E-book
6.83
drukowana A5
52.65
Alia Res

Bezpłatny fragment - Alia Res

Część Pierwsza

Objętość:
302 str.
ISBN:
978-83-8104-123-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 52.65

Rozdział I

Hamburgowi dziesiątego wieku naszej ery daleko było jeszcze do przepychu baroku czy choćby gwarności późnego średniowiecza. Ot, niewielkie miasto jak każde inne na końcu cywilizowanego świata. Dalej na Północy żyli półdzicy Skandynawowie z Danii, Norwegii i Szwecji a na wschodzie rozciągała się na poły pogańska Słowiańszczyzna, podzielona na rozliczne plemiona i słaba z powodu głęboko zakorzenionej demokracji, towarzyszącej wybieraniu przywódców. Samo miasto Hamburg, w większości zbudowane z gliny, drewna i kamienia, przedstawiało sobą obraz nierównych rzędów dachów zwieńczonych krzywymi kominami lub zastępującymi je dziurami w powale, upstrzonymi kałużami błotnistymi zaułkami i niestarannie wybrukowanymi głównymi alejami. Powietrze też do najświeższych nie należało, lecz każde zachodnioeuropejskie miasto było mniejszą lub większą kloaką i nikt nie zwracał na to najmniejszej uwagi. I w takim to właśnie Hamburgu, pod osłoną nocy, na piętrze jednego z nielicznych w pełni murowanych domów pojawił się cień. Poprzedzała go sugestia światła z uchylonej lekko okiennicy, chwilę później zaś ów cień zszedł niezgrabnie po zwisającej z okna linie z prześcieradeł i stanął na chodniku. Przynajmniej taki miał zamiar, bo niecałe półtora metra nad ziemią improwizowana lina postanowiła spektakularnie odmówić współpracy, wybitnie przyśpieszając kontakt właściciela z gruntem.

Jeżeli opisać postać, która z impetem postawiła swoje stopy na miejskim bruku, przede wszystkim rzuca się na język słowo: chudy. Lecz nie chodzi o chudość zaliczaną do niedowagi, tylko o brak kilku solidnych posiłków, co — podobnie jak jakość powietrza w mieście — nie odstawało od standardów epoki. Szczegóły stroju zakrywała postrzępiona na krawędziach opończa do kostek i zarzucony na głowę kaptur.

Uporawszy się wreszcie z zadaniem wyjścia z budynku inaczej niż drzwiami, postać ta bezgłośnie ruszyła ku murom miejskim, by wraz ze światłem dnia stanąć w bramie koszar.


W tym samym czasie pewien młodzieniec z jednej z najbogatszych rodzin w mieście nadawał ton zabawie w gospodzie. Ton polegał na brzdękaniu miedziakami o kontuar przy zamawianiu kolejnych dzbanów wina i podłego piwa, choć po tej ilości alkoholu właściwie każde smakuje już tak samo. W pewnym momencie obok do baru dosiadł się będący tu cały wieczór człowiek w żołnierskim wamsie proponujący niewielki zakład.

Takim propozycjom się nie odmawia.

A raczej odmawia, ale żadna ofiara libacji alkoholowej nie zdaje sobie z tego sprawy.


Do samego miasta zbliżała się też karawana z Niderlandów z urobkiem z tamtejszych kopalń oraz bogato zdobionymi przedmiotami użytkowymi, takimi jak na przykład chodaki czy haftowane koszule.

Każdy z kupców oprócz ładunku na jednym z pięciu wozów posiadał obszerną torbę podróżną po części wypełnioną resztkami strawy, a po części dodatkowym towarem do upłynnienia, dlatego wyróżniał się wśród nich młody człowiek posiadający za cały bagaż jedynie niewielki tobołek prowiantu, swoją odzież i długi nóż.


Oberża powoli się wyludniała.

— Całkiem zacny wynik — centurion oparł łokieć na barze, kontemplując puste dzbany zajmujące większość powierzchni płaskich w otoczeniu chłopaka — ale gotów jestem założyć się o podwójny dzisiejszy rachunek, że mnie nie przepijesz.

Młodzieniec zmierzył rozmówcę lekko tracącym przytomność wzrokiem.

— Ja mam nie dać rady? Czemu niby tak ma być, legionisto?

— Nie jestem już legionistą — wskazał na dystynkcje wytłoczone na naramienniku wetkniętym niedbale za pas spinający wams — a nie dasz rady z tej prostej przyczyny, że jestem w tym o niebo lepszy.

— Taaak? — chłopak spojrzał na stopień żołnierza — Dopraaawdy jesteście lepsi centor… cetnar… cenzor… szefie?

