E-book
6.83
drukowana A5
53.81
Anabella

Bezpłatny fragment - Anabella

Tom I


Objętość:
385 str.
ISBN:
978-83-8245-143-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 53.81

Rozdział pierwszy

„Zawsze będę cię kochać, Misiu” — dumała smutno Iza, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w przesuwające się za oknem pociągu jesienne krajobrazy.– „Ciebie i tylko ciebie… mimo wszystko.”

Na tle migającego pniami sosen lasu, przez który przejeżdżał pociąg, wyświetliła jej się wizja ukochanej twarzy i wpatrzonych w nią niebieskich oczu okolonych czarną rzęsą. I scena, od której już chyba nigdy nie będzie umiała się uwolnić — ukwiecona łąka, ciche brzęczenie owadów i jego głowa na jej kolanach, fala pięknych blond włosów, w które wsuwa pieszczotliwym gestem dłoń, i jego usta, do których schyla się z czułością, odgarniając wolną ręką opadające mu twarz jej własne włosy… Była wtedy tak nieziemsko szczęśliwa! To właśnie wtedy, choć nie wypowiedziała tego na głos, by nie przerywać dźwiękiem słów magicznej chwili, w myślach ostatecznie i nieodwołalnie przysięgła mu, że jej serce na zawsze będzie należeć wyłącznie do niego. Bo na całym świecie od wczesnego dzieciństwa istniał dla niej tak naprawdę tylko on. Michał Krzemiński. Kolega z podstawówki, sąsiad z rodzinnego Korytkowa i jej były chłopak. Jej pierwsza i jedyna miłość.

„Nie masz racji, kochanie” — mówiła w myślach do swej ulotnej wizji o fosforyzująco błękitnych oczach. — „Czasami warto drugi raz wejść do tej samej rzeki, jeśli ona na ciebie wiernie czeka. Zmienia się, to prawda, tak jak ty się zmieniasz… ale przecież tylko po to, żeby cię dogonić.”

Iza Wodnicka miała dwadzieścia jeden lat i po dwuletniej przerwie w nauce jechała do odległego o sto kilometrów Lublina rozpocząć upragnione studia. Wyjazd ten okupiony był serią ogromnych wyrzeczeń i trudnych decyzji, nie mówiąc już o tym, że jechała w ciemno, z niewielką sumą oszczędności w kieszeni i bardzo mglistą perspektywą przyszłości. Jednak wierzyła, że sobie poradzi. Ufała nie tylko, że uda jej się utrzymać na wymarzonych studiach, wyrwawszy się wreszcie z szarego wiejskiego zakątka, w którym spędziła niemal całe dotychczasowe życie, ale że również powoli zdoła się uniezależnić, odciążając finansowo starszą siostrę i jej męża, jedyne bliskie osoby, które po śmierci matki zostały jej na świecie. A kto wie, może nawet…

Choć Iza starała się wypychać z umysłu wszelką nierozsądną nadzieję, wmawiając sobie uparcie, że jej ambicją jest przede wszystkim rozwój osobisty i szukanie szansy na lepsze życie, w głębi duszy przez cały czas miała świadomość, że w ten sposób będzie również bliżej niego. Od zeszłego semestru studiował na tej samej uczelni, na której ona pierwszego października miała rozpocząć naukę, co prawda na innym kierunku, a nawet na innym wydziale, jednak świat jest przecież taki mały! Choć w uczelnianych murach będzie się przewijać kilkanaście tysięcy osób, czyż sam rachunek prawdopodobieństwa nie podnosił jej szans na przypadkowe spotkanie? Jechała tam, gdzie był ten, dla którego biło jej serce… a wszystko inne przecież jakoś się ułoży!

Tak, ułoży się, musi się ułożyć. Na początek pomoże jej siostra, którą niezawodnie będzie wspierał świeżo upieczony szwagier; co prawda oboje powinni teraz odkładać pieniądze na własny start w normalne życie, zamiast finansować edukacyjne fanaberie młodszej siostry, ale Iza obiecała im i sobie, że długo to nie potrwa. Na razie skorzysta z pieniędzy, które wiezie ze sobą, będzie starała się gospodarować nimi najoszczędniej, jak potrafi, by nie musieć za często prosić ich o wsparcie, a kiedy tylko zorganizuje się na stancji i na uczelni, zrobi wszystko, by stanąć na własne nogi i przestać obciążać ich budżet domowy.

