I
Był maj 1835 roku, jeden z tych pierwszych kojących duszę wiosennych dni, kiedy to Paryż staje się wolny od tych wszystkich mieszkańców, którzy jeśli nie są przymuszeni do bycia w stolicy, pozostawiają ją, by gdzieś na prowincji cieszyć się piękną, świeżą zielenią, przychodzącą do nas tak późno i na tak krótko.
Kobieta w wieku między czterdzieści pięć a czterdzieści osiem lat, na której twarzy wciąż można było zauważyć szczątki niezwykłej urody, której suknia wskazywała na najdoskonalszy gust, a najdelikatniejsze gesty tak jak i cała postawa zdradzały arystokratyczne nawyki, stała na schodkach uroczego wiejskiego domu położonego na końcu wioski Fontenay-aux-Roses, przygotowując się na powitanie powozu zdobionego ornamentami, ciągniętego przez dwa wspaniałe kasztanowe konie, które właśnie zatrzymały się u stóp wspomnianych schodów werandy.
— Ach! Nareszcie jesteś, mój drogi hrabio! — wykrzyknęła, zwracając się do mężczyzny w wieku około sześćdziesięciu lat, który żwawo zeskoczywszy z podnóżka karety, wszedł po schodkach, niwelując tym samym przestrzeń, jaka oddzielała go od niej. — Właśnie oczekiwałam cię z największą niecierpliwością! Przysięgam, że w ciągu godziny przychodziłam tu dziesięć razy, by sprawdzić, czyś nie przyjechał.
— Moja droga baronowo, kazałem zaprząc powóz zaraz po tym, jak tylko otrzymałem twój list — odparł hrabia, całując z wyszukaną galanterią rękę swej rozmówczyni. — I możesz mi wierzyć, że siarczyście wyłajałem Germaina, iż nie obudził mnie od razu, gdy mu go tylko dostarczono.
— Powinieneś zbesztać Germaina za to, że nie dał ci go przed pójściem spać, ponieważ ten list był u ciebie już od wczoraj wieczorem.
— Naprawdę? — zapytał z afektownym zakłopotaniem hrabia, a następnie udając, iż odzyskuje zimną krew, dodał: — To niebywałe, jak to nam teraz usługują!… No cóż, faktem jest, że ten hultaj dopiero dzisiaj oddał mi twój list, gdy przyszedł do mej sypialni o ósmej rano. Jednakże sama widzisz, że nie marnowałem czasu, skoro nie ma jeszcze dziewiątej. A teraz, moja droga baronowo, powiedz mi, o co chodzi? Oddaję się do twojej dyspozycji i jestem na twe rozkazy.
— Dobrze! W takim razie odeślij swoich ludzi i powóz, albowiem cię zatrzymuję.
— Jak to?! Zatrzymujesz?
— Tak, przecież cię uprzedziłam.
— Na cały dzień?
— Ależ tak, na noc również, jak i jutrzejszy poranek. Na pewno pamiętasz, że w moim liście wspomniałam ci, iż bezwzględnie potrzebuję twojej obecności tutaj.
Niezależnie od tego, jak silna była samokontrola monsieura de Montgiroux (takie było nazwisko hrabiego), nie mógł powstrzymać mimowolnego grymasu niezadowolenia. Przypomniał sobie, iż właśnie tego dnia miał wyznaczone spotkanie w operze, na które czekał z taką niecierpliwością. Jednakże ukrywając najlepiej, jak tylko potrafił, irytację, której nie był w stanie przewidzieć i której nie był już w stanie uniknąć, natychmiast pomyślał, by uciec się do podstępu, przy pomocy którego mógłby uczciwie wyjść z tej kłopotliwej sytuacji.
— Och! Mój Boże, przepraszam, że muszę ci odmówić, moja droga — przemówił, by się szybko usprawiedliwić. — Lecz to, o co mnie prosisz, jest niemożliwością, całkowitą niemożliwością; dzisiaj jest piątek dwudziestego szóstego, a ja właśnie jestem w komitecie komisji, która zbiera się, aby omówić możliwą zmianę prawa.
— Więc omówią to bez ciebie, mój drogi hrabio — wtrąciła baronowa. — Jednego para Francji mniej to jedna szansa więcej dla narodu. Poza tym, jeśli chodzi o szczęście osobiste, jedyna ważna rzecz w tych czasach to być samolubnym i postępować tak jak wszyscy inni. Chodźmy więc do naszego chorego, jego zdrowie jest najważniejsze.
— Ależ moja droga Eugénio! — zawołał monsieur de Montgiroux z jeszcze większą niecierpliwością niż za pierwszym razem. — Ja nie jestem lekarzem!
Lecz jako że ten okrzyk został wydany w tonie złego usposobienia i był zbyt oczywisty, aby ujść przed przenikliwością kobiety, madame de Barthèle, przyjąwszy poważną minę, odpowiedziała:
— Monsieur le comte (Panie Hrabio), chodzi o mojego syna, męża twojej siostrzenicy, słyszysz?… O naszego Maurice’a.
— Czyż jego stan nie jest lepszy? — zapytał monsieur de Montgiroux łagodniejszym tonem.
— Jeszcze wczoraj lekarz był zdania, że jego choroba może być śmiertelna, to wszystko.
— Ach! Mój Boże! Nigdy nie myślałem, że jego stan może dawać jakikolwiek powód do niepokoju.
— Z prostego powodu: bo minął tydzień, odkąd go po raz ostatni widziałeś, niewdzięczny! — powiedziała baronowa z wyrzutem. — Bo nie wiemy już, co się z tobą dzieje, jako że teraz trzeba pisać do ciebie, czy zechcesz poświęcić nam minutę; a co więcej, ta minuta jest poświęcana na omówienie czasu twojego pobytu bądź czasu twojego wyjazdu.
— Ale co dokładnie dzieje się z naszym drogim chłopcem? — zapytał hrabia.
— Na początku była to zwykła melancholia, która z biegiem czasu przerodziła się w głęboką niemoc, to z kolei doprowadziło do całkowitej obojętności wobec wszystkich i wszystkiego. Na koniec, pomimo całej naszej troski, ogarnęła go gorączka, po której zaczął majaczyć i popadać w obłęd.
— Oto coś niezwykłego, co może stać się z człowiekiem — powiedział z większym niepokojem hrabia w zamyśleniu. — I zapewne nieznane są powody, które mogły wywołać taką melancholię?
— Jeśli o to chodzi, to mogę cię zapewnić, że są już znane, dlatego mamy nadzieję na wyleczenie. Lekarz, który jest nie tylko mądrym i utalentowanym człowiekiem, lecz także przyjacielem Maurice’a, jest przekonany, iż może go wyleczyć… Wyleczyć! Czy rozumiesz, mój przyjacielu, ile radości to słowo wlewa w serce matki?
— Zatem nie ma już żadnego niebezpieczeństwa?
— Oznacza to jedynie, że dzisiaj jest więcej nadziei niż wczoraj — odpowiedziała Baronowa, która zrozumiała zamiary pana de Montgiroux. — Ale ta właśnie poprawa sprawia, iż potrzebujemy cię tutaj, dlatego musisz pozostać.
Hrabia ponownie uczynił mimowolny grymas i odpowiedział:
— Ależ moja droga, to naprawdę niemożliwe.
— Monsieur — rzekła madame de Barthèle — doskonale wiesz, iż nie ma rzeczy niemożliwych, no chyba że są to rzeczy, których nie chcemy zrobić. Zatem powiedz, jaką to masz sprawę, o której tak nieustannie myślisz, która tak bardzo zajmuje twoją uwagę. Czy życie naszego syna stało się dla ciebie drugorzędne?
— Nie, na Boga!… Moja droga, wyolbrzymiasz moją odmowę, która zresztą nie jest pierwszą — odparł hrabia z powagą godną swojego charakteru. — Staram się jedynie pogodzić twoje pragnienie i mój obowiązek. Posłuchaj, zjedzmy obiad wcześniej niż zwykle; ja wyjdę o siódmej, a jeśli będziesz mnie bezwzględnie potrzebować wieczorem, wrócę najpóźniej o wpół do jedenastej. Droga baronowo, przysięgam ci, iż wymagają tego ode mnie okoliczności naprawdę wielkiej wagi…
— Ani słowa więcej na ten temat — przerwała madame de Barthèle. — To, o czym już wspomniałam, zostało uzgodnione i zaaranżowane, wkrótce sam zrozumiesz, jak bardzo potrzebna jest twoja obecność tutaj.
— Ależ to nie absolutna konieczność, moja droga Eugénio — odpowiedział hrabia tonem przestarzałej galanterii. — To jest tylko twoje pragnienie. Wiesz dobrze, iż zawsze spełniam wszystko, o cokolwiek mnie poprosisz.
Madame de Barthèle odpowiedziała całkowicie uspokojonym spojrzeniem, a monsieur de Montgiroux, powracając do tematu swojej tajemnej troski, zapytał, ile dokładnie czasu zajmuje dotarcie do Paryża.
— Z moimi końmi i Saint-Jeanem, który — jak sam wiesz — szanuje je do tego stopnia, by te aż nazbyt się nie przemęczały, dotarcie stąd do hotelu zajmuje jakieś pięćdziesiąt minut. Ale ty — kontynuowała baronowa de Barthèle — spotkanie masz w pałacu Luksemburgdzkim, prawda?
— Tak.
— Zatem, zatrzymując się w pałacu Luksemburgdzkim, oszczędzasz jeszcze kilka minut.
— W takim razie — powiedział monsieur de Montgiroux — teraz nie przeszkadzajmy Saint-Jeanowi i jego koniom. Ja ofiaruję ci cały dzisiejszy dzień oraz jutrzejszy poranek aż do południa, a ty podarujesz mi trzy godziny wieczorem.
— Skoro o to prosisz, chyba muszę się zgodzić… ale wiesz, hrabio, gdybym była młodsza i bardziej skłonna do zazdrości…
— No to co?
— No cóż, przyznam, że to twoje wieczne zaabsorbowanie sprawiłoby, że spędziłabym bardzo smutny dzień.
— Moje wiecznie zaabsorbowanie?
— Tak, i to do tego stopnia, że nie zadajesz mi żadnych pytań ani nie wydajesz się odczuwać najmniejszego zaniepokojenia, podczas kiedy Clotilde i ja jesteśmy naprawdę zrozpaczone, bo chociaż niebezpieczeństwo, które istniało do wczoraj, przysięgam, jest bardzo dalekie od zaistnienia, jeszcze całkowicie nie zniknęło.
