E-book
5.46
drukowana A5
38.38
Anioł Stróż

Bezpłatny fragment - Anioł Stróż


5
Objętość:
264 str.
ISBN:
978-83-8189-506-4
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 38.38

Rozdział 1

Uwielbiam ten błogi stan tuż przed ostateczną pobudką. Człowiek przenosi się wtedy w fazę półsnu i powoli przygotowuje się na powrót do rzeczywistości. Niestety tego ranka niedane mi było obudzić się w ten sposób. Zamiast delikatnej pobudki przez mój zamglony umysł przedarł się dźwięk dzwonka mojego telefonu. Najpierw wydawał się odległy, ale już po chwili zamienił się w irytujący hałas. Wiedziałam, że jedynym sposobem, aby go uciszyć było odebranie telefonu.

Niezadowolona otworzyłam powoli oczy i spojrzałam na zegarek. Piąta trzynaście. Lepiej, żeby ktoś miał dobry powód, by budzić mnie o takiej godzinie. Spojrzałam na ekran telefonu, który nie przestawał irytująco dzwonić i skrzywiłam się. Ten numer nigdy nie oznaczał dobrych wiadomości

— Halo? — odezwałam się najbardziej zaspanym i niezadowolonym głosem, na jaki było mnie stać. Nie musiałam się zbytnio wysilać.

— Wreszcie. Ile czasu potrzebujesz, żeby odebrać telefon? — powiedział zamiast uprzejmego przywitania mój nieformalny partner, Adam. Oczywiście partner w sensie służbowym. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby nas łączyć inna relacja.

— Jeśli aż tak bardzo cię to interesuje, mogłeś policzyć sekundy — odburknęłam, czując coraz większe poirytowanie. Czyżby obudził mnie wyłącznie po to, by mnie zdenerwować? Nie był to bynajmniej pierwszy raz, ani najwcześniejsza pora, kiedy to robił.

— Nie — odparł, przybierając swój służbowy ton. Czyli jednak miał jakaś ważną sprawę. — Znaleźliśmy ciała. Dwie dorosłe osoby, wyraźne ślady tortur.

— I dopiero teraz mi o tym mówisz? — żachnęłam się i gwałtownie usiadłam na łóżku. To nie był najlepszy pomysł, bo od razu zakręciło mi się w głowie.

Adam westchnął przeciągle. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak liczy do dziesięciu.

— Przyjadę po ciebie za piętnaście minut. Musisz zobaczyć to na własne oczy — rzucił.

— W porządku, zrobię nam kawę na wynos.

— Zawsze wiesz, czego potrzebuję.

Rozłączył się, a ja przewróciłam oczami. Niezależnie od okoliczności, Adam nigdy nie przepuścił okazji, żeby powiedzieć coś takiego.

Pospiesznie ubrałam się w jeansy i sportową bluzę, umyłam zęby i spryskałam twarz wodą. Brązowe włosy do ramion ściągnęłam w swój ulubiony kucyk. Założyłam też adidasy, bo, pomimo że był środek lata, na miejscu zbrodni przydają się wygodne buty. Poza tym nigdy nie wiadomo, jak wygląda powierzchnia. Niejednokrotnie zdarzyło mi się wyrzucić buty po wizycie na miejscu zbrodni, które było całe pokryte krwią i wnętrznościami ofiary. Kiedy twoje buty są pokryte szczątkami, nigdy więcej nie zechcesz ich założyć, nawet po wizycie w najlepszej pralni.

Ledwie skończyłam parzyć kawę, usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam i Adam wpadł do środka.

— Cicho, obudzisz Laurę — zwróciłam mu uwagę. Moja współlokatorka zeszłej nocy była na imprezie ze swoim chłopakiem i zapewne wróciła do domu jakieś trzy godziny temu. Z pewnością nie ucieszyłaby się na pobudkę przed szóstą rano.

Adam przewrócił oczami i wyciągnął z mojej szafki dwa jednorazowe kubki. Wlał do nich kawę i spojrzał na mnie ponaglająco.

— Chodźmy — rzuciłam i przytrzymałam mu drzwi. Już dawno darowałam sobie upominanie go, żeby przestał grzebać po moich szafkach. Wszyscy musieli się pogodzić z tym, że taki już był. Nie szanował niczyich granic.

Jechaliśmy i popijaliśmy kawę. O tej porze nie bywam zbyt rozmowna, za to Adam był aktywny o każdej porze dnia. Przypuszczałam, że pije kawę tylko dla zachowania pozorów. Z pewnością jej nie potrzebował, tryskał energią małego chłopca, choć miał już trzydzieści dwa lata.

— Mężczyzna i kobieta w średnim wieku. Obydwoje mają zadane rany cięte jakimś długim narzędziem. Wygląda mi to na nóż, ale Alfred musi jeszcze to potwierdzić — oznajmił, zasępiając się. Mimo że pracował w policji od dziesięciu lat, nadal nie przywykł do ludzkiego okrucieństwa. O ile w ogóle można do tego przywyknąć.

— Skąd wiecie o ciałach? — spytałam.

— Dostaliśmy anonimowy telefon — odparł. — Mam nadzieję, że twoje magiczne zdolności pomogą nam złapać tego drania — dodał i uśmiechnął się do mnie.

Chciałam odwzajemnić uśmiech, ale moje myśli krążyły już wokół morderstwa, które miałam pomóc rozwiązać. Jako psycholog kryminalny zajmuję się profilami przestępców. Często też towarzyszę Adamowi, kiedy odwiedza rodzinę ofiary lub podejrzanych, choć nie należy to do moich oficjalnych obowiązków. Pomaga mi to jednak w mojej pracy. Nie lubię być odseparowana od ludzi, którym mam pomóc lub których mam rozszyfrować. Często to te same osoby.

— Zobaczę, co da się zrobić — odrzekłam i dopiłam kawę akurat w momencie, w którym dotarliśmy na miejsce.

Wszędzie było mnóstwo policji i specjalistów od zabezpieczania dowodów. Nie było żadnych gapiów, bo sprawca wybrał opuszczoną knajpę na skraju miasta. Zanotowałam, że zbrodnia była dobrze zaplanowana.

Przeszliśmy pod taśmami policyjnymi i weszliśmy do obskurnego budynku. Od razu poczułam smród rozkładających się ciał. Było lato, ale i tak musiało minąć co najmniej pięć dni od śmierci dwójki nieszczęśników.

Ciała były w fatalnym stanie. Nie dlatego, że zaczęły się rozkładać. Ofiary zostały pocięte. Mężczyzna miał pociętą twarz, pierś i ręce, zwłaszcza dłonie. Kobiecie również pocięto twarz i piersi, ale zamiast rąk sprawca pokrył ranami jej brzuch. Obydwoje byli nadzy. Przez chwilę miałam ochotę się wzdrygnąć, ale szybko się opamiętałam. Widuję zwłoki od pięciu lat, powinnam zachowywać się profesjonalnie. Poza tym to nie był najgorszy widok ze wszystkich, jakie było mi dane zobaczyć. Nigdy nie zapomnę widoku dwunastoletniego chłopca, który został powieszony na polu przez kolegów swojego starszego brata. Chcieli mieć dobrego stracha na wróble. To był pierwszy dzień mojej pracy w policji. Znałam tego chłopca i jego rodzinę. To było małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali.

— Wiemy, kim byli? — zapytałam, starając się wyrzucić z głowy ten obraz.

— Jeszcze nie — odparł Adam. Przyglądał się uważnie miejscu zbrodni. — Wygląda na to, że zostali zabici w tym miejscu. Na podłodze nie ma śladów krwi, a widać, że nie była czyszczona od czasu zamknięcia lokalu.

— To doskonałe miejsce na zbrodnie — przyznałam. Posłał mi znaczące spojrzenie, mówiące, żebym się wzięła do roboty. Tak też zrobiłam. Skoncentrowałam się z powrotem na zamordowanej parze. Ofiarom związano ręce i nogi, po czym zawieszono na dużym haku na ścianie tak, że nie dotykali stopami podłogi. Obydwoje mieli również rany na sercu, czego wcześniej nie zauważyłam, bo klatki piersiowe były pokryte krwią. — Różnice w zadanych ciosach muszą mieć znaczenie symboliczne — oświadczyłam. — Jeśli dowiemy się, kim są ofiary i co robiły, może wskaże nam to zabójcę. Wygląda to na przemyślaną i starannie zaplanowaną zemstę. Sprawca nie ukrył ich, a to miejsce nie jest aż tak trudno znaleźć.

— Chciał się pochwalić swoim dokonaniem? — spytał Adam zniesmaczony, przyglądając się ciałom.

— To możliwe. Nie zostawił jednak żadnych poszlak ani wskazówek. Przynajmniej nie takich widocznych, co znaczy, że wcale nie chce być złapany. Z pewnością chciał ich poniżyć lub pokazać swoją pogardę, stąd nagość.

— To się nie trzyma kupy, Maja. Jeśli jest taki dumny ze swego dokonania, to czemu nie chce się pochwalić, kim jest? — Adam był sceptycznie nastawiony do mojej teorii, choć jeszcze nigdy się nie pomyliłam.

Postanowiłam jednak nie dać dojść do głosu mojej urażonej dumie.

— Może jeszcze nie chce się do tego przyznać. Czy zdarzyły się niedawno podobne przypadki?

— Myślisz, że mamy do czynienia z seryjnym zabójcą? — Pokiwałam głową. Adam zmarszczył brwi. — Nie sądzę, ale poproszę Marcela, żeby obdzwonił wszystkich komendantów.

Marcel był naszym komendantem i chętnie udzielał się w śledztwach, mimo że już od dawna nie opuścił swojego biura.

— Może mamy do czynienia z pierwszymi ofiarami, ale jestem niemalże pewna, że będzie ich więcej — oznajmiłam.

Adam zamyślił się na chwilę i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili położył ręce na biodrach i spojrzał na mnie poważnie.

— W porządku — powiedział. — Potraktujemy to jako serię zabójstw. Załatwię to u komendanta.

— Przecież nie mamy na to dowodów — odparłam zaskoczona. — Jeszcze nawet nie dysponujemy raportem patologa, a ja nie sporządziłam profilu sprawcy. Możesz stracić reputację, jeśli podniesiesz alarm bez wiarygodnych poszlak.

— Ufam ci — rzekł krótko i położył mi rękę na ramieniu. — Jeśli mówisz, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą, to znaczy, że trzeba podnieść alarm.

***

Wróciłam do domu około ósmej rano. Byłam zmęczona, ale nie miałam czasu, żeby wrócić do łóżka. Niedługo musiałam wrócić na komendę i zająć się sporządzaniem profilu.

Nastawiłam ekspres i poszłam pod prysznic. Na dworze zaczynało się już robić upalnie, ale potrzebowałam gorącego prysznica, żeby zmyć z siebie zapach miejsca zbrodni. Ubrania, które miałam na sobie, od razu wrzuciłam do pralki wraz z butami i nastawiłam na wysoką temperaturę. Często wymieniałam garderobę, bo ubrania co raz kurczyły mi się w praniu, ale musiałam je „wygotować”, żeby zmusić się do tego, żeby je jeszcze kiedyś założyć.

Gdy weszłam ponownie do kuchni, unosił się w niej cudowny zapach kawy. Zza drzwi lodówki uśmiechnęła się do mnie moja współlokatorka i zarazem najlepsza przyjaciółka, Laura.

— Dopiero wstałaś, czy przed chwilą wróciłaś do domu? — zapytała, ziewając ostentacyjnie.

— Przed chwilą wróciłam. Byłam na miejscu zbrodni — wyjaśniłam, nalewając sobie kawy. Usiadłam przy stole i wsypałam łyżeczkę cukru do kubka. Nie znoszę słodkiej kawy, ale potrzebowałam dodatkowego źródła energii. Nie byłam jeszcze w stanie niczego przełknąć.

— Domyśliłam się, że nie na imprezie. — Zachichotała i usiadła naprzeciwko mnie.

Przewróciłam oczami i postanowiłam skierować rozmowę na nią. Zawsze wiedziałam, czego tak naprawdę chciała moja przyjaciółka.

— Chyba późno wróciłaś? — spytałam. — Nie było cię jeszcze, kiedy się kładłam, a było już po pierwszej.

— Tak, byliśmy z Alexem na imprezie u jego kumpla — odparła, mrugając do mnie porozumiewawczo. To oznaczało, że kumpel Alexa, jej chłopaka, był bardzo przystojny.

— Wybacz, może jestem zacofana, ale nie rozumiem waszego związku.

— A co tu rozumieć? Lubimy się, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy jeszcze za młodzi, by się ustatkować. Mam kogoś na stałe, ale jednocześnie nie muszę rezygnować z innych uciech. — Wzruszyła ramionami i upiła łyk kawy, spoglądając na mnie z chytrym uśmieszkiem. — Tobie też by się ktoś taki przydał. Skoro nie chcesz Adama, moim zdaniem dokonując bardzo głupiej decyzji, to może umówię cię z przyjacielem Alexa?

— Po pierwsze podjęłam bardzo dobrą decyzję. Pracujemy razem, a poza tym ja go nie lubię w ten sposób. Zresztą nie wiem, czy lubię go w jakikolwiek sposób. — Adam często mnie irytował i chociaż zawsze był dla mnie miły i pomagał mi, jak tylko mógł, nie byłam do końca byłam przekonana, czy powinnam go uważać za przyjaciela. — Po drugie, czy ty przypadkiem nie zajęłaś się już przyjacielem swojego chłopaka? — zapytałam, podkreślając trzy ostatnie słowa.

Laura spojrzała na mnie ponuro.

— Niestety mamy zasadę, że nie wolno nam się umawiać z osobami, które obydwoje znamy.

— Współczuję ci — odparłam, starając się zamaskować śmiech.

— Śmiej się, śmiej — odburknęła. — W sumie to się z tym zgadzam — dodała po chwili namysłu. — Nie chciałabym, żeby Alex sypiał z moją najlepszą przyjaciółką, nawet jeśli jesteśmy w otwartym związku. To by było po prostu dziwne. Nigdy nie wiedziałabym, do której z nas przyszedł.

— Wiesz, że nawet gdyby on chciał, ja bym się na to nie zgodziła — oburzyłam się. — Poza tym wątpię, żeby posunął się tak daleko. W końcu mieszkamy razem. Jak już sama zauważyłaś, byłoby to dziwne. — Było to lekkie niedopowiedzenie, ale postanowiłam darować sobie słowo „chore”.

— Ależ on chce, nawet mi o tym mówił — odparła lekceważąco i wsadziła sobie do ust babeczkę z jagodami.

Wskazała mi drugą, ale pokręciłam zdecydowanie głową. Jeszcze nie byłam gotowa na jedzenie. Rozmowa o tym, że jej chłopak chciał uprawiać ze mną sex, z pewnością nie pomogła mi odzyskać apetyt.

— O rany. — Wybałuszyłam na nią oczy. — Powtórzę to raz jeszcze. Nie rozumiem waszego związku — oznajmiłam, wymawiając dokładnie każde słowo.

— Nie musisz. — Machnęła lekceważąco ręką. Chyba już się przyzwyczaiła do tego, że ludzie dziwnie reagują na ich relację. — A ty co robiłaś, że tak późno poszłaś spać? Zwykle po dwudziestej trzeciej jesteś chodzącym zombie — zażartowała.

Z ulgą przyjęłam zmianę tematu. Akceptowałam Laurę taką, jaka jest i pomimo iż nie rozumiałam jej związku, nie chciałam, by myślała, że ją oceniam.

— Szukałam w Internecie informacji o zaginięciach uczniów liceum sprzed sześciu lat. Ciągle mam wrażenie, że coś przeoczyłam — odpowiedziałam.

— Skarbie, robiłaś to już setki razy. — Laura spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Wiem, ale musiałam pominąć coś ważnego, skoro wciąż nie mogę trafić na jej trop — odparłam rozżalona.

