E-book
13.65
drukowana A5
39.39
Anioł Stróż Złego Człowieka

Bezpłatny fragment - Anioł Stróż Złego Człowieka


Objętość:
274 str.
ISBN:
978-83-8104-733-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.39

Od Autora

Posługując się mądrością Salomona, należałoby rozerwać nierozerwalną strukturę na dwie i jasno wygłosić: „Oto jest dobro i zło, oto jest zło i dobro; oto co w człowieku siedzi, oto co pozwala mu istnieć, kochać, walczyć, bronić się, bronić innych, bowiem nawzajem te moce się uzupełniają”. Jedno bez drugiego nie istnieje, a to jest podstawą, aby sądzić, że jednolitej sprawiedliwości nie ma, ponieważ każdy ma swoje o niej mniemanie, każde prawdziwe, wyjątkowe i słuszne, każde kłamliwe, egoistyczne i niemądre.


Chcę skonfrontować ze sobą dwa na pozór odległe od siebie sposoby myślenia; umożliwić każdemu utożsamienie się z czymś, czego nigdy nie doświadczył, tak aby naginał fakty i kolorował świat, dążąc ku kłamstwu, które uratuje prawdę, będącą jednocześnie jedyną prawdą, którą będzie chciał znać; malować słowami obrazy, których nikt nie widział, ale które każdy zrozumie; sprowadzić aniołów i bogów na ziemię, żeby mogli sprawdzić, jak mało oczywiste jest nasze istnienie, jak bardzo skomplikowane są nasze wybory, myśli i pragnienia, za które nie chcemy być sądzeni, i nie chcielibyśmy się z tych wyborów spowiadać, gdyż jesteśmy z nich dumni, a jednocześnie boimy się do nich przyznać. Bardzo trudno jest nam ucałować swoje sumienie i pokochać swój wstyd, który drąży w nas tysiące zgubnych korytarzy.


Nic nie płynie wspak ani pod prąd, nawet jeśli tak się wydaje. Nikt nie cofnie minionego, nie przebłaga nadchodzącego. Tu i teraz jest jedyną prawdą, którą znamy i znać będziemy. Wszystko się zmienia z „już” na „zaraz”, a potem na „teraz”; jednocześnie decyzje podejmowane są w ciągu jednej chwili. Kto zmieni swoją prawdę tu, dozna jej tam, kto zmieni w odpowiedni sposób świat wokół siebie, potem takim go doświadczy. To się nazywa karma.

Prolog

Być dobrym, znaczy robić to, o co cię proszą inni? Bzdura! Wtedy jesteś dobry, tak, ale dla kogoś. Ale nie dla siebie!

A dla siebie? Co robić, żeby być dobrym dla siebie?

Nie słuchać innych.

Ciebie też nie?

Oczywiście, że nie.

Ale jak dajesz dobro, to dostajesz je z powrotem, prawda?

Na młodego spadają potężne ciosy ojca, którego gniew wylewa się czerwienią na twarz, a chłopiec patrzy przestraszony. Kajetan ma już 13 lat i wie, że nie wolno mu zapłakać.

A kiedy się nie zgadzam z tobą, to mnie bijesz…

Biję, bo chcę być dobry dla siebie. Bronię swojego przekonania. A ciebie chronię przed losem mięczakiem.

Ojcze, to ja też mam ciebie bić, by bronić się i być dobrym dla siebie?

A widzisz, żebym oddawał ci dobrem za dobro?


Syn unosi pięści do pozycji gardy. Chce uderzyć tego potwora, tego człowieka, który dał mu całą wiedzę o życiu, jaką posiada, nie licząc kilku rozmów z obcymi. Od urodzenia wpajał mu batem, że należy dbać wyłącznie o siebie, gdyż w innym wypadku, jak mawiał: ludzie pożrą cię niczym bezbronną owieczkę, Kajetanie. Czoło jego oszroniło się potem, ręce się trzęsą, a pragnienie, by uderzyć, spiera się z murem miłości. To kat jest, kat, to jest kat, motywuje się w myślach. Młode oczy w końcu dostrzegają słabego człowieka. Starca. Jego poharatane przedramiona wskazują na trudną ścieżkę życia. Jego sczerniałe serce udowadnia, jak wiele mu brakuje uczucia i odczuwania. Chłonny mózg chłopaka, choć uporczywie dręczony przez ojca, pojmuje nagle, że ten, kto nad tym człowiekiem ma pieczę, najprawdopodobniej nie podołał swemu wyzwaniu. Ale czy wystarczająco próbował? Czy naprawdę dał z siebie wszystko? Chłopiec opuszcza pięści, chwyta plecak leżący na biurku i krótkimi susami znika w drzwiach wyjściowych domu. A Kat zostaje sam. Z wymalowanym piekłem na twarzy zamarza, jakby owiał go arktyczny chłód. Wreszcie siada sztywno w fotelu, w którym siedział całe życie jego ojciec. Czeka, nerwowo posapując, aż wróci jego syn. Czy wróci? Tego nigdy nie wiedział. A tym razem miał już nigdy się nie dowiedzieć, gdyż po zachodzie słońca zmarł, nadal siedząc w fotelu.


