Prolog
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś poczułem. Może nigdy. Może to tylko złudzenie pamięci, fałszywy obraz wytworzony przez umysł, który usiłuje wmówić sobie, że kiedyś istniało światło, smak, ciepło. Że byłem człowiekiem, a nie kalkulatorem chodzącym w ludzkiej skórze.
Świat mówi, że żyję. Oddycham, mówię, wykonuję ruchy, które inni uznają za oznaki życia. Ale ja wiem, że to tylko mechanika. Automat, który imituje człowieka.
Paradoks polega na tym, że brak emocji wcale nie daje wolności. To więzienie, tylko bez krat. Każdy gest, każdy wybór, każdy dzień staje się pustą formą, pozbawioną znaczenia. Ludzie pragną szczęścia, unikają bólu. Ja nie mam ani celu, ani ucieczki.
A jednak… paradoksalnie, to właśnie mnie powierzają sprawy, które ociekają emocjami. Krew, gniew, żądza, euforia — ja mam nadawać temu kształt, rozkładać na części jak chirurg zimnym skalpelem. Bo w mojej obojętności widzą obiektywność.
Teraz powierzono mi sprawę, która pachnie ironią. Ktoś zabija tych, którzy żyli wyłącznie dla przyjemności. Hazardziści, narkomani, ci, którzy kochali za mocno i zbyt krótko. A ja mam znaleźć tego, kto im tę przyjemność odebrał raz na zawsze.
Śmieszne. Szukać mordercy, który karze ludzi za to, czego sam nigdy nie doświadczyłem.
Albo wcale nie śmieszne.
Bo kiedy patrzę na ślady, gdy układam w głowie wzór, mam niepokojące wrażenie, że nie analizuję obcego umysłu. Że czytam samego siebie.
Rozdział 1
Warszawa spała niespokojnie. Na mostach wciąż paliły się lampy, ale ulice były puste, jakby ktoś odessał z nich życie. Deszcz padał drobnymi igłami, rozmywając neony i rozciągając ich barwy w kolorowe smugi na asfalcie.
Maksymilian Król stał przed drzwiami komendy, dłonią poprawiając mankiet płaszcza. Nie spieszył się. Czas, tak jak emocje, nie miał dla niego znaczenia. Wiedział, że po drugiej stronie czekać będzie chaos — zdenerwowani policjanci, zdjęcia zwłok rozłożone na stole, krzykliwe komentarze o „potworze”, który grasuje po mieście.
Wszedł bez pukania.
W sali operacyjnej panował zaduch papierosów i kawy. Funkcjonariusze pochylali się nad tablicą korkową, na której wisiały fotografie — twarze ofiar, zamazane, ale wciąż niosące w sobie coś, co dla innych było nie do zniesienia. Strach. Agonia.
— Pan Król? — odezwał się ktoś z tyłu. Głos był kobiecy, ostry, ale niepewny. — Detektyw Lena Rozwadowska.
Odwrócił się. Stała kilka kroków dalej, szczupła sylwetka w ciemnym garniturze, oczy bystre, zbyt młode jak na to, żeby już patrzeć na takie obrazy bez mrugnięcia. Przyglądała mu się uważnie, jakby chciała go prześwietlić na wskroś.
— Mówią, że pan nie czuje — rzuciła nagle, bez uprzedzenia. — Ani strachu, ani wstrętu. To prawda?
Maks odpowiedział dopiero po chwili.
— A co pani czuje, patrząc na tamte zdjęcia? — wskazał lekko brodą na tablicę.
Lena zmrużyła oczy.
— Wystarczająco, żeby chcieć dorwać tego, kto to zrobił.
Maks skinął głową, jakby zanotował w myślach pierwszą obserwację do profilu. Nie skomentował jednak. Zbliżył się do tablicy i przyjrzał zdjęciom. Hazardzista, prostytutka, narkoman. Każdy z nich martwy, każdy pozbawiony źródła swojej przyjemności.
Dostrzegł w tym porządek. Wzór. Logikę, która wyzierała spomiędzy krwawych śladów.
I wtedy, po raz pierwszy od dawna, poczuł coś na kształt… ciekawości.
