Parę słów od autorki
„Aniela” czyli drugi tom serii Brzydka Miłość, to jedna z tych powieści, które powstają przez lata. Muszą dojrzeć niczym stare wino, aby później można było „otworzyć” je przed Czytelnikami. Pierwotnym tytułem książki był tytuł „Chora na brak miłości”. Kiedy pisałam ten romans historyczny osadzony w XIX wieku, jeszcze nie wiedziałam, że zasili on serię Brzydka Miłość. Bo kto by się lata temu spodziewał, że powstanie taka seria?! Na pewno nie ja!
Czym się tym razem inspirowałam? Zaskoczę zapewne faktem, że zainspirowała mnie trochę powieść „Tajemniczy Ogród” autorstwa Frances Hodgson Burnett (wydana po raz pierwszy w 1911 roku), która to jest powieścią dla dzieci. Co łączy „Anielę” z tą powieścią? Jest kilka wątków, między innymi historia chorego dziecka, które nigdy nie opuszczało swojej sypialni. Dziecka pogrążonego w rozpaczy, czekającego na śmierć, niekochanego. Jest i historia przemiany, przyjaźń i obecność sił nadprzyrodzonych, których można się tutaj dopatrzeć w obecności duchownego, księdza Michała — spowiednika Anieli.
Tymczasem przyszedł czas na to, aby oddać w Twoje ręce Czytelniczko lub Czytelniku tę następną książkę o miłości dla dorosłych.
Właściwie dlaczego „Aniela”?
Bo to imię mojej zmarłej wiele lat temu Babci. I to jej pamięci dedykuję tę książkę. Mam nadzieję, że gdyby mogła przeczytać tę powieść, spodobałaby się jej.
A Tobie droga Czytelniczko lub Czytelniku życzę przeżycia intrygującej historii miłosnej, której możesz doświadczyć, czytając mój romans historyczny osadzony w XIX wieku. Poznaj historię Anieli i Alberta.
Lecz czy dwa tak przeciwstawne charaktery mogą stworzyć harmonijną jedność?
Przekonaj się!
Życzę przyjemnego czytania
Ewelina C. Lisowska :)
1. W życiu, którego nie chciała
W samotności zapadała się w sobie, jakby w odmęty piekielnych czeluści. Gdy zdawało jej się, że oto sięga dna przepaści, odkrywała za każdym razem, że można upaść jeszcze niżej. Jakby dno posiadało jeszcze inne stopnie, poniżej swojego widzialnego poziomu. Samotna, opuszczona, owinięta szczelnym kokonem luksusu, który miał za zadanie tylko tłamsić ją i trzymać w surowych granicach beznadziei. Była otoczona ciemnością.
Tego dnia także nie widziała w swoim sercu światła. Przed nią stała tylko przepaść, w którą zdaje się, zapadała się poza czasem, w nieskończoność. Leżała skulona w swoim dużym, pustym łóżku, ogarnięta chłodem, skryta całkiem pod kołdrą. Chciała zapaść się w sobie i odejść raz na zawsze. Opuścić obolałe, niesprawne ciało i wzlecieć duszą ku Bogu. I gdyby nie trzask otwieranych z impetem drzwi, jej dusza z rozpaczy zapewne wyszłaby z ciała, które tak niewiele dawało jej przyjemności, a tak wiele nieposkromionego bólu samotności.
Na dźwięk odgłosów, drgnęła i znieruchomiała, a nawet wstrzymała oddech. Usłyszała, że ktoś zamknął drzwi do jej pokoju. Ktoś był w środku. Później czyjeś kroki zbliżyły się w jej stronę. To nie był jeden człowiek, na pewno nie. W dodatku obok znajomego dźwięku chodu stóp ojca, usłyszała także i inne kroki. Ku jej uszom dotarł głos ojca:
— Córko, odsłoń swoją twarz. Ktoś przyszedł cię poznać.
Wstrzymała oddech na dobrą chwilę. Któż chciałby mnie poznać? Mnie? Taką chorą? Marną? Konającą? Powoli, pod osłoną kołdry zakrywającej wielkie łoże, w którym sypiała, podniosła się do pozycji siedzącej. Następnie ostrożnie ujęła rąbki wytwornej pościeli, którą była nakryta, i powoli wyjrzała zza bezpiecznej barykady.
Najpierw ujrzała ojca — stał tuż obok niej, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wydał jej się poważny, jak w urzędzie, nie jak to zwykle bywało na powitanie, odrobinę bardziej serdeczny niż rozczarowany. Następnie popatrzyła przed siebie, aby dostrzec niziutkiego grubaska o bardzo nieprzyjemnej, szpetnej fizjonomii. Człowiek wiekiem dorównujący ojcu, przystanął obok niego, po czym przez długi czas przyglądał się jej przez pryzmat kolistych binokli. Krzywił się przy tym, jakby patrzył na coś bardzo nieładnego. Czyż jestem aż tak brzydka? — przestraszyła się, a gdy tato Kazimierz powiedział:
— I jak pan widzisz moją córkę, panie Karnicki?
Aniela poczuła, jak serce skacze jej do przełyku.
— Znośna, panie Dembiński — burknął — choć nie jest to cudnej krasy stworzenie.
Papa uniósł wysoko głowę i odpowiedział:
— Wszak nie oto chodzi.
— Święta racja, panie Dembiński!
Grubasek rozejrzał się po wnętrzu w poszukiwaniu stolika, a gdy znalazł go tuż pod oknem zasłoniętym grubą kotarą, niezwłocznie położył na nim dwa pergaminy. Ojciec dołączył do niego. Potem coś obydwaj podpisali. Na końcu to ona musiała złożyć podpis i zrobiła to — ślepo ufając ojcu — ku zadowoleniu obydwu panów. Klamka zapadła. Podali sobie ręce, po czym opuścili pokój.
Boże, co to miało znaczyć?
Tata wrócił chwilę później, tym razem towarzyszył mu jakiś młodzieniec. Na widok ładnego chłopaczka, dwudziestoletnia panienka poczuła się tak skrępowana, że zakryła się na powrót kołdrą i skuliła się w kłębek. Nie chciała, żeby jakikolwiek ładny chłopiec patrzył na nią, gdy była… żeby w ogóle na nią patrzył!
— Córuchna — usłyszała tuż nad swoją głową — pokażże się swojemu narzeczonemu.
Wtedy dopiero dotarło do niej to, co stało się zaledwie kilka minut temu. Aniela Dembińska właśnie została obiecana na mocy umowy o wzajemnym zysku, jakiemuś młodemu Karnickiemu!
— Anielo — zabrzmiał groźnie głos ojca. — Pokażże twarz panu Karnickiemu!
Ten grom w jego głosie zawsze zmuszał ją do działania. Bała się, że straci tę resztkę miłości, którą jeszcze w sobie nosił cierpliwy opiekun. Ukazała więc grzecznie bladą buźkę z podkrążonymi płaczem oczyma, i wystawiła ją na pośmiewisko temu paniczykowi, który został jej zapisany niczym spadek za życia.
Jasnowłosy, szczupły chłopaczek, skrzywił swoje dostojne brwi oraz czoło. Skinął głową dla grzeczności, po czym, rozczarowany, skierował oczy ku Dembińskiemu. Anielka poczuła się koszmarnie brzydka i jeszcze bardziej chora niż wcześniej. Bowiem w brązowych oczach młodego mężczyzny dostrzegła pogardę i rozczarowanie. Wszak czego mógł spodziewać się kawaler na wydaniu? Miłości od pierwszego wejrzenia?! Panienka mogła liczyć jedynie na to, że po ślubie, lub jeszcze tuż przed nim, szanowny małżonek będzie regularnie zdradzał poślubioną, rozczarowany brakiem jej urody, ogłady czy jakiegokolwiek powabu.
Panienka zakryła się po raz kolejny kołdrą. Jej zazwyczaj blade policzki zaczęły płonąć wstydem. Nagłe odkrycie — że miałaby opuścić to bezpieczne schronienie na rzecz życia w obcym domu, u boku człowieka, który nigdy jej nie pokocha — wyzwoliło w niej falę nieposkromionej rozpaczy. Anielka zapłakała gorzko nad swoim losem.
— Pan jej wybaczy, Gustawie. Ona już tak ma. Ale wystarczy nie zwracać na to uwagi, żeby małżeństwo było znośne. Tylko żeby potomka jako tako, wedle umowy spłodzić, a później można dwa osobne pokoje mieć. Taka żona, co tylko w łóżku leży, nie przyniesie panu żadnej szkody. Zaoszczędzi pan tylko na ubiorach…
— Wybaczy pan — odezwał się po raz pierwszy młodzieniec. — Chciałbym zostać przez chwilę sam na sam z moją narzeczoną.
Dziewczyna z wrażenia przestała płakać.
— P-proszę? — zapytał Dembiński, który sądził, że się przesłyszał.
— Kilka słów, zanim odejdę — ponowił swoje żądanie.
— Ależ proszę… tylko nie ręczę za jej zachowanie. To histeryczka jest! Ciągle płacze, do łóżka jest przykuta jakby na wieki… — tłumaczył się ojciec, jakby wstydził się swojej córki.
Aniela dobrze wiedziała, jak wygląda jej życie, ale fakt, że ojciec opowiadał o tym wszystkim obcemu mężczyźnie, który miał spłodzić z nią potomka dla ambicji ojca, zabolał ją ze wzmożoną siłą.
I zostali sam na sam. Gustaw Karnicki stanął w miejscu, gdzie uprzednio stał Dembiński. Gdy powiedział pierwsze słowo, Aniela podskoczyła jak oparzona, przestraszyła się jego głosu tak blisko siebie.
— Nazywam się Gustaw… — przerwał, gdy dostrzegł jej drgnienie. — Od dziś jesteśmy narzeczeństwem. Dokładnie za miesiąc od dziś weźmiemy ślub w kaplicy pałacowej. Umowa została już zawarta przez naszych rodziców, ale ja chciałbym wiedzieć, czy panna się zgadza.
Zdumiona Aniela usiadła na łóżku i wyjrzała zza kołdry jednym okiem. Była rozczochrana, zapłakana i roztrzęsiona.
— Ślub bez miłości to nie ślub — odpowiedziała.
Mężczyzna skinął głową na znak, że rozumie jej poglądy.
— Szanuję panienki zdanie, lecz proszę zważyć na realia życia. Nikt teraz z miłości się nie żeni, a już na pewno nie w naszych sferach.
— Zatem, po co pan chce ślubu? — zapytała ledwie dosłyszalnym głosikiem. Jeszcze dziś nic nie jadła, choć minęła już pora śniadaniowa, którą przepłakała, i nadeszła 14:00, pora obiadowa.
— Pani ojciec chce wnuka. Ostatnimi czasy nie idzie nam z ojcem w interesach, więc ojciec pomyślał o ożenku dla mnie…
— Niech pan skończy! — warknęła, po czym zakryła się kołdrą i znów zapłakała.
— Dziwna panna! — fuknął Karnicki. Chwilkę później usłyszała, jak młodzieniec odchodzi. Na końcu z trzaskiem zamknął drzwi.
Żadnych złudzeń. Tylko interesy. Żadnej miłości, tylko powinność. A ja? Niczym krowa, która ma urodzić i zostać odrzucona, żeby potem przerobiono ją na mięso.
— Boże! Weź mnie stąd! Nie chcę takiego życia!!! — krzyczała coraz głośniej na całe gardło.
Pokojówki, które miała do swojej dyspozycji, wiedziały już, co to oznacza. Wpadły do pokoju z medykamentami. Nauczona posłuszeństwa Aniela pozwoliła jednej z nich wyciągnąć spod kołdry rękę. Druga z nich wbiła w chudziutką, anemiczną rączkę panienki zastrzyk uspokajający. Nie musiała czekać długo na działanie. Po chwili jej serce zaczęło zwalniać, a rozedrgane bólem psychicznym nerwy zaczęły się uspokajać. Powoli zapadała się po raz kolejny w niezdrowy, chemiczny sen, aby nie musieć świadomie trwać w tym życiu, którego nie chciała…
2. Przegrana walka o duszę
Panienka Aniela Anna Dembińska miała dwadzieścia lat i od dziecka była słabowitym stworzeniem. Wielu uznawało to za cechę właściwą elitom, inni dopatrywali się w tym wszystkim psychicznego szaleństwa, które wyniszczało jej ciało. Lecz mimo prognoz o rychłej śmierci, Anielka żyła nadal i tylko ona jedna wiedziała, co jej dolega. Osamotniona, odizolowana od świata zewnętrznego, zamykała się w sobie, tworząc w myślach wyimaginowany świat, do którego mogła uciec. Jej rodzice od dawna nie żyli z sobą, choć przecież mieszkali pod jednym dachem. Na co dzień bywali razem jedynie publicznie, aby pokazywać światu, że ich małżeństwo, nawet po wielu latach związku, aż kipi ze szczęścia i wzajemnej uprzejmości. Zawarty z przymusu mariaż był w efekcie zimny, oschły i pozbawiony wszelkich objawów sympatii. Kazimierz, który głównie poświęcał życie interesom, spędzał nieraz całe dnie na grze w karty, bywał poza domem w klubach, a o córce zaś przypominał sobie jedynie od święta, czasem od niedzieli, gdy dziewczynę odwiedzał kapłan z cotygodniowymi egzorcyzmami. Zaś Ludmiła, czyli mama Anieli, stała się zwyczajną dewotką, która całe godziny spędzała na klęczkach, modląc się za innych. Swoją córkę omijała zaś z daleka. Wciąż modliła się za jej duszę, jakby Aniela już umarła, mało zaś poświęcała jej czasu fizycznie. Bardziej udzielała się na stopie publicznej, organizując kwesty dla biednych, czy bywając na elitarnych spotkaniach poświęconych literaturze i sztuce.
Panienka z racji chronicznej choroby otrzymała skromne wykształcenie. Nie grała, nie malowała, nie śpiewała — bo nie miała na to ani siły, ani ochoty. Za to w swoich myślach uwielbiała tworzyć historie miłosne, którymi żywiła swój niedostatek czułości i miłości w życiu. Jej dziadkowie, którzy mieli tylko jednego syna — Kazimierza (ojca Anieli) już nie żyli. Anielka nie miała rodzeństwa, co oznaczało, że przedłużenie rodu, po śmierci rodziców panienki, spoczywało na jej barkach. W razie zawarcia małżeństwa i śmierci córki Dembińskich, majątek miał przejść na dzieci Anieli, o ile wśród nich znajdzie się syn, i o ile rodzice Anieli jeszcze będą w tym czasie przy życiu. Jeśli zaś Aniela przedwcześnie by zmarła, to majątek po jej rodzicach musiał dziedziczyć daleki krewny po stronie ojca. Wszyscy, cały dom łącznie ze służbą, żyli myślą, że panienka Dembińska umiera i nic już nie można dla niej zrobić. Żyli jednak nadzieją, że nie wszystko jest stracone. A że upartość ludzka jest równie silna, co śmiertelna choroba, pan Dembiński wrzucił chorą córkę w układ małżeński, licząc na cudowną odmianę losu.
W takich to warunkach, w odległej od miasta, wiejskiej posiadłości, daleko od innych pałaców, w zimnej, wielkiej komnacie, za zasłoniętymi oknami żyła bardzo samotna dziewczyna, marząca o życiu po śmierci. Od lat karmiona faktem, że miłości nie ma, a małżeństwo jest jedynie środkiem do uczynienia życia nieznośnie trudnym, rosła w strachu przed przyszłością. W tajemnicy, gdy wszyscy już spali, wstawała z łóżka i na pulpicie spisywała swoje historie miłosne. Chowała je pod deską w podłodze, jakby jej marzenia były czymś zakazanym. Miłość była w domu tematem tabu. Małżeństwo zaś kreowane było na świetny interes, który z miłością nie miał nic wspólnego. I tylko jedna dusza miała dostęp do jej intymnych myśli, taż sama, która co niedzielę odwiedzała Anielkę w ogromnej, ciemnej i zimnej komnacie, niczym w celi więziennej. Był to jej spowiednik, ksiądz Michał Dzięciołek.
Tego dnia stały się trzy przełomowe dla Anieli rzeczy. Dziewczyna zaręczyła się i poznała narzeczonego oraz… ale o tym za chwilę. Gdy środek nasenny przestał działać, obudziły ją słowa kapłana, tak dobrze jej znane z każdej niedzieli. Poznała jego głos oraz cichy rytm powtarzanego egzorcyzmu. Jedynie ksiądz Michał litował się nad nią, tylko on traktował ją jako istotę o pełnej wartości, jako człowieka i jako duszę.
— Szczęść Boże — szepnęła i powoli otworzyła oczy. Leżała na brzuchu, a jej ciało było tak ciężkie, że nie mogła się podnieść.
— Szczęść Boże, dziecko — odezwał się miłym głosem. — Poczekaj! Zaraz pomogę ci się ułożyć! — Porzucił swój modlitewnik i ruszył dziewczynie z pomocą. Aniela poczuła, jak łapią ją za ramiona silne dłonie pięćdziesięciolatka i powoli odwracają na plecy. Ksiądz pomógł jej usiąść. — Już! Jeszcze poduszki! — Przytrzymał ją jedną dłonią, drugą zaś poprawił poduszki za jej plecami. — Może odrobinę świeżego powietrza? Dziś co prawda pada, pochmurnie jak to na jesieni, ale tutaj straszny zaduch… — Nie zaczekał na jej odpowiedź, lecz prędko ruszył do okna.
— Tylko niech ksiądz nie odsłania, bo mnie znowu będą bolały oczy — odpowiedziała cicho.
