERWOWAŁ OBCY OSOBNIK.
RYZYKO ODKRYCIA KOLONII: 100%.
Usunąłem komunikat.
Pojawił się ponownie.
Z głośników laptopa dobiegł cichy sygnał.
NOWA PROGNOZA.
KRÓLOWA ZIDENTYFIKUJE OBSERWATORA.
NASTĄPI PRÓBA ODZYSKANIA MATERIAŁU.
CZAS DO ROZPOCZĘCIA OPERACJI: 11 GODZIN 42 MINUTY.
Spojrzałem na zegar.
Była 20:18.
Jedenaście godzin i czterdzieści dwie minuty oznaczały ósmą rano.
Dokładnie wtedy, gdy miałem pojawić się w Innovatechu, żeby przygotować prezentację dla prezesa.
Odłączyłem dysk.
Schowałem go do torby razem z laptopem.
Tym razem zamknąłem torbę na zamek i położyłem obok łóżka. Zrobiłem to nie dlatego, że wierzyłem programowi. Po prostu po całym dniu miałem już dość zbiegów okoliczności.
Przed snem podszedłem jeszcze do okna.
W ogrodzie Wirskiej paliły się wszystkie światła. Posłanka stała przy fontannie i rozmawiała przez telefon. Nie słyszałem słów, ale widziałem, że chodzi szybko między różami.
Obok niej leżało wykopane metalowe pudełko.
W pewnym momencie zatrzymała się i spojrzała w stronę mojego domu.
Odsunąłem się od firanki.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Wiadomość zawierała tylko jedno zdanie:
„Niektórych rzeczy lepiej nie przewidywać”.
Przez chwilę patrzyłem na ekran.
Potem telefon zawibrował ponownie.
Tym razem napisał Wojtas:
„WŁAŚNIE SPRAWDZIŁEM WIRSKĄ. STARY, MASZ PROBLEM. DUŻY. ODDZWOŃ, ZANIM ZNIKNIESZ.”
Nie oddzwoniłem.
Jeszcze nie.
Położyłem się, zgasiłem lampkę i próbowałem zasnąć.
Torba z dyskiem leżała pół metra od mojej głowy.
Rano nadal była na swoim miejscu.
Dysk również.
Zniknął dopiero godzinę później, w Innovatechu.
Rozdział 5
Zaginiony dysk i początek końca
Tej nocy spałem czterdzieści trzy minuty.
Nie jednocześnie.
Najdłuższy fragment trwał około dwunastu minut i zakończył się snem, w którym pani Basia przesłuchiwała mnie w ogromnym mrowisku, a Elżbieta Wirska stała nad wejściem z puszką środka owadobójczego. Wojtas próbował nas uratować, ale najpierw musieliśmy zaakceptować regulamin jego tajnej organizacji.
Obudziłem się, zanim doczytałem punkt trzeci.
O szóstej trzydzieści siedziałem już w kuchni. Piłem kawę, obserwowałem torbę z dyskiem i próbowałem przekonać sam siebie, że wiadomość od nieznanego numeru nie miała związku z Wirską.
„Niektórych rzeczy lepiej nie przewidywać”.
Równie dobrze mógł to być przypadkowy SMS.
Ktoś mógł pomylić numer.
Może wiadomość była reklamą usługi wróżbiarskiej.
Firmy stosowały coraz dziwniejsze metody marketingowe. Aneta prawdopodobnie uznałaby taki tekst za doskonałe otwarcie kampanii.
Sprawdziłem telefon.
Nieznany numer nie wysłał niczego więcej.
Za to Wojtas wysłał jedenaście wiadomości, trzy nagrania głosowe i zdjęcie posłanki Wirskiej, na którym dorysował jej pionowe źrenice.
Ostatnia wiadomość brzmiała:
„SPRAWDŹ, CZY MASZ W DOMU CZUJNIK TLENKU WĘGLA. ONI LUBIĄ, KIEDY WYGLĄDA TO NA WYPADEK.”
