Wstęp
„Anna i jej córki” to kolejna moja książka. I jak zwykle zaczęło się niewinnie — od kilku rodzinnych wspomnień, fotografii i pytań.
A potem jedna historia otworzyła drugą, druga trzecią i nagle okazało się, że ze starych fotografii, rodzinnych opowieści, rozmów z bliskimi i mojej własnej pamięci wyrasta cały świat.
Bohaterką tej książki jest moja babcia Anna. Dziewczyna, która bardzo wcześnie straciła rodziców. Młodziutka kobieta, która wyszła za wdowca mającego czworo dzieci, a później sama urodziła kolejne czworo. Kobieta, po której nie zachowały się pamiętniki, a jednak jej ślad odnajduję dziś w następnych pokoleniach.
Obok niej są jej córki.
Stefania — moja mama. Kobieta, która walczyła o życie swojego wcześniaka kropla po kropli, karmiąc go mlekiem z kroplomierza. Po śmierci męża przez dziesięć lat prowadziła własne dzienniki. Dziś czytam je i odkrywam, że moja mama pisała na długo przede mną.
Klementyna — moja matka chrzestna. Ta, którą jako dziecko uważałam za trochę zbyt ciekawską, a która być może pytała po prostu, czy u jej siostry wszystko jest dobrze. Jej dom był zawsze pełen dzieci. Dzisiaj widzę, że sama przez wiele lat robiłam dokładnie to samo.
Halina — najmłodsza z sióstr. Jej życie także nie układało się według prostego scenariusza, a jednak potrafiła być matką nie tylko dla własnego dziecka.
Jest również ich brat Stanisław, są dzieci Józefa z pierwszego małżeństwa, wnuki, prawnuki, kuzyni, stare fotografie, rodzinne sekrety, wojna, bieda, śmiech, strach i wszystkie te drobiazgi, z których naprawdę składa się życie.
Nie piszę o idealnej rodzinie. Nie zamierzam nikogo wybielać. Byli ludzie z wadami, rodzinne kłótnie, trudne decyzje, lęk i sprawy, o których przez lata się nie mówiło.
Ale byli też ludzie, którzy potrafili przyjąć cudze dziecko jak własne, nakarmić kilkanaście osób z jednego garnka i zrobić miejsce przy stole dla kolejnego człowieka.
Im dłużej piszę, tym mocniej rozumiem jedno: drzewo genealogiczne pokazuje, kto od kogo pochodzi. Mnie interesuje coś jeszcze — co jeden człowiek zostawił w drugim.
Tę książkę piszę przede wszystkim dla rodziny Anny. Dla jej wnuków, prawnuków i kolejnych pokoleń. Dla tych, którzy pamiętają jeszcze ludzi opisanych na jej kartach, i dla tych, którzy znają ich już tylko z fotografii i rodzinnych opowieści.
Chciałabym, żeby wiedzieli, kim była Anna, jak żyły jej córki i brat, i co przetrwało po nich w naszej rodzinie.
Bo czasem trzeba przeżyć prawie całe życie, żeby naprawdę zobaczyć ludzi, wśród których się dorastało.
Piszę jak zawsze.
Po steninowemu.
Anna
Babcia z Bocheńca
Bocheniec leżał zaledwie kilka kilometrów od Płonnego. Miedzą można było dojść znacznie szybciej niż drogą. W naszej rodzinie odległość między tymi miejscowościami nigdy nie wydawała się wielka. Ludzie chodzili do siebie pieszo, dzieci biegały między domami, a rodzinne sprawy wędrowały razem z nimi.
W Bocheńcu mieszkała moja babcia Anna Pankowska z domu Chruścińska. Tam był jej dom. Tam wychowała swoje dzieci: Stanisława, Stefanię — moją mamę, Klementynę — naszą Klimcię, i najmłodszą Halinę.
Kiedy dziś próbuję opowiedzieć historię Anny, coraz mocniej widzę, że nie da się jej oddzielić od historii jej dzieci. Każde było inne, każde inaczej przeżyło swoje życie, a jednak przez całe lata wracały do jednego miejsca — do Bocheńca i do matki.
O dzieciństwie babci przez wiele lat wiedziałam niewiele. Dopiero po jej śmierci zaczęły wypływać historie, których sama albo nie znała, albo nigdy nam nie opowiadała.