— Doprawdy — lekko uśmiechnął się setnik — w istocie w tym fachu jestem lepszy. Gdyś dopiero tu wchodził ja już kończyłem dość… burzliwą dysputę z tamtymi oto jegomościami — wskazał na pochrapujące pod ławą w kącie ciała — a teraz siedzę tutaj i każde słowo pozostaje mi posłuszne. Samo twoje przybycie było mi darem niebios, bo z żołdu wypłacić bym się nie zdołał za tak udany wieczór.

— Noo, dobrze — młodzieniec się lekko zakołysał — tylko o co chodzi, bo pamięć już zawodzić mi zaczyna?

Oficer nadal nie tracił humoru.

— Zakład jest prosty — rozłożył ręce — jeżeli wypijemy tyle samo wina, to rankiem płacimy równo każdy swoją część i rozstajemy się w zgodzie, jeżeli ty wypijesz więcej, to rano płacę wszystko. Ale jeżeli ja wypiję więcej, to płacisz, dajmy na to trzy ćwierci rachunku i składasz staranny i wyraźny krzyżyk na kawałku kartki. Zrozumiałeś? I jak cię zwą, bo lubię wiedzieć, z kim przechylam kubek.

— Michael — przedstawił się młodzian — mieszkam przy bramie północnej.

— Centurion Felix z miasta Augsburg, Dwunasty Legion — uścisnęli sobie dłonie.

— A jak niby chcesz zapłacić, skoro nie masz pieniędzy? — zainteresował się młody człowiek.

Felix wzruszył ramionami.

— Karczmarz mnie zna, więc bez przeszkód udzieli kredytu albo zapłacę choćby z funduszu werbunkowego… — ostatnie słowo wymawiał coraz ciszej, ale całe szczęście Michael nie zwrócił na te słowa najmniejszej uwagi starając się ściągnąć na siebie wzrok barmana — poza tym chyba nie myślisz, że zostanę tu z pełnym rachunkiem?

— To akurat jest już przesądzone — Michael pstryknął palcami — dwa dzbany najmocniejszego trunku z waszej piwnicy!


Na polach okalających miasto tuż przed świtem młody wieśniak Hans ruszył z ojcem w pole. Mimo wciąż trwającej zimy odwilż pozwoliła na przyśpieszenie rozpoczęcia wczesnych prac w polu. Jakże on ich nie znosił, rok w rok to samo, orka, siew, przepędzanie bydła, żniwa, sianokosy, nawożenie, orka i tak w koło Macieju, ze sporadycznym przepędzaniem ptactwa z pola i skazaną na porażkę walką ze szkodnikami. Za każdym razem, gdy podnosił głowę znad pola, Hans patrzył z utęsknieniem na mury Hamburga, gdzie pomiędzy blankami połyskiwały nieliczne metalowe hełmy strażników z miejskiego garnizonu. Młody wieśniak od dawna chciał wstąpić do legionów, ale jedno wspomnienie tego pomysłu w rodzinnej chacie wywołało trwającą całą zimę awanturę.

Dziś o brzasku w końcu nadarzyła się okazja by ruszyć do miasta bez kurateli apodyktycznego ojca.

Jeden z oddalających się podróżnych z Zachodu zgubił na trakcie dziwny oręż w formie długiego noża.


W szarówce przedświtu cień, który uprzednio opadł z elewacji budynku i wiadomo było, że jest chudy okazał się być zadbanym młodym człowiekiem śpiesznie podążającym w kierunku wschodniej bramy, gdzie mieściły się władze garnizonowe i prowadzono nabory do legionów Odrodzonego Cesarstwa Rzymskiego. Nagle z zaułka po prawej dało się usłyszeć coraz głośniejszy tupot, a na młodzieńca wpadł dużo od niego niższy chłopak w zbliżonym wieku.

— Z drogi, młokosie! — chciał zepchnąć nieoczekiwaną przeszkodę, lecz tamten zaparł się z zaskakującą, biorąc pod uwagę jego gabaryty, siłą, w związku z czym obaj przewrócili się na drogę.

— Z drogi, mówię! — wysapał niski napastnik — bo zaraz mnie dorwą!

Ledwo zdążył to powiedzieć, gdy ponowny narastający tupot — tym razem kilku par — butów zdradził przybycie goniących zbiega członków straży miejskiej miasta Hamburga.

— No i co, Karl? — zapytał ich dowódca — W końcu trafiła kosa na kamień? — gestem wskazał swoim ludziom uciekiniera i przeniósł wzrok na drugiego młodzieńca — A kimże ty jesteś, u diabła?