Nie sprecyzował, kim byli „oni”.
Wojtas nigdy tego nie robił. Dzięki temu jego ostrzeżenia zachowywały aktualność bez względu na rozwój wydarzeń.
O siódmej dziesięć wyszedłem z domu. Dysk schowałem do wewnętrznej kieszeni torby, torbę zamknąłem, a zamek sprawdziłem trzy razy.
Przed posesją Wirskiej stał czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Nie widziałem kierowcy. Gdy przechodziłem obok, silnik się uruchomił.
Przyspieszyłem.
Samochód nie ruszył.
Po kilku krokach obejrzałem się.
Kierowca wysiadł, otworzył bagażnik i wyjął torbę z zakupami. Był starszym mężczyzną w kapciach.
Czarny samochód należał do sąsiada z drugiej strony ulicy.
Paranoja jest bardzo wyczerpująca, zwłaszcza rano.
Do Innovatechu dotarłem o siódmej trzydzieści siedem. Zwykle o tej godzinie biuro było puste, ale tego dnia światła paliły się na całym piętrze. Aneta krążyła między stanowiskami z plikiem wydruków. Robert ze sprzedaży ćwiczył przed lustrem uścisk dłoni, a Paweł układał na stole ciastka.
— Co się dzieje? — zapytałem.
— Przygotowujemy się do prezentacji — odpowiedziała Aneta.
Miała na sobie granatową marynarkę, czerwone okulary i identyfikator z napisem:
ANT-YCYPACJA — ZESPÓŁ PROJEKTOWY
Pod spodem, mniejszym drukiem:
ANETA KOWALSKA
CHIEF FUTURE OFFICER
— Nie ma takiego stanowiska — powiedziałem.
— Od dzisiaj jest.
— Nie jesteś członkiem zespołu projektowego.
— Ktoś musi reprezentować użytkownika.
— Jakiego użytkownika?
— Tego, który chce wiedzieć, co go czeka.
— Prezentacja jest dla prezesa, nie dla klientów.
— Każdy prezes jest potencjalnym klientem własnej firmy.
Nie wiedziałem, czy to zdanie było absurdalne, czy zaskakująco prawdziwe.
Aneta podała mi wydruk.
Na pierwszej stronie widniała złota mrówka. Na drugiej wykres pokazujący „wzrost zainteresowania przyszłością”. Na trzeciej znajdował się proponowany cennik.
— Pakiet podstawowy: trzy pytania miesięcznie — przeczytałem. — Pakiet premium: nielimitowany dostęp do przyszłości. Pakiet korporacyjny: cena ustalana indywidualnie.
— Nie możemy sprzedawać nielimitowanego dostępu — powiedziała Aneta. — Dlatego pod spodem jest gwiazdka.
Znalazłem drobny tekst na dole strony:
„Nielimitowany dostęp podlega limitowi uczciwego korzystania wynoszącemu pięć prognoz dziennie. Przyszłość może ulec zmianie bez wcześniejszego powiadomienia.”
— Napisałaś regulamin przepowiadania przyszłości?
— Wersję roboczą.
— Kiedy?
— W nocy.
— Spałaś?
— To nie było ujęte w harmonogramie.
Zabrałem wydruki i podszedłem do swojego biurka. Położyłem torbę pod blatem, wyjąłem laptopa oraz dysk. Podłączyłem nośnik do komputera i sprawdziłem pliki.
Kod programu był na miejscu.
Prognozy również.
Zdjęcia z ogrodu Wirskiej znajdowały się w zaszyfrowanym katalogu. Ustawiłem dodatkowe hasło, choć wiedziałem, że jeśli ktoś naprawdę zechce je zdobyć, hasło będzie jedynie uprzejmą prośbą o poświęcenie kilku dodatkowych minut.
Na serwerze nadal działała główna wersja Ant-ycypacji. Jej panel pokazywał nowe komunikaty:
KRÓLOWA W-1 ZWIĘKSZYŁA AKTYWNOŚĆ OBRONNĄ.
