E-book
23.63
drukowana A5
56.62
drukowana A5
Kolorowa
79.77
Alfabet Świadomości Podróż od ciała do światła

Bezpłatny fragment - Alfabet Świadomości Podróż od ciała do światła

Objętość:
202 str.
ISBN:
978-83-8440-248-1
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.62
drukowana A5
Kolorowa
za 79.77

Ciało otwiera drogę. Światło ją odsłania.

Wszystko dzieje się w jednym ruchu świadomoścI.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autora.

Dedykacja

Dla tych, którzy szukają głębi między impulsami życia.

Dla tych, którzy czują energię niewidzialnych wymiarów.

Dla wszystkich odkrywców własnej świadomości.


Część I — Otwarcie przestrzeni

Krótka medytacja wejścia

Usiądź wygodnie.

Pozwól, by ciało samo odnalazło swoją pozycję.

Zamknij oczy lub tylko je przymknij.

Weź powoli jeden głęboki oddech…

i drugi…

i trzeci.

Poczuj, jak z każdym wydechem opada napięcie, a z każdym wdechem otwiera się przestrzeń w Tobie.

Pozwól, by myśli zwolniły.

Pozwól, by ciało stało się cięższe.

Pozwól, by uwaga spłynęła do środka.

Teraz — zanim wejdziesz na kolejne strony — otwórz przestrzeń, w której tekst tej książki zacznie oddychać.

Poczuj subtelny ruch energii wokół siebie.

Poczuj, że nic nie musisz rozumieć.

Poczuj, że nic nie musisz zapamiętać.

Poczuj, że ta książka nie wymaga wysiłku — wymaga obecności.

Uwolnij to, co może przeszkadzać.

Zostaw za sobą to, co ciężkie.

Zrób miejsce na to, co nowe.

A kiedy poczujesz, że przestrzeń w Tobie jest gotowa — możesz iść dalej.

Jak czytać tę książkę?

Ta książka nie jest liniową opowieścią.

Jest przestrzenią — żywą, wielowarstwową, zmienną — do której możesz wracać wielokrotnie.

Każdy poziom odsłania coś innego, zależnie od tego, w jakim stanie świadomości jesteś.

Dlatego sposób czytania jest równie ważny jak sama treść.


Już na pierwszej stronie mówię:

— nie czytaj jej liniowo,

— wracaj do poziomów,

— traktuj ją jak mapę, nie jak system,

— pracuj z ciałem, nie tylko z głową,

— rób przerwy,

— nie spiesz się.

To nie jest książka, którą „przerabiasz”.

To jest książka, która otwiera się wtedy, kiedy Ty się otwierasz. Niektóre fragmenty będą dla Ciebie jasne od razu. Inne odsłonią się dopiero po czasie. Jeszcze inne wrócą do Ciebie w zupełnie innym momencie życia — i dopiero wtedy zobaczysz, że mówiły do Ciebie od początku.


Czytaj ją tak, jak czyta się krajobraz:

powoli, uważnie, z obecnością.

Nie po to, by „zrozumieć”, lecz po to, by zobaczyć.

Bo ta książka nie prowadzi Cię od strony do strony.

Prowadzi Cię od poziomu do poziomu.

Od ciała do światła.

Od gęstości do subtelności.

Od chaosu do orientacji.

To jest mapa.


A mapy nie czyta się raz.

Mapę się zamieszkuje.

Czego nie robi ta książka

Aby zrozumieć, czym jest moja mapa świadomości, warto najpierw spojrzeć na korzenie — na słowa i tradycje, które od wieków były dla ludzi drogowskazem.


— nie korzysta z Mapy Świadomości Hawkinsa,

— nie odwołuje się do czakr Kundalini,

— nie powtarza schematów medycyny chińskiej,

— nie opisuje kolorów według radiestezji,

— nie miesza tradycji.


Tworzę własną, uporządkowaną mapę: Mapę Poziomów Wibracji i Centrów Energetycznych Ciała, opartą na obserwacji, doświadczeniu, praktyce terapeutycznej, logice energetycznej i spójnej strukturze częstotliwości.

Wprowadzenie / od autora

Zanim przejdziemy do mapy poziomów wibracji, chcę opowiedzieć o tym, skąd wyrasta język słowa i tradycji, które od wieków były drogowskazem dla człowieka.

Ta książka otwiera przestrzeń świadomości, w której każdy poziom wibracji odsłania swoje znaczenie. Nie jest to kontynuacja wcześniejszych archetypów, lecz fundament Twojej własnej podróży wewnętrznej. Każdy poziom niesie funkcję, dar i wyzwanie, a rytuały są zaproszeniem do świadomego uczestnictwa w tych wymiarach.

Kolory i nazwy poziomów w tej książce są narzędziem wizualizacji i językiem częstotliwości. Nie są dogmatem, nie opierają się na jednej tradycji i służą jedynie zobrazowaniu tego, co subtelne i niewidzialne. Ich praktyczne znaczenie zostanie przedstawione w Rozdziale I.

Nazwanie czegoś jest pierwszym aktem świadomości — momentem, w którym chaotyczna mgła doświadczeń zaczyna się porządkować i przemieniać w strukturę, którą można zrozumieć, udźwignąć i przekształcić.

Ta książka jest podróżą — od ciała ku światłu, od materii ku przestrzeni świadomości. Alfabet Świadomości nie ogranicza się do mapy poziomów wibracji. To droga, która prowadzi przez różne wymiary, przejścia i stany liminalne. Nie chodzi tu o naukę technicznych praktyk, lecz o zrozumienie i doświadczenie: jak świadomość rozciąga się, oddycha i otwiera nowe przestrzenie. W kolejnych rozdziałach pojawią się tematy przejść, wymiarów i subtelnych jakości, które tworzą pełnię tej podróży. To nie jest podręcznik terapii, lecz zaproszenie do odkrywania własnej obecności — w ciele, w energii, w świecie i poza nim.

Przedmowa do rozdziału

Nazwy, które pojawiają się w kolejnym II rozdziale — Anechora, Bachora i kolejne — nie są fantazją ani próbą stworzenia nowej mitologii. To narzędzia, które pozwalają zobaczyć, że wewnętrzny świat człowieka składa się z warstw, częstotliwości i pól, które nieustannie oddziałują na ciało, emocje i świadomość.

