AMI I GWIEZDNE PUDEŁKO
Tom pierwszy: Planeta Trendoria
Dzień Wielkiego Otwierania
W klasie 2B od rana coś brzęczało w powietrzu. Nie była to mucha, bo pani Ola już dwa razy otworzyła okno i mucha dawno uciekła. Nie był to też dzwonek na przerwę, choć wszystkie dzieci patrzyły na zegar tak często, jakby miały siłą przesunąć wskazówki. To brzęczało oczekiwanie.
Tego dnia po lekcjach w galerii handlowej miało odbyć się Wielkie Otwieranie Pudełek Niespodzianek. W internecie wszyscy o tym mówili. Jedni pokazywali pluszowe breloczki z ogromnymi oczami. Inni nagrywali, jak rozrywają srebrne woreczki i krzyczą z radości, gdy trafia im się stworek z błyszczącymi uszami. Były też filmiki, na których ktoś szeptał do kamery: „Tego jeszcze nikt nie ma”.
Ami znała te filmiki. Nie wszystkie, bo mama pilnowała czasu przed ekranem, ale wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że najrzadszy był Kosmokotek. Miał ogon jak kometa, futerko w kolorze nocnego nieba i oczy, które podobno świeciły tylko wtedy, gdy właściciel miał dobry pomysł.
Ami bardzo chciała Kosmokotka. Nie dlatego, że była zachłanna. Nie dlatego, że nie miała zabawek. Miała misia Lunę, kredki, klocki po starszym kuzynie i pudełko kamyków, które uważała za skarby. Chciała Kosmokotka, bo w klasie od kilku tygodni każdy mówił o tym, co ma przypięte do plecaka.
Lena miała trzy zawieszki. Jedna wyglądała jak wampirek z waty cukrowej, druga jak mały duszek w kaloszach, a trzecia była podobno „limitowana”. Filip miał brelok, który po potrząśnięciu mówił: „Jesteś super!”. Tylko że mówił to każdemu, nawet ławce.
Ami miała przy plecaku odblask w kształcie żółtej gwiazdki. Dostała go od babci. Gwiazdka była porysowana i trochę starta na jednym ramieniu, ale Ami kiedyś ją bardzo lubiła. Ostatnio odwracała plecak tak, żeby gwiazdki nie było widać.
Na przerwie Lena zapytała: „A ty, Ami, ile pudełek kupujesz?”. Ami odpowiedziała cicho: „Jedno”. Filip zrobił wielkie oczy. „Tylko jedno? Ja kupuję trzy, bo wtedy jest większa szansa”. Ami wzruszyła ramionami, ale w środku zrobiło jej się malutko.
Mama powiedziała rano jasno: „Jedno pudełko. To zabawa, a nie wyścig. Nie będziemy kupować wielu tylko dlatego, że inni tak robią”. Ami pokiwała głową. Rozumiała mamę. Naprawdę. Tylko że rozumienie nie zawsze sprawia, że serce przestaje chcieć.
Po lekcjach galeria handlowa wyglądała jak statek kosmiczny pełen dzieci. Wszyscy szli w tę samą stronę. Do sklepu z zabawkami. Kolejka zawijała się obok lodziarni, potem przy fontannie, aż do wielkiej donicy z palmą, która wyglądała, jakby też czekała na swoją kolej.
Ami stała z mamą i ściskała w dłoni monetę na szczęście. Nie była potrzebna do płacenia, ale babcia kiedyś powiedziała, że przed ważną decyzją dobrze mieć coś małego i spokojnego w kieszeni. Ami powtarzała w myślach: „Niech będzie Kosmokotek. Proszę. Tylko ten jeden raz”.
Kiedy weszły do sklepu, zobaczyła ścianę pudełek. Wszystkie były identyczne. Fioletowe, błyszczące, z napisem: „Nie wiesz, kto cię wybierze”. Ami zatrzymała się przy półce. „Mamo, tu nie jest napisane, kogo ja wybiorę. Tu jest napisane, kto wybierze mnie”. Mama uśmiechnęła się. „Reklama lubi udawać tajemnicę”.