Szukałam swojej młodszej siostry już od sześciu lat. Zostałyśmy rozdzielone po tym, jak nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym dwadzieścia cztery lata temu. Miałam cztery lata, a moja siostra tylko sześć miesięcy. Miałyśmy też brata, ale w czasie wypadku miał osiem lat, a kiedy skończył osiemnaście, ślad praktycznie po nim zaginął. Po śmierci rodziców przez kilka lat mieszkał u rodzin zastępczych, a potem kilka spędził w domu dziecka. Jego również nie mogłam odnaleźć. Nikolę namierzyłam dopiero, jak skończyłam dwadzieścia dwa lata. Problem polegał na tym, że znalazłam o niej tylko wpis w gazecie, w której widniała również informacja, że moja siostra zaginęła. Do tej pory jej nie odnaleziono. Jednak ja nie przestawałam szukać. I nie odpuszczę, dopóki nie odzyskam swojej rodziny. Wprawdzie zostałam adoptowana zaraz po śmierci rodziców i chociaż Lilia i Tomasz byli dla mnie wspaniali, nigdy w pełni się do nich nie przekonałam. Zawsze miałam wyrzuty sumienia, powinnam bardziej ich doceniać. Kochałam ich, ale oni mnie bardziej.

— Nawet nie wiesz, jak jest mi przykro — powiedziała ze współczuciem.

Prawdopodobnie mówiła to już po raz tysięczny, ale co innego mogłaby zrobić? Nie mogła mi pomóc. Wprawdzie próbowała, ale jej zdaniem to oznaczało wysłanie mnie na terapię, ale stanowczo odmawiałam. Laura również była psychologiem i, w przeciwieństwie do mnie, na wszystkie problemy widziała rozwiązanie w terapii. Nie rozmowa z psychologiem była mi potrzebna, ale pewność, że moja siostra jest cała i zdrowa.

Naszą rozmowę przerwał dzwonek mojego telefonu. Wdzięczna za uratowanie mnie przed próbą pomocy ze strony Laury szybko odebrałam.

— Tak?

— Kiedy będziesz w pracy? Mam dla ciebie ciekawą informację — rzucił do słuchawki podekscytowany Kacper, mój drugi w kolejności najlepszy przyjaciel i nasz informatyk, w dodatku prawdziwy geniusz. Od początku naszej znajomości pomagał mi w odnalezieniu siostry. Był sfrustrowany niemal tak samo jak ja, że do tej pory nam się to nie udało. Może właśnie nastąpił przełom?

— Niedługo, właśnie dopijam kawę. Czego dotyczy ta informacja?

— Twojej siostry.

Prawie zachłysnęłam się kawą.

— Już jadę.

Pożegnałam się pospiesznie z Laurą, ignorując jej pytający wyraz twarzy, założyłam ulubione adidasy i wybiegłam z domu.

Starałam się nie jechać zbyt szybko, ale byłam zbyt podekscytowana, by zwracać uwagę na ograniczenie prędkości. Na szczęście po drodze nie spotkałam żadnych radarów. Wprawdzie praca dla policji zapewniała brak mandatów, ale mimo wszystko musiałabym się zatrzymać i tłumaczyć, gdzie pracuję, a nie chciałam marnować cennego czasu.

Wpadłam na komendę jak burza, rzucając wszystkim po drodze szybkie „cześć”, aż dotarłam do pokoju, który dzieliłam z Kacprem. Jak zwykle siedział wpatrzony w monitor i marszczył się, zastanawiając się nad jakimiś danymi. Na mój widok cały się rozpromienił. Odwzajemniłam uśmiech. Poznaliśmy się trzy lata temu i od tamtej pory zdążyliśmy się mocno zaprzyjaźnić. Rozumieliśmy się bez słów, może dlatego, że byliśmy w tym samym wieku.

— Co to za informacja? — spytałam bez żadnych wstępów.

— Usiądź, cała się zgrzałaś. — Wskazał ręką na krzesło przy moim biurku, które znajdowało się po przeciwnej stronie niewielkiego pokoju. Westchnęłam, ale posłusznie usiadłam, wiedząc, że inaczej nie zacznie mówić na interesujący mnie temat. Uśmiechnął się usatysfakcjonowany. — Wczoraj wieczorem uświadomiłem sobie, jaki popełnialiśmy błąd.

— To znaczy? — spytałam ponaglającym tonem.

Kacper wydawał się nie przejmować moim nastawieniem i kontynuował spokojnie:

— Zakładaliśmy, że brytyjska policja znalazła już wszystko i niczego przed nami nie ukryła. Co jeśli albo nie odkryli wszystkiego, albo czegoś nam nie powiedzieli? Przecież nie mieli takiego obowiązku. Nikola mieszkała wtedy w Anglii, więc śledztwo należało do nich. Podzielili się z nami informacjami wyłącznie ze względu na jej obywatelstwo.

— Chcesz sam przeprowadzić śledztwo? Od początku? — Pokręciłam głową z niedowierzaniem. — Minęło sześć lat, poza tym nie pozwolą nam na to.

— Zrobimy je stąd. Nie musimy sprawdzać wszystkiego, wystarczy, że wyślemy wiadomości do jej rodziców adopcyjnych i znajomych ze szkoły. Mówiłaś, że zniknęła zaraz po jakiejś imprezie? — Pokiwałam powoli głową, nadal nie będąc zbytnio przekonana do jego pomysłu. — Napiszmy do ludzi, którzy też na niej byli.

Zastanowiłam się przez chwilę nad jego słowami.

— Może faktycznie masz rację? Nie jestem jednak pewna, czy będą chcieli z nami rozmawiać.

— A jej rodzice? Lepiej zacznijmy od skontaktowania się z nimi.

— Próbowałam zaraz po tym, jak dowiedziałam się o jej zaginięciu. Nie byli zbyt skorzy do rozmowy. Powiedzieli mi tylko, że spodziewali się, że w końcu zniknie. Podobno często uciekała z domu, ale nigdy nie na dłużej niż dwa dni.

— Powinno było ich to zmartwić — powiedział ostro Kacper.

— Wiem. — Westchnęłam. — Dlatego zaczęłam podejrzewać, że mieli coś wspólnego z jej zniknięciem, ale nie mam na to żadnych dowodów, to tylko moje przypuszczenia.

— W takim razie zapytamy się o to jej przyjaciół, z pewnością miała jakichś — nie odpuszczał.

— Policja twierdziła, że nie utrzymywała bliższych przyjaźni.

— Bez urazy dla policji, ale nawet oni nie wiedzą wszystkiego o sekretnym życiu nastolatków.

Mimowolnie się uśmiechnęłam. Może Kacper miał rację i należy zacząć wszystko od początku? Ostatecznie moje dotychczasowe śledztwo donikąd mnie nie doprowadziło.

— W porządku, spróbujmy — zgodziłam się, na co mój przyjaciel klasnął w dłonie uradowany.

— Wiedziałem, że się zgodzisz. Przesyłam ci dane uczniów jej szkoły wraz z ich danymi dotyczącymi rodzin, pracy, majątku i profilami na portalach społecznościowych — oznajmił dumnie.

— Znalazłeś wszystkich? — spytałam zdumiona. Kiedy on tego wszystkiego dokonał?

— Cały wieczór nad tym siedziałem, ale opłacało się. — Posłał mi szeroki uśmiech.

— Wiesz, że gdybyś rzucił pracę w policji i zajął się tworzeniem aplikacji i innych tak naprawdę niepotrzebnych programów, to byłbyś już bardzo bogaty? — zapytałam, z góry wiedząc, jaka będzie jego odpowiedź.

— Tak, ale wtedy bym się sprzedał — odparł. — Tutaj wiem, że moje umiejętności służą czemuś dobremu.

Tym razem to ja posłałam jemu szeroki uśmiech. Właśnie to w nim uwielbiałam. Był dobroduszny i chciał pomóc wszystkim wokoło. Czasem odnosiłam wrażenie, że dbał o wszystkich oprócz siebie, co bardzo mnie martwiło. Niewiele jednak mogłam na to poradzić, poza tym doskonale go rozumiałam. Sama nie miałam praktycznie żadnego życia prywatnego. Pracowałam w organizacji, pomagałam policji i szukałam Nikoli, co samo w sobie było pracą na pełen etat. Nie miałam prawa nikogo pouczać w kwestii pracoholizmu.

— Dzięki, bez ciebie nigdy nie ruszyłabym z miejsca — powiedziałam z wdzięcznością.

— Podziękujesz mi, kiedy już ją znajdziesz — odparł cicho i schował się za monitorem, choć i tak zdołałam zauważyć rumieniec na jego policzku.

— Dziś wieczorem wszystko przejrzę i powysyłam wiadomości do tych ludzi — zapewniłam.

— Zrobiłbym to sam, ale uznałem, że tobie prędzej zaufają. Jesteś jej siostrą.

— Zapewne masz rację, choć przypuszczam, że i tak będzie ciężko. — Westchnęłam i zobaczyłam e–mail od Marcela, który sprowadził mnie z powrotem na ziemię. Oczekiwał profilu sprawcy jak najszybciej, bo Adam postawił już na nogi całą komendę, przekonując wszystkich, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą psychopatą. — Słyszałeś o naszych dzisiejszych ofiarach? — zapytałam Kacpra.

— Tak, Adam był u mnie z samego rana. Co za chory człowiek mógł zrobić coś takiego niewinnym ludziom? — spytał, kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Dowiemy się tego, nie martw się — odparłam pocieszającym tonem, choć nie mogłam mieć co do tego pewności. Nigdy nie wiedzieliśmy, czy uda nam się złapać sprawcę, ale zawsze tak mówimy. Chyba tak już się przyjęło. Rodzinie ofiar też wmawia się, że sprawca odpowie za to, co zrobił. A niby skąd mamy to wiedzieć? — Dostałeś zdjęcia ofiar? — spytałam, chcąc jak najszybciej przejść do konkretów.

— Tak, przeszukałem bazę danych, ale nikt nie zgłosił zaginięcia — odparł ponuro.

— Może Alfred powie nam coś, co pomoże ich zidentyfikować. Ich twarze były bardzo… — Zamyśliłam się na chwilę. — Zniszczone — dokończyłam z braku lepszego określenia.

— Załatwiłem to — rzucił i machnął lekceważąco ręką.

— No tak, oczywiście. Technologia wszystko rozwiąże. — Przewróciłam oczami i podeszłam do jego komputera. Ofiary niczym się nie wyróżniały. Wyglądali wręcz przeciętnie. — Czyli pozostaje nam wysłać ich zdjęcia do mediów. Jak ja tego nienawidzę — jęknęłam. Kacper spojrzał na mnie ze współczuciem.

— Adam pewnie już to zrobił — stwierdził.

W tym momencie do pokoju wszedł Adam. Nigdy nie pukał. To jedna z wielu jego cech, która mnie w nim irytowała.

— Zajęłaś się już profilem? — spytał, patrząc w moim kierunku.

— Nie, czekam na więcej informacji. Poza tym muszę poszperać w swoich materiałach, to dość nietypowy przypadek. Chciałam też zasięgnąć konsultacji Laury. — Nie powinnam tego robić, ale Laura często pomagała mi w przypadkach, w których podejrzewałam seryjne zabójstwo. Pomagała rozszyfrować mi schemat i mimo że była psychologiem dziecięcym, świetnie jej to wychodziło. Nie raz jej mówiłam, że wybrała złą specjalizację, ale upierała się, że od zawsze czuła, iż jej przeznaczeniem jest pomaganie dzieciom. Adam i Kacper wiedzieli o tym. Nikomu nie mówili, że zdradzam szczegóły spraw komuś z zewnątrz, bo byli świadomi tego, ile jej wszyscy zawdzięczamy.

— Przesłaliśmy już zdjęcia ofiar mediom, więc nie mamy zbyt wiele czasu. Musimy do końca dnia podać do wiadomości choćby ogólny opis tego, kto może być sprawcą — powiedział niezadowolony Adam. Również nie cierpiał, kiedy trzeba było angażować media w śledztwo. Dziennikarze uważali potem, że należy im się dostęp do wszystkich tajnych dokumentów. — Zajmiesz się tym, kiedy wrócimy od Alfreda.

— Ma już coś dla nas? — spytałam zdziwiona.

— Marcel kazał mu potraktować tę sprawę priorytetowo. Chodź już. — Ponaglił mnie ręką.

Rzuciłam jeszcze tylko szybkie „cześć i jeszcze raz dziękuję” Kacprowi i wyszłam szybko z gabinetu. Adam podążył za mną.

— Jedziemy moim czy twoim? — spytałam, z góry znając odpowiedź. Zawsze jechaliśmy jego samochodem. Twierdził, że jest szybszy i czystszy. Ja jednak wiedziałam, że Adam miał problemy z oddaniem kontroli nawet w tak błahej sprawie jak prowadzenie samochodu. Laura kiedyś powiedziała, że musiał mieć zaborczych rodziców lub wręcz przeciwnie, żadnego nadzoru. Ja jednak nie byłam w stanie jej nic o nim powiedzieć. Nie wiedziałam o Adamie zbyt wiele, poza tym, że po szkole pracował w Anglii przez kilka lat na zmywaku, a kiedy wrócił do kraju, od razu wstąpił do policji. To była kolejna rzecz, jakiej w nim nie lubiłam. Sam chciał wiedzieć o mnie wszystko, a kiedy ja pytałam go o przeszłość, dostawałam w zamian wymijające odpowiedzi. W końcu przestałam pytać.

Patolog Alfred, który współpracował między innymi z naszą komendą, miał pracownię na drugim końcu miasta, więc ku mojemu nieszczęściu mieliśmy czas, żeby porozmawiać.

— Za co dziękowałaś Kacprowi? — spytał Adam niemal od razu po zapaleniu silnika. Najwyraźniej tak go zżerała ciekawość, że nie mógł poczekać, aż jego pytanie wyda się „od niechcenia”.

— Znalazł dla mnie kontakt do wszystkich uczniów liceum, w którym uczyła się Nikola — odparłam.

Adam wiedział o moich poszukiwaniach, więc nie było sensu kłamać. Jedną z jego niewielu pozytywnych cech było to, że nie uznawał donosicielstwa. Nigdy nie powiedziałby Marcelowi o tym, że używamy z Kacprem rządowych programów do mojego prywatnego śledztwa.

— Daj mi sobie pomóc — zaproponował już chyba po raz setny. — Mieszkałem w Anglii, na pewno wam się przydam.

— Mieszkałeś w Londynie, a to ponad sto kilometrów od Northempton. Poza tym mówiłam ci, że nie potrzebuję twojej pomocy. I tak już wystarczająco się narażasz, bo o tym wiesz — odparłam stanowczo. Nie chciałam jego pomocy. Poza tym jak mógłby mi pomóc? Nie miał znajomości w angielskiej policji.

— Ty również — zauważył.

— To moja siostra — odparłam odrobinę zbyt ostro. — Nie obchodzi mnie, czy stracę pracę. Zależy mi tylko na tym, by ją odnaleźć.

— Oczywiście — powiedział szybko przepraszającym tonem.

Przez resztę drogi milczeliśmy. Ulżyło mi, gdy dotarliśmy na miejsce.

— Jeszcze nie skatalogowałem wszystkich obrażeń, ale zadzwoniłem po was, żeby pokazać wam parę interesujących szczegółów — oznajmił Alfred na dzień dobry. Nie było w tym nic dziwnego. Nigdy się nie witał, tylko przechodził prosto do sedna. Nie należał do zbyt przyjacielskich osób, a przynajmniej nie dla wszystkich. Mnie nigdy nie lubił, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego.

— Świetnie, każdy szczegół się przyda — odparł Adam i obdarzył go szerokim uśmiechem.

Laura nazywała go uwodzicielskim, ale na mnie nigdy nie działał. Może najpierw trzeba było uważać daną osobę za uwodzicielską, żeby dać się zwieść przez jej uśmiech. Nie twierdzę, że Adam nie byłam atrakcyjny. Wysoki, z ciemnymi lekko zakręconymi na końcach włosami i intensywnie niebieskimi oczami, na swój sposób mógł uchodzić za przystojnego. Jednocześnie nie można go było nazwać umięśnionym, a jego twarz była jak na mój gust zbyt okrągła, żeby nie powiedzieć chłopięca.

Na Alfreda chyba działał urok Adama, bo, jak na jego standardy, wręcz go uwielbiał. To znaczy nie krzywił się na jego widok, tak jak na mój. Z reguły jednak starał się na mnie nie patrzeć, chyba że zadałam jakieś pytanie.

— Ofiary zostały unieruchomione paralizatorem. Rany zostały zadane długim narzędziem, prawdopodobnie nożem. Śmierć jednak spowodowała rana w sercu.

— W sercu? — spytałam.

Alfred obdarzył mnie łaskawym spojrzeniem.

— Tak, zabójca wsunął go prosto w serce, ale nie przebił się z drugiej strony. Musiał to robić powoli.

