„Anioł nie przestaje być aniołem tylko dlatego, że zapomniał o skrzydłach. One wciąż tam są — czekają, aż znów zechce poczuć wiatr. Bo czasem trzeba spaść bardzo nisko, by przypomnieć sobie, że potrafi się latać.”
Prolog
Stała tam, trzymając się balustrady rękoma. Z bólem, który zawładnął jej duszą, podszywając się pod prawdę absolutną. Letni wiatr rozwiewał jej długie włosy, a światło księżyca oświetlało jej twarz — tam, gdzie łzy zdążyły już wyschnąć. W oczach miała spokój, którego tutaj jej zabrakło. W białej sukience, stanęła na zewnętrznej stronie balustrady. Wyglądała jak anioł, ten który pragnął jednego: wrócić do domu. Spojrzała w pełnię księżyca i na gwiazdy towarzyszące jej na niebie.
Noc była piękna. W dodatku zawsze ją lubiła, bo jako jedyna chroniła jej łzy przed światłem dziennym. Bo w świetle dziennym znajdywała jedynie pogardę, osądy, presję i kontrolę. Chowała się w cieniu, ale nawet tam ją dopadało. Robiło to w bolesny sposób, zwłaszcza przy innych. Przy tych, którzy dali jej do zrozumienia, że jest nikim. Że jest gorsza od pewnej osoby. I to od tej, która sama wbiła jej nóż w plecy.
Nie zamierzała już jednak do tego wracać. Wmawiała sobie, że zaraz będzie już po wszystkim. Że za chwilę przestanie cierpieć. Że wróci do domu, jak każda zmęczona dusza powinna.
— To do was zawsze należałam… — szepnęła z żalem i ulgą jednocześnie.
Zamknęła oczy, gotowa wrócić do nieba i do gwiazd, gdy nagle pewne wspomnienie wróciło. Przypomniała sobie o drodze, na której była, ale z której ją wyrwali. O ścieżce, która tak naprawdę nigdy jej nie opuściła — i teraz ją wołała. W tym momencie, poczuła coś, co wydawało się być już martwe: nadzieja.
Nadzieja wezwała ją ponownie, otulając ją bardziej niż wieczorny wiatr. Przybrała postać jednego zdania — takiego, które nie bolało, i które dopiero teraz naprawdę zrozumiała. Przemawiało ono do jej duszy. A jej dusza, jak samo powiedziało, była zawsze pełna historii. Dlatego wtedy, choć sama nie wiedziała już czy dostanie jeszcze jakąkolwiek szansę, tym razem to ona, postanowiła dać szansę… samej sobie. Wróciła na wewnętrzną część balustrady, ale odwróciła się jeszcze raz, by spojrzeć w gwiazdy.
— Jeśli należę do was, jeśli dom ma jeszcze poczekać, to dlatego, że muszę dokończyć moją historię. I nim to nadejdzie… niech ta droga… zaprowadzi mnie tam — powiedziała cicho, ale z nowym blaskiem w głosie.
Po tym weszła do środka i zaczęła stawiać pierwsze kroki ku tej drodze. Bo wiedziała już, że anioł nie może wrócić do domu, gdy zapomniał, jak się lata. I obiecała sobie, ten ostatni raz, że przypomni sobie o tym. Na drodze, z której nikt jej już nie odciągnie.
Po powrocie do środka wzięła telefon, który wcześniej wibrował przez kilka minut. Wiedziała doskonale dlaczego. Wbrew pozorom, nie była sama na tym świecie. Ani dosłownie, ani w przenośni. I w tej chwili zrozumiała to jeszcze lepiej.
— Wybrałam życie.
Były to pierwsze i jedyne dwa słowa, które wypowiedziała, trzymając telefon przy uchu. Jej dłoń lekko drżała. Jednak było to drżenie spowodowane nie strachem, tylko płomieniem, który właśnie odkryła w sobie.
Ten płomień pozwolił jej wybrać życie — nie to ofiarowane z cudzej łaski, lecz to, które wreszcie należało do niej.
Rozdział 1
Kilka miesięcy wcześniej…
Światło poranka wpadało przez okno, zapowiadając piękny, słoneczny dzień. Dla Aliny oznaczało to nowy początek — nowe plany, w którym jej marzenia nareszcie staną się rzeczywistością. W Warszawie była dopiero od dwóch dni. Przyjechała tu z mamą z powodu jej delegacji. Jej mama była adwokatem, która w Krakowie miała fantastyczną opinię. Miała reprezentować pewnego milionera przed sądem. Znała go dobrze, gdyż w przeszłości pracowała już dla niego. Nie była to jej pierwsza delegacja. Była doświadczonym prawnikiem, wygrała wiele spraw, nawet te bardziej skomplikowane. Wiedziała, że ta sprawa zajmie co najmniej kilka miesięcy, dlatego wzięła Alinę ze sobą z Krakowa do Warszawy.
Mieszkały chwilowo u Teresy, cioci Aliny, która sama zaproponowała im gościnę. Alina cieszyła się jednak z pobytu u bliskiej rodziny, do której jeździła od dziecka. Miała kuzynkę, która zawsze była dla niej jak siostra. Choć widywały się tylko raz czy dwa razy w roku, swój pobyt u niej zawsze uważała za szczęśliwy i beztroski.
Teraz obie już były dorosłe. Każda poszła w swoją stronę, budując własne życie, lecz dalej były blisko, a przynajmniej w to chciała wierzyć. Zawsze zależało jej na Mai, która w tym roku miała ostatni rok studiów licencjackich i Alina starała się być dla niej dużym wsparciem. W końcu zawsze wiedziała, że dodawanie skrzydeł jest niezmiernie ważne dla każdego człowieka.
Mimo iż w zamian nie otrzymała niczego podobnego, wierzyła, że to się zmieni. W końcu nikomu jeszcze nie powiedziała o swoich marzeniach, o swoich planach na przyszłość. Nie wiedzieli jeszcze, co rozgrzewa jej serce ani co sprawia, że widzi światło, gdy wokół panuje mrok. Nie znali jej głębi — tej, którą zawsze się wyróżniała.
Bo w świecie, który już dawno się zgubił, ona nigdy tego nie zrobiła. Nigdy nie przestawała marzyć, wierzyć i dawać serce, które, choć już tyle razy poranione, zawsze biło dla innych. Choć sama miała uszkodzone skrzydła, choć wiele razy upadła, nie chciała, by ktokolwiek cierpiał tak jak ona już wycierpiała. Wiedziała, co to ból i cierpienie, a swojego nikomu by nie życzyła.
Leżała jeszcze chwilę, po czym, odganiając od siebie myśli przeszłości, wstała z łóżka i poszła do toalety. Łazienka była elegancka, przytulna, dokładnie taka, jaką ją zapamiętała. Gdy była młodsza, zamykała się tu, gdzie nikt nie widział jej łez. Gdzie wiedziała, że nikt jej nie osądzi. Od tej pory wierzyła, że już nie będzie musiała tego robić, że ten okres już pozostanie za nią.
Stając przed małym lustrem, rozczesała swoje długie jasnobrązowe włosy. Umyła twarz, czując przyjemny chłód zimnej wody na twarzy. Zimna woda zawsze zdawała się ochładzać nie tylko jej skórę, ale i duszę, gdy w środku niej płonął płomień, którego łzy nie były w stanie uspokoić. Wycierając twarz chusteczką, spojrzała jeszcze chwilę w lustro. Jej duże, jasnobłękitne oczy nareszcie nie były czerwone od łez, jak do niedawna. Pamiętała dobrze to ukłucie w sercu. Pamiętała każdy ból, ale chciała wierzyć, że już niebawem pójdzie on w niepamięć.
Po wyszykowaniu się, starała się odprężyć w tej ciszy wiosennego dnia. Jak co dzień była sama w domu, więc miała całą przestrzeń dla siebie. Przestrzeń, by robić to, co zawsze kochała: pisać. Zawsze kochała literaturę, a wyobraźnię miała większą niż świat. Pamiętała, jak będąc dzieckiem, nie spała do wczesnego ranka, mając w głowie pomysły, które aż prosiły się, by zostać przelane na kartkę.
Kochała tworzyć światy, do których mogła uciekać myślami, zanurzając się w nich jak w morzu. Światy, które zawsze były jej ucieczką od rzeczywistości — miejscem, gdzie dusza i serce mogły odpocząć, z dala od koszmarów codzienności.
Nigdy jednak nie wierzyła wystarczająco w siebie i w swój talent. Zawsze myślała, że nie pisze wystarczająco dobrze, by zostać pisarką. Niestety te głosy były donośniejsze niż głos jej twórczego serca i na wiele lat porzuciła ten piękny plan na dorosłe życie. Próbowała różnych dróg, z różnych dziedzin, ale w końcu zrozumiała, że w żadnej nie zdołałaby wyrazić siebie. Nie byłaby w stanie stworzyć coś niezwykłego, sprawić by jej serce zabiło mocniej, a dusza wypełniła się tym nieznanym jeszcze ciepłem satysfakcji.
Teraz, mając dwadzieścia jeden lat, zaczęła się coraz bardziej zastanawiać, czy nie wrócić do tego marzenia, i czy ono nadal powinno pozostać tylko marzeniem. Wiedziała, że czas już dorosnąć i podjąć decyzję. Jej nadzieja wielokrotnie była wystawiana na próbę, często odlatywała od niej niczym wolny ptak — tym, którym w głębi duszy sama zawsze była.
Gdy jednak do niej wracała, starała się ją zachować już na zawsze. Nie pozwolić jej więcej odejść. Wiedziała, że nadzieja powinna umrzeć jako ostatnia, i do tej pory udało jej się ją utrzymać, mimo wszystko. Wszystko dzięki jej pasji i ucieczek do światów, które stworzyła w wyobraźni i w sercu.
Delektowała się jeszcze trochę tą ciszą, która zawsze była towarzyszem jej bólu. W końcu, biorąc laptop, zaczęła pisać, kontynuując tam, gdzie skończyła.
— Przynajmniej tutaj, mogę być tym, kim moja dusza zawsze pragnęła być. Gdzie odwaga nie jest przyćmiona mrokiem — pomyślała, zatracając się w swojej wyobraźni.
Pozwoliła, by jej serce płonęło, gdy robiła to, co kochała najbardziej. To był płomień, który ból nie zdołał ugasić.
I chciała wierzyć, że tak pozostanie.
Rozdział 2
Minęło kilka dni i ostatni czas spędzony z rodziną uważała za udany. Nie zabrakło śmiechów, żartów i luźnej atmosfery. Wiedziała jednak, że takie momenty są bezcenne, bo wszyscy bywali zmienni. Próbowała jednak to zrozumieć — każdy miał swoje przyzwyczajenia, swoje problemy, swoją burzę w sercu, podczas której obecność drugiej osoby w domu nie zawsze pomagała.
Jej mama, Daria, ostatnio nie miała dla niej dużo czasu. Była bardzo zapracowana. Alina to rozumiała. Rozumiała, że jej mama ma dużą odpowiedzialność. Że kariera była dla niej priorytetem, i sama chciała w końcu stworzyć własną, lecz na swoich zasadach.
Zawsze była wolną duszą — artystką, która w głębi serca zawsze czuła, że nie urodziła się, by wpisywać się w schematy społeczeństwa. Nie zależało jej na „posadzie” czy na papierkach. Nie chciała iść na studia, bo wiedziała, że w jej przypadku byłoby to jedynie stratą czasu. Nie pragnęła „dobrej pracy”. Pragnęła przede wszystkim sposobu na wyrażenie siebie — twórczości oraz drogi, gdzie jej wolność i niezależność nie będą ograniczane dla stabilności. Bo za nic w świecie nie sprzedałaby swojej pasji, nawet dla świętego spokoju.
— Alinko, idę się przejść, chcesz iść ze mną? — z myśli wyrwał ją głos jej mamy.
Daria właśnie weszła do pokoju, biorąc lekki sweterek. Dziś była niedziela, jedna z jej wolnych. Pogoda była dziś wyjątkowo słoneczna, a dni stawały się coraz cieplejsze. Lubiła chodzić z mamą na spacery. Pozwalało jej to trochę odprężyć się i nazbierać myśli, bo przez ostatni rok miała ich zdecydowanie za dużo. W dodatku wiedziała też, że powinna zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.
— Jasne, już idę.
Chwilę później wstała, ubierając buty — swoje nowe, ulubione. Jak tylko wyszła z budynku, poczuła jak przyjemny wiatr maja otulił jej ramiona, muskając lekko jej włosy, które w słońcu wyglądały jak mleczna czekolada. Na drzewach wokół niej już dawno wyrosły piękne, zielone liście. Ptaszki śpiewały, tworząc klimat idealny do spaceru i do refleksji serca.
Maj był dla niej zawsze pięknym miesiącem — szczególnie w tej dzielnicy miasta. Było tu pełno zieleni i wody, co zawsze ją nie tylko uspokajało, ale przede wszystkim inspirowało. Pamiętała, jak w piękne wiosenne dni zyskiwała często nowe plany, nową nadzieję, nowe światło na ciemnej drodze.
Dziś postanowiły się przejść do miejsca, które niedawno same odkryły. Było to piękne jezioro łabędzi i kaczek, które czasami tam przepływały, w lesie. Uwielbiała to miejsce, gdzie ona i Daria nie tylko miały czas dla siebie, ale i przestrzeń do szczerych rozmów na łonie natury.
Siedząc na ławce, cieszyła się świeżym powietrzem i lekkim wiatrem. Pamiętała, jak niedawno, to właśnie tu jej marzenia stały się dla niej jasne jak słońce. Choć dobrze wiedziała, że marzenia należy chronić, by nie posypały się jak zamek z piasku.
W dodatku chciała za kilka lat zamieszkać w Madrycie, gdzie kontynuowałaby swoją karierę pisarki, pisząc i tłumacząc swoje książki. Znała już sześć języków, w tym hiszpański. Nauczyła się ich wiele lat temu, chodząc na zajęcia pozaszkolne do szkoły językowej w mieście.
Rozmowa z mamą przebiegła dobrze, choć tak właściwie więcej słuchała niż mówiła. W głowie miała masę myśli, masę planów, które chciała czym prędzej zrealizować i powiedzieć najbliższym. Poza tym, zawsze wolała słuchać, bo była w tym bardzo dobra. Dyskrecja oraz empatia zawsze były jej mocną stroną. Miała dar nie tylko do słuchania, ale także do rozumienia innych. Być może dlatego, że sama wiedziała jak to jest być niesłuchaną i nierozumianą.