Kochał, ale inaczej.

Rozdział I

Sporadyczna miłość
to także przemoc.

Ojciec Milczący

Noc jest czarna. Nieprzenikniona. Niebo zachmurzone nie przepuszcza blasku gwiazd, a księżyc lewituje na niebie niczym świetlista kula. Chłopiec o przezwisku Ferdi siedzi w pokoju pełnym mar, które na bezwolny rozkaz jego wyobraźni miotają młodą duszą. Oczy mrugają zawzięcie, dłonie cicho ciągną za klamkę, włosy na karku tańczą w rytm bicia serca, które wymyka się spod kontroli. I znów przychodzi mu spędzić noc bezsenną, pełną zmartwień. Drzwi nikt nie otworzy, a marzenia o wolności nie potrafią namówić zamka do uległości. Ojca nie ma w domu, wyszedł o godzinie 20:00. Często wychodzi i wraca dopiero rano około 6:00. Nigdy jeszcze nie odpowiedział na pytanie syna: gdzie ty wtedy jesteś, Tato? A matka? Chłopiec może ją pamiętać jedynie z okresu wczesnego dzieciństwa. Ale nigdy niczego się o niej nie dowiedział, gdyż na pytania: kim jest mama, i gdzie ona jest? Ojciec mówi zawsze spokojnym głosem: nie interesuj się tą kobietą, nie żyje i koniec. Idź do Ireny. Sąsiadki. Dopiero później, gdy już będzie mężczyzną w średnim wieku, dojdzie do tego, kim była ta kobieta, o której miał zapomnieć, a za którą teraz płacze; kim była kobieta, którą parodiuje czasem sąsiadka. Obłędnie tęskni za nieznanym. To marzenie, by ją poznać, jest jak czerwony balon na niebie. Unosi się coraz wyżej i będzie coraz mniej widoczny.

Tamtej nocy, jak wiele poprzednich i przyszłych, dom szumiał głucho od ciszy. Ferdi siedział w różnych miejscach swego pokoju. Szukał bliskości w szafie, pod łóżkiem i przy kaloryferze. Nigdzie jej nie zaznał, wobec czego tulił głowę w drżących dłoniach. Ojciec rzadko do niego przemawiał, a jeśli to robił, co było gorącym pragnieniem malca, wyrażał się sucho, oficjalnie. Można wręcz stwierdzić, że jego mowa składała się z krótkich komunikatów, a pytania brzmiały jak rozkazy. Ferdi w tym całym utęsknieniu za ciepłą rozmową cierpiał, kiedy tylko myślał o tym, że będzie musiał jeszcze kiedyś pomówić z ojcem lub zadać mu niewygodne pytanie. A każde jego pytanie, według ojca, było niewygodne. Za maskotkę służyła mu poduszka. Tulił do niej twarz, całował poszewkę, głaskał ją niepewnie i zastanawiał się, co nim kieruje, że to robi. A on po prostu doświadczał uczuć, potrzebował bliskości, ale skąd mógł to wiedzieć. Głaskanie poduszki było namiastką potrzeb, bo każde dziecko ma w sobie ogrom miłości. Lecz on głaskał poduszkę, która nie miała oczu, ust, kończyn czy włosów. Głaskał łysą poduszkę, a jednak ją kochał. Nie miała jak mu się odwdzięczyć i wtedy Ferdi zrozumiał, że czasem sprawy mają się tak, a nie inaczej, nawet jeśli to boli, nawet jeśli to jest przykre, a serce krwawi. Z wielkim trudem przyszło mu się z tym pogodzić, jednocześnie niewiele to zrozumienie mu dało; raczej wzmocniło gniew, poczucie samotności. Spojrzał wówczas w niebo i wyszeptał: Aniele Stróżu, ty zawsze przy mnie bądź. Poczuł ciepło, poczuł się przez chwilę spokojniejszy. Wyjrzał przez okno, wpatrywał się w chmury z niedowierzaniem. Nastawał świt, słońce rozjaśniało niebo na horyzoncie. Dziękuję, rzekł zarumieniony.