— A pozostałe rany? — zapytał Adam, przypatrując się ofiarom z zagadkowym wyrazem twarzy.

— Te nie są zadane równomiernie — odparł, wskazując na rany. Faktycznie, nie było widać w nich żadnego wzoru.

— Czyli te zostały zadane pod wpływem emocji — myślałam głośno. — Jednak od nich nie zginęli, czyli były raczej sposobem na wyrażenie swojej złości, frustracji. To może wskazywać na motyw zemsty lub poczucie krzywdy. Czy rany w sercu różnią się między sobą?

— Tylko tym, że u kobiety jest o centymetr głębsza — odparł Alfred niemalże ze znużeniem.

— To może być przypadek — wtrącił Adam.

— Masz rację — przyznałam. — Jednakże musimy założyć najgorsze. Jeśli morderca zrobił to intencjonalnie, oznacza to, że do matki ma większy żal.

— Czyli to pewne? Wybiera na swoje ofiary ludzi, którzy go wychowali lub przypominają mu jego rodziców. To rzeczywiście zawęża pole poszukiwań — powiedział Adam sarkastycznie. Posłałam mu rażące spojrzenie.

— Nie tylko — odburknęłam i podeszłam bliżej do ofiar. — Różnice w zadanych ciosach mają znaczenie. Czemu mężczyzna ma pocięte ręce, a kobieta brzuch? Spójrz, najwięcej obrażeń mają w okolicach oczu, nawet widać nacięcia na powiekach — wskazałam na małe ranki u obydwu ofiar.

— Co to znaczy? — spytał zaintrygowany Adam. Nawet Alfred przestał udawać, że go to nie interesuje.

— Może widzieli coś, czego nie powinni — odparłam niepewnie.

— Jak dla mnie wygląda to na zbrodnię na tle seksualnym — stwierdził mój partner.

— Wszystko by na to wskazywało, ale nie pasuje mi to, że mamy do czynienia z parą — odparłam nieprzekonana. — Z drugiej strony może to być wyjątkowy zabójca, z jakim w naszym kraju nie mieliśmy jeszcze do czynienia.

— Jesteś pewna?

— Nie. — Westchnęłam. — Żebym była pewna, musimy poznać ich tożsamość i przede wszystkim to, czy mieli dzieci. Może to wystarczy, by poznać prawdę na temat tego, kto był prawdziwą ofiarą.

— Może zabójców było więcej niż jeden? — wtrącił Alfred.

— Myślę, że to robota jednej osoby, skoro użyto paralizatora. Gdyby było ich więcej, sami by ich obezwładnili — odparłam z przekonaniem. Co do tego jednego mogłam być pewna nawet w osiemdziesięciu procentach. Przy mojej specjalności to bardzo dużo.

— Ile mają lat? — spytał Adam, kierując pytanie do Alfreda.

— Obydwoje są po trzydziestym piątym roku życia, ale nie ukończyli jeszcze czterdziestu — odparł.

— Znalazłeś ślady napaści seksualnej? — spytałam.

— Nie zdążyłem ich jeszcze zbadać na tym tle, ale nie wydaje mi się.

— Ile czasu byli przetrzymywani?

— Stan odwodnienia i puste żołądki wskazują na dwa do trzech dni.

— Przez cały ten czas byli torturowani? — dopytywałam.

— Właśnie nie — odparł, marszcząc przy tym brwi. — Rany zostały zadane jedna po drugiej w krótkim czasie, a śmierć nastąpiła szybko.

— Może morderca najpierw chciał coś od nich uzyskać — zastanawiałam się.

— Masz na myśli zeznanie? — zgadywał Adam.

— Zeznanie albo przyznanie się do winy.

— Czy śmierć nie byłaby wtedy szybsza i nie tak bolesna?

— Nie jeśli morderca chciał ich ukarać. Z pewnością jest impulsywny — odparłam po chwili zastanowienia. — Może chciał mieć jedynie pewność, że należy im się kara?

— Masz coś jeszcze? — spytał Adam Alfreda. Nie wyglądał na zadowolonego moją teorią.

— Na razie to wszystko. Pełny raport prześlę Marcelowi do końca dnia.

— Dzięki, że do nas zadzwoniłeś — powiedział mój partner i skierował się do wyjścia.

Podążyłam za nim.

***

— To jest trochę zbyt oczywiste — rzekł Adam, kiedy ruszyliśmy w stronę komisariatu.

— Może to jest kolejny znak.

— Chce zostać złapany?

— Nie jestem co do tego przekonana. Powiedziałabym raczej, iż chce, żebyśmy wiedzieli, dlaczego ich zabił — odparłam po chwili namysłu. — Jakby chciał nam pokazać, co takiego zrobili, że jego zdaniem zasłużyli na śmierć.

— Myślisz, że zabójcą jest mężczyzna?

— Tego na razie nie jestem w stanie ci powiedzieć. Potrzebuję Laury — wyznałam z oporem.

— Tylko tak ci się wydaje. Jestem pewien, że sama dałabyś radę to rozgryźć. Za bardzo na niej polegasz — odparł stanowczo.

— Jeszcze nigdy nas nie zawiodła. Poza tym jest świetnym psychologiem — upierałam się.

— Dziecięcym — przypomniał. — Może ci co najwyżej powiedzieć, czy zrobiło to dziecko.

— Wiesz, że to już się zdarzało — odparłam posępnie. Niestety dzieci dopuszczające się morderstw nie były jedynie obrazem z horrorów.

— Pozostaje nam czekać, aż ktoś ich rozpozna. Są w takim wieku, że mogą mieć nastoletnie dziecko. Wtedy będziemy mieć pierwszego podejrzanego — stwierdził i westchnął głęboko. Bez rozpoznania ofiar niewiele mógł zrobić. Najbardziej nie lubił czuć się bezużyteczny.

— Nie wygląda mi to na robotę nastolatka. — Westchnęłam. — Na pewno ktoś się wkrótce odezwie. W tym czasie dokończę profil sprawcy — zapewniłam go. Uśmiechnął się do mnie, chociaż nie do końca szczerze. — Ważną kwestią jest również czas — dodałam po chwili zastanowienia.

— Co nam mówi?

— Zwróć uwagę, że zabójstwo dokonano po upływie co najmniej dwóch dni. Musiał mieć dużo czasu, żeby z nimi siedzieć lub regularnie tam wracać.

— To znaczy, że nie pracuje — zgadł.

— Lub ma dorywczą pracę. Jego narzędzia nie są też zbyt wymyślne, nie ma własnego miejsca, tylko szuka opuszczonych budynków.

— Więc nie ma za dużo kasy — dodał Adam. — Jesteś genialna — oświadczył, spoglądając na mnie z szerokim uśmiechem.

— Wiem — odparłam lekkim tonem, na co mój partner się roześmiał.

Dotarliśmy na komendę. Wysiadłam z samochodu i spojrzałam pytająco w jego kierunku, ale pokręcił przecząco głową.

— Muszę jeszcze coś załatwić. Zadzwonię, jak tylko ktoś się zgłosi — rzucił na pożegnanie i odjechał.

Poczłapałam do biura. Wybiło już południe, a ja nadal nie zjadłam śniadania. Wstąpiłam więc do bufetu i kupiłam sobie słodkiego rogalika i mocną kawę. Nie jest to zapewne najzdrowszy posiłek, ale potrzebowałam szybkiej dawki energii.

Kacper siedział zapatrzony w komputer, ale kiedy tylko weszłam do naszego pokoju, uśmiechnął się szeroko.

— Jak było u Alfreda? — spytał.

— Drętwo i nieprzyjemnie — odparłam, na co Kacper zaśmiał się po cichu.

Widział Alfreda raptem kilka razy, ale to mu wystarczyło, żeby nie darzyć go zbytnią sympatią. Odnosiłam wrażenie, że nawet trochę się go bał.

— Dowiedzieliście się czegoś ważnego?

— Wprawdzie powiedział niewiele ponad to, co zobaczyłam gołym okiem na miejscu zbrodni, ale pewne detale pomogą mi sporządzić profil.

— Może i upodabnia się charakterem do swoich pacjentów, ale jego mózg nadal funkcjonuje poprawnie — rzekł złośliwie.

Spojrzałam na niego zdumiona.

— Ja również za nim nie przepadam, ale pomyśl, jaką ma niewdzięczną pracę. Prawdopodobnie też bym się taka stała. Poza tym jest najlepszym patologiem w kraju. Jeśli tylko nadal będzie nam pomagał, może sobie być zimny i przerażający — oznajmiłam, sama się sobie dziwiąc, że broniłam honoru Alfreda. On by dla mnie tego na pewno nie zrobił.

— Ty byś nigdy nie stała się taka jak on — rzekł stanowczo Kacper.

— Skąd ta pewność? — zapytałam, starając się obrócić sytuację w żart, ale mój przyjaciel najwyraźniej nie miał ochoty na żarty.

— Znam cię — odparł krótko i przez moment wpatrywał się we mnie intensywnie, ale po chwili powrócił zakłopotany do pracy.

— Dziękuję — powiedziałam do jego komputera, bo zdążył się już za nim schować. — Jesteś wspaniałym przyjacielem. Wierzę, że ty jako patolog też nie byłbyś taki jak Alfred.

— I właśnie po to mamy przyjaciół. Żeby nam mówili, że nie skończymy jak Alfred — odparł, rozluźniając atmosferę.

Zaśmiałam się i wzięłam łyk kawy. Od razu poczułam, że mam energię do działania. Zabrałam się zatem za profil sprawcy. Na razie nie wiedzieliśmy wiele, ale spisałam wszystko, co udało mi się wywnioskować na podstawie miejsca zbrodni i uwag Alfreda. Resztę dopiszę po konsultacji z Laurą. Może Adam wierzył w moje umiejętności bardziej niż ja sama, ale ta zbrodnia była skomplikowana. Laura na pewno pomoże mi odkryć coś, co przeoczyłam. Frustrowało mnie to, że wciąż nie byłam pewna co do płci sprawcy. Zwykle na tym etapie było to już dla mnie dość oczywiste, miałam co do tego intuicję.

— Utknęłaś? — Głos Kacpra wyrwał mnie z zamyślenia.

No tak, od piętnastu minut siedziałam z dłońmi na klawiaturze i wpatrywałam się w monitor.

— Trochę — przyznałam.

— Nie martw się, wkrótce się odblokujesz — zapewnił. — Zawsze w końcu wpadasz na coś genialnego. Jak w serialach.

— Obym w tym przypadku nie wpadła na genialne rozwiązanie tuż przed tragedią — odparłam załamana.

— Ważne, że przed — rzucił żartobliwie.

— Zapewne masz rację. — Westchnęłam i spojrzałam na zegarek. Zbliżała się czternasta. To znaczyło, że zaraz wezwie mnie do siebie Marcel.

Jak na zawołanie w tej chwili zadzwonił telefon.

— Maju, masz coś dla mnie? — W słuchawce zabrzmiał głos naszego komendanta.

— Tak, ale nie jest to pełny profil — odparłam ostrożnie.

— Nieważne, pokaż mi to, co masz. — Rozłączył się.

Wydrukowałam to, co udało mi się stworzyć i udałam się do gabinetu Marcela.

Jak zwykle powitał mnie szerokim uśmiechem, który uwydatniał wszystkie jego zmarszczki. Liczył sobie sześćdziesiąt lat, ale ciężkie życie sprawiło, że wyglądał na co najmniej parę lat starszego. Nie tylko jego zawód się do tego przyczynił. Kiedy miał czterdzieści dwa lata stracił swoją córkę. Została postrzelona podczas napadu na bank. Nigdy się z tego do końca nie otrząsnął. W dodatku po roku rozwiódł się z żoną. Wprawdzie ożenił się ponownie, ale wiedziałam, że nie był szczęśliwy w tym związku. Może dlatego często traktuje mnie jak córkę. Czasem było to irytujące, ale nie miałam serca mu o tym powiedzieć.

— Witaj, Marcelu — przywitałam się. Nie wszyscy mieli ten przywilej, żeby zwracać się do niego po imieniu. Policjanci mówili do niego „panie komendancie”, ale z resztą pracowników łączyły go luźniejsze relacje. — Oto wstępny portret sprawcy, o który prosiłeś — oświadczyłam i wręczyłam mu kartkę, na której widniało żałośnie mało informacji. — Nie jest tego zbyt wiele, ale na razie tylko tyle mogę powiedzieć. — Wolałam nie dodawać, że tworząc profil, kierowałam się bardziej swoją intuicją niż wiedzą.

— Kiedy będziesz miała pełny profil? — spytał, biorąc ode mnie notatki.

— Jutro będę miała więcej informacji, ale w tym przypadku bardzo pomogłaby mi tożsamość ofiar — powiedziałam, obserwując jego reakcję.

Widziałam, że liczył na więcej.

— Nie wiemy nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta? — spytał zawiedziony.

— Uzupełnię profil najszybciej jak się da — odparłam skruszona.

— W porządku, nie przejmuj się. Wiem, że dajesz z siebie wszystko.

Znów ten ojcowski ton. Od niego poczułam się jeszcze gorzej, ale jak zwykle uśmiechnęłam się szeroko, żeby nie poczuł się nieswojo. Wystarczyło, że ja się tak czułam.

Po opuszczeniu gabinetu Marcela wróciłam do swojego pokoju, ale tylko po to, żeby zabrać torebkę. Stwierdziłam, że dziś i tak nic więcej nie zrobię, przynajmniej dopóki nie skonsultuję się z Laurą, więc równie dobrze mogłam wrócić do domu i sprawdzić dane kontaktowe ludzi, z którymi Nikola chodziła do szkoły znalezione przez Kacpra.

— Wychodzisz? — spytał zdziwiony.

— Tak, nic tu po mnie. Równie dobrze mogę do niczego się nie przydać w domu — odparłam, posłałam mu buziaka, rzuciłam „do jutra!” i pospiesznie opuściłam nasz pokój.

Nie mogłam się doczekać, aż znajdę się w domu. Laura miała dziś pacjentów do wieczora, więc mogłam spokojnie sprawdzić dane od Kacpra. Znów musiałam pilnować, żeby nie pozwolić mojej ciężkiej nodze zbyt mocno wciskać pedał gazu.

Wpadłam do domu i od razu włączyłam laptop. W czasie kiedy się uruchamiał (trochę mu to zajęło, biedaczek służył mi już trochę lat), wygrzebałam z szafy wiatrak. Było niesamowicie gorąco, a ja byłam ubrana w jeansy. Przecież nie wypadało założyć do pracy szortów i koszulki na ramiączka.

Zanim laptop był gotowy do pracy, zdążyłam się przebrać, wypić litr wody z lodówki i ustawić wiatrak tak, żeby chłodził i mnie, i mój laptop.

Otworzyłam e–mail od Kacpra i zdumiona zobaczyłam, ile informacji udało mu się zebrać. Naprawdę musiał odnaleźć wszystkich, bo w schludnie zrobionej przez niego tabelce wpisanych było prawie trzysta osób. Jeszcze przez chwilę zachwycałam się jego zdolnościami i szybkością, z jaką pracował, po czym wzięłam się za przeglądanie danych. Na początku odrzuciłam wszystkich chłopców z młodszych klas, ale nie zawęziło mi to znacznie pola poszukiwań, więc ostatecznie skupiłam się wyłącznie na roczniku Nikoli. Zostało około osiemdziesięciu osób. Napisałam więc wiadomość, która pasowałaby do wszystkich, prosząc o kontakt, jeśli ktokolwiek z nich znał lepiej moją siostrę i wysłałam ją, czując wypieki na twarzy. Nie napisałam nic o jej zaginięciu, bo doszłam do wniosku, że to mogłoby ich odstraszyć. A tak tylko pomyślą, że chcę powspominać Nikolę, czy coś w tym rodzaju. W dodatku jeśli ktokolwiek z nich miał udział w jej zaginięciu, z pewnością odpisze mi na tak niewinną wiadomość. Inaczej byłoby to podejrzane. Tak właśnie wygląda rozumowanie większości sprawców. Nieważne, że większość osób nawet nie przeczyta wiadomości ode mnie, tylko od razu ją skasuje. Ważne, żeby on odpisał, bo inaczej będzie podejrzany. Szczęśliwie dla osób takich jak ja, większość przestępców nie jest zbyt skomplikowana do rozszyfrowania.