Jej relacja z mamą była burzliwa. W niektóre dni okazywała jej miłość i ciepło, a w inne krzywdziła ją słowami, nie rozumiejąc jej sposobu spędzania wolnego czasu. Nie wiedziała, że przecież jej córka, w tym swoim małym świecie, tworzyła arcydzieła — zamieniała ból w piękno, dając życie pokoleniom.
Mimo iż często było jej ciężko, mimo iż bolał ją brak wyrozumiałości ze strony mamy, to starała się już nie załamywać. Wiedziała, że jeśli to zrobi, to straci wszystko, a na to nie mogła sobie pozwolić. Bo można było stracić skrzydła, ale nie można było stracić duszy.
Tego wieczoru, leżąc w łóżku, słuchała jeszcze swoich ulubionych piosenek. Uwielbiała szczególnie rosyjskie piosenki, które przypominały jej o korzeniach. Jej dziadek był Rosjaninem, który wyemigrował do Krakowa pod koniec lat 50. Był on lekarzem rodzinnym, a z powodu powojennego zapotrzebowania na lekarzy specjalistów w Polsce, otrzymał wtedy propozycję w Krakowie. Później postanowił zostać tam już na stałe.
Jej babcię poznał wiele lat później, w 1970 roku, kiedy ta miała zaledwie osiemnaście lat. On wówczas miał już trzydzieści siedem lat i był wdowcem. Daria urodziła się pięć lat po ich znajomości i kilkanaście miesięcy po ślubie. Więcej dzieci nie mieli. Alina bardzo kochała swoich dziadków i w pierwszych latach życia była z nimi szczególnie związana. Jej mama zostawiła ją pod ich opieką, zajęta studiami i aplikacją adwokacką.
Urodziła ją mając dwadzieścia trzy lata, a swojego ojca Alina nigdy nie poznała. Zginął on w wypadku zanim Daria dowiedziała się o ciąży. Starała się jak najbardziej, by Alina nie odczuwała jego braku, i w pewnym sensie jej się to udało. Choć ta nieraz zastanawiała się, co by było, gdyby…
Wspominając jeszcze trochę czasy dzieciństwa, w końcu wyłączyła muzykę. Poszła spać z głową pełną pomysłów i inspiracji na dalsze historie do napisania w przyszłości.
— Kiedyś napiszę waszą historię… i nie tylko — powiedziała w myślach.
W końcu powoli odpłynęła w świat snu, który zawsze był jej ukojeniem od tego rzeczywistego.
Bo ten rzeczywisty miał przynieść jej jeszcze wszystko, tylko nie ukojenie.
Rozdział 3
Tego wieczoru Maja przygotowywała się do egzaminu. Jutro miała mieć część pisemną, a ustną dopiero w przyszłym miesiącu. Alina starała się jej doradzić jak najlepiej, w co mogłaby ubrać się na to ważne wydarzenie. Jej kuzynka zawsze była osobą niezdecydowaną, rozpieszczaną przez swoją matkę, więc trudno było ją zadowolić. Mimo wszystko, starała się ją zrozumieć, w końcu taki dzień nie zdarza się codziennie.
Maja studiowała administrację, a instytut badawczy, w którym miała praktyki, zafundował jej już pracę od lipca jako sekretarka. Jej rodzina była z niej bardzo dumna. Otrzymywała wiele pochwał. W końcu znalazła sobie dobrą, stabilną posadę, co dla społeczeństwa zawsze było sukcesem absolutnym.
Alina również cieszyła się z jej osiągnięć, i choć sama nie wiedziała co to wsparcie, to starała się ją wspierać jak najlepiej. Próbowała dać jej to, co sama chciałaby otrzymywać, mimo iż nigdy nie było jej to dane.
— Może spróbuj tą — pokazała Mai czarną, elegancką sukienkę ze świecącymi oczkami wokół dekoltu, pasującą do czerni jej włosów.
— Nie… trochę za świecąca.
Ton miała znudzony, mówiła z tą swoją charakterystyczną wybrednością. Nie lubiła błyskotek, wolała proste, klasyczne ciuchy, w przeciwieństwie do Aliny.
— No to może tą? — wyciągnęła krótką, czarną sukienkę ze złotymi guzikami, którą Maja kupiła ostatnio w galerii.
— Tą ubiorę na ustny.
Maja odrzucała praktycznie wszystkie rady, która kuzynka jej dawała. Alinie zaczęły kończyć się pomysły. Nie znała dobrze gustu swojej kuzynki, bo co kilka lat się on zmieniał. W dodatku wiedziała, że mając dużą szafę pełną ciuchów, wybór nie będzie łatwy. Ostatecznie, po dłuższym czasie, Maja sama coś wybrała.
To były drobnostki, ale dla niej były frustrujące. Nie dlatego, że kuzynka nie przyjmowała jej rad, tylko dlatego, że uświadamiały jej, jaką osobą jest Maja. Już nie była tą dziewczynką, z którą dni były przepełnione śmiechem i zabawą. Stała się arogancką, rozwydrzoną i pustą materialistką, która nie wiedziała co to dusza, głębia, wrażliwość oraz bezinteresowna pomoc.
Widziała, że dziś ona i jej niegdyś ulubiona kuzynka są jak głębia oceanu i brzeg morza. Ona umiała pływać we wzburzonym oceanie, bo życie ją do tego zmusiło już dawno temu. Natomiast Maja denerwowała się od najmniejszej fali zbyt blisko jej dobrze ułożonego ręcznika. Nie wiedziała, co to znaczy cierpieć naprawdę, dotknąć dna, którego większość ludzi nie chciało sobie nawet wyobrazić. Nie znała smaku walki, której Alina musiała toczyć każdego dnia, płacąc za to ciepłymi łzami i ukłuciem w sercu. Bo w przeciwieństwie do niej, ta dziewczyna zawsze miała wszystko, czego chciała. Alinie z kolei, do tej pory, nie udało się spełnić ani jednego marzenia.
Mimo wszystko starała się wierzyć, że będzie lepiej. Że któregoś dnia, to cierpienie się nareszcie skończy, a w zamian zostanie już tylko szczęście i spokój. Słyszała wiele historii, w których marzyciele płacili wysoką cenę, zanim nadszedł ich czas. Dlatego bardzo chciała, któregoś dnia, stać się jedną z nich.
Później siedziała, jak duch, z rodziną w salonie. Maja pokazywała się i chwaliła stylizacją, którą ostatecznie wybrała na jutrzejszy egzamin. Była to biała bluzka na krótki rękaw, trochę krótsza niż jej pozostałe. Do tego miała czarne, eleganckie, szerokie spodnie oraz nowe, niskie obcasy. Alina patrzyła, jak jej wyniosła kuzynka dostaje pochwały praktycznie za nic. Bo choć ta była przekonana, że wygląda jak królowa, to tak naprawdę wyglądała zupełnie zwyczajnie. Wiedziała, że stylizacje, które ona jej wcześniej proponowała, pasowałyby jej o wiele bardziej. Ale wiedziała też, że nie może powiedzieć ani słowa, bo wywołałaby burzę.
— Jejku, jak ładnie wyglądasz, te buty do tych spodni ci naprawdę pasują. Ślicznie, skarbie! — Teresa komentowała córkę z tym przesłodzonym zachwytem.
— Nieprawdaż? — odpowiedziała Maja, a jej ton był jak zwykle żałośnie i teatralnie wyniosły.
Choć Alina uśmiechała się i starała się patrzeć na kuzynkę tak jak inni — również z dumą — to w środku czuła pewien rodzaju ból. Z jakiegoś powodu nie mogła się go pozbyć. Było to znajome ukłucie w sercu, które pojawiało się niczym niechciany i nieproszony gość. Nigdy nie próbowała zazdrościć innym, choć życie zawsze próbowało podsunąć jej do tego pretekst. Zawsze była typem altruistki — cieszyła się ze szczęścia i powodzeń innych, nawet gdy sama cierpiała. Ale nawet jej dobre i wrażliwe serce nie mogło zaprzeczyć niesprawiedliwości, w której była zmuszona żyć.
Widok kogoś, kto nigdy nie musiał się o nic starać, a miał zawsze wszystko, i kogoś, kto z kolei musiał zawsze walczyć, przegrywając tyle bitew, wywoływał u niej poczucie bezradności i frustracji. Wielokrotnie zastanawiała się, co mają inni, czego ona nie ma. Nie pragnęła wcale atencji czy oklasków — pragnęła jedynie choć trochę uznania i zrozumienia. Pragnęła innego życia niż tego w cieniu pielęgnowanej gwiazdy. Ale zrozumiała też, że jedni po prostu już się rodzą uprzywilejowani, a drudzy wręcz przeciwnie. Zrozumiała, że ona niestety zaliczała się do tej drugiej grupy. Próbowała to zaakceptować, ale zawsze pojawiało się w jej sercu pewne światełko, które można było nazwać wiarą lub złudzeniem. Wiara, że któregoś dnia to się nareszcie zmieni, lub złudzenie, że w ogóle miała prawo o tym marzyć.
Z cięższym sercem, wstała i opuściła rozjaśniony od blasku jej kuzynki salon. Czuła, że usuwa swój cień, na który i tak nikt nie zwracał uwagi. Gdy później stała pod prysznicem, chcąc zmyć z siebie ten wcześniejszy żal, którego tak nie lubiła, do jej oczu mimowolnie napłynęły łzy. Nie miała siły ich powstrzymywać, mimo iż naprawdę chciała. Nie chciała cierpieć z tego powodu, który i tak byłby dla każdego tylko drobnostką bez znaczenia. Czuła się okropnie z tym, że bolało ją to, że jej kuzynka ma wszystko, czego ona nie mogła mieć. Uświadomiła sobie jednak już dawno temu, że jej uczucia nie mają znaczenia. Że nikt nigdy nie zobaczy jej cierpienia.
Wychodząc spod prysznica, osuszyła się ręcznikiem i ubrała w piżamę. Myjąc twarz zimną wodą, pozwoliła ostatnim łzom spłynąć i zniknąć w chłodnych strumieniach wody. Zawsze pomagało jej to się oczyścić i uspokoić, gdy emocje przejmowały górę.
Siedząc później w łóżku, do pokoju weszła Maja, gdyż dzieliły go wspólnie. Alina usunęła już ślady swojej wcześniejszej rozpaczy i znów powróciła do swojej wspierającej roli.
— Jestem z ciebie dumna, Maju, powodzenia jutro na egzaminie. Jestem pewna, że poradzisz sobie świetnie.
Starała się jej dodać otuch, bo wiedziała, że się stresowała jutrzejszym dniem.
— Dziękuję — rzuciła tylko jej kuzynka.
Maja była dość chłodna, tak właściwie nie zwracała na nią większej uwagi. Dla Aliny jej zachowanie nie było niczym nowym, choć trochę zabolało ją to ignorowanie z jej strony. Miała jednak nadzieję, że jak ten etap się skończy, gdy ta już nie będzie tak zajęta nauką. I że gdy ona w końcu opowie rodzinie o swoich ambicjach i marzeniach, to ucieszą się i obdarzą wsparciem także ją.
Nie wiedziała jednak, że się myliła.
Rozdział 4
Poranek był cichy i wyjątkowo gorący jak na ten miesiąc. Słońce wpadało przez okno, rozświetlając pokój i tworząc aurę, którą lubiła najbardziej. Późna wiosna była zawsze dla niej najpiękniejszym momentem w roku, w którym wyobraźnia kończyła swoje granice.
Gdy się obudziła, była sama — Mai już nie było. Wiedziała, że dziś jej nie będzie, bo po egzaminie miała iść z klasą na imprezę. Wywołało to u niej pewne wspomnienia, które jednak były rozmyte jak mgła. Pamiętała mianowicie, jak w kwietniu, gdy Maja obchodziła urodziny, poszły z jej przyjaciółmi do lokalu. Dla Aliny był to pierwszy raz, nigdy wcześniej nie wypiła tyle alkoholu, i choć później nic nie pamiętała, to i tak uważała ten wieczór za jeden z najszczęśliwszych w jej życiu. Czuła, że tamta noc pomogła jej zapomnieć o bólu, zamieniając go w śmiechy i beztroskę. Bardzo chciała go powtórzyć w któryś weekend, kiedy jej kuzynce już przejdzie urojenie, że jest od niej lepsza.
Tego ranka wzięła się ponownie za dalsze pisanie. W końcu piękna pogoda zawsze ją inspirowała. Zanurzyła się w swoim świecie, czując, że w tej chwili jest naprawdę sobą, robiąc to, co jej dusza kocha najbardziej. Dzięki odmiennej edukacji zawsze miała na to dużo czasu. Była kształcona w domu, a jej edukacją zajmowała się guwernantka. W pierwszych latach swojego życia bardzo chorowała — łapała różne niebezpieczne wirusy, przez co Daria zdecydowała się edukować ją poza murami szkoły. Tym bardziej, że finansowo mogła sobie na to śmiało pozwolić. W dodatku chciała ją także ochronić przed okrucieństwami i toksycznością, które w szkołach niestety często bywają na porządku dziennym.
Alina wspominała jednak bardzo dobrze swoje lata edukacyjne. Bardzo lubiła panią Sokołowską — jedną z nielicznych osób w jej życiu, która ją naprawdę wspierała i wierzyła w jej talent, nawet gdy ona sama w siebie nie wierzyła. Zawdzięczała jej wiele, w końcu to także dzięki niej tak bardzo pokochała sztukę już jako kilkuletnia dziewczynka.
Wbrew pozorom nie spędzała jednak całe dnie w domu. Przeciwnie, pani Sokołowska często zabierała ją do miasta lub przebywała z nią na łonie natury, ucząc ją także w praktyczny sposób. Pamiętała, jak zabierała ją do Muzeum Narodowego, ucząc ją sztuki, lub jak opowiadała jej o historii Polski w zamku królewskim na Wawelu. Sama uważała, że dzięki temu wyniosła więcej z edukacji, niż jej rówieśnicy w szkołach. Oprócz tego, chodziła przez wiele lat na zajęcia językowe. Nauczyła się tam języka angielskiego, francuskiego, włoskiego oraz hiszpańskiego. Od dziecka lubiła także rysować i malować. Chodziła przez kilka lat na zajęcia artystyczne. To właśnie tam poznała Kamilę, swoją najlepszą przyjaciółkę, którą kochała jak siostrę.
Kamila wyjechała trzy lata wcześniej do Madrytu, by studiować sztukę. Miała w planach już tam zostać, tworząc swoją karierę artystyczną. Alina była ją odwiedzić dwa lata temu i tamten miesiąc był dla nich niezapomniany.