— Wołają mnie Dagobert. A tamten to kto, bo nie miałem okazji wypytać?

— To — strażnik pokraśniał z dumy — największy spośród drobnych złodziejaszków w całym szacownym Hamburgu, a dziś jego kariera zakończy się na szafocie, gdzie jego miejsce. Osiem miesięcy polowań, sześć razy wywinął nam się w ostatniej chwili, a teraz dzięki waszej nieoczekiwanej pomocy już nam się nie wymknie! — zakończył triumfalnie.

Dagobert otrzepał ubranie i spojrzał na nagle zaniepokojonego swoim losem Karla.

„Z wyglądu nie jest starszy ode mnie”, pomyślał, „I bić się umie. Aż szkoda takiego wieszać”.

— Chwileczkę, panie tesserarius — Dago podniósł rękę — schwytaliście go na drodze do koszar, a dziś jest dzień zaciągu. Jak dobrze wiecie, rozporządzeniem jego królewskiej mości Ottona każdy człowiek, który nie jest ścigany prawem za najgorsze zbrodnie ma prawo wstąpić do Legionów, co zmaże jego winy. A to oznacza, że ten oto Karl ma pełne prawo udać się do koszar i nic mu nie możecie zrobić.

Dagobert mówił to wszystko jednym tchem, wprawiając w osłupienie strażników i aresztowanego człowieka, z tym że ten ostatni z każdym słowem wyglądał inaczej, jakby walczyły w nim myśli o służbie z wizją stryczka.

— Dlatego też — ciągnął po zaczerpnięciu oddechu — ten złodziejaszek ma prawo zwolnienia z wymierzenia kary w zamian za wstąpienie do legionów, a że sam zmierzam w tamtym kierunku i udowodniłem już że bić się potrafię, mogę odprowadzić go tam, gdzie jego miejsce. — na zakończenie mimochodem sparodiował słowa dowódcy warty.

Strażnikowi pomysł ten wyraźnie się nie podobał.

— Akurat jak mieliśmy powiesić tego łapserdaka — westchnął, lecz naraz odzyskał rezon — a skąd możecie wiedzieć, młokosie, o prawie wydanym przez Ottona? Nie wymyśliliście go czasem? I co jeżeli Karl wam ucieknie?

— Jeżeli uważacie, panie tesserarius — Dago starannie wymówił stopień swojego rozmówcy — że wymyśliłem sobie edykt królewski, to macie obowiązek odstawić mnie na posterunek do waszego dowódcy, który potwierdzi lub zaprzeczy moim słowom. Jeżeli potwierdzi, to niebawem pozbawicie nas swojego towarzystwa, ponieważ miejscem dla tych, co bronią prawa a go nie znają jest cytadela w Kolonii — na samą nazwę ponurej katowni zdegradowanych legionistów i strażników na patrol padł blady strach — A co do próby ucieczki, to samo zatrzymanie tego człowieka było moim dziełem czym wy nie mogliście się pochwalić ostatnie osiem miesięcy.

Dowódca skinął swoim podwładnym, by uwolnili Karla i odwrócił się od rozmówcy.

— Po południu poślę pachołka żeby sprawdził, czy jesteście w koszarach — rzucił przez ramię i odszedł.

Niski chłopak nie mógł wydusić słowa.

— Nic się nie stało — stwierdził Dago — Następnym razem nie daj się złapać. — powiedział i ruszył przed siebie.

— Czekaj! — wykrztusił w końcu Karl — Miałeś zabrać mnie do koszar!

Dago pozwolił się dogonić.

— To czy tam pójdziesz zależy tylko od ciebie i nie mam na to najmniejszego wpływu. Możesz wrócić do dawnego życia albo lepiej, uciec z miasta.

— Już i tak właściwie nie mam wyboru — ruszył obok swojego wybawcy — Jak ktoś ucieknie przed powieszeniem do legionów, a potem ucieknie przed podpisaniem Zobowiązania to i tak go wieszają, tylko dla odmiany jako dezertera i zdrajcę.

— W takim razie chodźmy zanim się spóźnimy.


Karawana z Niderlandów zatrzymała się przed bramą miasta czekając na jej otwarcie, dzięki czemu Hans mógł w końcu dogonić potencjalnego właściciela noża.

— Przepraszam — zaczął — czy ktoś z was nie zgubił… — zająknął się, nie wiedząc czy ktokolwiek z karawany go rozumie.

Odpowiedział mu podobny głos, lecz z naleciałościami obcego akcentu.

— Do diabła! Gdzie jest mój nóż?

Po czym przez tłumek przecisnął się młody cudzoziemiec.