— Jest tak ciemno, że nic takiego się nie stanie — obiecał. Po chwili do ciemnej komnaty, między grubaśnymi kotarami, wślizgnął się blady snopek światła.
— Nie chcę patrzeć na świat, którego nigdy nie będę mogła zobaczyć.
Łysawy kapłan powrócił ku krzesłu, na którym uprzednio się modlił, i westchnął.
— Dziewczyno, nawet nie wiesz ile możesz. Musisz tylko chcieć wyjść stąd, opuścić tę celę i dać sobie wytłumaczyć, że świat jest pełen miłości.
— Miłości nie ma — zabrzmiała grobowo. Ksiądz Michał znów przyszedł kusić ją słodką obietnicą o miłości, która może ją spotkać, jeśli wyjdzie do ludzi.
— Jest! Czy ci się to podoba czy nie. Miłość to wielka siła, która daje życie.
— Moi rodzice się nie kochają, a i tak się urodziłam.
— Pozwól sobie powiedzieć… — westchnął i nabrał do serca wielki oddech cierpliwości — że jeśli nie opuścisz miejsca, gdzie miłości nie ma, nie znajdziesz miejsca, w którym ona jest.
— A gdzie ona jest? — pytała nadal, osłabiona środkiem nasennym. Nagle zrobiła się niesamowicie głodna.
— W sercach ludzkich — odpowiedział.
— Księże Michale, zje ksiądz ze mną obiad? Jestem strasznie głodna, moje ciało nie daje mi spokoju… już mnie mdli — marudziła jak zgorzkniała, stara panienka. Michał uznał to za dobry znak, panienka wracała do żywych. Apetyt był dobrym znakiem, choć marudzenie — nie do końca.
— Zatem zjedzmy! — Odłożył modlitewnik na szafkę nocną Anielki i wezwał dzwonkiem służącą.
Cieszył się za każdym razem, widząc jak dusza, o którą walczył każdego dnia, w końcu przejawia jakąkolwiek chęć do życia. Aniela była jak jego duchowa córka. Niósł ją na swoich duchowych ramionach, razem z nią płakał i smucił się, czuł się szczęśliwy, gdy ta jego podopieczna chciała jeść i mówiła czasem trzeźwiej niż zwykle. Ale za nic nie potrafił przekonać jej, że miłość istnieje. Postawił sobie to za życiowy cel! Sprawić, żeby dziewczyna zakosztowała w życiu miłości. Pragnął znaleźć dla niej dobrego męża, który wyrwałby ją z tego zimnego domu. Dlatego wiadomość o jej zaręczynach przerodziła się w jego osobisty dramat. Znał rodzinę Dembińskich, wiedział, że Kazimierz zdradza żonę, Ludmiła zaś zachowuje się jak świecka zakonnica, która zapomniała o tym, że ma męża i córkę, która bardzo jej potrzebuje. Każdy żył tutaj swoim światem, a najwięcej Aniela, która zanurzała się w świecie marzeń i błądziła między snem a marą. Tylko przed nim od czasu do czasu odkrywała rąbek swojej pięknej, choć okaleczonej duszy.
Wyznała mu to, gdy już jedli. Była w połowie zupy, gdy niespodziewanie odstawiła tacę z jedzeniem na bok i rzekła:
— Dziś zaręczono mnie z niejakim Karnickim, tylko i jedynie dla interesów.
Ksiądz Michał o mały włos, a udławiłby się właśnie przełykaną porcyjką zupy.
— Na miłość Boga Ojca Wszechmogącego! — jęknął i złożył dłonie do modlitwy. Pochylił głowę, zamknął oczy i pogrążył się w swoim duchowym wnętrzu. Oto właśnie przegrał walkę o duszę tej nieszczęsnej.
Dobry Ojcze, oto postawiłeś mnie teraz w tak trudnej sytuacji, że nie wiem, czy zdołam dalej nieść ten krzyż. Ta biedna dusza, która przez świętą przysięgę związana zostanie z niekochanym mężczyzną, teraz już nigdy nie uwierzy w miłość. Szatan wyprzedził mnie w tej gonitwie, nie zdołałem prześcignąć jego zamiarów. Jakże ja teraz mam pomóc tej nieszczęsnej duszy? Jedyna moja nadzieja była w tym, że dobrego męża dla niej znajdę, a teraz…
— Księże Michale — usłyszał w jej ustach swoje imię. Podniósł ku niej swoje oczy. Była smutna, pozbawiona sił, wątpiła teraz jeszcze bardziej niż przedtem.
— Anielo, nie zostawię cię samej — obiecał jeszcze goręcej, niż obiecywał to niegdyś. — Pomogę ci.
— Niech mi więc ksiądz pozwoli umrzeć, zanim to się stanie — poprosiła go. Widział w tych prośbach jej wołanie o pomoc, jakieś kuszenie diabelskie, któremu ona była poddawana. Dusza ta widocznie bliska była Bogu, skoro Ten pozwalał na to, aby w takim cierpieniu się kształtowała. Bał się jedynie, że jako duchowny nie uniesie tego brzemienia, które nałożył na niego Bóg. Bał się także o nią.
— Bóg nie po to do życia cię powołał, żebyś miała się zabić. — Ujął jej słabą, zimną i kościstą dłoń. — Dziecko, walcz! A ja w tej walce o życie cię nie opuszczę! Możesz na mnie liczyć. Tylko nie każ mi pozwalać ci na śmierć. Wiem, że Bóg przygotował dla ciebie wielką odmianę, ale jeszcze nie wiem, kiedy ona się zacznie.
— Bardzo księdzu współczuję — przerwała mu. — Podjął się ksiądz niewykonalnego.
— Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, a uwierz, że skoro ja tu jestem to i Bóg jest, i nie może być żadnej pomyłki. Jesteś dla niego ważna! Bóg cię kocha, Anielo!
— To niech mnie stąd weźmie.
— Powoła cię do siebie dopiero wtedy, gdy uzna, że już jesteś na to gotowa. Jeszcze nie czas.
— Zatem muszę poddać się temu wyrokowi? Wziąć ślub z kimś, kto mną gardzi?
Michał zasępił się. Chwilę pomyślał i rzekł:
— Już ja rozpytam go, czy tobą gardzi. A jeśli tak, to powiem mu, jak wielkim skarbem jesteś.
Dziewczyna chciała coś rzec, ale powstrzymała się. Pomyślała za to: Wiem, ile jestem warta… Nic.
3. Niekochana przez matkę
Zaczynała swoje cotygodniowe konanie od niedzielnej pokuty, gdy zostawała już sam na sam ze swoimi myślami. Po niedzielnym obiedzie przychodzili rodzice, aby pokazać księdzu Michałowi, że dbają o swoją córkę. Duchowny już kilka razy chciał wziąć Anielę pod opiekuńcze skrzydła zakonu, aby pod opieką Najwyższego mogła żyć i modlić się. Choć doskonale wiedział, że dziewczyna pragnie kochać i być kochaną przez człowieka, żywił nadzieję, że być może ta biedna duszyczka odnajdzie spokój w miłości Boga. Był pewien, że w zakonie byłoby jej bardzo dobrze, zważywszy na jej stan społeczny. Siostry otoczyłyby ją należytą opieką, a ona odnalazłaby spokój w duchowej opiece nad bliźnimi — mogłaby w końcu dawać innym miłość, której miała w sobie tak wiele, że chorowała, nie mogąc obdarować nią ukochanego, którego nie posiadała. Ale jakże choćby mogła zakochać się, skoro nie wychodziła z pokoju, a nawet z łóżka?
— Jak tam nasza córka, księże Michale? — zapytała dostojnie pani Ludmiła Dembińska, która raczyła przekroczyć próg pokoju swojej „umierającej” córki. Od urodzenia Aniela była dla niej ciężarem, owocem nieprzyjemnego zdarzenia, które miało miejsce w noc poślubną z jej znienawidzonym mężem. Nigdy nie była w stanie pokochać go, a tym bardziej nie darzyła gorącym, matczynym uczuciem jego córki. Zanim Ludmiła wzięła ślub, pragnęła wstąpić do zakonu, lecz rodzice zmusili ją do małżeństwa. Ludmiła nie miała innego wyjścia. Ale po ślubie mogła już przestać udawać, że umie się dogadać z Kazimierzem. Tylko pod publikę byli małżeństwem, i tylko przed ludźmi z towarzystwa Ludmiła udawała, że jest szczęśliwa z mężem.
— Szczęść Boże, Ludmiło — rzekł ksiądz i wyszedł ku pani Dembińskiej, aby ta z pokorą mogła ucałować jego dłoń. Michał nie mógł narzekać na szacunek z jej strony, lecz inaczej było z Anielą. Miał żal do wyrodnej matki, że nie cierpi swojej jedynej córki. Lecz tylko on o tym wiedział — o tej niechęci matki do córki — gdyż wyznała mu to na spowiedzi. — Aniela dziś pochwaliła mi się, że niebawem stanie się żoną. Czyż to prawda?
— Tak — odparła i popatrzyła swoimi czarnymi, zimnymi oczyma w stronę Anielki. Duchowny odkrył, jak łudząco podobne są do siebie córka i matka. Z tym, że była to jedynie podobizna fizyczna. Obydwie brunetki, ładne, delikatnej postury. Obydwie wyglądały na trawione wieloletnią chorobą.
— Kimże jest wybranek?
Tym razem odpowiedział ojciec dziewczyny, który siedział daleko od żony.
Panienka przyglądała się całej trójce z perspektywy łóżka. Zasiadali wszyscy przy stoliku pod oknem, który niedzielnymi popołudniami służył im za miejsce pogadanek przy herbacie. W zimniejsze dni przenoszono stolik w stronę kominka, ale nie dziś, choć było dosyć chłodno.
— To młodzieniec z bardzo dobrej rodziny, elitarnej rodziny! Karnickich! — Kazimierz wypiął dumnie swoją pierś do przodu. Mimo swoich pięćdziesięciu lat wyglądał na o wiele młodszego. Przystojny ten gentelman w oczach księdza Michała jawił się jako obraz zimnej kukły, która ożywiała się nieznacznie tylko w chwilach, gdy widziała swoją córkę. Ksiądz domyślał się, że w sercu ojca kryją się uczucia znacznie cieplejsze. Musiał je jednak skrzętnie ukryć, aby żona nie widziała, że jest lubiana mniej niż jej córka.
— Chciałbym go poznać — poprosił Michał.
— Ależ po co, ojcze? — zapytała Ludmiła, która powoli sączyła herbatę. Właściwie Michał nie widział, żeby napoju w jej filiżance ubywało.
— Aniela to moja córka duchowa. Czuję się w obowiązku poznać narzeczonego, czyli przyszłego męża Anieli. Będę przecież błogosławił tej miłości, prawda? — innymi słowy Michał zapytał, czy będzie mógł udzielić ślubu swojej podopiecznej.
— W t-tej kwe-kwestii… — zająknął się Kazimierz — swat zażądał udziału osób duchownych z wyższej hierarchii i…
— Słucham?! — oburzył się. — Jakże to?! — Ksiądz popatrzył przez ramię na Anielę. W jej oczach wyczytał strach. — Co ty na to, Anielo?
Z wrażenia rozchyliła swoje blade usta.
— Ja… ja… chcę… — wydyszała w emocjach. Znów czuła, że robi jej się słabo. Była taka wrażliwa. Emocje miały silny wpływ na jej stan fizyczny.
— Widzi ksiądz? — rzekł Dembiński, który uznał wypowiedź córki za skończoną. — Moja córka zrobi to, co trzeba.
— Tato! — powiedziała głośniej, wysilając się bardziej niż zwykle. — Chcę, żeby to ksiądz Michał dał mi ślub, jeśli… oczywiście do niego dojdzie — zakończyła tajemniczo.
— A dlaczegóżby nie miało do niego dojść?! — oburzył się Dembiński. Aniela znała ten ton. Mimo strachu cierpliwie powiedziała:
— A jeśli umrę przed ślubem?
Wszyscy troje popatrzyli na nią: Michał z bólem współczucia, ojciec jedynie przez chwilę zmarszczył brew w akcie wzruszenia, a matka zimno zmarszczyła swoje brwi, jakby nie spodobało się jej to, co powiedziała Aniela. Lecz tylko ksiądz Michał wstał i zbliżył się ku niej, aby ująć jej dłoń.
— Bądź silna, córko. Niebawem znów cię odwiedzę.
— Nie — jęknęła i popatrzyła na niego błagalnie. — Jak najprędzej, najlepiej jutro… — prosiła, choć wiedziała, że nie wolno jej spotykać się z nim częściej niż raz w tygodniu. Rodzice twardo postawili jej warunki: nie mogła zostać zakonnicą, miała dać im wnuka, żeby majątek rodowy Dembińskich był zabezpieczony. Nic nie obchodziło ich to, że duchowny był jej jedynym przyjacielem.
Gdy została sama, znów oddała się w swojemu pogrążaniu się w nicości. Straszna ciemność opanowywała ją, gdy myślała o tym, że świat jest miłości pozbawiony. Nie chciała patrzeć na taki świat. Wolała wyobrazić sobie, że żyje tylko wewnątrz siebie, a tam wszystko jest możliwe. Dopiero po kilku godzinach, gdy zjadła kolację i odświeżyła się, zaczęła marzyć o miłości. Zawsze grała rolę ukochanej i wyobrażała sobie tego jedynego. Roiła w myślach wszelkie możliwe okazje w jakich mogliby się poznać, gdyby wychodziła z domu. Kiedyś, gdy dziadkowie jeszcze żyli, opowiadali jej o życiu w towarzystwie — miała wtedy dziesięć lat i marzyła o tym, jak będzie cudownie wyjść z domu i pójść na bal. Szczególnie pięknie opisywała jej to babcia Joanna. Dziadek mówił o klubach i grze w polo, czasem obstawiał gonitwy. To z czasów, gdy jeszcze żyli, zapamiętała to słodkie uczucie, że komuś na niej zależało. Babcia nawet raz powiedziała jej, że bardzo ją kocha. To było na kilka dni przed śmiercią — widać staruszka czuła, że zbliża się jej kres. Dziadek często całował wnuczkę w czoło i przytulał ją. Gdyby nie oni, Aniela nigdy nie mogłaby nawet wyobrazić sobie, czym miłość jest. Nie wolno jej było czytać romansów czy tym podobnych powieści. Miała „twardo trzymać się rzeczywistości” — tak mówili rodzice. Mówili też, że to niebezpiecznie wychowywać panienkę na gorszących historiach, gdzie wszystko jest dozwolone. Tylko raz udało się babci podarować jej stary romans, który Aniela potem skrzętnie ukryła w skrytce pod łóżkiem. Czytała tę książkę setki razy, za każdym razem mając nadzieję, że tym razem historia potoczy się inaczej, i że główna bohaterka nie umrze. Jakże bliska stała się jej ta powieść, w obliczu tego, że i ona była chora.
Tego niedzielnego wieczora, gdy tylko w domu zapanowała absolutna cisza, Anielka wstała i wspierając się na lasce, która stała obok łóżka, przesiadła się na wózek inwalidzki. Była tak słaba, że nie potrafiła samodzielnie ustać na nogach, więc rodzice pięć lat temu dali jej ten wózek. Podjechała do szafy, aby wydobyć z niej ciepły koc i pończochy. Przeważnie spędzała cały dzień w koszulce nocnej i szlafroku. Nie potrzebowała sukien, przecież nie wychodziła. Tylko w czasie ważnych świąt służące ubierały ją w ładne stroje, żeby mogła zjeść posiłek z rodziną, krewnymi i zaproszonymi gośćmi. Później była chowana do pokoju — niczym lalka, którą się odstawia na półkę.
Opatulona kocem, podjechała do pulpitu i zapaliła lampkę oliwną. Nikłe światło oświetliło blat i pusty pergamin. Sięgnęła po piórko tkwiące w kałamarzu, odsączyła nadmiar atramentu i postawiła pierwszy wyraz…
Na pisaniu zeszło jej jak zwykle dwie godziny. Tym razem jej historia dotyczyła marzenia o pięknym ślubie z ukochanym. Pisanie sprawiało jej wiele radości. Gdy tym razem postawiła ostatnią kropkę, posmutniała.
— Mój mąż nigdy mnie nie pokocha — szepnęła.
Przypomniała sobie, z jaką pogardą spojrzał na nią, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Już jej nienawidził. A co dopiero później? Miał tylko jedno zadanie: spłodzić z nią syna. W zamian za to Karnicki spodziewał się zapewne znacznych zysków i udziału w interesach ojca. Jakże to wszystko było bezduszne… Ale nic na to nie mogła poradzić.