Uśmiech na jego twarzy nie ostał się na długo. Ojciec wracał. Klapy marynarki powiewały na wietrze. Szara koszula zapięta pod samą szyję złapała kilka kropel deszczu. Wiatr chciał mu zerwać kapelusz z głowy, lecz trzymał go mocno lewą ręką. W prawej ręce niósł bardzo starą walizeczkę. Była ze skóry, koloru bordo. Ferdi nie wiedział, co jest w walizeczce. Nie wolno mu było do niej zaglądać, nie wolno mu było jej nawet dotykać. Nie myśl o tym, żeby tam zaglądać, mawiał jego rodzic. Takie ostrzeżenie wystarczyło. Ich dom stał na samym końcu pewnej drogi, więc chłopiec mógł obserwować ojca przez kilkadziesiąt sekund, jak idzie w jego kierunku.

Wchodził do domu po całonocnej nieobecności i nie odzywał się nawet jednym słowem. Otwierał drzwi do pokoju ku niezmiernej radości małego, patrzył uważnie, kiwał głową na znak powitania. Czekał, żeby mu odkiwnąć. Chłopiec za każdym razem ze strachem w oczach, przytulony do swojej poduszki, też do niego w końcu kiwał. Ten tajemniczy człowiek zagarniającym ruchem ręki zapraszał go do kuchni. Gotował jajka albo smażył jajecznicę z boczkiem w bezgłośnej atmosferze. Zapach się unosił, wypełniał nozdrza. Ferdi uwielbiał ten czas, kiedy czuł się bezpiecznie, kiedy wiedział, że zaraz się posili, wyjdzie z mroku. W tych chwilach myślał o tym, kim jest ojciec. Kimś złym?

Kajetan Mes był przestępcą jakich mało, ponieważ był jednym z tych nieuchwytnych. Morderca, który nie pozostawiał śladów. Złodziej, który kradł z pasji, a nie z potrzeby. Planista i taktyk, co nie miał w swych zamiarach ani czynach słabych punktów. Antyemocjonalna istota, która nie wypowiadając wielu słów, krzywdzi i daje nadzieję na przemian. Słowa w jego ustach były szorstkie niczym szczotka z metalowym włosiem. I pociesz tu serce takim narzędziem. I głaszcz tu pociechę, która pragnie bliskości. I dbaj tu o marzenia syna, delikatne, kruche. Kajetan wyrażał żal czy złość, nie poruszywszy choćby jednym mięśniem twarzy. Zgryzota po śmierci żony wyżarła mu serce, nie pozostawiając choćby źdźbła miłości. Zaś jego ojciec, Hans, był mu wrogi do cna. Czy należy sądzić go po czynach bez względu na to, co przeżył? Prawidłowe są dwie odpowiedzi, tak i nie. Żaden z nas, żaden Anioł Stróż, nie potrafił skutecznie posłużyć radą temu, który miał Kajetana Mesa w swej opiece. To dobry przykład na to, kiedy człowiek niemarnotrawny swym zachowaniem i prowadzeniem się jest w stanie skierować swojego Anioła Stróża na drogę nie do przebycia. Nikt nie zgładzi mojego obrzydzenia do ludzi, świata, miłości. I póki żyję, będę wszystkim czynił życie upiornym, ostrzegał głośno, wręcz obcesowo.

Anioł Stróż upadł nisko. Nie był w stanie się podnieść. Teraz, mój drogi, tobie przypada rola, by uporać się z Ferdynandem Mesem. Istotą ludzką, o której zaraz więcej ci opowiem, a z którą możesz mieć wiele kłopotów. Przecież dorasta u boku Kajetana, ojca, który chowa go w nienawiści. Stróż Ferdynanda dokładał wszelkich starań, aby uchować to dziecko, lecz była to praca niezwykle ciężka. Teraz musi już spocząć. Jest zmęczony i stary, a ty zostałeś wybrany na jego następcę. Pamiętaj jednak, i przyjmij to jako pierwszą lekcję: nie ma ludzi ani z gruntu złych, ani dobrych. To, kim są i kim się stają, wynika z wielu przypadkowych i nieprzypadkowych czynników, zależnych od nich, ale nie tylko od nich, zależnych od nas, ale nie tylko od nas. Bo nawet jeśli istnieje sprawiedliwość, to niewiele zostanie nam usprawiedliwione. I… A czemu ty płaczesz? Ach, to jest smutne i trudne, wiem. Rozumiem. Jeśli jednak odnajdziesz w sobie prawdziwą siłę, nie będzie tobie równych. Jeśli będziesz o siebie dbał, wszyscy wokół ciebie poczują się zadbani. Jeśli wypracujesz własne techniki i metody zarządzania tą zagubioną duszą, będziesz w stanie zmienić jej los.