Będąc tam, wspominały dawne czasy, gdy były dziećmi i spędzały noc w ogrodzie. Budowały tam często namiot i obserwowały nocne niebo, w nadziei, że uda im się zobaczyć spadającą gwiazdę. Obie miały już wtedy marzenia, które w dorosłym życiu pragnęły spełnić.
— Jeśli zgasną wszystkie gwiazdy, to co będzie dalej? — zadała jej pytanie, które wtedy wypłynęło prosto z jej marzycielskiego serca.
— To wtedy my będziemy gwiazdą, dla siebie nawzajem, prawda? — odpowiedziała Kamila, z tą swoją typową błyskotliwością i optymizmem.
Alina wiedziała, że jej najlepsza przyjaciółka jest teraz szczęśliwa w Hiszpanii. Pamiętała, jak płakała ze szczęścia razem z nią, gdy udało jej się dostać do tamtej prestiżowej akademii. Czuła się wtedy, jakby to osiągnięcie było także jej własnym, bo z Kamilą zawsze dzieliły wszystko. Ich rozstanie trzy lata temu nie było łatwe — nie zabrakło łez, w końcu były ze sobą, odkąd miały 8 lat. Wychowywały się praktycznie razem. Obiecały sobie jednak, że nigdy się nie stracą, nie mogłyby. Starały się mieć regularny kontakt ze sobą, i wiedziała, że za kilka lat znów będą miały siebie na co dzień.
W południe, po wyszykowaniu się, pojechała z Teresą do galerii. Nie miała nic przeciwko, lubiła to miejsce, które przypominało jej, jak moda potrafi inspirować. Choć nigdy nie miała zbyt wielu ciuchów, bo zawsze uważała, że ważniejsza jest jakość ubrań niż ich ilość, wiedziała, że przyda jej się kilka nowych rzeczy.
Teresa była zawsze kobietą elegancką i zadbaną. Mimo iż nie lubiła świecących ciuchów tak jak Alina czy Daria, to zawsze ceniła dobry wygląd i styl. Jej gust był wyrafinowany, choć klasyczny.
Będąc w jednym ze sklepów, Alina dostrzegła pewną śliczną, długą sukienkę w kwiatki, której błękit pasował idealnie do jej oczu. Chciała jakąś sukienkę na nadchodzące lato, a ta od razu skradła jej serce. Styl cottagecore zawsze jej się podobał, chyba najbardziej ze wszystkich. To w nim czuła się dziewczęco, romantycznie, jakby jej dusza na moment zamieniała się w ubiór. Bez chwili namysłu postanowiła ją wziąć, widząc na oko, że będzie ona pasować do jej filigranowego ciała.
Później w perfumerii znalazła także swoje ulubione perfumy — La vie est belle od Lancôme. Ich nazwa była równie piękna co ich zapach, które uwielbiała. Chciała pewnego dnia móc utożsamić się z tym francuskim powiedzeniem, które często słyszała — szczególnie będąc z mamą w Paryżu dwa lata temu.
Jakiś czas później spotkały się z Dominikiem, kuzynem Aliny. Nie było to czymś niezwykłym, nieraz się spotykali w ten sposób w galerii. Dominik był starszy od Aliny i Mai o siedem lat. Był pierwszym dzieckiem Teresy, która urodziła go, będąc jeszcze w liceum. Mimo dużej różnicy wieku, zawsze mieli ze sobą dobre relacje.
— Niedawno dzwoniła do mnie Maja. Mówiła, że egzamin był banalny. Jest raczej pewna, że go zdała bez problemu — powiedział po drodze.
Alinę bardzo to ucieszyło, czuła momentalnie, jak jej serce wypełnia się ulgą. Od rana była z nią myślami, choć nie miała wątpliwości, że jej kuzynce się uda. Zawsze w nią wierzyła, zwłaszcza gdy ta zapomniała, jak to jest wierzyć w swoje możliwości.
Mimo iż nie było łatwo, mimo iż jej wiara wielokrotnie była wystawiana na próbę, to zawsze znajdywała sposób, by dawać ją innym. Nawet tym, którzy nie dali jej niczego podobnego w zamian. Zawsze była jednak bezinteresowna — nie dawała ludziom ciepła, tylko po to, by je otrzymać w zamian. Nigdy nie czerpała korzyści z innych.
Kilka dni później, gdy skończyła pisanie kolejnego rozdziału swojej książki, siedziała z rodziną w salonie. Rozmowa toczyła się o życiu i przyszłości. Maja przedstawiała swoje dylematy, czy iść jeszcze na studia magisterskie, czy zostać w pracy tam gdzie była. Inni mówili jej, że po dalszej edukacji zarabiałaby jeszcze lepiej, i w pewnym sensie była to prawda. Jednak Alina wiedziała, że wysokie zarobki i sukces w przyszłości nie zawsze mierzy się wykształceniem wyższym. Bo do pewnych ścieżek studia nie są potrzebne, i jej wymarzona ścieżka była na to idealnym przykładem.
— Alino, a ty co chcesz robić w przyszłości? Nie chciałabyś również iść na studia? — z myśli wyrwał ją głos Teresy.
Choć nie była do końca przygotowana na to pytanie, to czuła, że ma teraz idealną okazję, by wyznać im prawdę. Nie wahała się już dłużej.
— Nie. Nie chcę iść na studia, ciociu. Chcę zostać pisarką.
Jej wyznanie sprawiło, że wszyscy w salonie popatrzyli na nią, przerywając swoje czynności.
— Chcę zostać pisarką, bo zawsze kochałam literaturę. Chcę pisać książki i samodzielnie je tłumaczyć na języki, które znam. Jeśli widzicie mnie codziennie piszącą na laptopie, to właśnie dlatego. Bo piszę książkę. Książkę, która będzie początkiem mojej przyszłości — dodała.
Po wypowiedzeniu tych słów, poczuła, jakby jej dusza wyzwoliła się z łańcuchów, w których czuła się zamknięta przez tyle czasu. Chciała móc nareszcie pozwolić swoim skrzydłom wznowić lot, i otrzymać do tego słowa od bliskich, które byłyby wiatrem pod jej skrzydłami.
Nie była jednak przygotowana na to, co miało się stać po tym wyznaniu.
Rozdział 5
Gdy wypowiedziała te słowa, w pomieszczeniu zapadła cisza. Zdawała sobie sprawę, że jej odpowiedź mogła ich zaskoczyć. W końcu to niecodzienna ścieżka życia — zdecydowanie inna od schematów społeczeństwa. Jednak ich reakcja nie była taka, na jaką liczyła. Jej mama spuściła lekko wzrok. Jej ciocia odwróciła głowę, a Dominik z Mają popatrzyli na siebie. Choć wtedy nie chciała przyjąć tego do wiadomości, to w ich oczach nie było ani trochę ciepła czy wsparcia. Był wręcz chłód, a ich drobne uśmiechy wskazywały na nutę kpiny. Z szybciej bijącym sercem, czekała na ich reakcję i odpowiedź.
— Pisarką, powiadasz? — Teresa odezwała się jako pierwsza. — To piękne hobby, ale czy da się na tym zyskać stabilność i dobry zarobek?
Jej ton był sceptyczny, chłodny, zupełnie inny niż ten, którego potrzebowała.
— Może, ale to nie jest pewne — wtrąciła się Maja, mówiąc tonem wyższości.
Alina momentalnie na nią popatrzyła, a w jej oczach pojawił się ból i rozczarowanie.
Zamiast ciepłego słowa, jakie ona zawsze miała dla kuzynki, od niej otrzymała właśnie przeciwieństwo wsparcia. Zabolało ją to, że jej kuzynka, którą zawsze wspierała, gdy ta tego potrzebowała, teraz zraniła ją w ten sposób. W tej chwili zastanowiła się, gdzie jest jej serce i jej empatia. Bo to, co usłyszała, było czymś dalekim od tego.
— Ja w to nie wierzę — rzuciła jeszcze Teresa.
Było to zdanie, które zadało jej kolejny cios prosto w serce na zakończenie.
Nagle zmienili temat, ucinając niczym ostrze ten o jej marzeniach. Chciała coś powiedzieć, ale jej mama spojrzała na nią w znajomy sposób — zawsze tak na nią patrzyła, gdy chciała ją uciszyć. W tej chwili nie miała nikogo, kto byłby po jej stronie, i to zabolało. Nie chciała jednak poddać się bólu, bo powiedziała sobie jakiś czas temu, że już tego nie zrobi. Dlatego nie pozostało jej nic innego, jak udawać, że wszystko jest w porządku i nie rozmawiać już dłużej o tym.
Łudziła się, że to był po prostu zły moment, że zapewne mieli gorszy dzień. Zawsze lubiła się łudzić — to był jej sposób na ochronę tego naiwnego i kruchego serca. Starała się wmówić sobie, że gdy opowie o tym następnym razem, przekona ich w końcu do siebie. Wierzyła, że okażą jej choć trochę wsparcia, tak jak okazywali go jej kuzynce. Bo w przeciwieństwie do tego, co myśleli, dla niej pisanie nie było tylko „pięknym hobby”. Pisanie było oddechem jej duszy. Marzeniem, za które byłaby w stanie poświęcić wszystko.
Serce mówiło jej, że nie potrzebowałaby w ogóle aprobaty innych. Natomiast rozum chciał ciągle wierzyć, że to było tylko małe nieporozumienie. Mimo wszystko, słowa Mai zadały jej mały cios w serce, którego niekoniecznie się spodziewała. Wiedziała, że jej kuzynka nigdy nie była szczególnie empatyczna i wspierająca, bo zawsze wolała skupiać się tylko na sobie. Liczyła chociaż, że zrozumie ją już bardziej niż inni, lecz ta zdawała się nie zrozumieć jej w ogóle.
Później postanowiła się przejść, by pozbierać myśli i uspokoić emocje. Spacery zawsze jej pomagały — miała wtedy czas i możliwość na refleksję, której nikt jej nie zakłócał. Gdy wyszła z mieszkania, poczuła jak promienie słoneczne momentalnie oświetlają jej twarz i oczy. Cieszyła się, że nikogo nie ma w pobliżu, bo łzy w jej oczach były teraz szczególnie widoczne.
Idąc przez zieloną okolice, czuła, że z każdym krokiem i oddechem ciężar jej serca zaczyna się powoli rozpływać w powietrzu. W tej dzielnicy Warszawy można było z łatwością odpocząć od głośnego tłumu miasta. Nieopodal był las, w którym jako dziecko często lubiła się zatrzymywać, by żyć w swoim świecie — tam gdzie nic nie było trudne.
Wyciągając telefon z tylnej kieszeni spodni, postanowiła zadzwonić do Kamili, która jako jedyna umiała ją zawsze podnieść na duchu.
— Cześć kochana, co tam? Wszystko w porządku? — odebrała Kamila.
W głosie miała tę iskierkę, którą znała od tylu lat, i której naprawdę jej brakowało.
— Jasne, wszystko dobrze… a u ciebie? — starała się zabrzmieć przekonująco, ale drżenie głosu niestety ją zdradziło.
— Jesteś pewna? Ali, znam ten ton… coś się stało, prawda?
Momentalnie zrozumiała, że nie ma już czego ukrywać. Z westchnieniem opowiedziała przyjaciółce o tym, co się stało — jak znalazła w końcu okazję i odwagę, by wyznać rodzinie swoje plany i marzenia, i jak spotkała się za to z ich zimnym murem. Zawsze zwierzała się Kamili, szczególnie gdy coś ją zabolało, tak jak teraz. Wiedziała, że ją wesprze, i podpowie jej, co robić dalej.
— Wiesz, może po prostu nie zrozumieli jeszcze, co to dla mnie znaczy. Może powinnam podejść do tego jeszcze raz, w inny sposób…
— Serio w to wierzysz? Ali, gdyby naprawdę byli tymi, którzy cię wspierają, zrobiliby to od razu. Nawet jeśli twoja ścieżka rożni się od ich ścieżki.
Kamila nie była głupia, przeciwnie, mimo swojego dużego poczucia humoru i optymizmu, zawsze była inteligentną dziewczyną. Od razu odczuwała prawdziwe zamiary innych. Wiedziała jednak, że serce Aliny jest czyste i naiwne. Że ta nie uwierzy w to, dopóki sama się nie przekona, jak naprawdę potrafi wyglądać rzeczywistość.
— Sama nie wiem, wiem tylko, że nie czuję się najlepiej…
— Ali, naprawdę? Twój ogień zgasł tylko dlatego, że kilka pustych ludzi go nie zrozumiało? Myślisz, że twoja wartość zależy od ich słów i ograniczeń?
— Nie chodzi tylko o to, Kami. Ostatnimi czasami w ogóle nie czuję się tu dobrze. Czuję się, jakbym była jedynie cieniem, na który nikt nie zwraca uwagi. Chyba że zacznie przeszkadzać miejscom sztucznie rozświetlonymi wiadomo przez kogo…
Wyrzuciła w końcu z siebie trochę tego ciężaru. Bo czuła, że zaczynał ją boleć coraz bardziej, gdy tylko przypominała sobie, kto nie musiał robić nic, by dostać wszystko, czego chce.
Wtedy Kamila zaproponowała jej coś, od czego momentalnie zrobiło się jej cieplej na sercu.
— To przyleć do mnie — odpowiedziała bez zastanowienia. — Musisz się zrelaksować i odpocząć od tej trucizny. Trochę czasu w Madrycie ci nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie. A poza tym, nudno mi tu teraz jest.
Kamila żyła w mieszkaniu należącym do jej ciotki, która od wielu lat mieszkała ze swoim nowym mężem w Paryżu. Zostawiła je siostrzenicy na czas studiów i dalsze życie w Madrycie. Tydzień temu skończyła trzeci rok szkolny. Do Krakowa, do rodziny, miała polecieć dopiero w lipcu. Alinie wydawało się to pomysłem świetnym — tym bardziej, że ostatnio widziały się prawie dwa lata temu.
— Wiesz, w sumie… może masz rację…
— Na pewno mam rację, Mówię ci, to ci dobrze zrobi. Przyleć do mnie i zostań do lipca.
Alina tęskniła zarówno za nią, jak i za Madrytem. Kochała to miasto, gdzie mogła oddychać pełną piersią, z dala od ludzi, którzy nie rozumieli jej głębi i byli jedynie oprawcami w białych rękawiczkach. Nie mogła się nie zgodzić z przyjaciółką, że ten wyjazd dobrze by jej zrobił. Wiedziała, że ludzie w tym mieszkaniu już nie są tymi, kim byli. A może tak naprawdę nigdy nie byli tymi, za których ich miała. W tej chwili nie miało to dla niej już większego znaczenia, liczyło się tylko to, że już niedługo nareszcie zobaczy się z Kamilą. I że to właśnie z nią spędzi swoje dwudzieste pierwsze urodziny.