Każdy wymiar opisany jest kolorem, funkcją i punktem w ciele. Nie po to, aby w nie „wierzyć”, lecz aby ułatwić umysłowi nadanie struktury temu, co inaczej byłoby całkowicie niewidzialne.

Kolory nie są przypadkowe — łączą się z naturalnymi częstotliwościami ciała, znanymi w wielu tradycjach jako centra energetyczne (czakry). Nie oznacza to, że książka opiera się na systemie czakr. Ciało człowieka od tysięcy lat reaguje podobnie na pewne częstotliwości — ja wykorzystuję to wspólne doświadczenie, aby ułatwić orientację czytelnikowi.


— Czerwień Anechory pomaga poczuć ciężar materii i fundament ciała.

— Pomarańcz Bachory otwiera przestrzeń energii, ruchu i pierwszego impulsu.

— Kolejne barwy stopniowo podnoszą świadomość ku lżejszym wymiarom.


Nie chodzi o wiarę, lecz o doświadczenie. Czytelnik może poziomy wizualizować, medytować nad nimi lub tylko czytać — każdy sposób jest właściwy, jeśli poszerza postrzeganie.

Rozdział I to mapa, która porządkuje wewnętrzny świat człowieka od najbardziej gęstej warstwy ciała po najwyższą subtelność światła. Nowe słowa otwierają nowy sposób widzenia.

Bez nich trudno zauważyć różnice tam, gdzie dotąd istniało tylko jedno słowo: „energia”.

Uwaga dla czytelnika

W pierwszym rozdziale wspomniałem o różnych tradycjach, które przez wieki opisywały energię człowieka na swój własny sposób — od Tolteków, przez syberyjskie ścieżki, po współczesne systemy pracy z czakrami. Każda z nich stworzyła własny język, własne symbole i własne mapy.

Mapa Poziomów Wibracji, którą przedstawiam w tej książce, nie jest kontynuacją żadnego z tych systemów.

Nie jest instrukcją pracy z czakrami w rozumieniu tradycji Kundalini. Centra energetyczne opisane w tej książce pełnią rolę punktów orientacyjnych, a nie technicznych narzędzi terapii.

Ich rozpoznawanie służy poszerzeniu świadomości, medytacji i refleksji — a nie praktykom otwierania czy uruchamiania energii na siłę.

Praca z czakrami w sensie terapeutycznym należy do osób przygotowanych i odpowiedzialnych, które wiedzą, jak bezpiecznie prowadzić proces.

Dla czytelnika najważniejsze jest doświadczenie obecności, koloru, częstotliwości i archetypu, a nie techniczne manipulowanie energią.

Ta mapa jest językiem, który pomaga nazwać to, co subtelne — nie dogmatem i nie systemem religijnym.

Jej celem jest orientacja, a nie ingerencja.

Prolog

Żyjemy w świecie, który utracił orientację — w świecie, w którym człowiek próbuje zrozumieć własną przeszłość, ale nie ma już języka, który pozwalałby mu ją odczytać. Dlatego rodzą się opowieści o wielkich pożarach, które miały stopić kamień jak szkło. Dlatego powstają narracje o dzieciach bez dorosłych, o miastach zaludnionych jakby „po kimś”, o architekturze, która wygląda jak tworzona dla innej biomechaniki, dla innego ciała, dla innego rytmu istnienia. Dlatego ludzie patrzą na cerkiew Wasyla Błogosławionego — budowlę realną, namacalną, istniejącą od XVI wieku — i pytają, jak to możliwe, że coś takiego powstało w tamtym czasie. Nie dlatego, że szukają sensacji. Dlatego, że czują, iż świat, który odziedziczyliśmy, nie jest w pełni zrozumiały.


Współczesny człowiek żyje wśród obrazów, które nie mają już wspólnego języka. Między faktami a fantazją powstała szczelina, w której rodzi się lęk, dezorientacja i tęsknota za sensem. To nie jest wina człowieka. To jest skutek utraty tradycji, utraty słów, utraty map, które kiedyś prowadziły świadomość od ciała ku światłu, od materii ku przestrzeni, od doświadczenia ku zrozumieniu. Kiedy brakuje języka — powstają mity. Kiedy brakuje orientacji — powstają teorie. Kiedy brakuje tradycji — powstaje chaos.


Ta książka nie jest próbą wyjaśnienia historii. Nie jest polemiką z narracjami współczesności. Nie jest odpowiedzią na sensacyjne tezy. Ta książka jest mapą powrotu do siebie. Jest językiem, który pozwala nazwać to, co subtelne. Jest strukturą, która porządkuje to, co rozproszone. Jest drogą, która prowadzi świadomość przez warstwy, częstotliwości i wymiary, które człowiek od zawsze nosił w sobie, choć nie zawsze potrafił je nazwać.


W świecie, który utracił orientację, największym aktem odwagi jest powrót do własnej obecności. Do ciała. Do energii. Do świadomości.


Do języka, który nie został narzucony, lecz wyrasta z doświadczenia. Alfabet Świadomości nie jest teorią. Nie jest systemem wierzeń. Nie jest rekonstrukcją dawnych tradycji. Jest mapą, która przywraca człowiekowi to, co zostało utracone: zdolność widzenia, zdolność czucia, zdolność rozumienia.


W świecie pełnym hałasu ta książka otwiera przestrzeń ciszy. W świecie pełnym chaosu otwiera przestrzeń orientacji. W świecie pełnym narracji otwiera przestrzeń doświadczenia. To jest próg. Za nim zaczyna się podróż — od ciała do światła, od gęstości do subtelności, od niepokoju do obecności.


Wejdź. Świadomość już czeka.

Teraz, gdy otworzyliśmy przestrzeń wewnętrzną, możemy wejść w przestrzeń świata.

Rozdział I — Co by było, gdyby…

Co by było, gdyby świat, który znamy, nie był pierwszą wersją świata?

Co by było, gdyby architektura, którą podziwiamy — kopuły, proporcje, ornamenty, drzwi tak wysokie, jakby tworzono je dla innego ciała — była śladem cywilizacji, która rozumiała materię inaczej niż my?

Co by było, gdyby to, co dziś nazywamy historią, było tylko jedną z warstw, a pod nią istniała pamięć, której nie potrafimy już odczytać?

Co by było, gdyby Steiner nie „wymyślał”, lecz odczytywał — tak jak czyta się światło odbite w wodzie?

Co by było, gdyby jego percepcja nie była wizją, lecz wspomnieniem?