— Wybacz mi, moja droga — odpowiedział Montgiroux, jakby nic nie usłyszał — ale wszystkiemu jest winne to nowe prawo; podczas omawiania pewnych kwestii nigdy lepiej nie uzmysłowiłem sobie, jaka odpowiedzialność spoczywa na członku Izby Wyższej Parlamentu, dlatego jako par królestwa i przykładny obywatel czuję się zobowiązany do wniesienia mojego udziału w te spotkania.
— Królestwa! — powtórzyła madame de Barthèle z ironią. — Królestwa!… Wiesz, czasami wypowiadasz bardzo groteskowe słowa, mój drogi hrabio. Nazywasz Francję królestwem! No cóż, to pewnie z przyzwyczajenia!… Chodź, chodź za mną, nieszczęśliwa ofiaro; gdybyś naśladował monsieur de Chateaubrianda i Fitz-Jamesa, nie znalazłbyś się w tak kłopotliwym położeniu.
— Madame — powiedział poważnie pan de Montgiroux — prawdziwy obywatel wszystko zawdzięcza przede wszystkim Francji.
— Co powiedziałeś, mój drogi hrabio?… Obywatel?! Ach! Ależ ty naprawdę robisz postępy we współczesnym języku… no cóż, jeśli będziesz tak dalej mówił, to biorąc pod uwagę jeszcze kilka rewolucji takich jak poprzednia, przewiduję, że umrzesz jako wściekły jakobin.
Jak już powiedzieliśmy, rozmowa ta miała miejsce na schodach werandy zamku madame de Barthèle. Była to elegancka budowla położona na końcu wioski Fontenay-aux-Roses, po stronie lasu, w najbardziej malowniczym miejscu. Jednak wspaniały widok, jaki można było podziwiać z tej werandy, nie został zaszczycony przez pana de Montgiroux nawet jednym spojrzeniem pomimo tego, iż zawsze miał on w zwyczaju zatrzymywać się tam, by podziwiać bogatą i różnorodną okolicę, która rozciągała się od lasu Verrières aż do wieży Montlhéry… Tymczasem majowe słońce, rzucając swe świetliste promienie w dolinę, sprawiło, iż łupkowe dachy pięknych, białych domów zalśniły niczym lustra, które wokół całego Sceaux tu i ówdzie rozrzucają swe błyski, rozpraszając się na dywanie zieleni.
Zatem Hrabia musiał być bardzo zaniepokojony, skoro ten bukoliczny widok nie miał na niego żadnego wpływu… Na tego byłego pasterza Cesarstwa, który znał Floriana, który uwielbiał Delille, który śpiewał, wsparty o fotel królowej Hortensji: „Partant pour la Syrie, et Vous me quittez pour voler à la gloire” (Poprzez wyjazd do Syrii pozwoliłaś mi lecieć ku chwale). W rzeczywistości opera zapowiadała na ten wieczór nowy balet, w którym miała zatańczyć sama Maria Taglioni, legendarna włoska primabalerina. I chociaż według niego taniec naszej sylfii Mademoiselle Bigottini jest równie zmysłowy i eteryczny, opłakiwał tę szlachetność, która uczyniła ją królową dawnych i obecnych tancerzy. Niemniej jednak nie chciał przegapić takiej uroczystości. Dlatego, aby usprawiedliwić swoje odejście, podał banalny powód poważnej narady parów z jego frakcji, a jego irytacja (źle skrywana pomimo parlamentarnych przyzwyczajeń) dowiodła, że żywiołowy interes osobisty usprawiedliwia jego kłamstwo in petto (wewnętrznie skrywane), którego nie chciał ujawnić. Jednakże czy to zainteresowanie dotyczyło wyłącznie tego pierwszego występu?… Czy też może to było jakieś inne, bardziej materialne uczucie w zamiłowaniu do sztuki choreograficznej?… No cóż, to pokaże nam przyszłość.
W tym czasie madame de Barthèle, po zawarciu pewnego rodzaju umowy z hrabią de Montgiroux, dała mu znak, by poszedł za nią, następnie poprowadziła go bocznym korytarzem (dobrze znanym obojgu) do pokoju chorego. Ale gdy już mieli do niego wejść, z sąsiedniego pokoju wyszła młoda kobieta, zagradzając im drogę. Niewiasta ta, przykładając palec do ust, z wyrazem strachu i powagi powiedziała:
— Ciszej proszę! On śpi, a lekarz zalecił, aby nikt nie zakłócał jego snu.
— On śpi?! — zawołała madame de Barthèle z wyrazem macierzyńskiej radości, powstrzymując się jednak w swym wybuchu.
— Mamy przynajmniej taką nadzieję. Jego oczy są zamknięte i wydaje się mniej wzburzony, ale odsuńmy się, błagam, bo najdelikatniejszy dźwięk może wyrwać go z tej drzemki.
— Biedny Maurice! — powiedziała madame de Barthèle, tłumiąc ciężkie westchnienie. — Dobrze, bądźmy posłuszni. Chodźmy, drogi hrabio, chodźmy do salonu. Skoro lekarz tak zarządził, nie możemy się sprzeniewierzać jego woli. Poza tym będziemy mieli sposobność swobodnie porozmawiać, dopóki nie możemy go zobaczyć; mam ci tyle do opowiedzenia!
Hrabia przystał na to i wraz z madame de Barthèle zamierzał udać się do salonu.
— Wujku — przemówiła młoda kobieta tonem pełnym smutku i czułego wyrzutu. — Nie ucałujesz mnie?
— Nie idziesz z nami? — zapytał hrabia, całując ją w czoło.
— Nie, będę czuwać tutaj, w tym małym pokoju. Tu mogę być blisko niego i usłyszeć, czy mnie nie potrzebuje.
— Nie pozostawia go nawet na chwilę — dodała madame de Barthèle — to jest godne podziwu!
— Moja droga Clotilde, czy nie zechciałabyś przysłać nam lekarza? — zasugerował hrabia. — Jako że posiadam trochę wiedzy somatycznej, chciałbym zamienić z nim kilka słów.
— Chętnie, wujku, zaraz wyślę go do salonu.
Hrabia ponownie ucałował siostrzenicę, a po kilku czułych słowach zachęcających do małżeńskiego oddania poszedł za Madame de Barthèle.
Zanim jednak przejdziemy dalej w naszej opowieści, musimy wpierw zapoznać naszego drogiego czytelnika z dwójką bohaterów, którą właśnie przedstawiliśmy, a z którą spotkamy się później w salonie, dokąd w tej chwili zmierzają.
Hrabia de Montgiroux w tym czasie, o którym piszemy, czyli w 1835 roku, był mężczyzną w wieku około sześćdziesięciu lat, co oznacza, iż urodził się on w 1775 roku. W czasach dyrektoriatu był tak zwanym incroyable (niesamowitym), zaś w czasach cesarstwa — lowelasem. W tych dwóch epokach, a nawet i później, był wysoce ceniony za elegancję swych manier jak też za wdzięk, z jakim je wyrażał; ze świetności swojej młodości zachował wspaniałe zęby, posturę, której oglądanej z tyłu nie brakowało pewnej finezji, a przede wszystkim dobrze wyprofilowaną łydkę, która przy braku krótkich bryczesów nadal zarysowywała się zalotnie w delikatnie obciśniętych, jasnych spodniach. Jego wyjątkowa dbałość o siebie przejawiała się tym, iż jego strój był prosty, ale idealnie dopasowany do jego wysokiego wzrostu i budowy ciała poprzez wąskie, pedantycznie wypolerowane buty oraz zawsze nowe, jasne rękawiczki, co nadawało mu na pierwszy rzut oka młodzieńczego wyglądu, z którego to madame de Barthèle była tak dumna i który wkrótce zrozumiemy. Wreszcie tym, co dopełniało wszystkiego, były jego szlacheckie pochodzenie, pozycja społeczna, a przede wszystkim wielki majątek, który jeszcze bardziej uwydatniał jego cechy osobiste, dopiero co wymienione.
Jeśli chodzi o jego uzdolnienia intelektualne, postaramy się je szczegółowo opisać z taką samą bezstronnością, z jaką uczyniliśmy to w odniesieniu do jego zalet fizycznych. Chociaż pan de Montgiroux był jednym z tych, o których w Izbie Parów nic się nie mówiło — z bardzo prostego powodu, bowiem nikt o nim nie mówił — to jednak nie myślmy, iż to milczenie spowodowane było motywem parlamentarnej słabości albo wyłącznie z czystej kalkulacji czy egoizmu. No cóż, wówczas mówiono, iż słowa przemijają, a pisma pozostają. Jednakże mylono się w tej kwestii, bo to przysłowie powstało raczej we Francji przed ustanowieniem rządu konstytucyjnego, a w obecnej było jego całkowitym przeciwieństwem, jako że nic nie pozostaje dziś bardziej niż słowa, choćby nie wiem jak były one nieistotne; słowa są stenografowane w setkach tysięcy egzemplarzy, klasyfikowane, składowane, by pojawić się ponownie po roku, dwóch lub dziesięciu, tak jak ci bohaterowie starożytnych tragedii, o których wierzono, iż umarli, a którzy nagle wynurzają się ze swych grobów, by spowodować bladość tych, którzy o nich zapomnieli. Tak więc to był jedyny i wyłączny powód, dla którego hrabia de Montgiroux nigdy nie przemawiał, oczywiście na mównicy; jednakże wszędzie poza nią — wręcz przeciwnie, rozpoznawano go po tej łatwej elokwencji naszych mężów stanu, polegającej na wypuszczeniu z ich ust potoku oziębłych słów, które byłyby wymowne, gdyby od czasu do czasu wybuchały argumentem lub spadały z wyżyn idei. Ponadto hrabia de Montgiroux był elastycznym człowiekiem zarówno z uprzejmości, jak i z roztropności. Uznawał za dogodne i być może za korzystne, aby nigdy nie stawiać przeszkód, by być wśród większości i żyć w zgodzie ze wszystkimi. Radca stanu w czasach cesarstwa, deputowany za rządów Ludwika XVIII, par Francji za panowania Karola X — jego egoistyczny spokój i dumna pozycja sprawiły, iż sprzyjał ludziom władzy, jednakże nigdy nie było to służalcze posłuszeństwo, które uczyniłoby go jednym z tych niższych urzędników ministerialnych błagających o zaproszenie na którąś z tych skromnych kolacji przy ulicy Grenelle lub bulwarze des Capucines. Nie, pan hrabia de Montgiroux na ogół nie uznawał żadnej wyższości z wyjątkiem władzy królewskiej, niezależnie od tego, czy ta władza istniała z tej, czy innej przyczyny, czy była na mocy boskiego prawa, czy powszechnego wywyższenia. Ale jeśli chodziło o ministrów, mimo iż nasz par Francji był w końcu jednym z nielicznych messieurs-panów, (jestem zobowiązany użyć tego słowa, dlatego że nasz język nie ma odpowiednika dżentelmenów); traktował ich jak równych sobie, a czasem nawet wyższej od siebie, pomimo że byli niższej rangi; jeśli jadł w ich domu, to dlatego, że oni jedli u niego, gdzie za każdym razem w niektórych okolicznościach udzielał im lekcji dobrego gustu i wystawnej prostoty. Ponadto zawsze zachowywał pozór wolności, a ponieważ niczego nie potrzebował, nigdy o nic nie prosił. Ograniczając się do konieczności zachowania swojej niezależności, odmawiał spełnienia wszelkich banalnych żądań, którymi obarczony jest mąż stanu; jednym słowem, należał do tej wielkiej, licznej klasy polityków, którzy wierzą, że wypełnili swój obowiązek, idąc na kompromis z dominującą opinią, i wyobrażają sobie, że robią wystarczająco dużo dobrego dla kraju, gdy mu nie szkodzą.