— Tutaj — Hans podał zgubę właścicielowi i szybko cofnął kilka kroków.

— Czekaj — obcy złapał go za rękę, czego skutkiem było wywrócenie się obydwu na pylistą drogę i nieodłączny w takiej chwili śmiech zebranych.

Gdy wreszcie wstali, młody Niderlandczyk dokończył myśl.

— Chciałem ci podziękować — powiedział wreszcie — ten nóż wiele dla mnie znaczył i to właściwie przez niego dziś tu trafiłem.

Hans spojrzał na zwrócone ostrze i dostrzegł coś więcej: na prostokątnym, niewielkim jelcu ponad rękojeścią widać było zatarte litery SPQR. Co prawda jako chłop nie miał pojęcia co oznaczają, lecz wybity nad nimi orzeł mimo upływu lat robił nadal imponujące wrażenie.

— Też bym tak chciał… — westchnął Hans.

— W takim razie chodź ze mną — cudzoziemiec wskazał na otwieraną właśnie bramę — Rzut kamieniem stąd jest punkt werbunkowy.


Przed siedzibą zakładu Dziewiątego Legionu stała już niewielka grupka młodych ludzi o różnej posturze, był też jeden dość otyły, paru długowłosych, zupełnie przypadkowa zbieranina. Na czele grupki stał werbownik w stopniu optiona, a za nim porządku pilnowało dwóch legionistów.

Nagle w perspektywie ulicy pojawiło się trzech radośnie pogwizdujących żołnierzy niosący na ramionach duże tobołki, które po pokonaniu dystansu okazały się być odurzonymi alkoholem ludźmi.

— Niech mnie powieszą i z pętlą szubieniczną zakopią — powiedział w zadumie option na widok kolegi — Felix, przecież nie prowadzisz u nas werbunku?

— Może i nie — zrzucił bezwładne ciało na miękki kawałek podłoża — ale ci trzej jeszcze w czasie rozmowy ze mną podpisali swoje Zobowiązania, a honor wojskowy zabrania porzucenia w potrzebie towarzyszy broni. Gdyby nie przechodzący w pobliżu dwaj legioniści — pożegnał się z nimi skinięciem głową — to musiałbym kuriera popchnąć z prośbą o posiłki. A co tu tak dużo tej hołoty — zdziwił się na widok potencjalnych rekrutów — nagle wszyscy chcą służyć Ojczyźnie? W takim tempie niedługo zabraknie Ojczyzny do służenia.


Na dziedzińcu koszar cesarskich w Hamburgu słonecznie i ciepło rozpoczął się ostatni dzień kalendarzowej zimy. Wśród zgromadzonych na zbiórce rot dało się jednak zauważyć pewną subtelną zmianę, a mianowicie w miejscu zarezerwowanym zwykle dla wiecznie zepsutego wozu pocztowego stała garstka młodych ludzi mocno niepewnych swojego losu. Niepewność tą starali się maskować wyrazem twarzy, lecz myśli o pozostawionej przeszłości oraz co bardziej krwawe przebłyski ich potencjalnie przyszłego rzemiosła dawały zgoła odmienny skutek — nie dość, że nerwowo przestępowali z nogi na nogę, to jeszcze sprawiali wrażenie osób, którym zaszkodził jakiś nieludzki eksperyment kulinarny. Dlatego też prefekt Hermann von Essen, wysoki i dość barczysty, powoli siwiejący jegomość, najpierw przeprowadził zwykły apel poranny, a dopiero potem skierował krok w stronę poborowych i ze zwykłym dla siebie uśmieszkiem omiótł ich wzrokiem.

Po czym wziął się pod boki.

I tylko westchnął.

„Boże, czy ja też na początku wyglądałem tak beznadziejnie?” — zapytał się w duchu. A powiedział — Witajcie w koszarach najlepszej z jednostek jego królewskiej mości Ottona III! Znani jesteśmy pod wieloma nazwami, pewnie nieraz słyszeliście o Zabijakach, Mordercach, Zakapiorach albo po prostu o Dziewiątym Legionie. Wielu z was w ogóle by tu nie było, gdyby nie ten legion, a jeżeli nie wierzycie, zapytajcie wasze matki, bando obszarpańców! Nie wyglądacie na żołnierzy, nie stoicie jak żołnierze, pewnie głosem żołnierskim też nie możecie się pochwalić, nie jest tak?

Odpowiedziała mu głucha cisza.

Von Essen obejrzał się na resztę żołnierzy.

— Ci młodzi nie wyglądają na żołnierzy, no nie?

Odpowiedział mu grom potężnych głosów:

— NIE, PANIE PREFEKCIE!