WYKRYTO PRZEMIESZCZENIA W STREFIE ZEWNĘTRZNEJ.
PRÓBA ODZYSKANIA MATERIAŁU ROZPOCZNIE SIĘ O 08:00.
Spojrzałem na zegar.
07:46.
Czternaście minut.
Odłączyłem dysk, schowałem go do torby i zasunąłem zamek. Następnie owinąłem pasek torby wokół nogi biurka.
— Co robisz? — zapytał Paweł.
— Zabezpieczam sprzęt.
— Przed kim?
— Nie wiem.
Paweł przyjął tę odpowiedź bez zdziwienia. Od czasu uruchomienia programu „nie wiem” stało się najbardziej uczciwym stanowiskiem w firmie.
O 07:49 pojawiła się pani Basia. Miała na sobie elegancki szary kostium i czarne buty na niewielkim obcasie. Pantofle niosła w przezroczystej torbie oznaczonej napisem:
OBUWIE ZASTĘPCZE — WŁASNOŚĆ PRYWATNA — NIE PRZEMIESZCZAĆ.
— Widzę, że wyciągnęła pani wnioski — powiedziałem.
— Wnioski składają inni. Ja wyciągam konsekwencje.
Postawiła torbę pod swoim biurkiem i przypięła ją cienką linką zabezpieczającą do nogi szafki.
— To linka do laptopa? — zapytałem.
— Pantofel okazał się bardziej narażony na kradzież niż laptop.
Nie mogłem się z tym spierać.
O 07:52 Grzesiek rozpoczął restart systemu zarządzania budynkiem. Zrobił to bez ostrzeżenia.
Światła zamigotały. Czytniki kart zapiszczały, windy zatrzymały się na piętrach, a elektroniczne zamki przez chwilę odblokowały wszystkie drzwi.
— Co się dzieje?! — zawołała Aneta.
Na komunikatorze pojawiła się wiadomość:
GRZESIEK IT: PLANOWANA PRZERWA TECHNICZNA.
Odpisałem:
TYMON: OD KIEDY PLANOWANA?
GRZESIEK IT: OD 30 SEKUND.
TYMON: DLACZEGO TERAZ?
GRZESIEK IT: BO PÓŹNIEJ BĘDZIE PREZES.
TYMON: SYSTEM MIAŁ BYĆ ODŁĄCZONY WCZORAJ.
GRZESIEK IT: WCZORAJ BYŁA PLOMBA.
TYMON: NADAL JEST.
GRZESIEK IT: JUŻ NIE.
Nie pytałem, co zrobił z plombą pani Basi. Wolałem nie posiadać informacji, które później musiałbym wpisać do oświadczenia.
O 07:55 Aneta chwyciła mnie za rękaw.
— Chodź. Musimy sprawdzić salę.
— Teraz?
— Prezentacja zaczyna się za godzinę.
— Wiem, co pokazuję.
— Ty pokazujesz technologię. Ja pokazuję przyszłość.
— To ta sama rzecz.
— Właśnie dlatego nie powinieneś przygotowywać prezentacji sam.
Pociągnęła mnie do sali konferencyjnej. Pasek torby nadal był owinięty wokół nogi biurka, a dysk znajdował się w środku. Sprawdziłem to raz jeszcze przed odejściem.
W sali czekał Robert. Na ekranie wyświetlał się slajd:
ANT-YCYPACJA
NIE PYTAJ, CO PRZYSZŁOŚĆ MOŻE ZROBIĆ DLA CIEBIE.
ZAPYTAJ NAS.
— To nie ma sensu — powiedziałem.
— Ma emocję — odpowiedziała Aneta.
— Brakuje tylko znaczenia.
— Znaczenie dopracujemy po akceptacji budżetu.
Przez kilka minut kłóciliśmy się o kolejność slajdów. Usunąłem cennik. Aneta przywróciła go z kopii zapasowej. Usunąłem zdjęcie złotej mrówki w garniturze. Robert wstawił je ponownie jako przykład zastosowania biznesowego.