Na tym się nie kończyło: hrabia de Montgiroux, przyzwyczajony do przejawiania swego rodzaju wyższości nad otaczającymi go ludźmi, która pochodziła z czasów, gdy atuty jego młodości i fortuny pozwoliły mu kultywować ideę estetyki i piękna, jaką był dandyzm, (dzięki któremu hrabia d’Orsay stał się królem zamorskiej mody); wnosił do spraw publicznych stałą powagę swego przedstawicielstwa. Miał świadomość swojej wysokiej pozycji społecznej, a co ważniejsze — zachował odpowiadającą jej postawę. Był parem Francji, że tak powiem, od stóp do głów. W trybunale sprawiedliwości zajmował godne podziwu stanowisko i choć na pierwszy rzut oka nic go nie odróżniało od nowo powołanych towarzyszy, to jednak gdy oskarżony patrzył na niego, widział w nim człowieka o wielkim znaczeniu, którego opinia musi mieć duży wpływ na przebieg spraw. Rzeczywiście, patrząc na niego, można było poczuć godność najwyższej władzy sądowniczej. Kiedy przeprowadzał głosowanie, robił to z przysłowiową elegancją; w ostatecznym rozrachunku był jednym z tych wspaniałych ludzi, tak rzadkich dzisiaj, którzy choć dostosowują się do teraźniejszości, zachowują tradycję minionych lat; tak więc jego nazwisko zawsze wypadało z urny przy wszystkich ważnych wydarzeniach, podczas których chodziło głównie o zaprezentowanie się, czy to podczas poselstwa, czy na czele orszaku pogrzebowego, czy też podczas jakieś publicznej uroczystości. W kwestiach ubioru i etykiety w Izbie Niższej stworzył większość, ale nawet poprzez swoje wpływy nie udało mu się uchwalić ustawy o przepisowym ubiorze — prawa, które wydawało się tak arystokratycznie niestosowne dla członków wspomnianej Izby Niższej, podobnie jak to, że pan de Montgiroux czasami przez omyłkę nazywał deputowanych starym zwyczajem „panami”. Skrupulatny w najdrobniejszych szczegółach życia, potrafił połączyć szacunek z konwenansami do tego stopnia, iż gdy nadarzyła się ku temu okazja, spał z otwartymi oczami zarówno w sypialni, jak i w salonie, na każdym spotkaniu, na którym okoliczności go zaskakiwały, czy to gdy zaszczycił swoją obecnością dom pana Dupin, czy też gdy król uczynił mu zaszczyt, przyjmując go u siebie. Posiadał w najwyższym stopniu niezwykle trudną sztukę traktowania każdego człowieka według jego stanu bądź pozycji społecznej, którą nadały mu los lub zdobyta ranga; balansował między szacunkiem a obojętnością, przechodząc poprzez majestatycznie modulujące nuty uprzejmości w inteligentnych kombinacjach chromatycznych, po nieskończenie zmieniających się intonacjach i epitetach, przechodząc z niewypowiedzianą sztuką od hołdu składanego do hołdu otrzymywanego, od prośby do protekcji; zawsze uprzejmy, nigdy nie nachalny; czasem graniczący z pochlebstwem, czasem — z impertynencją. Miał w sobie jednocześnie, choć w małych dawkach, coś z Richelieu i Fitz–Jamesa; krótko mówiąc, był — jak to powiedział kiedyś pewien książę — tym, który uchodziłby za najbardziej błyskotliwego człowieka we Francji, gdyby odważył się pokazać wszystkim swój talent, najdoskonalszą domenę szlachcica, a wiadomo, że kiedy zmienią się pory roku i nie ma już owoców albo jest ich bardzo mało, znalezienie takich specjałów to wielkie szczęście.
Jednakże dla spostrzegawczego obserwatora najciekawszą rzeczą do zbadania byłby przede wszystkim status, jaki miał hrabia de Montgiroux w domu madame de Barthèle. Przez blisko dwadzieścia pięć lat istniały między nimi relacje najgłębszej zażyłości, o których każdy wiedział, a długa tolerancja barona de Barthèle do pewnego stopnia legitymizowała ten związek w oczach społeczeństwa. Za życia pana de Barthèle wymieniano ich jako wzór kochanków, zaś po jego śmierci — jako wzór cnót małżeńskich. Niemniej jednak żaden związek małżeński nie został przez nich usankcjonowany, i nawet bardzo wszystkich zdziwiło, że po śmierci barona nie doszło do społecznego zbliżenia między dwojgiem starych kochanków. Sama pani de Barthèle wspomniała kiedyś hrabiemu o tym słowo, pod wpływem — spieszmy dodać — bardziej obcej sugestii niż własnej inicjatywy. Ale na tę aluzję pan de Montgiroux naiwnie odpowiedział jak Nicholas Chamfort: „Myślałem o tym, tak jak ty, moja droga przyjaciółko, ale jeśli się pobierzemy, to gdzie do licha będę spędzać wieczory?”. Taka odpowiedź była całkowicie usprawiedliwiona w ustach człowieka, który przez dwadzieścia pięć lat spędzał wieczory poza własnym domem.
Otóż te długie, intymne, wieczorne spotkania z baronową powinny skłonić pana de Montgiroux do porzucenia swych nawyków, jednakże ten szlachetny hrabia zawsze pozostawał parem Francji, to znaczy człowiekiem pretensjonalnym do tego stopnia, iż ta predestynowana forma stała się jego drugą naturą, która zastąpiła pierwszą, podobnie jak niektóre źródła mające przywilej ukrywania się pod warstwą kamieni, roślin, kwiatów, a nawet ptaków, które przez jakiś czas przebywają w ich wodach.
Jeśli chodzi o madame de Barthèle, była to postać diametralnie przeciwna do postaci hrabiego de Montgiroux, co można było łatwo dostrzec. A być może ta długa zażyłość, która ich łączyła, pozostała nienaruszona tylko przez to niezrozumiałe prawo kontrastów, w które nikt by nie uwierzył, gdyby na każdym kroku nie było widać ich oczywistych przykładów. W wieku dwudziestu dwóch lat, to znaczy jako osoba pełnoletnia, mogąca postępować według własnego uznania, z powodu konwenansu została zmuszona przez rodzinę do tego, co uważano za korzystne małżeństwo, a więc do poślubienia monsieura de Barthèle; ale na godzinę przed podpisaniem umowy ślubnej poprosiła swojego przyszłego męża o rozmowę, a po wskazaniu mu fotela przygotowanego obok niej do tego celu, powiedziała:
— Monsieur, nasi adwokaci zamierzają nas zaślubić, aby zakończyć ten irytujący i nudny proces sądowy. Ty nie czujesz do mnie żadnej miłości, tak jak ja nie czuję do ciebie nawet najmniejszego pociągu fizycznego. To, co zamierzamy podpisać, jest tylko transakcją korzystną dla ciebie, ponieważ dzięki niej zyskujesz przychód w wysokości sześćdziesięciu tysięcy liwrów. Moi rodzice chcieli tego związku, a ja jedynie okazałam najwyższy szacunek ich rozkazom, tak jak to jest w zwyczaju w mojej rodzinie. Ale muszę cię ostrzec przed jedną rzeczą, a mianowicie że od dawna kocham hrabiego de Montgiroux, i — co więcej — to uczucie jest przez niego odwzajemnione. A jeśli nie jestem jego żoną, to tylko z powodu wyjątkowej przeszkody, jaką była rodzinna zatwardziałość, której nie zdołały przezwyciężyć wszystkie moje usilne błagania. Dlatego oświadczam ci, monsieur, że nie będąc w stanie ofiarować ci mojej miłości ani nie chcąc domagać się twojej, pragnę przynajmniej zasłużyć na twój szacunek. Sam rozumiesz, że nic na świecie nie jest w stanie przerwać tej zażyłości, która trwa już od roku… zażyłości zapoczątkowanej przez najbardziej nieodparte uczucie… zażyłości, która będzie trwać pomimo twojej tyranii, jeśli zamierzasz ją wykonywać, lub dzięki twojej życzliwości, jeśli nie chcesz niedogodności związanych z rozstaniem, które miałoby miejsce jeszcze dzisiaj, lub skandalu związanego z rozstaniem mającym miejsce jutro. Zatem masz jeszcze godzinę na przemyślenie tego. Zastanów się, monsieur, i wybierz.
Pan de Barthèle, który był człowiekiem staromodnym i wychowanym w protekcjonalnych tradycjach XVIII wieku, nie wiedział nic o hrabim de Montgiroux. Zamiast poczuć się nieswojo wobec mademoiselle de Valgenceuse (bo tak właśnie brzmiało panieńskie nazwisko baronowej), był jej wręcz nieskończenie wdzięczny za tę szczerość, a składając jej najbardziej wyraziste podziękowania za swobodę, w jakiej ją przywdziewała, wyznał jej, że ze swojej strony jest również związany zobowiązaniem, którego zerwanie kosztowałoby go zbyt drogo. Wszystko więc, jak u Candide (Kandyda), szło jak w najlepszym ze wszystkich możliwych światów, a dwa doskonale oddzielone pokoje ujawniły rodzicom, raczej zaniepokojonym konsekwencjami takiego sojuszu, że między nowymi małżonkami panuje najdoskonalsza harmonia.