Wystraszone ptaki poderwały się nagle do lotu, a z okalających koszary budynków dało się usłyszeć płacz dzieci.

Jeden z rekrutów stracił przytomność.

Komendant skinął głową dwóm legionistom, którzy ponieśli zemdlonego rekruta w trzewia budynku.

— No dobrze, spróbujemy jeszcze raz. Możecie się pochwalić donośnym głosem?

— Tak jest, panie setniku!

Von Essen pokręcił głową.

— Oj, nie będzie lekko, oj, nie będzie… Może coś mi chociaż zaśpiewacie?

W tym momencie z szeregu odezwał się zaskakująco wysoki głos.

— Christ ist erstanden…

— To my mamy i kastrata w tym burdelu?! A na przyszłość, chłopcze… — zawahał się — …miejmy nadzieję… jedna rada: na takie pytania nie spodziewam się odpowiedzi. Czy to jasne?

— Tak jest, panie prefekcie!!!

Prefekt podszedł do jednego, dość wrednie wyglądającego legionisty i szepnął mu coś na ucho. Ten ruszył w kierunku rekrutów, a mijając ich nagle kopnął jednego z całej siły między nogi. Rekrut nie zdążył krzyknąć natychmiast mdlejąc z bólu, a wraz z nim na ziemię osunęło się dwóch następnych. Komendant rozmasował palcami nasadę nosa i skinął legionistom w stronę poniewierających się poborowych. Podniósłszy w końcu głowę powiedział:

— Miało być nie za mocno, durniu, chciałem tylko sprawdzić, czy coś tam mają nie pozbawiając ich tego przy okazji!

Na placu boju pozostało już tylko ośmiu rekrutów. Zaskakująco mało, zważywszy fakt, że bramę koszar przekroczyło dwudziestu, a do zabudowań w celach sanitarnych przeniesiono — do tej pory — raptem czterech. Rozwiązaniem zagadki była otwarta na oścież brama, zza której słychać było cichnący w oddali tupot.

Teraz dopiero von Essen przyjrzał im się uważniej. Trzeci z lewej nie mógł się pochwalić wzrostem, ale najwyraźniej w zbyt młodym wieku zdał sobie z tego sprawę, bo mimo wzrostu dziesięciolatka muskulaturą niewiele ustępował starym legionistom. Twarz też nosiła ślady niejednej bójki, a spojrzenie tworzyło barierę między jego właścicielem a resztą świata. Zdecydowanie trudne dzieciństwo. Czwarty z prawej jest jego całkowitym zaprzeczeniem — wysoki, zadbany, widać że z dobrego domu, lekko cherlawy, ciekawe co na pomysł służby powiedzieli jego rodzice. O ile w ogóle o tym wiedzą. Drugi, trzeci i ostatni lekko się chybotali i pewnie jeszcze nie kojarzyli, gdzie są i co się dzieje („Może to i lepiej dla nich” — jak to pomyślał von Essen). Teraz stali w nierównym szeregu nie pisnąwszy ani słowa, mimo że różniło ich wszystko, a w przypadku sąsiada z lewej tego wysokiego zapewne nawet kraj pochodzenia. Von Essen podejrzewał, że ten obcy pochodzi z którejś z zachodnich krain. Francja, Walonia, inny obszar Niderlandów może. Zaiste, dziwne bywają koleje losu.

— Skoro jesteście już zdecydowani na służbę — zaczął — to wypadałoby mi się przedstawić. Nazywam się Hermann von Essen, jestem prefektem IX Legionu i od tej pory wasze życie zależy ode mnie. — za plecami rekrutów zatrzeszczała zamykana brama — dziś nie interesują mnie wasze imiona, pochodzenie ani powody dla którego porzuciliście ciepłą pierzynę dla zawszonego koca na przegniłym sienniku i nie życzę wam teraz zmieniać zdania. — przerwał na moment, po czym podjął wątek — Co prawda jestem przeciwnikiem kary śmierci, ale wytyczne Akwizgranu są pod tym względem jednoznaczne — wskazał kciukiem na szubienicę za swoimi plecami, na której wisiały gnijące powoli zwłoki z przewieszoną przez szyję tabliczką z wypalonym jednym słowem: DEZERTER. — Co się zaś tyczy samowolnych wypadów z koszar, za pierwszym razem przymykam oko, ale za kolejnym rosną szanse, że zastąpicie naszego byłego kolegę na szafocie. Czy to jasne?

— Tak jest, panie prefekcie!!!!!

Von Essen tym razem nie skomentował.