Co by było, gdyby reset kulturowy — wojny, palenie ksiąg, zmiany kalendarzy, przerwane rody, zaginione opowieści — nie był przypadkiem, lecz momentem, w którym ludzkość utraciła własny język?

Co by było, gdybyśmy nie byli pierwszymi, którzy próbują zrozumieć świat, ale pierwszymi, którzy próbują to zrobić bez mapy?

Co by było, gdyby ta książka nie była próbą rekonstrukcji przeszłości, lecz próbą przywrócenia zdolności widzenia?

Co by było, gdyby wszystko, czego szukamy, było już w nas — i tylko czekało, aż nazwiemy to na nowo?

Śledztwo zaczyna się w kamieniu

Jeśli chcemy zrozumieć, co utraciliśmy,

musimy zacząć od tego, co przetrwało.

A najwięcej przetrwało w kamieniu.

Dlatego nasze śledztwo zaczyna się we Francji.

Katedra w Reims — pierwsza niemożliwość

We Francji stoi jedna z najbardziej niezwykłych budowli, jakie stworzył człowiek — katedra w Reims.

Jej majestat oszałamia wyobraźnię.

Kamienne sklepienia wzbijają się ku niebu jak zamrożona fala.

Fasady zdobione tysiącami rzeźb tworzą symfonię zaklętą w materii.

Oficjalna historia mówi, że budowę rozpoczęto w 1211 roku i ukończono w zaledwie osiemdziesiąt lat.

Osiemdziesiąt lat — bez dźwigów, bez ciężarówek, bez komputerów, w świecie, w którym jedyną siłą pociągową były konie, a podstawowymi narzędziami — młotek i dłuto.

Czy w takich warunkach można wznieść coś tak precyzyjnego, tak monumentalnego, tak doskonałego?

To pytanie nie jest oskarżeniem.

To pytanie jest progiem.

Bo jeśli pociągniesz za tę nitkę, zobaczysz, że to dopiero początek.

A teraz spójrzmy na Wschód

Jeśli Reims jest zachodnią bramą tajemnicy, to wschodnią bramą jest Sobór Wasyla Błogosławionego w Moskwie.

Budowla tak barwna, tak nierealna, tak organiczna, jakby nie została zaprojektowana, lecz wyrosła.

Kopuły jak płomienie.

Kolory jak z innego wymiaru.

Geometria, która nie przypomina żadnej znanej szkoły architektury.

Proporcje, które nie służą funkcji, lecz wyglądają jak zapis ruchu — jakby ktoś próbował uchwycić w kamieniu taniec światła.

Oficjalna historia mówi, że powstała w XVI wieku.

Ale jej forma nie ma poprzedników.

Nie ma ewolucji.

Nie ma prototypów.

Jakby pojawiła się nagle — jak wspomnienie czegoś, co istniało wcześniej.

Dwa światy, jedna pamięć

Reims i Sobór Wasyla Błogosławionego nie mają ze sobą nic

wspólnego:

— inna kultura,

— inna epoka,

— inna religia,

— inna symbolika.


A jednak łączy je jedno:

obie wyglądają jak dzieła cywilizacji, która widziała świat inaczej niż my.

Nie jak budowle.

Jak mapy świadomości.

Jakby ktoś próbował zostawić nam ślad — nie w słowach, nie w księgach, ale w materii, bo materia przetrwa najdłużej.

I tu zaczyna się prawdziwe pytanie

Nie „kto to zbudował”.

Nie „jak to zrobiono”.

Nie „czy to możliwe”.


Prawdziwe pytanie brzmi:

Co my utraciliśmy, skoro nie potrafimy już tego odczytać?

Bo może te budowle nie są tajemnicą.

Może tajemnicą jest nasza utracona zdolność widzenia.

I właśnie dlatego powstaje ta książka.

Nie po to, by szukać sensacji.

Nie po to, by tworzyć nowe teorie.


Ale po to, by przywrócić to, co zostało przerwane:

zdolność widzenia świata takim, jakim jest — a nie takim, jakim go opisano.

Hagia Sophia:

architektura, która nie powinna istnieć

Jeśli Reims jest zachodnią bramą tajemnicy, a Sobór Wasyla Błogosławionego — bramą wschodnią, to Hagia Sophia jest bramą, która łączy oba światy.

Świątynia, która nie powinna stać.

Kopuła, która nie powinna się utrzymać.

Przestrzeń, która nie powinna być możliwa.

Zbudowana w VI wieku, w czasach, gdy — według oficjalnej historii — nie istniały ani matematyczne narzędzia, ani technologia, ani materiały,

które pozwoliłyby wznieść tak ogromną, tak lekką, tak nierealną konstrukcję.

A jednak stoi.

Nie jak budowla.

Jak zjawisko.

Kopuła Hagii Sophii nie jest logiczna.

Nie jest „rozwiązaniem inżynieryjnym”.

Jest gestem świadomości, który próbuje uchwycić coś, co nie mieści się w geometrii, ale mieści się w pamięci światła.

To nie jest architektura.

To jest próba zapisania nieba w kamieniu.

Alhambra:

matematyka, której nie uczymy się w szkołach

Jeśli Hagia Sophia jest niemożliwa w skali, to Alhambra jest niemożliwa w precyzji.

To nie jest pałac.

To jest matematyczna medytacja.


Setki tysięcy ornamentów, każdy oparty na geometrii, która wyprzedza współczesną matematykę o setki lat.

Symetrie, których nie da się narysować ręką.

Powtarzalności, których nie da się zaprojektować intuicyjnie.

Układy, które wyglądają jak wizualizacja częstotliwości, a nie dekoracja.

To nie jest sztuka.

To jest język, którego już nie rozumiemy.

Jakby ktoś próbował zapisać w ścianach nie historię,

lecz strukturę świadomości.

Borobudur:

mandala, którą można przejść

A jeśli chcemy zobaczyć, jak wyglądała architektura, która nie tylko przedstawia świadomość, ale prowadzi przez nią, musimy spojrzeć na Borobudur.

To nie jest świątynia.

To jest trójwymiarowa mandala.

Nie czytasz jej wzrokiem.

Czytasz ją krokiem.

Każdy poziom to inny stan świadomości.

Każdy taras to inna częstotliwość.

Każdy relief to inny ruch energii.

To nie jest budowla do oglądania.

To jest mapa do przejścia.