Tak czy owak, tak troskliwa opieka, jaką pan hrabia de Montgiroux otaczał baronową de Barthèle, mogła tylko upokorzyć męża, ale jako że nikt nie dostrzegał, by mąż znajdował w tym coś złego, wszyscy naśladowali jego zobojętnienie i wyrażali swoją dobrą opinię na temat kochanków, ponieważ społeczeństwo zawsze wie, co się dzieje, niezależnie od tego, czy w naszym interesie byłoby ukrycie tego przed nim.
Po roku małżeństwa madame de Barthèle urodziła chłopca, a baron przyjął gratulacje jak człowiek, który cieszy się, iż ma następcę swojego nazwiska. Podwoił więc swoje przywiązanie do żony i sam zajął się nadzorowaniem edukacji dziecka, nie chcąc, ażeby wychodziło z domu, w którym się urodziło, bowiem w szkole mogłoby stracić ten połysk arystokracji, który zachowuje młody człowiek wychowywany w domu, w obecności rodziców. Dlatego Maurice był wychowywany z najwyższą starannością, podobnie jak w przeszłości kształcona była szlachta, przez prywatnego guwernera i pod kierownictwem pana i madame de Barthèle.
Wreszcie, po piętnastu latach tak doskonałego związku, który nigdy nie doświadczył najmniejszych zakłóceń i był wymieniany w społeczeństwie jako wzór, madame de Barthèle w wyniku śmierci męża weszła do raju wdowieństwa bez konieczności przechodzenia, jak wówczas mówiono, przez czyściec małżeński. We właściwy sposób opłakiwała swego męża, którego żałowała, tak jak żałuje się szczerego przyjaciela. To właśnie wtedy jedna z jej krewnych, madame de Neuilly, zgorzkniała panna wiecznie zazdrosna o szczęście swojej kuzynki, zasugerowała jej ponowne zawarcie małżeństwa z hrabią de Montgiroux. To pomysł, który — jak pamiętamy — par Francji tak filozoficznie odrzucił. Związek pozostał więc tym, czym był w przeszłości, z wyjątkiem nieuniknionych zniewag związanych ze starością. Przyszłość, czas nadziei, dzień po dniu przynosiła zmarszczki, ale żadnego rozczarowania. Włosy pana de Montgiroux siwiały, ale jako że miał fryzjera, ten dzięki swym umiejętnościom zręcznie je farbował, tak by nikt niczego nie podejrzewał. Zaś madame de Barthèle przybrała nieznacznie w talii, ale na szczęście miała krawcową, która zawsze wspaniale ją ubierała. Krótko mówiąc, każdy rok niewątpliwie przynosił kolejne dwanaście miesięcy, ale jeśli zestarzeli się dla innych, to dwoje kochanków nie zestarzało się dla siebie i to było najważniejsze.
Wkrótce te więzy serca stały się jeszcze bliższe poprzez więzy rodzinne. Maurice skończył dwadzieścia cztery lata, a Clotilde siedemnaście. Wydawało się, że dwoje młodych ludzi, wychowanych razem, darzy się wielkim, głębokim uczuciem: stąd postanowiono wprowadzić w życie projekt małżeństwa, który już dawno temu został uzgodniony między nimi, jako że żadne z nich, gdy usłyszało o tym planie, nie wyraziło sprzeciwu. Takie małżeństwo było odpowiednie pod każdym względem, ponieważ łączyło obie fortuny. W ten oto sposób przyjaciele rodziny otrzymali być może swój nekrolog, jeśli chodzi o spadek, kiedy pewnego pięknego ranka otrzymali list z zapowiedzią ślubu pana Charles’a Maurice’a de Barthèle z mademoiselle Clotilde de Montgiroux.
Następnie państwo młodzi wyjechali do Włoch, gdzie odwiedzili główne miasta; po powrocie nowożeńców ustalono, iż zimę spędzą w rezydencji przy ulicy de Varennes, którą to Maurice odziedziczył poprzez małżeństwo swej matki z panem de Barthèle; a lato — w zamku Fontenay-aux-Roses, który z kolei Clotilde odziedziczyła z majątku wicehrabiego de Montgiroux, jej ojca, młodszego brata hrabiego de Montgiroux.
II
To właśnie w zamku Fontenay-aux-Roses wychowano Clotilde. Ale ten, kto by widział tę elegancką posiadłość w 1835 roku i kto porównałby ją z tym, czym była przed trzema laty, z pewnością by jej nie rozpoznał. Nawet gdyby sam wicehrabia de Montgiroux powrócił do życia, miałby trudności ze znalezieniem w tej nowoczesnej willi choćby najmniejszego śladu swojej dawnej siedziby. Część ogrodu, symetrycznie rozciągnięta i otoczona karłowatym żywopłotem z bukszpanu, ustąpiła miejsca rozległemu trawnikowi, na końcu którego można było obecnie zobaczyć staw z krystalicznie czystą wodą. Pływały po nim dwa piękne, srebrzyste łabędzie. Wysokie mury, wzdłuż których w formie szpalerów posadzone były drzewa owocowe (ich wspaniałe owoce dawniej zaopatrywały spiżarnię zamkową), nie przesłaniały już widoku na okolicę i przestały więzić swych mieszkańców, albowiem ich miejsce obecnie zajmowały rowy i ostre żywopłoty broniące pięknego ogrodu, w którym, prawdę mówiąc, rabusie owoców nie mieliby nic do zerwania poza kwiatami. Bez wątpienia nie był już to dom (jak to czasami mówiono, odwiedzając nowożeńców) starych miłośników patriarchalnego muru, okalającego francuskie domy z XVIII wieku. No cóż, my z naszej strony również bylibyśmy podobnego zdania, skoro wzrok, nie napotykając już żadnej bariery, mógł sięgnąć od ogrodu na łąki, a stamtąd — na pola. Tak więc połacie zieleni zakryły miejsca odkryte, zaś kosze kwiatów posłużyły do ożywiania miejsc jałowych, wypalonych przez słońce. Zrezygnowano ze sztucznego szpaleru drzew owocowych na rzecz wspaniałych punktów widokowych, tworząc tym samym idealną harmonię miejsca, naszkicowaną przez nowego architekta krajobrazu. Taka właśnie sztuka współczesnego ogrodnictwa, wbrew zwolennikom André Le Nôtre’a, zmieniła wygląd całego ogrodu; i pod kierownictwem Maurice’a de Barthèle, który to — wykazując się doskonałą znajomością tego miejsca — bezlitośnie poświęcił morelę, brzoskwinię i nektarynę dla widoku malowniczej wieży Montlhéry, wyróżniającej się na niebieskim tle równiny, oraz urzekającego widoku białych domów rozsianych po całej zielonej dolinie.
Ze swojej strony dom przeszedł nie mniej ważne modyfikacje: przestał oferować aspekt dziedzictwa tego, co dawniej nazywano zamkiem, aby przybrać wygląd uroczej willi ozdobionej werandą, na którą wspinano się pomiędzy dwoma rzędami zawsze świeżych kwiatów, nieustannie wymienianych w ich porcelanowych wazonach z Japonii. Weranda prowadziła do przedsionka w stylu renesansowym, z ozdobnymi witrażami armoriés (z motywem herbów), obitymi ciemną skórą kurdyban ze złotymi arabeskami, wieczorem oświetlonego gotycką lampą o uroczym wzornictwie, którą opuszczano w dół za pomocą trzech złotych łańcuchów zawieszonych pośrodku sufitu, podczas gdy po obu stronach tej lampy wisiały dwa podobne ceramiczne naczynia przeznaczone na kwiaty. W przedpokoju znajdowało się troje drzwi wewnętrznych, które prowadziły: pierwsze — do jadalni, z której przechodziło się do salonu, a następnie do gabinetu; drugie — do sali bilardowej, która łączyła się z oranżerią; trzecie — do korytarza biegnącego przez całą długość budowli, któremu architekt nadał dostateczną szerokość, by stał się czymś w rodzaju galerii, w której wisiały rodzinne portrety. W tej to galerii znajdowała się duża liczba drzwi, które komunikowały się ze wszystkimi pomieszczeniami na parterze.
W jadalni, wyłożonej boazerią z drewna dębowego i obitej zielonym adamaszkiem, zadbano jedynie o to, by czuć się komfortowo: tak więc zaopatrzono ją w wygodne siedzenia, w długi i szeroki stół oraz w kredensy o prostym kształcie, zawierające srebrne, rzeźbione sztućce i zastawy z chińskiej porcelany. Jednym słowem, sztuka całkowicie ustąpiła miejsca dobrobytowi w taki sposób, iż jedyne cztery obrazy myśliwskie autorstwa Godefroya Jadina wisiały powyżej nadproży czworga drzwi, które się tam znajdowały.
Salon urządzony był w stylu angielskim, wyposażono go w kanapy, duże fotele à la Voltaire, małą, dwuosobową sofę i taborety; obity był fioletowym adamaszkiem w niebieskie kwiaty, a ze środka sufitu zwisał gigantyczny żyrandol wykonany przez Girouxa według projektu Feuchèresa. Meble i zasłony były z takiej samej tkaniny jak draperie w salonie.
Sala bilardowa miała kształt gotyckiego namiotu. Na czterech głównych ściankach imitujących przegrody umieszczone były trofea broni z czterech stuleci. Całe pomieszczenie przedzielały eleganckie portiery, za którymi znajdowały się drzwi; jedne wejściowe, drugie — prowadzące do oranżerii.