***
— Pierwsza ofiara — Lena przesunęła fotografię na środek stołu. — Tomasz Lenkiewicz, czterdzieści dwa lata. Hazardzista. Znalazła go sprzątaczka w kasynie na Woli.
Maks pochylił się nad zdjęciem. Ciało mężczyzny leżało na krześle, głowa przechylona pod nienaturalnym kątem. Twarz zastygła w wyrazie, którego większość nazwałaby przerażeniem.
— Nie wygląda na losowy wybór — powiedział cicho. — Ktoś wybrał go właśnie tam, gdzie najsilniej działał jego nałóg. Symboliczny komunikat.
Lena skrzywiła się. — Symboliczny czy nie, gość był uduszony. To nie filozofia, tylko morderstwo.
Maks podniósł wzrok. — A jednak zabójca chciał, by miejsce i ofiara były ze sobą nierozerwalnie związane. To nie przypadek, że zostawił go w kasynie.
— Albo po prostu nie zdążył wynieść ciała — odburknęła.
Zamilkli na chwilę. Lena przewróciła kolejne zdjęcie.
— Druga ofiara: Anna Bielecka. Dwudziestka dziewięć lat, prostytutka. Znaleziona w hotelowym pokoju na Pradze.
Na fotografii młoda kobieta leżała naga na łóżku, przykryta jedynie pościelą do połowy. Żadnych śladów gwałtu, żadnych walk. Twarz spokojna, niemal pogodzona.
— Narkotyki? — zapytał Maks.
— Nie. Toksyny wykluczone. Śmierć mechaniczna. To samo co poprzednio.
Maks oparł dłonie na blacie stołu, spojrzenie wbite w zestaw zdjęć.
— Morderca usuwa przyjemność. Nie przypadkowo, nie impulsywnie. To projekt. — Jego głos brzmiał beznamiętnie, jakby czytał raport, a nie opisywał czyjąś śmierć.
Lena zmrużyła oczy. — Projekt?
— Tak. Każda z tych osób żyła dla jednego bodźca. Hazard, seks. Dla mordercy to słabość. Skaza. A on… usuwa skazę.
— A pan? — spytała nagle. — Co pan usuwa?
Maks spojrzał na nią spokojnie. Nie było w nim irytacji ani rozbawienia.
— Ja obserwuję.
Lena poczuła dreszcz, którego nie potrafiła zignorować.
***
Kasyno na Woli pachniało jeszcze dymem papierosowym i rozlanym alkoholem, choć od zbrodni minęły już dwa dni. Sala była zamknięta, stoły zasłane zielonym suknem, żetony wciąż porozrzucane tak, jak gracze opuścili je w pośpiechu.
Maks zatrzymał się w progu, jakby chłonął każdy szczegół. Nie odczuwał obrzydzenia, nie musiał walczyć ze strachem, jak młodsi policjanci kręcący się po kątach. On patrzył. Rejestrował.
— Ofiara siedziała tutaj — Lena wskazała krzesło przy stoliku ruletki. — Uduszony cienką linką. Morderca zniknął niezauważenie, monitoring nic nie uchwycił.
Maks przeszedł obok niej, kucnął przy krześle i przesunął palcami po oparciu.
— Linka musiała być mocna. Stalowa. Bez śladów walki. Czyli zaskoczenie. — Spojrzał na koło ruletki, na żetony rozsypane obok. — A jednak zostawił grę otwartą. Krupier nie zdążył zamknąć zakładu.
— Myśli pan, że kazał mu grać? — zapytała Lena, podchodząc bliżej.
— Nie. — Maks zmrużył oczy. — On chciał, żeby ostatnim, co Lenkiewicz zobaczy, było koło. Symbol hazardu. To jego… epitafium.
Przeszedł dalej, ku drzwiom ewakuacyjnym. Zatrzymał się, badając zamek i framugę.
— Morderca nie uciekał w panice. Musiał znać układ budynku. Wiedział, gdzie nie sięga kamera.
Lena zanotowała coś w notesie. — To wskazuje na kogoś, kto bywał tu wcześniej.