Spojrzałam na zegarek. Do powrotu Laury zostały mi co najmniej dwie godziny. Odgrzałam sobie pizzę, starając się nie zastanawiać, jak długo leżała w lodówce i czytałam informacje, które udało się odnaleźć Kacprowi na temat każdej osoby. A udało mu się znaleźć dosłownie wszystko. Informacje o rodzinie, gdzie pracują i jak rozwija się ich kariera, gdzie mieszkają, czy mają zwierzaka i jak mu na imię. Najciekawsze jednak były dla mnie ich profile na portalach społecznościowych. Większość z nich prowadziło normalne, żeby nie powiedzieć nudne, życie. Obejrzałam mnóstwo zdjęć ich domów, dzieci i przyjęć z degustacją wina. Nie znalazłam tam niczego, co mogłoby mi pomóc, chyba że kiedyś będę miała problemy z zaśnięciem, wtedy śmiało mogę powrócić do tych zdjęć.

Nie zdawałam sobie sprawy, ile siedzę przy laptopie, dopóki nie usłyszałam dźwięku przekręcanego klucza w drzwiach.

Laura wpadła do środka, niosąc ze sobą torbę z zakupami. Na ten widok odetchnęłam z ulgą, bo w lodówce została już tylko wyschnięta cytryna.

Pomogłam jej z zakupami i nalałam nam po szklance soku pomarańczowego w mnóstwem lodu. Postawiłam jedną przed Laurą, która padła na krzesło i wachlowała się ręką.

— Dzięki — wysapała i natychmiast chwyciła za szklankę. Po chwili opróżniła jej zawartość. Uśmiechnęłam się pod nosem i podsunęłam jej swoją. Ją też wypiła. — Rany, kto by pomyślał, że to lato będzie takie upalne? — zapytała, wycierając dłonią czoło.

— Matka natura? — spytałam, uśmiechając się na widok jej powątpiewającego spojrzenia.

— Kochana, taki upał ma prawo mieć miejsce wyłącznie na plaży — oznajmiła poważnym głosem.

Przewróciłam oczami.

— Przecież żartowałam.

— Och… No tak.

— Ciężki dzień? — domyśliłam się. Normalnie Laura śmieje się z każdego mojego żartu. A nigdy nie były zbyt dobre.

— Trzy rozwody, dwa prześladowania w szkole. Dzień jak co dzień — odparła. — A u ciebie?

— Seryjny morderca sadysta. Dzień jak co dzień.

Laura uśmiechnęła się pod nosem, choć tym razem nie zamierzałam być zabawna.

— Macie już jakiś trop? — zapytała.

— Nie, Adam stara się ustalić, kim były ofiary.

— A profil sprawcy? — spytała.

Widziałam w jej oczach ekscytację. Uwielbiała pomagać mi przy ich tworzeniu.

— Nie do końca — odparłam. — Brakuje mi kilku elementów. Do tej pory nie wiem, jakiej płci jest sprawca. Statystyki mówią, że to powinien być mężczyzna, ale wiesz, co myślę o statystykach.

— Wiem, czasem zawodzą. Pokaż mi, co masz — nakazała, rozsiadając się wygodniej na krześle.

Wyciągnęłam z torebki zdjęcia, na których uwieczniono miejsce zbrodni. Na ich widok Laura wybałuszyła oczy, ale zaraz doprowadziła się do porządku i przybrała profesjonalny wyraz twarzy, mówiący „jestem psychologiem i nic mnie nie rusza”, co oczywiście było wielebnym kłamstwem.

Przedstawiłam jej to, co samej do tej pory udało mi się ustalić. Przez cały czas kiwała głową, nie odrywając oczu od zdjęć.

— Myślisz, że to ktoś, kto został przez nich skrzywdzony? — spytała.

— To była moja pierwsza konkluzja — odparłam.

— A druga?

— Przepraszam, powinnam była powiedzieć pierwsza i ostatnia — uściśliłam. — Spójrz na te rany.

— Tak, ale jest jeszcze druga możliwość. Może ktoś robił to dla tej osoby?

— Ktoś, komu się zwierzył? Nie wydaje mi się…

— Dlaczego? — Nie wyglądała na zadowoloną, że nie wierzę w jej teorię. — O ciałach dowiedzieliście się od samego mordercy, prawda?

— Oczywistym wydaje się, że to zabójstwo z zemsty lub poczucia krzywdy, ale w ranach widać zbyt wiele emocji. Gdyby ktoś to robił, by kogoś pomścić, zrobiłby to na zimno — powiedziałam powoli. — Anonimowy telefon nie musi oznaczać, że to on nas poinformował… Choć to logiczny wniosek.

— Chyba że sam przeszedł przez to samo i byli dla niego substytutami — nie ustępowała. — Myślę, że wszystko się wyjaśni, kiedy ustalicie, ile lat ma ich dziecko. Myślę, że mają jedno.

— Tak, to zdecydowanie robota jednej osoby — przyznałam.

— Myślę też, że to kobieta, ale mam tylko osiemdziesiąt procent pewności — dodała.

— Zawsze coś. A skąd takie przypuszczenie?

— Intuicja — odparła i uśmiechnęła się dumnie. Nie mogłam jej zwrócić uwagi, że nie powinna się w takich sprawach posługiwać intuicją, bo przecież sama to robiłam.

— Dziękuję, bardzo mi pomogłaś — powiedziałam zamiast tego. — Jak zwykle zresztą.

— Nie ma za co, skarbeńku. A teraz w nagrodę przynieś mi lody. Kupiłam czekoladowe i waniliowe. Sobie też możesz wziąć.

Mrugnęła do mnie porozumiewawczo, a ja obdarzyłam ją westchnięciem i wstałam, żeby przynieść lody. Nalałam nam też po kieliszku wina. Stwierdziłam, że biorąc po uwagę nadchodzące dni, będę potrzebować dodatkowego wsparcia. Lody mogły nie wystarczyć.

— Dzięki — powiedziała Laura, kiedy wręczyłam jej kieliszek. — Przyda mi się trochę rozluźnienia przed dzisiejszą randką.

— Wychodzicie gdzieś z Alexem? — spytałam, choć tak naprawdę nie miałam ochoty wysłuchiwać o jej chłopaku, który ma ochotę iść ze mną do łóżka.

— Nie, wczoraj na imprezie poznałam fajnego adwokata — oświadczyła podekscytowana.

— Adwokata? — spytałam, krzywiąc się. Nie lubiłam adwokatów. Zarabiali na wypuszczaniu przestępców na wolność. Przez nich nasza praca szła na marne.

— Spokojnie, zajmuje się spółkami czy czymś takim. — Laura zaśmiała się, widząc moją minę. — Myślisz, że spotykałabym się z facetem, który nie przypadnie ci do gustu? — Już chciałam jej odpowiedzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. — Alex się nie liczy. Ta reguła nie działa, kiedy facet ma świetny tyłek.

Przewróciłam oczami, ale już nic nie powiedziałam. Zamiast tego upiłam łyk wina. Może trochę zbyt duży, ale po dzisiejszych widokach z miejsca zbrodni potrzebowałam tego. Z pewnością nie pomogła mi poranna rozmowa z Laurą o fantazjach jej chłopaka.

— A propos świetnych tyłków. Jak się miewają sprawy z Adamem? — spytała Laura, wyrywając mnie z zadumy.

— Co ma jedno do drugiego? — Zaśmiałam się. Poczułam, że wino zawirowało mi w głowie.

— Tylko mi nie mów, że nie zwróciłaś uwagi na jego boskie pośladki — żachnęła się Laura.

Moja przyjaciółka uważała, że niedocenienie męskiej urody powinno być karalne. Według mojej profesjonalnej opinii nie miała racji.

— A jednak. — Dostałam niepohamowanego chichotu. Upał i wino nie stanowiły najlepszego połączenia.

— Czemu? Zupełnie cię nie rozumiem. Ok, może i wygląda na wyrośniętego licealistę, ale tacy są właśnie najlepsi!

— Niby w czym? — spytałam, wylewając przy okazji trochę wina na stół.

Laura skarciła mnie wzrokiem. Poza byciem obojętną na męskie wdzięki, najbardziej nie lubiła marnowania wina.

— Kochana, a jak myślisz? Muszą pokazać swoją dojrzałość w inny sposób — odparła, próbując mrugnąć jednym okiem, ale w końcu zamknęła oba na kilka sekund.

— Czy to twoja profesjonalna opinia? — Zaśmiałam się głośno.

— Dokładnie tak. A wiesz, że ja się nigdy nie mylę — oświadczyła dumnie, wypinając pierś trochę zbyt mocno. Wyglądała jak kogut, zwłaszcza ze swoimi krótkimi i nastroszonymi blond włosami. — Skoro ty go nie chcesz… — zaczęła, uśmiechając się przebiegle. A przynajmniej myślę, że taki miała zamiar, bo wyglądała jak napalona czterdziestka, czego oczywiście nie zamierzałam jej mówić. Chciałam jeszcze trochę pożyć.

— To co? — spytałam z zainteresowaniem, nagle uświadamiając sobie, że moja przyjaciółka miała ochotę na mojego partnera.

— Ja się nim zajmę. Oczywiście, jeśli nie masz ochoty na widok Adama w samym ręczniku, możemy spotykać się u niego — odparła i zachichotała.

Spiorunowałam ją wzrokiem. Nie wiedzieć czemu, nie rozśmieszyło mnie to, co mówiła.

— Lepiej nie — odrzekłam oschle.

Laura spojrzała na mnie zaskoczona.

— W porządku, przecież żartowałam — powiedziała szybko, unosząc ręce w geście poddania.

— Przepraszam — bąknęłam. Laura przypatrywała mi się podejrzliwie. Sama nie byłam pewna, czemu tak zareagowałam. Spojrzałam na pustą butelkę po winie, obwiniając ją za swoje zachowanie. Miałam już dosyć na dzisiaj. — Nie musisz się przypadkiem szykować na swoją randkę? — spytałam, błagając w duchu, żeby moja przyjaciółka złapała haczyk.

— Ach, racja! — Na szczęście Laura, słysząc o swojej randce, natychmiast zapomniała o Adamie i poderwała się z miejsca. — Muszę przecież wziąć prysznic i zrzucić te robocze, sztywniackie ciuchy! Jakby przyszedł, powiedz mu, że niedługo będę gotowa.

Pobiegła do łazienki, zostawiając mnie z brudnymi kieliszkami i miseczkami po lodach. Westchnęłam głęboko i uprzątnęłam je ze stołu. Nagle poczułam piasek pod oczami. Nie miałam zamiaru czekać, aż chłopak Laury się zjawi. Nie miałam też siły na prysznic. Zresztą kiedy Laura szykowała się na randkę, łazienka była zajęta przez co najmniej godzinę. Powlokłam się zatem do swojej sypialni i zwinęłam w kłębek na łóżku. Po chwili już spałam.

Rozdział 2

Nad ranem obudziłam się z bólem głowy. Piłam zdecydowanie za dużo albo za rzadko.

Powoli podniosłam się, rozprostowując wszystkie kości. Moja głowa natychmiast zaprotestowała. Powlokłam się do kuchni i jednym duszkiem wypiłam szklankę wody, a następnie drugą i wzięłam dwie tabletki przeciwbólowe. Nie czekając, aż ból zacznie ustępować, wzięłam prysznic i założyłam koszulę z rękawem za łokieć i jeansy. Kiedy wróciłam do kuchni, kawa już na mnie czekała, a razem z nią Adam.

— Co ty tutaj robisz? — zapytałam, starając się wyglądać na zbulwersowaną, ale głowa nadal dawała mi się we znaki, więc nic mi z tego nie wyszło.

— Najwyraźniej cię ratuję — odparł, uśmiechając się złośliwie i wskazując na kubek z kawą.

Usiadłam i upiłam łyk. Od razu poczułam się lepiej.

— Laura znów zostawiła otwarte drzwi? — domyśliłam się. Potrząsnęłam głową zrezygnowana. — Tyle razy jej powtarzałam, że kiedyś przez nią wejdzie do naszego mieszkania jakiś morderca.

— Coś insynuujesz? — spytał Adam, unosząc żartobliwie brew.

Westchnęłam. Moje samopoczucie nie zezwalało na robienie sobie żartów.

— Czemu w ogóle zawdzięczam twoją wizytę? — spytałam.

— Ach, no tak. Jak mógłbym zapomnieć. — Pacnął się teatralnie otwartą dłonią w czoło. — Mamy kolejne ofiary — dodał poważnym głosem.

— Tak szybko? — Zachłysnęłam się kawą.

— Te zwłoki są świeże — wyjaśnił. — Między morderstwami minęło kilka dni.

— Jesteś pewien, że to ten sam morderca?

— Ofiary są w takim samym stanie co poprzednie. — Popatrzył na zegarek. — Dopij kawę. Pojedziemy je obejrzeć, a potem muszę zabrać cię na komendę. Jak się zapewne domyślasz, komendant z niecierpliwością czeka na profil.

— Och, oczywiście!

Dokończyłam kawę w parę sekund, nie zważając na poparzenie języka i założyłam buty. Adam czekał na mnie przy drzwiach, poganiając dłonią.

Podczas podróży samochodem przekazałam mu, co Laura powiedziała wczoraj na temat sprawcy.

— Wywnioskowała, że prawdopodobnie kobieta za tym stoi — oznajmiłam, nieznacznie się krzywiąc. — W dodatku mamy do czynienia z bardzo rozzłoszczoną osobą. Czas pomiędzy morderstwami jest bardzo krótki. Co potwierdza również naszą teorię, że ma dużo czasu na zajmowanie się swoimi ofiarami — dodałam od siebie.

— Wiem — odparł. — Musimy się spieszyć.

Dalszą drogę odbyliśmy w ciszy. Minęło jakieś piętnaście minut, kiedy w końcu Adam zjechał na błotnistą drogę, prowadzącą do małego opuszczonego budynku, który przypominał leśną chatkę. Jeśli robiliby je z cegły.

Weszliśmy do środka. Odór nie był tak silny jak w przypadku wczorajszych zwłok, więc faktycznie ofiary musiały tu być od niedawna.

— Miałeś rację, to dokładnie ten sam wzór — orzekłam, przyglądając się ofiarom.

Kobieta i mężczyzna wisieli na ścianie ze związanymi ku górze rękami. Rany również były w tych samych miejscach i tak samo, jak w poprzednim przypadku, zadane pod wpływem silnych emocji. Naokoło ofiar było mnóstwo krwi, ale ślady nie sięgały zbyt daleko.

— Tak jak poprzednio, sprawca zadawał im ciosy, nie przenosząc ciał — oświadczył Adam, najwyraźniej myśląc o tym samym co ja i podszedł bliżej ofiar, przyglądając się ich ranom na klatce piersiowej. — Powiedz mi, czemu odrzucamy motyw seksualny? Przecież ofiary zostały obnażone.

— Po prostu mi zaufaj, dobrze? — odparłam z przekonaniem. — To po prostu za mało, przynajmniej w tym przypadku. Schemat i precyzja ran wskazuje na poczucie krzywdy lub zemstę.

— Nacięcia wyglądają na takie same — przyznał. — Musimy jednak poczekać, aż Alfred powie nam więcej.

— Dowiemy się, czy różnica między głębokością ran w sercu była przypadkowa — wtrąciłam.

Pokiwał powoli głową.

— Na pierwszy rzut oka widać, że te ofiary są o parę lat młodsze — zauważyłam.

— Cholera — zaklął. Spojrzałam na niego zdziwiona. — Gdybyśmy znali tożsamość ofiar, może już byśmy go złapali i by do tego nie doszło — rzekł zbolałym głosem.

— Wiesz, że to nie twoja wina — powiedziałam łagodnie, ale nie ruszyłam się z miejsca. — Nie martw się, złapiesz go. Zawsze ci się udaje, jesteś najlepszy w kraju.

— Obyś miała rację.

Odwrócił się w moją stronę. Miał smutek w oczach. Czasem zapominałam, jakim był wrażliwym człowiekiem. Siedział w tym od dziesięciu lat, a nadal przejmował się każdym przestępstwem, jakby sam był za nie odpowiedzialny.

— Jedźmy na komendę — zaproponowałam. — Muszę dokończyć profil. Poza tym istnieje szansa, że już coś wiedzą na temat wczorajszych ofiar.

— Ja wolałbym się jeszcze trochę rozejrzeć — odparł nieprzekonany.

— Przypominam ci, że mnie tu przywiozłeś, a nawet nie wiem, gdzie jest „tu” — wypomniałam mu.

— W takim razie jedźmy — zgodził się.