„Oddam Meli każdą złotówkę” — myślała stanowczo, wyprostowując się nieco na siedzeniu w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji. — „A jak już trochę bardziej się odkuję, za każdą obecną oddam jej dwie. Nigdy nie zapomnę, ile dla mnie zrobiła. Ona i Robert też. Kochany chłopak…”

Siostra Izy, starsza od niej o pięć lat Amelia, wyszła za Roberta w minione wakacje po zaledwie kilkumiesięcznym okresie narzeczeństwa. Starszy o rok chłopak z sąsiedniej wsi chodził z nią do liceum w pobliskim Radzyniu Podlaskim i przez kilka lat bezskutecznie, jednak niezwykle cierpliwie zabiegał o jej względy. Po śmierci pani Wodnickiej, którą złośliwy nowotwór zabrał z tego świata w niespełna pół roku, to właśnie on, wiedziony swym wiernym uczuciem, udzielił osieroconym dziewczynom największego logistycznego wsparcia. Mimo że sam pochodził z niezamożnej rodziny i nie dysponował wielkimi środkami finansowymi, był zawsze gotów nadrobić to pracą własnych rąk.

To w dużym stopniu dzięki niemu dwudziestoczteroletniej wówczas Amelii udało się utrzymać prowadzony przez matkę niewielki lokalny sklepik, z którego ich trzyosobowa rodzina żyła od ponad dziesięciu lat po tragicznej śmierci ojca. Sklepik ów, jedyne i dość marne ale za to stałe źródło ich dochodów, w czasie ciężkiej choroby właścicielki znacząco podupadł i zatonął w długach. Sprzedawczyni, która pracowała w tym czasie razem z Amelią, odeszła ze stanowiska zniechęcona niepewną perspektywą zatrudnienia, a nieliczni stali klienci przenieśli się do konkurencji. Pozostawiona w ten sposób samej sobie Amelia wraz z będącą u progu matury młodszą siostrą musiały we dwie podjąć decyzję, co robić dalej ze sklepem — ratować go za wszelką cenę, czy próbować się go pozbyć. Z początku rozważały tę drugą możliwość, jednak ponieważ zadłużenie przekraczało wartość majątku i nikt nie był zainteresowany kupnem niewielkiego, wymagającego remontu lokalu w prowincjonalnej miejscowości, zdecydowały, że ich jedynym sposobem na przetrwanie będzie próba zatrzymania i reaktywacji sklepu.

Ileż razy w tamtym czasie obie siadały przy stole nad dokumentami, z których same niewiele rozumiały… Ile razy odmawiały sobie kolacji, żeby zebrać pieniądze przeznaczone na choćby częściową spłatę kolejnej raty, w obawie, by bank nie wypowiedział im kredytu… Ile razy Amelia, chcąc oszczędzić wstydu młodszej siostrze, zagryzała zęby i szła do tych czy innych sąsiadów prosić o niewielką pożyczkę… Iza westchnęła ciężko na to wspomnienie.

„Dzielna Mela” — myślała z czułością, opierając skroń na zagłówku siedzenia i wpatrując się w migające za oknem kolorowe korony drzew. — „Na niej zawsze można polegać jak na Zawiszy. Ale przekona się, że młodsza siostra potrafi się odwdzięczyć. Jeszcze trochę, Melciu, i zobaczysz… obiecuję ci to, moja kochana. Mama byłaby z ciebie taka dumna!”

Przymknęła oczy, przytłoczona smutnymi obrazami z przeszłości.

Będziecie musiały dać sobie radę same, dziewczynki — zaszemrały jej w pamięci słowa umierającej matki, wypowiedziane słabym głosem w ostatni wieczór, który obie spędziły przy niej w szpitalu. — Na szczęście jesteście już dorosłe, a ja modlę się, żeby i dobrzy ludzie wam pomogli

Modlitwa biednej matki została wysłuchana, choć nie od razu. Przy okazji pogrzebu, o którym poinformowani zostali wszyscy członkowie rodziny ze strony zarówno matki, jak i ojca, dziewczyny po raz pierwszy spotkały ciotkę Klaudynę, rodzoną siostrę pani Wodnickiej. Choć ciotka była ze zmarłą skłócona od wczesnej młodości, w obliczu majestatu śmierci zdecydowała się przyjechać wraz ze swym mężem, by towarzyszyć siostrze w jej ostatniej ziemskiej drodze.