Ojciec za oceanem
Na początku XX wieku ojciec Anny, Chruściński, wyjechał za pracą do Stanów Zjednoczonych. W Polsce pozostawił ciężarną żonę.
Rodzina z trudem zebrała pieniądze na podróż. Wyjazd do Ameryki miał być początkiem lepszego życia. Najpierw miał pojechać on, znaleźć pracę i zarobić, a później sprowadzić rodzinę.
Nie wrócił.
Przez wiele lat w rodzinnej pamięci pozostał przede wszystkim obraz mężczyzny, który wyjechał, zostawiając żonę i dziecko.
Dopiero długo po śmierci babci Anny wydarzyło się coś, co pozwoliło spojrzeć na tę historię inaczej.
Najmłodsza córka Anny, Halina, podczas pobytu w szpitalu w Brodnicy poznała kobietę spokrewnioną z Chruścińskimi. Zaczęły rozmawiać o rodzinach, miejscowościach i nazwiskach.
I wtedy Halinka usłyszała, że ojciec Anny nie porzucił żony i córki.
Pracował w Ameryce. Miał przysyłać małej Annie ubranka i inne rzeczy. Później zginął podczas pracy, być może w kopalni albo hucie.
Niedawno sama zaczęłam szukać Chruścińskich.
Dotarłam do kobiety, która nosiła to nazwisko przed zamążpójściem. Porozmawiała ze swoją siostrą, Ireną Adamską. Okazało się, że w ich rodzinie także pamiętano o krewnym, który wyjechał do Chicago, i o paczkach przychodzących z Ameryki.
W tych paczkach były między innymi piękne ubranka dla dzieci.
Nie wiem jeszcze, czy chodzi dokładnie o tego samego człowieka. Ale dwie rodzinne opowieści zaczęły się do siebie zbliżać.
Chicago.
Chruścińscy.
Paczki.
Sukienki.
Najbardziej boli mnie jedno.
Anna nigdy się o tym nie dowiedziała.
Nie wiem, co myślała o ojcu. Czy czuła się porzucona? Czy ktoś powiedział jej o jego śmierci? A może po prostu w rodzinie nie rozmawiano o takich sprawach?
Czasami chciałabym móc cofnąć czas i powiedzieć jej:
— Babciu, Twój tata prawdopodobnie o Tobie pamiętał.
Może właśnie dlatego wysyłał sukienki dla małej dziewczynki, której nigdy nie miał okazji przytulić.
Dziecko urodzone na kartoflisku
Jeszcze bardziej przejmująca jest historia narodzin Anny.
Jej matka, mimo zaawansowanej ciąży, pracowała w gospodarstwie rodziny męża. Mąż był już wtedy w Ameryce.
W rodzinie opowiadano, że któregoś dnia teściowie wysłali ją do pracy w polu.
Na kartoflisko.
Tam rozpoczął się poród.
Tam miała przyjść na świat Anna.
Jej matka zmarła niedługo później.
Nie znam dokładnego przebiegu tamtego dnia. Znam historię, którą przekazywano w rodzinie.
Mała Anna została bez matki. Ojciec znajdował się za oceanem. Przez pewien czas przysyłał córce rzeczy, potem przyszła wiadomość o jego śmierci.
Dziewczynką zajęli się dziadkowie Chruścińscy ze strony ojca.
Z czasem również oni odeszli.
Anna bardzo wcześnie nauczyła się, że człowiek może stracić wszystkich najbliższych.
Może dlatego później tak mocno trzymała przy sobie własną rodzinę.
Z sieroty — matka
Kiedy zmarli dziadkowie Chruścińscy, Anna miała około szesnastu lat. Gospodarstwo przejął ich syn.
Według rodzinnej opowieści krewny zaczął szukać dla niej męża.
Znalazł Józefa Pankowskiego z Bocheńca.
Był wdowcem.
Miał czworo dzieci.
I tak Anna, sama mająca około szesnastu lat, weszła do domu, w którym od pierwszego dnia czekało na nią nie tylko małżeństwo, ale także czworo dzieci po zmarłej kobiecie.
Dzisiaj trudno mi nawet nazwać ją wtedy kobietą.