Nie wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu spraw, ale ruszył w kierunku wyjścia z opuszczonego budynku.

Kryminalistycy zbierali jeszcze dowody, robili zdjęcia, ale mi wystarczyło to, co już zobaczyłam. Jasnym było, że mordercą była ta sama osoba. I nie było nim dziecko ofiar, a przynajmniej nie dziecko tej pary, którą znaleźliśmy dzisiaj. Sprawcą musiał być dorosły, a dzisiejsze ofiary były zbyt młode na to, by ich potomek mógł być chociaż nastolatkiem.

***

Kiedy tylko weszłam do swojego gabinetu, od razu opadłam na swój fotel. Kacper podniósł głowę znad komputera i uśmiechnął się szeroko. Entuzjazm go opuścił, kiedy zobaczył, że tuż za mną idzie Adam.

— Marcel na was czeka — rzucił zamiast powitania.

Poczułam, jak wraca mój poranny ból głowy.

— Świetnie, a ja nie mam profilu — rzekłam załamana.

— Nie o to chodzi. Powiedział, że coś dla was ma — odparł Kacper, spoglądając na mnie z rozbawieniem.

Wspaniale, najwyraźniej wszyscy widzieli, że mam kaca.

— Chodźmy, Maju, to na pewno coś ważnego — powiedział Adam, poganiając mnie dłonią.

Westchnęłam i wstałam z fotela. Myśl, że Marcel może mieć dla nas jakieś istotne informacje, pomogła mi ruszyć mój skacowany tyłek i ruszyć za Adamem. Odwróciłam się jeszcze na chwilę w stronę Kacpra i bezgłośnie powiedziałam „później ci powiem”, na co on odpowiedział uśmiechem. Oczywiście domyślił się, że nie chodziło mi o to, co ma nam do powiedzenia komendant, ale o dane kolegów Nikoli z liceum.

— Siadajcie — rzucił Marcel zza stosu dokumentów, kiedy wkroczyliśmy do jego gabinetu.

— Ma pan komendant coś dla nas? — spytał Adam. Zawsze wydawało mi się dziwne nazywanie Marcela „panem komendantem”, ale Adam był śledczym i takie panowały tu zasady.

— Tak. Zgłosiło się do nas małżeństwo, które twierdzi, że są sąsiadami wczorajszych ofiar. Pojedźcie do nich — rzekł komendant. Adam odetchnął z ulgą. — Maju, skończyłaś profil?

— Nie, ale mam go już w głowie — odparłam. Marcel wyglądał na nie do końca usatysfakcjonowanego. — Muszę go tylko napisać.

— W takim razie Adam sam pojedzie do tych sąsiadów. Potrzebujemy pełnego profilu — oznajmił.

— Myślę, że powinnam mu towarzyszyć. Jest nam potrzebny również profil ofiary. Szczególnie w tym przypadku może się okazać kluczowy do schwytania mordercy. Jak tylko wrócę, od razu go napiszę. Będziesz miał obydwa profile na biurku dziś po południu — powiedziałam, patrząc na komendanta z nadzieją.

Po chwili zastanowienia zgodził się na takie warunki i machnął ręką, żebyśmy już poszli.

Natychmiast usłuchaliśmy i szybko skierowaliśmy się do samochodu Adama.

***

Małżeństwo, które twierdziło, że zna ofiary, mieszkało na drugim końcu miasta. Uważnie obserwowałam okolicę. Nie była luksusowa, ale nie były to też slumsy. Zwykłe osiedle zamieszkiwane przez ludzi z klasy średniej. Niezłe szkoły, ładne samochody.

Weszliśmy do bloku, który rzekomo zamieszkiwały ofiary i weszliśmy na czwarte piętro. Chciałam wjechać windą, ale Adam jak zwykle odmówił. Nigdy nie zdradził mi, dlaczego nigdy z nich nie korzysta. Podejrzewałam, że się ich bał, ale za każdym razem, gdy go o to pytałam, odpowiadał „nie po to mam nogi”, co tylko utwierdzało mnie w przekonanie, że miałam rację.

Zapukaliśmy do mieszkania małżeństwa, które się do nas zgłosiło. Drzwi otworzył nam mężczyzna po czterdziestce z postępującą siwizną i szerokim uśmiechem.

— Dzień dobry, jesteśmy z policji — wyjaśnił Adam, taksując mężczyznę wzrokiem.

Czułam, że nie podobało mu się to, co zobaczył.

— Ach, to państwo! — wykrzyknął mężczyzna i usunął się z przejścia, żebyśmy mogli wejść.

Wydawał się bardzo podekscytowany faktem, że może pomóc przy śledztwie. A może po prostu lubił policjantów? Niemożliwe, przecież nikt ich nie lubi.

Zaprowadził nas do salonu, gdzie na kanapie siedziała kobieta, również po czterdziestce. Kruczoczarne włosy miała upięte w luźny kok. Na nasz widok na jej twarzy pojawił się uśmiech bardzo podobny do tego, jakim obdarzył nas jej mąż.

— Podać państwu coś do picia? — spytała po tym, jak uściskała nam obydwojgu dłoń. Zlustrowała dokładnie Adama. Chyba nawet nie dosłyszała mojego imienia.

— Pani też jest śledczym? — zagadnęła mnie, niechętnie odrywając wzrok od Adama, ale do pokoju właśnie wszedł jej mąż z czterema szklankami mrożonej herbaty.

— Dziękuję — powiedziałam, kiedy wręczył mi szklankę. Wprawdzie w tej chwili potrzebowałam jedynie mrożonej kawy z bitą śmietaną podaną przez przystojniaka ze „świetnym tyłkiem”, podczas gdy ja wylegiwałabym się na plaży, ale za to także wypadało podziękować. — Nie, jestem psychologiem kryminalnym — odpowiedziałam na pytanie jego żony. Chociaż jeśli Adam odwzajemni jej zainteresowanie, może już niedługo nią nie będzie. Na razie udawał, że niczego nie zauważył. — Jestem tu, ponieważ mogą mi państwo pomóc stworzyć profil ofiar. To z kolei pomoże w śledztwie — wyjaśniłam.

— Jak możemy w tym pomóc? — spytała przerażona tak wielką odpowiedzialnością.

— Odpowiadając na nasze pytania — wtrącił Adam. — Wystarczy, że przypomną sobie państwo wszystkie szczegóły dotyczące waszych sąsiadów.

Pokiwałam głową na tyle energicznie, na ile pozwalał mi mój stan.

— W porządku. W takim razie co chcą państwo wiedzieć o Marii i Antonim?

— Kiedy zauważyli państwo, że zniknęli? — spytał Adam.

— Cóż, tydzień temu wyjechali na trzy dni w interesach, a przynajmniej tak nam powiedzieli — wyjaśnił mąż zakochanej w Adamie kobiety. — Na początku sądziliśmy, że nadużywają naszej uprzejmości, ale kiedy minęło pięć dni od ich wyjazdu, zaczęliśmy się niepokoić. A potem zobaczyliśmy w wiadomościach ich zdjęcia.

— Co ma pan na myśli, mówiąc, że nadużywają państwa uprzejmości? — spytałam, czując, że nie chodziło mu o podlewanie kwiatów.

— Ich córka zatrzymała się u nas na kilka dni — odparł. — Nie chcieli, żeby opuszczała szkołę.

Z trudem powstrzymałam się, żeby nie spojrzeć znacząco na mojego partnera.

— Ile ich córka ma lat? — dociekałam, z trudem opanowując emocje, bynajmniej nie przyjemne.

— Dziesięć. Lubią się z naszą córką, więc obie ucieszyły się, że mogą zrobić sobie nocowanie — odpowiedziała kobieta, mrugając do mnie porozumiewawczo, jakbym mogła wiedzieć, o co jej chodzi.

Czyżby kac sprawiał, że wyglądałam, jakbym mogła mieć dziesięcioletnią córkę?!

— Wie już o śmierci jej rodziców? — spytał Adam.

— Nie — odparła zawstydzona. — Nie wiedzieliśmy, jak jej to powiedzieć. Bardzo dobrze bawi się z naszą Karoliną, nie chcieliśmy jej tego psuć.

— Są państwo świadomi, że musimy ją zabrać? — zapytałam ostrożnie.

— Nie może z nami zostać? Na pewno nie będzie dla niej lepiej, jeśli trafi do domu dziecka, zwłaszcza teraz — natychmiast zaprotestowała.

— Możemy postarać się, żeby zostali państwo tymczasowymi opiekunami — powiedział ostrożnie Adam.

— Wspaniale — oświadczył mąż. — Julia jest zawsze taka szczęśliwa, kiedy do nas przychodzi. Nigdy nie chce wracać do domu.

Uśmiechał się przez chwilę, ale zaraz spoważniał.

— Myślą państwo, że był inny powód tego, że Julia nie chciała wracać do domu? — spytałam.

— Co ma pani na myśli?

— Wszystko, co mogło się państwu wydawać dziwne, podejrzane.

— Nie, jej rodzice byli porządnymi ludźmi i dobrymi sąsiadami. Nie byliśmy wprawdzie bardzo blisko, to raczej przyjaźń naszych dzieci nas połączyła, ale nigdy nie było na co narzekać. Byli spokojnymi ludźmi, nie było słychać żadnych awantur, nie urządzali imprez — oświadczył mąż, który zaczął zerkać na mnie z niepokojącym zainteresowaniem.

— Może ktoś ich nachodził, groził im? — zapytał Adam.

— Nic nam o tym nie wiadomo. — Pokręcił głową. Wyglądał na szczerze załamanego, że nie może nam pomóc.

— Mieli tu jakąś rodzinę?

— Wpadała do nich czasem jakaś ciotka. Pilnowała małej, kiedy jej rodzice szli do kina albo na kolację — odparła żona, łaskawie na mnie zerkając. — Ale nikt poza tym.

— Pamiętają państwo, jak się nazywa?

— Tylko imię, Paula.

— Czym zajmowali się rodzice Julii?

Chętnie przeniosła wzrok z powrotem na Adama.

— Mieli własną firmę. Produkowali jakieś części do maszyn, nie wiem dokładnie.

— Nigdy nie kłócili się ze zleceniodawcami? Może coś państwu mówili, skarżyli się?

Obydwoje pokręcili bezradnie głowami.

— A co mogą nam państwo powiedzieć o ich córce? — zapytałam, mając nadzieję, że może to nas do czegoś doprowadzi.

— To kochana dziewczynka. — Mężczyzna natomiast się ożywił. — Zawsze kiedy do nas przychodzi, żeby pobawić się z naszą Karolinką, jest bardzo grzeczna. Mówi „proszę” i „dziękuję”. Złote dziecko.

Pomyślałam, że gdyby to było wyznacznikiem dobrego człowieka, moja praca byłaby zbędna, a ja bezrobotna.

— Żadnych kłopotów w szkole?

— Wie pani, jakie są dzieci. Najedzą się cukru, a potem energia je roznosi. Czasem psocą, ale to nic groźnego. — Machnął ręką lekceważąco i zaśmiał się, jakby opowiedział dobry dowcip.

— Jakie psoty ma pan na myśli? — nie odpuszczałam.

— Nic wielkiego, naprawdę — wtrąciła nowa kochanka Adama. — Poza tym jestem pewna, że nauczycielka przesadza, w końcu to tylko dzieci. Jest po prostu przewrażliwiona, bo jest starą panną. — Zerknęła na mnie znacząco. Zaczynała naprawdę działać mi na nerwy.

— Dziękujemy, na razie to wszystko — powiedział szybko Adam, najwyraźniej widząc w moich oczach żądzę mordu.

Wstał i wręczył im obydwojgu swoją wizytówkę. Zawsze dawał ją każdemu ze świadków w razie gdyby jeden chciał coś ukryć, a drugi się złamał. Nie zdarzało się to zbyt często, ale zawsze była na to jakaś szansa.

Również wstałam i z ulgą skierowałam się do wyjścia. Miałam już dosyć tej wizyty.

— Pracownik socjalny skontaktuje się z państwem w sprawie ustanowienia domu tymczasowego dla Julii. Będą z nią musieli państwo także przyjść na komendę. Musi ją przesłuchać nasz psycholog dziecięcy — oświadczył Adam.

— Oczywiście — odparli jednocześnie. Przewróciłam oczami i spróbowałam otworzyć drzwi, lecz bezskutecznie. Wyręczył mnie w tym właściciel mieszkania, wyjmując klucz.

— Trzeba mieć klucz, żeby otworzyć od wewnątrz — oświadczył dumnie.

— W jakim celu? — zainteresował się Adam.

Mężczyzna najpierw posłał mu spojrzenie, jakby ten powinien doskonale wiedzieć dlaczego, po czym westchnął i odparł:

— Jeżeli złodziej wejdzie do naszego mieszkania przez okno, udaremni mu to ucieczkę.

***

— Dziwni ludzie, nie uważasz? — zagadnął Adam, kiedy już otrząsnęliśmy się z pierwszego szoku.

— Trochę dziwni, to prawda, ale poza tym całkiem przeciętni — odparłam i spojrzałam na niego, uśmiechając się złośliwie. — Nie wmawiaj mi, że nie podobało ci się, jak cię zżerała wzrokiem.

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — oświadczył, robiąc oburzoną minę. — Zwracałem uwagę wyłącznie na to, co mówili o ofiarach.

— Oczywiście. — Z trudem stłumiłam śmiech. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że to nie była odpowiednia pora na żarty, więc dałam sobie spokój. Podręczę go, kiedy już złapiemy zabójcę. — Dowiedziałam się całkiem sporo, ale potrzebujemy jeszcze zeznań dziewczynki — dodałam, powracając do tematu, który nas głównie interesował.

— Naprawdę? Bo dla mnie nie było to zbyt owocnie spędzone popołudnie — odparł ze zdziwieniem. — Ofiary wydawały się nie mieć żadnych problemów, ani wrogów, którzy by ich nachodzili… Chociaż musimy jeszcze znaleźć ciotkę Julii.

— Wręcz przeciwnie. Dowiedzieliśmy się, że byli do bólu przeciętni, to zawsze jest podejrzane. W dodatku ich córka bywa nadpobudliwa — odparłam. — Musimy porozmawiać z jej nauczycielami. Wiemy do której szkoły chodzi?

— Kiedy znajdziemy jej ciotkę, a ona potwierdzi tożsamość ofiar, to będzie wyłącznie kwestia czasu.

— Dobrze, do tej pory zdążę stworzyć profil. Powiem też Kacprowi, żeby znalazł tę ciotkę.

— Doskonale. Ja udam się do Alfreda. — Spojrzał na mnie z kpiącym uśmiechem. — Masz coś przeciwko, że udam się do niego sam?

— Ubolewam nad tym, ale może jakoś to przeżyję — odrzekłam kąśliwie. Adam zaśmiał się, ale po chwili się opanował, przypominając sobie, że sytuacja była poważna.

Podrzucił mnie pod samo wejście na komendę i od razu odjechał.

Po drodze do mojego gabinetu zahaczyłam o automat z kawą. Nie serwował najlepszej kawy na świecie, ale była dosyć mocna, a to teraz było dla mnie najważniejsze, bo głowa wciąż jeszcze trochę mnie bolała. Oglądanie jak jakaś baba w średnim wieku ślini się na widok Adama, zdecydowanie mi nie pomogło.

— I jak? — zapytał Kacper, kiedy tylko przekroczyłam próg naszego pokoju.

— Interesujący ludzie — odparłam. Spojrzał na mnie ze współczuciem. Wiedział, że „interesujący” nie oznaczało nic dobrego. A przynajmniej nie kiedy ja używałam tego słowa. — Dowiedziałam się paru rzeczy, które wprawdzie nie były dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale pomogą w dokończeniu profilu.

— Statystyki? — spytał ostrożnie. Wiedział, że nie znoszę opierania się na statystykach.

— Na to wygląda — odrzekłam zmęczonym głosem. — Niestety w ofiarach nie ma nic fascynującego. Może poza ich córką.

Kacper od razu podniósł głowę znad komputera i spojrzał na mnie uważnie.

— Tak, mają dziesięcioletnią córkę — wyjaśniłam. — Tylko że ona nie mogła tego zrobić. To musiał być dorosły.

— A ich sąsiedzi?

— To z pewnością nie byli oni. Sami mają ze sobą problemy — powiedziałam ostrożnie. Nie mogłam być tego pewna, na razie to było tylko przeczucie. — Słuchaj, wspomnieli, że do ofiar przychodziła jakaś ciotka. Musisz pomóc nam ją znaleźć, ona może ich zidentyfikować. Problem w tym, iż wiemy jedynie, że ma na imię Paula.