— Albo na kogoś, kto planuje tak precyzyjnie, że żadna mapa nie jest mu potrzebna — poprawił Maks. — Ktoś, kto rozumie porządek.
Kiedy się wyprostował, ich spojrzenia spotkały się na moment.
— Dla pani to zbrodnia — powiedział spokojnie. — Dla mnie układanka.
Lena odwróciła wzrok, ale jego słowa zostały w powietrzu, ciężkie i niepokojące.
***
Pokój hotelowy na Pradze był już wysprzątany, ale w powietrzu wciąż unosiła się resztka zapachu środków chemicznych zmieszana z czymś słodkawym, trudnym do zdefiniowania. Policjanci odsunęli się, kiedy Maks i Lena weszli do środka.
Łóżko, na którym znaleziono ciało Anny Bieleckiej, przykryto świeżą pościelą, ale kształt poduszek zdradzał, że ktoś tu leżał niedawno.
— Ofiara była naga — Lena odezwała się pierwsza, przesuwając wzrokiem po pomieszczeniu. — Żadnych śladów gwałtu. Żadnych siniaków. Jakby zasnęła i już się nie obudziła.
Maks podszedł do stolika nocnego. Stała tam szklanka z resztką wody i niedopałek papierosa. Spojrzał na popielniczkę. Jedna, idealnie prosta linia popiołu.
— Nie paliła — stwierdził. — To nie jej.
Lena zmarszczyła brwi. — Gość? Klient?
— Morderca. — Maks przesunął palcem po brzegu szklanki. — Nie zabrał śladów, ale zostawił… porządek. Popiół nie strzepnięty przypadkiem, tylko odłożony z precyzją. Jakby chciał zaznaczyć obecność.
Podszedł do łóżka, pochylił się nad poduszką.
— Spokojny wyraz twarzy. Brak walki. — Mówił, jakby widział ciało na miejscu, choć oglądał tylko zdjęcia. — Dusił ją powoli. Pozwolił jej zasypiać. To… celowe.
Lena poczuła, że na karku stają jej włosy.
— Pan mówi o tym, jakby… — zawahała się. — Jakby pan był tutaj razem z nim.
Maks spojrzał na nią obojętnie.
— Może dlatego, że rozumiem, jak myśli.
— Rozumie pan czy czuje? — warknęła.
— To nie to samo. — Jego głos był chłodny, niemal szeptany.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko ciche buczenie klimatyzacji. Lena odwróciła się do drzwi, potrzebując chwili, by odsunąć od siebie obraz mężczyzny, który mówi o śmierci tak, jak inni rozmawiają o układzie szachowym.
***
Wyszli z hotelu późnym wieczorem. Ulica była pusta, światła latarni odbijały się w kałużach, a tramwaj w oddali wydał długi, samotny dźwięk dzwonka.
Lena ruszyła szybkim krokiem w stronę radiowozu, ale po chwili zorientowała się, że Maks został w tyle. Stał nieruchomo przy krawężniku, wzrok utkwiony w górnym oknie budynku, w którym jeszcze przed chwilą analizowali każdy szczegół.
— Panie Król? — zawołała. — Wszystko w porządku?
Nie odpowiedział od razu. Dopiero po kilku sekundach odwrócił się, jakby wyrwany z głębokiej myśli.
— Ona… — urwał.
— Co „ona”? — Lena zmrużyła oczy.
Maks przymknął powieki, jakby usiłował złożyć w głowie obraz, którego nie powinien mieć.
— W chwili śmierci… Bielecka nie czuła strachu. — Jego głos był dziwnie miękki, obcy nawet dla niego samego. — Jej twarz… była spokojna.
Lena uniosła brwi. — To znaczy, że morderca ją uśpił?
— Nie. — Maks odwrócił wzrok. — To znaczy, że pozwolił jej uwierzyć w coś innego. W… bliskość. W ciepło.
Urwał nagle. W gardle zaschło mu tak, jakby mówił o czymś, czego nigdy nie doświadczył, a jednak rozpoznał z niepokojącą pewnością.
Lena zrobiła krok bliżej, przyglądając mu się uważnie.