W kościele i na cmentarzu ciotka zachowywała wobec Amelii i Izy neutralne nastawienie ocieplone nawet dozą życzliwego współczucia, jednak kiedy po pogrzebie zobaczyła skromne warunki, w jakich żyły siostrzenice, jej zachowanie zmieniło się radykalnie, przeradzając się w wyniosły dystans. Amelia, która z ciotką rozmawiała tego dnia o wiele więcej niż sparaliżowana z rozpaczy Iza, wywnioskowała z jej zdawkowych uwag, iż kobieta spodziewała się uczestnictwa w podziale domniemanego majątku pani Wodnickiej. Skonstatowawszy ku swemu niezadowoleniu jego całkowity brak, nie tylko poczuła rozczarowanie, ale do tego wystraszyła się wizji, że sama miałaby jeszcze, nie daj Boże, wspomóc finansowo ubogie siostrzenice. Jak łatwo się domyślić, po ciotce Klaudynie i jej mężu już tego samego dnia nie pozostał żaden ślad, nawet w postaci numeru telefonu czy jakiejkolwiek innej formy potencjalnego kontaktu. Z rodziny ojca, z którą relacje pani Wodnickiej (od początku ponoć nienajlepsze) zupełnie wygasły po jego śmierci, na pogrzeb nie przyjechał nikt.

Jak to w takich razach bywa, największą doraźną pomoc Amelia i Iza otrzymały ze strony osób postronnych, sąsiadów i przyjaciół. Zwłaszcza tuż po pogrzebie na kilka tygodni rozkwitła sąsiedzka życzliwość, a wraz z nią otworzyły się serca i kieszenie, co pozwoliło dziewczynom choć trochę pozbierać się psychicznie i finansowo po utracie matki. Co prawda po kilkunastu tygodniach minęła pierwsza fala współczucia i siostry Wodnickie znów mogły liczyć niemal wyłącznie na siebie, jednak to szerokie międzysąsiedzkie i przyjacielskie wsparcie udzielone im na samym początku było nie do przecenienia.

Naturalną koleją rzeczy tłum przyjaciół szybko zaczął się przerzedzać. Po maturze i wakacjach niemal wszyscy koledzy i koleżanki Izy, w tym jej najlepsza przyjaciółka Agnieszka, wyjechali na studia lub do pracy, nie dostrzegając dla siebie perspektyw w prowincjonalnym Korytkowie. Kilka lat wcześniej to samo zrobiło zresztą szkolne środowisko Amelii i tylko nieliczni wrócili w rodzinne strony. Wśród osób, które pozostały u boku Amelii i Izy, a które zimą można już było zliczyć na palcach jednej ręki, znajdowała się Dorota, wieloletnia przyjaciółka starszej z dziewczyn, która została w Korytkowie z racji konieczności opieki nad swym niedołężnym ojcem, oraz zawsze życzliwa ich rodzinie sąsiadka Andrzejczakowa. W tym skromnym gronie znalazł się również Robert Stawecki — mieszkający w sąsiedniej Małowoli starszy kolega z liceum Amelii i jej nieśmiały wielbiciel.

To właśnie w jego osobie zrealizowało się to, o co modliła się przed śmiercią matka, zatroskana o przyszłość swych pozostawionych na pastwę losu córek. O ile Dorota czy stara Andrzejczakowa pomagali Amelii finansowo, pożyczając jej w podbramkowych sytuacjach pieniądze (które dziewczyna zawsze oddawała w terminie), lecz przytłoczeni własnymi obowiązkami nie mogli w tę pomoc zaangażować zbyt wiele czasu i wysiłku, o tyle Robert zawsze znalazł choć godzinę czy dwie na to, by po pracy podjechać i pomóc dziewczynom w koniecznych pracach fizycznych. Pracował na słabo płatnym stanowisku młodszego mechanika w warsztacie samochodowym, który mieścił się w oddalonej o cztery kilometry Małowoli, pracę często kończył po osiemnastej, dlatego przyjeżdżał do Korytkowa dopiero wieczorem, jednak nigdy nie odmówił Amelii pomocy i po kilku miesiącach jego stare seicento zaparkowane pod sklepem sióstr Wodnickich stało się znanym wszystkim sąsiadom elementem korytkowskiego krajobrazu.

Iza, która w zaistniałej sytuacji musiała wyrzec się planów wyjazdu na studia i ze wszystkich sił zaangażowała się w pomoc siostrze, podobnie jak ona z wdzięcznością przyjęła wsparcie Roberta, którego wcześniej znała tylko z widzenia, ale z którym po śmierci matki bardzo szybko się zaprzyjaźniła. Nie umknęło oczywiście jej uwadze, że pomoc, jakiej udzielał jej i Amelii, nie wynikała z bezinteresownego współczucia, a z płomiennych uczuć żywionych względem jej siostry, jednak zważywszy, że chłopak ani razu nie dał swoim zachowaniem do zrozumienia, że oczekuje w tym względzie dowodów wdzięczności, Iza w duchu bardzo doceniła to dyskretne uczucie i już po kilku miesiącach — mimo iż wiedziała, że Amelia nie darzy go wzajemnością — zaczęła mu szczerze kibicować w cichej walce o serce ukochanej dziewczyny.

