Dedykacja
Dla każdego kto chociaż raz poczuł motyle w brzuchu po jednym spojrzeniu. I dla tych, którzy wierzą, że nic nie dzieję się bez przyczyny
Motyw przewodni
Czasami jedno spojrzenie wystarczy, by świat stanął do góry nogami. Ale to decyzja, by zostać — sprawia, że ta zmiana ma sens.‘’ Czasami zbieg okolicznośći sprawia, że kogoś poznajesz. Tego dnia wszystko wydawało się mieć głębsze znaczenie, a każdy uśmiech zostawiał ślad w sercu.
Rozdział I
Początek
Jak co roku, wakacje spędzałam u dziadków. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego przyjechałam do nich od razu. Już na wejściu do domu unosił się zapach pysznej szarlotki — tej, którą babcia zawsze piekła na mój przyjazd. Oczywiście była najlepsza na świecie, a do niej obowiązkowo gałka waniliowych lodów — wszystko razem dosłownie rozpływało się w ustach. Mama, choć bardzo się starała, nigdy nie potrafiła dorównać babcinej szarlotce.
Po zjedzeniu ciasta, wypiciu herbaty i długich rozmowach, wybrałam się z psem na spacer. Dziadkowie mieli zwykłego kundelka, którego nazwaliśmy Lolek. I właśnie wtedy — tego dnia — wydarzyło się coś, co miało odmienić moje dotychczasowe życie.
Spacer, pies, park… Jak myślicie, co mogło się wydarzyć dalej? Już przechodzę do sedna. To tam zobaczyłam go po raz pierwszy. Biegał po parku, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały… ah, te jego oczy. Wracając do domu, ciągle miałam przed oczami jego twarz. Nie mogłam się skupić. Babcia prosiła, żebym pomogła jej przy naleśnikach, ale ja bujałam w obłokach. Zastanawiałam się, kim jest, gdzie poszedł, co teraz robi… i czy kogoś ma.
Zadzwoniłam do Kaśki. Kacha to moja najlepsza przyjaciółka, znamy się od dzieciństwa. Oczywiście musiałam jej opowiedzieć o chłopaku, którego dziś widziałam, i od razu umówiłyśmy się na jutro.
Następnego dnia było upalne południe. Razem z Kaśką wybrałyśmy się nad jezioro. I — jak się później okazało — to właśnie tam zobaczyłam go po raz drugi. Gdy nasze spojrzenia znów się spotkały, serce zabiło mi mocniej. W pewnym momencie spojrzał na mnie i puścił oczko. Poczułam, że chyba mu się spodobałam. Ale wyglądał trochę jak loveboy, więc postanowiłam nie robić sobie nadziei. W końcu był ratownikiem — plaża, pełno dziewczyn, które kręciły się wokół…
Wieczorem Kaśka zaproponowała koncert. Po plażowym popołudniu wróciłam do domu, wzięłam prysznic i czekałam na Kasię. Całe szczęście, że jest wizażystką — przyniosła ze sobą cały kufer kosmetyków i trochę ubrań. Zaczęłyśmy się przebierać i dobierać stylizacje. W końcu Kaśka rzuciła: — W tym ci super, zostań przy tej stylizacji. — Miałam na sobie obcisłą bluzkę, jeansy z wysokim stanem i adidasy. Wyprostowała mi włosy, zrobiła makijaż i założyłam jeszcze mój ulubiony wisiorek od babci.
— Dawaj, Kasia, lecimy! — zawołałam. — Dziś jest nasz wieczór. Może wyrwiemy jakieś boskie ciacha.
Koncert miał się zacząć o 19:00, więc wyszłyśmy z domu po 18:00 — miałyśmy jeszcze kawałek do przejścia. Szłyśmy przez ten sam park, w którym pierwszy raz go zobaczyłam. W duchu modliłam się, żeby może znów go spotkać. Miałyśmy świetny humor, nic nie mogło nam go popsuć.
Zza pleców usłyszałyśmy: — Ej, popatrz, jakie laski idą…
Jak ja nie cierpię takiego gadania. „Laska”… o laskę to się można podeprzeć. Odwróciłam się i odpowiedziałam: — Gonić się, frajerze. — Nie pozwolę, żeby jakiś typ psuł mi humor.