Przystępując do wskrzeszenia domu Fontenay, Maurice de Barthèle zarezerwował dla swojej młodej żony pokój sypialny, w którym kiedyś mieszkała jej prababcia; sypialnia dzięki konserwatywnemu geniuszowi całej rodziny pozostała taka, jak ją udekorowano za panowania Madame de Pompadour. Był to duży, kwadratowy pokój z wnęką o szerokości przeciętnej kaplicy, która — zamiast wspomnianej kapliczki — otaczała ustawione tam, ogromne łoże. Stare gobeliny z różowej i srebrnej satyny zostały jedynie zastąpione nowymi zasłonami, jak najbardziej zbliżonymi do gustu z tamtych czasów; jako że wszystkie ozdobne gzymsy zachowały się w całości, wystarczyło je tylko pozłocić, a ponieważ meble również były kompletne, pokryto je nowymi materiałami. Nadproża drzwi rzeźbione przez sławnego Bouchera też nie uległy uszkodzeniu, stąd po ponownym lakierowaniu odzyskały swą pierwotną świeżość; uroczo rzeźbione konsole z kamiennymi bądź porcelanowymi rzeźbami niewielkich rozmiarów, w stylu późnego rokoko, stały pod każdym kątem; wyśmienite półki z palisandru wypełniały przestrzeń między oknami; na grubych dywanach, które pod stopami wyglądały jak trawnik w ogrodzie, stały krzesła i fotele. Krótko mówiąc, ten pokój, który cały był w stylu XVIII wieku, wydawał się mieszkaniem jakiejś księżniczki, która pod wpływem złej wróżki zasnęła w 1735 roku i obudziła się sto lat później.
Po jednej stronie opisanej sypialni znajdował się kolejny salon wychodzący na mieszkanie przeznaczone dla madame de Barthèle, a po drugiej — sypialnia Maurice’a, oddzielona od żony jedynie dużą garderobą.
Pokój Maurice’a był utrzymany w równie surowym stylu jak pokój Clotilde w przesadnie wyszukanym guście. Był to pokój chłopca w pełnym tego słowa znaczeniu — w sypialni można było zobaczyć: duże, żelazne łóżko bez zasłon, pod którym leżała rozciągnięta na jednokolorowym dywanie skóra tygrysa; szafę pełną ponumerowanych strzelb; stół nakryty arabskimi jataganami, greckimi pistoletami, malajskimi sztyletami i szablami z Damaszku; na ścianach wisiały obrazy Delacroixa i Decampsa oraz akwarele Boulangera i Bonningtona; kominek ozdobiony statuetkami Barre’a i Feuchèresa, pośrodku którego stała na zegarze wspaniała grupa Barye’a; za łóżkiem, w zasięgu ręki, znajdowała się chrzcielnica, dzieło Mademoiselle Fauveau. Takie były ozdoby tego bardzo męskiego odosobnienia, na końcu którego znajdowały się drzwi zakryte prostą, drelichową zasłoną, prowadzące do garderoby wewnątrz obitej zwykłym materiałem. Było to swego rodzaju miejsce do obozowania, założone po raz pierwszy przez Maurice’a pod pretekstem niebudzenia żony w poranki, kiedy szedł na polowanie, ale w rzeczywistości — w celu zapewnienia sobie wolności.
Trzeba jeszcze dodać, że wspomniana garderoba łączyła się ze służbową klatką schodową, przekształconą we wręcz dworską główną klatkę schodową, wyłożoną miękkimi dywanikami, które całkowicie tłumiły odgłos kroków.
Jednakże od kiedy Maurice zachorował, nie miał już żadnej woli, by stawić czoło matce i żonie, a te przeniosły go do dużego pokoju w stylu Ludwika XV, w którym każdego wieczoru w tej samej alkowie stawiano łóżeczko dla Clotilde. Co więcej, do wspomnianego pomieszczenia został przetransportowany fortepian; wobec tego obecnie w domu nie było innego salonu niż ta sypialnia, w której Madame de Barthèle i Clotilde najpierw skupiły wszystkie swoje uczucia, a potem wraz ze wszystkimi swymi uczuciami — wszystkie swoje przyzwyczajenia.
Ten ukochany syn swojej matki, ten mąż, dla którego jego młoda żona wydawała się tak troskliwa, jednym słowem — Maurice de Barthèle (do którego teraz musimy się odnieść, aby wreszcie w jak największym stopniu nasi czytelnicy mogli go poznać) właśnie ukończył dwadzieścia siedem lat. Był jednym z tych ludzi, nad którymi los pod każdym względem roztaczał swą opiekę, dając im zarówno wielkie imię, jak i wielką fortunę, a także wytworność, której często nie dają ani majątek, ani nazwisko. Rzeczywiście trudno było znaleźć człowieka, który byłby większym panem niż Maurice de Barthèle. Najprostszy ubiór, jaki nosił, natychmiast zyskiwał miano stroju doskonałej arystokracji. Nikt w całym Paryżu nie miał tak starannie jak on uczesanych włosów. Jego konie były najlepiej utrzymane, jego powozy — najbardziej eleganckie, jego stangreci — najlepiej ubrani. Biegły we wszystkich ćwiczeniach ciała, jeździł jak Daure i Makensie, władał mieczem jak wytrawny mistrz, z dwudziestu pięciu kroków potrafił przeciąć kulę ostrzem noża. Pan swej fortuny od siedmiu lat, czyli od czasu osiągnięcia pełnoletności; swobodny w swoim poczynaniu, cieszący się w wolnym czasie aż do syta tym pożerającym życiem Paryża; nigdy nie miał żadnej obcej woli, która kiedykolwiek stanęłaby mu na drodze i sprzeciwiała się jego własnej. A jednak pomimo tego trzeba przyznać, że zachowywał się on tak wzorowo, iż najbardziej sztywny i skrupulatny człowiek nie mógłby nic zarzucić żadnemu z jego czynów: w rzeczywistości, żyjąc w elitarnym świecie, musiał zaprzyjaźnić się z młodymi ludźmi noszącymi szanowane nazwiska i zajmującymi pozycję społeczną, z którą należało sympatyzować; niemniej jednak jego szacunek dla przyzwoitości i poczucie własnej godności uchroniły go od zgnilizny moralnej, w jaką od czasu rewolucji 1830 roku szaleńczo rzucali się niektórzy wybitni młodzi ludzie, jakby chcieli zrekompensować sobie ograniczenia, w jakich żyli w ostatnich latach panowania Karola X.
Tak więc Maurice de Barthèle — człowiek mody w tym społeczeństwie, gdzie moda jest ponad wszystkim w potocznym tego słowa znaczeniu — przyciągał uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawił, nie przez tę typową regularność, którą podziwia się w sztuce, ale przez ten indywidualny urok, przez ten szczególny wyraz twarzy, który z naszego punktu widzenia w znacznym stopniu przewyższa uczucia; który sprawia, iż czujemy pociąg do tych, którzy wbrew sobie go posiadają. Jego twarz miała świeżą, matową bladość wyróżniającą ciemnowłosych mężczyzn; jego piękne, czarne włosy oraz broda z niebieskawymi refleksami wspaniale okalały jego twarz; jego dłonie i stopy, te dwa znamienne znaki arystokratycznego pochodzenia, mogłyby być przytaczane na wzór ze względu na swą wyjątkową delikatność i subtelność rozmiaru. W jego zwykłym spojrzeniu oraz uśmiechu roztargnienia było coś niejasnego i melancholijnego, jednakże to spojrzenie mogło — gdy ożywienie zastąpiło ten spokój — promieniować tak intensywnym blaskiem, iż nikomu nigdy by nawet do głowy nie przyszło przyrównywać tego wcześniejszego Maurice’a z tym, który się wówczas ukazywał. Niemniej jednak pozostawał dobry, prosty i życzliwy, wydawał się jedynym, który ignorował swoją wyższość.
Pomimo iż Maurice nie był ani uczonym, ani artystą, żadna nauka czy sztuka nie były mu obce. Znał wystarczająco fizykę i chemię, by wdawać się w dyskusje medyczne z Orfila i Thénardem. Nie będąc artystą w prawdziwym tego słowa znaczeniu (a status ten zawsze wskazuje na pewną praktyczną wyższość), mógł przy pomocy ołówka wyrazić swoje myśli przechowywane w pamięci. Pozornie całkowicie obcy polityce, jednakże zdarzało mu się bardzo często — gdy pan de Montgiroux, otoczony przez swoich szanownych kolegów z obu Izb, przedstawiał w salonie pani de Barthèle kwestię aktualnej sytuacji — nieoczekiwanie rzucić na sprawę nowe światło, bowiem pochodził z innego ugrupowania, a mówił o tej kwestii słowem tak zrozumiałym, iż pozostawał w centrum uwagi, dopóki irytująca codzienna rutyna dwóch lub trzech honorowych osób nie sprawiła, iż pogrążał się z powrotem w ciemności. Niektórzy ministrowie na wpół odstępczy, którzy jako młodzi ludzie podzielali poglądy polityczne Maurice’a de Barthèle, poglądy, które nie były ani pełne nienawiści, ani wyłącznie na swój użytek, chcieli go uczynić wyższym urzędnikiem, dyplomatą lub radnym stanu; ale on zawsze odmawiał, twierdząc, że jego miłość do rodziny była rodzajem delikatnego i religijnego kultu, który nie dopuszczał do żadnej ingerencji; co nie przeszkadzało temu, że kiedy Maurice de Barthèle znalazł się, jak to często bywało, w jakimś salonie śmietanki arystokratycznej z księciem, który w tym czasie był jedynym, któremu wiek pozwalał na częste tam przebywanie, otwarcie przyznawał, że jest pełen uznania dla jego mądrości i odwagi, okazując przy tym wszelkie oznaki szacunku dla jego nazwiska i pozycji. Musimy dodać, że te publiczne demonstracje wspomniany książę, bardzo sobie cenił. Również w Chantilly czy Wersalu albo na wyścigach lub podczas turniejów Maurice de Barthèle był zawsze przedmiotem jego osobistej i szczególnej uwagi, którą z kolei młody człowiek ze swej strony również niezwykle cenił.
Jak powiedzieliśmy, poślubiając Clotilde, Maurice czuł do niej jedynie czysto braterskie uczucie, a to małżeństwo w jego oczach było nie tylko loteryjną szansą na szczęście, ale naturalnym sposobem zakończenia życia pełnego przygód, które wciągało go w swój wir, pozostawiając pustkę w jego sercu. Niezależnie od tego Maurice odniósł korzyść ze swych związków z kobietami, które do tej pory znał; korzyść ta polegała na poznaniu różnicy oddzielającej doskonałe doświadczenie od skrajnej naiwności. Uczucie, które żywiła do niego jego żona, nabrało więc nieznanego mu dotąd aromatu czystości i świeżości. Przyzwyczajony do widywania jej niemal co dzień, patrzył na nią, nie przyglądając się jej, nie wyszczególniając niczego, ale kiedy zostali uroczyście zjednoczeni, kiedy kapłan mówił o obowiązkach Clotilde i prawach Maurice’a, myśl o tych prawach — prawach posiadania kogoś — przeszła z jego głowy do serca; następnie to bojaźliwe i nieśmiałe pragnienie doprowadziło go do analizy, a analiza sprawiła, iż odkrył w tej, która miała być jego towarzyszką życia, naturalne wdzięki, wysoko cenione cechy, zalety tak realne i tak przyjemne, iż młody człowiek doświadczył nieoczekiwanego oczarowania. Na chwilę przez to złudzenie uwierzył, że jest zakochany w swojej żonie. W tym miejscu rzucamy wyzwanie najbardziej subtelnemu teologowi, aby określił różnicę między zakochaniem się a wiarą w to, że się jest w stanie zakochania.