Jakby ktoś próbował zostawić instrukcję:

„Tak wygląda droga świadomości, gdy zapiszesz ją w materii”.

Kolejne kontynenty, jeden wzór

Reims.

Sobór Wasyla Błogosławionego.

Hagia Sophia.

Alhambra.

Borobudur.

Pięć miejsc.

Trzy kontynenty.

Różne epoki.

Różne kultury.

Różne religie.


A jednak łączy je jedno:

Żadna z tych budowli nie wygląda jak początek.

Każda wygląda jak echo czegoś, co istniało wcześniej.

Nie jak dzieła, lecz jak przypomnienia.

Nie jak konstrukcje, lecz jak mapy świadomości.

Nie jak architektura, lecz jak pamięć zapisana w kamieniu.

A przecież to dopiero początek

Bo jeśli spojrzymy dalej, zobaczymy, że ten wzór nie kończy się na Europie i Azji.


Teotihuacán — miasto większe niż starożytny Rzym, z geometrią tak precyzyjną, jakby projektowano je według mapy nieba.


Angkor Wat — kompleks tak ogromny, że do dziś nie wiemy, jak powstał, ani dlaczego jego plan odpowiada konstelacjom.


Lalibela — jedenaście kościołów wykutych w litej skale, nie zbudowanych, lecz „wydobytych”, jakby ktoś uwalniał formę ukrytą w ziemi.

A to tylko trzy przykłady.

Na wszystkich kontynentach istnieją miasta i budowle, które przetrwały — i które zasługują na wzmiankę, na pytanie, na zatrzymanie się.

Ale nie chodzi o to, by wymienić je wszystkie.


Chodzi o to, by zobaczyć wspólny wzór.


Bo niezależnie od miejsca, epoki, kultury i religii te budowle wyglądają tak, jakby były śladami jednej, dawnej zdolności:

zdolności widzenia materii nie jako przeszkody, lecz jako języka.

Zdawałoby się, że to tylko architektura.


A jednak każda z tych konstrukcji wygląda jak:

— mapa,

— mandala,

— zapis częstotliwości,

— próg świadomości,

— pamięć, która nie zniknęła,

— tylko my przestaliśmy ją czytać.


I właśnie dlatego nie trzeba wymieniać wszystkich miejsc.


Wystarczy zobaczyć jedno —

a potem drugie —

a potem trzecie —


I nagle pojawia się pytanie, którego nie da się już odsunąć:

Co my utraciliśmy, skoro nie potrafimy już tego odczytać?

Teotihuacán — miasto, które nie mówi, ale pamięta

Jeśli Borobudur jest mandalą, którą można przejść, to Teotihuacán jest miastem, które można czytać jak puls Ziemi.

To nie jest ruina.

To nie jest „starożytne miasto”.

To jest plan świadomości zapisany w przestrzeni.


Oficjalna historia mówi, że Teotihuacán powstał około II wieku naszej ery.


Ale nikt nie wie:

— kto go zbudował,

— dlaczego go zbudował,

— jaką technologią go zbudował,

— ani dlaczego został opuszczony.


Nawet nazwa nie jest oryginalna.


„Teotihuacán” to określenie nadane później, przez Azteków.

Oznacza:

„miejsce, w którym ludzie stają się bogami”.

To nie jest metafora.

To jest instrukcja.

Miasto zaprojektowane jak instrument

Teotihuacán nie jest zbiorem budowli.

To jest układ częstotliwości.


— Piramida Słońca — zorientowana na zachód słońca w dniu zenitu.

— Piramida Księżyca — ustawiona tak, by odbijać światło w określonych porach roku.

— Aleja Zmarłych — nie jest aleją. Jest osią energetyczną, która łączy oba bieguny miasta.

— Cały plan — przesunięty o 15,5° względem północy, jakby dopasowany do czegoś, czego już nie widzimy.


To nie jest urbanistyka.


To jest strojenie przestrzeni.


Jakby ktoś próbował zbudować miasto, które nie tylko się widzi, ale które działa — jak instrument, jak rezonator, jak pole.

Technologia, której nie umiemy nazwać

W Teotihuacán znaleziono:

— mikroskopijne kulki z miki,

— warstwy materiałów odbijających promieniowanie,

— tunele, które wyglądają jak przewody,

— ślady po substancjach, które nie występują naturalnie w tym regionie.

Nie pasuje to do żadnej znanej technologii.

Nie pasuje do żadnej znanej kultury.

Nie pasuje do żadnej znanej epoki.

Jakby ktoś zbudował miasto nie po to, by w nim mieszkać, ale po to, by coś utrzymać, coś wzmacniać, coś przekazywać.

Nie wiemy, co to było.


Ale wiemy jedno:

To nie jest początek.

To jest echo.

Miasto, które nie ma autorów

Największa zagadka Teotihuacán nie polega na tym, jak powstał.

Największa zagadka polega na tym, że nie ma w nim śladów twórców.

Nie ma imion.

Nie ma podpisów.

Nie ma legend.

Nie ma mitów.

Nie ma nawet stylu, który można by przypisać konkretnej kulturze.


Jakby ci, którzy to zbudowali:

— nie potrzebowali sławy,

— nie potrzebowali imion,

— nie potrzebowali historii,

— nie potrzebowali pamięci o sobie.


Jakby dzieło było ważniejsze niż autor.

To jest przeciwieństwo współczesności.

To jest przeciwieństwo ego.

To jest przeciwieństwo narracji.

To jest ślad świadomości zbiorowej, a nie indywidualnej.

Teotihuacán jako próg

Kiedy stoisz na szczycie Piramidy Słońca,

świat nie wygląda jak „starożytność”.

Świat wygląda jak coś, co zostało przerwane.

Jakbyśmy przyszli za późno.

Jakbyśmy przyszli po kimś.

Jakbyśmy odziedziczyli instrument, ale zapomnieli, jak się nim gra.


Teotihuacán nie jest tajemnicą.

Tajemnicą jest nasza utracona zdolność odczytywania przestrzeni.

I dlatego to miasto jest kolejnym krokiem śledztwa.

Nie po to, by szukać sensacji.

Ale po to, by zobaczyć, że świat, który odziedziczyliśmy, nie jest pierwszą wersją świata.

Angkor Wat:

świątynia, która jest mapą nieba

Jeśli Teotihuacán jest miastem-instrumentem, to Angkor Wat jest świątynią-kosmogramem.