— Chodź, napijmy się czegoś — rzuciłam do Kaśki. Stałyśmy w kolejce po piwo i wtedy… zobaczyłam go znowu. Stał z kolegami, ubrany w dopasowany t-shirt, który podkreślał jego sylwetkę.
— Chodźmy tam — powiedziała Kaśka. — Poznamy się z nimi.
— Zwariowałaś? Nie idę tam.
— Nie bądź taka! Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, czy było warto. Chcesz całe wakacje wzdychać, a nic z tym nie zrobić?
Pociągnęła mnie za rękę i już byłyśmy przy nich. Z uśmiechem powiedziała:
— Cześć! Jak się bawicie?
— Dobrze, tylko mało dziewczyn — odpowiedział jeden z chłopaków.
— No jak to? Są, ale nie potraficie podejść i zagadać — odparła Kaśka z błyskiem w oku.
Chłopak, który mi się podobał, spojrzał na mnie i powiedział: — My się chyba już widzieliśmy? A jak wy się nazywacie?
— A tak, wybacz — odpowiedziała Kaśka. — Ja jestem Kaśka, a to moja kumpela — Andżela.
— Ja jestem Michał, to Marcin i Szymon — odpowiedzieli po kolei. — Miło was poznać.
— Wzajemnie — uśmiechnęłyśmy się.
— To może usiądziemy? — zaproponował jeden z nich. W tle grał koncert, a potem miał być DJ.
— Może coś do picia? Bo widzę, że już kończycie piwo — zapytał Szymon. — To co, to samo?
— Tak — odpowiedziałam z uśmiechem.
Rozmowa zaczęła się rozkręcać. Kaśce wpadł w oko Marcin — ciemny blondyn z zielonymi oczami i też w dopasowanym t-shircie. Widać było, że nadają na tych samych falach.
W pewnym momencie Szymon — ten, który mi się podobał — zaproponował spacer.
— Jasne — odpowiedziałam bez wahania.
— Miło, że podeszłyście. Wpadłaś mi w oko już wcześniej, ale nie było okazji zagadać. To co robisz na co dzień? Jesteś tu tylko na wakacje?
— Tak, przyjechałam do dziadków. Lubię tu być. Studiuję pedagogikę i dorabiam jako kelnerka. A ty?
— W te wakacje pracuję jako ratownik — co pewnie już zauważyłaś.
— Oj, tak, dało się zauważyć — zaśmiałam się. — I to bardzo dobrze.
— A tak ogólnie, to jestem na studiach. Jeśli dobrze pójdzie, to wszystko się poukłada.
— Może dasz mi jakiś namiar na siebie? Co powiesz na spotkanie jutro?
— Jasne, chętnie się z tobą gdzieś wybiorę.
— To podaj numer.
— 663 421 789.
— Dzięki! To co, wracamy do reszty?
— Jasne.
Kiedy wróciłam, Kaśka już krzyczała:
— No i jak tam, gołąbeczki?
Wszyscy byli w świetnych humorach. To był cudowny wieczór — chyba najlepszy w moim życiu. Im dłużej rozmawiałam z Szymonem, tym bardziej chciałam go poznać. Ostatecznie cała nasza piątka rozeszła się po drugiej w nocy.
Szymon odprowadził mnie pod dom.
— Miło było cię poznać. Będziemy w kontakcie — powiedział, przytulając mnie i całując w policzek.
Ach, co za cudowne uczucie. Policzek zrobił się różowy z emocji. Po cichutku weszłam do domu, żeby nie obudzić dziadków, którzy już smacznie spali. Wciąż w euforii położyłam się na łóżku.
Dostałam SMS-a od Kaśki:
„Jak tam?”
Odpisałam wielkimi literami: CUDOWNIE
Oczywiście zaraz zadzwoniła.
— No mów! Jak rozmowa z Szymonem? Wiesz, Michał też zrobił na mnie super wrażenie, wymieniliśmy się numerami. Słuchaj, jutro mamy się spotkać nad jeziorem — Szymon i Michał tam będą.