***
Jak spędzała czas panienka, która nie mogła wychodzić z łóżka? Matka nie zmuszała jej do nauki czegokolwiek, ale dbała o to, aby była na bieżąco z wiadomościami. W poniedziałek służąca czytała jej całą tygodniówkę, żeby była na czasie z ważnymi wydarzeniami z miasta i okolic. Wtorki były zwykle muzykalne. Przychodziła pewna stara panna, która grała na pianinie stojącym w kącie pokoju i śpiewała — dosyć nieudolnie — religijne pieśni. Był to wymysł matki, żeby jej córce czasem grzeszne rzeczy po myślach nie chodziły, gdy jest sam na sam ze sobą. W środy czasem wpadał ksiądz Michał, ale tylko incognito, gdy ojciec był na kartach w mieście, a matka u znajomych. W środę wolno jej było przeczytać jakąś książkę, byleby nie był to romans. Przeważnie była to literatura zagraniczna, żeby Aniela orientowała się w świecie. Wybierała opisy wypraw do różnych miejsc lub poezję religijną — dla odskoczni. W czwartek było sprzątanie pokoju, więc panienka była przenoszona do sąsiedniego, mniejszego pomieszczenia, żeby służące mogły odkurzyć półki, pozamiatać sypialnię i zmienić bieliznę pościelową. Następnie było kąpanie panienki i zmiana garderoby — matka uznała, że raz w tygodniu wystarczy niewychodzącej z domu pannie umyć się, choć Aniela marzyła o tym, aby codziennie móc takiej kąpieli zażywać. Gorąca woda mocno odprężała jej spięte i obolałe ciało. W piątek był obowiązkowy różaniec, który matka odmawiała z nią w pokoju — niegdyś zabierała ją do kaplicy pałacowej, ale odkąd Aniela mocniej podupadła na zdrowiu, nie fatygowano jej do wychodzenia z łóżka. W sobotę zawsze ktoś przychodził z wizytą — wtedy panienkę ubierano w elegancki szlafrok i upinano włosy. Kto przychodził? Czasem jakaś koleżanka mamy, która się z nią modliła — choć bardziej wyglądało to, jakby modliła się nad nią, bo niewiele do niej mówiła podczas takiej wizyty. Zjawiali się także oboje rodzice, ale jedynie po to, aby zamówiony na sobotę lekarz mógł ocenić stan zdrowia „umierającej”. Tylko niedzielna wizyta księdza Michała sprawiała jej ukojenie i przyjemność.
A co było poza tymi atrakcjami? Spanie, płakanie, zapadanie się w nicość i marzenia o miłości. Poza tym czasem, między marzeniami i jawą, Aniela modliła się swoimi słowami do Boga:
— Zabierz mnie stąd, jeśli nie ma tutaj dla mnie przyszłości. A jeśli jest, to wyprowadź mnie z tej ciemności wprost do miłości.
Później zastanawiała się, gdzie jest miłość i jak udowodnić to, że ona istnieje. Jakkolwiek by na to nie popatrzyła, miłość w jej myślach sprowadzała się do uczucia wzajemnego do mężczyzny. I choć ksiądz Michał mówił jej, że miłości jest pełen cały świat i można różne rodzaje miłości spotkać w tym świecie i w tym życiu, ona coraz częściej dochodziła do wniosku, że można ją jedynie posiąść po śmierci.
4. Nadmiar emocji
— Panie doktorze, i co? Będzie w stanie jutro wyjść z pokoju? — pytał Kazimierz. Jego córka właśnie miała kolejny atak nerwowy, spowodowany chęcią opuszczenia swojego ciała. Nie chciała już dłużej żyć. Nazajutrz miał odbyć się jej ślub z obcym człowiekiem, który nią gardził, odkąd tylko ją zobaczył. Wszak nie mogłaby wzbudzić w młodym mężczyźnie innych uczuć niż te negatywne — była tego pewna.
Lekarz dał jej kolejny zastrzyk, aby mogła się uspokoić. Na życzenie ojca podał jej coś słabszego, żeby jeszcze tego wieczora odbyła spowiedź. Jej narzeczony wraz z ojcem przybyli już do pałacu, aby z samego rana udać się do kaplicy. To tam mieli pojawić się wszyscy zaproszeni przez rodziców goście. Służące przyszykowały już salę balową, stoły wraz z zastawą, upiększyły także kaplicę kwiatami. O wszystkim Aniela wiedziała z opowiadań matki, która dziś rano chwaliła się przed krawcową, jaki: „piękny ślub będzie miała moja córka! To będzie wydarzenie towarzyskie roku!” Podczas przymiarki sukni ślubnej trzymały ją dwie służące, a ona stała jak kukła, zrobiona z patyczków. Stało przed nią wysokie lustro, specjalnie przyniesione do jej pokoju. A ona patrzyła na siebie i nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Wszystko działo się poza nią, tak jak w chwili, gdy wpadała w rozpacz na myśl, że spędzi życie z kimś, kto nigdy jej nie pokocha.
— Pańska córka już tak ma, muszą się państwo do tego przyzwyczaić — mówił młody lekarz, który zjawił się w zastępstwie za swojego ojca, starego lekarza Dembińskich. — Czy przyszły małżonek wie, na co choruje panienka Aniela?
Panna popatrzyła na ojca, ojciec na nią, a lekarz na oboje.
— Nie — mówił Kazimierz — choć wie, że choruje. Nie pytał mnie na co, ważne, żeby moja córka spełniła swoją rolę.
— Co ma pan na myśli?
— Hmm… — Dembiński zaczerwienił się, po czym rzekł: — Będę musiał poprosić pana o ocenę płodności mojej córki. A może zna pan lekarza, który jest w stanie to sprawdzić?
Uspokojona zastrzykiem dziewczyna, wydobyła z siebie tylko ciężkie westchnienie. Czuła się jak krowa, a nie jak kobieta, albo chory zbiornik na potomka Dembińskich.
— Tego może dokonać jedynie jedna osoba — odpowiedział lekarz i zaczął składać swoje przybory medyczne.
— Zapłacę każdą cenę. Proszę mi podać dane tego lekarza, niezwłocznie poślę po niego i…
— Szanowny panie! — przerwał mu stanowczo. — Takie rzeczy to może sprawdzić tylko małżonek w łożu. Nie nam decydować o płodności panny! Życie różne historie pisze… Ale na mnie już czas! — Ukłonił się grzecznie panience, podał dłoń panu i niezwłocznie skierował kroki ku drzwiom, gdzie czekała już na niego służąca. To ona go przyprowadziła, więc i ona odprowadziła go do wyjścia. Gdy młody doktor siedział już wygodnie w powozie, rzekł do siebie zniesmaczony:
— Biedna dziewczyna!
— Nie rób głupot, Anielo! — rugał ją ksiądz Michał, gdy po raz kolejny wspomniała mu podczas spowiedzi o samobójstwie. Pragnęła w końcu zażegnać tej męce i uchronić się przed nieszczęśliwym życiem. Lecz duchowny, prowadzony najwidoczniej przez siły wyższe, rzekł w końcu coś, co ją opamiętało z tego szaleństwa: — Zamiast rozpaczać, módl się o miłość! W dzień i w nocy, kiedy tylko się budzisz: módl się o miłość! A ona w końcu przyjdzie! Zobaczysz! Nie ma takiej siły, która mogłaby ją powstrzymać, gdy sobie kogo upatrzy. Chociaż spróbuj odnaleźć ją w tym małżeństwie. Niechaj to będzie twoja szansa na miłość, a nie przekleństwo. Może to właśnie Bóg posłał do ciebie tego człowieka?
Aniela przestała płakać i trząść się z emocji. Odkryła w słowach duchownego szansę, która wydała się jej tak kusząca, że chwyciła się jej jak ostatniej deski ratunku. Kapłan dał jej rozgrzeszenie, pobłogosławił ją i udał się do kaplicy, gdzie czekał na niego przyszły mąż Anieli.
Śliczna, bogato zdobiona kaplica, była już przystrojona na jutrzejsze, poranne nabożeństwo. Gustaw Karnicki siedział w pierwszej ławce i przebierał nogami. Księdza Michała naszły złe przeczucia. Gdy stanął obok dwudziestopięciolatka, ten podniósł się i razem udali się do bogato zdobionego, rzeźbionego konfesjonału. Rozpoczęła się zwyczajowa wymiana zdań, po czym duchowny przeszedł do sedna sprawy:
— Panie Karnicki, Gustawie, jeśli mogę tak mówić do pana…
— Proszę, niech się ksiądz nie krępuje — zabrzmiał nazbyt swobodnie. W konfesjonale unosił się zapach mocnego trunku. Gustaw musiał wypić co nieco przed tą rozmową.
— Gustawie. Nie będę owijał w bawełnę. Anielę znam od wielu lat, jestem jej stałym spowiednikiem. Na sercu leży mi jej dobro. Jak wiesz, jest to osoba chora, o wrażliwych nerwach…
— Proszę do rzeczy — rzekł i ziewnął przeciągle. Wszak była już dwudziesta, a on od rana nic tylko przymierzał garnitury, grał w karty z przyszłym teściem i wysłuchiwał mądrości ojca. Odbył jedną, dwugodzinną przejażdżkę konną w chłodzie i deszczu, która osłabiła jego witalność. Teraz jeszcze ten ksiądz!
— Proszę, żebyś traktował ją delikatnie i z najwyższą cierpliwością. Ma dwadzieścia lat, ale przeszła już tak wiele… Tak wiele razy wspominała mi o samobójstwie, nawet dziś! — gorączkował się. Czuł, że ten młody mężczyzna nie do końca traktuje poważnie jego i Anielę. Bał się coraz bardziej o swoją córkę duchową.
— Ale tego chyba księdzu nie wolno wyjawiać, prawda? To tajemnica spowiedzi.
Michał zaniemówił. Tak, ten człowiek miał rację.
— Wybacz, ale boję się o nią. Na Boga jedynego, Gustawie! Miej na nią oko! Dokądkolwiek ją zabierzesz…
— Będziemy mieszkać w pałacu Dembińskich. Niech się ojciec nie martwi, podopieczna pozostanie w tym samym miejscu. Ja mam jedynie spłodzić potomka… — mówił rozdrażniony. — Czy coś jeszcze?! Bo jestem bardzo zmęczony!
Michał zagryzł zęby, żeby nie zrugać tego smarkacza. W zamian rzekł:
— Dbaj o nią, jakby była ci bliska, a przekonasz się, jak wielki skarb dostaniesz. Potraktuj to małżeństwo jako dar z Nieba. A teraz wspólnie pomódlmy się…
Po spowiedzi młody Karnicki szybko opuścił kaplicę, a zatroskany duchowny ukląkł jeszcze przed ołtarzem, aby pomodlić się za tych dwoje, którzy mieli następnego dnia zawrzeć święty związek małżeński. Jego serce po brzegi było wypełnione strachem o Anielę i o to, że życie może przynieść jej kolejne rozczarowania, które panienka przypłaci tym razem z pewnością życiem.
Siedziała na wózku inwalidzkim, cała ubrana w bieli, a on siedział obok niej na krześle. Kaplica pałacowa wypełniona była po same brzegi zaproszonymi gośćmi: sąsiadami, dalekimi krewnymi i rodziną jej narzeczonego. Wciąż jeszcze nie dochodziło do niej to, co się dzieje. Patrzyła na swojego opiekuna duchowego, ubranego w szaty liturgiczne, i słuchała tego, co mówił. Brała bierny udział w całym tym wydarzeniu. W głowie miała tylko pustkę. Tak przynajmniej było przez pierwszą część Mszy ślubnej. Bo gdy przyszło do przysięgi, wpadła w panikę. A nie uciekła jedynie dlatego, że przypomniała sobie słowa księdza Michała: „Niechaj to będzie twoja szansa na miłość, a nie przekleństwo. Może to właśnie Bóg posłał do ciebie tego człowieka?”
Tylko raz podczas składania przysięgi odważyła się spojrzeć na twarz Pana Młodego. Był to moment, gdy mąż ledwie musnął jej usta na znak, że małżeństwo zostało zawarte. Cała pogrążona była w swoim wnętrzu. Dopiero ta chwila wyrwała ją na moment z świata wewnętrznego. Ujrzała jego brązowe oczy i jasne, przydługie włosy, które spływały delikatnymi falami po bokach jego szczupłej twarzy, kończąc swój bieg u podbródka. Zobaczyła, że Gustaw był poważny, jego mimika nie wyrażała żadnych emocji. Przez moment dostrzegła w nim pewnego rodzaju rezygnację.
Odważyła się na niego spojrzeć po raz drugi, gdy znaleźli się na sali balowej. Oczywistym było dla gości, że chora Panna Młoda nie będzie w stanie zatańczyć z mężem. Wzniesiono za to uroczysty toast. Siedząc obok siebie, Państwo Młodzi zjedli obiad, później wniesiono tort weselny i nastąpiło rozluźnienie atmosfery. Można było zacząć tańce! Wtedy to Gustaw opuścił swoją małżonkę, powiedziawszy:
— Przepraszam panią.
Nie zdążyła mu odpowiedzieć, gdyż nie zaczekał na jej odpowiedź. Po prostu sobie poszedł, a ona powiodła za nim wzrokiem. U swojego boku miała teścia. Jej opiekun duchowy zasiadał pięć krzeseł dalej, przy drugim stole ustawionym prostopadle do głównego stołu. Widziała go po swojej prawicy. Pośród zgiełku rozmów i nadmiaru ruchu ludzkich postaci, ubranych w kolorowe tkaniny, dostrzegła współczujące spojrzenie skromnego księdza Michała. Rozejrzała się po zgromadzonych — każdy z nich był zajęty sobą. Właśnie układano się do tańca. W tłumie, jakieś kilkanaście metrów od siebie, dostrzegła rozmawiającego z damami Gustawa. Wyglądał na bardzo rozbawionego. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie spoglądał na nią w tak dziwny sposób…
W pewnym momencie dotarło do niej, że jest obiektem kpin męża i dwóch ślicznych panienek, zapewne jego znajomych. One także śmiały się, nawet wydawało jej się, że naśladują jej mimikę. Cisza, którą w sobie wyniosła z kaplicy, pękła i rozsypała się na drobne kawałki. Jej wewnętrzny spokój i myśli o szansie na nowe życie zostały rozwiane. Poczuła znajome uderzenie w sam środek serca. A zatem tak to naprawdę wygląda. Mój mąż ze mnie kpi. Gardzi mną i stawia ponad inne damy. Dlaczego byłam tak naiwna, żeby uwierzyć, że będzie inaczej? Poczuła, że zaczyna się dusić. Z paniką spojrzała na kapłana, który tylko czekał na jedno jej skinienie, żeby pobiec ku niej z pomocą. Dramatyczny grymas na jej twarzy natychmiast przywołał go do działania. Ksiądz Michał poderwał się z krzesła i ruszył jej z pomocą.
Wywieziono ją omdlałą z sali. W ciszy, pośród szelestu szeptów komentujących jej stan. Nic nie obchodziły jej te wszystkie opinie i domysły. Aniela właśnie umierała po raz kolejny, i zdawało jej się, że oto umiera na zawsze.
Leżała w swoim łóżku, a obok niej kręcił się znajomy lekarz. Rodzice zaprosili go na wesele, był niczym członek rodziny — przecież widywali się co tydzień.
— Jak dobrze, że pan był na miejscu — mówił znajomy głos.
— Księże Michale — szepnęła.
Po chwili przy jej łóżku stanął duchowny. Miał zatroskaną twarz. Modlił się, trzymając w dłoniach swój drewniany, wysłużony różaniec.
— Jeszcze chwilę — rzekł lekarz, który właśnie aplikował jej zastrzyk nasenny. — Zaraz poczuje się pani lepiej.
— Gdzie mój mąż? — zapytała, zanim poczuła pierwszą falę obezwładniającej senności.
Ani lekarz, ani ksiądz nie byli w stanie jej odpowiedzieć.
Grobową ciszę lekarza i modlitewne skupienie duchownego przerwało głośne wejście do sypialni. Drzwi wyraźnie skrzypnęły. Otworzyły się tak głośno, że Aniela na moment oprzytomniała i popatrzyła w tamtą stronę.
— Gustawie! Jak dobrze, żeś jest — odezwał się Michał — twoja żona zapytuje o ciebie.
Młodzieniec w odświętnym garniturze zatrzymał się obok duchownego i utkwił w niej swoje poważne spojrzenie.
— Co z nią? — zapytał lekarza.
— Zaraz będzie spała — padła odpowiedź.
— Ale dlaczego? Coś jej zaszkodziło?
Dlaczego udawał, że nic jej nie zrobił? Czyż naprawdę nie domyślał się, że ją zranił? Aniela nie mogła mu odpowiedzieć. Zamknęła tylko oczy, a lekarz rzekł za nią:
— Nadmiar emocji.
5. Nowy płomyk nadziei
Wiedział, że teraz jego kolej. Od dawna spodziewał się, że jako czwarty syn z rzędu, czyli czwarty w kolejności do ożenku, będzie musiał zrobić świetną partię, aby znów pokryć długi karciane ojca. Nie był niewiniątkiem. On także miał swoje pasje, bez których nie potrafiłby żyć, tak jak na przykład gra w polo. Zawsze tak było — syn wiązał się z dobrą rodziną, aby jak najwięcej zyskać dla reszty swojej familii. Czerpali, ile tylko się dało, pożyczali, zastawiali…
— Bo tak właśnie trzeba żyć, synu! — powtarzał ojciec.
Ale przecież nikt nie musiał wiedzieć o tym, że Karniccy byli dobrą partią jedynie z nazwiska. Byli niczym zgrany klan — strzegli swojej tajemnicy jak oka w głowie. A Gustaw? Właściwie wrzucono go w to narzeczeństwo z dnia na dzień. Ojciec znalazł świetną partię, obok której nie potrafił przejść obojętnie. Dwa dni przed jego zaręczynami z Anielą, ojciec spotkał się przypadkiem z mężczyzną, który przejazdem był w mieście i zachciało się mu zagrać w karty. Był to Dembiński we własnej osobie. Karnicki potrafił wyciągać wiadomości z potencjalnego swata. Dobrze wiedział, że Dembiński to nie byle jakie nazwisko. Karnickiemu akurat nie szło w kartach, więc pożyczył od niego troszkę pieniędzy. Zeszło im na temat dzieci. Potem Karnicki pociągnął Dembińskiego za język, żeby wybadać, czy ten ma córkę…
Gustaw nie chciał dłużej zastanawiać się, jakim cudem ojciec namówił jego teścia do zawarcia umowy przedmałżeńskiej. Stary Karnicki miał swoje sztuczki, o których jego syn nie wiedział. Ojciec z kolei nie wiedział, że syn serce ma zajęte pewną damą, lecz nie z dobrej rodziny. Lecz gdy ojciec rzekł: „Koniec i basta!” — Gustaw zgodził się, bo wiedział, że tak trzeba. Znał świat, znał realia rodzinne, lecz trafił do niego tylko jeden argument:
— Jeśli się nie zgodzisz, koniec z wystawnym życiem! Korzystałeś ty, teraz czas na to, aby i inni korzystali po tobie!