Twoja Strata

Jeśli chcesz kogoś poznać, to musisz poznać nie tylko jego samego tu i teraz, ale także historię jego życia. Nieodłącznym jest to, co przeżył, czego doświadczył, co poznał, a co mu umknęło, wszystko to przyszyte jest do niego stalowymi nitami. Nawet jeśli boli, to nie jest ostatecznym celem, by tylko stworzyć fundamenty, ale żeby wybudować na nich piękno, które nada tym cierpieniom sens. Opowiem ci kilka historii z życia Ferdiego.

Kiedy był jeszcze chłopcem i chodził do ostatniej klasy szkoły podstawowej, miał tylko jednego kolegę, z którym bardzo się lubili, trzymali sztamę. Oboje byli z tych, co lubią chodzić swoimi drogami, gdzie nikomu nie depczą po piętach i gdzie nikt w ich ślady nie pójdzie. Bo wiesz, jak tworzą się naturalne szlaki? Są takie istoty, które obierają pewną drogę i nie oglądają się za siebie, gdyż ze wzrokiem wlepionym w horyzont podążają za swoimi marzeniami, celami. To nie ci, co chodzą po trupach, o tych opowiem ci kiedy indziej. A teraz wyobraź sobie, że są i takie sprytne umysły, które miast obierać własne trasy przez wzgórza i lasy, podążają za czyimiś, nikłymi jeszcze śladami. Ale szybko się okazuje, że te ślady są już ścieżką, by potem stać się drogą, a ostatecznie szlakiem międzynarodowym. Ci dwaj obierali sobie za cel tak dzikie azymuty, których żaden z kolegów nie śmiałby zbadać.

Wykopali dołek pod ogrodzeniem na terenie szkoły, maskując go przed nauczycielami. Pewnego razu zniknęli ze szkolnego podwórka. Wszczęto alarm. Zniknęli, przepadli. Dyrektor łapał się za serce w przypływie zawału, policja daremnie przeglądała pokoje, sale, pakamery i zakątki. Wreszcie jeden z uczniów zlany potem przybiegł zdyszany. Dziura w ziemi… pod płotem! — wykrzyczał wstrząśnięty ujawnioną tajemnicą. Wszyscy tam pobiegli. Policjanci przecierali oczy ze zdziwienia, że taka forma ucieczki występuje również w szkole podstawowej, a nie tylko w więzieniu. Nauczyciele zsinieli na myśl, w jaki sposób wytłumaczą to zajście rodzicom.

Tymczasem młodzi w pociągu ku wolności upijali się beztroską. Na pobliskim polu zdobywali kolejne szczyty drzew. Rozmawiali o tematach zakazanych, bo nikt ich nie słyszał, bo wtedy świat należał tylko do nich. Ciekawe, czy Kasia ma włosy na cipce? — rzucił Tadek w przestrzeń, a na jego twarzy rozpromienił się uśmiech. Włosy? — dopytał ze zdziwieniem Ferdi. A tak, włosy. Moja kuzynka Stefania chwaliła mi się, że ma już włosy, a to znaczy, że staje się kobietą, a to znaczy, że można ją pokochać, emocjonował się Tadek. No i co z tego? — Ferdi nie lubił mówić o kochaniu czegokolwiek. Mimo wszystko drgały mu kąciki ust, lecz opanował wymykający się uśmiech. Chciałbym pokochać Kasię, ale nie wiem, czy już mogę. Tadek zeskoczył z drzewa i zaczął tańczyć na mokrej trawie, a jego przyjaciel pozostał nieporuszony, potrząsał głową, jakby opiekował się niesfornym dzieckiem. Spojrzał leniwie wprost na słońce. Oślepiło go. Kolorowe plamy zamieniły się w czerń, po czym powoli znów wróciła mu ostrość widzenia. W końcu zszedł z drzewa, mocno potrącił Tadka i biegiem ruszył przed siebie. Uciekał. Gonili się przez błotniste pole, potem krzaki, przekroczyli niewielką rzeczkę i wbiegli w wysoką trawę. Tak samo brudni, jak zmęczeni, stanęli naprzeciwko siebie. Wystawili pięści. Kiwali się, bujali się, ale żaden nie rozpoczął walki, tylko lekko zaczepiali się udawanymi ciosami. Bij się, cioto!  krzyknął Ferdi. To co, uciekasz! Sam się cykasz! — odpysknął mu przyjaciel i wystawił język. W tym samym momencie otrzymał cios. Upadł na ziemię. Głupi jesteś? — wrzasnął Tadek. Wstawaj! — zrugał go Ferdi. Wstał. Tak jak wcześniej stanęli do walki dla zabawy, tak wówczas stanęli naprzeciwko siebie pełni złości. Uderzali jeden w drugiego ile sił. Od zimna i ciosów poczerwieniały im twarze. Na sinych pięściach pojawiło się trochę krwi. Ferdynand nie odpuszczał, bez przerwy podcinał zmęczonego Tadka, który nie miał już siły ustać na nogach. Sam nie wiedział, czy to była jeszcze złość, czy już znęcanie. Znęcanie — nie znał tego słowa, lecz doświadczał go w domu. Był absolutnie przekonany, że jego przeciwnik udaje, bezczelnie się zgrywa, a w tym zamroczeniu nieprzerwanie bił go mocniej. Wreszcie upadł wycieńczony obok Tadka, a wtedy poczuł, jak szczęki pobitego zaciskają się na jego ramieniu, więc w obronnym odruchu wbił mu łokieć w plecy. Oboje leżeli ledwo żywi w ciemnej, rozmoczonej glebie. Po niebie wędrowały chmury, wiatr huczał, tak jak im huczało w głowach od płonącej adrenaliny.