Tego wieczoru zaczęła szukać najbliżej dostępnych lotów do Madrytu. Wybrała ten w przyszły piątek. Poczuła momentalnie, jak jej serce bije szybciej — z ekscytacją, której nie czuła już dawno. Była wdzięczna Kamili, że dała jej to, czego potrzebowała, zanim zdążyła w ogóle zrozumieć, że tego potrzebowała.
— To za sześć dni lecisz do Hiszpanii, do tej twojej przyjaciółki? — Teresa weszła do pokoju, niespodziewanie, jak zwykle.
— Tak. Kupiłam bilet na następny piątek. Spędzę trochę czasu z Kamilą. Z osobą, która wie jak mnie wspierać — Alina zaakcentowała trochę ostatnie słowa.
Teresa nie zareagowała jednak zbytnio na to. Prawdopodobnie nie zrozumiała nawet, że Alina odnosi się do niej i tamtej wcześniejszej sytuacji. Alinę to nie dziwiło. Wiedziała, że jej ciocia nie grzeszy inteligencją, i że i tak nie przyznałaby się do błędu. Nie chciała już jednak myśleć o tym, co się stało, mimo iż zostawiło to w niej ślad. Wmawiała sobie, że jeszcze to naprawi. Mimo wszystko, wyjazd do Kamili był teraz dla niej priorytetem, bo był jedyną ulgą w tym emocjonalnym chaosie. Zwłaszcza, że wywołali go ci, którzy nigdy nie powinni byli tego zrobić.
W głowie już sobie planowała, jak spędzą razem ten wspólny czas, pierwszy po tak długim czasie. Bo z Kamilą znikało wszystko, co złe. Była pewna jednego: tych sześć dni będzie odliczać z niecierpliwością.
Rozdział 6
Lotnisko było tłoczne, a kolejki do nadania bagażu długie. Nie było w tym jednak nic dziwnego, w końcu sezon wakacyjny zawsze taki był. Przyjechała na lotnisko trzy godziny wcześniej, nadając go jako jedna z pierwszych. Jej lot miał być na szesnastą i trwać prawie cztery godziny. Przez ten czas miała zamiar przeczytać pewną hiszpańską książkę — tę, którą kupiła sobie kilka lat wcześniej podczas wakacji na Majorce.
Później, czekając na wejście na pokład, wyjęła z torebki wachlarz, by ochłodzić się choć trochę. Było bardzo gorąco, i wiedziała, że w Madrycie będzie jeszcze gorzej.
Miała na sobie jedynie lekki, letni kombinezon na cienkich ramiączkach i krótkich spodenkach. Włosy miała upięte w niskiego, luźnego koka, a na nogach miała jedynie wygodne sandałki. Nie malowała oczu, tym bardziej, że i tak miała ciemne okulary przeciwsłoneczne. Zresztą, mocny makijaż roztopiłby się jak lód na patyku w taki upał.
Będąc już w samolocie, wyjrzała przez okno, oglądając chmury, nad którymi leciała. Przypomniało jej się, jak leciała samolotem pierwszy raz mając pięć lat i wierząc w najbardziej niezwykłe rzeczy.
— Mamo, czy chmury są łóżkami aniołów, a niebo jest ich domem? — zapytała wtedy, pełna dziecięcej wiary i niewinności.
— Tak właśnie jest, Alinko.
— To będziemy mogły zobaczyć zaraz anioła na którejś z chmur?
— Nie, kochanie, aniołki nie przebywają na chmurach, gdy leci samolot — Daria uśmiechnęła się i pokręciła wtedy głową pobłażliwie.
Choć wtedy ją to zawiodło, jej wiara w anioły nigdy nie zniknęła. Zawsze fascynowały ją te istoty. W dzieciństwie marzyła, by móc kiedyś latać tak jak one — wolna od wszystkiego, co na ziemi ją skrzywdziło. Bo wolność w życiu i w duszy było jedynym, o co tak naprawdę zawsze prosiła.
Podróż minęła dość szybko dzięki myślom i książce. Czuła, jak ląduje w Hiszpanii z sercem lżejszym i duszą wolniejszą. Później na lotnisku odebrała bagaż i skierowała się w stronę wyjścia. Gdy wychodziła, momentalnie zauważyła ją — swoją ukochaną przyjaciółkę, z oczami wzruszonymi i uśmiechem najbardziej szczerym, jaki ostatnio ktokolwiek skierował w jej stronę. Momentalnie pobiegła do niej, rzucając jej się w ramiona. Walizka prawie się przewróciła pod prędkością jej biegu, ale nie obchodziło ją to.
W ramionach Kamili czuła, że może w końcu wyzwolić swoje emocje. Obie zaczęły płakać ze wzruszenia. Dopiero teraz zrozumiały, jak bardzo za sobą tęskniły. Pierwszy raz od dawna była naprawdę szczęśliwa. Kamila była dokładnie taka, jaką ją zawsze pamiętała — piękna brunetka o czekoladowych oczach, trochę wyższa od niej, z ciepłem większym niż iberyjskie słońce. Włosy miała spięte w wysoki kucyk, tak jak najbardziej lubiła podczas upalnych dni.
— Nie wiesz jak mi ciebie brakowało… — wyznała wzruszona Alina, tuląc się do niej.
— Mi też, kochana, nareszcie już jesteś!
To nie było tylko pojednanie dwóch przyjaciółek, ale przede wszystkim pojednanie bratnich dusz, które przecież sercem nigdy nie były daleko od siebie. Bo żadna przeszkoda, żadna odległość, żadna wspólna codzienność odebrana nie są w stanie złamać więzi tych, co czują najsilniej i najgłębiej. Alina z Kamilą były duszami wrażliwymi, które świat nie był w stanie zrozumieć. Nie tak jak one rozumiały siebie nawzajem.
W końcu pojechały do mieszkania Kamili, które znajdowało się godzinę drogi dwoma autobusami od lotniska. Całą drogę praktycznie rozmawiały i żartowały. Miały sobie tyle do powiedzenia, szczególnie Kamila. Opowiadała Alinie o przedostatnim roku w Real Academia de Bellas Artes de San Fernando. Natomiast Alina opowiadała jej o swoich planach pisarskich, bo z poruszeniem tematu jej rodziny wolała poczekać, aż w końcu będą w mieszkaniu.
— Naprawdę dwadzieścia godzin malowałaś to cudo? — zapytała, gdy Kamila pokazała jej na telefonie zdjęcie obrazu, które wykonała na egzamin praktyczny.
— Udało mi się w trzy dni. Ciągle byłam niezdecydowana, co zrobić, aż w końcu wpadłam na ten pomysł.
— Kami, jest przepiękny…
Obraz przedstawiał dziewczynę w długiej sukni. Siedziała w ogrodzie pełnym róż i zieleni, na białej ławce zdobionej z lekkiego bluszczu. Emanowała spokojem, jakiego trudno było znaleźć w tym świecie. Spokojem, o którym Alina zawsze marzyła, i dzieło jej przyjaciółki przedstawiło to w piękny sposób. Kamila zawsze miała wielki talent, którym Alina nigdy nie mogła się wystarczająco zachwycić. Nie miała wątpliwości, że jej przyjaciółka pewnego dnia zostanie wielką artystką. W końcu było to jej największym marzeniem, które zaczynała powoli spełniać.
Gdy dojechały do mieszkania, było już po dwudziestej pierwszej. Słońce zaczynało powoli zachodzić. Mieszkanie było eleganckie — od jej ostatniego pobytu w nim nie zmieniło się praktycznie nic. Ściany w kolorze pudrowego różu, złote zdobienia, obrazy Kamili oraz ich wspólne zdjęcia w jej pokoju sprawiały, że od razu czuła się jak w domu. Bardziej niż kiedykolwiek czuła się tam, u rodziny.
W sypialni Kamila pomogła jej się rozpakować. Nie miała ze sobą dużo ciuchów — jedynie kilka sukienek, topów, spodenek, kolejną parę sandałek, a także bikini. Choć w Madrycie nie było plaży, był za to świetny basen, na który poszły dwa lata wcześniej, gdy odwiedziła ją po raz pierwszy.
Ten wieczór spędziły na wspólnych wspomnieniach, żartach i wyznaniach. Kamila miała dobre hiszpańskie wino — ich ulubione — którego się napiły. Alina czuła w końcu, że może się zwierzyć komuś, kto jej nie oceni ani nie zrozumie źle.
— Po prostu nie rozumiem, dlaczego to, co chcę robić w życiu, zostało odebrane w taki sposób. Przecież tylu pisarzy odniosło sukces dzięki własnym książkom… a to jest czymś, czego zwykle hobby nie przyniesie. Więc jak one mogły mi powiedzieć coś takiego? Dlaczego to zrobiły? Czy ja naprawdę wyraziłam się aż tak źle?
Kamila natychmiast zareagowała, nie mogła pozwolić, by jej przyjaciółka naprawdę uwierzyła, że to ona zawiniła.
— Nie, kochanie, absolutnie nie. Nie myśl nawet, że źle się wyraziłaś, czy że to twoja wina.
Kamila chwyciła jej dłoń, patrząc na nią z tym ciepłem i troską, której Alinie tak brakowało.
— To dlaczego tak zareagowali, oni wszyscy?
— Bo ich umysły są zamknięte jak drzwi na kłódkę, do których wchodzi tylko ten, kto wpasowuje się w ich nudne schematy i oczekiwania. Dlatego.
Lekko ją zamurowało, nie była przyzwyczajona, że ktoś jest po jej stronie i walczy przeciwko jej poczuciu winy. Zawsze czuła się winna wszystkiemu, co jej się przytrafia. Może dlatego, że jej mama miała zawsze tendencje do obwiniania jej, nawet gdy to ona była ofiarą.
— Oni wychwalają ciągle Maję, bo ona gra według schematów i tabelek. Podąża ich utartą ścieżką, podczas gdy ty zawsze miałaś odwagę iść własną — dodała Kamila, z ogniem w sercu, który zawsze miała dla Aliny, gdy ta zaczynała tracić swój.
— Kami, ja…
— Mówisz, że czujesz się gorsza od niej, ale czy ta pusta i rozwydrzona dziewucha ma tą iskrę, tą pasję, ten talent i te marzenia większe od ścian urzędu, które masz ty?
To pytanie wypłynęło prosto z jej serca, by przebić się do serca przyjaciółki. Alinę skłoniło to do refleksji. Nigdy wcześniej nie patrzyła na to w ten sposób, ale Kamila pokazała jej nową perspektywę — tą, z której to nie ona jest cieniem, tylko oni sztucznym światłem zamkniętym w ścianach.
— Nie… — odpowiedziała, po chwili namysłu.
— No właśnie… Ali, ona może mieć papierek. Może mieć posadę, ale nie ma i nigdy nie będzie miała tego co masz ty. Bo ty masz duszę, pasję, głębię i wrażliwość, a tego nie da się nauczyć na żadnych studiach.
Były to słowa, które potrzebowała bardziej niż cokolwiek innego. Wiedziała, że jej przyjaciółka mówi je z doświadczenia, bo sama płaciła cenę za bycie wolną artystką. W Krakowie wiele ludzi z otoczenia ją osądzało, ale zrozumiała, że to oni byli ograniczeni i bali się jej blasku. Doskonale rozumiały się nawzajem, bo obie przechodziły przez to samo. Żyły w kosmosie, podczas gdy inni żyli w kratkach. Bo ludzie nigdy nie rozumieli, że sukces w sztuce i w literaturze jest inny. Jest wolny, ryzykowny, ale autentyczny i potężny.
Nie wiedziała, jak dziękować Kamili. Dzięki niej, odzyskała chwilową siłę i wiarę w siebie, bo od kilku dni wisiała ona na włosku. A nikt tak jak Kamila, nie umiał opatrywać ran jej skrzydeł, bo ci wokół niej umieli je tylko zadawać.
Następnego dnia wstały około południa. Wczorajszej nocy siedziały do trzeciej nad ranem. Było to u nich normalne — już od dziecka miały w zwyczaju rozmawiać pół nocy, gdy nocowały u siebie. Stojąc w kuchni, przygotowywały razem śniadanie, wspominając czasy dzieciństwa.
— Pamiętasz, jak miałyśmy dziesięć lat i piekłyśmy razem ciasto, ale zapomniałyśmy o nim w piekarniku? — spytała Alina śmiejąc się.
— Całe szczęście, że jedynie góra trochę się spaliła, bo niewiele brakowało temu cieście, by wyglądał jak z horroru! — obie wybuchły śmiechem.
Później spędziły dalsze chwile w domu, gdyż temperatura na zewnątrz wręcz odradzała wyjścia na dwór. Nie było to niczym nadzwyczajnym — latem w Hiszpanii życie zaczynało się dopiero po zachodzie słońca.
Później wyszły zjeść kolację na mieście w ich ulubionej knajpie, niedaleko mieszkania. Była ona przytulna i klimatyczna, a jedzenie było wyśmienite. Alina uwielbiała hiszpańską kuchnię, jak i również ten cudowny, madrycki styl życia. Tutaj nikt by jej nie poganiał. Nikt nie wyśmiewał, i nikt by jej nie mówił, co ma robić. Tutaj mogła być sobą — wolną, niezależną artystką, blisko osoby, którą kochała najbardziej.
— Zastanawiasz się, jak często będziemy tu przychodzić, gdy już tu zamieszkasz, moja pisarko? — z myśli wyrwał ją ciepły i żartobliwy głos Kamili.
Momentalnie uśmiechnęła się i zaśmiała lekko. Kamila powiedziała to z taką pewnością, jakby to był jedyny możliwy scenariusz jej przyszłości.
— Nad tym to akurat nie muszę się zastanawiać.
— To jak, za przyszłość? — Kamila uniosła lekko kieliszek, by wznieść toast.
Przyszłość, która w chwilach takich jak ta, wydawała się pewna i szczęśliwa. Bo przecież jak tu widzieć cienie, gdy ma się przy sobie tak jasne światło?
— Za przyszłość.
Po tych słowach stuknęły się kieliszkiem, biorąc łyk tego musującego, różowego wina — ich ulubionego.
Jednak do tej przyszłości musiała jeszcze przejść przez przeszkody, których w tej chwili sobie nawet nie wyobrażała.