Siedząc teraz na łóżku, przy swojej świeżo poślubionej żonie, przypomniał sobie, w jakim nastroju zjawił się po raz pierwszy w tym pokoju. Był zdruzgotany, zbuntowany, upodlony. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na Anielę, aby zrozumieć, że nigdy jej nie pokocha, a ona będzie dla niego wiecznym ciężarem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak wielkim. Miałem miesiąc, żeby się z tego wyplątać! Na Boga! Dlaczego dałem się w to wciągnąć?! Mogłem się zapić albo powiesić — nie żal by mi było takiego życia, jakie mnie czeka z nią!
W swoich samotnych rozważaniach przypomniał sobie o kochance. Rozmawiał z nią na weselu — na oczach niczego nieświadomej małżonki. Teraz przeszło mu przez myśl, że ona wyczuła co się święci, i dlatego zemdlała… Po chwili doszedł do wniosku, że to byłby absurd. Gustaw kochał tamtą, choć minęło tak wiele dni, odkąd widzieli się po raz ostatni. Myślał, że to koniec — dlatego wpadł w cug: grał w karty, w polo i obstawiał, żeby tylko choć trochę odbić się finansowo od dna. Miesiąc pijaństwa i zabawy, ale udało się i zaoszczędzić trochę grosza. Nie zniósłby świadomości, że jest całkowicie zależny od niekochanej żony. Dama jego serca: Katarzyna, powiedziała mu co prawda na weselu, że nadal mogą się spotykać, lecz teraz, w obliczu tego, że widział przy łóżku chorej żony księdza, który spowiadał go przed ślubem, zaczęło gryźć go sumienie. Obecność duchownego nie pozwalała mu myśleć o uciechach z tamtą. Kierowała natomiast myśli ku chorej żonie.
Przyjrzał się dokładnie jej bladej, wychudzonej buźce. Spała, jakby umarła.
— Widzisz teraz, Gustawie, jak wielka odpowiedzialność na tobie spoczęła — oznajmił ksiądz. — Jesteś teraz za nią odpowiedzialny. Mam nadzieję, że zachowasz się jak dorosły mężczyzna. Masz przecież dwadzieścia pięć lat.
— Co ksiądz ma na myśli? — zdumiał się. Czyżby kapłan domyślał się, że ma kochankę?
— Chodzą słuchy tu i tam… — zaczął, lecz nie skończył.
— Nic księdzu do tego! — warknął cicho w akcie buntu.
— Jeśli uczynisz z jej życia jeszcze większe piekło, to nie ja wymierzę ci karę.
Słowa te skierowały myśli chłopaka ku surowemu Bogu, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Czuł strach jedynie przez chwilę. Później wstał i oznajmił:
— Nikt nie będzie mnie ograniczał! A już na pewno nie ona!
Odwrócił się plecami do kapłana i prędko opuścił sypialnię dziewczyny.
— Boże miłosierny! — jęknął cicho ksiądz Michał i przeżegnał się. — Uratuj Anielę przed tym podłym człowiekiem, bo ja już nie mam do niego siły. — Uronił kilka łez, otarł je i znów zaczął się modlić. Był święcie przekonany, że tylko moc modlitwy serca może uratować tę nieszczęsną przed życiem w piekle małżeńskim lub śmiercią. — Dla ciebie, Ojcze, nie ma rzeczy niemożliwych… — westchnął cicho i na nowo wzbudził w sobie nadzieję.
***
Obudziła się, gdy na zewnątrz było już ciemno. Doskonale rozróżniała ciemność nocy od tej, która panowała w jej pokoju z powodu zasłoniętych w oknach kotar. Pierwszym, co pojawiło się w jej myślach po obudzeniu się, było wspomnienie pewnego młodzieńca. Pamiętała jego kpiarską minę przytwierdzoną niczym brzydki obraz do przystojnej twarzy. Dopiero po chwili przypomniała sobie, kim był ten człowiek. Po omacku sięgnęła do lampy stojącej na szafce obok łóżka. Blade światło rozjaśniło pusty pokój. Pamiętała, że przed snem stało tutaj troje ludzi: lekarz, ksiądz i…
— Gustaw — szepnęła. Tak przerażająco zabrzmiało teraz w jej ustach to imię, które zaledwie przez kilkanaście godzin jawiło się jej jak nadzieja na lepsze czasy. Teraz, pozbawiona złudzeń, przypomniała sobie, że stała się jego żoną.
Do pokoju zajrzała jedna z jej pokojówek. Rozpoznała Alinę, tę która zazwyczaj służyła jej przy kąpieli.
— Jak dobrze, że pani już nie śpi. Ojciec pani kazał przygotować czystą pościel i kąpiel przed nocą poślubną. — Weszła do środka i stanęła u nóg jej łóżka.
— Noc p-poślubną?! — przestraszyła się Aniela.
— Tak — odpowiedziała ładna blondynka ubrana w czarny uniform pokojówki. Dziewczyna lat dwadzieścia pięć pracowała w domu państwa od pięciu lat. Dobrze wiedziała, z czym zmaga się panienka Aniela. Przez lata napatrzyła się na znieczulicę, którą okazywali pannie jej rodzice. Ale tym razem przeszli samych siebie. Chcieli dziewczynę omdlałą zmusić do obcowania z mężem, i to tuż po ataku nerwowym! W sercu żal jej było panienki, teraz już pani. Lecz nic nie mogła poradzić, była jedynie służącą.
— Alino, podejdź prędko — poprosiła ją Aniela. Dziewczyna podeszła i nachyliła się ku swojej pani, bo ta mówiła bardzo cicho: — Pomóż mi! Muszę się gdzieś schować! Mąż darzy mnie wielką pogardą. Umrę, jeśli z równie wielką pogardą pozbawi mnie cnoty… Muszę tego uniknąć! Choćby tylko ten jeden raz!
W oczach pani Karnickiej dostrzegła błaganie pomieszane z panicznym strachem. Nie, moja pani nie zasługuje na to, żeby mąż ją wziął siłą. Pewnie biedaczka nie wie, co może jej ta noc zrobić, dlatego tylko wstydem się kierując, pragnie uniknąć pogardy ze strony męża. Postanowiła jej nie uświadamiać, ale pomóc jej uniknąć tego bólu.
— Dobrze, pomogę!
Zaszedł do pokoju żony około dwudziestej pierwszej. Teść kazał naszykować pokój Anieli, aby mogli tam odbyć poślubny rytuał. Obym zrobił to raz i mógł o niej zapomnieć! — powtarzał w myślach, gdy zmierzał ku jej sypialni. Specjalnie zwolnił kroku, w nadziei że zdarzy się coś, co uchroni go przed tym nieprzyjemnym obowiązkiem. W przeszłości spędził kilka upojnych nocy w ramionach kochanki, która się mu podobała. Anielę zaś darzył pogardą, gdyż przymuszono go do niej. Nie była ładna, wyglądała jak żywy trup, który zaraz ma się do grobu zapaść.
Doszedł do pokoju. Zapukał i nacisnął klamkę… Jakież było jego zdziwienie, gdy nie zastał w sypialni żony lecz — służącą.
— Gdzie ona? — zapytał Alinę.
Dziewczyna podeszła do niego i odpowiedziała:
— Proszę pana, panna Dembińska, to znaczy pani Karnicka zniknęła.
— Że co?! — parsknął.
— Pani Aniela zniknęła. Pan Dembiński kazał mi tutaj przyjść i nastroić kąpiel, zmienić pościel, ale pani nie ma! — rozłożyła bezradnie ręce.
— To jakiś żart?! — warknął nieprzyjemnie. Zaczął chodzić po pokoju i szukać żony. Nie mieściło się mu głowie, że dziewczyna mogła od tak schować się przed nim. Przecież była osłabiona i chora! Jakim cudem udało się jej zniknąć?! Nie chciała tej nocy równie mocno jak on! A mimo wszystko poczuł się urażony! Nie znalazł jej ani pod łóżkiem, ani w szafie czy za kotarami… Aniela faktycznie uciekła przed nim. Zrozumiał, że ma ten nieprzyjemny poślubny obowiązek za sobą. Poczuł chwilową ulgę, po czym na poważnie zainteresował się zniknięciem żony. Gdzie ona jest?!
— Dziewczyno! — przywołał ku sobie Alinę.
— Czym mogę służyć? — dygnęła nisko.
— Ty wiesz, gdzie ona jest. Prawda? — Bacznie się jej przyjrzał. Unikała jego wzroku.
— Przepraszam, ale pani poprosiła mnie o pomoc i… — zacięła się. — Nie mogę nic więcej powiedzieć. — Spuściła nisko swoją głowę.
— Aniela jest chora. Chcę tylko wiedzieć, czy jest bezpieczna! — wyjaśnił.
— Tak. — Skinęła głową.
— Doskonale. Możesz odejść!
Alina dygnęła i wyszła z pokoju. Nie wiedziała, co planuje Gustaw Karnicki.
— No to sobie poczekam, w takim razie, na małżonkę! — powiedział do siebie pod nosem. Zgasił lampkę i położył się na szerokim łożu swojej żony. Miał zamiar na nią zaczekać.
Zziębnięta Aniela schowała się na strychu. Był tam pewien zapomniany pokój, w którym kiedyś chowała się, gdy dom odwiedzali znajomi rodziców z dziećmi. Było to dwóch starszych od niej chłopców. Bała się ich, byli zbyt głośni i często wpadali na idiotyczne pomysły, które czasem kończyły się urazami fizycznymi. Kilka razy dostało się i jej, wtedy zaczęła się przed nimi chować.
Tym razem schowała się tutaj przed człowiekiem, który został jej mężem. Szczerze miała nadzieję, że jej nieobecność wyda się mu na tyle bezczelna, że Karnicki obrazi się na nią. I postanowiła sobie powtórzyć tę ucieczkę każdej kolejnej nocy, jak tylko ojciec każe ją wykąpać i zmienić pościel, aby mogła począć syna z wybranym dla niej mężczyzną.
Pomogła jej tutaj przyjść Alina. Ledwie udało się im uniknąć spotkania z ojcem, który akurat przemierzał korytarz. Schowane w cieniu, za kotarą pod oknem, umknęły jego uwadze i niezauważone wyszły na strych, czyli piętro wyżej. To był dla niej duży wysiłek, lecz miała swój cel i pomoc w postaci silnej i zdrowej osoby. Alina pomogła jej także po wszystkim zejść znów na dół, do sypialni. Nie weszła jednak do środka razem z nią. Aniela weszła tam sama, wspierając się na lasce.
W chwili, gdy zamknęła za sobą drzwi, lampka na jej szafce nocnej zapaliła się. Dziewczyna przez zmrużone oczy dostrzegła leżącą na łóżku postać mężczyzny. Przestraszyła się, gdy odkryła, że to jej mąż.
— Dobry wieczór, żono! — rzekł ironicznie, po czym wstał.
Aniela wycofała się w kierunku drzwi, lecz Gustaw był na tyle szybki, że prześcignął ją i nie pozwolił uciec! Zamknął drzwi na klucz. Osłabiona Aniela, ruszyła w stronę łóżka, lecz zachwiała się i upadła u stóp łoża. Wsparła się na łóżku, żeby móc wstać, ale była zbyt słaba.
— Czego ty się boisz, dziewczyno?! — usłyszała tuż nad sobą. Poczuła, że ktoś łapie ją za ręce i podnosi ku górze. Po chwili Gustaw posadził ją na łóżku, a ona objęła się ramionami, jakby chciała bronić się nimi przed atakiem. W środku drżała ze strachu. Była bezsilna wobec siły jego mięśni i sprytu, którym się wykazał, czekając na nią w pokoju. Zamknęła oczy i skuliła się.
— Słyszałem, że zniknęłaś — mówił, stojąc przed nią w lekkim rozkroku. — Postanowiłem więc zaczekać, aż się odnajdziesz i zapytać cię: dlaczego? — Czekał dobrą chwilę na odpowiedź, ale ona bała się ruszyć. — Czego tak się boisz? Mnie? — dziwił się.
Bała się odpowiedzieć, za to wzięło ją znów na płacz.
— Jeszcze nic nie zrobiłem, a ty już płaczesz?! — dziwił się nadal, wahając się między współczuciem a irytacją.
Nie no! Z tego nic nie będzie! — pomyślał sobie.
— Chodź! Zaprowadzę cię do łóżka — oznajmił, po czym ujął ją za ramiona i pociągnął ku górze. Była tak zesztywniała i rozdygotana, że sam przestraszył się tego, jaką wzbudza w niej panikę. — No chodź — zachęcił łagodnie. Objął ją ramieniem i podprowadził do prawej strony łoża, tam gdzie zwykle sypiała. Odrzucił kołdrę na bok, aby zrobić dla niej miejsce. Posadowił ją, a następnie pomógł się położyć.
Nakrył ją kołdrą. Była zdumiona! Myślała, że ten człowiek właśnie tak zaczyna swój podbój jej ciała. Tymczasem on nakrył ją i jeszcze zapytał:
— Chcesz koc?
Dygotała z zimna, ale bała się prosić o cokolwiek. Koc leżał w nogach łóżka, więc tylko sięgnął po niego i nakrył ją dodatkowo, aby zrobiło się jej cieplej.
— No, teraz będzie ci ciepło. A może chcesz co ciepłego do picia?
Tym razem jej milczenie zirytowało go.
— Czy jesteś także niemową?! — warknął niemiło.
Aniela nakryła się kołdrą po sam czubek głowy i zapłakała. Gustaw poczuł się winny. Nie chciał być dla niej niemiły i doprowadzać jej do łez. Żal mu się zrobiło tej biednej istotki.
— Wezwę Alinę, może ona cię uspokoi. Dobrej nocy! — rzekł na koniec, po czym opuścił sypialnię żony.
Przestała płakać. Zdumiona, wyjrzała spod kołdry i szepnęła:
— Poszedł sobie. — Odetchnęła. Zdziwiło ją jego postępowanie. Położył ją do łóżka i poszedł sobie, a nawet okazał jej troskę. W sercu Anieli po raz kolejny nieśmiało zapalił się płomyk nadziei.
6. Kształt subtelnego uśmiechu
Jeszcze nigdy nie doświadczył czegoś podobnego. Przeważnie damy okazywały mu uwagę, były nim żywo zainteresowane. Nie narzekał też na liczne rozmowy i spotkania towarzyskie, przepełnione ukradkowymi, flirciarskimi spojrzeniami zza eleganckich wachlarzyków. Spodziewał się, że dziewczyna taka jak Aniela, pomyśli sobie na jego widok, że chwyciła w przenośni Pana Boga za nogi! Tymczasem okazała mu jedynie paniczny strach i nieśmiałość, i wyglądało na to, że wcale nie interesowały ją łóżkowe przygody z mężczyzną. Była poważnie chora, osłabiona, mdlała, ciągle odwiedzał ją lekarz… Po nieudanej nocy poślubnej dał sobie parę dni na zastanowienie, co dalej począć. Nawet przyszedł do niej na drugi dzień, aby od tak, przywitać się, ale jedyne co zrobiła na jego widok, to schowała się pod kołdrę. Wyszedł, nie rzekłszy ani słowa.
Był koszmarnie znudzony przebywaniem w pałacu na wsi. Postanowił więc noc spędzać w pałacu dla niepoznaki, na dzień zaś wybierać się do miasta. Był w tej dobrej sytuacji, że teść posiadał wiele powozów, w tym jeden do dyspozycji córki oraz jej męża. Ponad to mógł udać się do miasta konno, pod pretekstem załatwienia ważnych sprawunków. Kombinował więc, jak tylko potrafił.
Był na meczu w polo. Sam nawet brał udział w jednej rozgrywce — był w tym bardzo dobry! Uwielbiał ruch, rywalizację i co najważniejsze: wygrane! Miał w sobie sporą dozę hazardzisty, tak jak jego ojciec. Odwiedził znajomych, był w bibliotece… Żył tak, jak kiedyś. Jedna tylko rzecz nie dawała mu spokoju: myśl o kobiece, z którą spędził już niejedną noc. Katarzyna była kobietą w jego wieku, panną, która nie mogła liczyć na dobrą partię w małżeństwie. Dlatego wodziła mężczyzn za nos, chcąc jak najwięcej dla siebie ugrać. Jednym słowem była: prostytutką. Lecz nie byle jaką. Naraz miała tylko jednego sponsora, o ile spotykał się z nią regularnie. Przed zmianą partnera robiła badania i pokazywała zaświadczenie od lekarza sponsorowi, że jest zdrowa. Ta „panienka” (lat dwadzieścia trzy) nie miała już rodziców, zatem musiała sobie radzić sama. Gustaw spędził z nią pięć nocy i zdawało mu się, że się zakochał.
W środę, gdy był już mocno znudzony światem męskich rozrywek, pozostał w mieście do samego wieczora, aby udać się do Katarzyny. Właśnie przemierzał późną porą ulicę, gdy blisko domu tej „damy” niespodziewanie natknął się na znajomą twarz.
— Gustaw?! — zdumiał się ksiądz Michał na jego widok.
Karnicki przełknął ślinę i zaklął w myślach. Dobrze wiedział, co miałby do powiedzenia ten duchowny, gdyby wiedział, dokąd się wybierał.