W oddali usłyszeli nawoływanie: Ferdynand! Tadeusz! — donosiło zwielokrotnione przez kilka głosów echo. Szukali ich. Cała wolność poszłaby na marne, gdyby ich znaleźli. Poczuli przypływ sił. Spojrzeli po sobie, wstali i pobiegli w stronę lasu, przez który dotarli do głównej ulicy Brzuzy. Każdy poszedł w swoją stronę, do swojego domu. Ferdi do samotnego ojca, a jego kompan dzisiejszej przygody do samotnej matki. Wtedy coś do niego dotarło. Stanął przed schodkami, na chwilę przystanął, zamyślił się. Czuł w pięściach ból, ale czuł też delikatną twarz na zziębniętych kostkach, twarz, którą bił, nie mogąc się opanować, by to robić. Co w niego wstąpiło na polu, a może jeszcze na wierzbie płaczącej. Chciał po chłopacku powalczyć, a wyskoczyła z jego skóry diaboliczna postać. To ona kazała mu bić mocniej słabszego kolegę. Poczuł na ramieniu chłód, miły okład na swędzącą ranę po ugryzieniu. Przysiadł na schodku. Czyjaś dłoń, dłoń Anioła, delikatnie dotknęła jego rozgrzanej głowy. Nie zląkł się, lecz poczuł się zmuszony, by przyznać się do błędu. Łzy napłynęły do jego oczu, żadna jednak nie skapnęła. Zacisnął dłonie. Już wystarczy… wyszeptał przez zęby. Nie potrzebuję tego… Odepchnął to pocieszenie, zerwał się, pokonał sprintem kilka schodków i wparował do domu. Ojciec stał ze słuchawka przy uchu, z powagą kiwał głową. Ta chwila trwała wieczność. Spojrzał na chłopca kilka razy. Ferdi w jego oczach dostrzegał tę ojcowską miłość, twardą jak kamień, a zaraz potem zawód gorszy od bata. Ojciec, kiedy był zawiedziony, wyglądał jak starzec, który umiera. Chłopiec przestawał wtedy na chwilę oddychać, świat wirował, a zlękniony młody umysł walczył z litością, której nie chciał okazać.

Kiedy ojciec skończył rozmowę, która polegała na przytakiwaniu i wypowiadaniu jakichś niewyraźnych słów do słuchawki, podszedł do niego. Ferdi uniósł głowę ku olbrzymowi, który spytał beznamiętnie: Pobiłeś Tadeusza?. Spomiędzy zębów wydłubał cebulę, którą jadł często po powrocie z pracy. Chyba tak, ale to miała być zabawa, odpowiedział Ferdi; głowa mu drżała z przejęcia. Dzwoniła jego matka. Wasza przyjaźń się na tym etapie kończy. Ojciec patrzył na niego uważnie, taksował od stóp do głów, wreszcie zatrzymał się na wysokości pięści: Zrozumiesz, że nie można bić bez opamiętania. Położył ciężką dłoń na ugryzionym ramieniu syna, a po chwili na głowie. Patrzył gdzieś w ścianę, jakby cofnął się do lat swojego dzieciństwa. Idź do wanny, powiedział w końcu. Ale Tato, zrób coś, ja chcę dalej się z nim przyjaźnić, ja bardzo lubię Tadeusza, to nie miało tak być, i… Proszę, proszę! W sercu chłopca zapłonął żal. Każdy w życiu od czasu do czasu coś traci, synu. Oto twoja strata. Ojciec odwrócił się w stronę okna, wyjął papierosa. Po chwili rozniósł się zapach wiśniowego tytoniu.

Ferdi zamknął się w łazience i siedząc w wannie, długo płakał. Powtarzał jedynie w kółko: To nie tak miało być, nie o to chodziło… Woda wystygła, a ojciec zapukał mocno do drzwi. Już czas, rzekł. To był znak, który należało potraktować poważnie. Umył się zatem od niechcenia i bez kolacji skrył się pod kołdrą, opatuliwszy się nią ciasno. Przed zaśnięciem, ale z zamkniętymi już oczyma, spojrzał pod powiekami do góry, jakby chciał zajrzeć do swej czaszki. Aniele Stróżu, ty zawsze przy mnie bądź, wyszeptał. Wkrótce potem zasnął.