Jednym ze skutków ubocznych (czy raczej wartością dodaną) owej walki był remont przeprowadzony w podupadłym sklepie sióstr Wodnickich. Niemal wszystkie prace wykonali we troje przy minimalnych nakładach na materiały, Robert bowiem znał się na takich technicznych sprawach jak instalacja elektryczna, wodno-kanalizacyjna czy wentylacyjna, dzięki czemu dziewczyny nie musiały zatrudniać słono opłacanych fachowców. Ułatwiło to w znaczący sposób dalsze starania Amelii o utrzymanie sklepu, do którego stopniowo wrócili dawni klienci i który powoli, mozolnie, ale coraz regularniej zaczął generować przychody pozwalające na pokrycie codziennych wydatków oraz systematyczną spłatę długów. Zamknięcie jednego z konkurencyjnych sklepów w Korytkowie, a także likwidacja dużego domu towarowego w sąsiedniej Małowoli pozwoliły siostrom podwoić liczbę stałej klienteli i po niespełna dwóch latach od śmierci matki wreszcie odbić się od dna.

Na tle szyby pędzącego pociągu przed oczami Izy zamajaczyły sceny z niezapomnianego marcowego dnia, kiedy to Amelia spłaciła ostatnią transzę ciążącego na firmie zadłużenia i wróciła do domu z plecakiem pełnym wiktuałów, a wieczorem z tej okazji obie przygotowały uroczystą kolację. Był na nią zaproszony również Robert, który od czasu, gdy dziewczynom zaczęło się lepiej powodzić i nie potrzebowały już jego pomocy, przestał bywać u nich w domu, a jedynie czasami widywały go, gdy wpadał do ich sklepiku po zakupy zlecone mu przez matkę. Ponieważ przyjeżdżał po nie prosto z pracy w roboczym kombinezonie wysmarowanym olejem samochodowym, nierzadko tuż przed zamknięciem sklepu, zazwyczaj nie mieli okazji do dłuższej rozmowy, tym bardziej, że Amelia od jakiegoś czasu wydawała się go unikać. Czyż jednak mogło go zabraknąć przy świętowaniu sukcesu, którego był bądź co bądź współautorem?

Iza uśmiechnęła się ciepło na wspomnienie tamtego uroczystego wieczoru, kiedy obie z Amelią, śmiejąc się i żartując, szykowały kolejne potrawy, potem nakrywały stół na trzy osoby, aż wreszcie na dźwięk dzwonka ścigały się do przedpokoju, by otworzyć drzwi. Pamiętała, jak zatrzymały się obie i zamilkły, gdy w owych drzwiach stanął elegancko ubrany w czarną koszulę i szarą marynarkę Robert, dzierżący w ręce ogromny bukiet białych tulipanów, który wręczył Amelii w milczeniu mówiącym więcej niż słowa… To wtedy Iza zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo zmienił się w ciągu ostatnich dwóch lat, jak zmężniał, nabrał sprężystości ruchów i pewności siebie, a do tego zadziwiająco wyprzystojniał. Jego twarz nie była już twarzą tamtego chuderlawego chłopaka, który na cmentarzu, tuż po pogrzebie pani Wodnickiej nieśmiałym gestem, z rumieńcem na policzkach podawał Amelii karteczkę z numerem telefonu, zapewniając ją o swej bezwarunkowej gotowości do pomocy; była to ogolona z mocnego zarostu twarz poważnego, dwudziestosiedmioletniego mężczyzny o solidnej, harmonijnej sylwetce i wyrzeźbionych ciężką pracą ramionach. Co prawda zmiany w jego wyglądzie i sposobie bycia zachodziły przez te dwa lata stopniowo, jednak dopiero tamtego wieczoru ich efekt rzucił się Izie w oczy z pełną wyrazistością.

Od tamtej pory zaczęła też dostrzegać subtelne zmiany w sposobie, w jaki względem niego zachowywała się Amelia. Choć dyskretnie nie dopytywała jej o nic, z cichą radością w sercu obserwowała, jak oczy siostry rozświetlały się, gdy Robert wchodził do ich sklepu po zakupy (Iza starała się wtedy znaleźć sobie szybko jakieś niecierpiące zwłoki zajęcie na zapleczu), jak uśmiechała się do telefonu, gdy przychodził od niego sms (co prawda Iza nie miała pewności, że to od niego, ale domyślała się tego bezbłędnie po minie siostry) i jak delikatnie drżał jej głos, gdy wypowiadała jego imię. Po kolejnych kilku tygodniach ich przelotne spotkania zamieniły się w regularne spacery po okolicy (Amelia zabroniła Izie nazywać te wyjścia randkami), na które wybierali się zawsze w swój jedyny wolny dzień czyli w niedzielę.