Rozdział 7
Czas, który spędziła u Kamili, przyniósł jej więcej szczęścia niż dotychczasowe życie u „bliskich”. Przy niej mogła być naprawdę sobą. Nie obawiać się niczego, a już na pewno nie rozmowy o jej marzeniach, które w domu Teresy musiały być traktowane jak temat tabu. Dzięki Kamili zyskała jednak trochę więcej siły, by przejść przez kontynuację tej burzy, która czekała na nią tam.
Wróciła do Warszawy po piętnastu dniach. Kamila miała polecieć do Krakowa dzień później. Były ze sobą w Madrycie do ostatniego dnia. Uznały, że to najlepszy pomysł. Alina wzięła ze sobą ich wspólne zdjęcie, które zrobił im fotograf w parku Retiro. Patrząc na nie, rozumiała, co to prawdziwe szczęście, nawet jeśli już się skończyło.
W Warszawie była późno, po dwudziestej drugiej. Na lotnisku czekała już na nią rodzina. Przyjechali dla pozoru, w końcu to zawsze było dla nich najważniejsze. Alina poznała jednak już ich prawdziwą twarz. Powrót do mieszkania Teresy i Mai nie trwał długo, zaledwie pół godziny samochodem. Gdy weszła do środka, momentalnie poczuła to ponowne zderzenie się z szarą codziennością. Ale wiedziała, że tak będzie.
Po rozpakowaniu się wzięła chłodny prysznic, zmywając z siebie resztki potu i to uczucie bycia intruzem, z którym znów musiała się mierzyć. Uspokoiła się choć na chwilę, a w tym momencie szczególnie tego potrzebowała. Później, poprawiając ciuchy w szafie, z kuchni usłyszała głos Mai, rozmawiającej z Teresą.
— Do wczoraj miałam wolny pokój, dzisiaj już nie.
— Maja!
— No co?
Maja kompletnie nie widziała tego, co źle robiła. Alinę wcale to nie zdziwiło, choć poczuła ukłucie w sercu. Wiedziała, że bezczelność jej kuzynki nie zna granic, w końcu jej matka była niewiele inna. To, co teraz się działo, nie miało nic wspólnego z tym, co przeżywała u Kamili. Tam była z kimś, komu naprawdę na niej zależało. Z kimś, kto nigdy by jej nie potraktował jak ciężar, i tym bardziej by jej nie zranił. Tam mogła być sobą, z kimś kto ją akceptował taką, jaką jest. Niestety to, co najpiękniejsze, musiało się skończyć. Bo ze snu zawsze trzeba się wybudzić, by wrócić do koszmaru.
Przez kilka następnych tygodni starała się skupić na sobie, choć presja na niej wywierana stawała się coraz większa. Próbowała znów opowiedzieć o swojej pasji i planach na przyszłość, ale wszyscy zdawali się nie chcieć jej słuchać. Mimo wszystko, postanowiła to przeczekać, tłumacząc sobie, że po prostu opowiadała o tym w nieodpowiednich momentach.
Po południu, stojąc w kuchni z Darią, zmywały naczynia po obiedzie. Tym razem postanowiła porozmawiać tylko z nią. Liczyła, że chociaż jej mama w nią uwierzy i ją wesprze.
— Wiesz, mamo… gdy książki, które będę pisać i wydawać, zaczną odnosić sukces, to będę je też sama tłumaczyć na wszystkie języki, które znam. Dzięki temu… — zaczęła od tego, co wydawało się jej oczywiste.
— Alina, przestań! Nie mów tego głośno!
Lekko ją to zszokowało. Uśmiech i ten płomień ekscytacji, który miała jeszcze przed chwilą, właśnie został zgaszony, zostawiając tylko dezorientację i rozczarowanie.
— Ale dlaczego?
— Oni się z ciebie śmieją.
— Ale jak to… — nie wiedziała co powiedzieć, to zdanie zabolało i zszokowało ją jednocześnie.
— Nie widziałaś tych ich uśmieszków? Przecież to widać, jak o tym mówisz. Tak samo jak i oni widzą codziennie, że nie robisz nic pożytecznego. Może zamiast bujać w obłokach wzięłabyś się w końcu za siebie?!
Momentalnie coś w niej pękło. Każde słowo matki przebijało jej serce niczym sztylety. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. I to tym bardziej od osoby, od której oczekiwała największego wsparcia. Przecież jej mama wiedziała, jak bardzo kochała literaturę od dzieciństwa, więc jak mogła jej powiedzieć coś takiego?
Do jej oczu momentalnie napłynęły łzy, które jednak hamowała, bo wiedziała, co oznaczają one dla jej mamy: wyolbrzymianie. Daria nigdy nie była empatyczną i wyrozumiałą matką, jaką powinna być. Często wyładowywała na niej swoje emocje. Obwiniała o wszystko, co złe i bagatelizowała jej cierpienie, z przekonaniem, że jej własne jest większe. Dlatego Alina dorastając, za każdym razem jak płakała, musiała się mierzyć z chłodem i frustracją matki, co zostawiło w niej głębokie rany.
Z bólem w klatce piersiowej, opuściła kuchnię i poszła do pokoju. Tam, korzystając z chwili samotności, pozwoliła w końcu łzom spłynąć po jej policzkach. Cierpienie w ciszy było czymś, z czym żyła, odkąd pamiętała — często mówiła, że to samotność kocha ją najbardziej. Próbowała zrozumieć, z jakiego powodu jej mama powiedziała takie rzeczy, i dlaczego jej własna rodzina się z niej śmiała. Lecz tym razem, naprawdę nie mogła znaleźć żadnego wytłumaczenia na to.
— Nie robisz nic pożytecznego… może zamiast bujać w obłokach wzięłabyś się w końcu za siebie?! — te słowa odbijały się w jej głowie niczym okrutne echo, którego nie mogła się pozbyć.
Jej mama od wielu lat ją raniła, szczególnie, gdy ona otwierała przed nią swoje serce przepełnione pasją, której świat nie rozumiał. Dla Aliny nie było to więc niczym nowym, lecz mimo wszystko, zabolało ją to bardziej niż spoliczkowanie. Wiedząc, że nie może sobie pozwolić na łzy, a przynajmniej nie tutaj, otarła je w końcu, zanim ktoś zdążył wejść. Nigdy się ich jednak nie wstydziła. Zawsze uważała, że łzy są dowodem na to, że jej serce nie wyschło. Nawet jeśli w oczach innych wyglądały one jedynie na słabość i przesadę.
Chciała wierzyć, że jej mama ma po prostu zbyt wiele problemów, lecz powoli zaczynała tracić siłę na to. Bo przecież własne frustracje nigdy nie powinny być usprawiedliwieniem krzywdzenia słowami swojego dziecka. Mimo bólu, starała się nie myśleć już o tym, bo wiedziała, że będzie ją to wyniszczać w środku tylko bardziej. W dodatku nie chciała doświadczyć znów ataku paniki. Nie tutaj.
Wieczorem siedziała z rodziną, uśmiechając się i udając, że wszystko jest w porządku. Bo śmiech zawsze był jej najlepszą maską na cierpienie — najprostszą, a zarazem najbardziej wiarygodną. Miała serdeczny śmiech, pod którym nikt by się nie domyślił, że kryje się ból. Bo przecież od cierpiącej osoby zawsze oczekiwało się płaczu. Jednak wiedziała dobrze, że ból nie krzyczy. Wiedziała, że cierpienie mówi bardzo cicho — niekiedy wręcz szepcze, by nikt go nie usłyszał. Nikt z wyjątkiem niej.
Następnego dnia wstała z ciężarem w sercu, którego nie czuła już dawno. Wczorajsze słowa Darii odcisnęły nad nią piętno i to niemałe. Nie była w stanie wyrzucić z głowy tego momentu, choć próbowała. Po śniadaniu postanowiła się przejść, by uspokoić emocje. Ubrała krótką, letnią sukienkę i upięła lekko włosy, tak jak lubiła najbardziej. Na dworze poranny wiatr lata powitał ją, otulając jak ciepły koc. Nie było jeszcze gorąco — wręcz idealnie do letniego spaceru.
Postanowiła przejść się do lasu, którego za dziecka tak lubiła, i który o tej porze roku wyglądał jak z baśni. Zieleń i słońce przebijające się przez nią nadawały mu uroku, który zawsze ją inspirował. Idąc dalej, zatrzymała się nad jeziorem, obserwując kaczki i łabędzie płynące w nim.
— Sztuka nie jest tym, co widzisz, ale tym, co pokazujesz innym — przypomniały jej się słowa babci, które usłyszała od niej mając może z sześć lat.
Babcia Aliny była malarką. W pierwszych latach życia była wychowywana głównie przez nią. To ona przekazała jej miłość do sztuki, bo sama nie potrafiła żyć bez niej. Nauczyła ją także, by nie rezygnować ze swoich marzeń tylko dlatego, że różnią się od starych, powielanych schematów.
Do jej oczu napłynęły łzy, których nie chciała hamować. Tęskniła za babcią, która zmarła na raka wiele lat wcześniej, mając niespełna sześćdziesiąt lat. Zmarła trzy lata przed dziadkiem Aliny. Zostawiła po sobie swoje obrazy, które znajdywały się w domu Aliny i Darii w Krakowie, a także swoje życiowe mądrości. Nawet jeśli Alina ich jeszcze nie rozumiała, gdy była dzieckiem.
Wierzyła jednak, że jej babcia jest od dawna w cudownym miejscu — gdzie nie ma bólu, tylko miłość, szczęście, harmonia i wieczny spokój, o którym sama tak bardzo marzyła. I wierzyła, że gdy się kiedyś tam spotkają, znów będą razem tworzyć.
W końcu, ocierając łzy, postanowiła już wracać, gdzie w domu, po sprzątaniu, zajęła się jeszcze trochę pisaniem. Zaczęła jednak powoli czuć coś, czego nie potrafiła nazwać, i co z kolei jej niezmiernie przeszkadzało. Było to poczucie winy? Bezsilność? Czy może po prostu chwilowy brak weny? Miała nadzieję, że tylko to trzecie. W końcu nie miała przecież powodów, by czuć się winna. Nie za to, że patrzyła prosto tam, gdzie inni nawet nie mieli odwagi zaglądać.
Gdy wieczorem jej mama wróciła, Alina przywitała się z nią ciepło, jak codziennie, starając się zapomnieć o tym, co się stało. I wydawało jej się przez chwilę, że znów wszystko jest w porządku, dopóki nie zaczęło się coś, czego nie przewidziała.
— Alina, a dlaczego nie ma chleba?
Ton głosu Darii zapowiedział nadchodzącą burzę.
Alinę to zdziwiło. Przecież pamiętała, że Teresa, przez telefon, prosiła Dominika, by kupił kilka rzeczy, w tym chleb, przed przyjściem na obiad. Zanim zdążyła odpowiedzieć mamie, wytłumaczyć się, ta wybuchła gniewem, którego za wszelką cenę chciała uniknąć.
— Przecież siedzisz do cholery cały dzień w domu, tak ciężko było iść kupić chleb?! — Daria momentalnie podniosła głos na córkę.
— Mamo, nie wiedziałam, że go nie ma. Wcześniej ciocia rozmawiała z Dominikiem przez telefon i powiedziała mu, by go kupił. Nie wiedziałam, że zapomniał!
— Nie wiedziałaś, bo siedzisz cały dzień na dupie i zajmujesz się pierdołami! Trzeba było zobaczyć, czy jest chleb i iść go kupić! A ty jesteś tak nieogarnięta, że nawet prostych rzeczy nie umiesz zrobić!
Czuła, jak jej serce pęka coraz bardziej.
— Ważne, że tobie jest wygodnie, myślisz tylko o sobie! — dodała.
Daria wyszła w końcu wściekła z kuchni, nie dając jej nawet odpowiedzieć.
Jak tylko została sama, poczuła, jak do jej oczu cisną się łzy, których nawet nie była w stanie powstrzymać. Po prostu nie miała na to siły. Miała już tego dość. Tyle lat poniżeń i niesprawiedliwych oskarżeń od osoby, która powinna ją kochać i chronić najbardziej, zaczynały ją wykańczać coraz bardziej. Czuła jednak, że nie może milczeć. Jakiś czas później, w pokoju gościnnym, w którym Daria spała, poszła do niej, siadając na łóżku. Chciała to wszystko wyjaśnić.
— Mamo, proszę cię… ja naprawdę nie wiedziałam o tym, przepraszam…
— Ty mnie nie przepraszaj, tylko obudź się w końcu! Zacznij coś robić ze sobą i swoim życiem! — przerwała jej Daria.
— Przecież robię coś każdego dnia, piszę moją pierwszą książkę, zaczynam realizować moje marzenie!
— Jasne, książkę piszesz… słyszę to już od dwóch miesięcy, a jakoś nie widzę, żebyś jakąś książkę napisała! Kiedy w końcu zrozumiesz, że ta twoja książka i to pisanie to tylko mrzonki? Jak wrócimy do Krakowa to znajdę ci normalną pracę, i tak się to skończy!
To wystarczyło, by w Alinie coś pękło nieodwracalnie. Nie wiedziała już nawet, jak się obronić, więc tylko siedziała w ciszy. Daria przeglądała coś w telefonie, nie zważając na nią. Poczuła, jak jej serce przyśpiesza, a w klatce piersiowej czuła ten znajomy, okropny uścisk. Płakała w sposób niekontrolowany, nie będąc w stanie się uspokoić.
— Denerwujesz mnie, Alina! Przestań się nakręcać! — ton Darii był pełen frustracji.
Dla Aliny było to normalne, w końcu dlaczego jej mama miałaby okazać jej współczucie? Miała je zawsze dla każdego, tylko nie dla niej.
— Przepraszam… — wyszeptała, po czym wyszła z pokoju i zamknęła się w łazience.
Przynajmniej tam mogła pozwolić sobie w końcu na wyzwolenie emocji złamanego serca.
Rozdział 8
Płakała już prawie godzinę, a z każdą minutą czuła, jak coraz ciężej jej oddychać. Od tylu lat znosiła wszystko w samotności — w cierpieniu, który rozrywał jej serce. Wiedziała, że los nigdy nie był dla niej łaskawy, ale to, co się wcześniej stało, było czymś okropnym. Jedna drobnostka, jedna niepotrzebna awantura i znów musiała znieść coś, czego tak nienawidziła. Przecież nie prosiła nigdy o wiele, jedynie o miłość i wsparcie od własnej matki w dążeniu do marzeń.
— Siedzisz cały dzień na dupie i zajmujesz się pierdołami! Jesteś tak nieogarnięta, że nawet prostych rzeczy nie umiesz zrobić! Myślisz tylko o sobie! Kiedy w końcu zrozumiesz, że ta twoja książka i to pisanie to tylko mrzonki? Denerwujesz mnie, przestań się nakręcać! — w głowie miała cały czas słowa Darii, które zraniły ją w okrutny sposób.