Co więcej, w miarę jak nowe życie, jakie wiódł Maurice, przedłużało tylko jego omyłkę, szybko pojawiły się kaprysy ustatkowanego mężczyzny, które zastąpiły zawroty głowy wywołane pierwszymi wrażeniami. Po powrocie z Włoch młody człowiek znalazł odrestaurowany dom wiejski i ogród zmodyfikowany zgodnie z wykonanymi przez siebie planami. To wtedy, przetrząsnąwszy stary, rodzinny skład do przechowania mebli, wezwał najlepszych tapicerów w Paryżu, aby konsumować swoje szczęście: zaczął od rezydencji przy ulicy de Varennes — wywrócił tam wszystko do góry nogami; był tak szczęśliwy, iż mógł zniszczyć przeszłość, aby budować przyszłość. Nie miał jednak wystarczyło dużo czasu, żeby tego doglądać, zatwierdzać, wybierać i kupować wszystko. Zachęcony przez matkę i przez swój wielki majątek, pozwolił jej zaspokoić wszystkie swe zachcianki, przez co zachował spokój i złudzenia swej duszy. Kiedy pałac został ukończony, przyszła kolej na zamek de Fontenay, gdzie się wprowadził po tym, jak go przekształcił we wspaniałą, uroczą willę, którą widzieliśmy; tak że w ciągu trzech lat małżeństwa dwa i pół roku spędził na podróżowaniu, budowaniu i szczęściu bez najmniejszej chmurki żalu, która przesłoniłaby czyste i niemal lustrzane niebo ich małżeńskiego horyzontu.
Clotilde była całkowicie szczęśliwa. Zwłaszcza w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, które upłynęły, Maurice zdawał się podwoić jeśli nie miłość, to przynajmniej swoje przywiązanie do niej. Co prawda częściej wychodził, ale po powrocie zawsze przynosił jej jakieś chińskie bibeloty od Gansberga, jakąś czarującą akwarelę kupioną w domu Susse, jakiś cudowny klejnot, o którym marzyła, wyrzeźbiony przez Marlé. Poza tym pretekstów było mnóstwo. Szermierka u Lorda S…; polowanie w Couvray z hrabią L…; zaproszenie na wieczór kawalerski do kawiarni w Paryżu z księciem de G… lub Hrabią de B…; następnie, po wyczerpaniu tego w całości, pojawił się Jockey Club, ten wieczny i wspaniały wspólnik rozwiązłych kochanków lub znudzonych mężów. Clotilde przyjmowała wszystkie wymówki, o które nawet nie prosiła. Jej życie toczyło się beztrosko, spokojnie, równomiernie, bez znużenia i emocji, bez podejrzeń i nudy. Kiedy koniecznym stawało się pojawienie w społeczeństwie, czyż jej mąż nie był zawsze gotów jej towarzyszyć? A czy w takich przypadkach nie zawsze był to ten sam dzielny i troskliwy Maurice, którego poznała? Wszystkie kobiety wokół niej, gdy widziały ją tak piękną, czuły ukłucie zazdrości, wierząc, że jest tak kochana. Madame de Neuilly, jej kuzynka, najbardziej okrutna i najbardziej nieprzejednana, która ujawniała wszystkie małe sekrety torturujące serce kobiety, przychodziła do niej co dwa tygodnie, zawsze znajdując przy tym okazję, by potępić złe zachowanie jej męża. Jednak Clotilde, jak już to powiedzieliśmy, była naprawdę szczęśliwa.
Ze swej strony madame de Barthèle nigdy nie widziała, by hrabia de Montgiroux nie chwalił sobie tej wspólnej mądrej decyzji o ślubie dwojga młodych ludzi.
W ten oto sposób wszyscy osiągnęli stopień szczęścia domowego, który sprawiał wrażenie, iż nie może już bardziej wzrosnąć, kiedy w ciągu jednej nocy zauważono ogromną zmianę w charakterze Maurice’a. Najpierw stał się zamyślony, następnie — melancholijny, a potem wpadł w głęboki kryzys, z którym nawet nie próbował walczyć i którego ani opieka matki, ani czułość żony nie mogły rozproszyć. Wkrótce ten stan otępienia na tyle wzbudził niepokój, iż posłano po lekarza. Ten ostatni od razu dostrzegł w tej chorobie powagę, jaka występuje w chorobach, z których pacjent nie chce się wyleczyć. Nie ukrywał przed Madame de Barthèle, iż przyczyną choroby jej syna jest jakieś bardzo silne przeżycie emocjonalne. Madame de Barthèle zaczęła wypytywać barona de Barthèle, człowieka światowego, tak jak egzaminowałaby ucznia Maurice’a, wierząc jak wszystkie matki, że jej dziecko nie powinno mieć przed nią żadnych tajemnic. Ale Maurice, ku wielkiemu zdziwieniu baronowej, zachował swoją tajemnicę, zaprzeczając, by naprawdę istniała jakaś tajemnica. W końcu jego stan zdrowia doszedł do takiego punktu, iż wzbudził poważne obawy, które madame de Barthèle na początku tej historii wyrażała do hrabiego de Montgiroux, obawy, które u wielkiego para Francji — co jesteśmy zmuszeni przyznać — być może nie wywołały tak wielkiego zatroskania i zafrasowania, jakie narzucały mu tajne więzi łączące go z rodziną.
Rzeczywiście od czasu jego przybycia do Fontenay-aux-Roses i prośby skierowanej do niego przez panią de Barthèle, aby poświęcił jej cały dzień i poranek dnia następnego, hrabia wydawał się bardzo zaniepokojony. Prawdą jest, że takie zaabsorbowanie mogło wynikać zarówno z choroby Maurice’a, jak i z innej przyczyny, jednakże tylko dla postronnych; ale oczywistym jest, że ta troska, która nie do końca umknęła madame de Barthèle, byłaby dla niej jeszcze bardziej widoczna, gdyby nie jej osobisty niepokój, w którym ona sama była pogrążona.
Wchodząc więc do salonu, kazała hrabiemu usiąść, a wracając do matczynych niepokojów, które w tej chwili ogarnęły jej umysł, i nie będąc jednak w stanie przybrać całkowicie swej naturalnej powierzchowności, kontynuowała:
— Mówiłam ci więc, mój przyjacielu, że Clotilde jest aniołem. Uczyniliśmy naprawdę dobrze, zaślubiając te dzieci. Gdybyś tylko wiedział, jaką ona troskliwą opieką obdarza swego męża!… A on, nasz Maurice, jakże jest wzruszony tymi troskami! Jaki ma czuły głos, kiedy jej dziękuje!… Z jakim głębokim akcentem powiedział do niej, biorąc jej obie ręce w swoje: „Dobra Clotilde, wybacz mi ten smutek, który ci sprawiam!…”. Och! Teraz rozumiemy, co znaczą te słowa, które nieustannie powtarzał, zostały wyjaśnione; wiemy, za jaką winę prosił o przebaczenie.
— Ale ja — odparł pan de Montgiroux — nie wiem wszystkiego, a skoro kazałaś mi pozostać, powinnaś mi to teraz powiedzieć. Mam nadzieję, moja droga, że będziesz tak dobra, by kontrolować swoje emocje i trochę uporządkujesz swe myśli, abym mógł podążać za nimi do końca.
— Tak, masz rację — powiedziała madame de Barthèle. — Przechodzę od razu do rzeczy. Posłuchaj mnie więc.
Zalecenie było równie bezcelowe, jak obietnica śmieszna.
III
W istocie madame de Barthèle, jak dotychczas widzieliśmy, została obdarzona przez niebiosa wspaniałym sercem, ale z drugiej strony najmniej metodycznym umysłem, jaki można sobie tylko wyobrazić. Jej rozmowa, skądinąd pełna finezji i oryginalności, toczyła się nielogicznymi skokami, do wniosków mówczyni dochodziła jedynie poprzez niezliczone dygresje odchodzące od głównego tematu. Stąd jej słuchacze musieli obrać taki kierunek rozumowania, aby podążać za tokiem jej myśli na tych obszarach, na których się znalazła: natomiast jej tor przypominał chód konia z gry w szachy; ci, którzy ją znali, zawsze chwytali wątek rozmowy na nowo, a raczej zmuszali ją do ponownego powiązania faktów; ale ci, którzy widzieli ją po raz pierwszy, i wdawali się z nią w taką przerywaną różnymi wątkami rozmowę, szybko doznawali uczucia znużenia, co z kolei owocowało zniechęceniem. Poza tym madame de Barthèle uznawano za wspaniałą kobietę, chwalono jej przymioty — przymioty, które w społeczeństwie były dość rzadkie. Ten brak kontynuowania rozpoczętej myśli, o którym właśnie wspomnieliśmy, nadawał jej rozmowie nutę nieprzewidywalności, co jednak nie było nieprzyjemne dla tych, którzy — podobnie jak pan de Montgiroux — nie spieszyli się z dotarciem do jej końca. Baronowa de Barthèle była szczerą i nieco pospieszną osobą, której zarówno szczerość, jak i lekkomyślność zachowały urok naiwnej prostoduszności; to, co myślała, uciekało z jej ust, jak wino nadmiernie nasycone gazem, który ulatnia się z butelki po jej odkorkowaniu; a jednak — dodajmy pośpiesznie — jej arystokratyczne wykształcenie, obycie w wielkim świecie, nawyki z wyższych sfer należały do tych rodzimych cnót, które w nadmiarze mogą stać się jeśli nie wadą, to przynajmniej niedogodnością, dość niemiłą i okrutną. Cnót, które niemal zawsze niczym solfeż służący do kształcenia słuchu muzycznego i przestrzegania form grzecznościowych, szybko przywoływały jej przesadny ton odbiegający nieco od przyjętych zwyczajów do ogólnego tonu, taktów, ćwierćnut i harmonii społecznej; tylko w błahych sytuacjach, albo gdy została zaatakowana przez obłudne lub złośliwe słowa — madame de Barthèle pozwalała sobie odejść, jeśli można tak powiedzieć, od pewnych form świadczących o doskonałości jej charakteru. Pomimo tej małej niespójności jako wielka dama wyrażała zarówno głosem, jak i wyglądem oraz swym zachowaniem postawę kobiety przyzwyczajonej do panowania w swoim salonie i dominacji nad innymi; a jeśli pochopność jej decyzji czasami kontrastowała z wagą poruszanego tematu i jeśli ekscentryczność jej paradoksów sprawiała, iż omawiana kwestia była postrzegana z zupełnie innego punktu widzenia niż ten, w którym ona sama go rozważała, i chociaż to była jawna pomyłka, z sedna jej słów emanowało tyle dobroci tak doskonałej, intencji tak łaskawej, że każdy zawsze był gotów podporządkować się jej życzeniom. Tak wielka była siła jej perswazji, która pochodziła zarówno z czystego serca, jak i też umysłu, który gorliwie nadzorował wyrażanie wszystkich myśli.