Właśnie w jeden z takich ciepłych, niedzielnych wieczorów, gdzieś w połowie kwietnia, słysząc pod domem śmiech powracającej ze spaceru Amelii, Iza wyjrzała przez okno i pod rozłożystym klonem przy furtce ich domu dostrzegła sylwetkę splecionej w uścisku pary łączącej usta w gorącym pocałunku. Pamiętała dobrze swe radosne bicie serca na ten widok, a potem tamte długie godziny, kiedy we dwie siedziały po ciemku na łóżku pod jedną kołdrą i rozmawiały aż do bladego świtu o wszystkim, o czym dotąd za wcześnie byłoby mówić…

Jestem taka szczęśliwa, Izunia — szemrał jej w głowie wzruszony szept Amelii. — Nigdy nie myślałam, że można się tak czuć… On mi się oświadczył, wiesz?

Skromny ślub Amelii i Roberta odbył się w ostatnią sobotę sierpnia i choć młodej pary nie stać było na wystawne weselisko, Iza była zdania, że piękniejszej uroczystości nie sposób sobie wyobrazić. Jako świadek ślubu stała w kościele tuż przy młodych i we wpatrzonych czule w Amelię oczach Roberta widziała gwarancję bezpieczeństwa i szczęścia, jakie wreszcie stało się udziałem tej dotychczas tak mocno doświadczonej przez los dziewczyny. Od tamtej chwili szwagier, którego Iza traktowała dotychczas jak dobrego przyjaciela, stał się bliski jej sercu jak rodzony brat.

„Jesteś aniołem zesłanym z nieba dla Melci na prośbę mamy” — myślała, wspominając blask szczęścia w jego oczach, gdy wyprowadzał z kościoła swą świeżo poślubioną małżonkę. — „Gdyby nie ty, mnie zresztą też by dzisiaj nie było w tym pociągu…”

Już od maja było postanowione, że w październiku Iza podejmie swe upragnione studia. Zaproponowała jej to Amelia, która sama definitywnie zrezygnowawszy z kontynuowania nauki, chciała, by przynajmniej młodsza siostra mogła zdobyć wyższe wykształcenie, a w perspektywie szansę na łatwiejsze życie. Wyjazd Izy wiązał się oczywiście z kosztami, a do tego z utratą wykwalifikowanej pary rąk do pracy w sklepie, jednak Amelia, z Robertem u boku, inaczej już patrzyła w przyszłość.

Damy radę, mała, niczym się nie martw — przekonywała ogarniętą wątpliwościami i wyrzutami sumienia Izę. — Nie zostaję przecież sama, Robi zwolni się od lipca z warsztatu i pomoże mi w sklepie, już to ustaliliśmy. Pociągniemy firmę we dwoje i wygospodarujemy dla ciebie pieniążki na studia, długi już przecież mamy spłacone… Nie ma dyskusji, Izunia, składasz w tym roku papiery na uczelnię i jedziesz. Za zdolna jesteś, żeby tak się marnować, nie po to tyle się uczysz tego języka, żeby nic z tego nie było. Moja mała, dzielna siostra — uśmiechnęła się, gładząc ją po włosach. — Musisz to zrobić, jeśli nawet nie dla siebie, to dla mnie. Już dawno sobie obiecałam, że zadbam o to, żebyś mogła studiować, więc proszę mi tu teraz nie robić dywersji, zrozumiano?

Łza wdzięczności zakręciła się na to wspomnienie w oku Izy wpatrzonej w przewijające się na oknem pociągu jesienne pejzaże. Plan Amelii, całym sercem poparty przez Roberta, został wcielony w życie i na początku sierpnia w skrzynce na listy wylądowało pismo z z jednej z lubelskich uczelni zawiadamiające, iż pani Izabella Wodnicka została przyjęta w poczet studentów pierwszego roku filologii romańskiej.