Ciągle zadawała sobie pytania, co takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na to wszystko. Przecież zajmowała się czymś pięknym — tworzyła coś, co mogłoby przetrwać pokolenia, zostawić ślad w sercach ludzi. A z jakiegoś powodu była traktowana, jakby się zajmowała czymś haniebnym.
Starając się w końcu uspokoić, wzięła chusteczkę i otarła łzy z twarzy, choć wiedziała, że za chwilę pojawią się następne. Postanowiła iść w końcu spać, podobnie jak reszta. Ostrożnie weszła do pokoju Mai, by jej nie obudzić, po czym położyła się w swoim łóżku. Poduszka łapała kolejne jej łzy. Zamykając oczy, wyobraziła sobie pewne miejsce. Był to piękny ogród, pełen kwiatów, zieleni, wody i słońca, gdzie nie istniało cierpienie — tylko miłość, szczęście i wieczny spokój.
Coraz bardziej pragnęła tam dotrzeć. Wiedziała, że to miejsce jest domem jej duszy, która tutaj została zraniona zbyt mocno i zbyt wcześnie. W tej chwili chciała zasnąć i obudzić się właśnie tam, uwolnić się od tego świata — od tej rodziny i od tego domu przepełnionego trucizną. Jednego była pewna: to, co dziś zrobiła i powiedziała jej mama, stało się czymś, czego nigdy nie zapomni.
Rano obudziła się, jak co dzień, sama w pokoju i w mieszkaniu. Choć jej łzy już wyschły, to jej serce dalej płakało.
— Ciągle tu jestem… — powiedziała cicho, do siebie, zawiedziona i zmęczona wszystkim.
Czuła, że nawet sen się na nią uwziął, bo nie okazał się tej nocy być tym wiecznym. Znów musiała znieść kolejny dzień samotności, w którym najbliższe osoby ciągle się jej czepiają i ją wykorzystują.
Temu dniu za oknem towarzyszył letni deszcz, który oddawał to, co czuła teraz w środku. Normalnie by ją to inspirowało, lecz od tej chwili było inaczej. Już nie pisała, nie była w stanie kontynuować. Przemoc emocjonalna ze strony mamy i kpina ze strony rodziny zgasiły w niej światło, dla którego cały czas żyła. Udało im się to, choć nigdy nie pomyślałaby, że do tego dojdzie. Przynajmniej starała się ze wszystkich sił, by do tego nie doszło. Jej siła miała swoje granice, które w końcu zostały przekroczone, zostawiając w niej żal, pustkę, poczucie winy i pragnienie odejścia na zawsze.
Postanowiła posłuchać muzyki, która zawsze była jak małe lekarstwo na jej duszę. Szczególnie gdy musiała wyzwolić emocje. Włączyła piosenkę „Nobody’s Home” od Avril Lavigne, którą tak lubiła za dziecka. W dodatku zawsze odzwierciedlała ona to, co czuła praktycznie każdego dnia.
Wsłuchując się w refren, poczuła ten znajomy ból w sercu, bo tak naprawdę dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo utożsamia się z piosenką.
Była w domu zupełnie sama, a i tak czuła, że nie ma dokąd iść. Każdy kąt mieszkania przypominał jej o tym, co się stało przez te miesiące. Jej łzy nie były ocierane, spływały po jej policzkach niczym strumyk.
Bo jej uczucia zawsze musiały być ukrywane, by miały prawo istnieć.
Marzenia zostały jej odebrane w chwili, gdy zaczęła w nie wierzyć i miała odwagę za nimi podążać. Zaczynała tracić rozum, bo to, co niegdyś dawało jej siłę i szczęście, teraz wmawiało jej, że się do tego nie nadaje. Że nie zostanie tym, kim zawsze chciała być. Jej miejsce? Czuła już, że nie jest ono na tym świecie. A jej wiara? Stracona.
W końcu, zdejmując słuchawki, poszła do łazienki, by przemyć twarz, choć już nawet zimna woda nie była w stanie przynieść jej ulgi. Pozwoliła sobie na płacz duszy, tym bardziej, że każdy mógł być jej ostatnim.
Korzystając jeszcze trochę z samotności i wolnego mieszkania, postanowiła zadzwonić do Kamili, która była ostatnim światłem w jej życiu. Nie słyszały się od zeszłego tygodnia, a Alina przez ten czas nie chciała jej zawracać głowy swoim cierpieniem. Wiedziała, że Kamila spędza ostatnie dni z rodziną w Krakowie, która była znacznie lepsza i bardziej kochająca od jej rodziny.
Kamila pochodziła z dobrego domu. Jej matka była radcą prawnym, a jej ojciec dyrektorem banku. Mogli jej zatem bez problemu zafundować zagraniczne studia, w tym te w prestiżowej akademii artystycznej, o której zawsze marzyła. Zawsze przyjmowali Alinę z otwartymi ramionami przez te wszystkie lata. Kochali ją jak drugą córkę, choć tego nigdy nie widziała, bo zawsze była uczona, że w cudzym domu jest się jedynie ciężarem.
Biorąc telefon, zadzwoniła do przyjaciółki, która odebrała niemal od razu.
— Hej kochana, jak tam? Wróciłaś już do Madrytu?
— Cześć Ali, jasne, wróciłam już wczoraj wieczorem. Mam jeszcze dwa tygodnie do rozpoczęcia ostatniego roku. Także, póki co, jakoś leci. U ciebie jak tam? Dobrze się czujesz?
— Bywało lepiej… ale nieważne.
— Kochana, nigdy nie jest „nieważne” jeśli chodzi o ciebie. Powiedz mi, co się stało, wiesz że jestem tu dla ciebie.
Nie chciała mówić o tym, co ją spotkało, bo było jej wstyd. Wstydziła się swojego życia i to przez własną matkę. To przez nią czuła się bezwartościowa i winna za wszystko. To przez nią porzuciła to, co kochała najbardziej i zrezygnowała ze swojego największego marzenia. I to przez nią żałowała, że się w ogóle urodziła. Mimo wszystko wiedziała, że nie ma już czego ukrywać, nie przed Kamilą. Postanowiła więc opowiedzieć jej o wszystkim, co się stało wczorajszego wieczoru.
— Jak widzisz… właśnie tak wygląda życie, gdy jest się mną: tą, co „nie robi nic pożytecznego” i żyje tylko swoimi „mrzonkami”… — kończyła opowiadać, uśmiechając się gorzko.
W tym uśmiechu był jedynie ból, żal i zmęczenie wszystkim.
— Boże, Ali… jak ona mogła powiedzieć ci coś takiego…
Kamila była wstrząśnięta tym, co Alina jej opowiedziała. Wiedziała, że jej przyjaciółka nie ma łatwo, ale nie przypuszczała, że przeżywa takie piekło. I to przez kobietę, która pozornie była przecież dobrą i ciepłą osobą.
— Bo taka jej natura. I taki mój los bycia jej córką — odpowiedziała niemal natychmiast, a w jej głosie była już tylko pustka i rezygnacja ze wszystkiego.
— Skarbie, nie. Nie myśl nawet, że jesteś skazana na to na zawsze. Wiesz, że tak nie jest, prawda? Wiesz, że jej słowa i frustracja nie mają nic wspólnego z twoją wartością, prawda?
Kamila starała się ją zapewnić najlepiej, jak potrafiła. Starała się znaleźć właściwe słowa, które by złagodziły ten ból, który powoli zabijał Alinę od środka.
— Mi już wszystko jedno. Ja zawsze byłam tylko łapaczem cierpień i przemocy. Jak nie od niej czy od jej facetów, to od reszty rodziny…
Przypomniała sobie na dodatek o traumie, którą zafundowali jej byli partnerzy jej mamy. Daria w przeszłości miała dwóch partnerów. Pierwszego, gdy Alina była jeszcze dzieckiem i drugiego, gdy ta była już praktycznie dorosła. Czyli do niedawna. Obaj byli toksycznymi narcyzami, którzy wykańczali psychicznie Darię. Byli niezdolni do zaakceptowania życia z kobietą tak silną i niezależną jak ona. Za każdym razem, gdy próbowała bronić mamę, żałowała tego, bo płaciła za to surową cenę. Pamiętała każdy moment cierpienia. Pamiętała, jak będąc dziewczynką, siedziała przy ścianie, zakrywając sobie uszy, by nie słyszeć tamtych awantur i wyzwisk. Pamiętała, jak będąc już nastolatką, marzyła, by być kimkolwiek innym — kimś, kto nie przeżywał czegoś takiego. I przede wszystkim pamiętała, jak bardzo znienawidziła mężczyzn przez to.
— Ali, proszę cię, posłuchaj mnie… Ja wiem, ile wycierpiałaś, i jak bardzo nadal cierpisz, naprawdę wiem. Ale kochana moja, to już nie potrwa długo. Naprawdę, ten ból kiedyś się skończy, obiecuję ci. To, co powiedziała twoja mama, to, jak cię traktuje, to, co zrobili oni, nie definiuje tego, kim jesteś.
Kamila próbowała dodać przyjaciółce skrzydeł — tych, które jej odcięli. Ale w głębi wiedziała, że będzie to teraz bardzo trudne.
— Ja jestem tylko pasożytem, całe życie nim byłam…
— Nie mów tak! Ty nie jesteś żadnym pasożytem, nigdy nim nie byłaś, nie ty… — przerwała jej natychmiastowo. — Pasożyt nie daje nic, ty dajesz aż za dużo…
Nie mogła znieść tego, jak Alina mówiła o sobie. Ta cudowna, delikatna dusza, która przecież nigdy nie zasłużyła na takie cierpienie.
Alinę również bolało to, w jakim stanie się znalazła — do czego ją doprowadzili ludzie, którzy powinni byli ją tylko kochać, chronić i wspierać. Lecz nie miała już siły, by wierzyć, że to nieprawda. Jej serce było tak poranione i zmęczone biciem w świecie, który nigdy jej nie rozumiał, że słowa Kamili nie przekonywały jej dłużej. Czuła, że już nie jest tą Aliną, którą była. Że coś w niej zgasło w sposób nieodwracalny. Bo kochać coś, a potem to stracić, jest jak zakup szczęścia łzami.
— Pamiętasz, gdy trzy lata temu, zanim wyjechałam do Madrytu, spędziłyśmy razem wakacje we Włoszech? Nasze pierwsze, wspólne wakacje… Za każdym razem, gdy wolałam do ciebie „Ali” Włosi się dziwili, bo przecież po włosku „Ali” oznaczają skrzydła… I pewnego razu, gdy tamta kobieta zapytała, dlaczego nazywam cię w ten sposób, odpowiedziałam: Bo moja przyjaciółka ma skrzydła większe niż świat. Któregoś dnia poleci daleko, bardzo daleko… i wtedy nic jej już nie powstrzyma.
Kamila wspominała najpiękniejszy czas w ich życiu: ich pierwszy zagraniczny wyjazd, tylko we dwie.
Po policzkach Aliny od razu spłynęły łzy. Tamte chwile przyniosły jej wiele szczęścia, za które była głęboko wdzięczna losowi. Wiele by dała, by do nich wrócić — kiedy jeszcze była tą niewinną, beztroską dziewczyną, która wierzyła, że osiągnie wszystko, o czym marzyła. W tej chwili wierzyła jednak, że ta dziewczyna już nie żyje. Najpierw odebrali jej skrzydła, a później marzenia — jedyne, dla których żyła.
— Jesteś aniołem, Ali, zawsze nim byłaś, nie zapominaj o tym — dodała jeszcze na koniec.
Była aniołem… a dla Aliny oznaczało to, że jej miejsce nie jest tu.
Bo anioły nie mogą żyć w piekle.
Rozdział 9
Rozpoczął się kolejny miesiąc, który dla innych zwykle był symbolem nowego początku, ale już nie dla niej. Ostatnie tygodnie zupełnie ją wyczerpały psychicznie. Kobiety, które niegdyś były jej najbliższe, teraz były tymi, które uprzykrzały jej życie na każdym kroku. Wyrzuciła do studni bez dna ten mały promyk nadziei, który jej został. Gdy próbowała rozmawiać o tym z mamą, ta ją zbywała.
— Daj mi spokój! — wspominała słowa, które słyszała od niej przez całe życie, kiedy chciała się tylko bronić przed niesprawiedliwością.
— Nie martw się mamo, już niedługo ci go dam na zawsze… — powiedziała cicho, do siebie, jakby odpowiadała jej w tych wspomnieniach.
Przez swój ból uwierzyła, że również jej mama pragnęła jej odejścia. Że jej istnienie było dla niej tylko ciężarem, więc w końcu podjęła tę drastyczną decyzję. W swojej wyobraźni, która zawsze była większa niż wszechświat, stworzyła miejsce, gdzie nie ma bólu. Przypominał jej się obraz Kamili, który ta jej pokazała, gdy poleciała do niej trzy miesiące wcześniej. Był on bardzo podobny do tego, co widziała właśnie tam, gdy zamykała oczy. Wyobrażała sobie tę dziewczynę z obrazka jako siebie, siedzącą w tym pięknym ogrodzie. Wolną od cierpienia, od ran i od presji. Czuła, że jej dusza zawsze tam należała, że tam był jej prawdziwy dom. I jedyne czego chciała, to trafić właśnie do tego miejsca.
Był już późny, chłodniejszy wieczór, wszyscy w mieszkaniu spali głęboko. Siedziała w salonie, z zamkniętymi drzwiami. Ten wieczór był dla niej idealną okazją, by odejść w ciszy i w samotności. Wspominała jeszcze wszystko, co ją skrzywdziło w tym życiu, i była tego cała seria. Od przemocy emocjonalnej i awantur w domu, po kpinę i pogardę ze strony innych. W głębi ciągle się zastanawiała, dlaczego ją to spotkało. Niegdyś miała wielkie marzenia i cele, a teraz nie miała już nic. Nic, oprócz zgaszonej duszy i pragnienia powrotu do domu — jak każdy anioł, który został tu zesłany przez pomyłkę.
Nagle poczuła, że jej telefon zaczął wibrować. Spojrzała na ekran i widniało na nim imię osoby, którą kochała najmocniej na tym świecie. Kamila zadzwoniła do niej w idealnym momencie, jakby przeczuwała, że jej przyjaciółka ma zamiar zrobić coś nieodwracalnego. Powoli odebrała telefon, wierząc, że to ich ostatnia rozmowa.