— Spokojnie, znajdę ją — zapewnił mnie i natychmiast wziął się do roboty.

— Wiem — powiedziałam bardziej do siebie, bo Kacper już mnie nie słuchał.

Wzięłam duży łyk kawy i również zabrałam się do pracy. Dokończyłam profil sprawcy i stworzyłam profil ofiar. W tym wypadku było to szczególnie istotne, bo wskazywało na motyw sprawcy. Nie napisałam jednak, że mordercą była kobieta. Ufałam Laurze, ale nie chciałam, żeby policja zawężała swoje poszukiwania. Poza tym czułam, że ta sprawa jest inna niż wszystkie. Nie wiedziałam jeszcze tylko dlaczego.

Wysłałam profile Marcelowi i zerknęłam na telefon. Żadnych połączeń od Adama. Spojrzałam na Kacpra, ale ciągle był pogrążony w poszukiwaniach.

Poirytowana zadzwoniłam więc do Adama. Odebrał już po pierwszym sygnale. Nie czekając, aż sam coś powie, zapytałam:

— Co powiedział Alfred?

— Właśnie miałem do ciebie dzwonić. — Kłamca. — Rany w sercu są dokładnie takie same. Co do milimetra.

— No to mamy wzór. — Kacper zerknął na mnie znad monitora. — Masz coś? — spytałam go. Pokiwał głową. — Poczekaj — rzuciłam do słuchawki. — Kacper coś znalazł, przełączę cię na głośnik.

Zmieniłam opcję na głośnomówiący i położyłam telefon na biurku Kacpra. Nasz gabinet był tak mały, że musiałam zrobić tylko jeden większy krok, żeby przedostać się na drugi koniec pomieszczenia.

— Co tam znalazłeś, nasz geniuszu? — zagadnął Adam, na co Kacper się skrzywił. Nie przepadał za nim. Wprawdzie sama nie uwielbiałam swojego partnera, ale Kacper wyjątkowo go nie lubił.

— Odnalazłem ciotkę ofiar, mieszka niedaleko ich osiedla.

— Wyślij mi ich adres. Zaraz tam pojadę — odparł Adam.

— Czekaj, chcę jechać z tobą — zaprotestowałam.

— W porządku — odrzekł ku mojej uldze. — Zaraz po ciebie przyjadę. — Rozłączył się i Kacper od razu napisał mu sms z adresem.

— Mamy jeszcze piętnaście minut, zanim tu dotrze — oznajmił Kacper i spojrzał na mnie z zainteresowaniem. — Opowiesz mi wreszcie, jak ci poszło wczoraj z danymi kolegów Nikoli?

— Och, racja! — Pacnęłam się w głowę. — Nawet nie wiem, jak ci dziękować.

— Wiesz, że nie musisz — odparł pospiesznie, posyłając mi nieśmiały uśmiech. — Tak naprawdę niewiele zrobiłem.

— Zrobiłeś bardzo wiele. Przede wszystkim pomyślałeś o czymś, co mi nawet nie przyszło do głowy, a szukam jej od lat. — Natychmiast posmutniałam.

Kacper spojrzał na mnie ze współczuciem. Nie chciałam tego, więc szybko się otrząsnęłam.

— Wysłałam wiadomości do wszystkich osób z jej rocznika. Przejrzałam też ich profile na portalach społecznościowych — zrelacjonowałam. — Są raczej nudni.

— Sama wiesz najlepiej, że to o niczym nie świadczy — zauważył.

— Albo świadczy o skrywanej tajemnicy.

— I nigdy nie jest to ładna tajemnica — dodał z ponurym wyrazem twarzy.

W tym momencie zadzwonił mój telefon. Zerknęłam szybko na wyświetlacz. Adam dzwonił, żeby oznajmić, że już przyjechał. Nawet nie odebrałam, tylko pomachałam Kacprowi, wrzuciłam telefon do torebki i pospiesznie opuściłam pokój.

Przebiegłam przez korytarz, bo wiedziałam, że jeśli każę mu zbyt długo na siebie czekać, będzie zgryźliwy. Nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Na policji biegnąca osoba nie jest niczym niezwykłym. Nieistotne czy był to policjant, inny pracownik, czy nawet podejrzany, chociaż różnica była taka, że oni zwracali na siebie uwagę wszystkich.

Adam czekał na mnie pod samym wejściem. Wsiadłam do samochodu i od razu ruszył. Bez słowa wskazał mi schowek, w którym znalazłam dwa pączki. Chciałam dać mu jeden, ale potrząsnął głową. W takich momentach go kochałam.

— Alfred zajął ci sporo czasu — zauważyłam z ustami pełnymi ciasta i lukru.

— Owszem, ale wstąpiłem też po drodze po śniadanie dla ciebie — odparł i uśmiechnął się do mnie. Wyciągnął dłoń w stronę mojej twarzy, ale odsunęłam się i spojrzałam na niego zdziwiona. — Masz trochę lukru na twarzy — powiedział urażony.

Wytarłam usta chusteczką i odkrząknęłam.

— Alfred powiedział ci coś ciekawego poza tym, ze rany w sercu były identyczne z poprzednimi? — spytałam, chcąc uniknąć niezręcznego tematu o moich granicach osobistych.

— Maju, one były równe co do milimetra — odparł, kręcąc głową.

— Wiem, że ci się to nie podoba. Ja również dostaję od tego gęsiej skórki, ale pamiętaj, że to pomoże nam w śledztwie — powiedziałam łagodnie.

Adam wiele w swoim życiu widział, ale psychologiczne aspekty zbrodni nadal sprawiały, że czuł się nieswojo. Czasem odnosiłam wrażenie, że go wręcz przerażały. Prawdę powiedziawszy, mnie również.

— Masz rację. Jak zwykle.

Posłał mi uśmiech, co oznaczało, że nie jest zły za moją reakcję na jego próbę oczyszczenia mojej twarzy z lukru. Odetchnęłam z ulgą. Może i między partnerami nie musiała istnieć przyjaźń, ale niezręczność z pewnością nie pomagała w śledztwie.

Podjechaliśmy pod blok, który znajdował się na osiedlu bardzo podobnym do tego, które odwiedziliśmy rankiem. Niczym się nie wyróżniało. Nie odznaczało się bogactwem, ale też nie biedą i patologią. Nie cierpiałam takich miejsc. Skrywało wiele tajemnic. Sama na takim mieszkałam, ale wyłącznie dlatego, że Laura bała się zamieszkać w gorszej dzielnicy. Tam przynajmniej nikt niczego nie udawał, tutaj życie polegało na udawaniu.

Drzwi otworzyła nam dobrze zbudowana kobieta po trzydziestce z długimi rudymi włosami zaplecionymi w warkocz. Z mieszkania wydobywał się odór kociej kuwety.

O rany, tylko tego nam jeszcze brakowało po koszmarnej porannej wizycie. Kobieta uważająca się za starą pannę i obtaczająca się kotami. Była młoda, mimo to uważała, że walczy z nadchodzącą starością. Domyśliłam się tego po warkoczu i krzykliwej fioletowej bluzce z dekoltem niemalże do pępka. Poza tym jej jeansy były tak opięte, że złośliwe dzieciaki pewnie przyjmowały zakłady, czy przy siadaniu pękną. Powtarzałam sobie, że sama jestem za stara na tak dziecinne zachowanie.

— Dzień dobry, jesteśmy z policji. Możemy zająć pani chwilę? — przywitał się Adam, a ona z chęcią nas wpuściła, nie spuszczając z niego wzroku. Co te wszystkie kobiety w nim widziały?

Zaprowadziła nas do salonu i poczęstowała ciastkami, ale odmówiliśmy. Objadanie się u rodziny zamordowanych ludzi wydawało się nie na miejscu.

Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam trzy koty. Ciekawiło mnie, ile było ich w innych pomieszczeniach.

Poczułam, że zbyt ostentacyjnie się rozglądam, więc skupiłam uwagę z powrotem na ciotce ofiar. Na szczęście niczego nie zauważyła, bo wciąż wpatrywała się maślanymi oczami w mojego partnera.

— Niestety nie mamy dla pani dobrych wieści — zaczął Adam.

To on zawsze przekazywał złe wiadomości. Byłam mu za to wdzięczna, bo ja bym chyba nie dała rady oznajmić komuś, że jego bliski był torturowany, a następnie został zamordowany. Wprawdzie Adam pomijał takie szczegóły, ale to i tak musiało być ciężkie zadanie.

— Wiem, po co państwo tu są — odparła, a na jej twarzy pojawił się żal. — Dostałam dziś telefon od sąsiadów mojej drogiej siostry. Wspomnieli, że mówili o nich w wiadomościach, ale ja nie oglądam telewizji, nie mam nawet telewizora.

— Wiedziała pani, że wyjechali w interesach? — spytał.

— Tak, moja siostra mi o tym wspominała. Pytałam nawet, czy chcą, żebym zabrała do siebie Julię na tę parę dni, ale powiedzieli, że zostanie u ich sąsiadów. Gdzie ona teraz jest?

— Sąsiedzi pani siostry wystąpili o przydzielenie im tymczasowej opieki nad Julią — odrzekł. — Nie zastanowiło panią, że pani siostra nie odezwała się do pani po powrocie?

— Jak to?! Przecież to ja jestem jej ciotką, oni nawet nie są jej rodziną! — wykrzyknęła zdenerwowana.

— Rozumiemy, pani również może wystąpić o opiekę — wyjaśniłam. — Pani, jako rodzinie dziewczynki, prawdopodobnie zostanie ona przydzielona.

— Zaraz to zrobię!

Kobieta zaczęła wachlować się dłonią. Nie udawała zdenerwowania. Zrobiła się cała czerwona.

— Nie odpowiedziała pani na moje pytanie — wytknął jej Adam. — Czy nie zdziwiło panią, że pani siostra nie odezwała się po powrocie z wyjazdu?

— Nie, często przez jakiś czas nie rozmawiamy. Jest bardzo zajęta pomaganiem mężowi w firmie. — Spojrzała na nas podejrzliwie. — Czy jestem podejrzana? Przecież to moja rodzina!

— Próbujemy tylko ustalić fakty — odpowiedział spokojnie Adam. Podziwiałam go, że w niemalże każdej sytuacji potrafił zachować spokój.

Natomiast ja zlekceważyłam jej oburzenie, bo zainteresowała mnie inna kwestia.

— Czyli firma należy do pani szwagra?

— Tak, moja siostra tylko mu pomaga. Tyle razy jej powtarzałam, że w przypadku rozwodu oszuka ją i zostawi na lodzie, ale ona upierała się, że nigdy się nie rozstaną. Ona mu pomagała, zajmowała się domem, a on zgarniał kasę — odparła coraz bardziej rozzłoszczona.

Obydwoje zlekceważyliśmy to, że nie lubiła zamordowanego mężczyzny. Wiedzieliśmy, że to nie pasuje ani do motywu, ani do samego morderstwa.

— Czy pani siostra wspominała, że mieli jakichś wrogów? Może ktoś im groził? — spytał Adam.

— Nie, o niczym mi nie wiadomo — odparła z niepokojem.

— Wiemy, że często zajmowała się pani Julią — wtrąciłam. — Proszę nam o niej opowiedzieć.

— To wspaniała i mądra dziewczynka. Zawsze sprząta po sobie, nawet nie trzeba jej o nic prosić — powiedziała dumnie, a na jej twarzy natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.

— Jest zdyscyplinowana? — zainteresowałam się.

— Czasem mam wrażenie, że za bardzo. — Zaśmiała się. — Nawet jej mówiłam, żeby trochę odpuściła. Ma dziesięć lat, powinna być beztroskim dzieckiem, ale ona upiera się, że musi być grzeczna.

— Użyła dokładnie tego słowa? — spytałam.

— Tak.

Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale tylko potrząsnęłam głową. Nie mogę jej nic zasugerować, dopóki nie będziemy mieli pewności.

— Sąsiedzi pani siostry i jej męża wspominali, że Julia ma bardzo dużo energii. Odnieśliśmy nawet wrażenie, że za dużo. Może jednak zdarzało się, że pani siostrzenica sprawiała jakieś kłopoty? Na przykład w szkole? — zapytał Adam.

Kobieta spojrzała na niego niepewnie.

— Wprawdzie siostra o niczym takim nie wspominała, ale parę razy, kiedy odbierałam Julię ze szkoły, jej wychowawczyni chciała rozmawiać z jej rodzicami. Nie wiem jednak o czym, bo nie chciała mi nic powiedzieć. Prosiła tylko, żebym im przekazała, że następnym razem to oni mają się stawić.

— Mówiła pani o tym swojej siostrze?

— Oczywiście, ale za każdym razem mnie zbywała. Mówiła, że wychowawczyni Julii jest po prostu przewrażliwiona i uważa, że dzieci powinny przez cały czas siedzieć na miejscu i najlepiej wcale się nie odzywać. Zresztą czemu miałabym jej nie wierzyć? Moja siostrzenica jest bardzo dobrym i grzecznym dzieckiem, ale trudno, żeby cały czas siedziała nieruchomo — obruszyła się.

Zgadzałam się z nią w tej kwestii, jednakże wciąż czułam, że zachowanie Julii w szkole nie było do końca normalne, a jej wychowawczyni wcale nie była przewrażliwiona.

— W porządku — skwitował Adam i wstał, a ja zaraz za nim. — Chciałabym, żeby pojechała pani teraz z nami i zidentyfikowała siostrę i jej męża. Czy jest pani w stanie to zrobić? — spytał, choć prawda była taka, że nie miała zbytniego wyjścia.

— Oczywiście, zrobię wszystko, by pomóc schwytać tego łajdaka, który skrzywdził moją siostrę i pozbawił moją siostrzenicę rodziców — oznajmiła stanowczo i wymaszerowała z salonu. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo z Adamem, po czym ruszyliśmy za nią.

***

— A więc to pewne. Ofiarami są rodzice Julii — powiedział Adam, kiedy już odwieźliśmy Paulę do domu.

Była tak roztrzęsiona widokiem zwłok, że nie mogła się uspokoić. Alfred jak zwykle w reakcji na emocje członka rodziny ofiar jedynie przewrócił oczami. Mimo wszystko wierzyłam, że gdzieś głęboko, pod warstwą lodu i sarkazmu, biło ludzkie serce. Tylko nikt nie mógł go odnaleźć.

— Tak, teraz jeszcze musimy zidentyfikować dzisiejsze ofiary — odparłam zmęczonym głosem. Było późne popołudnie, a ja czułam się, jakby od dzisiejszego poranka na miejscu zbrodni minął co najmniej tydzień, a ja przez cały ten czas byłam na nogach. Przynajmniej ból głowy ustąpił. — Co myślisz o ciotce? — spytałam ciekawa, czy ma takie same podejrzenia co ja.

— Pasuje do profilu — stwierdził powoli. — Na jaki wiek stawiasz?

— Około trzydziestki. Może ze dwa lata mniej, ale nie więcej niż trzydzieści pięć — odparłam zdecydowanie. Zbrodnia była zbyt wyrachowana na osobę, która ledwo przekroczyła dwudziestkę, ale jednocześnie sprawca miał w sobie wiele emocji. Od jego doświadczeń nie mogły minąć dekady.

— Cioteczka ma trzydzieści trzy. Powiem chłopakom, żeby mieli na nią oko. Przyjaciół ofiary też niech obserwują, nie spodobali mi się. My w tym czasie pojedziemy spotkać się z nauczycielką Julii i będziemy się modlić, żebyśmy szybko ustalili tożsamość drugich ofiar.

— Myślałam, że jesteś niewierzący — rzekłam, spoglądając na niego zaskoczona.

— W takich chwilach każda pomoc się przyda — odparł, a na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.

— Może i masz rację — powiedziałam po chwili zastanowienia.

Ja sama nie byłam pewna, czy wierzę w Boga. Widziałam tyle złego w życiu, że czasami myślałam, iż to niemożliwe, żeby patrzył na nas i nic z tym nie robił. Z drugiej strony potrzebowałam wierzyć, że istnieje jakaś większa od nas wszystkich siła. Że to wszystko nie dzieje się bez powodu. Tylko kiedy zasłużymy na to, by usunąć całe zło? Na to pytanie nikt nie znał odpowiedzi.