Studia związane z francuskim były jej marzeniem od lat, zakochała się w tym języku we wczesnym liceum, olśniona francuską muzyką, której wtedy zaczęła namiętnie słuchać, szczególną preferencją darząc stare utwory Joe Dassina. To właśnie od tekstów jego piosenek zaczęła się jej samodzielna nauka tego trudnego acz pięknego języka, który oczarował ją tak bardzo, że zapragnęła opanować go przynajmniej w stopniu komunikatywnym. W wolnych chwilach, z właściwą sobie wytrwałością realizowała to postanowienie; słuchała radia i oglądała filmy po francusku, ćwiczyła gramatykę, rozwiązywała w Internecie ćwiczenia leksykalne, a także zamykała się w pokoju i czytała na głos, aby doskonalić niełatwą francuską wymowę i akcent.

Pierwsze efekty jej pracy pojawiły się bardzo szybko, co z jednej strony niewątpliwie świadczyło o jej wrodzonym talencie do języków obcych, a z drugiej wskazywało na to, co podpowiadało jej również serce — że odkryła w tej przygodzie swoją pasję. Dlatego wybór dalszej ścieżki edukacyjnej nie był dla niej problemem i w przeciwieństwie do wielu swoich koleżanek na długo przed maturą wiedziała doskonale, co chce studiować. Co prawda po śmierci matki musiała na dwa lata wyrzec się tego planu, jednak ponieważ naukę języka kontynuowała w domu, poświęcając na nią swe nieliczne wolne chwile, dziś, pomimo dwuletniej przerwy w edukacji, jechała na studia pełna wiary, że przynajmniej w tym względzie powinna sobie poradzić.

Dużo trudniejsza okazała się logistyczna organizacja jej wyjazdu, zwłaszcza że ze względu na ogromną ilość wniosków nie udało jej się uzyskać miejsca w akademiku. Po przekalkulowaniu domowego budżetu i wyskrobaniu z szuflady wszystkich skrywanych tam oszczędności Amelia wygospodarowała dla siostry tysiąc złotych na start, zapewniając ją, że do początku listopada odłoży dla niej coś więcej. Iza skrupulatnie rozpisała konieczne wydatki i doszła do konstruktywnego wniosku, że suma ta pozwoli jej wnieść konieczne opłaty na uczelni, zapłacić za stancję i przy oszczędnym trybie życia dotrwać bez większych kłopotów do końca października.

Na szczęście po porażce z akademikiem udało jej się znaleźć w Lublinie stancję w porównywalnej cenie dwustu pięćdziesięciu złotych za miesiąc, a warunki ustalone przez telefon z właścicielem wyglądały bardzo korzystnie. Mimo że stancja mieściła się w starej kamienicy w centrum miasta i właściciel uprzedził lojalnie, że luksusów nie mogła się spodziewać, ważne dla niej było przede wszystkim to, że będzie mieć do dyspozycji własny pokój. Zważywszy, że na jedynkę w akademiku w tej cenie nie mogłaby liczyć, Iza uznała obrót sprawy za swój pierwszy sukces i postanowiła opłacić stancję z góry za pierwsze dwa miesiące, aby aż do grudnia mieć w tym względzie spokojną głowę.

W dniu jej wyjazdu od ślubu Amelii i Roberta minął już pełny miesiąc. Widoczne gołym okiem szczęście młodych państwa Staweckich, wzajemna miłość i szacunek, jakie sobie okazywali, a także całkiem niezła kondycja sklepu, który w początku roku szkolnego zanotował wyższe obroty, sprawiały, że Iza wyjeżdżała z Korytkowa ze spokojnym sercem. Czułe pożegnanie z Amelią na radzyńskim dworcu zakłóciły tylko na chwilę jej wypowiedziane w dobrej wierze słowa.

Trzymaj się, Izunia, i niech ci się wiedzie jak najlepiej — szeptała jej do ucha siostra, tuląc ją do siebie tuż przed odjazdem pociągu. — Na uczelni i nie tylko, wiesz, o czym myślę. Modlę się, żebyś spotkała tam kogoś dobrego, takiego jak mój Robi. I żebyś mogła być szczęśliwa… po tamtym. No, buźka, kochanie, i pamiętaj, dzwoń do nas często, a przynajmniej wysyłaj smsy. Zobaczymy się w listopadzie, ja już od jutra będę strasznie za tobą tęsknić…

Owe wypowiedziane zaledwie przed godziną słowa wróciły znów jak bumerang i pobrzmiewały dręczącym echem w głowie Izy na tle monotonnego stuku kół pociągu. I żebyś mogła być szczęśliwa… po tamtym… po tamtym…

Nie winiła siostry za ból, jaki sprawiło jej to krótkie zdanie, bo Amelia, dla której Michał był już tylko odległym wspomnieniem z przeszłości, nie mogła wiedzieć, co działo się w jej sercu, a ściślej w jego najpilniej strzeżonym zakamarku, w którym nadal jak gorący gejzer biło źródło jej jedynej w życiu miłości. Miłości wiernej i nieugaszonej, wyłącznej i gotowej wybaczyć wszystko. Od niemal trzech lat ukrywanej przed innymi tak skutecznie, że wszyscy wokół sądzili, iż dawno się z niej wyleczyła.