Rozdział II
Randka
Rano obudziło mnie ćwierkanie ptaków i promienie słońca wpadające przez okno. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku, otulona świeżością pościeli i zapachem letniego poranka. Przez chwilę po prostu leżałam, z zamkniętymi oczami, pozwalając sobie na kilka sekund marzenia.
Szymon.
Jego imię pojawiło się w mojej głowie jak refren ulubionej piosenki — tej, którą znasz na pamięć, a i tak chcesz słuchać w kółko.
Zeszłam na dół. Babcia krzątała się w kuchni, ubrana w swój kwiecisty fartuszek. Na patelni skwierczały naleśniki, a słodki zapach sera waniliowego i cukru pudru unosił się w całym domu.
— Wyglądasz jakoś… promiennie — powiedziała z łobuzerskim uśmiechem.
— A tak tylko… słońce działa — rzuciłam, uciekając szybko do łazienki, żeby ukryć rumieniec.
Gdy tylko skończyłam śniadanie i zabrałam się za wiązanie włosów, telefon zawibrował. Wiadomość od Szymona:
„Hej, widzimy się o 14 nad jeziorem? Weź kostium 😊”
Na mojej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech. Poczułam się, jakby ktoś właśnie zaprosił mnie do świata, który znałam tylko z filmów — letnich, słonecznych, pełnych motyli w brzuchu.
Od razu zadzwoniłam do Kachy.
— Kacha, ratunku. On zaprosił mnie nad jezioro. Dzisiaj. O czternastej!
— No to nie czas na panikę. Czas na stylówę życia — odpowiedziała bez chwili namysłu. — Zaraz u Ciebie jestem.
Godzinę później siedziałyśmy na moim łóżku, wśród strojów kąpielowych, szortów i przewiewnych sukienek. Pokój wyglądał jak backstage pokazu mody. Kacha, w swoim żywiole, analizowała każdą stylizację.
— To! — zawołała w końcu, wskazując zestaw: biały kostium, jeansowe szorty z wysokim stanem i zwiewną koszulę w drobne, niebieskie kwiaty. — Wyglądasz jak letnia bogini!
Zrobiła mi delikatny makijaż — rozświetlacz, tusz, odrobina błyszczyka — i psiknęła mgiełką kokosową.
— Teraz pachniesz wakacjami.
Dotarłyśmy nad jezioro kilka minut po czternastej. Michał machał do Kachy z uśmiechem, a Szymon… Szymon stał na pomoście, w okularach przeciwsłonecznych, z butelką wody w dłoni. Gdy tylko mnie zobaczył, od razu się wyprostował i ruszył w naszą stronę.
— Cześć, piękna — powiedział z tym swoim zawadiackim uśmiechem, podając mi rękę. — Gotowa na małą przygodę?
— Cześć — wydusiłam, czując, jak policzki zaczynają mi płonąć. — Myślę, że tak.
Znaleźliśmy miejsce pod drzewem, niedaleko brzegu. Rozłożyliśmy ręczniki, a Szymon wyjął z plecaka lody na patyku, które zdążyły się lekko roztopić.
— Zawsze jestem przygotowany — powiedział z dumą, podając mi truskawkowego.
Rozmowa toczyła się lekko, naturalnie. Żartowaliśmy, opowiadaliśmy o szkolnych dramach, rodzinnych przygodach i najgorszych filmach, jakie widzieliśmy. Szymon opowiedział historię o dziewczynie, która udawała, że się topi, by przyciągnąć jego uwagę jako ratownika. Śmiałam się tak, że aż zabolał mnie brzuch.
— Chcesz popływać? — zapytał w końcu, wskazując na rząd rowerów wodnych przy pomoście.
— Z Tobą? Zawsze.
Popłynęliśmy w stronę wysepki na środku jeziora. Woda była spokojna, słońce odbijało się w tafli jak złote migotki. Gdy przestaliśmy pedałować, rower wodny zaczął dryfować leniwie.
Siedzieliśmy obok siebie. Milczeliśmy przez moment, ale nie było to krępujące milczenie. Raczej takie, które mówi więcej niż słowa.
— Wiesz, nie spodziewałam się, że te wakacje będą aż tak fajne — powiedziałam, zerkając w jego stronę.
— A to dopiero początek — mrugnął. — Masz ochotę na pizzę dziś wieczorem?