— Ali, skarbie, nie śpisz jeszcze, prawda? Widziałam, że byłaś aktywna przed chwilą. Martwię się o ciebie od zeszłego tygodnia, jak się czujesz? Wszystko w porządku? — Kamila była zmartwiona, choć nieświadoma jeszcze wszystkiego.
Alina uśmiechnęła się smutno, przez łzy, które już się nie wylewały, przez co jej oczy przypominały istne diamenty.
— W porządku. Oczywiście, że w porządku… nigdy nie było tak w porządku.
— Ali… co masz na myśli?
— Nic takiego, Kami. Po prostu się cieszę, że już niedługo przestanę cierpieć — powiedziała to ze spokojem w głosie, jakiego nie miała nigdy.
Kamila zaczęła się niepokoić. Miała złe przeczucia, w końcu znała swoją przyjaciółkę jak własną kieszeń. Alina nigdy nie mówiła w ten sposób, a ta ulga w jej głosie — brak zwierzeń, brak łez, brak wewnętrznego wołania o pomoc, był tak naprawdę najgorszym sygnałem z możliwych.
— Skarbie, tak. Przestaniesz cierpieć, obiecuję ci to. Obiecuję, że to cierpienie się skończy… Ale proszę cię, nie rób tego, o czym myślę, nie rób nic głupiego! Proszę, powiedz mi, co się dzieje?
Kamila starała się zapewnić i uspokoić Alinę, choć w tym momencie sama nie była spokojna, słysząc przyjaciółkę.
— Nic się nie dzieje, kochana, nie martw się. Ja tylko… chciałam ci podziękować. Za wszystko. Za każdą chwilę, kiedy byłaś przy mnie, kiedy świat się odwracał. Za każde ciepło, jakim mnie obdarzyłaś. Za każde wsparcie, które mi dałaś. Dałaś mi miłość i zrozumienie, jakiej nie dała mi moja własna matka…
Przy ostatnim zdaniu stanęły jej nowe łzy w oczach, a przecież miało ich już nie być.
— Kochanie, proszę… nie mów tak, nie musisz mi za nic dziękować, nie w ten sposób…
— Byłaś najpiękniejszym światłem, jakie miałam w tym życiu. Osobą, którą kochałam najbardziej… — jej dłoń zaczęła lekko drżeć.
— Ali, nie! Nie żegnaj się ze mną w ten sposób, nie chcę tego, nie godzę się na to.
— Żadna z nas tego nie chciała, kochana przyjaciółko. Wybacz mi, że nie byłam w stanie być silna, tak jak ci obiecałam — mówiła dalej, kręcąc lekko głową, z głosem łamiącym się od emocji. — Wybacz mi, że przegrałam, choć z całych sił próbowałam wygrać…
— Nie, nie mów tak! Ty nie przegrałaś, ty jeszcze wygrasz, wygrasz ze wszystkimi i wszystkim, co cię skrzywdziło! — przerwała jej Kamila, na granicy płaczu, próbując z całych sił trzymać przyjaciółkę, która już była na krawędzi.
— Też w to wierzyłam, do niedawna… Ale się myliłam. Myliłam się od samego początku.
— Nie, nieprawda! Ty się nie myliłaś, Ali, nie ty… — Kamila nie hamowała już łez i strachu przed tym, co miało nadejść.
— Przepraszam cię, kochana moja, ale ten świat nigdy nie był moim miejscem. Choć jestem mu wdzięczna, że dał mi ciebie.
Zaczęła wspominać chwile spędzone z Kamilą przez te wszystkie lata. Moment ich pierwszego spotkania na placu zabaw, gdy miały zaledwie osiem lat. Wspólne zabawy w dzieciństwie. Wzajemne zwierzenia, kiedy świat ich nie rozumiał. Pierwsze wakacje. Ich rozłąka. Dnie spędzone w Madrycie. Obietnice…
Były one wszystkim, co chowała w sercu jak cenne skarby. To Kamila pokazała jej, czym jest prawdziwe szczęście i przyjaźń bezwarunkowa. To ona zawsze pomagała jej latać, gdy jej skrzydła nie miały już siły. Ale ona tych skrzydeł już nie miała — odebrali jej je, a przynajmniej tak wierzyła.
— Ali, błagam cię, nie możesz tego zrobić. Nie możesz odejść. Nie możesz mnie zostawić! Pamiętasz, jak wspólnie obiecałyśmy sobie, że będziemy przy sobie nawzajem w dniach naszych sukcesów? Jak planowałyśmy naszą cudowną codzienność tu, w Madrycie, gdy już się tu przeprowadzisz? Nie możemy tego stracić. Ja nie mogę tego stracić. Ty nie możesz tego stracić!
— Pamiętasz, jak zawsze mi mówiłaś, że jestem aniołem? Nigdy ci nie wierzyłam, ale dziś zrozumiałam, że anioły pragną tylko jednej rzeczy: powrotu do domu. Dlatego wrócę do domu. Wybacz mi, Kami, ale tak musi być…
— Nie, Ali! Ty wrócisz do domu, który stworzysz tutaj! Ty nie możesz odejść, to ból ma odejść, nie ty!
Do Aliny jednak nic nie docierało, ból zawładnął jej duszą całkowicie i zaczął mówić jej głosem. A ona nie miała nawet siły, by go uciszyć. Jedyne, czego chciała, to przestać cierpieć na zawsze. Lecz wierzyła, że na tym świecie nie będzie to już możliwe.
— Ból zawsze był mną, Kami. Nigdy nie mogłam się od niego uwolnić, mimo iż całe życie próbowałam. Ale wiedz, że będę na ciebie patrzeć z góry i zawsze będę z ciebie dumna. Z każdego sukcesu, który odniesiesz… ten, który mi nie był pisany. Straciłam wszystko. Więcej już nie stracę… żegnaj przyjaciółko. Kocham cię.
Po tych ostatnich słowach rozłączyła się, mimo desperackich próśb Kamili, na które już nie zważała.
Powoli opuściła dłoń, w której trzymała telefon. Spadł on na miękki dywan jak wyrok. Zaczęła iść powoli w stronę balkonu. W jej spojrzeniu nie było już żadnego blasku — wszystko zgasło, i nie widziała już nic poza ciemnością. Wychodząc na balkon momentalnie poczuła jak chłód nocnego wiatru otula ją. Jakby sam ją wzywał do siebie, przyjął z otwartymi ramionami. Spojrzała na księżyc, którego pełnia rozświetlała tę ciemną noc.
Trzymając się balustrady, powoli przeszła na jej zewnętrzną stronę. Nie przestawała patrzeć w niebo i gwiazdy, których było setki, a ona miała zaraz stać się jedną z nich. W końcu zawsze do nich należała, one zawsze były jej prawdziwym domem. Tak sobie wmawiała, zaciskając ręce na balustradzie, która w tej chwili była barierą życia i śmierci.
Zamknęła oczy, ale nagle przypomniała sobie o czymś, i pewne małe światło zapaliło się w tej całej ciemności. Było to zdanie, które przeczytała kilka miesięcy wcześniej, i które powróciło teraz z podwójną siłą: „Nie po to dostałaś duszę pełną historii, żeby ktoś inny dokończył za ciebie twoją własną.”.
W tym momencie zrozumiała nareszcie, co ono oznacza. Jej historia należała do niej, i tylko ona miała prawo ją dokończyć. Tylko ona musiała powrócić na drogę, z której ją zepchnęli, ale która była dla niej jedyną nadzieją. Bo jeśli by ją przerwała, nie dowiedziałaby się nigdy, dlaczego miała przez nią przejść. I wtedy przypomniała sobie najważniejszy powód, by znów na nią wejść: jej marzenia. Pisarstwo, które porzuciła jakiś czas temu, bo cierpienie zagłuszyło jej miłość do tworzenia.
Po chwili wróciło jeszcze inne wspomnienie. Były to słowa Kamili, które otuliły ją w idealnej chwili.
— Jeśli się poddasz, to ci, którzy cię skrzywdzili, wygrają. Zamienią najpiękniejszą i najwrażliwszą duszę, jaką znam w cień ich ograniczeń. Nie daj im tego zwycięstwa, kochana, nie daj im siebie! — powiedziała jej pewnego wieczoru, gdy Alina była u niej w Madrycie.
Mogli złamać jej serce, mogli uciąć jej skrzydła, ale nie mogli wygrać. Na to nie mogła im pozwolić. Nie mogła pozwolić, by to oni napisali za nią koniec jej historii. Mogła to zrobić jedynie ona. W końcu weszła z powrotem na wewnętrzną część balustrady, wracając bezpiecznie na balkon. Spojrzała jednak jeszcze raz w niebo, rozumiejąc, że jeśli jest ono jej domem, poczeka na nią. Nie rezygnowała z niego, po prostu chciała zmienić czas i przestrzeń, w którym do niego wróci — wtedy, gdy jej historia naprawdę dobiegnie końca.
Wróciła do środka, zamykając za sobą definitywnie drzwi balkonu. Gdy weszła do salonu, jej uwagę przykuł telefon leżący na dywanie. Podniosła go i zobaczyła kilkanaście nieodebranych połączeń od Kamili, w tym ostatnie sprzed minuty. Zadzwoniła do niej, czuła się winna za to, jak Kamila musiała się w tej chwili przez nią czuć. W końcu, gdy przed chwilą rozmawiały, to ona płakała zamiast niej.
— Wybrałam życie — powiedziała od razu jak Kamila odebrała telefon, zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Kamilę zamurowało, słysząc te dwa słowa, które nosiły ze sobą największą wagę ich świata. Przez kilka sekund Alina słyszała tylko jej drżący oddech i to chwilowe napięcie, które jednak szybko się roztopiło, jak lód przy ogniu.
— Co powiedziałaś?
— Miałaś rację… nie mogę dać im siebie. Nie mogę dać im zwycięstwa, które powinno być moje. A moja historia… ona musi zostać napisana i dokończona przeze mnie. Dzisiaj i na zawsze — uśmiechnęła się lekko przez łzy, pierwszy raz od dawna, szczerze.
Kamila odetchnęła głośno z ulgą, płacząc i ciesząc się jednocześnie.
— Nie rób mi tak nigdy więcej! — powiedziała drżącym głosem, choć już spokojna. — Skarbie, nawet nie wiesz, jak bardzo jestem z ciebie dumna. I jak bardzo, jak cholernie mocno się o ciebie bałam…
— Już wszystko dobrze, Kami… Już w porządku…
— Myślałam, że cię straciłam, a ty mi tu mówisz, że wybrałaś życie… Moje serce nie wytrzymuje takich zwrotów akcji! Przysięgam, że jak cię dorwę w Madrycie, to cię wyściskam tak mocno, że ci wszystkie żebra zatrzeszczą! — Kamila zaśmiała się lekko, a Alina razem z nią.
— Przepraszam. Za wszystko…
— Nie przepraszaj, Ali, nie masz za co. To twoja pierwsza prawdziwa wolność, wiesz? Wybrałaś siebie. I to jest początek wszystkiego.
— Tylko błagam… następnym razem jak zamierzasz nauczyć mnie pokory wobec życia, zrób to mniej spektakularnie — dodała jeszcze po chwili, półżartem, chcąc rozładować resztę emocji.
Alina uśmiechnęła się szeroko, przypominając sobie nareszcie, jak smakuje ciepło, gdy pamiętała jedynie chłód.
— Dziękuję ci. Za wszystko, to też dzięki tobie, wybrałam siebie, i swoją drogę, z której już mnie nie odciągną.
— Jestem tu dla ciebie. I zawsze będę. Nigdy o tym nie zapominaj.
Tej nocy poszła spać z nowym ogniem w środku, który tym razem nie został już tak łatwo ugaszony. Obiecała sobie, że od tej pory będzie kontynuować to, czego jeszcze nie skończyła: swoją książkę. I choć wiedziała, że nie będzie łatwo, to nie zamierzała się już poddać rozpaczy. Nie zamierzała dać im żadnego zwycięstwa.
Bo ta noc była przełomowa w jej życiu. Nie była już ofiarą, tylko źródłem światła.
Rozdział 10
Następnego dnia obudziła się z tym ciepłem determinacji, który wróżył tylko jedno: nie zamierzała się już zatrzymać. Zamierzała kontynuować drogę, na której ostatnio skończyła, ale którą przerwała na jakiś czas. Uświadomiła sobie, że jej marzenia nie zniknęły — czekały tylko, aż znów po nie sięgnie. I ten dzień właśnie nadszedł. Po wyszykowaniu się, zaczęła pisać dalej swoją książkę. Dopiero w tym momencie zrozumiała, jak bardzo jej tego brakowało. Wczorajszy wieczór nie tylko zmienił jej życie, ale dodał także mnóstwo nowych pomysłów. Mogła je teraz przelać na kartkę, jak zawsze kochała robić.
— Jaka ja byłam głupia… — powiedziała w myślach, do samej siebie.
Czuła się okropnie z tym, że przez te ostatnie tygodnie naprawdę porzuciła swoją pasję. Że pozwoliła, by frustracje i ograniczenia innych decydowały za nią. Przecież to nigdy nie powinno się wydarzyć. Literatura była jej oddechem, jej duszą, jej miejscem, jej największym talentem. Jak mogła zrezygnować z tego? Nie chciała sobie jednak zawracać głowy poczuciem winy czy wspomnieniami, których wolała już nie pamiętać. Nie mogła tracić dłużej czasu na to. Nie teraz, gdy tworzyła coś tak wielkiego.
Nie brakowało jej wiele do końca — zaledwie sześć rozdziałów łącznie z epilogiem. Wiedziała, że skończy je już niebawem. Nie mogła doczekać się momentu wydania swojej pierwszej książki. Planowała ją wydać niezależnie, zamiast tracić czas długim czekaniem na odpowiedzi od wydawnictw. Zresztą zawsze uważała, że autor sam ma prawo do kontroli nad własną książką i to jemu należy się większość zarobku, nie na odwrót.
Po południu, gdy cała rodzina była już w domu, pierwszy raz nie czuła się nikim. Już nie czuła się niewidzialna ani gorsza od „pani sekretarki”, która jak zwykle była w centrum uwagi. Ale wiedziała dobrze, że Maja nie jest zdolna do skromności i nie patrzenia na innych z góry. W głębi nawet jej trochę współczuła, że ta nie ma tak płomiennej duszy jak ona. Że musi sztucznie dowartościowywać się tytułem i tabelką płac. I choć niegdyś żyła w jej cieniu, żałując, że nie jest nią, to teraz cieszyła się, że nie jest do niej ani trochę podobna.