— Szczęść Boże! — powiedział grzecznie i ukłonił się.
— Tak późno, a ty nie przy żonie? — Przyjrzał się mu bacznie. Wyglądał mu na kogoś, kto coś kombinuje.
— Odwiedzam znajomych.
— Po dwudziestej drugiej?! — dziwił się ksiądz. Przez myśl od razu przeszło mu, że młodzieniec idzie odwiedzić nie znajomych lecz znajomą.
— Tak jakoś wyszło…
— Gustawie — zabrzmiał groźnie. — Pamiętaj, że wstąpiłeś w święty związek małżeński, a to do czegoś zobowiązuje. Mam nadzieję, że nie chcesz narazić na szwank dobrego imienia swojej żony oraz teściów i ojca…
— To nie księdza sprawa! — warknął cicho przez zęby.
— Mylisz się, synu — odpowiedział spokojnie, po czym ujął chłopaka pod rękę. — Chodź, spędzisz noc w zakonnej celi, a rano wrócisz do żony. Czuć cię alkoholem. Nie można takim wracać do domu, żeby teściowie… — mówił i ciągnął go za sobą.
Gustaw przystanął i odparł sprytnie:
— To ja już lepiej do domu wrócę. Mam tu niedaleko powóz.
W świetle latarni gazowej duchowny przyjrzał się twarzy młodzieńca i zobaczył w jego brązowych oczach zdenerwowanie. Wcale nie obchodziło Michała to, że wzbudzał niechęć w tym młodym człowieku. Najważniejsze było dla niego dobro Anieli. Nie darowałby sobie, gdyby z powodu braku jego stanowczości, Aniela rozchorowała się jeszcze bardziej z powodu niewierności męża. Bóg posłał go tutaj do umierającej kobiety, tymczasem tuż po jej śmierci, po wyjściu z kamienicy kilka kroków dalej natknął się na Gustawa Karnickiego. Nie mogło być mowy o przypadku. Ksiądz Michał był święcie przekonany, że wolą Boga było, aby to on osobiście dopilnował, żeby ten małżonek nie popełnił przedwcześnie jakiegoś głupstwa. Zwłaszcza, że w oczach duchownego związek rokował bardzo dobrze. Widział ostatnio, jak bardzo Karnicki przejął się omdleniem żony na weselnym przyjęciu. Siedział przy niej długo, blady, cichy, zamyślony. Być może współczuł jej, a to oznaczało, że być może z czasem zacznie jej pomagać, a nawet zaprzyjaźnią się. A od przyjaźni przecież już tylko o krok było do miłości…
Odprowadził Gustawa do samego powozu i zaczekał, aż wsiądzie. Zanim ruszył, zadał mu jeszcze pytanie:
— A jakże tam kontakty z Anielą się układają?
— Źle. Ona umiera ze strachu na mój widok. Ja umieram z nudów, a ona się tylko pod kołdrą chowa! — nie owijał w bawełnę, aby pokazać duchownemu, w jak ciężkiej sytuacji się znalazł.
— To może napisz do niej list?
Gustaw wzruszył ramionami.
— Będę w pałacu w niedzielę, mszę odprawić i Anielkę wyspowiadać. Mam nadzieję, że się zobaczymy — przykazał z naciskiem.
— Nie wiem, może tym razem ja się schowam pod kołdrę? — zażartował ironicznie.
— He, he! Masz doskonałe poczucie humoru, młodzieńcze! Szczęść Boże, pozdrów żonę ode mnie!
Gustaw odjechał, a Michał westchnął i zaśmiał się.
— Jeszcze ty ją pokochasz! Oj, pokochasz!
Karnicki zaś burknął do siebie pod nosem:
— Nie będziesz mi, księżulku, życia układał! Nie pozwolę na to!
Po paru minutach, gdy z Gustawa opadły emocje, pomyślał, że dobrze uczynił, ulegając duchownemu. Nie chciał, żeby związek z Anielą skończył się skandalem, nie chciał także oczerniać nazwiska Dembińskich. W końcu też wspomniał z przymusu i na przysięgę, którą złożył. Koniec z Katarzyną. Nie mogę jej więcej widywać. Przez moment czuł żal, ale później z nadzieją zwrócił się sercem ku żonie. Może ten klecha ma rację? Może udałoby mi się z nią zaprzyjaźnić? Życie stałoby się znośniejsze… Gdy przypomniał sobie, jak reagowała na jego widok, doszedł do wniosku, że to jednak niemożliwe.
— To będę sobie żył sam! I nie pozwolę się do domu przykuć i do chorej żony, niczym do kuli u nogi! — zakończył buntowniczo. Miał zamiar postawić na swoim.
***
Nie odwiedził jej ani w czwartek, ani w piątek. Przesiedział cały jeden dzień zamknięty w biblioteczce, drugi w swoim pokoju. Ale gdy nadeszła sobota, dzień grania w karty, nie wytrzymał! Wyrwał do miasta z samego rana, żeby teściów nie spotkać i pognał konno do miasta. Spędził na grze całą noc, nie żałował ani jednego wydanego grosza. Bawił się wyśmienicie!
W zamian, gdy w niedzielę zjawił się w pałacu koło południa, czekał już na niego w holu Kazimierz Dembiński, teść we własnej osobie. Minę miał srogą. Było już po mszy, nawet ksiądz Michał zdążył już wyspowiadać Anielę i opuścić pałac. Ale przecież właśnie o to chodziło Gustawowi.
— Żądam wyjaśnień, zięciu! — warknął na wstępie Dembiński.
Gustaw przełknął ślinę. Oto właśnie przesadził w swoich swawolach. Zatrzymał się parę metrów od wściekłego teścia.
— Za mną! — warknął Dembiński.
Odwrócił się i ruszył po schodach wiodących na pierwsze piętro. Tam znajdował się gabinet, w którym często przebywał Kazimierz. Weszli tam, a gdy za młodzieńcem zamknęły się drzwi, poczuł się osaczony, lecz nie tylko z powodu złego nastroju teścia. To czym zaatakował go ojciec jego żony, przypomniało mu kim jest i co tutaj robi.
— Doszły mnie słuchy, panie Karnicki, że stronisz od mojej córki! — Powiedział Kazimierz, gdy siedział już za swoim biurkiem. Z premedytacją nie kazał usiąść temu „bezczelnemu chłystkowi”, jak zaczął nazywać go od tego dnia swojego zięcia. Wszystko przez odpowiedź na jego stanowcze pytanie: — Kiedy masz pan zamiar rozdziewiczyć moją córkę i spłodzić z nią potomka?!
— Pan wybaczy, ale to niestosowne pytanie…
— Inna była umowa! — Walnął pięścią w blat biurka.
To rozzłościło Gustawa. Zbliżył się do biurka i odpowiedział tym samym tonem:
— Jak mi pan powiesz, jak mam zbliżyć się do tej rozkapryszonej damy, to być może pomyślę o tym! Póki co ciągle beczy i chowa się przede mną po kątach! Nie będę więc za nią latał, jakbym był psem!
— Bezczelny chłystku! Wozisz się za moje pieniądze do miasta, trwonisz majątek żony!
— Oj, wypraszam sobie! Gram za swoje! A tych marnych szkap majątkiem nazwać nie można!
— Ach tak?! To wara od moich koni i powozów, boś im do pięt nawet nie dorósł! Wynocha mnie stąd! — wściekał się i wymachiwał rękami. — A jak zobaczę, że zdradzasz moją córkę, to cofnę twojemu ojcu kredyt, który u mnie zaciągnął! I rozwód będzie z twojej winy! Spłaty zażądam i zadośćuczynienia! Do więzienia pójdziecie, złodzieje!
Ten argument sprawił, że Gustaw zacisnął usta. Wobec tak przedstawionej sprawy musiał powściągnąć emocje.
— Koniec z włóczeniem się samopas po mieście! Masz bywać z żoną, a nie jak kawaler, pośród panien się bawić! A teraz idź do Anieli! I proszę mi stamtąd nie wychodzić do samego wieczora! A najlepiej rana! — Czerwony ze złości Kazimierz pokazał mu palcem wyjście.
Karnicki ukłonił się i wyszedł.
— No, to sobie teraz porozmawiamy, panienko! — warknął pod nosem, kierując kroki w stronę pokoju żony.
***
Przez cały tydzień była sama, mąż wyraźnie jej unikał. Żyła tak, jakby nic się nie stało. Wzięła ślub, lecz Gustaw trzymał się od niej z daleka. Czuła, że to kwestia dni, gdy życie znów upomni się o nią ze swoimi bezlitosnymi roszczeniami. Póki co nawet zapadanie się w rozpaczy z tęsknoty za miłością było dla niej o wiele lżejsze do zniesienia, niż pretensje jej męża i rodziców.
W sobotę był u niej lekarz. Ojciec zażyczył sobie, aby ją zbadał.
— Ojciec pani chce, aby została pani poddana badaniu ginekologicznemu — oznajmił na dzień dobry.
— Ale po co? Przecież nic mi na razie nie dolega… — dopiero po chwili domyśliła się, o co chodziło tacie. Chciał wiedzieć, czy mąż ją rozdziewiczył. — To zbyteczne. Ja… — przypomniała sobie, jak zachowała się podczas pierwszej nocy poślubnej.
— To badanie nie boli…
— Panie doktorze! — przerwała mu i wyznała: — Ja nie obcowałam z mężem. — Spuściła głowę zawstydzona.
— Ach tak — pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Boję się bólu i… nie chcę, żeby on mnie do tego zmuszał, bo wiem… że nigdy mnie nie pokocha. I wiem, że jestem mu ohydna. — Zakryła twarz dłońmi.
Starszy pan przysiadł obok niej na łóżku i ujął jedną z jej dłoni. W jego oczach dostrzegła współczucie. Lubiła go, był dla niej niczym wspomnienie dobrego dziadka. Nie był jej krewnym, a mimo to zachował się lepiej niż rodzony ojciec.
— Nie bój się, to nie jest takie złe — tłumaczył cierpliwie. — Początkowo może troszkę zaboleć, ale stosunki dla kobiety są z reguły bardzo przyjemne.
— Może tak jest, gdy kobieta jest kochaną, ale ja… — pokręciła głową.
— Niech porozmawia pani z mężem i powie mu, czego się boi.
— To niemożliwe. On mną gardzi!
Doktor westchnął i zapytał:
— Co mam powiedzieć pani ojcu?
— Prawdę.
Skąd mogła wiedzieć, że prawda wyzwoli w Dembińskim furię, a ten wyładuje ją na Gustawie. Nie mogła nawet przypuszczać, że owoce tej prawdy otrą się swoimi ostrymi igłami o jej odrzucone i niekochane serce.
Rano przyszedł do niej ksiądz ze Spowiedzią i Komunią. Porozmawiali szczerze o jej małżeńskiej relacji z mężem. Ksiądz Michał wciąż próbował wzbudzić w niej nadzieję, której sam był pełen, że związek Anieli i Gustawa można by oprzeć na wzajemnej przyjaźni pełnej zrozumienia i opieki. Pozostawił ją w tej nadziei, aby kilka godzin później musiała ją na nowo utracić. Mąż wpadł z impetem do jej sypialni i stanął przy jej łóżku. W jego oczach dostrzegła wściekłość, po raz pierwszy widziała go takim strasznym. Nie mogła się poruszyć, była bezbronna. Musiała go wysłuchać i pozwolić mu zrobić z sobą to, co będzie chciał.
— Właśnie dostałem burę od twojego ojca! — zaczął warczeć i miotać się jak pies na uwięzi. — Oskarża mnie o to, że nie spełniłem małżeńskiego obowiązku! To nie moja wina!!! W dodatku wszyscy wyrzucają mi, że włóczę się po mieście sam, choć powinienem być z żoną! Nie zgadzałem się na uwięzienie!
— Wszystko wytłumaczę tacie. Powiem mu, że to nie twoja wina — mówiła cichutko, jakby bała się, że mąż ją zaraz uderzy. Ale zrobił coś innego.
— Nie, dosyć tego!!! Wystarczy!!! — Gwałtownie odrzucił jej kołdrę na bok i chwycił za ręce. Chciał, żeby wstała z łóżka. Szarpnął ją i zmusił do stanięcia na podłodze. Potem znów krzyczał, trzymając ją silnie za ramiona: — Masz nogi! Nie jesteś kaleką!!! Możesz chodzić!!! Zatem w tej chwili ubieraj się i jedziesz ze mną do miasta!!! Rozumiesz?!
— Nie, ja nie mogę… ty nie rozumiesz… — mówiła cichutko i kręciła głową. Z emocji zaczęło kręcić się jej w głowie. Bała się go. Był nieprzyjemny i agresywny. Ledwie stała na tych swoich słabych nogach. Uderzyła ją niesprawiedliwość z jaką traktował ją mąż i ta przemoc, z którą chciał wymóc na niej, aby robiła dokładnie to, czego chciał. Zachciało się jej płakać z bezsilności.
— Tylko nie becz znowu!!! — Potrząsnął nią dla opamiętania. — Słyszysz?!
Tego było dla niej zbyt wiele. Jej przeciążona gwałtownymi emocjami głowa po chwili opadła, po czym omdlała cała reszta jej ciała. Aniela straciła przytomność.
Aniela zemdlała w jego ramionach. Wziął ją na ręce i położył ją na łóżku. Pochylony nad nią, przejęty jej stanem, próbował ją ocucić.
— Anielo! Anielo! — Potrząsał nią, lecz ona nie reagowała. — Co ja zrobiłem?! — zarzucił sobie to, że nie zapanował nad swoimi emocjami. — Przepraszam! Nie powinienem był tego robić! Przecież to nie twoja wina. — Poderwał się, aby dzwonkiem przywołać służącą. Nie musiał długo czekać.
Alina weszła do pokoju.
— Pomóż mi, ona zemdlała! — zabrzmiał z takim dramatyzmem w głosie, że sam się tym zdziwił.
— Co jej się stało?!
Pokojówka w mig znalazła się przy swojej pani.
— Co jej pan zrobił?! — rzuciła w niego tym pytaniem, a on zaczął się tłumaczyć:
— Wpadłem w złość… ona płakała… potrząsnąłem nią… Boże! Co ja zrobiłem?! — załamał ręce.
— Nie czas teraz na to! Trzeba ją ułożyć. Niech mi pan pomoże!
Gustaw ruszył z pomocą: podłożył pod nogi żony poduszki, po czym ruszył do okna, aby wpuścić do środka świeże powietrze.
Mimo ich szczerych chęci, Aniela nie odzyskiwała przytomności.
— Niech pan z nią zostanie, pójdę po sole trzeźwiące — rzekła i czym prędzej wyszła.
Gustaw przysiadł obok żony i przyjrzał się jej bladej, wychudzonej buźce. Biedna, chora dziewczyna. Odgarnął ciemne, długie pasma włosów z jej twarzy. Pożałował gorzko, że nie potrafił wznieść się ponad swój egoizm i dostrzec w niej nie przeciwniczkę lecz ofiarę. Niczemu nie była winna. Wszystkie decyzje zostały podjęte za nią, nawet nie zapytano jej o zdanie, ale użyto jej ciała jako przedmiotu do zaspokojenia cudzych ambicji.
Do pokoju wróciła Alina.
— Mam perfumy pani Ludmiły, może będą dobre. — Okrążyła łóżko i przykucnęła obok głowy Anieli. Otworzyła flakonik perfum, po czym rzekła: — Niech jej pan nie wini za to wszystko. Ona już dosyć się w życiu znieczulicy najadła. Własna matka jej nie cierpi, a ojciec traktuje jak pomyłkę, bo przecież miała być synem!
— Co ty mówisz, dziewczyno? — dziwił się.
— Tak! To jedyne dziecko państwa. Pani Ludmiła nigdy później już nie mogła mieć dzieci. Jest dla niej zimna, obojętna! Tylko dziadkowie ją kochali… to ich pokój i małżeńskie łoże — wskazała na łóżko, na którym leżała omdlała dziewczyna. — Tylko tutaj czuła się szczęśliwa, spędzając czas w tym pokoju z dziadkiem i z babcią. Potem wszystko się zmieniło… — Przystawiła flakon do nosa pani, ale Gustaw odsunął jej dłoń, aby zapytać o coś jeszcze:
— Powiedz, jak mam zdobyć jej sympatię? Chciałbym… zostać jej przyjacielem.
— Na razie musi pan udowodnić jej, że nie jest wrogiem.
— Ale jak? — jęknął.
— Na pewno nie tak, jak przed chwilą! — zrugała go i przystawiła flakonik do nosa Anieli. — Ona potrzebuje miłości, przytulenia, dotyku… A nie szarpania i pretensji!
Aniela zaczęła mamrotać i kręcić głową na boki.
— To nie ja… Nie moja wina… — mówiła cichutko.
— Niech pan się odsunie, bo zemdleje po raz kolejny na pana widok.
Miała rację. Gustaw oddalił się w stronę okna i zaczął bacznie śledzić akcję. Gdy tylko przebudzona Aniela dostrzegła w pokoju jego obecność, ujrzał w jej oczach strach.
— Jestem z panią i nie pozwolę skrzywdzić — zapewniła ją wierna opiekunka.
— Alinko, niech on sobie pójdzie — poprosiła.
Ale Gustaw nie miał zamiaru. Zbliżył się i ze skruszoną miną powiedział:
— Przepraszam, Anielo. Poniosło mnie. Nie chciałem ci zaszkodzić. Czy mi wybaczysz i spróbujesz się ze mną… — wiedział, jak bezsensownie to zabrzmi, po tym, co jej zrobił, ale dokończył: — zaprzyjaźnić?