O 08:00 światła zgasły.
Sala pogrążyła się w ciemności.
— Grzesiek! — krzyknęła Aneta.
— Planowana przerwa! — odpowiedział jego głos z głośnika systemu przeciwpożarowego.
— Dlaczego mówisz przez alarm?
— Testuję.
Po kilku sekundach światła awaryjne włączyły się. Nad drzwiami rozbłysnął zielony znak wskazujący wyjście.
Telefon zawibrował mi w kieszeni.
Powiadomienie z Ant-ycypacji:
OPERACJA ODZYSKANIA ROZPOCZĘTA.
OBSERWATOR OPUŚCIŁ MATERIAŁ.
— Muszę wracać do biurka — powiedziałem.
— Teraz? — zapytała Aneta.
— Natychmiast.
Wypadłem z sali.
Na korytarzu panował półmrok. Kilka osób przemieszczało się między biurkami. Ktoś z obsługi technicznej pchał metalowy wózek załadowany kartonami. Widziałem tylko plecy: szara bluza, ciemne spodnie i identyfikator zawieszony na smyczy.
— Hej! — zawołałem.
Mężczyzna skręcił za róg.
Nie pobiegłem za nim.
Najpierw dotarłem do swojego biurka.
Torba nadal stała pod blatem.
Pasek był owinięty wokół nogi.
Zamek pozostawał zasunięty.
Poczułem ulgę.
Potem zauważyłem, że suwak znajdował się po przeciwnej stronie niż wcześniej.
Rozpiąłem torbę.
Laptop był w środku.
Ładowarka również.
Portfel, klucze, notatnik, chusteczki i stary batonik leżały dokładnie tam, gdzie je zostawiłem.
Dysku nie było.
Przeszukałem torbę raz.
Potem drugi.
Wyjąłem wszystko i położyłem na biurku.
Dysk nie pojawił się za pierwszym razem, ale człowiek w panice zaczyna wierzyć, że przedmioty potrafią zmaterializować się podczas kolejnej próby.
Nie zmaterializował się.
Spojrzałem pod biurko.
Przesunąłem krzesło.
Sprawdziłem szuflady, chociaż nie miałem powodu, by wkładać go do którejkolwiek z nich. Zajrzałem nawet do kosza.
Nic.
Telefon zawibrował.
MATERIAŁ ZOSTAŁ PRZEJĘTY.
— Nie — powiedziałem.
— Co nie? — zapytał Paweł.
Stał obok z talerzem ciastek.
— Dysk.
— Co z nim?
— Zniknął.
Paweł spojrzał pod biurko.
— Może spadł.
— Sprawdziłem.
— A torba?
— Sprawdziłem.
— Kieszenie?
— Paweł, trzymałem go w torbie.
— Ja często wkładam rzeczy do kieszeni i potem zapominam.
— To dysk zewnętrzny.
— Zależy, jak duża kieszeń.
Zacząłem przeszukiwać blat. Podniosłem dokumenty, klawiaturę, kubek i stację dokującą.
— Czy ktoś był przy moim biurku? — zapytałem głośno.
Kilka osób spojrzało w moją stronę.
Nikt nie odpowiedział.
— Pytam poważnie. Ktoś widział, żeby ktokolwiek otwierał moją torbę?
— Było ciemno — powiedziała Monika.
— Widziałam kogoś z wózkiem — dodała kobieta z księgowości. — Chyba z zaopatrzenia.
— Jak wyglądał?
— Normalnie.
— Co to znaczy?
— Miał głowę, ręce.
— Twarz?
— Nie patrzyłam.
— Identyfikator?
— Jakiś miał.
— Nazwisko?
— Gdybym wiedziała, że będzie przesłuchanie, patrzyłabym dokładniej.
Poczułem, że brakuje mi powietrza.
Na dysku znajdował się cały kod Ant-ycypacji.
Kopia prognoz.
Logi.
Zdjęcia Wirskiej.
Zdjęcia metalowego pudełka.