Dotarłszy do wieku, w którym żadna rozsądna kobieta nie mówi o liczbach inaczej niż z życzliwym dowcipem, wyznała, że osiągnęła pięćdziesiąt lat, ale szybko dodała z wielką pomysłowością serca, iż pomimo to wciąż czuje się tak młoda, jak w wieku dwudziestu pięciu lat. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby temu zaprzeczyć, skoro była taka energiczna, świeża i zwinna, zwłaszcza gdy czyniąc honory domu z wielką gracją, serwowała herbatę, być może rzeczywiście jedyne, czego brakowało temu jesiennemu kwiatowi, to odrobina wiosennego słońca.
Powracając więc do tematu, który ją najbardziej interesował i na który z niecierpliwością czekał hrabia, madame de Barthèle kontynuowała w ten oto sposób:
— Jak wiesz, drogi hrabio, dla mnie i Clotilde życie Maurice’a jest wszystkim… Jest całym naszym szczęściem, nasze oczy widzą tylko jego oczyma, a wszystkie nasze wspomnienia, podobnie jak nasze oczekiwania, związane są z nim. No cóż, ty, który utknąłeś w pałacu Luksemburdzkim przez te niekończące się sesje, musisz wiedzieć, że odkąd przybyliśmy do tego domu, bezużytecznie wykorzystywaliśmy wszystko, aby poznać smutek, który spowodował tyle spustoszenia w sercu naszego biednego Maurice’a… bo w końcu pamiętasz, że stał się smutny, rozmarzony, ponury.
— Pamiętam to doskonale. Kontynuuj, moja droga przyjaciółko.
— Pytasz więc, cóż mogło wywołać tę melancholię u bogatego, młodego, przystojnego mężczyzny, przewyższającego wszystkich innych mężczyzn? I w tej kwestii nie myśl, że matczyna miłość mnie zaślepia, hrabio, Maurice jest znacznie lepszy od wszystkich innych młodych ludzi w jego wieku.
— To moja i twoja opinia — powiedział hrabia. — Ale ten sekret?…
— No cóż, ten sekret… rozumiesz… To była dla nas zagadka Sfinksa. W tym czasie, gdy my głowiliśmy się, aby odgadnąć przyczynę, choroba postępowała, siły Maurice’a wyraźnie wygasły i chociaż nie skarżył się, chociaż tłumił swój niepokój, było oczywiste, że jakaś niebezpieczna choroba mu zagraża.
— Pamiętasz, że ja sam to zauważyłem? Ale kontynuuj…
— Rzeczywiście, to dzięki twojej radzie przyjechaliśmy na wieś. Początkowo baliśmy się, że Maurice odmówi opuszczenia Paryża, ale myliliśmy się. Biedny chłopiec nie sprawiał trudności, pozwolił się prowadzić jak dziecko. Dopiero po przybyciu tutaj, pomimo wszystkich wspomnień, jakie ten dom musiał w nim obudzić, zamknął się w swoim pokoju, a następnego dnia został zmuszony do pozostania w łóżku.
— Ach! Ale nie wiedziałem, że to takie poważne — wtrącił hrabia.
— To nie wszystko. Od tego czasu choroba zaczęła postępować strasznie gwałtownie. Więc wysłaliśmy po jego przyjaciela Gastona, tego młodego lekarza, którego znasz.
— I co on mówi?
— Po kilkakrotnym i bardzo uważnym zbadaniu go odciągnął mnie na bok i powiedział:
» — Madame, czy znasz jakiś powód, który mógłby przysporzyć pani synowi jakiegoś wielkiego smutku?
— Rozumiesz, że krzyknęłam: „Wielki smutek u Maurice’a? U człowieka, który żyje w najdoskonalszych warunkach na ziemi?”. Zapytałam go więc, czy jest przy zdrowych zmysłach, aby zadawać mi takie pytanie. Ale on nie ustępował:
» — Znam Maurice’a od dziesięciu lat i wiem, że nie ma on żadnej fizycznej ułomności, która mogłaby doprowadzić do choroby, na którą cierpi, to znaczy mena… mene… menin…
» — (Meningitis) Zapalenie opon mózgowych?
» — Tak, ostre zapalenie opon mózgowych, tak nazywa się choroba, na którą cierpi Maurice. Musiała więc — ciągnął Gaston — zaistnieć w nim przyczyna moralnego niepokoju i to właśnie tej przyczyny musimy szukać.
» — W takim razie — zawołałam — sam go zapytaj.
» — Ja już to zrobiłem, ale on uparcie mówi mi, że nie ma żadnej i że jego choroba jest chorobą naturalną…
— Może gdybym ja z nim porozmawiał — wtrącił pan de Montgiroux — mógłbym coś uzyskać…
— A czy myślisz, że ja, jego matka, na próżno nie prosiłam, nie pytałam? Poza tym jest to bezużyteczne, bo teraz wiemy, co mu jest.
— Wiesz? Zatem powiedz mi, zacznij od tego.
— Drogi hrabio, pozwól, że zwrócę ci uwagę, iż w twoim myśleniu nie ma najmniejszej systematyki.
— No cóż, baronowo, w takim razie rezygnuję z tego — powiedział pan de Montgiroux, odchylając się do tyłu na kanapie, zakładając prawą nogę na lewą i wpatrując się w sufit. Ona zaś kontynuowała.
— Choroba nadal postępowała w zatrważający sposób, do tego stopnia, że wczoraj wszyscy byliśmy już całkowicie przerażeni. Maurice już nas nie słyszał, już nas nie widział, już do nas nie mówił. Lekarz robił, co w jego mocy, na próżno łamiąc sobie głowę, by doszukać się przyczyny w swoich łacińskich nazwach. Clotilde i ja spoglądałyśmy na siebie z przerażeniem, gdy nagle… wchodzi bezmyślny służący… Och! Mój Boże! Ta jego bezmyślność uratowała nas wszystkich! Hrabio, zdarzają się naprawdę pojedyncze zbiegi okoliczności, a ten, kto rządzi wszystkim, z góry musi często litować się nad naszą tak zwaną mądrością.
— No i cóż ten służący? — zapytał hrabia pospiesznie, ze źle skrywaną gwałtownością, szybko odwracając głowę w stronę madame de Barthèle.
— Wszedł do pokoju chorego, a ponieważ zasłony były zasłonięte, aby światło dzienne nie przenikało, nie widział znaków, które mu dawaliśmy, aby go uciszyć, i zaanonsował… Ach! Nie wiem, ile bym dała, żeby móc zwolnić tego sługę.
— Zaanonsował?… — kontynuował hrabia, zdecydowany nie odpuścić tego wątku rozmowy aż do końca. — Ale kogo ten służący zaanonsował?
— Zapowiedział dwóch przyjaciół mojego syna, Léona de Vaux i Fabiena de Rieulle, którzy przybyli się z nim zobaczyć. Myślę, że ich chyba znasz.
— W rzeczy samej, z raczej niezbyt pochlebnych opowieści — odparł hrabia, zapominając o swoim postanowieniu, by nie zbaczać z tematu. — To dwaj młodzi ludzie bez zasad, którzy często pokazują się w złym towarzystwie. Gdybym tak jak ty miał jakikolwiek wpływ na Maurice’a, nie pozwoliłbym mu spotykać się z tymi dwoma panami.
— Jak to, mój drogi hrabio, chcesz, abym mówiła dwudziestosiedmioletniemu mężczyźnie, nawet jeśli jest moim synem, z kim on ma się przyjaźnić? Poza tym Léon i Fabien nie są znajomymi, których Maurice znałby od wczoraj, oni są jego przyjaciółmi od sześciu lub ośmiu lat.
— W takim razie — ciągnął pan de Montgiroux ze złym humorem, który nie usprawiedliwiał tego wybuchu — nie dziwi mnie ten stan przygnębienia, w jakim znalazł się Maurice… Och! Mój Boże! Jeśli chcesz, zdradzę ci ten sekret, pani.
— Nie, nie możesz mi nic o tym powiedzieć, ponieważ nic nie wiesz. Jesteś niesprawiedliwy wobec tych młodych ludzi, to wszystko, a to dlatego, że jesteś dwa razy od nich starszy. Ty też byłeś młody, mój drogi hrabio, i robiłeś to, co oni.
— Nigdy… Ten pan Fabien de Rieulle to młody człowiek, który chwali się swoimi podbojami, który nie tylko uwodzi, ale i hańbi. Co do drugiego, to dziecko, któremu, podobnie jak jego przyjacielowi, mogę zarzucić jedynie to, iż wpadł w złe towarzystwo.
— Złe towarzystwo, złe towarzystwo! — powtórzyła baronowa, po raz kolejny odciągnięta sto mil od tematu rozmowy.
— Tak, złe towarzystwo, powtarzam, i jestem tego pewien — kontynuował hrabia, którego zwykły i wyrachowany spokój mimo woli ustąpił gorączkowemu podnieceniu, co nie uszło uwadze madame de Barthèle.
— Mam nadzieję, że to nie będzie dowodem, iż spotykasz ich tam, gdzie chodzą? — zapytała szybko baronowa.