Ami wyciągnęła rękę. Pierwsze pudełko było zimne. Drugie zwyczajne. Trzecie zadrżało tak lekko, że mogło się jej wydawać. Czwarte cicho zapiszczało.
Ami cofnęła palce. „Mamo, ono pisnęło”. Mama spojrzała na pudełko, potem na córkę. „W sklepie z zabawkami różne rzeczy piszczą”. To brzmiało rozsądnie. Zbyt rozsądnie jak na coś, co właśnie pisnęło.
Ami wzięła pudełko. Było cieplejsze od innych. Gdy kasjerka je skanowała, czytnik zapiszczał, ale na ekranie zamiast ceny przez sekundę pojawiła się mała srebrna gwiazda. Kasjerka zmarszczyła brwi, stuknęła w klawiaturę i wszystko wróciło do normy.
W drodze do domu pudełko leżało na kolanach Ami. Nie ruszało się. Nie piszczało. Nie świeciło. A jednak dziewczynka miała wrażenie, że coś w środku słucha, jak bije jej serce.
Pudełko, którego nikt nie zamówił
Ami nie otworzyła pudełka od razu. Najpierw położyła je na biurku. Potem umyła ręce. Potem poprawiła lampkę. Potem zdjęła z biurka kubek z kredkami, bo uznała, że ważne otwieranie potrzebuje miejsca. Potem znowu postawiła kubek, bo kredki były świadkami wielu jej najlepszych pomysłów.
Telefon leżał obok. Ami przez chwilę chciała nagrać filmik. Mogłaby powiedzieć szeptem: „Otwieramy tajemnicze pudełko, trzymajcie kciuki”. Tak robili inni. Ale kiedy dotknęła ekranu, poczuła dziwną niechęć. Jakby ten moment mógł być mniejszy, jeśli najpierw pomyśli o tym, jak wygląda przed kamerą.
Odłożyła telefon ekranem do dołu. „To będzie tylko dla mnie”, powiedziała. Pudełko odpowiedziało bardzo cichym: „Na szczęście”. Ami zamarła.
Przez chwilę w pokoju było słychać tylko zegar z kuchni i odległe buczenie lodówki. Ami pochyliła się nad pudełkiem. „Czy ty powiedziałoś… powiedziałeś coś?”. Pudełko milczało. Ami pomyślała, że może to jej wyobraźnia. Wyobraźnia często mówiła do niej głosami różnych rzeczy.
Rozdarła folię. W środku nie było katalogu kolekcji ani naklejki z kodem. Był srebrny woreczek, miękki i lekko ciepły. Na woreczku widniał napis: „Nie skanuj. Posłuchaj”.
Ami przyłożyła woreczek do ucha. Najpierw usłyszała szum, jak w muszli znalezionej nad morzem. Potem pisk, jakby mała gwiazda przeciągała się po drzemce. A potem głosik: „Czy ci od Chcenia już poszli?”.
Dziewczynka odskoczyła od biurka. „Jacy ci od Chcenia?”. Woreczek poruszył się. „Ci, którzy sprzedają dzieciom cudze pragnienia i pakują je w ładne kartoniki”.
Ami bardzo powoli otworzyła woreczek. W środku siedział pluszowy stworek. Nie był Kosmokotkiem. Nie był żadną postacią z filmików. Miał futerko w kolorze księżycowego mleka, wielkie uszy, dwa krzywe ząbki i oczy jak srebrne guziki po babcinym płaszczu.
Na brzuszku miał łatkę w kształcie kapsla.
„Dzień dobry”, powiedział stworek. „Czy macie tu herbatniki? Po podróży międzyplanetarnej człowiek, to znaczy pluszak, bywa głodny”.
Ami otworzyła usta. Zamknęła je. Otworzyła ponownie. „Ty mówisz”.
„Ty też”, odpowiedział stworek. „A ja nie robię z tego wielkiego odkrycia”.