— Pierwszy raz brzmi pan… nie jak analityk, tylko jak człowiek.
Maks drgnął, jakby to słowo go ukłuło. Człowiek. Spojrzał na nią, a w jego oczach na moment pojawił się błysk — nie emocji, ale czegoś, co je imitowało. Czegoś niebezpiecznie bliskiego.
Potem odwrócił się i ruszył w stronę samochodu, zostawiając jej pytanie bez odpowiedzi.
Rozdział 2
Oni nie rozumieją. Wszyscy myślą, że szukają potwora. Że jestem sadystą, że sprawia mi to przyjemność. A ja nie znam przyjemności. Nie jestem jej więźniem, tak jak oni byli.
Lenkiewicz — hazard. Bielecka — ciało. Każdy z nich ścigał złudzenie, aż stał się jego niewolnikiem. Byli ślepi. Ja otworzyłem im oczy. Zdjąłem kajdany. Dałem wolność, której nigdy sami by nie odnaleźli.
Nie czuję satysfakcji. Nie czuję nic. Tylko jasny, przejrzysty wzór. Świat to równanie, a ja jestem tym, który wymazuje zbędne zmienne.
Ale jest ktoś… inny.
Maksymilian Król.
O nim mówią, że też nie czuje. Że patrzy chłodno, jak ja. Że rozumie logikę, której inni się boją. Policja myśli, że on mnie znajdzie. Nie wiedzą, jak bardzo się mylą.
Bo nie on mnie tropi. To ja go prowadzę.
Ścieżka jest już wytyczona. Zostawiam znaki, które tylko on potrafi odczytać. Zrozumie mnie. A kiedy stanie przede mną, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, które odkładam od lat:
Czy anhedonia to dar… czy wyrok?
***
Komenda pachniała kawą i zmęczeniem. Na biurkach piętrzyły się raporty, zdjęcia, protokoły przesłuchań świadków, którzy nic nie widzieli i niczego nie pamiętali.
Lena siedziała przy stole konferencyjnym, wertując akta. Kolejne kartki szumiały, a w jej głowie coraz głośniej brzmiała jedna myśl: to wszystko układa się zbyt idealnie.
— Patrzy pani, jakby te teczki chciały ją ugryźć — odezwał się spokojny głos Maksa.
Podniosła wzrok. Stał naprzeciwko, opierając się o framugę drzwi. Jego twarz była jak zawsze pozbawiona emocji, ale w tej pustce kryło się coś jeszcze — coś, co zaczynało ją niepokoić bardziej niż same morderstwa.
— Zna go pan — powiedziała nagle, zanim zdążyła się powstrzymać.
Maks uniósł lekko brwi. — Kogo?
— Tego… — Lena wskazała na tablicę ze zdjęciami. — Anhedonistę.
W sali zapadła cisza. Kilku policjantów spojrzało w ich stronę, ale szybko wrócili do swoich notatek.
Maks nie odpowiedział od razu. Podszedł do stołu, spojrzał na fotografie, jakby widział je po raz pierwszy.
— Nie znam go. — Jego głos był równy. Zbyt równy.
Lena oparła się na krześle, nie odrywając od niego wzroku.
— Ale rozumie go pan aż za dobrze. Tak, jakbyście… — zawahała się. — Jakbyście myśleli w ten sam sposób.
Maks zatrzymał się na moment, a potem odwrócił do niej twarz.
— A może to morderca rozumie mnie? — rzucił chłodno. — Może to ja jestem ofiarą, tylko jeszcze żywą.
Słowa zawisły w powietrzu jak ostrze. Lena poczuła, że w tej grze granica między łowcą a celem staje się coraz cieńsza.
***
Trzecia ofiara.
Mężczyzna znaleziony w pustym mieszkaniu na Ochocie. Były muzyk, uzależniony od narkotyków. Leżał na podłodze, otoczony rozbitymi płytami winylowymi. Struny gitary owinięte ciasno wokół szyi.
Policjanci krzątali się po pokoju, robiąc zdjęcia i zbierając odciski. Lena rozmawiała z technikiem, ale Maks nie słuchał. Stał nad ciałem i patrzył na szczegół, którego nikt jeszcze nie dostrzegł.