Zaniemówiła. Musiała dobrze przeanalizować słowa tego obcego mężczyzny, który z wroga chciał zmienić się w jej przyjaciela. Nie, to niemożliwe. Dlaczego miałoby tak być? — pomyślała.
— Zostawić państwa? — zapytała służąca.
— Zrób, proszę, coś do picia dla mojej żony. Herbata dla dwojga — odpowiedział.
Alina dygnęła i wyszła, a Aniela została na łasce obcego.
Gustaw przysiadł obok niej, na łóżku, a ona odruchowo odwróciła głowę w drugą stronę, jakby bała się, że znów jej się dostanie.
— Nie bój się mnie — powiedział łagodnie. — Już mi przeszło.
W pokoju panował półmrok oświetlany jedynie światłem dobywającym się z kominka. Świeże powietrze pozbawiło pokój przytulnego ciepła i duchoty, w której zazwyczaj żyła Aniela. Bała się tego człowieka, który tak brutalnie ją potraktował. Nagle stał się miły, jakby czegoś od niej chciał. Nie chciała na niego patrzeć. Bała się, że znów zrobi jej krzywdę. Ale stało się coś zupełnie innego:
— Anielo, wybacz mi. Przez cały tydzień nie było mnie w domu, nie mieliśmy nawet okazji się poznać. Twój tato ma rację, powinienem być tutaj, przy tobie. Zapomniałem, że to nie twoja wina, i że zmuszono cię do tego ślubu. Wiem, że to wszystko wygląda źle — pokręcił głową na boki. — Ale jeśli nie możemy się kochać, to może choć zostańmy przyjaciółmi?
Nie odpowiedziała. Patrzyła tylko w stronę drzwi, jakby spodziewała się stamtąd wybawienia.
— Nasze małżeństwo nie musi być udręką dla nas obojga. Możemy przecież zawrzeć pakt przyjaźni i wspierać się wzajemnie. Czy zgodzisz się na to? — Wstał i nachylił się w jej stronę, wsparł się na rękach, po obu stronach jej ciała, tak aby mieć jej głowę tuż przed sobą. Zobaczył w jej oczach strach, Aniela drżała. Zamknęła oczy i zmarszczyła czoło, jakby sprawiał jej ból samą swoją obecnością. Zrozumiał, że zrobił jej wielką krzywdę, tak jak wszyscy najbliżsi jej ludzie. Powinna być kochana, ale była nienawidzona. I nagle odkrył prawdę: to dlatego była chora.
— Podasz mi rękę na zgodę? — poprosił i wsparty na lewej ręce, wyciągnął prawą w jej stronę. Dodał przy tym sympatyczny uśmiech, którym chciał ją przekonać, że nie jest taki zły, na jakiego wyglądał.
Powoli otworzyła swoje ciemne oczy, aby w świetle kominka, tuż nad sobą zobaczyć przystojną twarz młodzieńca. Nie widziała już grymasu nienawiści w jego mimice. Jego twarz rozpogodziła się, a nawet dostrzegła, że jego usta wyrażały uśmiech.
— Ale… dlaczego? — zapytała drżącym głosikiem.
— Bo nie chcę, aby nasze małżeństwo było piekłem.
W jego słowach wyczytała prawdę. Wyciągnęła więc ku niemu swoją wątłą, drżącą dłoń, a on uścisnął ją mocno. Odsunął się. Po chwili weszła do pokoju Alina z herbatą.
— Jakże się czuje moja ulubiona pani? — zagadnęła radośnie. Zobaczyła, że atmosfera w pokoju rozluźniła się trochę.
— Lepiej — odpowiedziała.
Pokojówka postawiła tacę na stoliku, aby nalać do filiżanek gorącego napoju.
— Strasznie tu ciemno. Czy mogę rozsunąć okna? — poprosił Gustaw, który przystawił sobie krzesło ku łóżku Anieli. Miał zamiar spędzić z nią jeszcze kilka chwil przy herbacie.
— Nie, ja… nie lubię, gdy okna są… takie jasne — wydukała niepewnie.
Alina pomogła dziewczynie usiąść, po czym podała jej filiżankę. Następnie dygnęła i opuściła pokój. Gdy tylko zniknęła, Gustaw postanowił podjąć ten temat po raz kolejny:
— Ale dlaczego? Za oknem jest przecież ładnie. Panuje teraz jesienna aura, jest słonecznie, a drzewa w ogrodzie przebarwiają się na kolorowo — zachęcał i miał nadzieję, że to przekona ją do zmiany zdania. Nie lubił mroku i zupełnie nie rozumiał, dlaczego Aniela wolała mrok od światła.
— Nie chcę patrzeć na świat pozbawiony miłości — wyznała, po czym upiła łyk herbaty.
— Jak to? Przecież na świecie jest pełno miłości. — Zdumiał się.
— Nie, myli się pan. Miłość jest tylko w snach i marzeniach. Próżno jej szukać na zewnątrz.
— Znam co najmniej tuzin osób, które się kochają!
— Ale nikt nie kocha mnie — wyjaśniła dogłębniej.
Skinął głową na znak, że rozumie. Powoli zaczynał rozumieć dramat tej biednej, chorej istotki zamkniętej w swoim własnym świecie. Chciał jej pomóc. W milczeniu wypił ze trzy łyki herbaty, po czym zapytał:
— Miałaś kiedyś pieska albo kotka?
— Nie. Zwierzęta widywałam w dzieciństwie tylko przez okno. Dużo chorowałam, a rodzice nie pozwalali mi trzymać zwierząt w pokoju. Oni nie lubią zwierząt — posmutniała jeszcze bardziej.
— A ty?
— Wydają mi się sympatyczne.
Gustaw postanowił w przyszłości wykorzystać ten fakt, aby pomóc Anieli. Cóż może być przyjemniejszego na stargane nerwy niż głaskanie ślicznego, miłego kotka?
W milczeniu dopili herbatę, po czym Gustaw wstał.
— Miło było mi spędzić z tobą ten czas. — Wyciągnął w jej kierunku dłoń, ale ona ani drgnęła. — Nie ugryzę cię. — Powoli wyciągnęła dłoń. Uścisnął ją, po czym wpadł na pomysł, aby ją ucałować. I zrobił to. Aniela zdziwiła się, a nawet zawstydziła, czego symptomem było delikatne zaróżowienie na jej policzkach. Mąż, ten obcy człowiek, który jeszcze pół godziny temu okrutnie nią szarpał i obwiniał o wszystko, co najgorsze, pocałował jej dłoń! — Mam nadzieję, że jutro pozwolisz mi się odwiedzić.
Uniosła ku niemu swoje brązowe oczy, aby przekonać się, czy mówił poważnie. Nie wyglądał jej na kogoś, kto miałby z niej w ten sposób kpić.
— Jeśli tylko zechcesz — odparła i spuściła wzrok ku filiżance.
— Zatem do zobaczenia! — Ukłonił się nisko, po czym wyszedł.
Dziewczyna z wrażenia przyłożyła dłoń do swoich ust.
— Ojej! Co mu się stało? Przecież był taki… — Przypomniała sobie to, jak ją potraktował, zanim zemdlała. Nie rozumiała tej nagłe zmiany. Może żal się mu zrobiło chorej dziewczyny? Tak, to musiało być to. Ulżyło jej, że może zapanować nad jego gniewem choćby dzięki swojej słabości. Nagle odkryła, że Gustaw nie był do końca taki zły, skoro zlitował się nad nią. Odetchnęła z ulgą, a na jej ustach pojawiło się coś na kształt subtelnego uśmiechu.
7. Odsłonięty przed nią świat
Plan, na który wpadł, był całkiem dobry. Miał zamiar poprawić stosunki z żoną, aby na drodze przyjaźni dojść do tego, czego żądali od niego teść oraz ojciec. Miał spłodzić potomka Dembińskich, musiał dotrzymać słowa, żeby nie pokrzyżować planów ojca. Nie wiedział tylko, co będzie dalej.
Jedną z rzeczy, którą zażyczyła sobie szanowna małżonka, było spanie w osobnym pokoju. Pomyślał sobie na początku, że to bardzo korzystny układ. Jeśli jednak wziąć pod uwagę to, że nie miał z nią warunków do pożycia intymnego, było to rozwiązanie krzyżujące mu plany. Zgodził się na to jednak, bo po cóż by miał walczyć na siłę o swoje małżeńskie prawa? Postanowił jednak to niebawem zmienić, a że postawił już pierwsze kroki ku zmianom, chciał kuć żelazo, póki gorące.
Następnego dnia, po pierwszej wypitej wspólnie z Anielą herbacie, zaszedł do niej z niespodzianką. Był poniedziałek, a zatem dzień czytania prasy zawierającej wszystkie wiadomości z poprzedniego tygodnia. Czytała ją jej pokojówka, Alina. Zastał je w pokoju ciemnym, choć na zewnątrz świeciło piękne słońce. Okna zasłonięte były masywnymi, ciężkimi kotarami, które zagradzały światłu drogę do wnętrza sypialni. W środku świeciła się tylko lampa służąca Alinie podczas czytania. Alina pochylała się nad gazetą i czytała na głos, a Aniela słuchała jej skupiona, z przymkniętymi oczyma zapatrzonymi w dal, przed siebie.
Niosąc w ręku koszyk z niespodzianką, przekroczył próg sypialni. Służąca przestała czytać, a oczy Anieli spoczęły na jej mężu.
— Dzień dobry, pani! — powiedział trochę zbyt oficjalnie.
Służąca powstała, aby okazać szacunek panu, a Anielka rzekła jak do obcego:
— Dzień dobry, panie Gustawie.
Zapewne chciała mu tą formułką okazać szacunek, jednak słowa wytworzyły między nimi taki dystans, że Gustaw zatrzymał się w połowie drogi ku łóżku chorej.
— Czy nie przeszkadzam?
— Nie, właśnie Alina czytała mi prasę i… Wybacz Alinko, przecież czytasz mi pięknie, a ja taka niewdzięczna — zaczęła kajać się za swoje niewypowiedziane myśli.
— Pani Anielka przestanie mnie przepraszać — zaśmiała się. — Przecież dobrze wiemy, że to nuda! Po co komu wiedzieć takie nudne rzeczy!? — Spojrzała na Gustawa, który trzymał w dłoniach zamknięty wiekiem koszyk. — Ale za to mąż pani umili jej popołudnie, widzę, że przyszykował dla pani niespodziankę. — Zakończyła miłym uśmiechem.
Gustaw poczuł się ośmielony. Podszedł w końcu do żony i zajął krzesło, na którym wcześniej siedziała służąca.
— Tak, mam coś, co umili ci czas. A raczej kogoś! — Uśmiechnął się tajemniczo i sięgnął do koszyczka. Wydobył z niego czarno-białego koteczka, który miauknął piskliwym głosikiem.
Aniela z wrażenia pisnęła i zakryła usta dłońmi. Ta niespodzianka zrobiła na niej spore wrażenie. Uradowana widokiem uśmiechniętej pani, Alina chyłkiem opuściła sypialnię. Zaś Karnicki ucieszył się, że fortel wyszedł mu wyśmienicie. Żona ożywiła się, a nawet uśmiechnęła.
— Skąd go masz? Jest taki śliczny! — ekscytowała się, ukazując mężowi po raz pierwszy pogodną twarz.
— To jeden z tych, które mieszkają w stajni. Pożyczyłem go na chwilę od jego mamusi.
— Oj, pewnie go szuka! — zmartwiła się.
— Odniosę go! No, chyba że postanowisz inaczej.
Wstał i nachylił się ku niej, aby mogła dotknąć kociego futerka. Maluch zwinął się w kulkę w jego dużych dłoniach.
— Pogłaszcz go, nie bój się! — zachęcił ją.
Aniela zawahała się, po czym powoli wyciągnęła dłoń ku zwierzątku. Najpierw dotknęła go opuszkami palców.
— Ale mięciutki!
Zaczęła delikatnie gładzić go swoją drobną rączką, ocierając się przy tym niechcący o dłonie Gustawa. Ten subtelny dotyk sprawił, że oboje spojrzeli sobie w oczy. Onieśmieleni sytuacją, odwrócili na moment swoje głowy w drugą stronę.
— Może chcesz go potrzymać? — zagadnął, żeby ją na nowo ośmielić.
Ponownie zwróciła twarz ku niemu.
— Ale nie wiem jak.
— Zaraz ci wszystko wyjaśnię… — dokładnie powiedział jej, jak może trzymać kotka, aby nie zrobić mu krzywdy, i żeby czuł się bezpiecznie. Wzięła go w swoje dłonie i przytuliła z największą troskliwością, jakby brała w objęcia swoje dziecko. Gustawa widok ten uderzył w sam środek serca. Aniela byłaby dobrą matką — była delikatna, troskliwa i czuła. A gdy widział, jak słodziła temu maluszkowi i jak go gładziła po futerku, nabrał pewności, że ta krucha istota ma w sobie wiele miłości, którą mogłaby dać nie tylko dziecku, ale i… jemu. Otrząsnął się z tego wrażenia — o miłości między nimi nie mogło być przecież mowy. Dopiero się zaznajamiali na stopnie przyjacielskiej. Ale kto wie!? — pomyślał sobie.
Wtem sielankę przerwało wejście matki dziewczyny, Ludmiły Dembińskiej. Gustaw wyprostował się i spoważniał. Teściowa napawała go dziwnym niepokojem. Była zbyt zimna jak na kobietę, niczym lód pozbawiony uczuć. Podeszła do nóg łoża Anieli, otworzyła swoje usta, aby przemówić… lecz wzdrygnęła się i wykrzywiła swoją mimikę z obrzydzeniem.
— A cóż ten stwór tu robi?! — warknęła. — Nie pozwoliłam wnosić do domu zwierząt! Anielo! Co to ma znaczyć?!
Karnicki musiał przejść do kontrofensywy, aby uchronić wrażliwą żonę przed atakiem matki.
— Pani wybaczy, to moja sprawka! Pomyślałem sobie, że to ożywi Anielę, sprawi, że poczuje się lepiej i…
— Skądże taki pomysł?! Jeszcze się czymś zarazi od tego czegoś!
— To kot. Malutki kotek.
— Weź go stąd i odnieś tam, skąd go zabrałeś! — rozkazała.
Gustaw posłusznie zabrał maluszka z rąk rozdygotanej Anieli. Zobaczył, jak twarz i zachowanie jego żony zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni. Była przestraszona, chciało jej się płakać, trzęsła się i zaciskała zęby. Żal mu się jej zrobiło. Włożył kota do koszyka i zamknął wieko. Maluch zaczął pomiaukiwać cichutko.
— No! Na co czekasz?! Wynieś to stąd!!! — wściekała się Dembińska. Odwróciła wzrok od zięcia i skierowała uwagę ku swojej córce. — A ty? Dlaczego nie czytasz prasy?! Gdzież jest Alina!? Dopiero co pół godziny temu ją tu wysłałam!
Gustaw posłusznie wycofał się z pokoju Zanim jednak zamknął drzwi, złapał kontakt wzrokowy z żoną i puścił ku niej pocieszający uśmiech. Jego usta niemo szepnęły: „Wrócę tu!”, po czym opuścił sypialnię.
Aniela została sama. Musiała teraz znieść wymówki wymagającej matki. Dla Gustawa było to trudne, zostawić ją taką bezbronną na pastwę tej kobiety. Chciał jej bronić, ale nie chciał sprzeciwiać się teściowej. Z kolei Aniela z pokorą i łzami w oczach wysłuchała wymówek matki. Nie pamiętała, kiedy ostatnio jej rodzicielka zwracała się do nie z miłością. Nie potrafiła pomieścić w swojej głowie tego, że osoba tak uduchowiona może być tak zimna i niedobra. Pomyślała sobie, że mama widać nie dopuściła Boga do swojego serca, ale trzymała go na zewnątrz, jakby bała się go kochać. Ta urzędowa relacja z Bogiem przejawiała się w każdej relacji, jaką miała Ludmiła z krewnymi: córką, mężem czy siostrą. Lecz Anielka nic nie mogła na to poradzić. Mogła się jedynie za nią pomodlić.
Zjawił się u niej dopiero po obiedzie, gdy wrześniowe słońce zaczęło zataczać swoje półkole ku zachodowi. Od tej strony znajdowały się okna pokoju Anieli. Postanowił sprawdzić, co u niej i przy okazji zaproponować pewną zmianę na stałe. Wszedł do sypialni, gdy Alina właśnie próbowała nakłonić swoją panią do tego, aby zjadła obiad. Usłyszał na wejściu:
— No, niechże pani chociaż trochę zje — błagała dziewczynina.
Aniela siedziała na swoim łóżku smutna, blada, podparta poduszkami, a służąca podawała jej na łyżce zupę.
— Kto tu nie chce jeść? — zapytał pół żartem, pół serio. Jeszcze nie wiedział, jak wielkim problemem było dla Anieli jedzenie. Karmiono ją często na siłę.
Na jego widok poprawiła się na poduszkach i zwróciła oczy ku swoim dłoniom.
— Jak to dobrze, że pan jest. Może pan nakłoni małżonkę do jedzenia — zwróciła się ku niemu Alina. Podniosła się i odeszła na bok. Gustaw usiadł na krześle stojącym przy łóżku.
— Dlaczego nie chcesz jeść? — zapytał Anielę.
— Nie mam apetytu. Wciąż czuję się senna…
Wstał i spojrzał w kierunku okien. Jak nie teraz, to nigdy!