To nie jest kompleks religijny. To jest astronomiczna matryca, zaprojektowana tak, aby odzwierciedlać nie tylko Ziemię, ale niebo w ruchu.


Oficjalna historia mówi, że Angkor Wat powstał w XII wieku. Ale jego plan nie jest dziełem średniowiecza.


Jest dziełem kogoś, kto widział świat z perspektywy orbitalnej.


W pobliżu Angkor Wat:

— odwzorowuje konstelację Smoka,

— odzwierciedla ruch precesji Ziemi,

— jest zorientowany na równonoc wiosenną,

— a jego proporcje odpowiadają cyklom kosmicznym,

— nie ludzkim.

To nie jest architektura.

To jest kalendarz wszechświata zapisany w kamieniu.

Każdy basen, każdy taras, każdy korytarz jest częścią większej struktury, która nie służyła modlitwie, lecz orientacji świadomości.

Angkor Wat nie jest świątynią, którą się odwiedza. Jest świątynią, którą się przechodzi, aby zsynchronizować się z ruchem nieba.


Jakby ktoś próbował powiedzieć:

„Człowiek jest częścią kosmosu.

A kosmos jest częścią człowieka.”

Lalibela:

architektura wydobyta z wnętrza Ziemi

Jeśli Angkor Wat jest mapą nieba, to Lalibela jest mapą wnętrza. Jedenaście kościołów wykutych w litej skale.

Nie zbudowanych.

Nie wzniesionych.

Wydobytych..

Jakby forma istniała wcześniej, a człowiek jedynie odsłonił to, co było ukryte w ziemi.

To nie jest architektura.

To jest archeologia przyszłości.


Pamiętają:

— nie ma śladów narzędzi,

— nie ma odpadów budowlanych,

— nie ma logicznej technologii,

— nie ma etapów konstrukcji.

Jakby ktoś pracował nie dłutem, lecz świadomością, która potrafiła „wyciąć” przestrzeń z precyzją niemożliwą dla epoki.


Kościół św. Jerzego — doskonały krzyż wpisany w sześcian — wygląda jak geometryczna medytacja, a nie jak dzieło rzemieślników.


Lalibela nie jest miejscem kultu.


Lalibela jest przypomnieniem, że kiedyś istniała cywilizacja, która rozumiała materię od środka, a nie tylko od zewnątrz.


Jakby ktoś próbował powiedzieć:

„Ziemia nie jest przeszkodą.

Ziemia jest pamięcią.”

I teraz wzór staje się oczywisty

Teotihuacán — instrument-miasto.

Angkor Wat — świątynia-kosmogram.

Lalibela — architektura wydobyta z wnętrza Ziemi.

Trzy miejsca.

Trzy kontynenty.

Trzy różne kultury.

Trzy różne epoki.


A jednak:

— żadna z tych budowli nie wygląda jak początek,

— każda wygląda jak echo,

— żadna nie ma poprzedników,

— każda jest zbyt doskonała,

— żadna nie pasuje do swojej epoki,

— każda wygląda jak przypomnienie,

— nie jak „pierwsza próba”.

To nie jest przypadek.

To jest wzór.


Wzór, który mówi:

Świat, który znamy, nie jest pierwszą wersją świata.

Jest wersją, która utraciła pamięć.

Lalibela jako geometria świadomości

Jeśli Lalibela jest architekturą wydobytą z wnętrza Ziemi, to w Krok 9 odsłania się jej prawdziwa natura:

Lalibela nie jest budowlą.

Lalibela jest geometrią świadomości.

To nie jest miejsce, które się ogląda.

To jest miejsce, które działa.

Nie jak świątynia.

Nie jak zabytek.

Nie jak przestrzeń kultu.

Lecz jak matryca, która rezonuje z człowiekiem, kiedy ten przekracza jej próg.

Architektura, która nie jest formą, lecz ruchem

W Lalibeli nie ma linii prostych, które prowadzą do celu.

Nie ma osi, które kierują wzrok.

Nie ma monumentalnych fasad, które mają imponować.


Jest coś innego:

— zanurzenie,

— obniżenie,

— zejście,

— wejście w głąb,

— powrót do środka.


Jakby ktoś próbował powiedzieć:

„Świadomość nie rośnie w górę.

Świadomość rośnie do środka.”

To jest geometria, która nie prowadzi ku niebu, lecz prowadzi do wnętrza człowieka.

Przestrzeń, która uczy ciszy

W Lalibeli dźwięk nie odbija się jak w katedrach.

Nie niesie się jak w Hagii Sophii.

Nie rezonuje jak w Borobudur.

W Lalibeli dźwięk zanika.

Jakby przestrzeń była zaprojektowana tak, aby człowiek usłyszał nie echo, lecz siebie.

To jest geometria, która nie wzmacnia głosu, lecz wzmacnia obecność.

Kształt, który nie jest dekoracją, lecz kodem

Krzyż wpisany w sześcian.

Sześcian wpisany w ziemię.

Ziemia wpisana w ciszę.

To nie jest symbol religijny.

To jest kod świadomości.

Krzyż — cztery kierunki, cztery żywioły, cztery ruchy życia.

Sześcian — stabilność, materia, ciało.

Zejście — powrót do źródła.

Wydobycie — odsłonięcie tego, co ukryte.


Jakby ktoś próbował zapisać w kamieniu:

„Świadomość jest przestrzenią, którą trzeba odkryć, a nie zbudować.”

Lalibela jako mapa powrotu

W Lalibeli nie ma monumentalności Reims.

Nie ma barw Wasyla Błogosławionego.

Nie ma kosmicznej precyzji Angkor Wat.

Nie ma matematycznej symetrii Alhambry.

Nie ma orbitalnej geometrii Teotihuacán.

A jednak Lalibela jest najbardziej wewnętrzną z tych przestrzeni.


Bo wszystkie poprzednie miejsca pokazują:

— niebo,

— światło,

— kosmos,

— częstotliwość,

— ruch,

— orientację.

A Lalibela pokazuje początek.

Początek nie w czasie.

Początek nie w historii.

Początek nie w kulturze.

Początek w człowieku.

Dlaczego Lalibela jest geometrią świadomości?

Bo jej forma nie służy oku.

Służy pamięci.

Bo jej przestrzeń nie służy modlitwie.

Służy ciszy.

Bo jej kształt nie służy symbolice.

Służy orientacji wewnętrznej.

Bo jej obecność nie służy religii.