Dane z firmowego systemu.
Wszystko.
Ktoś nie ukradł sprzętu wartego kilkaset złotych. Zabrał materiał, który mógł zainteresować zarząd Innovatechu, prawników, media, polityków i prawdopodobnie kilka instytucji używających w nazwie słowa „bezpieczeństwo”.
Z gabinetu pani Basi dobiegł krzyk.
Nie był głośny, ale w jej wykonaniu samo podniesienie tonu oznaczało stan wyjątkowy.
— PANIE GRZEGORZU!
Po chwili pani Basia wyszła na open space. Nadal miała na sobie eleganckie buty. W prawej ręce trzymała przeciętą linkę zabezpieczającą. W lewej — przezroczystą torbę.
W środku znajdował się tylko jeden pantofel.
Prawy.
— Znowu? — zapytał Paweł.
Pani Basia spojrzała na niego.
— Czy chciałby pan coś wyjaśnić?
— Nie. Wyrażam zdziwienie.
— Proszę wyrażać je ciszej.
Aneta wybiegła z kuchni.
— To już przesada!
— Co się stało? — zapytałem.
— Zabrali moją kawę!
— Waniliową?
— Rezerwową!
— Myślałem, że wszystkie kapsułki zniknęły wczoraj.
— Miałam prywatny zapas w szafce.
— Ile?
— Dwa opakowania.
— Dlaczego nie powiedziałaś?
— Były na sytuację kryzysową.
— Wczoraj była sytuacja kryzysowa.
— Nie aż taka.
Robert podszedł do nas, trzymając pusty karton.
— Z sali konferencyjnej zginął zszywacz przemysłowy.
Spojrzałem na niego.
— Co robił na sali?
— Spinałem materiały dla zarządu.
— Kto kradnie zszywacz przemysłowy?
— Ktoś, kto ma dużo do zszycia — stwierdził Paweł.
W ciągu pięciu minut powstała lista zaginionych przedmiotów:
— mój dysk,
— lewy pantofel pani Basi,
— dwa opakowania kawy waniliowej,
— zszywacz przemysłowy,
— pudełko metalowych spinaczy,
— ładowarka do telefonu Moniki,
— trzy ciastka Pawła.
Paweł nie był pewien, czy ciastka rzeczywiście ukradziono. Przyznał, że mógł je zjeść podczas szukania dysku.
Pani Basia ustawiła nas obok siebie.
— Nikt nie opuszcza piętra — oznajmiła.
— Mam spotkanie z klientem — zaprotestował Robert.
— Klient poczeka.
— Jest na dole.
— W takim razie poczeka krócej.
— Może powinniśmy wezwać ochronę — zasugerowała Monika.
— Już została wezwana.
— Policję? — zapytał ktoś.
— Najpierw przeprowadzimy inwentaryzację wewnętrzną.
— Skradziono dane — powiedziałem. — To nie jest zwykły zaginiony przedmiot.
Pani Basia odwróciła się do mnie.
— Jakie dane znajdowały się na dysku?
— Kod programu. Kopia prognoz. Logi serwera.
Zawahałem się.
— I?
— Prywatne zdjęcia.
— Jakie prywatne zdjęcia?
— Z mojego ogrodu.
Technicznie nie było to kłamstwo. Dron wystartował z mojego ogrodu.
— Czy znajdowały się tam dane innych osób?
— Mogły.
— Czy te osoby wyraziły zgodę na ich zapisanie?
— To skomplikowane.
— Nie. To pytanie zamknięte.
— Nie wyraziły.
Pani Basia zamknęła oczy.
Tylko na sekundę.
Prawdopodobnie liczyła do liczby określonej w wewnętrznej instrukcji zapobiegania przemocy wobec pracowników.
— Czy dysk był zaszyfrowany?
— Częściowo.
— Co to znaczy „częściowo”?
— Najważniejszy katalog miał hasło.
— A pozostałe?
— Nie.
— Gdzie znajdowało się hasło?
— W mojej głowie.