— Jakże masz mieć ochotę do życia, jak w ciemnościach siedzisz?! — Podszedł do okien i zaczął je rozsuwać. Aniela cicho jęknęła i zakryła oczy dłońmi. Ale to nie był koniec odważnych rządów Gustawa. — A po co ci w ogóle te zasłony w oknach!? — Zaczął szarpać za jedną z nich. Po chwili odpadła razem z całym karniszem, czyniąc wielki huk. Po pokoju rozeszły się tumany kurzu. Wrześniowe słońce odkryło skrywane od lat tajemnice sypialni panny Anieli. Rozejrzał się po wnętrzu: kominek, regały z książkami, kilka portretów krewnych… Jego oczy padły w końcu na Anielę. Nadal zakrywała dłońmi oczy.
— Proszę pana, to trzeba… — zaczęła Alina, ale Gustaw nakazał jej milczenie i gestem wskazał wyjście. Dziewczyna dygnęła i wyszła, święcie przekonana, że pan wiedział, co robi.
Usiadł ponownie na krześle i przyjrzał się zupie, którą dama miała na przenośnym stoliczku, ustawionym tuż nad jej nogami. Koniuszkiem małego palca sprawdził temperaturę dania: zupa była zimna. Jadł ją razem z teściami jakąś godzinę temu.
— Anielo, spójrz w okna. Zobacz, jaki świat jest piękny! — prosił.
— Nie chcę widzieć świata! — zaprotestowała cicho.
Nie chciała patrzeć. Opierała się. Ale jeszcze nie znała upartości Gustawa Karnickiego. Wstał i podszedł do okien, aby opowiedzieć jej, co widzi.
— Twój pokój znajduje się po zachodniej stronie pałacu. Masz tutaj widok na wielkie kasztanowce, które powoli zaczynają zmieniać kolory. Widać też słońce, kwitnące na trawniku róże… O! Jest i fontanna! Ogrodnik właśnie wyławia z niej jakieś badyle. A nieopodal spacerują koty… — Spojrzał na żonę. Odkrył, że opuściła dłonie i przez zmrużone powieki patrzy na świat odkryty jej przez niego. Popatrzył znów do okna. — Od zachodu widać też szare chmury, które mogą wróżyć deszcz. Jest tak ciepło, że wcale nie zdziwiłbym się, gdyby była w nocy ostatnia tego lata burza — zażartował, licząc na to, że Aniela się choćby uśmiechnie. Ale ona nawet nie drgnęła. Tak była zapatrzona w okno.
Odwrócił się i podszedł do krzesła ustawionego obok jej łóżka. Usiadł na nim i zapytał:
— To co? Zjesz obiad?
Wzruszyła ramionami.
— Wiesz, tak sobie pomyślałem… — dotknął podbródka, jakby nad czymś się zastanawiał — może gdybyś zaczęła jeść, miałabyś więcej siły. A to oznaczałoby, że mogłabyś wychodzić na zewnątrz i samodzielnie spoglądać na świat. Posadziłbym cię na tym wózku — wskazał jej stojący w kącie pokoju wózek inwalidzki — i zabrałbym cię do ogrodu, żebyś mogła powąchać róże.
Wtedy stał się cud! Aniela wzięła do ręki łyżkę porzuconą przez pokojówkę. Gustaw dostrzegł ten przełom, lecz postanowił nie robić z tego sensacji. Być może sam nacisk na to, aby jadła, sprawiał, że wcale nie miała na to ochoty. Za to snucie wizji przyszłych wydarzeń podziałało na nią niczym przynęta.
— A gdy już całkiem dobrze byś się czuła — opowiadał dalej — wziąłbym cię na przejażdżkę powozikiem. Jeśli byłoby chłodno, położyłbym na twoich kolanach ciepły koc, żebyś nie zmarzła.
Aniela zanurzyła łyżkę w zupie, po czym napełnioną wzięła do ust. Karnicki uśmiechnął się nieznacznie, żeby nie onieśmielić dziewczyny.
— Tak sobie pomyślałem… Czytasz może książki?
— Tak — powiedziała, zanim wzięła do ust drugą łyżkę zupy.
— A co? Jeśli można spytać?
— Podróżnicze, naukowe… taka nuda. Tylko tyle mi wolno.
Dał jej chwilę, żeby spokojnie zjadła. Wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Dotarł w końcu do półki z książkami. Zaczął przeglądać tytuły. Nie znalazł niczego fascynującego, czegoś co wyzwoliłoby w Anieli chęć poznawania świata, który ją otaczał. O ile dalekie podróże można by zaliczyć do tych z rzędu niemożliwych dla niej, które mogły być jedynie marzeniami sennymi, o tyle naukowe wykluczały wszelką fantazję. Postanowił to zmienić. Obejrzał się przez ramię i dostrzegł dziwną rzecz. Aniela skończyła jeść. Z zamkniętymi oczyma wystawiała teraz twarz w stronę słońca, które oświetlało jej bladą twarz. Spoczywające na jej ramionach, kasztanowe włosy lśniły delikatnie w promykach słońca. Rysy jej twarzy wydały się mu z tej dalekiej perspektywy ładne, nawet urocze i ponętne. Otrząsnął się z tego wrażenia i podszedł ku niej.
— Cieszę się, że zjadłaś. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to, co dziś zrobiłem.
Popatrzyła na niego zdumiona, jakby pytała, za co ją przepraszał.
— No przecież odsłoniłem przed tobą świat. — Zakończył psotnym uśmiechem, ukłonił się, po czym wyszedł. Specjalnie zostawił ją sam na sam z nowym odkryciem, że za oknem jej pokoju rysuje się całkiem ładny widoczek, który być może zachęci ją do wyjścia z tej klatki.
8. Sidła namiętności
Wtorek. Odsłonięte okna niepodobające się ascetycznej Marcie (starej, pięćdziesięcioletniej pannie) i wspomnienia o Gustawie. Do tego melodia nastrajająca ją jedynie do powolnego konania. Daleka krewna matki, zawsze ubrana na czarno, dawała jej koncerty muzyki religijnej co wtorek, a przy tym „wyła” słowa, których nigdy nie dało się do końca zrozumieć. Aniela leżała w swoim łóżku, ubrana w różowy szlafrok z falbankami, z czepkiem na głowie, ledwie co po śniadaniu. Marta zawodziła już około pół godziny. Na dzień dobry powiedziała jej, że:
— Ludmiła kazała ci dziś dla wyćwiczenia twojej niepokornej duszy słuchać moich pieśni przez godzinę! — Powiedziała to z taką powagą, że po skórze dwudziestolatki przeszły nieprzyjemne ciarki. Z podobnym bólem duszy słuchała jej kolejnych słów. Było tam coś o grzechu, niewiernej i niedobrej kobiecie, która zdradziła męża i za to spotkała ją straszna kara. Aniela doskonale wiedziała, że utwory te Marta komponowała w większości samodzielnie, lub przedstawiała własną interpretację utworów cudzych. Brzmiało to jak karne kazania, napisane przez nieporadnego duchownego, który pokutę ceni ponad miłość.
Po czterdziestu minutach Aniela miała już dosyć. Zatkała sobie uszy i schowała się pod kołdrę. Marta niczego jednak nie zauważyła. Tak bardzo była zajęta swoim światem wewnętrznym, który wyrzucała z siebie, raniąc uszy i serce młodej mężatki. Aniela wiedziała już, dlaczego spotykała ją ta straszna kara. Bo nie spędziła nocy poślubnej z mężem, a matka tak jak i ojciec, pragnęła wnuka! Czyż jednak ta kara była w stanie nakłonić ją do współżycia z mężem? Młodą panią Karnicką to raczej odstręczało…
Na to wszystko do pokoju ktoś wszedł. Aniela wyjrzała znad kołdry i dostrzegła Gustawa. Zatrzymał się, utkwił wielkie oczy w „wyjącej” Marcie, po czym wziął sobie po cichu krzesło, i aby nie przeszkadzać, przysiadł obok kominka. Zerknął z uśmiechem na żonę, a ona poczuła jakby promyk ciepła w swoim sercu. Pojawił się tutaj niczym nadzieja na to, że ten koszmarny koncert niedługo się skończy.
Marta przestała grać. Wstała i dygnęła przed panem, on odkłonił się jej, po czym ona znów usiadła i zaczęła kolejny utwór.
O Boże! Czy ona nigdy nie skończy?! — biadoliła w myślach Aniela. To samo powiedział w końcu Gustaw, który po pięciu minutach słuchania babskiego pienia, przysiadł na łóżku żony.
— Nie wiem — odszepnęła mu — ale to jest…
— Nie do zniesienia — dokończył za nią cichym pomrukiem.
— Ale ja muszę tego słuchać, bo… — Spuściła główkę i zaczerwieniła się. Wstyd było jej mówić, że to kara za niespanie z mężem.
— Bo?
— To kara od mamy.
— Aha… Ale za co? Przecież jesteś grzeczna. — Dziwił się, bo przecież Aniela całymi dniami tylko leżała w łóżku lub spała po lekach na uspokojenie. Co miałaby zrobić złego?!
— Za to, że… że… za noc poślubną — zakończyła i zaczęła miętolić w dłoniach koronkę od szlafroka.
— Aha. — Gustaw skinął głową na znak, że rozumie. Wstał i powoli zbliżył się do Marty, która właśnie kończyła kolejny utwór. Stanął tuż przy instrumencie i zapatrzył się na nią, żeby trochę ją onieśmielić. Miał zamiar niezwłocznie położyć kres tej męce! Ukrócić karę, której sprawczynią była teściowa. Dlatego gdy Marta przestała śpiewać, Gustaw zaczął głośno klaskać.
— Brawo! Dziękujemy za popis talentu! Znakomicie! Bardzo pani dziękujemy!
Marta wstała i dygnęła, a na jej ustach odmalował się uśmiech.
— Dziękuję panu — zadźwięczała radośnie.
— Aż dziw, że taki talent marnuje się w tej alkowie! Czyż proboszcz parafii nigdy nie proponował pani roli organisty? Mogłaby pani pięknie grać i więcej osób by pani słuchało!
— Panny, proszę pana — poprawiła go łagodnie.
— Panno…
— Marta jestem.
— Panno Maro, niezwłocznie proszę udać się do proboszcza parafii i przekazać mu moje zdanie, że taki talent w murach kościelnych musi wybrzmieć głośno! A nie marnować się tutaj, gdzie biedna chora dama szuka spokoju i ciszy, nie mogąc w pełni cieszyć się z takiego koncertu…
Aniela, która słuchała peanów Gustawa na temat „niebiańskiego” śpiewu i talentu Marty, zorientowała się, do czego dążył. Miał zamiar na zawsze uwolnić ją od tej wtorkowej tortury, żeby krewna matki więcej nie pojawiła się tutaj i nie katowała jej swoim śpiewem i karzącymi tekstami pieśni.
— Dziękuję panu! Bardzo dziękuję! Zaraz pójdę! — mówiła i wycofywała się w stronę drzwi. Dygała, uśmiechała się i dziękowała. Po chwili już jej nie było. Pozostał po niej tylko odór czosnku.
Gustaw głośno odetchnął, a jego westchnienie rozeszło się po szerokiej alkowie Anieli. Zwrócił się ku niej i podszedł z uśmiechem na twarzy.
— Zatem nigdy więcej dama ta nie uraczy nas swoją pieśnią — zabrzmiał z ironicznym żalem.
Aniela nie wytrzymała, zaśmiała się cicho.
— Panie Gustawie… — chciała go upomnieć.
— Gustaw, Anielo! Po prostu Gustaw! — poprawił ją od razu. Przysiadł na krześle obok kominka i zaczął grzać swoje dłonie. Na jego ustach nadal malował się psotny uśmiech. Był z siebie bardzo zadowolony.
— Jak mogłeś jej to zrobić? — zapytała łagodnie, dobrze znając intencje jego wychwalania Marty pod niebiosa.
— Mogłem! Tak samo jak twoja matka mogła ukarać cię tym jękiem i koszmarnymi słowami, i to za coś, czemu nie jesteś winna. — Zerknął na nią. Aniela odkryła, że czuł się współwinny niespełnionemu obowiązkowi.
— Dobrze wiemy, że to moja wina — przyznała się i posmutniała na nowo.
— Jedno jest pewne: panna Marta nigdy więcej nie przestąpi progu tego pokoju! — rzekł poważnie, po czym zaśmiał się, a cichy śmieszek Anielki zawtórował mu. — No! To co dziś fajnego robimy, żono? Masz może ochotę na czytanie książek? — Sięgnął za połę marynarki i wydobył spod niej, schowaną w kieszeni, małą książkę.
— Co to takiego? — zaciekawiła się, a nawet ożywiła.
Gustaw przysunął się z krzesłem ku jej łóżku i pokazał jej okładkę z sugestywnym tytułem.
— O czym to jest?
— „Sidła namiętności”? To romans.
— Och… ale mi nie wolno czytać romansów.
— Od dziś ci wolno! Jestem twoim mężem, więc mam prawo wybierać dla ciebie lektury.
— To byłoby uzasadnione, lecz… moja mama od dziecka zakazuje mi czytać takie lektury. Ponoć mają zgubny wpływ na duszę.
— Bzdura! Dusza karmi się miłością! Zwłaszcza kobieca dusza… — Zaczął wertować strony powieści. — Umówmy się tak, że będę ci czytał we wtorki tę powieść, jako zastępstwo za pianie panny Marty. — Uśmiechnął się psotnie. Miał zamiar trochę uświadomić swoją młodą, niewinną żonkę, aby móc spełnić z nią małżeński obowiązek.
— Dobrze, ale mama…
— Już ja jej to uzasadnię.
— Och, no dobrze.
— A jeśli spodoba ci się ta materia, to przyniosę ci więcej romansów i będziesz czytać, kiedy zechcesz. Wtorki jednak niech będą od dziś czasem dla mnie, abym mógł ci poczytać.
— Dobrze — zgodziła się, nieświadoma tego, co przyniesie jej lektura o tak dziwnym tytule. Nigdy w jej myślach i opowiadaniach „miłość” nie była „namiętnością”, a już tym bardziej nie „sidłami”. — A o czym to jest?
— Zaraz się przekonasz, moja droga… — i zaczął czytać.
Zasłuchana w jego słowach dziewczyna, ułożyła się wygodniej na łóżku i wsparta na miękkich poduszkach, w czystej, krochmalonej pościeli żywiła duszę nowym lekarstwem. Już po kilku minutach słuchania głosu męża, doszła do wniosku, że ma on bardzo ładny tembr. Zerkała co chwilę na jego twarz: była skupiona, jego brwi lekko zmarszczone, oczy czujnie śledziły zawarte na kartach powieści zdania, a usta wyraźnie wymawiały każde słowo. Intonował stosownie do dialogu i przekazu treści. Była nim zachwycona! A gdy zaczęła wsłuchiwać się w tekst książki, zrozumiała, że oto właśnie mąż przekazuje jej prawdę o męskiej miłości. To co czytał, nie było zgodne z jej fantazjami o uczuciach. Mężczyzna, który opowiadał w książce swoją historię miłości do pewnej damy, zmagał się z pragnieniem posiadania jej ciała. Była dla niego zakazana.
Serce dziewczyny zaczęło bić szybciej. Jej ciało stawało się dziwnie pobudzone, ekscytowała ją ta powieść… lecz Gustaw niespodziewanie zakończył czytanie.
— Koniec rozdziału pierwszego — oznajmił.
Aniela westchnęła rozczarowana. Brązowe oczy męża spoczęły na jej twarzy.
Od razu dostrzegł, że lektura spełniła swoje zadanie. Żona była zafascynowana lekturą, którą dla niej wybrał. I to do tego stopnia, że na jej policzkach pojawił się subtelny róż.
— Ile ta książka ma rozdziałów? — zapytała.
— Dokładnie… — Przyjrzał się spisowi treści. — Dwadzieścia dwa. A co?
— I co wtorek będziesz mi czytał po jednym?
— Tak, jeśli tak chcesz… — Wzruszył ramionami, było mu to obojętne.
— Chciałabym przeczytać ją od razu całą! Jest zupełnie inna niż te wszystkie, które… — Sama napisałam. — dodała w myślach.
— Tak, to nie jest książka podróżnicza czy naukowa. Hmm… — zamyślił się na moment. — To może umówmy się tak, że co wtorek przyniosę ci inną powieść, ale pierwszy rozdział zawsze będę czytał ci ja. Skończ tą sama. — Podał jej zagrzaną w jego dłoniach książkę. Z wrażenia podniosła się z pozycji leżącej i usiadła. — Uda ci się skończyć do wtorku?
— Tak! — odpowiedziała, z zachwytem przyglądając się kolejnym kartom powieści. Chciała natychmiast zacząć ją czytać!
Gustaw, który ucieszył się z entuzjazmu Anieli, zrozumiał, że musi dać jej teraz chwilę samotności. A nuż coś w tym romansie ożywi ją do tego stopnia, że wzbudzi w jej ciele pożądanie. Miałbym sprawę ułatwioną. Ciekawe, jaka będzie w łóżku. Uśmiechnął się do swoich erotycznych zachcianek. Był pewien, że będzie całkiem inna niż jego kochanka. Aniela była bardzo subtelna, zwiewna i całkiem nieświadoma. Był pewien, że gdy dojdzie do zbliżenia, to on będzie miał ręce pełne roboty. Ale wcale go to nie zniechęcało. Przyjrzał się jej rozchylonym wargom, które szeptały cicho słowa czytane w książce, ogarnął spojrzeniem jej śliczny profil i sylwetkę. Pod szlafrokiem skrywał się niewielki biuścik, a jej smukłe, delikatne dłonie pieściły stronice z największą delikatnością. Tak, będzie delikatna i czuła. Westchnął tęsknie do tego, co miało nastąpić. Tylko kiedy to będzie?! Nagle zorientował się, że jego niewinna żona wzbudziła w nim podniecenie samym tylko widokiem. Tak, to było coś nowego, i ta nowość zaczynała go fascynować.