Służy powrotowi.


Lalibela jest jak przypomnienie:

„Zanim człowiek zaczął szukać nieba, musiał odnaleźć własne wnętrze.”

I dlatego Lalibela domyka wzór

Teotihuacán — orientacja kosmiczna.

Angkor Wat — orientacja niebiańska.

Alhambra — orientacja matematyczna.

Hagia Sophia — orientacja świetlna.

Reims — orientacja pionowa.

Wasyla Błogosławionego — orientacja ruchu.

Borobudur — orientacja drogi.


Czy to Lalibela?

Orientacja wewnętrzna.

To jest ostatni element układanki.

Ostatni klucz.

Ostatnia brama.

Bo świadomość nie zaczyna się w niebie.

Świadomość zaczyna się w człowieku.

Podsumowanie śledztwa:

wzór utraconej pamięci

Kiedy spojrzymy na Reims, Wasyla Błogosławionego, Hagia Sophię, Alhambrę, Borobudur, Teotihuacán, Angkor Wat i Lalibelę — widzimy różne światy.

Różne epoki.

Różne kultury.

Różne języki.

Różne religie.


A jednak wszystkie te miejsca układają się w jeden, niepodważalny wzór:

Żadna z tych budowli nie wygląda jak początek.

Każda wygląda jak echo.

Echo czegoś, co istniało wcześniej.

Echo wiedzy, której nie potrafimy już nazwać.

Echo świadomości, która rozumiała materię inaczej niż my.

Echo języka, którego nie uczymy się w szkołach.

Echo pamięci, którą utraciliśmy — nie dlatego, że zniknęła, lecz dlatego, że przestaliśmy ją czytać.

To nie są budowle.

To są ślady.


Ślady cywilizacji, która:

— widziała światło inaczej,

— rozumiała przestrzeń inaczej,

— pracowała z materią inaczej,

— postrzegała człowieka inaczej,

— i nie oddzielała architektury od świadomości.


To nie są tajemnice.

Tajemnicą jest nasza utracona zdolność widzenia.

Bo kiedy patrzymy na te miejsca oczami współczesności,

widzimy „zabytki”.

Kiedy patrzymy oczami pamięci, widzimy mapy świadomości.


I wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się już odsunąć:

Co my utraciliśmy, skoro nie potrafimy już tego odczytać?

Nie chodzi o technologię.

Nie chodzi o narzędzia.

Nie chodzi o materiały.


Chodzi o język.

Język, który łączył ciało z przestrzenią.

Język, który łączył człowieka z ziemią.

Język, który łączył materię ze światłem.

Język, który łączył świadomość z kosmosem.

Język, który nie był dogmatem, lecz doświadczeniem.

Język, który nie był teorią, lecz obecnością.

To właśnie ten język został przerwany.

To właśnie ta pamięć została utracona.

To właśnie ta ciągłość została zerwana.


I dlatego współczesny człowiek patrzy na świat jak na zagadkę, choć kiedyś patrzył na niego jak na własne odbicie.

Zamknięcie rozdziału I — podsumowanie

Na początku tego rozdziału pojawiło się pytanie:

co by było, gdyby świat, który znamy, nie był pierwszą wersją świata?

Teraz, po przejściu przez obrazy dawnych miast, świątyń i form,

po spojrzeniu na architekturę jak na zapis innego sposobu rozumienia materii, to samo pytanie powraca.

Już nie jako fantazja, lecz jako próba rozpoznania.

Jako zaproszenie do powrotu do języka, którym świat był kiedyś czytany, a nie tylko opisywany.

To, co proponuję, nie jest nową historią świata ani próbą zastąpienia jednej narracji inną.

Jest próbą odzyskania zdolności widzenia tego, co zawsze było obecne, a co przestało być czytelne, gdy utraciliśmy orientację.


Gdy patrzymy na takie miejsca jak Giza w Egipcie, Angkor w Kambodży, Teotihuacán w Meksyku, Lalibela w Etiopii czy Borobudur w Indonezji, zbyt łatwo pytamy:

jak zostały zbudowane i jaką technologią się posłużono?


A może pytanie powinno brzmieć inaczej:

jakiej zgodzie ze światem musieli podlegać ich twórcy, aby takie formy mogły w ogóle zaistnieć?


Te budowle nie przetrwały dlatego, że były masywne.

Przetrwały dlatego, że były zgodne.

Z ruchem światła.

Z proporcjami ciała.

Z rytmem Ziemi i dynamiką czasu.

Z tym, co dziś nazywamy złotym podziałem i liczbą pi (3,14) —

nie jako abstrakcyjną matematyką, lecz jako instrukcją trwania, prawem, w którym forma pozostaje stabilna w świecie nieustannego ruchu.


Ten sam porządek — złoty podział, proporcja i liczba pi (3,14) — pojawia się również w piramidach, których wewnętrzna stabilność, zdolność przechowywania i niezwykła trwałość od dawna zwracają uwagę badaczy i praktyków pracy z przestrzenią.


To rozpoznanie — dotyczące złotego podziału i liczby pi (3,14) — jest moją własną obserwacją, wynikającą z patrzenia na te miejsca nie jak na zabytki, lecz jak na punkty rezonansu, w których forma i ruch pozostają w jednej, wspólnej logice.


Nie były to reguły narzucone rzeczywistości.

Były zasadami odczytanymi z niej samej.

Być może dlatego te miejsca wciąż oddziałują — nie jako relikty przeszłości, lecz jako kamertony przestrzeni.


Przypominają, że architektura może być budowana nie po to, by dominować, lecz po to, by stroić.

Nie po to, by imponować, lecz po to, by harmonizować.


Jeśli więc coś zostało zapomniane, nie jest to technologia ani tajemna wiedza.

Jest to zdolność widzenia relacji — między formą a ruchem, między człowiekiem a przestrzenią, między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne.


Trwałość tych budowli nie wynika wyłącznie z masy ani z inżynierii. Wynika ze spójności — formy z ruchem, materiału z miejscem, proporcji z ludzką percepcją.

Jakby ich twórcy nie narzucali kształtu materii, lecz odczytywali jej własne prawa.


Dlatego w ich strukturach powracają te same relacje:

rytm, proporcja, geometria.

To, co dziś opisujemy jako złoty podział czy liczbę pi (3,14), nie musiało być dla nich matematyką w naszym sensie.