Ileż razy Iza chciała wyrzucić to z siebie, otworzyć przed Amelią serce, zwierzyć się tej najbliższej jej na świecie osobie… i nie potrafiła. Miała świadomość, że gdyby raz zaczęła o tym mówić, nie zdołałaby ukryć już niczego i musiałaby jej wyznać jeszcze kilka innych trudnych rzeczy. Jak choćby to, że jej wieloletnia przyjaźń z Agnieszką uschła jak ścięty kwiat niedługo po wyjeździe przyjaciółki na studia (Amelia była pewna, że dziewczyny nadal utrzymywały kontakt), albo to, że incydent z poważnym zatruciem pokarmowym, po którym Iza wylądowała w tamtym czasie na kilka dni w szpitalu i który kosztował Amelię tyle strachu, był tak naprawdę przerwaną w porę próbą samobójczą.

Iza nie potrafiła określić, kiedy dokładnie zakochała się w Michale. Czy stało się to od razu tamtego pamiętnego września, kiedy poszła do pierwszej klasy podstawówki w Korytkowie i wśród swych siedmioletnich kolegów dostrzegła wyróżniającego się urodą blondynka o niebieskich oczach? Nie, to chyba nie było jeszcze wtedy… chyba przyszło później, kiedy lepiej go poznała, kiedy na przerwach patrzyła, jak bije się z kolegami i zawsze wygrywa, a na lekcjach, choć potrafi broić za dwóch, zawsze na wszystko ma odpowiedź i dostaje najlepsze stopnie.

Tak czy owak pewnym jest, że już kilka miesięcy później mała Iza była w nim śmiertelnie zakochana, a z każdym miesiącem i rokiem uczucie to nabierało mocy. Zmieniało się oczywiście, tak jak zmieniała się i ona. W miarę jak wzrastała jej świadomość, przywdziewało coraz pełniejsze kształty, płynnie przechodząc od platonicznych westchnień ośmiolatki do nastoletnich marzeń o słodkich pocałunkach i chodzeniu razem po szkole (koniecznie trzymając się ostentacyjnie za ręce tak, jak od piątej klasy robili to Aśka z Piotrkiem z ich klasy) aż po snute gdzieś w końcu podstawówki odważne wizje wspólnej przyszłości, białego welonu i zgodnego związku do grobowej deski.

Niestety, ukochany Michał przez te wszystkie lata zupełnie nie zwracał uwagi na skromną koleżankę z sąsiedniego rzędu, która śledziła go rozmarzonym spojrzeniem swych wielkich, brązowych oczu, oczywiście tylko wtedy, kiedy nikt (a zwłaszcza on!) na nią nie patrzył. Iza bowiem za żadne skarby świata nie przyznałaby się do swej namiętności nikomu, nawet swej najbliższej przyjaciółce. Co prawda Agnieszka i tak wszystkiego się domyśliła, jednak po kilku nieudanych próbach nakłonienia Izy do zwierzeń dała spokój z dopytywaniem i temat Michała wisiał między nimi w powietrzu wyłącznie w trybie implicite.

W siódmej klasie podstawówki, gdy jej dziewczęce marzenia o przystojnym koledze z klasy zaczęły już przypominać kipiące tsunami, okazało się, że jego wspaniała blond grzywa i rzucane spod niej intrygujące spojrzenie niebieskich oczu przyciągają uwagę nie tylko Izy, ale również wielu innych koleżanek. Przebojowy, pochodzący z zamożnej rodziny chłopak, który wyrastał na coraz większego przystojniaka, a w Korytkowie dał się już poznać jako istna dusza towarzystwa, nie omieszkał skorzystać ze swej popularności i w połowie siódmej klasy zaczął dumnie chodzić z młodszą o rok Martyną, jednogłośnie uznawaną za bezkonkurencyjną szkolną piękność.

To wtedy Iza po raz pierwszy poznała smak zazdrości i cierpienia złamanego serca. Widok ukochanego chłopaka obejmującego i całującego publicznie inną dziewczynę sprawiał jej niewysłowiony ból, który nie pozwalał jej spać po nocach. Nie było w niej jednak złości czy nienawiści — z pokorą uznawała wyższość Martyny nad samą sobą, a Michał… cóż, jego ani przez chwilę nie przestała kochać. Po cichu, w tajemnicy i beznadziejnie, ale z każdym dniem i tygodniem coraz mocniej.