Chwila Niemocy

To był maj, miesiąc radosny, miesiąc miłości, miesiąc budzenia się natury do życia; świat pachniał wilgocią i słońcem. Ruszył sezon na zielone szkoły. Wiosna szalała, ludzie się uśmiechali, o zimie wszyscy zapomnieli. Ferdi nie odpuścił szkoły w tym dniu, ponieważ na zajęciach wychowawczych mieli zbierać pieniądze na wyjazd i omówić wszystkie szczegóły. Wyszedł z domu o godzinie, o której powinien być już w klasie. To nie był jednak powód, dla którego miałby się denerwować. Chwycił plecak, zarzucił przez ramię i ruszył do liceum powiatowego przez pole i las. Asfaltowa droga, biegnąca na przestrzał, nie należała do jego ulubionych tras, była też zbyt krótka, by zapalić kilka papierosów czy napić się piwa. Uwielbiał poświęcać ten czas na rozmyślanie lub zapadanie się w stan bez myśli. Po prostu iść przez pole wśród kępek traw i skrzeku żab, iść przez las i mijać drzewa, które są życzliwsze od kierowców na drodze. Cenne trzydzieści minut kontaktu z naturą, może nie dziewiczą, ale niezakłóconą, pachnącą. W chłopaku dojrzewała bowiem boląca prawda, że cały świat ludzki stał się konsumpcyjny, napompowany sztucznością. Gniew dusił go w gardle. Krew krzepła w jego żyłach na myśl o obłudnej przyjaźni, wymuszonych uśmiechach i pustej miłości.

Kiedy wszedł do sali rzucił bez szacunku ogólne: Dzień dobry. Usiadł ciężko w ławce, wyjął zeszyt i przez następną godzinę nie odrywał wzroku od kartki ani dłoni od ołówka. Przerwa go ominęła, zatopił się w swoich rysunkach. Wreszcie przyszedł do klasy wychowawca, zatem czas, by omówić wyjazd nad Jezioro Mokre. Każdy otrzymał program po uprzedniej opłacie w wysokości dwustu złotych. Nauczyciel wytłumaczył, dokąd jadą, co tam zobaczą, i dalej słodko się uśmiechając, tłumaczył pierwszoklasistom, że należy zachowywać się grzecznie, że nie wolno odwiedzać dziewczyn wieczorami, palić papierosów ani pić alkoholu. Ferdi uśmiechnął się pod nosem, nie dowierzając tym bredniom, których właśnie wysłuchiwał. Nauczyciel w pierwszej chwili nie zareagował. Zmierzył go wzrokiem, zmarszczył brwi. Uczeń, który wystąpi przeciwko tym regułom, będzie miał poważne kłopoty, dodał dopiero po chwili wychowawca, pan Dariusz Kapsel, i podkreślił swoją groźbę palcem wskazującym.

Następnie przeczytał oceny, które proponował na koniec roku szkolnego. Podkreślił, że ten, kto dobrze będzie się zachowywał, okaże się chętny do pomocy i zdobędzie pięć plusów, otrzyma piątkę z wychowania. Kto będzie niegrzeczny, to… Głos uwiązł mu w gardle, zauważył bowiem na kartce Ferdiego straszliwe malowidło. Podszedł krokiem pewnym, acz sztywnym, do biurka rysownika. Co to jest, Ferdynand? — zapytał przerażony, odgrodziwszy wzrok ciekawskich uczniów. A pan jest gejem? Nie widział pan kobiety? Chłopak uniósł brwi i rozciągną usta od ucha do ucha. Co, że… Jak ty mówisz…? Kobieta, ale… co… co ta kobieta robi? — krztusił się nauczyciel, nie mogąc uwierzyć w to, co widziały jego belferskie oczy. Robi sobie dobrze i trzyma się za głowę, bo zaraz będzie miała orgazm… Ferdi wzruszył ramionami niedbale. Przecież kobiety tak robią, widziałem w Internecie. W sali rozległ się gromki śmiech pomieszany z pomrukiem podziwu. Nauczyciel próbował zabrać rysunek, ale Ferdi zamknął zeszyt i wrzucił do plecaka. Pan Kapsel się zaczerwienił, uciszył wszystkich gwałtownym machnięciem ręki i spojrzał w palący wzrok artysty. To jest dobry rysunek, ale w twoim wieku nie powinieneś się interesować takimi sprawami. A już na pewno nie rysować publicznie, ani w klasie, ani na oczach innych. Cisza zatrzymała powietrze, nagle zrobiło się parno, uczniowie w klasie karnie patrzyli pod stół. Mój zeszyt nie jest publiczny, ani dla oczu innych, ani dla oczu pana, odpowiedział uczeń buńczucznie, ale jakże racjonalnie. W tym momencie ryknął dzwonek na przerwę. Ferdi zarzucił plecak na ramię, przeskoczył biurko i wybiegł z klasy.