Na ścianie, kredą, ktoś narysował prostą linię. Białą, cienką, idealnie równą. Obok niej litera: M.
— Panie Król? — Lena podeszła bliżej. — Coś pan znalazł?
Maks nie odrywał wzroku od znaku. Czuł, jak jego własne inicjały pulsują w myślach, jakby ktoś szeptał je tuż obok ucha.
— To nie dla was — powiedział w końcu cicho. — To dla mnie.
Lena zmarszczyła brwi. — Jak to?
Odwrócił się powoli.
— On zostawił wiadomość. Nie „M” jak morderca. Nie „M” jak muzyka. To inicjał mojego imienia.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Funkcjonariusze spojrzeli po sobie niepewnie.
Lena ścisnęła mocniej notes, czując, że serce przyspiesza.
— Chce, żeby pan to znalazł… — wyszeptała. — Żeby pan wiedział, że on zna pana.
Maks skinął głową. Jego twarz pozostawała niewzruszona, ale w oczach pojawiło się coś, co nie pasowało do jego chłodnego wizerunku: cień niepokoju.
— Nie tylko zna — poprawił. — On mnie prowadzi.
***
W biurze komendy Lena zamknęła drzwi na klucz, jakby chciała odgrodzić świat od tego, co miała powiedzieć. Maks siedział przy stole, uporządkowany jak zawsze, notując w myślach każdy szczegół.
— Pan Król — zaczęła ostrożnie — muszę być szczera. Coś mi tu nie pasuje.
Maks podniósł wzrok. Jego oczy były spokojne, ale w tej ciszy kryło się napięcie.
— Proszę mówić.
— Ten morderca… zostawia pana inicjały. Pozostawia wskazówki, które tylko pan może zrozumieć. — Lena podeszła bliżej, opierając dłonie na stole. — To nie jest przypadek. On zna pana, albo… zna pana sposób myślenia.
Maks odchrząknął.
— Rozumiem. Ale nie pozwolę, żeby emocje mnie prowadziły. To tylko wzór. Logika.
— Nie — przerwała mu Lena stanowczo. — To coś więcej. To coś osobistego. A skoro to jest osobiste, oznacza jedno: on… wie coś o panu, czego my nie wiemy. Coś, co łączy pana z jego celem.
Maks milczał, a cisza wypełniła pokój jak gęsty dym. Nie odpowiedział, ale jego palce zacisnęły się na długopisie.
— Proszę mi wierzyć — kontynuowała Lena — ja też się mylę rzadko. I jeśli ten ktoś zna pana… nie możemy tego ignorować.
Maks skinął głową, powoli, jakby przyjmował do wiadomości fakt, którego nie chciał nazwać.
— Więc on jest… z mojej przeszłości? — wyszeptał w końcu, a słowo „przeszłość” zabrzmiało w jego ustach obce, prawie nieznane.
— Nie wiem — odpowiedziała Lena. — Ale jeśli tak jest, powinniśmy to odkryć, zanim zrobi kolejną ofiarę.
Jego spojrzenie uciekło w dal, przez okno. Warszawa nocą była pusta, zimna, idealna dla kogoś, kto nie zna litości. Maks poczuł coś, czego nie powinien. To było znajome, jak echo dawno zapomnianego wspomnienia: niepokój.
I w tej chwili wiedział, że gra nie jest już tylko intelektualnym wyzwaniem. Stała się osobistą pułapką.
***
Maks stał w ciemnym holu swojego mieszkania, światło latarni przebijało się przez okno w cienkie pasy na podłodze. Dłońmi ściskał kubek z zimną kawą, choć nie czuł ani chłodu, ani smaku. Myślał o wiadomości w mieszkaniu trzeciej ofiary. Litera „M”.
Nie była przypadkowa. Nie mogła być.
Od dawna nikt nie igrał z nim w taki sposób. Nikt nie stawiał znaków, które tylko on mógł odczytać. To… było osobiste.