Podobne sceny miały miejsce we wszystkich zakątkach Niemiec.

A pobór nigdy nie wróży dobrze na przyszłość, zwłaszcza gdy w ustach werbowników pojawiają się takie słowa jak „chwała” czy „fortuna” w towarzystwie takich jak „obowiązek”, „honor” czy też „zaszczyty”. Rzadziej zdarzają się bardziej poetyckie („powinność”) bo nawet jeżeli dany werbownik je zna, to i tak nie znają ich jego słuchacze.

W każdym razie zanosi się na wojnę inną niż zwykle.

Bo też nikt między Renem a Łabą żadnej wojny nie planował.


Apel poranny przebiegł właściwie bez dalszych zakłóceń, za wyjątkiem niewielkiego karambolu wywołanego rozkazem „w prawo zwrot!”.

W czasach, w których używanie łyżki właściwym końcem świadczy o wybitnym i błyskotliwym intelekcie nie należy od oderwanych od pługa młodziaków wymagać znajomości koncepcji „lewej” i „prawej”, dlatego setnik posłużył się sprawdzoną metodą — kazał dziesiętnikowi przywiązać wiecheć słomy do lewej nogi każdego z rekrutów, a siana — do prawej.

Na komendę „w siano zwrot!” rozkaz wykonano płynnie i bez zbędnych kolizji.

Poborowi tymczasowo przydzieleni do Dziewiątego Legionu pomaszerowali raźno w pierwszy dzień reszty ich życia.


Tymczasem w Rzymie, krótko po śmierci papieża Jana XV, zebrała się elita wśród elit mieszkańców cywilizowanej Europy — na zaproszenie króla Niemiec stawili się władcy Normandii, Danii, Polski, Czech, Wenecji, Italii i Burgundii. Ba, zjawił się również jeden z porfirogenetów jako akredytowany ambasador Cesarstwa Rzymskiego na Wschodzie oraz Robert, syn króla Francji Hugona Capeta. Tematem rozmów miało być szerzenie chrześcijaństwa, przyszła koegzystencja po utrwaleniu pokoju i, najważniejszy dla Ottona, odległy jeszcze temat — do kogo będzie należeć władza nad światem po zakończeniu chrystianizacji. O ile pierwszy punkt nie budził czyichkolwiek zastrzeżeń — bo i kto — nie wyłączając duchowieństwa — oparłby się pokusie podboju „w imię Boga” za aprobatą reszty świata i obietnicą życia wiecznego — to już stwierdzenie „utrwalenie pokoju” wzbudziło niepokój części deputowanych. Najgłośniej protestował przedstawiciel duchowieństwa („Zawsze znajdzie się wróg Chrystusa, z którym trzeba walczyć!”), co sprowokowało gwałtowne wystąpienie Ottona. Słowa, jakie wtedy padły różnią się w zależności od mocodawców poszczególnych kronikarzy, ale w najważniejszych punktach są zgodne: doszło do pewnego ograniczenia roli papiestwa i przejęcia pełni władzy świeckiej w Odrodzonym Cesarstwie przez ostatniego przedstawiciela rodu Ludolfingów.


Gwar po wystąpieniu duchownego przyprawiał o ból głowy.

Otton skinął ręką na swego ministeriała.

— Ogłoś, że będę przemawiał.

Służący ten zaczerpnął tchu i oznajmił:

— Głos zabierze król Niemiec, Italii i Rzymu, protektor Czech i Polski, Otto, trzeci tego imienia, syn Ottona i Teofano Bizantyjki!

Reakcji możnych nie było.

— CISZA, PSUBRATY!!!

Rozmowy umilkły jak ucięte nożem.

— Jak śmiał… — zaczął książę Bolesław Rudy, ale przerwał mu książę Polski

— Spokojnie, wuju, król chce zabrać głos.

I rzeczywiście, po raz drugi dało się usłyszeć zapowiedź:

— Głos zabierze król Niemiec, Italii i Rzymu, protektor Czech i Polski, Otto, trzeci tego imienia, syn Ottona i Teofano Bizantyjki!

Tym razem reakcja odpowiadała powadze zdarzenia. Nikt nie śmiał się odezwać, a co po niektórzy starali się mniej oddychać byleby nie zagłuszać słów jego majestatu.