Zamilkłam na ułamek sekundy, tylko po to, by nie pisnąć z radości jak nastolatka w liceum.
— Jasne. Uwielbiam pizzę — uśmiechnęłam się. — A zwłaszcza w dobrym towarzystwie.
Wieczorem spotkaliśmy się na rynku, przy pizzerii, którą polecała babcia. Siedzieliśmy na zewnątrz, przy stoliku ozdobionym lampkami. Pachniało ciastem, bazylią i letnim wieczorem.
— Dobrze Ci tu — powiedział, patrząc mi w oczy.
— Tak. Bardzo — odpowiedziałam szczerze.
W tamtym momencie czułam się lekka jak powietrze. Jakby nic nie istniało poza tą chwilą. I może właśnie tak powinno wyglądać lato, które zmienia wszystko.
Rozdział III
„Czy to już coś więcej?”
Wieczór był ciepły i pachniał latem — mieszanką rozgrzanego bruku, kwitnących kwiatów na rynku i bazylii z pobliskiej pizzerii. Przechodziliśmy przez starówkę, a wokół nas unosił się gwar rozmów, dźwięki gitarzysty grającego „Perfect” Sheerana i delikatny szum rozmów zakochanych par przy stolikach. Czułam się, jakbym była w środku jakiejś letniej, włoskiej opowieści.
Siedzieliśmy przy małym, drewnianym stoliku na zewnątrz pizzerii, nad którym wisiała girlanda z żółtymi światełkami. Światła odbijały się w jego oczach, nadając im jeszcze głębszy odcień brązu. Szymon zamówił dużą pizzę capricciosę i lemoniadę z miętą. Zwykła kolacja, a jednak miałam wrażenie, że wszystko wokół nas jest bardziej wyraziste — kolory intensywniejsze, dźwięki głośniejsze, a emocje… zdecydowanie bardziej realne.
Rozmawialiśmy bez pośpiechu. Opowiadał mi o swoich planach — o tym, że po wakacjach chce iść na wychowanie fizyczne, że chciałby kiedyś pracować z młodzieżą jako trener. Z pasją mówił o sporcie, o tym, jak wierzy, że młodym ludziom potrzeba kogoś, kto ich zrozumie, kto ich popchnie do działania. W jego głosie była energia, jakiej nie znałam z rozmów z innymi chłopakami.
— Wiesz, nie chcę być tylko „ratownikiem z wakacji” — powiedział nagle. — Chciałbym coś po sobie zostawić. Cokolwiek, co miałoby znaczenie.
Słuchałam go, wpatrzona, zachwycona jego szczerością. Im dłużej mówił, tym bardziej znikał obraz przystojnego chłopaka z plaży, a pojawiał się ktoś więcej — ktoś prawdziwy. Ktoś, kto miał w sobie czułość, pasję i odwagę.
Po kolacji zaproponował spacer nad jezioro. Zgodziłam się bez wahania, choć moje serce już teraz biło jak szalone. Droga prowadziła przez mały zagajnik. Świerszcze dawały wieczorny koncert, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy.
Kiedy dotarliśmy na pomost, zatrzymałam się na chwilę, czując jak wieczorny chłód łagodnie otula moją skórę. Zdjęłam sandały i usiadłam na krawędzi, mocząc stopy w ciepłej wodzie. On zrobił to samo, siadając obok. Milczeliśmy przez chwilę. Ale to była dobra cisza. Taka, której się nie przerywa, bo wszystko, co trzeba, już zostało powiedziane spojrzeniem.
Spojrzałam w niebo. Gwiazdy były rozsypane jak konfetti. I wtedy poczułam jego spojrzenie na sobie.
— Wiesz, Andżela… — zaczął cicho, niemal szeptem — strasznie mi się podobasz.
Odwróciłam głowę. Patrzył na mnie z nieśmiałością, której wcześniej u niego nie widziałam. Już nie był pewnym siebie ratownikiem, tylko chłopakiem, który właśnie ryzykuje wszystko.
— Ty też mi się podobasz. Bardzo — odpowiedziałam równie cicho, ale z pełnym przekonaniem.