Kiedy w ósmej klasie Michał zerwał z Martyną (a może ona z nim? każde z nich trzymało się twardo swojej wersji), nadzieje Izy odżyły jak podsycony nowym żarem płomień. Niestety nie na długo. Tym razem niesforny przystojniak wybrał na swą muzę Monikę, koleżankę z klasy, z którą na przemian spektakularnie kłócił się i godził wśród płomiennych pocałunków. Ich burzliwy związek potrwał do końca podstawówki, jednak rozpadł się jak domek z kart, gdy absolwenci rozjechali się do szkół średnich w różnych miastach.

Iza wraz z kilkoma innymi osobami, w tym z Agnieszką, poszła do liceum w pobliskim Radzyniu, natomiast Michał, syn miejscowego biznesmena prowadzącego stację benzynową i prosperujący motel w Małowoli, nie zadowolił się tradycyjną ścieżką edukacyjną korytkowskiej młodzieży, lecz wybrał szkołę aż w Siedlcach. Ponieważ zamieszkał tam w internacie, przez dwa i pół roku Iza widywała go jedynie od czasu do czasu, gdy wracał do domu na święta, ferie i wakacje.

Rykoszetem, poprzez wspólnych znajomych, dotarła do niej informacja, że w międzyczasie miał kolejną dziewczynę, potem jeszcze jedną, a może nawet dwie — w tym punkcie zasłyszane plotki nie były precyzyjne. Tak czy inaczej w wakacje po drugiej klasie przywiózł na dwa tygodnie do rodziców tajemniczą piękność, z którą kilka razy pojawił się nawet na lokalnych dyskotekach w Małowoli, jednak kiedy w połowie trzeciej klasy wrócił do domu na ferie zimowe, po Korytkowie poszła pocztą pantoflową wieść, że od paru miesięcy znowu był sam. Agnieszka, która dzień po jego przyjeździe widziała go u znajomych, z przejęciem poinformowała Izę, że wygląda rewelacyjnie, zapewniając ją przy tym, że jego samotność zapewne nie potrwa długo, gdyż dziewczyny z całej okolicy tłoczą się wokół niego jak pszczoły w ulu.

To był z pozoru zwyczajny dzień… mroźny dzień zimowych ferii, kiedy Iza wybrała się na pocztę, by na prośbę matki uiścić kilka bieżących opłat. Spotkała go na oblodzonych schodach. Do tej pory pamiętała ową przyjemną słabość w nogach, jaka ogarnęła ją na widok ukochanych niebieskich oczu, a potem, już wewnątrz budynku poczty, tamto drżenie serca, gdy patrzyła na wysypującą mu się spod zdjętej czapki cudowną burzę blond włosów.

Iza? To ty? Ale się zmieniłaś!… — jeszcze teraz słyszała zaskoczenie w jego głosie.

To wtedy po raz pierwszy w jego oczach zabłysł ognik zainteresowania, który zadziałał jak chluśnięcie benzyną na palący się od lat w jej sercu płomyczek cichej, wiernej miłości.

Rzuć mi numer telefonu, okej? Może dałabyś się zaprosić na pizzę? Dawno się nie widzieliśmy, trzeba by trochę pogadać… Kiedy masz czas, może być dzisiaj wieczorem?

Wszystko toczyło się tak szybko, że Izie nawet dziś, w pociągu, zakręciło się na to wspomnienie w głowie, jakby znów znalazła się na wirującej karuzeli tamtych zdarzeń.

Pokaż, ale masz zimne ręce… ogrzejemy je zaraz. No, uśmiechnij się do mnie, mała. Jeszcze kawałek pizzy? Dotyk jego rąk na jej zmarzniętych dłoniach, ciepłe chuchnięcie, którym starał się je rozgrzać, i jego lśniące oczy z drugiej strony stolika. A potem jego ukochany głos w telefonie. Jutro podjadę po ciebie przed osiemnastą. Wezmę samochód od starego i jedziemy razem do Małowoli na disco. Nie odmówisz mi, co, księżniczko?

Jazda samochodem w mroźną, roziskrzoną śniegiem noc. I tamto niedowierzanie, że on, ten jedyny, jest tuż obok… Migające światełka dyskoteki, uśmiechy nieznajomych chłopaków. O, cześć, Michu! To twoja nowa dziewczyna? Zazdrość w oczach koleżanek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 53.81