Jeszcze tego samego dnia Gustaw otrzymał wiadomość od ojca, naglącą go do szybkiego przyjazdu do miasta. Ojciec prosił, aby syn pomógł mu przez parę dni w opiece nad domem. Stary Karnicki miał zamiar wyjechać w interesach i nie chciał zostawiać swojego majątku tylko na łasce służby. Nie ufał nikomu! Bał się, że ktoś go okradnie podczas jego nieobecności. Gustawa irytowała taka postawa ojca, ale z drugiej strony go rozumiał.
— A niech to! Teraz gdy zaczyna mi się układać z… — przypomniał sobie śmiech i zaróżowione policzki żony. Siedział w swoim pokoju sam i zastanawiał się, co dalej począć. Wtedy nadeszła ta wiadomość… Miał zamiar jeszcze dziś odwiedzić żonę, aby zapytać o wrażenia związane z książką. List jednak krzyżował mu wszelkie plany.
Zmuszony do opuszczenia Anieli na kilka dni, udał się do jej alkowy. Idąc tam, mielił w myślach słowa listu. Ojciec twierdził, że: takie rozstania są ożywcze dla związku, bo wtedy dama zaczyna tęsknić za mężem, choćbym nie wiem jak był jej obmierzły. Nie wiedział, czy tak w istocie jest, lecz gdy poinformował Anielę o wyjeździe, jej buzia posmutniała. Fakt ten ucieszył go, nawet mimo jej smutku i opuszczenia, którymi musiał ją doświadczyć nie z własnej woli.
— Jak długo cię nie będzie? — zapytała cicho. Właśnie popijała zioła na uspokojenie: rumianek, który pomagał jej się zdrzemnąć po południu. Miała dziś sporo nowych wrażeń przy czytaniu romansu. Była mocno podekscytowana, z wrażenia aż dostała gorączki, jak jej się zdawało.
— Góra trzy dni — odpowiedział. Siedział u jej boku, na skraju jej łóżka. Niespodziewanie ujął jej dłoń i ucałował czule. — Dbaj o siebie, jedz i omijaj stare panny typu Marta — zakończył szeptem i psotnym uśmiechem.
Kąciki ust Anielki ledwie drgnęły. Była smutna. Codzienne odwiedziny męża — odkąd powiedział, że chce być jej przyjacielem — stały się dla niej jedynym miłym elementem dnia. Teraz miała być tej rozrywki pozbawiona. W jej sercu zrodziła się tęsknota, której nie potrafiła zrozumieć. Po raz pierwszy czuła coś takiego do młodego mężczyzny.
— Tylko nie zostań jeszcze dłużej — poprosiła i zamknęła oczy, zmożona sennością.
— Ani sekundy dłużej niż to potrzebne — odparł. W chwili, gdy przyszło mu odejść i pozostawić ją samą, i do jego serca zapukała tęsknota. Miał wrażenie, że słowa ojca spełniają się, ale w odwrotny sposób. Rozstanie bowiem miało przysporzyć tęsknotę także i jemu, a nie tylko jej. Ta chora, wątła i drobna kobietka, w ciągu kilku dni stała się dla niego bardzo ważna. Pomagał jej, wyzwalał ją z jej ograniczeń i walczył o nią tak, jakby tylko on mógł przywrócić ją do życia. To w jego sercu czyniło taki zamęt, że nie wiedział już, czy bardziej czuje się za nią odpowiedzialny jako opiekun, mężczyzna, czy jest to bardziej rola wybawcy, który podnosi wartość swojego męskiego ego dzięki dbaniu o bezbronną istotę. Tak, czuł się przy niej taki dorosły i męski, niczym rycerz, chroniący bezbronne dziecko. Sytuacja ta sama przez siebie podbijała jego serce. Czuł, że nie potrafiłby już zrezygnować z tej roli. Lecz czy była to miłość? O tym miał przekonać się w ciągu kilku najbliższych dni.
Aniela zasnęła, jej usta delikatnie się rozchyliły. Wyglądały tak kusząco, że miał ochotę je pocałować. Nachylił się więc powoli ku niej i przygotował swoje wargi do pocałunku. W porę jednak zatrzymał się i odsunął. Nie będę przedwcześnie budził tego, co tak płoche i ulotne. Zaczekam! W końcu sam jeszcze nie wiem, czy to miłość. Odsunął się, po czym odszedł, pozostawiając żonę w czeluściach jej dawnego życia, nieświadom tego, jak wielkie zło jej to uczyni.
I pozostawił ją samą. Już wieczorem dała jej o sobie znać okropna niemoc. Znów była sama, nikt życzliwy prócz służącej nie miał zamiaru jej odwiedzić tej wtorkowej nocy. Jesienne dnie skróciły się, nabrały szarości i szelestu łzawego deszczu, który padał od chwili, gdy otworzyła oczy po popołudniowej drzemce. Gdy zamykała oczy, Gustaw jeszcze przy niej był. Teraz, gdy je otworzyła, odkryła, że już go nie ma. Przeszył ją bolesny strach osamotnienia. Pokój rozświetlał dogasający w kominku ogień. Ciemne, czarne okna bez zasłon przerażały ją. Tego wieczora nie zjadła kolacji, choć obiecała mężowi, że będzie o siebie dbała.
— Pani Anielko — prosiła służąca Alina, która bardzo lubiła swoją panią. — Pan Gustaw prosił mnie, żebym o panią dbała. A jak mam to robić, jeśli pani nie chce jeść?
Aniela nic nie odpowiedziała. Właśnie zaczynała wpadać w swoją otchłań bez wyjścia.
— O nie! Niech mi pani tego nie robi! — rzekła, gdy tylko zauważyła, co się dzieje z dziewczyną. — Poczytam pani! Od razu przestanie pani myśleć o tych złych rzeczach!
— Nie… zostaw mnie… — ledwie mówiła. Zaczynała pogrążać się coraz bardziej. Wpadała w otchłań: nikt jej nie kochał, nikt nie chciał, była samotna, opuszczona. Teraz nawet Gustaw od niej odszedł. A jeśli nie wróci?! Dopadła ją kolejna fala lęku, która przesłoniła jej cały świat. Przestały do niej docierać argumenty Aliny, która próbowała ją ratować.
— Pani Anielko! — prosiła łagodnie, choć nadaremno. Panika, którą widziała w oczach pani, uzmysłowiła jej, że zaraz będzie musiała podać jej zastrzyk. — Niech mi pani tego nie robi, proszę — błagała z złożonymi dłońmi.
I znów chciała umrzeć, odejść z tego świata. Jej życie nie miało sensu, nie miało uzasadnienia. Jej zaistnienie było poważną pomyłką. Jej bycie było nietaktem w domu tak zacnym jak pałac Dembińskich. Nie była godna jednego drgnienia serca matki czy ojca. A teraz jeszcze mąż ją opuścił. W tej chwili nabrała pewności, że uciekł przed nią, bo nie chciał z nią przebywać! Musiała mu być ohydna niczym największe nieczystości…
— Alino, proszę — rzekła ledwie dosłyszalnie. — Zrób to. — Powoli wystawiła swoją dłoń spod kołdry. — Już nie zniosę więcej tych myśli.
Alina poddała się. Wiedziała, co ma zrobić. Podgięła rękaw swojej pani i sięgnęła do szafki stojącej obok łóżka. Za małymi drzwiczkami spoczywał zapas zastrzyków z przygotowanymi odpowiednimi dawkami. Wystarczyło sięgnąć po jedną strzykawkę i zrobić zastrzyk. Ręka Anieli była cała posiniaczona od poprzednich wkłuć. Na ten widok Alina empatycznie wyczuła ból swojej pani, a po jej ciele przeszły ciarki. Opanowała się jednak i wbiła igłę w chude ramię pani. Aniela jęknęła cicho…
Znów odpływała w błogi sen. Straszne myśli odchodziły w dal. Zostawała całkiem sama w sobie, wśród pustych myśli, które niczego nie wnosiły, nic nie oznaczały. Zapadała w niezdrowy sen.
9. Jej jedyny ratunek
W środę rano, gdy tylko otworzyła oczy, poraziło ją światło wstającego dnia.
— Alino, każ służącym założyć karnisz na nowo. Nie chcę widzieć tego światła — marudziła jak dawniej. Alina z ciężkim sercem wykonała rozkaz pani.
Później Aniela ledwie skubnęła śniadanie. Chwilę po wyjściu służącej pojawił się w progu jej alkowy ksiądz Michał. Wszedł do środka, wnosząc z sobą ożywczą aurę duszy napełnionej Duchem Bożym.
— Jakże się miewa moja podopieczna? — zapytał, choć doskonale widział, w jakim była stanie. Blada, z ciemnymi sińcami pod oczami i potarganymi włosami. Przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy.
Nie odpowiedziała mu, co oznaczało, że lepiej będzie mu zacząć od modlitwy. Przysiadł więc na krześle obok kominka i zaczął się szeptem modlić. Pobłogosławił jej duszę i zrobił znak krzyża. Następnie przysunął krzesło blisko jej łóżka.
— Mów, córko, ulży ci — szepnął, zachęcając do spowiedzi.
— Mój mąż chciał się ze mną zaprzyjaźnić — mówiła cichutko, tak że duchowny musiał nachylić się ku niej, aby cokolwiek usłyszeć. — Ale wyjechał wczoraj. Było mi z nim tak dobrze, gdy mnie odwiedzał codziennie. Ale gdy wczoraj wyjechał…
— Tak?
— Zrozumiałam, że on też mnie nie chce. Pojechał, bo miał mnie dosyć — zakończyła szlochem.
— Czyli wczoraj znów dostałaś zastrzyk?
— Tak.
— Dziecko, te zastrzyki cię osłabiają. Nie możesz ich tyle brać! Bierzesz je prawie co drugi dzień!
— Nie brałam ich od niedzieli. Gustaw był, to nie czułam się źle, ale teraz… Och! On mnie nie cierpi! — biadoliła i płakała w chusteczkę.
Ksiądz Michał postanowił wybadać sprawę i zapytać młodego Karnickiego, co z jego uczuciami do żony. Póki co musiał dowiedzieć się czegoś innego.
— Dokąd to szanowny małżonek się udał?
— Do ojca. Na kilka dni. Teść ważne sprawy miał do załatwienia — powiedziała, ocierając łzy chusteczką.
No to sobie sprawdzimy, czy faktyczne tak jest. — pomyślał, a do Anieli rzekł:
— Zatem zaczekaj tych kilka dni. Przecież to jeszcze nie jest koniec świata. No! Wytrzymasz, jesteś dzielną dziewczyną.
— Niech mnie ksiądz nie rozśmiesza… Widzi ksiądz? — Wskazała mu głową zasłony w oknach. — On je kazał ściągnąć, a ja znów kazałam zawiesić. Nie lubię światła, gdy czuję się źle. Chciałabym tylko spać, bo się boję. Uciekam od życia w sen.
— Dobrze, że to dostrzegłaś. — Popatrzył w stronę kotar. — Ale na twoim miejscu nie liczyłbym na to, że Gustaw po powrocie pozwoli ci je tutaj zastawić. Tacy, jak on, są uparci. — Zbadał mimikę jej twarzy. Aniela nieco się ożywiła. — Jeśli więc postanowił, że chce się z tobą zaprzyjaźnić, to będzie to kontynuował. Może lepiej, żeby nie zastał cię w złym stanie? Postaraj się ładnie wyglądać na jego powrót.
Te słowa trafiły do Anieli. Duchowny na nowo wlewał w jej serce nadzieję.
— A jak tam w twoim serduszku, córko? Czyż nie wzbudził w tobie mąż jakiegoś uczucia? — dodał tajemniczy uśmiech.
Zastanowiła się na moment.
— Brakuje mi go.
Michał zatarł dłonie z zadowoleniem. Między tymi dwojgiem zaczęło się dziać coś naprawdę dobrego. Zaczął sobie wiele obiecywać po tym małżeństwie. Wyglądało bowiem na to, że tych dwoje przyciąga się z każdym dniem coraz mocniej. Musiał tylko udać się do miasta, do domu Karnickich, aby sprawdzić, czy faktycznie Gustaw tam przebywa.
***
Następnego dnia duchowny pojechał wozem do miasta z jadącymi po głównym trakcie chłopami. Mieli zamiar sprzedawać na targu plecione kosze wiklinowe. Koń nie był nadmiernie obciążony, więc Michał z czystym sumieniem skorzystał z tej podwózki. Przysiadł z samego tyłu, tak aby nikomu nie przeszkadzać. Gdyby chłopski koń był choćby odrobinę zbyt obciążony, duchowny wolałby iść pieszo, niż katować zwierzę swoim ciężarem przez kilkanaście kilometrów. Chudy, kościsty i lekki mężczyzna nie stanowił zbyt dużego balastu. Żył ascezą, choć dbał, aby jego ciało nie cierpiało głodu, chłodu czy choroby.
Pojechał tam tylko po to, aby spotkać Gustawa Karnickiego. Dobrze wiedział, gdzie znajduje się dom tej rodziny. Kilka lat temu był tutaj, aby udzielić babce Gustawa ostatniego namaszczenia. Trafił bezbłędnie do trzypiętrowej kamienicy, która w całości należała do Karnickich. Został wpuszczony przez służącą, która zaprowadziła go do gabinetu na dole. Tam zastał go Gustaw.
— Jakże się miewasz, Gustawie? — zapytał Michał. Wstał i uścisnął mu serdecznie dłonie.
Dwudziestopięciolatek zdziwił się tą serdecznością, podobnie jak odwiedzinami księdza. Pierwsze co przyszło mu do głowy na jego widok, to choroba Anieli.
— Czy wszystko dobrze w pałacu? — zapytał. Dobrze wiedział, że Michał odwiedzał Anielkę dwa razy w tygodniu: w środę oraz niedzielę. Zatem był u niej wczoraj!
Księdza mile zaskoczyło to pytanie. Usiedli razem na fotelach przy kominku, aby ogrzać się i porozmawiać. Dziś także dzień był pod chmurą, wietrzny i zanosiło się na deszcz.
— Pytasz o żonę? — zagadnął. — Słyszałem, żeś posłuchał mojej rady.
— Tak. Ale czy wszystko z nią dobrze? Skąd taka nagła wizyta? — dopytywał się i denerwował coraz bardziej.
— Mój drogi synu, widzę, że nie taka już ona ci obojętna jak w tamtym tygodniu. Cóż się stało, że…
— Niech ksiądz mi powie! — upierał się.
Michał westchnął i przypomniał sobie, w jakim stanie zastał Anielę wczorajszego rana. Nie mógł skłamać, nie mógł także zbyt wiele wyjawiać ze spowiedzi. W ogóle nie mógł nic wyjawiać. Mógł jedynie powiedzieć, co sam zauważył.
— Jest chora. Gorzej się czuje od chwili twojego wyjazdu… Ale więcej nie mogę powiedzieć. Wracaj do niej prędko! — poprosił go i zapatrzył się w ogień. Musiał zachować milczenie.
— Nie wiedziałem, że ona to odchoruje — zmartwił się Gustaw. — A muszę tu jeszcze być dwa dni! — jęknął niezadowolony. W tej chwili pragnął tylko wyrwać się stąd, aby znów móc pomagać chorej żonie.
— Powiedz synu… — zwrócił się ku niemu duchowny. — Czy w twojej trosce kryje się choć cień uczucia?
Mężczyzna zastanowił się, przypomniał sobie o swoich przemyśleniach i uczuciach względem Anielki.
— W ramach spowiedzi powiem księdzu, że stała mi się bliska.
Duchowny uśmiechnął się, lecz nie rzekł ani słowa. Wiedział, że Gustaw nie chce, aby ksiądz mówił o jego uczuciach Anieli. Jeszcze było zbyt wcześnie. Taka delikatna sprawa wymagała czasu, i kapłan to doskonale rozumiał. Ksiądz Michał miał zamiar uspokoić swoją podopieczną, wysyłając do niej list posłańcem, aby jeszcze dziś ją pocieszyć.
— Dziękuję, że mi to powiedziałeś, Gustawie. Teraz będę o was spokojniejszy.
— Jak to? Czy ona… ona mówiła coś o swoich uczuciach do mnie? — bardzo chciał to wiedzieć, ale Michał pokręcił głową i odparł:
— Tajemnica spowiedzi.
I pozostawił młodzieńca sam na sam z nadzieją na miłość. Ukontentowany udał się na plebanię, gdzie skreślił kilka słów listu:
„Droga Córko,
Twój mąż ma się dobrze. Jest w domu rodziców, odwiedziłem go. Powróci do ciebie za dwa dni. Bądź dobrej myśli.
Ks. Michał.”
List miał zamiar przesłać ks. Michał do pałacu chłopami, którzy go tutaj podwieźli swoim wozem.
***
Cały piątek wyczekiwał przy oknie na pojawienie się ojca. Lecz nie zjawił się ani w porze obiadu, ani podwieczorka, a tym bardziej nie na kolacji. Gustaw rwał się do podróży, aby uratować swoją żonę z opresji. Był przekonany, że matka lub ojciec zaserwowali ją kolejną dawkę „tortur” w postaci gorzkich słów lub panny Marty grającej jej za karę na pianinie… Dlatego gdy w końcu o 21:00 przed kamienicę zajechał znajomy powóz, Gustaw zarzucił na siebie płaszcz i udał się do stajen na tyłach domu. Tam zastał służącego przysypiającego na sianie.
— Ej! Nie śpij! — Szturchnął nastolatka, który od razu zerwał się z miejsca. — Konia mi osiodłaj, bo natychmiast muszę jechać do pałacu!