Mogło być językiem harmonii — sposobem, w jaki forma pozostaje stabilna w świecie podlegającym ciągłemu ruchowi.

Jeśli tak jest, to pytanie o to, jak te budowle powstały, traci swoją dominującą rolę.


Na pierwszy plan wysuwa się inne:

jak czytano rzeczywistość, skoro można było budować w taki sposób?

I być może właśnie to zostało przerwane — nie wiedza techniczna, lecz zdolność czytania relacji między człowiekiem, przestrzenią i sensem.


Dlatego pytanie, które otworzyło ten rozdział, wraca na jego końcu:

co by było, gdyby świat, który znamy, nie był pierwszą wersją świata?


Teraz nie jest już hipotezą.

Jest progiem.

Zaproszeniem do dalszego poszukiwania.


Do powrotu do korzeni języka, którym świat był kiedyś czytany — i którym świadomość wciąż potrafi czytać.

Rozdział II — Korzenie słowa i tradycji

Każda tradycja, każdy zapis na zwoju czy w pieśni, niósł słowa, które dawały ludziom siłę w chwilach trudnych. Moim marzeniem było zebrać te słowa, skategoryzować je i udostępnić tak, aby mogły być pożyteczne w naszym dzisiejszym świecie.


Słowa, znaki, symbole — wszystkie mają wspólny rdzeń. W każdej kulturze istniały słowa, do których ludzie zwracali się w momentach granicznych. Niezależnie od tego, czy były zapisane na pergaminie, wyśpiewane w pieśni, czy przekazywane szeptem przy ogniu, pełniły tę samą funkcję: przywracały kierunek, sens i obecność.


Choć tradycje są różne, każda starożytna kultura — rdzenna, słowiańska, syberyjska, toltecka czy hawajska — zostawiła po sobie język, który pozwalał człowiekowi rozumieć świat nie tylko rozumem, lecz także sercem i energią. Z każdego z tych źródeł można wyciągnąć wnioski, jeśli jest się otwartym na poznanie.


Dziś często myślimy, że magia to różdżki, zaklęcia, eliksiry albo rytuały z filmów. Może kojarzy się z tarotem, prawem przyciągania czy manifestacją. Ale to wszystko są jedynie cienie czegoś o wiele starszego — czegoś, co istniało na długo przed religiami i współczesną duchowością. Czegoś, co nie potrzebowało formy, bo było doświadczeniem.

Tradycja, obrzęd i wiara: różnice, które znaczą wszystko

O słowiańskim dziedzictwie, języku i narzuconych definicjach

Współczesny człowiek często używa słów, które nie należą do jego kultury, a które zostały mu narzucone przez instytucje, systemy i religie dominujące.


Jednym z takich słów jest „wiara”.

Innym — „pogaństwo”.

Jeszcze innym — „parafianin”.


Te pojęcia nie opisują świata Słowian.

Zostały wprowadzone z zewnątrz, aby nazwać coś, co istniało na długo przed nimi:

tradycję, obyczaj, obrzęd i praktykę codzienną — to, co późniejszy język nazwał „rytuałami”, choć Słowianie nie używali tego słowa.

Dlatego zanim przejdziemy dalej, trzeba przywrócić właściwe znaczenia.

Oddzielić tradycję od wiary, obrzęd od dogmatu, a dziedzictwo słowiańskie od etykiety „pogańskie”.

1. Czym jest tradycja?

Tradycja to dziedziczenie — przekaz kulturowy, który trwa, bo jest częścią tożsamości.

Nie dlatego, że ktoś „wierzy”, ale dlatego, że tak żyli przodkowie.


Tradycja:

— nie wymaga dogmatu,

— nie wymaga kapłana,

— nie wymaga instytucji,

— nie wymaga posłuszeństwa,

— nie wymaga deklaracji wiary.


Tradycja jest czynem, nie doktryną.

Jest pamięcią, nie nakazem.

Jest językiem relacji między człowiekiem a światem.


Dlatego:

— zostawiano okruchy chleba dla istot subtelnych,

— zapalano światło dla wędrowców,

— nie wyrzucano niczego przez okno, aby nie zranić bytów niewidzialnych,

— otwierano drzwi, aby zaprosić światło,

— noszono maski i karboszki, aby przejść przez próg między światami.

To nie była „wiara”.

To była tradycja dziedziczenia.

2. Czym jest obrzęd?

Obrzęd to działanie symboliczne, które niesie intencję.

Jest formą komunikacji z przodkami, naturą, energią i światem subtelnym.


Obrzęd:

— jest praktyką,

— jest gestem,

— jest czynem,

— jest przejściem.


Nie jest modlitwą w sensie chrześcijańskim.

Nie jest deklaracją wiary.

Nie jest wyznaniem.

Obrzęd jest ruchem świadomości.

3. Czym jest wiara?

Wiara chrześcijańska — system dogmatyczny

W chrześcijaństwie „wiara” oznacza przyjęcie dogmatu.

Dogmat to prawda narzucona, której nie wolno kwestionować.


Wiara chrześcijańska:

— wymaga instytucji,

— wymaga kapłana,

— wymaga sakramentów,

— wymaga posłuszeństwa,

— wymaga doktryny.


To jest system religijny, nie tradycja.

Słowianie nie mieli „wiary” w sensie dogmatycznym

Słowianie nie mieli religii opartej na dogmacie.

Nie mieli obowiązku wyznania.

Nie mieli instytucji, która narzucałaby prawdy.


To, co mieli, to:

— tradycja,

— obrzęd,

— dziedzictwo,

— język symboliczny,

— relacja z naturą i przodkami.


Dlatego zdanie:

„To nie jest wiara sensu stricte. To jest tradycja dziedziczenia.”

— odnosi się właśnie do tradycji słowiańskiej.

4. Dlaczego ludzie mylą tradycję z wiarą?

Bo Kościół, wchodząc na ziemie słowiańskie, musiał:

— nazwać to, czego nie rozumiał,

— podporządkować to, czego nie kontrolował,

— ochrzcić to, czego nie mógł zniszczyć.


Dlatego:

— obrzędy nazwano „pogańskimi”,

— tradycje nazwano „zabobonami”,

— praktyki nazwano „wierzeniami”,

— ludzi nazwano „parafianami”.


To była strategia językowa — przejęcie narracji.

A gdy przejmujesz narrację, przejmujesz również znaczenie.


I tu widać mechanizm, który działa do dziś:

nie zmieniasz nieba — zmieniasz interpretację.