Przypomniał sobie dzieciństwo. Szpitale psychiatryczne, eksperymentalne terapie, długie noce pełne procedur, które miały „naprawić” jego emocje. Każda próba wywoływania strachu, radości, bólu kończyła się pustką. Pustką, która pozostała do dziś.
I nagle poczuł cień czegoś, co dawno wydawało się niemożliwe: lęk.
Nie o życie swoje — o kontrolę. O to, że ktoś, kto zna jego sposób myślenia, może wykorzystać jego własną logikę przeciwko niemu.
Telefon zawibrował. Lena.
— Maks — jej głos był napięty — mamy nowe ślady w sprawie. I coś jeszcze… — zawahała się — ktoś zostawił coś dla ciebie.
Maks wstał, czując dziwne przyspieszenie myśli, które niemal można było nazwać instynktem. Przesunął palcem po stole i wyciągnął kurtkę.
— Lena… — powiedział spokojnie, niemal szeptem — nie wiem, czy to gra, czy ostrzeżenie. Ale wiem jedno: on mnie obserwuje. I gra.
W tym samym momencie, w innym punkcie miasta, cień wąskiego pokoju zanurzał się w ciemności. Morderca uśmiechnął się pod nosem, patrząc na swoją mapę miasta.
— Wreszcie zaczyna reagować — mruknął do siebie. — Gra staje się interesująca.
I tak zaczęła się lustrzana gra: jeden obserwuje, drugi odpowiada, ale tylko jeden z nich zna prawdziwe zasady.
Rozdział 3
Sala konferencyjna była pusta, oprócz nich dwojga. Na stole rozłożone zdjęcia ofiar, notatki, mapy z zaznaczonymi punktami zbrodni. Neon zza okna pulsował czerwoną poświatą, rzucając ich twarze w niepokojący blask.
Lena nerwowo przesuwała długopisem po kartce.
— To nie jest tylko schemat — powiedziała ostro. — To obsesja. On wybiera ofiary, bo coś w nich widzi. I coś widzi w panu.
Maks siedział naprzeciwko, dłonie złożone jak do modlitwy, oczy chłodne, spokojne.
— Emocjonalna interpretacja niczego nie zmienia. — Jego głos był równy, jakby czytał raport. — Fakty są proste: trzy ofiary, trzy uzależnienia. Hazard, seks, narkotyki. On eliminuje przyjemność.
— Fakty? — Lena pochyliła się w jego stronę. — Fakty mówią też, że zostawia ślady, które tylko pan potrafi odczytać. Fakty mówią, że zna pańskie inicjały. Fakty mówią, że to nie jest przypadek!
Maks milczał przez chwilę, a potem odchylił się na krześle.
— W takim razie powiedzmy to wprost. — Jego ton pozostał spokojny, choć w oczach mignęło coś ostrzejszego. — Podejrzewa mnie pani?
Słowa zawisły w powietrzu. Lena poczuła, jak ściska ją w gardle.
— Podejrzewam, że pan coś ukrywa — odpowiedziała w końcu. — Może przeszłość, może coś, co łączy pana z nim. Ale jeśli będziemy się oszukiwać, stracimy kolejną ofiarę.
Maks nachylił się lekko do przodu. Ich twarze dzieliło ledwie kilkanaście centymetrów.
— Niech pani pamięta, detektyw Rozwadowska — szepnął. — Gdybym to ja był Anhedonistą… już dawno byśmy nie rozmawiali.
Serce Leny przyspieszyło, ale nie odsunęła się. Patrzyła mu w oczy, szukając w nich cienia emocji, choć wiedziała, że nie znajdzie nic.
I to właśnie było najgorsze.
***
Poranek w Warszawie był ciężki, ołowiany. Na ekranach telewizorów w komendzie pulsowały paski informacyjne. Prezenterka w idealnie ułożonej fryzurze mówiła chłodnym głosem:
— …w nocy do redakcji naszej stacji trafiła anonimowa przesyłka. List, podpisany przez osobę określającą się jako „Anhedonista”, zawierał szczegóły niewyjaśnionych morderstw, o których policja nie informowała opinii publicznej.