Ona sama była jeszcze dzieckiem.
Nie wiem, co czuła, kiedy po raz pierwszy przekraczała próg domu Józefa. Nie wiem, czy chciała tego małżeństwa, czy wcześniej znała przyszłego męża i czy ktokolwiek pytał ją o zdanie.
Wiem, że została.
Opiekowała się dziećmi Józefa.
Trzeba było rano wstać, nakarmić je, ubrać, ugotować, wyprać, zająć się gospodarstwem, zwierzętami i wszystkim tym, co należało do codzienności wiejskiej kobiety.
Nie wiem, czy miała czas zastanawiać się, czego chce Anna. Co lubi. O czym marzy.
W świecie, w którym przyszło jej żyć, pytanie brzmiało zapewne inaczej:
Co jeszcze trzeba dzisiaj zrobić?
I robiła.
Z czasem Anna urodziła własne dzieci.
Najpierw Stanisława.
Potem Stefanię.
Następnie Klementynę.
Najmłodsza była Halina.
Czworo dzieci Józefa z pierwszego małżeństwa i czworo ich wspólnych dzieci.
Ośmioro dzieci pod jednym dachem.
W rodzinnych wspomnieniach nie pozostał obraz macochy, która odsuwała dzieci pierwszej żony albo przypominała im:
— Wy nie jesteście moje.
Anna opiekowała się nimi tak, jak potrafiła.
Nie wiem, czy zawsze była cierpliwa i sprawiedliwa. Była człowiekiem, nie świętą z obrazka.
Ale dzieci Józefa były częścią jej rodziny.
I może właśnie tutaj zaczęło się coś, co później zobaczę w życiu jej córek.
Halina także poślubi wdowca z dziećmi, a one będą mówiły do niej:
— Mamusiu.
Klementyna będzie miała dom pełen dzieci. Własnych, dzieci brata i krewnych męża. Przy stole będzie ciasno, ale zawsze znajdzie się jeszcze jedno miejsce.
A Stefania, moja mama, kiedy młodsza siostra wróci ze Szczecina w ciąży, zaproponuje, że wychowa jej dziecko.
Nie dlatego, że będzie chciała odebrać Halinie synka.
Dlatego, że będzie chciała pomóc.
Może córki wyniosły z domu Anny coś więcej niż wspomnienia.
Wzór.
Widziały kobietę, która jako młodziutka dziewczyna przyjęła czworo dzieci i nie powiedziała:
— To nie moje.
Po prostu zaczęła się nimi opiekować.
O Józefie
O Józefie słyszałam różne opowieści.
Nigdy go nie poznałam. Zmarł, kiedy mój brat Jurek miał około trzech lat. Wszystko, co o nim wiem, pochodzi z rodzinnych wspomnień.
Jedni pamiętali go inaczej niż drudzy.
Podobno lubił dobrze się ubrać, grać w karty i wypić kieliszek. Mówiono, że grał na pieniądze i z czasem wyprzedawał kolejne kawałki ziemi. Z dużego gospodarstwa miało pozostać zaledwie kilka hektarów.
Rodzina wspominała również o pędzeniu bimbru.
Po pierwszej wojnie światowej Józef miał zachować krótką broń, którą trzymał pod poduszką. Charakterystyczny dźwięk przygotowywanego do strzału pistoletu znała jego córka Klementyna. Ta znajomość miała odegrać ważną rolę podczas jednej z wojennych nocy.
Nie chcę po latach robić z Józefa ani czarnego charakteru, ani świętego.
Zapisuję to, co o nim mówiono.
Jeżeli rzeczywiście lubił karty i kieliszek, Anna mogła mieć z nim niełatwe życie.
A przecież trzeba było codziennie nakarmić dzieci, zadbać o gospodarstwo, przygotować jedzenie, prać, cerować i utrzymać dom.
Może właśnie dlatego bardziej niż Józef interesuje mnie Anna.
Nie dokonała jednego wielkiego czynu, o którym można napisać na pomniku.
Robiła tysiące małych rzeczy, dzięki którym inni mogli żyć.
Chichot historii
Historia potrafi być przewrotna.