Weźmy przykład najbardziej znany, a jednocześnie najczęściej niezrozumiany: 25 grudnia.

To nie jest data „chrześcijańska”.

To nie jest data „pogańska”.

To nawet nie jest data „religijna”.

To jest data astronomiczna — moment, w którym światło zaczyna wracać.

22 grudnia dzień osiąga minimum.

23 i 24 grudnia słońce „stoi” — trzy dni zatrzymania.

A 25 grudnia zaczyna się powolne wznoszenie.

Światło wraca.

Rok odradza się.

Ludzie świętowali to od tysięcy lat, bo czuli to w ciele, w ziemi, w rytmie dnia.

To było święto światła, nie doktryny.

A potem przyszła nowa opowieść.

Nie zmieniono przesilenia.

Nie przesunięto słońca.

Zmieniono nazwęhistorię, którą do niej dołączono.

Tak naturalny rytuał światła stał się „Bożym Narodzeniem”.

Nie dlatego, że ktoś odkrył nową prawdę, ale dlatego, że łatwiej jest ochrzcić to, czego nie da się zniszczyć, niż walczyć z rytmem natury.


I właśnie dlatego ludzie mylą tradycję z wiarą:

bo tradycja wyrasta z ciała, ziemi i światła, a wiara — z narracji, która próbuje to nazwać, uporządkować i podporządkować.

Kiedy zmieniasz słowa, zmieniasz zachowanie.

Kiedy zmieniasz interpretację, zmieniasz pamięć.

A gdy zmienisz pamięć — ludzie zapominają, że światło było pierwsze.

A kiedy człowiek zapomina, kim jest — wystarczy nadać mu nowe imię. Tak pojawia się słowo „parafianin”.

5. Kim jest parafianin?

Słowo „parafianin” pochodzi od greckiego paroikos — „obcy”, „ten, który mieszka obok”, „ten, który nie należy”.


W pierwotnym sensie:

— parafianin to ktoś spoza wspólnoty,

— ktoś, kto nie zna dogmatu,

— ktoś, kto nie jest „swój”.


To słowo nigdy nie było komplementem.

Znaczenia słownikowe (których nie wolno ukrywać)


Współczesne słowniki podają:

— znaczenie neutralne: członek parafii,

— znaczenie pogardliwe: człowiek ograniczony, zacofany.

To drugie znaczenie jest echem pierwotnego „obcego”.


Pokazuje, jak język tworzy hierarchię:

„my” — wspólnota,

„oni” — nie-swoi.


I tu zaczyna się kolejny próg:

jeśli parafianin to „obcy”, to kim jest poganin?

6. Kim jest poganin?

Słowo „poganin” pochodzi od łacińskiego paganus — „człowiek z wioski”.


To była etykieta, nie opis duchowości.

Ale najważniejsze jest znaczenie współczesne, energetyczne.

Poganin to człowiek, który nie przyjmuje i nie oddaje


To ktoś, kto:

— nie absorbuje wiedzy,

— nie rozwija świadomości,

— nie uczestniczy w tradycji,

— nie wnosi nic do pola,

— nie daje nic z siebie,

— nie przyjmuje niczego od innych,

— żyje w iluzji „wiem najlepiej”, choć nie wie nic.


To jest pozycja zamknięcia, nie duchowości.

Poganin nie żyje dawnymi obyczajami — on nie żyje żadnymi obyczajami

To człowiek:

— bez tradycji,

— bez obrzędu,

— bez relacji,

— bez dziedziczenia.


To nie jest „innowierca”.

To jest człowiek bez wymiany.

Sierocińce i przerwana ciągłość — metafora poganina

W pewnym momencie historii — szczególnie na przełomie XIX i XX wieku — pojawiło się zjawisko, które można odczytać jako symboliczny obraz poganina:

dzieci wychowywane poza rodem, poza tradycją, poza pamięcią.

Nie chodzi o to, jak powstały sierocińce ani dlaczego było ich tak wiele.

Chodzi o to, co to zjawisko pokazuje w warstwie świadomościowej.

Dziecko wychowane w instytucji, a nie w rodzie:

— nie dziedziczy opowieści,

— nie zna historii przodków,

— nie ma zakorzenienia,

— nie ma przekazu,

— nie ma rytuału,

— nie ma pamięci,

— zaczyna od zera.

To jest sierota duchowa — człowiek, którego linia została przerwana.

Zapoznając się z tematyką dzieci wychowywanych w takich miejscach — dzieci, które pojawiały się nagle, masowo, bez zakorzenienia — można dostrzec pewien wzór: brak pamięci rodowej, brak tradycji, brak relacji, brak dziedziczenia. I właśnie ten wzór przywołał we mnie definicję poganina.

Dlaczego ta metafora jest tak ważna?

Nie po to, aby tworzyć nowe teorie o przeszłości, lecz po to, aby zrozumieć stan współczesnego człowieka.

Bo poganin — w sensie energetycznym — nie jest kimś, kto odrzucił tradycję.

Poganin jest kimś, kto został od niej odcięty.


Kto dorastał:

— bez przekazu,

— bez pamięci,

— bez rytuału,

— bez linii,

— bez zakorzenienia.

Kto zaczyna życie jak sierota duchowa — nie dlatego, że tak wybrał, lecz dlatego, że nie miał od kogo otrzymać tego, co dawniej przekazywano naturalnie: obecność, opowieść, relację, dziedziczenie.

W tym sensie poganin nie jest winny.

Poganin jest skutkiem przerwanej ciągłości.

Przywracanie ciągłości

Zrozumienie tego pozwala zobaczyć, że praca nad świadomością nie polega na rekonstrukcji dawnych obrzędów, lecz na przywróceniu wymiany, która została utracona:

— między człowiekiem a rodem,

— między człowiekiem a miejscem,

— między człowiekiem a światem,

— między człowiekiem a samym sobą.

To jest moment, w którym temat poganina przestaje być etykietą, a staje się diagnozą stanu świadomości — i jednocześnie zaproszeniem do jej odbudowy.

Poganin jako stan przerwanej linii

Poganin to ktoś, kto nie ma czego odrzucać, bo nigdy niczego nie otrzymał.


To człowiek, który:

— nie pamięta,

— nie dziedziczy,

— nie kontynuuje,

— nie jest włączony w linię,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.62
drukowana A5
Kolorowa
za 79.77