Na ekranie pojawił się fragment listu, wypisany równymi, niemal kaligraficznymi literami:
„Odbieram im to, czego nigdy nie potrzebowali. Przyjemność jest więzieniem. Ja jestem kluczem. A Król wie, że mam rację.”
W sali zrobiło się cicho. Każdy policjant wiedział, co to oznacza. Sprawa przestała być tylko wewnętrznym śledztwem. Stała się grą publiczną.
— Świetnie — syknęła Lena, gasząc telewizor. — Teraz wszyscy będą o nim mówić. Będzie bohaterem gazet. A pan… — spojrzała ostro na Maksa — został wymieniony z nazwiska.
Maks siedział spokojnie, jakby nie dotyczyło go to w najmniejszym stopniu.
— Spodziewałem się tego. — Jego ton był beznamiętny. — Chciał mnie wciągnąć do gry otwarcie. Teraz zrobił to oficjalnie.
— I co teraz? — Lena rzuciła długopis na stół. — Media będą naciskać, przełożeni też. Każdy będzie chciał szybkiego rozwiązania.
Maks spojrzał na nią długo.
— Teraz — powiedział powoli — trzeba przestać patrzeć na ofiary. On już je wybrał. Teraz patrzy na mnie.
— To znaczy? — Lena zmarszczyła brwi.
Maks odwrócił wzrok, jakby mówił sam do siebie.
— To znaczy, że następny ruch nie będzie przeciwko nim. Będzie przeciwko mnie.
Lena poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz. Po raz pierwszy od początku śledztwa miała wrażenie, że w tej grze to nie morderca, ale Maks staje się centralnym punktem układanki.
***
Telefon zadzwonił o trzeciej w nocy. Lena poderwała się pierwsza, ale to do Maksa dzwonili. Spojrzał na wyświetlacz — numer zastrzeżony. Odebrał bez wahania.
— Król — powiedział chłodno.
Przez chwilę była tylko cisza. Potem znajomy, zniekształcony szept:
— Mówiłem, że następny ruch będzie twój.
Maks nie odpowiedział. Lena patrzyła na niego z napięciem, próbując wychwycić choćby cień emocji.
— Twoi klienci — ciągnął głos — ci, którym pomogłeś w sądzie, bo rozumiałeś ich lepiej niż oni sami. Wybrałem jednego. Zgadnij którego.
Rozłączył się.
Kilka minut później policyjny dyżurny przekazał wiadomość: na Mokotowie znaleziono kolejne ciało. Kobieta, trzydzieści pięć lat, była oskarżona o defraudacje, z której wyszła dzięki opinii psychologicznej napisanej przez… Maksymiliana Króla.
Lena zaklęła pod nosem.
— To już nie ofiary nałogów — powiedziała twardo. — On idzie po twoim śladzie.
Maks stał nieruchomo, jakby ktoś wbił go w ziemię. Spojrzał na raport. Twarz kobiety zastygła w spokojnym grymasie, identycznym jak u poprzednich ofiar.
— Nie — poprawił chłodno. — On nie idzie po moim śladzie. On go tworzy. Krok po kroku, buduje moją własną historię jako jego lustra.
Lena poczuła w gardle chłód. To już nie było zwykłe śledztwo. To była wojna dwóch umysłów, z których tylko jeden mógł zostać w całości.
***
Pokój przesłuchań był pusty, tylko oni dwoje. Lena zamknęła drzwi i oparła się o zimną ścianę. W dłoniach trzymała zdjęcie najnowszej ofiary. Nie mogła oderwać od niego wzroku, ale jeszcze trudniej było spojrzeć na Maksa.
Siedział naprzeciwko, jak zawsze idealnie spokojny. Palce złożone w steeple, oczy nieruchome. Jakby on sam był sędzią i podsądnym jednocześnie.
— Powiedz mi szczerze — zaczęła, głos miała cichszy, niż planowała. — Co czułeś, kiedy zobaczyłeś jej twarz?
— Nic — odpowiedział natychmiast. Bez wahania.
— Nic? — Lena uniosła brwi. — To była kobieta, której pomogłeś. Żyła, bo ty jej dałeś szansę. A teraz jest martwa.