Jego inteligencja w towarzystwie braku wiary w jakiekolwiek autorytety kształtowała człowieka bezwzględnego, niedającego poskromić swojej racji, niedającego się omamić, objąć, zamknąć żadnymi zasadami, regułami czy przekonaniami. Miał talent, a jego bogaty w dobro Anioł Stróż próbował go namówić, by przedstawiał rzeczy poprawniejsze, podsycając jego technikę rysowania natury. Odbierał mu umiejętności w rysowaniu takiej szarlatanerii, jakiej się dopuszczał, ale wtedy Ferdi ćwiczył dłużej i więcej, i rysował jeszcze gorsze sceny.

O dziewiątej rano, piętnastego maja, wszyscy byli już na swoich miejscach w autokarze, gotowi do odjazdu. Do „Ośrodka Wypoczynkowego Pod Dziką Różą” dotarli po pięciu godzinach. Od tego dnia miały minąć dwa dni, kiedy Ferdynand rozmyślał nad nastręczającym go uczuciem do Anety. W autokarze, kiedy to grupa dziewczyn została rozdzielona przez wychowawcę dosiadła się do niego. Spodobała mu się jej buntownicza postawa. Ciarki go przenikały, kiedy tylko się poruszała. Przez dwie godziny po cichu śmiali się do siebie i smyrali się raz przypadkowo, raz mniej przypadkowo po dłoniach. Wciąż na nią zerkał, gdyż nie mógł uwierzyć, że ona nie brzydzi się go dotknąć. Przy wieczornym ognisku obściskiwali się w ciemnościach pod drzewem. Drżeli z emocji i próbowali się całować, ale szybko zwracali na siebie uwagę, więc przestawali to robić. Następny dzień spędzili osobno, w przymusowym rozstaniu. Drugiego poranka pobytu „Pod Różą” Ferdynand poczuł w kroczu twardość, jakiej dotąd nie doświadczył. Czy to znaczy kochać? Zadawał sobie to pytanie w kółko przez cały dzień; powtarzał jak mantrę. Wieczorem po kolacji złapał Anetę na korytarzu w talii, otworzył drzwi nieużywanego pokoju i szybko ją wprowadził, miło się do niej uśmiechając. Oboje przytykali sobie palce do ust, by wzajemnie się uciszyć. Dzisiaj w nocy spotkamy się przy kei, zapowiedział jej Ferdi. Dziewczyna, młoda i przeświadczona o romantycznym zakochaniu, przytaknęła głową. A co tam będziemy robić? spytała. Chłopak, długo się nie zastanawiając, szepnął jej do ucha: Zobaczysz, to niespodzianka. W momencie, gdy wymawiał te słowa, wiedział już, że chce ją zabrać drewnianą łódką na wyspę na jeziorze. Wiedział też, że ich zachowanie na obozie musi być wzorowe, żeby nie zwracali na siebie niepotrzebnej uwagi. Ferdynand zebrał pięć plusów już po trzech dniach, pomagając wszędzie, gdzie się dało.