Ami usiadła na krześle tak ostrożnie, jakby podłoga mogła nagle zmienić zdanie. „Kim jesteś?”.
Stworek wyprostował się dumnie. „Kapitan Kapsel, Strażnik Rzeczy Nie Do Końca Chcianych, Obrońca Zgubionych Kolorów, Tymczasowy Uciekinier z Planety Trendoria i miłośnik okruszków”.
„Mogę mówić Kapsel?”.
„Możesz. Kapitan brzmi poważnie, a powaga gniecie futerko”.
Ami podała mu okruszek herbatnika. Kapsel ugryzł go z miną znawcy. „Ziemskie wypieki. Trochę mało gwiezdnego pyłu, ale przyjemna kruchość”.
Dziewczynka spojrzała na puste pudełko. „Ja chciałam Kosmokotka”.
Kapsel pokiwał głową. „Wiem. On też chciał, żebyś go chciała. Tak działa haczyk”.
„Jaki haczyk?”.
„Taki niewidzialny. Pokazuje ci rzecz i szepcze: jeśli ją zdobędziesz, inni zobaczą, że jesteś ważna. A kiedy już ją zdobędziesz, szepcze: może następna rzecz sprawi, że będziesz jeszcze ważniejsza”.
Ami poczuła ukłucie w brzuchu. „Ja nie chciałam być najważniejsza. Chciałam tylko nie być ostatnia”.
Kapsel przestał chrupać. Jego srebrne oczy złagodniały. „To bardzo ludzkie chcenie. Wcale nie złe. Ale właśnie takie chcenia najłatwiej ukraść”.
Nagle stara gwiazdka odblaskowa przy plecaku Ami rozbłysła. Nie tak jak zwykły odblask. Zaświeciła od środka, ciepłym, żółtym światłem. Na ścianie pojawił się okrąg. W okręgu zamigotały pudełka, ekrany, brokat i ulice miasta, którego Ami nigdy nie widziała.
Z okręgu dobiegł gładki głos: „Ami. Gratulacje. Zostałaś zaproszona na Planetę Trendoria. Przygotuj swoje marzenia do wymiany”.
Kapsel zerwał się na równe nogi. „Nie patrz za długo!”.
Ami chciała odwrócić wzrok. Naprawdę chciała. Ale w okręgu zobaczyła Kosmokotka. Machnął do niej ogonem jak kometą.
I wtedy zrozumiała, że przygoda nie zawsze zaczyna się od odwagi. Czasem zaczyna się od tego, że bardzo trudno oderwać oczy.
Pluszak z krzywym ząbkiem
Ami nie weszła do portalu, bo z kuchni dobiegł głos mamy pytającej, czy wszystko w porządku. Portal zgasł szybciej niż świeczka na torcie, a Kapsel upadł na zeszyt i udawał zwykłego pluszaka tak przesadnie, że wyglądał jak aktor w szkolnym przedstawieniu.
Mama zajrzała do pokoju, zobaczyła córkę, pudełko, pluszaka i rozsypane okruszki. Ami prawie powiedziała prawdę. Prawie. Zamiast tego powiedziała: „Pudełko było dziwne”. Mama uśmiechnęła się i odparła: „Dziwne rzeczy bywają najlepsze, jeśli nie robią bałaganu”.
Kiedy drzwi się przymknęły, Kapsel odetchnął. Wyjaśnił, że Trendoria potrafi dotrzeć do każdego dziecka przez rzecz, której ono bardzo pragnie. Nie przez samo pragnienie, bo pragnienie jest dobre, lecz przez strach, że bez tej rzeczy dziecko będzie mniej lubiane.
Ami słuchała i głaskała swoją starą gwiazdkę odblaskową. Jeszcze wczoraj chciała ją schować. Teraz świeciła cicho, jakby była małym sercem plecaka. Kapsel powiedział, że gwiazdka to Strażniczka Widoczności. Pilnowała, żeby Ami nie zapomniała, kim jest, kiedy świat zrobi się za głośny.