— Drodzy zebrani! Stawiliście się tu na moje zaproszenie bez chwili zwłoki, wszyscy w tej chwili jesteście sobie równi bez względu na pochodzenie, tytuły czy inne zaszczyty. Każdy z was może zostać ranny, każdy z was umiera tak samo, co samo w sobie równa was przed obliczem Najwyższego. Dlatego głos każdego z was liczy się dla mnie tak samo, a szczególnie ważny jest dla mnie głos Stolicy Apostolskiej, który przed chwilą pozbawił nas złudzeń co do intencji władzy duchowej. Jan XV starał się być dobrym człowiekiem, dlatego dziwi mnie niezmiernie stanowisko żyjącego w jego duchu kapłana. Jakże to może być, żeby dobry człowiek naśladujący Chrystusa nawoływał do wojny? Przed śmiercią i zmartwychwstaniem Jezus zostawił ludziom nazbyt wyraźne wskazówki: uderzony nadstaw drugi policzek, żołnierze Jezusa Chrystusa walczą miłością, już Żydzi poznali

największe z przykazań, zwane przykazaniem miłości. Czemu więc ze strony następców Piotra i Apostołów słyszymy nawoływanie do wiecznej wojny? Nie jest to głos pochodzący z Niebios, tylko z otchłani Szeolu!

Nieszczęsny duchowny zdążył wydusić tylko jedno słowo.

— Bluźni…

— Jak śmiesz przerywać królowi? — Otto zerwał się z tronu — I kto nadał duchownym prawo wyłączności w interpretacji Pisma? Sam Jezus twierdził, że wszyscy jesteście braćmi. Dlaczego więc jedni z braci mają być lepsi od innych? — w oczach władcy zapłonęła niespotykana w tak młodym wieku pewność siebie — A może to trudy doczesnego życia i władzy świeckiej wypaczyły osądy duchowieństwa? Czy cesarska tiara papieży nie jest zbyt ciężka jak na głowę zwykłego człowieka?

I tym razem apostolski wysłannik nie wytrzymał.

— Bluźni! Papież jest… — urwał na widok ruszającego w swoją stronę króla, który podszedł do niego bez specjalnej złości i wyjął z fałd szaty oprawiony w skórę egzemplarz Biblii.

— Jeżeli masz rację, to król Rzymu jest w błędzie, a trwający w błędzie król jest zgubą dla swego kraju. Dlatego weź to, idź do pustej komnaty i pogrąż się w lekturze. Znajdź w słowach Prawa, Proroków, Mesjasza albo Apostołów potwierdzenie swych słów, a wtedy król sam ustąpi z urzędu i dożyje swych dni w opactwie w Cluny. Masz na to słowo Ottona III.

Skierował się w stronę tronu, przystanął w połowie drogi i dodał przez ramię:

— Lecz biada Ci, jeżeli jesteś w błędzie, bo duchowny dający fałszywe świadectwo wierze świeckich jest świętokradcą i złym pasterzem niweczącym trud pasterski Zbawiciela. Za złamanie przysięgi wobec króla grozi śmierć, zaś za złamanie przysięgi wierności Chrystusowi grozi potępienie. Życzę ci, abyś miał rację.

W sali zapadła cisza. Duchowny ujął w drżące dłonie pozostawione przez króla Pismo, po czym niepewnym krokiem skierował się do komnat w prawym skrzydle zamku.

Po jego wyjściu Otto kontynuował przemówienie, lecz w pamięci zebranych na długo utkwił moment tryumfu siedemnastoletniego młokosa nad autorytetem kościoła.


Po krótkim czasie Otto przywołał gestem jednego ze swoich zaufanych dworzan i szepnął mu coś na ucho.

Piętnaście minut później z całego skrzydła Lateranu zniknęli strażnicy, na dziedzińcu zaś pozostawiono osiodłanego konia.

Po dalszych pięciu minutach rozległ się tętent kopyt na ulicznym bruku, a na wieczornej uczcie zabrakło papieskiego przedstawiciela, co wielce zmartwiło króla. Lubił tamten egzemplarz Biblii.


Następny dzień przyniósł rekrutom pierwszą lekcję prawdziwego życia pod postacią fechtunku.

Była to bolesna lekcja, za to tym razem nikt nie wymagał zniesienia z dziedzińca.

Oddelegowany do przeszkolenia młodych centurion nie mógł ukryć podziwu dla talentu dwóch poborowych do walki oraz całkowitego braku tegoż u pozostałych.

— Bardzo dobrze — powiedział w końcu — naprawdę nieźle. Po żniwach dobrze wypadniecie jako zespół taneczny. Posadzę paru grajków i każę wam ze sobą walczyć, kieszenie same napełnią mi się miedziakami. Wy dwaj — wskazał na najwyższego i najniższego z rekrutów — wystąp. Nie wiem, gdzie nauczyliście się tak walczyć, ale tylko na was nie zarobię na festynach.