— O czym tak rozmyślasz? — zagadnął mnie Adam.

Spojrzałam na niego zdziwiona. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zamyśliłam się na tak długo, żeby mógł to zauważyć.

— O naszej roli w usuwaniu zła ze świata — odparłam szczerze. Wiedziałam, że kto jak kto, ale on z pewnością mnie nie wyśmieje.

— Myślę, że odgrywamy w tym dużą rolę. W końcu od tego jesteśmy — stwierdził po chwili zastanowienia.

— Ale czy to nie za mało?

— Z pewnością.

Przynajmniej był szczery.

Westchnęłam głęboko, ale nie mieliśmy czasu na dalsze rozważania, bo właśnie podjechaliśmy pod szkołę, w której uczyła się córka ofiar.

— Chciałabym, żeby Piotr przesłuchał również koleżankę Julii, Karolinę — oświadczyłam, kiedy szliśmy wzdłuż korytarza, kierując się do gabinetu dyrektora.

— Słusznie, załatwię to — odparł Adam i zapukał do gabinetu.

Otworzyła nam starsza kobieta o przyjaznym wyrazie twarzy.

— Witam, w czym mogę państwu pomóc? — zapytała, uważnie nas obserwując. Miła, ale ostrożna. Od razu ją polubiłam.

— Jesteśmy z policji. Przyszliśmy, żeby porozmawiać o jednej z państwa uczennic — wyjaśnił Adam, machając jej przed nosem odznaką.

Pokiwała głową i zwróciła się w moją stronę, najwyraźniej czekając, aż wyjmę swoją.

— Jestem psychologiem, pomagam w śledztwie — wytłumaczyłam.

Usatysfakcjonowana wpuściła nas do środka.

— Czy dyrektor jest w swoim gabinecie? — zapytałam.

— Niestety nie ma go dzisiaj. Ja go zastępuję, jestem wicedyrektorką. Jestem pewna, że będę w stanie udzielić państwu każdej informacji, jakiej potrzebują — odpowiedziała dumnie i zasiadła za swoim biurkiem.

Wskazała na miejsca przed sobą. Usiedliśmy, a ja od razu poczułam się jak matka, która została wezwana na dywanik za przewinienia swojego dziecka.

— O której uczennicy mowa? — spytała wicedyrektorka.

Adam pokazał jej zdjęcie.

— Ach, Julia. — Oczywiste było, że darzy dziewczynkę sympatią. — Uczę ją matematyki. Bardzo mądra i pracowita.

— Jej rodzice nie żyją — oświadczył Adam, nie starając się złagodzić ciosu. Wyłącznie powiadamiając rodzinę ofiar, starał się być delikatny. W innych przypadkach walił prosto z mostu.

Wicedyrektorka wpatrywała się w niego przez chwilę, po czym zamrugała dwa razy.

— Jak to się stało? — zapytała słabym głosem.

— Zostali zamordowani. Nie możemy podać szczegółów — wyjaśnił spokojnie.

— Oczywiście, rozumiem — odparła, choć jej mina świadczyła o czymś zupełnie odwrotnym. — Czy Julia już wie?

— Dziś po szkole odbierze ją pracownik socjalny i zabierze na przesłuchanie.

— Biedne dziecko. — Ukryła twarz w dłoniach. Widać było, że jest całkowicie oddana swoim uczniom. Czułam ogromny szacunek dla takich ludzi.

— Podobno jej wychowawczyni kilkakrotnie chciała rozmawiać z jej rodzicami. Czy wie pani, o co chodziło? Czy Julia wpakowała się w jakieś kłopoty? — spytałam, najpierw dając jej chwilę, żeby doprowadziła się do porządku.

— Muszą państwo porozmawiać bezpośrednio z nią. Proszę tu zaczekać, zaraz jej powiem, żeby zajrzała tu w czasie przerwy — odparła, po czym wstała i opuściła gabinet.

Spojrzałam na zegarek. Do przerwy zostało pięć minut.

— Nie lubię takich miejsc — oświadczył Adam, kiedy kobieta zamknęła za sobą drzwi.

— Masz na myśli szkołę czy gabinet dyrektora?

— Oba.

— Byłeś niegrzecznym uczniem? — spytałam, z trudem powstrzymując śmiech. — Nie wyobrażałam sobie ciebie jako rozrabiaki.

— A jak mnie sobie wyobrażałaś? — zapytał urażony. — Też byłem kiedyś młody.

— Wciąż jesteś. Założę się, że niewiele odstajesz od uczniów tej szkoły — wytknęłam mu, uśmiechając się złośliwie.

Nie odpowiedział, tylko rzucił mi gniewne spojrzenie.

Do gabinetu wróciła wicedyrektorka, przerywając naszą fascynującą dyskusję o szkolnych czasach Adama. Za nią weszła młoda blondynka w niebieskiej sukience. Na kilometr można było rozpoznać, że jest nauczycielką. Jej dobrotliwy wyraz twarzy aż krzyczał, że pracuje z dziećmi.

— Proszę państwa, Zofia odpowie na wszystkie pytania — oświadczyła wicedyrektorka. — Zostawię państwa samych.

Posłała nam uśmiech i znów opuściła gabinet. Byłam jej bardzo wdzięczna. Nie naciskała, że musi być przy zadawaniu pytań, co praktycznie zawsze ma miejsce.

Pani Zofia usiadła na miejscu wicedyrektorki i spojrzała na nas z powagą.

— Podobno są tu państwo z powodu Julii — zaczęła zatroskanym głosem.

Nie była fałszywa, naprawdę przejmowała się sytuacją dziewczynki. Wiedziała również, że rodzice jej wychowanki nie żyją i zapewne zastanawiała się, co się teraz z nią stanie.

— Tak, chcieliśmy zadać pani kilka pytań — oznajmił Adam. — Czy Julia zachowywała się dziwnie? Nie tylko ostatnio, proszę spróbować sobie przypomnieć wszystkie zdarzenia.

— Cóż, były takie sytuacje, które zwróciły moją uwagę — zaczęła, starannie dobierając słowa.

— To znaczy? — dopytywał.

Nie powiedział nic o tym, że już wiedzieliśmy, że się na nią skarżyła. Dobrze, pomyślałam, niech sama powie o wszystkim od początku.

— Julia bywa nadpobudliwa i bardzo władcza w stosunku do innych dzieci — odparła nauczycielka.

— A w stosunku do pani? — spytałam.

— Nie, nigdy. — Potrząsnęła energicznie głową. — Uznaje autorytet dorosłych i nigdy mi się nie sprzeciwiła. Zawsze od razu wykonuje wszystkie polecenia. Jest również bardzo dobrą uczennicą. Jeszcze nigdy nie przyszła bez odrobionej pracy domowej, a to akurat zdarza się bardzo często u innych dzieci.

— A jaka jest kara za nieodrobioną pracę domową? — zainteresowałam się.

Popatrzyła na mnie zdziwiona.

— Jaki to ma związek ze śmiercią jej rodziców?

— Proszę odpowiedzieć na pytanie — nakazał Adam lekko poirytowanym tonem.

Nie znosił, kiedy ktoś dopytywał się o sens naszych pytań. Zawsze powtarzał, że skoro się o to pytamy, to jest to dla nas ważne.

Spojrzała na niego z lekkim strachem. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie przewrócić oczami.

— Dzieci, które nie odrobią zadania domowego, muszą zostać po lekcjach i poukładać krzesła oraz wyczyścić tablicę — wyjaśniła.

Jej mina mówiła, że wciąż nie widzi sensu w moim pytaniu. Ważne, że ja go widziałam.

— Rozumiem. — Niczego nie rozumiałam. — Co miała pani na myśli, mówiąc, że bywa nadpobudliwa i władcza?

— Bardzo się denerwuje, kiedy ktoś nie chce zrobić tego, czego zażądała. Pewnego razu podczas lekcji plastyki jedna z jej koleżanek nie chciała pożyczyć jej kredki i Julia uderzyła ją w ramię.

— Jak pani zareagowała?

— To było pierwsze tego typu zachowanie, więc tylko z nią porozmawiałam.

— Nie wezwała pani rodziców? — zdziwił się Adam.

Ja również wpatrywałam się w nią zszokowana. W końcu dziewczynka była agresywna.

— Rozpłakała się i przyrzekła, że więcej tego nie zrobi — odparła ze wstydem. — Uwierzyłam jej, w końcu to tylko dziecko. Pomyślałam, że może rodzice są dla niej bardzo surowi, więc jej odpuściłam. Potem przez jakiś czas zachowywała się poprawnie.

— A potem znów się zaczęło? — domyśliłam się. Pokiwała głową. — Jak często takie incydenty mają miejsce?

— Nie aż tak często, ale są coraz gorsze.

— Czy kiedy sytuacja się powtórzyła, wezwała pani rodziców? — Adam zadał pytanie, na które obydwoje bardzo chcieliśmy znać odpowiedź.

— Tak. Wprawdzie nie za każdym razem odpowiadali na moje prośby o spotkanie, ale to bardzo zajęci ludzie, więc doceniałam, kiedy zjawiali się, żeby ze mną porozmawiać.

— Jak się zachowywali, kiedy mówiła im pani o zachowaniu ich córki? — spytałam, z trudem powstrzymując ekscytację.

— Byli wyjątkowo spokojni — odparła, nie ukrywając konsternacji. — Większość rodziców bardzo się denerwuje i nie chce przyjąć do wiadomości, że ich dziecko nie jest idealne. Za to rodzice Julii zawsze wysłuchiwali mnie do końca i obiecywali, że porozmawiają z córką i że sytuacja już się nie powtórzy. Z początku myślałam, że kłamią, bo zachowanie Julii się nie zmieniało, ale zapytałam ją kiedyś, czy rodzice z nią rozmawiali na temat jej zachowania. Odpowiedziała, że tak i że dostała nauczkę.

— Czy Julia rozmawiała kiedyś ze szkolnym pedagogiem?

— Tak, ale to niczego nie zmieniło w jej zachowaniu — odparła ze zniechęceniem. — Naprawdę mi przykro z powodu jej rodziców. To byli tacy mili i porządni ludzie. Biedna Julia, została sama — dodała ze smutkiem.

Chciałam zapytać złośliwie, skąd wie, że byli porządni. Widziała się z nimi parę razy i to pewnie przez kilka minut. Zamiast tego powiedziałam tylko:

— Jej matka miała siostrę, nie zostanie sama.

— To dobrze — odparła i posłała mi uśmiech.

Odpowiedziałam jej tym samym. Może i była naiwna, ale serce miała w odpowiednim miejscu.

— Dziękujemy, że poświęciła nam pani czas — powiedział Adam i podniósł się z krzesła. — Chcielibyśmy jeszcze porozmawiać z wicedyrektorką.

— Mam nadzieję, że pomogłam. Oczywiście, pójdę po nią. — Posłała nam jeszcze jeden uśmiech i wyszła z gabinetu.

Podniosłam się z krzesła i przeciągnęłam się, żeby rozprostować kości. Zobaczyłam, że Adam przygląda mi się z rozbawieniem, więc od razu przestałam.

— Ależ nie krępuj się, świetnie się bawiłem — powiedział, uśmiechając się niczym mały chłopiec, który zobaczył tort czekoladowy na wystawie. Faceci.

— Właśnie dlatego przestałam — odgryzłam się.

Posłał mi urażone spojrzenie, ale nie zdążył rzucić jakiegoś uszczypliwego komentarza, bo do gabinetu weszła wicedyrektorka.

— W czym mogłabym jeszcze państwu pomóc? — spytała. Wyglądała na zmęczoną naszą obecnością.

— Chcielibyśmy jeszcze porozmawiać ze szkolnym pedagogiem — oznajmił Adam.

— Niestety naszej pedagog dzisiaj nie ma. Proszę zostawić swoje namiary. Jutro poproszę, żeby do państwa zadzwoniła.

Adam wręczył wicedyrektorce swój numer telefonu, mówiąc, że może dzwonić o każdej porze. Pożegnaliśmy się grzecznie i opuściliśmy teren szkoły. Nie obyło się bez przeszkód, bo akurat trwała przerwa pomiędzy lekcjami i na korytarzach kłębiło się od biegających w różne strony dzieci. Przy ścianach stali nauczyciele, ale sprawiali wrażenie zbyt przerażonych, żeby coś zrobić. Spojrzałam na Adama, a on na mnie. Nasze oczy mówiły: „Ścigamy morderców, nie możemy bać się małych dzieci”. Przemknęliśmy więc obok rozszalałego tłumu, biorąc przykład z wychowawców i starając się pozostać przyklejonym do ściany.

W końcu udało nam się opuścić budynek. Odegraliśmy scenę ludzi szczęśliwych, że wreszcie wydostali się na wolność i zaczerpnęliśmy świeżego powietrza. Gdyby ktoś nas w tej chwili obserwował, mógłby pomyśleć, że właśnie wypuszczono nas z więzienia. Tak się zresztą czuliśmy.

***

Adam odwiózł mnie do domu, bo nastało już popołudnie i mój czas pracy się skończył. Przynajmniej teoretycznie, bo mój czas pracy zależał od tego, czy skończyłam tworzyć profil. Na razie jednak czekaliśmy na zeznania Julii, a ja chciałam wiedzieć, co Laura ma do powiedzenia na temat tego, co usłyszałam w szkole dziewczynki.

— To typowe zachowanie dla uciśnionego dziecka — oznajmiła moja przyjaciółka, potwierdzając moje przypuszczenia.

Spojrzałam na nią ponuro.

— Niedługo przesłuchamy szkolną pedagog. Niemożliwe, że niczego się nie domyślała — powiedziałam załamanym głosem. Skoro Julia była podręcznikowym przykładem, czemu nikt z jej otoczenia nie zorientował się, co przeżywała dziewczynka?

— Może coś tam jej świtało, ale pewnie miała to w dupie — odparła lekceważącym tonem Laura. Rzuciłam jej karcące spojrzenie. — No co? Skoro są psychologowie, których tak naprawdę nie obchodzą ich pacjenci, to pedagodzy również. Poza tym doskonale wiem, jak to wygląda w publicznych szkołach. Przychodzą, udają, że są tam dla dzieci, a tak naprawdę wściekają się, że nie mogli otworzyć prywatnego gabinetu i zarabiać porządnych pieniędzy — żachnęła się.

— Tak jak ty? — powiedziałam, może trochę zbyt złośliwie.

— A czy ja komuś bronię zrobić to samo? — Pokazała mi język i dopiła resztkę wina, przechylając kieliszek i wyginając do tyłu w łuk, aż sprawiała wrażenie, że zaraz się przewróci. — Wiedziałam, że nie chcę pracować w szkole i wolę na spokojnie porozmawiać z dzieckiem w swoim gabinecie. Otoczenie odgrywa ogromną rolę.

— Wiem, dlatego Adam tak chętnie jeździ do świadków. Nie znosi wzywać ich do nas na przesłuchanie, bo od razu stają się spięci i są mniej wylewni — odparłam.

— Nieważne w jakim charakterze i gdzie ich przesłuchujecie. I tak czują się podejrzani — stwierdziła Laura, a ja pokiwałam głową.

— Nawet jeśli ich zapewnimy, że chcemy wyłącznie ich zeznań.

— Przecież sama mówiłaś, że dla ciebie każdy jest podejrzany — wytknęła mi Laura.

— No tak, ale jeśli dobrze się wytłumaczą, to skreślam ich ze swojej listy.

— A Adam? — spytała.

— Adam ma ich na swojej liście nawet wtedy, kiedy już zapadnie wyrok sądu. — Uśmiechnęłam się złośliwie. — Opowiadałam ci, że kiedyś doprowadził do przyznania się faceta, którego żona została zamordowana?

— Nie — odparła i spojrzała na mnie z ciekawością.

— Biedny, został tak przyparty do muru przez Adama, że w końcu przyznał się do czegoś, czego nie zrobił — rzekłam i zachichotałam. Laura posłała mi oburzone spojrzenie, ale nie mogłam się pohamować. — Wybacz, ale kiedy tylko sobie o tym przypomnę, nie mogę się powstrzymać. Za każdym razem wyobrażam sobie minę Adama, kiedy sąd uniewinnił tego mężczyznę.

— Czyli Adam zastąpił średniowieczne tortury. A dowiedzieliście się, kto ją zabił?

— Nie, sprawa do tej pory pozostaje nierozwiązana — odparłam z mniejszym entuzjazmem. –Mąż zamordowanej tak się boi, że znowu go o coś oskarżymy, że wcale nas nie pogania.