W jego oczach pojawiła się iskra, która rozświetliła całą noc. Zbliżył się powoli, jakby nie chciał mnie spłoszyć. A potem mnie pocałował. Delikatnie, z szacunkiem, z czułością. To nie był filmowy pocałunek. To było coś prawdziwego. Ciepłego. Takiego, co zatrzymuje czas i sprawia, że cały świat znika, a zostaje tylko serce, które bije trochę za szybko.
Czułam smak jego lemoniady na ustach. Zapach letniego wieczoru. Jego dłoń lekko muskającą moje ramię. I wiedziałam, że właśnie przekraczamy jakąś granicę. Że to już nie są tylko spojrzenia i żarty. Że to naprawdę może być coś więcej.
Po chwili oparłam głowę na jego ramieniu. Siedzieliśmy tak przez długą chwilę, patrząc na wodę i słuchając ciszy, która wcale nie była pusta.
— Myślisz, że to… coś prawdziwego? — zapytałam w końcu, szeptem.
Szymon nie odpowiedział od razu. Zamiast tego wziął moją dłoń i splótł palce z moimi.
— Ja myślę, że coś właśnie się zaczęło. I że chcę to sprawdzić. Z Tobą.
Uśmiechnęłam się. I w głębi duszy wiedziałam, że on właśnie powiedział dokładnie to, czego potrzebowałam.
Rozdział IV
„Na zawsze czy na chwilę?”
Wakacje płynęły jak z bajki — słoneczne dni stapiały się jeden z drugim w złotą, beztroską ciągłość. Codzienność była pełna drobnych radości: wspólnych kąpieli w jeziorze, długich spacerów boso po lesie, lodów po zmroku, które topniały szybciej niż zdążyliśmy je zjeść, i niekończących się rozmów — o wszystkim i o niczym. Było w tym coś magicznego. Jakby czas przestał istnieć. Jakbyśmy znaleźli się w jakimś równoległym świecie, gdzie jedyne, co miało znaczenie, to uśmiechy, dotyk dłoni i spojrzenia.
Każdego dnia poznawaliśmy się lepiej — Szymon miał w sobie lekkość, która rozbrajała moje spięcia, i cierpliwość, jakiej nie znałam. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie, o relacji z mamą, która wychowywała go sama. Ja mówiłam mu o swoich marzeniach, których jeszcze do końca nie rozumiałam. Ale on słuchał. I to wystarczało.
A jednak gdzieś pod tą warstwą beztroski czaiło się pytanie, którego nie chciałam wypowiedzieć głośno. Jak długo to potrwa? Co będzie, gdy wrócę do miasta, do studiów, do życia, które nie pachnie jeziorem i malinami?
Tamtego dnia leżeliśmy razem na łące niedaleko domu moich dziadków. Trawa była miękka, a wokół unosił się zapach lip i suszącego się siana. Niebo było błękitne, przecięte smugami samolotów, które przypominały, że świat poza tą łąką nadal istnieje.
Szymon leżał na plecach, z rękami pod głową, i wpatrywał się w niebo. Ja ułożyłam się obok niego, wtulając się ramieniem w jego bok. Czułam ciepło jego skóry przez cienką koszulkę. Czułam jego spokój — i swoje własne napięcie.
Milczeliśmy. Ale to nie była cisza z tych miłych. To była cisza pełna niewypowiedzianych myśli.
— A co jak za miesiąc wrócisz? — zapytał nagle, łagodnym tonem, który zupełnie nie pasował do ciężaru pytania. — Co wtedy z nami?
Zamarłam. Wiedziałam, że to pytanie w końcu padnie. Może powinnam była się przygotować, mieć gotową odpowiedź. Ale nie miałam. Bo nie wiedziałam.
Podniosłam się lekko, opierając na łokciu. Spojrzałam na niego — na jego profil, oświetlony popołudniowym słońcem. Był taki spokojny, a ja czułam w środku burzę.
— Nie wiem — odpowiedziałam szczerze, spuszczając wzrok. — Ale wiem jedno. Nie chcę, żeby to była tylko wakacyjna przygoda. Nie chcę za parę lat wspominać Cię jako „tego chłopaka z lata”. Chcę więcej. Jeśli Ty też…
Odwrócił się na bok i spojrzał na mnie. Jego oczy były poważne, ciemniejsze niż zwykle.