— Zawsze zostają odpusty i jarmarki. — dodał von Essen, pojawiając się znikąd za plecami dziesiętnika — chociaż przyznaję, że rokujecie pewne nadzieje. Dziękuję, centurionie, możecie odejść. Przejmuję żółtodziobów na resztę dnia.

Po odejściu oficera Hermann przyjrzał się raz jeszcze rekrutom.

— Co do was dwóch nie mam wątpliwości. Jednego nauczyła walczyć ulica, drugiego jakiś dobry szermierz. Nawet nie chcę wiedzieć z jakiej uciekłeś rodziny, ale pamiętaj, że nikt cię tu o to nie pytał, żeby ci później do głowy nie przyszło o cokolwiek oskarżać IX Legion.

— Tak jest — wymamrotał Dagobert.

— Dobrze — prefekt spojrzał raz jeszcze na dwóch wybijających się ponad żałosny poziom szermierczy rekrutów.

— stańcie naprzeciw siebie i niech reszta patrzy jak należy wyprowadzać ciosy i się przed nimi bronić. A, i zabraniam zawierania zakładów.

Sześciu chwilowo pozbawionych zajęcia poborowych z zaciekawieniem przyglądało się wymianie ciosów i między swoimi kolegami. Raz na jakiś czas komendant przerywał ich starcie by dodać od siebie parę słów na temat poszczególnych elementów danej figury i najczęściej popełnianych błędów. W pewnym momencie do widzów dołączyło trzech legionistów akurat będących w drodze na przepustkę.

— Panie prefekcie — zaczął jeden z nich — pozwoli pan, że sprawdzimy tych dwóch mlekopijców?

— Nie podoba mi się ten pomysł, Klaus — von Essen z niesmakiem pokręcił głową — już wykazałeś się dostatecznym taktem w kontaktach z rekrutami, nie potrzebujemy dalszych strat wśród narybku.

Legionista zidentyfikowany jako Klaus okazał się być tym samym, który jednym ciosem pozbawił przytomności niedoszłego żołnierza. W porównaniu z tamtym porankiem nie wyglądał już tak groźnie, a jego niezbyt niski głos dodatkowo niszczył wizerunek bandziora.

— Obiecuję być delikatny — towarzysze legionisty zanieśli się śmiechem.

— Pod warunkiem że znajdzie się ochotnik — prefekt z nadzieją na brak chętnych spojrzał po swoich podopiecznych.

Dagobert przyjrzał się Klausowi, jego postura sugerowała potężne ciosy, a harmonijna budowa ciała dawała wrażenie stabilności w walce. Karl najwyraźniej myślał o tym samym, bo mimo wyraźnej chęci sprawdzenia się w pojedynku z tym typem nie kwapił się do zgłoszenia na ochotnika.

— Jak ja się zaciągałem to nie przyjmowali kobiet do armii — zadrwił Klaus — widać wybrałem niewłaściwy rok na wstąpienie do legionów.

— Ja spróbuję — zebrani usłyszeli głos z zupełnie niespodziewanej strony. Zgłosił się otyły rekrut.

Von Essen spojrzał na niego niepewnie.

— Jesteś pewien? — zmierzył go wzrokiem.

— Słyszał pan, panie prefekcie — legionista wszedł w krąg, w którym do tej pory stali Karl z Dagobertem — jest ochotnik.

— Klaus, tutaj ja wydaję rozkazy, a ten chłopak, mimo że niewątpliwie dzielny, nikłe ma szanse na wygranie starcia z zaprawionym w prawdziwej walce legionistą.

— Sam pan powiedział, że mogę się spróbować z ochotnikiem — zaprotestował żołnierz — postaram się go za bardzo nie skrzywdzić.

Prefekt zdawał sobie sprawę z faktu, że nie może wycofać się z własnego postanowienia.

— No dobrze, ale bez żadnych brudnych sztuczek, czy to jasne?

— Panie prefekcie — rekrut spojrzał na dowódcę — jeżeli szkolenie ma przygotować do prawdziwej walki, to zakaz stosowania ciosów nie przewidzianych szkołą szermierki dla ludzi z wyższych sfer będzie zaniżał wartość takiego szkolenia.

Otyły młody człowiek został — w bezgłośnej opinii ogółu — uznany za materiał na rasowego samobójcę. Za to jeden z dotąd milczących towarzyszy Klausa patrzył na poborowego z zaciekawieniem zamiast pogardy okazywanej przez pozostałych dwóch żołnierzy.

— Panie setniku — odezwał się ten zaciekawiony — słowa naszego nowego kompana mają sens i uważam, że powinniśmy spróbować pozorowanej walki bez ograniczeń.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 52.65