— Więc może coś jest na rzeczy?

— Według Adama on wciąż jest winny. — Tym razem to Laura zachichotała. — Ja uważam, że to nie on. Nie mógłby nikogo zabić — oznajmiłam stanowczo.

— No dobrze, ale powróćmy do tematu seryjnego zabójcy, który wciąż chodzi sobie po ulicy, udając porządnego obywatela — powiedziała Laura. Atmosfera natychmiast zrobiła się poważna. — Kiedy wasz psycholog przesłucha dziewczynkę?

— Jej ciotka powinna ją jutro przyprowadzić — odparłam.

— Jednak zostanie z nią?

Wcześniej opowiedziałam Laurze o tym, że to sąsiedzi zamordowanych chcieli się zająć Julią. Nie spodobał jej się ten pomysł.

— Na to wygląda — odrzekłam. — W końcu jest jej jedyną rodziną.

— Dobrze — skwitowała. — Myślisz, że wasz psycholog poradzi sobie z takim przypadkiem? — spytała kąśliwie.

Posłałam jej poirytowane spojrzenie.

— Piotr jest specjalnie do tego przeszkolony — odparłam.

Laura nie lubiła naszego psychologa, bo jej zdaniem fakt, że nie skończył jednej z najlepszych szkół w kraju, powinien zdecydować o niezatrudnieniu go. Mi było wszystko jedno, jaką uczelnię skończył. Mógł być nawet po kursie internetowym, byleby potrafił zdobyć dla nas przydatne informacje bez szkody dla psychiki nieletnich świadków.

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę o technikach przesłuchiwania nieletnich. Laura chyba wzięła sobie za punkt honoru udowodnić mi, że zna się na tym lepiej niż Piotr. W końcu dla świętego spokoju przyznałam jej rację i oświadczyłam, że jestem zmęczona i idę do łóżka.

Jeszcze przed pójściem spać sprawdziłam, czy nie dostałam żadnego maila od znajomych Nikoli z liceum. Niestety jedyną pocztą, jaką otrzymałam, były reklamy kremów z filtrem. Poirytowana kupiłam dwa, bo lato nie zamierzało się prędko skończyć i położyłam się do łóżka.

Długo nie mogłam zasnąć. Zbyt wiele informacji przewijało mi się przez głowę. W końcu jednak udało mi się przysnąć, ale zapłaciłam za to głupimi snami, w których uciekamy z Adamem i Laurą przez tłumem dzieciaków. Nad ranem postanowiłam, że już nigdy więcej nie przekroczę progu żadnej szkoły.

***

— Jej zeznania są bezwartościowe — oznajmił Adam, kiedy już wyszedł z pokoju przesłuchań.

Przysłuchiwałam się jego rozmowie ze szkolną pedagog i doszłam do tego samego wniosku. Laura miała rację. Miała w głębokim poważaniu, co się działo z jej uczniami.

— Musimy czekać na zeznania dziewczynki — stwierdziłam.

— Z tym że ona ich nie zabiła — odparł poirytowany.

— Tak, ale może potwierdzimy nasze podejrzenia, że Julia była zastraszana przez rodziców. To nam daje motyw — upierałam się.

— Niekoniecznie, przecież wiesz — odgryzł się, wyglądając na coraz bardziej zdenerwowanego.

— Na to wskazują rany ofiar — odparłam oschle.

Adam spojrzał na mnie przepraszająco.

— Wybacz — powiedział łagodniejszym tonem. — Jeśli faktycznie masz rację…

— Mam rację — weszłam mu w słowo, ale mnie zignorował.

— To głównym podejrzanym staje się ciotka.

— Prędzej stawiałabym na sąsiadów — odparłam po chwili namysłu. — Odniosłam wrażenie, że wiedzą o małej więcej niż jej ciotka. Poza tym również chcieli się nią zaopiekować. Dbają o nią.

— Będę miał to na uwadze, przesłuchując ich.

— Przesłuchaj ich oddzielnie — poradziłam, choć Adam zapewne już o tym pomyślał.

— Oczywiście — odparł, przewracając oczami.

— No tak, przecież nie chcesz, żeby mąż twojej nowej fanki wam przeszkadzał. — Tym razem to ja przewróciłam oczami, za co dostałam kuksańca. Bo przecież nie mogło mu chodzić o stwierdzenie oczywistości, jaką jest ich romans. — Kiedy zjawi się ciotka z Julią? Czy Piotr zdąży dojechać tu z ośrodka? — spytałam, spoglądając na zegarek. Było wpół do piątej, a nasz psycholog kilka razy w tygodniu pomagał w poprawczaku. — A kiedy stawią się u nas sąsiedzi ofiar? Nie chciałabym, żeby minęli się z ciotką.

— Spokojnie, ze wszystkim zdążymy — powiedział uspakająco Adam. — Ciotka Julii stawi się z nią za około godzinę, a nasi ulubieni sąsiedzi dopiero w przyszłym tygodniu.

— W przyszłym tygodniu? — spytałam zdziwiona.

— Najwyraźniej nikt im nigdy nie powiedział, że kiedy trwa śledztwo w sprawie morderstwa ludzi, z którymi byli na tyle blisko, żeby opiekować się ich dzieckiem, powinni pozostać w mieście — odparł z rozżaleniem.

— Przecież ktoś obserwował ich dom.

— Tak, nowi. — Skrzywił się i powędrował w kierunku automatu z kawą. Podążyłam za nim. — Niczego nie można im powierzyć. Spartolą najprostszą robotę.

— Nie przyszło im do głowy, żeby kogoś powiadomić, że świadkowie łamane na podejrzani zamierzają opuścić miasto? — spytałam wciąż w lekkim szoku. Przecież nikt nie mógł być aż tak głupi i nieodpowiedzialny.

— Przecież powiedzieli. Zaraz po tym, jak wyjechali — odparł zgryźliwie.

Wiedziałam, że nie powinnam się śmiać, bo sytuacja wcale nie była zabawna, ale Adam zawsze robił śmieszną minę, kiedy był zły. Zamiast grymasu na jego twarzy pojawiał się skrzywiony uśmiech. Skupiłam się więc na tym, na jaką kawę miałam ochotę. W końcu wzięłam podwójne espresso z dużą ilością mleka.

— Wolałabym być obecna przy przesłuchaniu ciotki — oznajmiłam, pragnąc jak najszybciej zmienić temat. Nie miałam zamiaru wysłuchiwać narzekań Adama na nowicjuszy w policji. Mimo iż twierdził, że on od początku był profesjonalistą i nigdy się nie mylił, ja szczerze w to wątpiłam.

— Możesz być obecna przy obu przesłuchaniach — odparł Adam, popijając czarną siekierę z dużą ilością cukru. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mógł pić to paskudztwo.

— Nie mogę, muszę jeszcze wieczorem wstąpić do organizacji.

— Nie możesz zrobić tego jutro? — spytał niezadowolony.

Nie lubił, kiedy omijałam przesłuchania. Sama wolałam być na miejscu, ale były sprawy niecierpiące zwłoki, a ta właśnie do takich należała.

— Niestety, to podobno jakaś nagła sprawa.

— Chodzi o twoją siostrę? — zapytał łagodniej.

— Wątpię — odparłam. — Powiedzieliby mi od razu. Jednakże to nie zmienia faktu, że sprawa z pewnością jest ważna.

— Skąd ta pewność?

— W organizacji wszystkie sprawy są ważne — odburknęłam i spojrzałam na niego prowokująco. Denerwował mnie, kiedy swoją pracę traktował jako jedyną istotną rzecz na tym świecie.

— Co prawda, to prawda — przyznał po chwili wahania.

— Skoro mamy mało czasu, to na co jeszcze czekamy? — spytałam ponaglającym tonem i ruszyłam korytarzem z powrotem do pokoju przesłuchań.

Adam dogonił mnie po chwili i otworzył przede mną drzwi. Prychnęłam, ale on i tak stał, przytrzymując je ręką. Przemaszerowałam obok niego i usiadłam przy stole.

— Chcesz ją przesłuchiwać? — zdziwił się Adam, siadając obok mnie. — Myślałem, że jej nie podejrzewasz.

— Ty ją podejrzewasz. Ufam twojej intuicji — oświadczyłam i położyłam obie ręce na stole.

— Miło to słyszeć — odparł i sięgnął po telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki. — Tak? Wspaniale, już idę — rzucił i się rozłączył. — Przyszły. Zaraz wrócę — rzekł i po chwili już go nie było.

Wrócił po dziesięciu minutach, a za nim podążała ciotka Julii.

— Proszę, niech pani usiądzie — rzekł, wskazując jej miejsce naprzeciwko mnie, a sam usiadł obok mnie.

— Proszę mi mówić Paula — odparła, przesyłając mu szeroki uśmiech. Na mnie nawet nie spojrzała.

— Pani Paulo — zaczął, a ona wygięła usta w podkówkę. Poważnie? Jest świadkiem i jedną z podejrzanych i nadal ma ochotę flirtować? — Musimy zadać pani parę dodatkowych pytań.

— Powiedziałam wam już wszystko, co wiem.

Zaczęła wyglądać na lekko przerażoną. Może nareszcie dotarła do niej powaga sytuacji.

— Moja partnerka będzie obecna przy przesłuchaniu — ciągnął Adam, nie zwracając uwagi na słowa, które słyszał co najmniej kilka razy w tygodniu. — Proszę nam powiedzieć, gdzie pani była dziewięć dni temu w godzinach wieczornych?

Teraz przestraszyła się na poważnie.

— Ale do czego wam to potrzebne?

— Proszę odpowiedzieć na pytanie — polecił Adam spokojnym głosem, ale ja wiedziałam, że zaczyna się denerwować.

— Byłam w domu — oznajmiła niepewnie. Wiedziała, że to najgorsze alibi.

— I rozumiem, że nikt nie może tego potwierdzić? — Zdawało się, że zaczyna go to nudzić.

— Czy potrzebuję adwokata? — zapytała.

— Jeśli ma pani coś na sumieniu, to zapewne tak — odparł.

W tej chwili postanowiłam włączyć się do tej prowadzącej donikąd dyskusji.

— Czy Julia miewała siniaki? — Szczerze w to wątpiłam, ale chciałam wywołać u niej szok.

— Co takiego? — spytała zaskoczona moim pytaniem. Nie udawała. Nic nie wiedziała. Jakim cudem? — Nic mi o tym nie wiadomo, a często chodziłyśmy na basen. Zauważyłabym — dodała urażona.

Uważała rodziców Julii za idealnych. Uznałam, że nic tu po mnie. Jeśli Adam chciał się z nią jeszcze bawić, to proszę bardzo. Ja miałam ważniejsze rzeczy na głowie.

— W takim razie zostawię panią z moim partnerem — oznajmiłam.

Adam nawet na mnie nie spojrzał. Doskonale wiedział, co to oznacza. Wzrok wciąż miał utkwiony w Pauli. Prędko jej nie odpuści. I dobrze. Trudno było mi uwierzyć, że ani przez moment niczego nie podejrzewała. Powinna była się domyślić.

Wychodząc, spojrzałam jeszcze raz na wyraz twarzy kobiety. Miała na niej wymalowane przerażenie. Wiedziałam jednak, że Adam nie da się nabrać na takie gierki i pomimo iż dla mnie nie była już podejrzana, on będzie z nią siedział nawet dwa dni, dopóki nie będzie miał stuprocentowej pewności, że ma do czynienia z niewinną osobą. W ten sposób pracował i przeważnie jego system dawał dobre rezultaty, nie zamierzałam się więc wtrącać. Ja już wykonałam swoje zadanie, teraz czekała na mnie inna robota.

Po drodze wpadłam jeszcze do swojego pokoju i zabrałam torebkę. Życzyłam Kacprowi udanego popołudnia i pospiesznie opuściłam komendę.

Rozdział 3

Pół godziny później zapukałam do drzwi mojej drugiej szefowej. Adela odwróciła się w moją stronę i wskazała na słuchawkę, którą trzymała przy uchu. Kiwnęłam głową i usiadłam w fotelu przed jej biurkiem. Nie miała przede mną tajemnic, więc tylko uśmiechnęła się w moją stronę i pokazała na migi, żebym poczęstowała się ciastkiem. Chętnie sięgnęłam po jedno. Adela zawsze piekła je sama. Wprawdzie nie oznaczało to, że były zdrowsze, tylko że miały więcej cukru od tych, które można kupić w cukierni, ale tego właśnie w tej chwili potrzebowałam. Postanowiłam, że zacznę się odżywiać zdrowo od przyszłego tygodnia. Nigdy nie wierzyłam w metodę „od jutra”, a w tym miałam szansę na sukces. Dobrze, że dziś dopiero środa.

Obserwowałam Adelę, jak zmienia się jej wyraz twarzy podczas rozmowy. Marszczyła się i rozluźniała na zmianę. Odnosiłam wrażenie, że za każdym razem jej zmarszczki się pogłębiały. Wprawdzie ledwie przekroczyła pięćdziesiątkę, ale wyglądała na co najmniej dziesięć lat więcej. Nic dziwnego, miała ciężkie życie. Kierowała organizacją od ponad dziesięciu lat, a pracowała w niej od niemalże trzydziestu. Ja wpadałam tu najwyżej trzy razy w tygodniu, ale za każdym razem czułam się starsza o rok. Widziałam tu wiele nieszczęścia, czego można się spodziewać, jeśli pracuje się w organizacji pomagającej kobietom, które stały się ofiarami przemocy. Adela widziała już wszystko, ale zawsze powtarzała, że każda kolejna ofiara sprawiała, że traciła trochę wiary w ludzkość.

Ja trafiłam w to miejsce, kiedy zaczęłam szukać mojej siostry. Już wtedy byłam przekonana, że za jej zniknięciem stoją handlarze ludźmi. Adela nie wyśmiała mnie, mimo że nie miałam twardych dowodów, tak jak zrobiła to policja. Usiadła ze mną, zaparzyła herbatę i nakarmiła ciastkami, po czym spokojnie wysłuchała do końca mojej historii. Od tej pory pomagała mi w znalezieniu Nikoli, a ja zaczęłam pracę w organizacji jako psycholog.

— Cieszę się, że tak szybko odpowiedziałaś na moje wezwanie — powiedziała, kiedy już odłożyła słuchawkę. Nie wyglądała na zadowoloną z rozmowy. Zresztą rzadko kiedy wyglądała na zadowoloną.

— Nie ma problemu — odparłam. — Co się stało?

— Niestety wciąż nie mamy żadnych nowych informacji dotyczących twojej siostry. To wyjątkowo trudna sprawa — oznajmiła przepraszającym tonem.

Mówiła mi to co najmniej raz w miesiącu. Obdarzyłam ją uśmiechem, który oznaczał, że doskonale to rozumiem.

— Kacper wyszukał dla mnie informacje o ludziach, z którymi chodziła do szkoły. Wysłałam do nich wiadomości, ale jeszcze nikt nie odpisał — wyznałam.

— Nie oczekiwałabym zbyt wielu odpowiedzi — powiedziała łagodnie.

— Wystarczy jedna, ale właściwa — zauważyłam.

— To prawda — przyznała i spojrzała na mnie przenikliwie. — Przecież policja już to zrobiła, nie mylę się?

— Postanowiliśmy odtworzyć ich kroki, w razie jeśli coś przeoczyli — wyjaśniłam.

— Słusznie, nie należy im zbytnio ufać — stwierdziła, krzywiąc się.

Nie przepadała za policją i biorąc pod uwagę to, czym się zajmowała, trudno było jej się dziwić.

— Tak, jesteśmy do bani. — Przewróciłam oczami.

— Nie wy, tylko oni. Ty nie jesteś policjantką — poprawiła mnie i odchrząknęła. — Ale nie zadzwoniłam do ciebie, żebyś wpadła na pogaduchy. Dowiedzieliśmy się czegoś — oznajmiła. — Wyłapaliśmy kolejne Ukrainki z ulicy, ale na razie boją się cokolwiek powiedzieć.

— Myślisz, że to ta sama grupa? — spytałam. Od paru miesięcy śledziliśmy grupę oszustów, która obiecywała przez Internet pracę w hotelach.

— Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że tak — odparła i westchnęła głęboko. — Za chwilę będzie tu tłumacz. To moja stara znajoma, zna się na rzeczy. Pomoże ci się z nimi porozumieć.

— Ile z nich zdołaliście już uratować?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 38.38