O pierwszej w nocy para spotkała się w umówionym miejscu. Dziewczyna, choć ze strachu mocno się wzbraniała, uległa jednak, jakby czuła się zobowiązana, i wsiadła na pokład. On zapalił świeczkę i położył ją na dziobie, a Aneta podkuliła nogi i oparła brodę na kolanach. Patrzyła na niego zdumiona. Popłynęli w czarną noc, prosto na wyspę bezludną, dziką, małą i przytulną, gdzie jak najczulej dotykali wolności. Kiedy nadzy wili się na zielonej trawie, Ferdi poczuł, że traci panowanie nad swoim zachowaniem, nad swoim nieokiełznanym umysłem. Nie potrafił powstrzymać się od silniejszych chwytów, gwałtowniejszych ruchów, wulgarnych słów. Czuł powalającą chwilę niemocy. Brzydził się tego, co robił z Anetą, i uwielbiał to jednocześnie. Czy to naprawdę znaczy kochać? Leżał na niej, trzymał ją mocno w objęciach, całował jej ramię. Nie zważał na jej słabnący oddech. Tak bardzo chciał dalej tego doświadczać, i tak bardzo chciał już przestać. Ściskał ją coraz mocniej, by pokonać swoją chwilę niemocy, by nie poddać się złu, które wpoił mu ojciec. Ona nic nie mówiła, cicho łkała z rozkoszy i bólu. Ten cudowny koszmar, który przeżywała, przeciągał się dla niej w nieskończoność. Zamroczony Ferdi miał tylko cień wątpliwości, czy takiej czułości należy się aż taka gwałtowność, ale nie przerywał, czas w ogóle przestał dla niego istnieć, wszystko działo się zbyt szybko, jego umysł zamarł, tak jak w pewnym momencie zamarła dziewczyna. Popatrzył na nią, uwalniając ją wreszcie z miłosnego objęcia. Zaledwie chwila niemocy zmieniła jego piękną kochankę w ciało przepełnione ciszą, obrzydliwą i krzykliwą. Całował ją w usta, w czoło, podawał jej wodę w dłoniach, lecz na nic się to nie zdało. Położył się przy niej, całą noc głaskał ją po powoli stygnącej głowie. Oczytany w literaturze kryminalnej wiedział, jak zatrzeć ślady. O świcie, przy wstającym majowym słońcu, pożegnał swoją piękność, która pozostała pod wodą i mułem w miejscu, które gęsto obrastało w jeziorne trzciny. Tam zostawił także jej rzeczy, wcześniej wytarzane w piachu. W pokoju położył się do łóżka na dwie godziny przed pobudką. Wstał, założył maskę numer trzy, pozbywając się bólu, choć miał go dusić jeszcze długo.


Na zbiórce o godzinie ósmej uczniowie dowiedzieli się o pewnej sprawie, która dla nauczycieli była trudna do wyjaśnienia. Nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi, co się stało z Anetą Gawryło. Nauczyciele grozili karami i poważnymi konsekwencjami, jeśli prawda wyjdzie na jaw. Jednak cisza obsiana kilkoma łzami przestraszonych dziewczyn była jednoznaczna. Nikt nie wiedział, co się stało. Wszczęto poszukiwania. Ferdi ścięty strachem zaszył usta, zamknął serce na kłódkę, wyrzucił klucz. Korzystając z popłochu, ruszył do pokoju Anety, rozglądając się uważnie na boki, czy nikt go nie widzi. Kiedy dotarł i przez rękaw wziął do ręki długopis, zauważył, jak trzęsą mu się dłonie. Zrugał się w myślach. Napisał tekst na kartce z zeszytu Anety, perfekcyjnie podrabiając jej pismo. Kartkę złożył wpół i wyszedł. Idąc korytarzem, rzekł szeptem: Ja przepraszam… przepraszam, że dałem ci tak niewiele, a nie całe życie… ja przepraszam cię, Aneta. Oby było ci tam dobrze. Wziął głęboki oddech. Aniele Stróży, ty zawsze przy mnie bądź.

Po niecałych dwóch godzinach poszukiwań zaginionej w ośrodku oraz w pobliskim lesie, przybiegła do wychowawcy jedna z uczennic i wręczyła mu liścik, który znalazła przed chwilą w pokoju koleżanki na biurku, obok jej zeszytu. W zapłakanych oczach dziewczyny błysnęła nadzieja. Niecierpliwie ponagliła nauczyciela machnięciem dłoni do przeczytania, gdyż sama nie zdążyła. Pan Kapsel otworzył złożoną wpół kartkę.


Moje życie nie ma po prostu sensu. Nikt nie zdołałby mi pomóc. Niestety! Nie mówiłam nikomu, bo i tak nikt na tym świecie by nie posłuchał. Uciekłam. Nigdy już nie wrócę.


Aneta Gawryło

Sztuka Najznamienitsza

Co do ojca, to nigdy nie miał pewności, czy taki jest naprawdę, czy taki jest tylko wobec niego. Zastanawiał się, czy traktuje go lepiej niż innych, czy może innych traktuje gorzej. Rzadko widywał go u boku kobiety. Od śmierci matki mógłby przyrzec, że żadnej nie dotknął. Minęło już siedemnaście lat. Lata mijały nieubłaganie w ciszy i natręctwach rodzica, któremu zewsząd kipiała nienawiść do świata. Wychodził po nocach, to się nigdy nie zmieniło. Raz na dłużej, raz na krócej. W piwnicy leśniczówki miał swoje miejsce, gdzie też nieraz znikał, ale o tym Ferdi miał się dopiero dowiedzieć. Od ilości sekretów przepaść między nimi zrobiła się trudna do zmierzenia. Z dołu biły czerń i dźwięk porywistej rzeki. Biada temu, kto chciałby tę przepaść pokonać, wpadając między dwie strome ściany. Jednak plany były już przedsięwzięte wcześniej. Plany starego kata, szczwanego lisa, który miał swe dziecko ukoronować i przekazać mu berło, które dzierżyły wszystkie męskie pokolenia w rodzinie.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 39.39