Syn Haliny, Krzysztof, ukończył studia i marzył o pracy związanej z lotnictwem. W tamtych czasach sam dyplom i zdolności nie zawsze wystarczały.
Potrzebna była również odpowiednia opinia miejscowych władz partyjnych.
Rodzina była wierząca. Wujek Zygmunt miał jednak kontakty wynikające z działalności w ORMO i dzięki pomocy znajomego z partii udało się uzyskać potrzebną opinię.
Los zakpił z całej tej układanki.
Krzysztof ukończył studia, a Polska zaczęła się zmieniać. System, który wcześniej zaglądał młodemu człowiekowi do życiorysu, rozpadał się.
Wymarzonej pracy nie było. Krzysztof trafił na stanowisko poniżej swoich kwalifikacji, później przyszło bezrobocie.
I wtedy historia zrobiła kolejny obrót.
Wiele lat wcześniej ojciec Anny wyjechał za ocean w poszukiwaniu lepszego życia.
Po kilku pokoleniach podobną decyzję podjął jej potomek.
Krzysztof wraz z żoną opuścili Polskę.
Ich nowym domem stała się Australia.
Inny ocean.
Inny czas.
Inny świat.
Nie lubię mówić, że historia dokładnie się powtarza.
Nie powtarza się.
Ale czasem ma bardzo podobne poczucie humoru.
Dom w Bocheńcu
Kiedy ja poznałam Annę, nie była już osieroconą dziewczynką ani młodą żoną Józefa.
Była babcią Anną z Bocheńca.
Jako mała dziewczynka nie bardzo lubiłam moment przyjazdu, bo rodzice zawsze przypominali nam przed wejściem:
— Pamiętajcie, babcię trzeba pocałować w rękę.
Nie rozumiałam tego zwyczaju. Naszej drugiej babci, Zosi, nie całowaliśmy w rękę.
U Anny należało to zrobić.
Dziś uśmiecham się na to wspomnienie, bo kiedy już przekroczyło się próg jej domu, zaczynał się zupełnie inny świat.
Było ciepło.
Gwarno.
Pełno ludzi.
Z Anną mieszkała jej córka Klementyna z rodziną. Wśród dzieci była Renia, moja rówieśnica. To z nią godzinami bawiłam się na podwórku, chodziłam po strychu, wspinałam na drzewa i odkrywałam rzeczy, które wydawały mi się niemal cudami.
W Bocheńcu po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwą lalkę Barbie.
Ciocia Klimcia i wujek Władek otrzymywali paczki od rodziny z Ameryki. W jednej z nich przyjechała lalka zupełnie inna niż wszystkie, które znałam.
Moje lalki przypominały niemowlęta.
Ta była piękną młodą kobietą, z długimi włosami, sukienką i maleńkimi bucikami.
Na co dzień stała na koronkowej serwetce na telewizorze, ale ciocia pozwalała nam z Renią ostrożnie brać ją do rąk.
W domu babci Anny była również prawdziwa łazienka.
Z wanną.
I toaletą.
Dla dzisiejszego dziecka brzmi to zwyczajnie. Dla mnie było czymś niezwykłym. U nas nocą albo zimą trzeba było korzystać z drewnianego wychodka na podwórku. Tam wystarczyło przejść do łazienki.
Bocheniec wydawał mi się niemal nowoczesnym światem.
Najbardziej jednak pamiętam ludzi.
Podczas rodzinnych spotkań dostawiało się stoły, a czasem i tak brakowało miejsca. Dzieci jadły tam, gdzie znalazł się stołek. Ja z Renią często siedziałam przy kuchennej szafce.
Nikt nie zastanawiał się nad ustawieniem krzeseł.
Każdy po prostu był u siebie.
Trzy córki
Anna miała trzy córki.
Stefanię — moją mamę.
Klementynę, Klimcię, która została przy matce w Bocheńcu.
I najmłodszą Halinę.
Kiedy dorosły, każda poszła swoją drogą, ale nigdy naprawdę nie odeszły od matki ani od siebie nawzajem.
Kiedy Anna była już bardzo stara i umierała, przy niej bywały córki i wnuki.
Jeździłam wtedy do Bocheńca z mamą. Czasami siadałam trochę dalej. Nie chciałam przeszkadzać, ale chciałam być blisko.