— Alino, ty też mogłaś zrobić studia, tak jak Maja, ale nie chciałaś. A coś takiego byłoby dla ciebie najlepsze — zaczęła nagle Teresa, kierując się do niej.
Alina momentalnie poczuła coś, czego nie znosiła. Nie był to żal, wstyd czy poczucie niższości, tylko frustracja. Frustracja, która wręcz wyrywała się z objęć jej spokoju. Nie miała zamiaru jednak przytaknąć, spuścić wzrok, czy tym bardziej milczeć. Już nie.
— Pozwól może, że to ja zdecyduję, co jest dla mnie najlepsze, kochana ciociu — odpowiedziała jej w sposób subtelny i pewny siebie, który zdziwił nawet i ją.
Zapewne nikt się nie spodziewał jej reakcji i odpowiedzi. W końcu zupełnie nie pasowała do tej cichej dziewczynki ze spuszczonym wzrokiem, którą zawsze była. Lecz Alina wiedziała, że tamta wersja jej się skończyła. Już nie miała zamiaru pozwolić, by pewne cienie, szczególnie te od nich, przyciemniły jej światło.
— No tak, oczywiście… nie mówię ci, że nie…
Teresa starała się wyjść na prosto, lecz ewidentne było, że nie wiedziała zbytnio, co powiedzieć.
— Mówisz, że nie chciałam iść na studia, i masz rację. Nie chciałam. Nie chciałam i nigdy nie będę chciała. Bo nie jestem stworzona do urzędniczego życia i zamknięciu się w systemie. Ja nie mierzę świata dokumentami, tylko sercem, pasją i talentem — wyznała, a jej serce aż płonęło. — Ale cóż, rozumiem, że żyjemy w świecie, gdzie sukces człowieka oznacza posiadanie papierka i posady. W końcu społeczeństwo od dawna nagradza schematy, a nie wyjątkowość. Bo po co żyć z czegoś, co „nie jest pewne”?
Zaakcentowała ostatnie słowa, spoglądając na Maję, pamiętając dzień, w którym ona jej je powiedziała. Ta z kolei momentalnie spojrzała zakłopotana, a Alina przez chwilę nie widziała u niej tej arogancji i wyniosłości. W tej chwili musiała przyznać, że dało jej to satysfakcję — pierwszy raz uciszyć zamiast być uciszaną. W końcu wczorajszego wieczoru złożyła sobie obietnicę, że już nikt nie zamknie jej w klatce milczenia i uległości.
— Ej, Alina, co jest? Wszystko w porządku? — zapytał Dominik, który wyraźnie nie poznawał kuzynki.
Uśmiechnęła się subtelnie, a w swoich jasnobłękitnych oczach miała spokój większy od pobliskiego jeziora. Nie zamierzała się tłumaczyć, bo wiedziała, że nie musi nikomu.
— Oczywiście, że tak. Po prostu — wzruszyła ramionami. — w związku z tym, że rozmawialiśmy o sukcesie w życiu, postanowiłam wyrazić jedynie, jak ja go mierzę, i nie mierzę go linijką.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytała Maja, nie rozumiejąc, do czego Alina zmierza.
Alina wiedziała, że jej kuzynka zawsze miała zarozumiałość i ślepotę większą niż inteligencję. Kątem oka mogła zobaczyć, jak Daria łapie się lekko za czoło — opuściła głowę z zamkniętymi oczami, jakby błagała niebo o zabranie tej sceny. Nie zważała jednak na matkę, bo tak naprawdę była ona w tamtym momencie ostatnią rzeczą, na której powinna się skupiać.
— Powiedzmy, że zamiast tak zwanej „stabilności” i życia w rytmie tabelki płac… Ja wolę coś, co zostanie zapamiętane na pokolenia, a nie tylko do końca dnia, dopóki komputer jest włączony.
W końcu opuściła salon, zostawiając go w płomieniach swojej prawdy, które wręcz dusiły ograniczone umysły i ich utarte ścieżki. Wróciła do pokoju, nie przejmując się minimalnie tym, co mogli pomyśleć. Wiedziała, że to ich problem, nie jej. Nie zrobiła nic złego, z wyjątkiem pokazania im, że jej umysł zawsze był otwarty, w przeciwieństwie do nich. Siedziała przy biurku, pisząc dalej, dopóki do pokoju nie weszła jej mama.
— Alina, co to miało znaczyć? — w głosie Darii było odczuwalne napięcie, które znała aż za dobrze, bo w końcu mierzyła się z nim od dzieciństwa.
Wstała i odwróciła się subtelnie z lekkim uśmiechem. Nie zamierzała się usprawiedliwiać, ani tym bardziej czuć się winna. Miała już tego dosyć.
— Co takiego?
— Dlaczego tak powiedziałaś?
— Bo tak.
Jej ton miał nutę subtelnej prowokacji, w połączeniu z odwagą w oczach, której dotąd w niej nie było.
— Alina! Nie możesz tak się odzywać! Co oni sobie teraz pomyślą…
Widok matki, obawiającej się opinii tamtych ludzi i uwłaczanie w ten sposób własnej godności, wywoływał u Aliny mieszankę frustracji, politowania i zażenowania. To wieczne chodzenie na palcach było dla niej tak żałosne, że aż nie chciało jej się o tym myśleć, bo zdenerwowałoby ją to tylko bardziej.
— Wiesz, gdzie mam to, co oni sobie pomyślą. Co do cholery ma mnie obchodzić to, co ludzie tak ograniczeni i puści jak oni, sobie pomyślą? A ty naprawdę upadłaś tak nisko, że się zachowujesz jakbyśmy żyły w obozie koncentracyjnym?
— Jak ty się do mnie odzywasz? Jesteśmy u cioci w domu i mamy się zachowywać. Nie możesz być taka bezczelna!
— Naprawdę? Nazywasz mnie bezczelną, podczas gdy mieszkamy u ciotki, która o bezczelności mogłaby wykładać na uniwersytecie? Proszę wybaczyć, że odpowiedziałam babie, która codziennie kogoś manipuluje i tylko się nim wyręcza, a sama niczego nie osiągnęła w życiu!
Taka była prawda, Teresa całe życie polegała tylko na innych. Wiele lat temu, po przyjeździe do Warszawy, wyszła za starszego od niej o jedenaście lat milionera, ojca Mai. Zmarł on gdy ta miała zaledwie roczek, zostawiając Teresie mieszkanie oraz dużą fortunę. Wydała ją w dużej mierze na własne przyjemności. Zaczęła pracować jako sprzątaczka w domu innej bogatej kobiety dopiero wtedy, gdy pieniądze zaczęły się kończyć. I to ją frustrowało. Zawsze była pustą materialistką i kobietą wykorzystującą innych, która sama palcem by nie ruszyła, by dorobić się czegoś własnego. I gdy Alina zastanawiała się nad tym, rozumiała doskonale, dlaczego Maja również się taka stała. W końcu niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Daria za nic się nie spodziewała takich słów i postawy córki, choć w głębi nie mogła absolutnie zaprzeczyć temu, co powiedziała. Jednak dla niej obawy i ograniczenia były silniejsze od godności i rozsądku.
— Jak ty się zachowujesz? Tego cię uczyłam przez te wszystkie lata?
— Nie nauczyłaś mnie niczego oprócz przetrwania! Zawsze liczyło się dla ciebie jedynie to, bym była idealną córką według twoich schematów, marionetką w twoich rękach! Nigdy nie pozwalałaś mi mieć własnych uczuć, ani cierpieć, bo przecież „ja nie znam życia” i „denerwuję cię” gdy płaczę!
— Nieprawda!
— Właśnie, że prawda! Zapomniałaś już, co mi zrobiłaś kilka miesięcy temu? Wbiłaś mi nóż w serce, kiedy cię najbardziej potrzebowałam! Odcięłaś mi skrzydła, kiedy ja nareszcie miałam odwagę ich użyć! Mówiłaś bezdusznie, że cię denerwuję, kiedy płakałam i potrzebowałam tylko ciepła i wsparcia! Próbowałaś mi odebrać moje marzenia tylko dlatego, że nie pasują one do twojego systemu, i przez chwilę ci się to udało! Przez chwilę, bo teraz wróciłam do nich i tym razem, nikt mi ich już nie odbierze, a już na pewno nie jakaś banda nieudaczników bez duszy i bez pasji!
Wyrzuciła z siebie emocje, które żyły w niej zbyt długo. Złamała w końcu milczenie, które powinna była złamać już dawno temu.
Daria być może pierwszy raz w życiu nie wiedziała, co powiedzieć. Słowa Aliny uderzyły w czuły punkt i niestety zabolały. Zabolały, bo powiedziała okrutną prawdę, a prawda boli najbardziej. Daria nie była jednak osobą, która się łatwo przyznaje do błędów, i Alina wiedziała o tym doskonale. Nie oczekiwała tego jednak od niej — tylko świadomości tego, że ją skrzywdziła. I właśnie dała jej tę świadomość, bo Daria na moment spuściła wzrok, wzdychając.
— Nigdy nie chciałam cię zranić…
— Ale to zrobiłaś, i to wiele razy. Zrobiłaś to, nie przejmując się tym, że ja też mam uczucia. Że też cierpię, o wiele bardziej niż ty. Ale nie mam zamiaru usłyszeć zaraz od ciebie, jak zwykle, że „się nakręcam” czy wyolbrzymiam, więc jeśli pozwolisz, wrócę do dalszego pisania. Bo na twoje nieszczęście, moja książka powstanie! Dokończę ją i wydam już niebawem. Zostanę pisarką, bez względu na wszystko. I nikt mi już nie wmówi, że to mrzonki, rozumiesz? Nikt!
Była stanowcza jak nigdy dotąd, po czym wróciła do biurka. Odwrócona do matki, pozwoliła sobie na łzy, bo wiedziała, że w jej oczach to wyolbrzymianie. Gdy Daria wyszła w końcu z pokoju, założyła słuchawki i postanowiła posłuchać muzyki, by się uspokoić i ewentualnie wypłakać. Włączyła pierwszą piosenkę z playlisty lat 2000, którą była „Numb” od Linkin Park. Choć nie przepadała za rockiem ani tym zespołem, to ta piosenka wbijała się jej prosto w serce. Już od pierwszych słów poczuła, jak bardzo się utożsamia z tekstem.
Całe życie musiała żyć pod presją matki, która oczekiwała od niej niemożliwego. Była tym zmęczona jak niczym innym. Mimo iż chciała wierzyć, że pewnego dnia się w końcu zmieni, to tak naprawdę już dawno straciła tę wiarę.
Łzy spływały jej po policzkach, bo czegokolwiek nie robiła, jej mama i tak ją wytykała palcami. Była tym już wyczerpana. To wyczerpanie nie tylko oddalało ją od matki, ale i dawało jej nową świadomość. Ta świadomość mówiła jej, że nigdy nie chciała być jak ona, tylko sobą.
Przed chwilą właśnie sprawiła, że Daria zmierzyła się z prawdą i utratą kontroli nad nią w ostateczny sposób. Dla Aliny nie było to jednak momentem rewanżu, ale tym, w którym zrzuciła z barków ciężar, który dźwigała zbyt długo. Nie miała wyrzutów sumienia, już nie. Bo wiedziała, że zrobiła coś, co powinna była zrobić dawno temu. Wybrała swoją drogę. Wybrała bycie sobą. Wybrała wolność od presji i oczekiwań, przez które tylko umierała w środku. Nie wiedziała, czy jej relacja z matką się jeszcze kiedykolwiek poprawi, i czy będzie w stanie jej wybaczyć, ale nie chciała zastanawiać się dłużej nad tym.
Jej priorytetem i jedynym światłem w ciemności była teraz kariera pisarska, która miała się dopiero zacząć. Bo nie urodziła się, by spełniać cudze oczekiwania. Urodziła się, by tworzyć.
Rozdział 11
Siedziała przy stole, popijając herbatę i pisząc dalej, lecz nie mogła dobrze się skupić. Nadal myślała o wczorajszym dniu — o tym, jak nareszcie obroniła siebie i swoje marzenia, a także jak wygarnęła matce cały ból zadany przez tyle lat. Nie wytrzymała już dłużej, miała serdecznie dość milczenia wobec tej niesprawiedliwości, i czuła, że dobrze zrobiła. Nie wiedziała, czy Daria wzięła sobie jej słowa do serca, ale tak właściwie nawet na to nie liczyła. Zrozumiała już dawno temu, że dla jej mamy ważniejsza jest duma niż uczucia córki.
Fizycznie i materialnie niczego jej nigdy nie brakowało. Daria zapewniła jej to, co najlepsze. Lecz Alina nie chciała rzeczy materialnych — chciała ciepła, miłości i emocjonalnej obecności matki. A tego często nie dostała, zwłaszcza gdy potrzebowała tego najbardziej. Dorosła z przekonaniem, że to ona była największym problemem. Że to ona była winna wszystkiemu, nawet swoim krzywdom. Nauczyła się płakać w samotności. Z dala od oczu matki, która umniejszała to, co czuła, jakby było to czymś, co nie miało znaczenia lub nie istniało.
Nagle otrzymała powiadomienie na telefonie, była to wiadomość od Darii.
— Cześć, Alinko, przyjedź do mnie na 17. Chcę z tobą porozmawiać.
Z jakiegoś powodu, intuicja mówiła jej, że powinna zgodzić się na tę prośbę. Że nie będzie to kolejna rozmowa, która tylko odciśnie się na niej psychicznie.
— Dobrze, do później. — odpisała tylko i wysłała, godząc się ostatecznie.
Nie wiedziała, czy dobrze zrobiła, ale w głębi czuła, że nie miała innego wyjścia. Nie była tchórzem, a szczera rozmowa z mamą mogła dać jej więcej, niż by przypuszczała. Dlatego te następne kilka godzin spędziła w niepewności i wyczekiwaniu na to, co miało nadejść.
Po południu wyszła z mieszkania, ubierając swój ulubiony, jesienny płaszcz. Był wrzesień, ale w Warszawie temperatura stawała się coraz chłodniejsza. Połączenie komunikacyjne z tej dzielnicy do centrum miasta nie było jednak najlepsze. Nie miała zamiaru jechać z trzema przesiadkami, więc postanowiła skorzystać z taksówki.
Stojąc przed budynkiem kancelarii. czekała na mamę. Przypominała sobie momenty, gdy przyjeżdżała w ten sposób do niej w Krakowie, będąc jeszcze dzieckiem. Zawsze mówiła, że chciała jej zrobić niespodziankę, ale tak naprawdę chciała być już dorosła — pokazać jej, że umie poradzić sobie sama. Że nie jest „nieudolna”, jak ta ją czasami nazywała.