„Dlaczego ja?” zapytała Ami. Kapsel odpowiedział, że nie dlatego, iż jest najodważniejsza. Właśnie dlatego, że czasem się boi. Dzieci, które czują lęk przed odrzuceniem, potrafią potem najlepiej rozpoznać inne dzieci zagubione w tym samym lęku.
Przed snem portal błysnął jeszcze raz, ale Ami odwróciła wzrok. Nie było to łatwe. Kosmokotek wciąż machał z daleka. Dziewczynka przytuliła Kapsla i pomyślała, że może nie dostała zabawki, której chciała, ale dostała pytanie, którego bardzo potrzebowała: czy naprawdę musi mieć to, co wszyscy, żeby być sobą?
Biblioteka, która pamięta sny
Następnego dnia Ami poszła do szkoły z Kapslem przypiętym do plecaka. Bała się, że ktoś powie, że wygląda dziwnie. I ktoś powiedział. Filip zerknął na stworka i mruknął: „Jakiś nie z tej serii”. Ami już miała spuścić głowę, kiedy odezwała się Pola, dziewczynka z ławki obok: „Może właśnie dlatego jest ciekawy”.
Pola lubiła rzeczy, które nie pasowały do zestawu. Miała dwie różne gumki na włosach, rysowała smoki w zeszycie do matematyki i twierdziła, że ołówki mają nastroje. Ami czasem zazdrościła jej swobody. Pola nie wyglądała, jakby pytała świat o pozwolenie.
Na dużej przerwie Kapsel szepnął Ami do ucha, że muszą iść do biblioteki. Biblioteka szkolna była miejscem spokojnym, pachniała papierem i klejem introligatorskim. Na drzwiach wisiała kartka: „Cisza to nie kara. Cisza to domek dla myśli”.
Za biurkiem siedziała pani Ruta, bibliotekarka. Miała okulary na łańcuszku i zegarek, którego wskazówki chodziły do tyłu. Gdy zobaczyła Kapsla, nie krzyknęła. Nie zdziwiła się. Powiedziała tylko: „A więc Trendoria znowu otwiera bramy”.
Pani Ruta wyjęła z szuflady księgę bez tytułu. Gdy dotknęła jej zegarkiem, na pustych kartkach pojawiła się mapa planety otoczonej pierścieniem pudełek. „Dawniej była to planeta pomysłów”, wyjaśniła. „Dzieci wysyłały tam wyobrażone stworzenia, domy na chmurach, tańczące planety. Aż przyszedł Klikot”.
Klikot był królem, który nie umiał tworzyć. Umiał za to mierzyć, porównywać i powtarzać. Zbudował Fabrykę Chcenia, gdzie z dziecięcych marzeń robiło się modę. „Jeśli nikt go nie zatrzyma”, powiedziała pani Ruta, „dzieci zapomną, że mogą pragnąć po swojemu”.
Plecak pełen gwiazd
Kiedy pani Ruta skończyła mówić, plecak Ami otworzył się sam. Nie suwakiem, lecz jak małe okno w kosmos. Zamiast książek i śniadaniówki w środku wirowały gwiazdy, kapsle, pojedyncze klocki i kanapka z serem, która wyglądała na bardzo zdziwioną swoją podróżą.
Pola wciągnęła powietrze. „Czy to znaczy, że idziemy do środka?”. Kapsel poprawił futerko. „Nie idziemy. Wpadamy. To zasadnicza różnica”. Pani Ruta podała im Kompas Własnego Zdania. Zamiast igły miał kawałek czerwonej kredki.
„Ten kompas nie pokaże północy”, powiedziała bibliotekarka. „Pokaże kierunek, w którym naprawdę chce iść wasze serce. Kiedy zacznie wirować, zatrzymajcie się. To znak, że ktoś próbuje myśleć za was”.
Z plecaka dobiegł głos: „Oferta ważna jeszcze dziesięć sekund”. Pola prychnęła: „Nie lubię ofert, które mnie poganiają”. Ami też nie lubiła, ale poczuła, jak ciekawość ciągnie ją w stronę światła.