Hrabia mimowolnym ruchem zagryzł wargę jak pastor, który w ferworze swej improwizacji pozwolił sobie wypowiedzieć jakąś niebezpieczną prawdę, ale jako par Francji natychmiast się opanował, a odzyskawszy przewagę, odrzekł z uśmiechem:
— Ja, pani! Zapomniałaś, że mam sześćdziesiąt lat?
— Szalone rzeczy popełnia się w każdym wieku, monsieur. Mówią, że mężczyźni mają tyle lat, na ile się czują, hrabio.
— Z moją reputacją?
— Ale sam byłeś w Grandvaux, monsieur!… i teraz kiedy o tym pomyślę, rozumiem, jaki masz interes w oskarżaniu tych dwóch biednych młodych ludzi, których uważam za bardzo sympatycznych.
— „Jaki mam interes” pytasz? — kontynuował sentymentalnie hrabia, chcąc uniknąć kłótni i zlekceważyć jej zazdrosny ton. — Maurice umiera, a być może sytuacja, w której się znajduje, jest spowodowana złym przykładem, który oni mu dali!
— Ach! Masz rację, drogi przyjacielu, i to jest powód, który usprawiedliwia wszystkie twoje uprzedzenia. Ale na czym je opierasz? Powiedz, a jeśli mnie przekonasz, podzielę twoje zdanie.
— Ci dwaj młodzi ludzie — odparł hrabia zmuszony do wyjaśnień — należą do dwóch znamienitych rodów, chociaż rodzina pana Fabiena datowana jest od niedawnej przeszłości.
— Szlachta z czasów Cesarstwa, prawda? — dopowiedziała madame de Barthèle, pogardliwie wyciągając usta. — Arystokracja armatnia, która wyrosła wraz z jej dymem.
— Nawet nie, nawet nie! — zawołał hrabia, zachwycony, że madame de Barthèle dała mu tę nową okazję, by rzucić się na Fabiena, który wydawał się bardzo szczególnym przedmiotem jego nienawiści. — Szlachta pastwiskowa, baronia żłobowa. Jego ojciec był głównym magazynierem, nawet nie wiem czego.
— Ale to nie ma nic wspólnego z oskarżeniami, które rzucasz na tych młodych ludzi, mój drogi hrabio. Każdego dnia w Izbie Wyższej ściskasz ręce ludziom, którzy pochodzą z niższych warstw społecznych i którzy sprzedawali znacznie więcej niż tylko słomę czy siano.
— No cóż, skoro tak, muszę ci powiedzieć, iż wiem, że pan Fabien składa bardzo niestosowne propozycje młodej i ładnej kobiecie.
— A ty o nich wiesz? — zapytała gorliwie madame de Barthèle.
— Ja ani trochę, ale znam pewnego bardzo wytwornego pana, który jest zainteresowany wspomnianą kobietą i który jest bardzo zirytowany wytrwałością takich nikczemników.
— A jak nazywa się ten dżentelmen, do którego nawiązujesz?
— Niedyskrecją byłoby spełnić twoją prośbę, droga baronowo — powiedział hrabia, zniżając głos — ponieważ ten dzielny człowiek…
— Jest żonaty? — zapytała madame de Barthèle.
— Mniej więcej — odparł pan de Montgiroux.
— No cóż — powiedziała baronowa, krzyżując ramiona i obrzucając hrabiego szyderczym spojrzeniem. — Oto odpowiedź, która mogłaby nawet usatysfakcjonować krytyków parostwa. Swoją drogą, nasi mężowie stanu mają wielkie zdolności, skoro potrafią połączyć w swoich uprzywilejowanych umysłach mały buduarowy skandal z ważnymi sprawami parlamentarnymi.
Pan de Montgiroux, przewidując nadchodzącą burzę, pospiesznie postanowił się przed nią ustrzec i za pomocą piorunochronu wzbudzić przypływ uczuć.
— Droga baronowo — przemówił — zapominasz, że chodzi o naszego drogiego Maurice’a i nic więcej.
Na te słowa serce baronowej zmiękczyło się, a kochanka znów stała się matką.
— Gdybym miała skłonność do zazdrości — powiedziała, nie będąc jednak w stanie tak nagle zerwać z podejrzeniami, jakie żywiła — to zaryzykowałabym przypuszczenie, że twoja opinia względem tych dwóch młodych ludzi nie jest tak bezinteresowna, jak mówisz, ale jestem wspaniałomyślna. Poza tym, przyznaję to, w tej chwili moje serce całkowicie należy do Maurice’a. Zatem jak już mówiłam, kiedy mój syn usłyszał nazwiska Léona de Vaux i Fabiena de Rieulle, chociaż wydawało się, że nic więcej nie słyszy, zauważyłam, jak drgnął. Sprawiał wrażenie, że już nic nie widzi, i w chwili, gdy myśleliśmy, że śpi, odwrócił się szybko, aby wydać rozkaz, by ci zostali wprowadzeni.
— Wygląda na to, że nazwiska jego przyjaciół wywołały w jego stanie coś w rodzaju rewolucji — wtrącił z powagą hrabia.
— Dokładnie! I cokolwiek byś o nich nie powiedział, to i tak będę patrzeć na nich życzliwym okiem.
— Rewolucje to wstrząsy elektryczne, które pobudzą do życia nawet zwłoki! — zawołał par Francji, ni mniej, ni więcej, jak gdyby był na sali obrad.
Potem nagle zamilkł z parlamentarnym spokojem mówcy, którego przewodniczący właśnie przywołał do porządku, i przybrawszy powagę swojego dostojnego stanowiska, wypowiedział tylko te słowa:
— Kontynuuj, moja droga przyjaciółko, to staje się naprawdę interesujące, słucham cię.
— Tak więc Maurice rozkazał, aby ich wprowadzono. Spojrzałam na lekarza, a ten dał mi znak twierdzący; potem, gdy powtórzyłam polecenie syna, lekarz nachylił się do mojego ucha i powiedział:
» — Ten impuls to dobry znak; zostawmy go więc samego z jego przyjaciółmi; być może oni są bardziej świadomi jego życia niż my i znają sekret, który przed nami skrywa. Kiedy wyjdą, przesłuchamy ich.
Wzięłam Clotilde za rękę i udałyśmy się do małego pokoiku obok; lekarz, poszedłszy za nami, zamknął drzwi. W tym samym czasie, gdy ci panowie zostali wprowadzeni do pacjenta, powiedziałam do lekarza:
» — A teraz, mój drogi Monsieur Gaston, czy nie wydaje ci się, że dla naszego większego bezpieczeństwa nie zaszkodziłoby nam, gdybyśmy wysłuchali rozmowy tych panów?
» — Biorąc pod uwagę okoliczności — odpowiedział lekarz — myślę, że możemy pozwolić sobie na tę małą niedyskrecję.
— Czy zgadzasz się z lekarzem, mój drogi hrabio?
— Bez wątpienia, bo przypuszczam, że tajemnica Maurice’a nie była tajemnicą państwową.
— Opuściliśmy więc pokoik, po czym udaliśmy się do garderoby sąsiadującej z pokojem chorego, gdzie schowaliśmy się za małymi drzwiami przy wnęce sypialni, które dzięki temu, że znajdowały się najbliżej łóżka, pozwalały nam lepiej słyszeć.
— A moja siostrzenica była z tobą? — zapytał hrabia.
— Tak. Albowiem odmówiła rozstania się z nami pomimo moich nalegań, mówiąc: „Jeśli Maurice jest twoim synem, to jest także moim mężem; pozwól mi więc słuchać razem z tobą; zapewniam, że niezależnie, jak zatrważający może być ten sekret, będę silna”. Po tych słowach wzięła mnie za rękę i cała nasza trójka zaczęła uważnie słuchać.
— Mów dalej, baronowo, nie przerywaj — zawołał hrabia. — Bo to, co słyszę, jest całkowicie nieprawdopodobne, a jednocześnie interesujące niczym powieść.
— Eh! Mój Boże! — zawołała madame de Barthèle, korzystając z okazji, by odbiec jak zwykle od tematu. — Czy to wszystko, co się dzisiaj dzieje, nie wydaje ci się niesamowite? A gdyby dwadzieścia lat temu powiedziano nam, jak będziemy postrzegać świat w przyszłości, co będzie nas frasować, czy nie powiedziałbyś, że to niepodobieństwo?
— Tak, ale w przeciągu ostatnich dwudziestu lat — odparł hrabia — otrząsnąłem się z niedowierzania do tego stopnia, że dziś mam wadę popadania w przesadną wybujałość. Kontynuuj więc, moja droga przyjaciółko, ponieważ naprawdę nie mogę się doczekać, żeby poznać wynik tej sceny.
— No cóż, zatem kiedy wreszcie zaczęliśmy słuchać, po tym, jak wcześniej straciliśmy trochę czasu na wejście do garderoby i zachowanie niezbędnych środków ostrożności, które należało przedsięwziąć, aby nas nie usłyszano, rozmowa już się rozpoczęła, a Léon de Vaux wyśmiewał się z Maurice’a w tak drwiącym tonie, iż prawie straciłam cierpliwość.
» — Co chcesz! — powiedział Fabien. — On kompletnie stracił rozum.
» — Być może to prawda — odparł Maurice. — Ale nic na to nie mogę poradzić. Wierzę, że ta kobieta jest jedyną, którą naprawdę kochałem, a kiedy ze mną zerwała, po prostu coś we mnie umarło.
» — No cóż, mój drogi — kontynuował Fabien. — Ja też ją bardzo kochałem. Wszyscy ją kochaliśmy, dalibóg! Ale kiedy zastąpiłeś mnie w jej łaskach, ja nie położyłem się do łóżka i nie umierałem z tego powodu. Wręcz przeciwnie, poprosiłem ją, abyśmy pozostali przyjaciółmi i teraz jestem jednym z najlepszych, jakich ma.
— Czy możesz wyobrazić sobie sytuację Clotilde w tamtym czasie? — nadmieniła baronowa. — Czułam, jak jej dłoń, która trzymała moją, najpierw zrobiła się wilgotna, a następnie się zacisnęła. Spojrzałam na nią, była blada jak śmierć. Odprawiłam ją machnięciem ręki, ale potrząsnęła głową, przykładając palec do ust. Więc dalej słuchałyśmy.
» — Gdybyś postąpił tak jak ja, mój drogi — kontynuował Fabien — i mam nadzieję, że obecny tu Léon, gdy nadejdzie jego kolej, pozostałbyś tak jak ja jej przyjacielem.
» — Niemożliwe! — zawołał Maurice. — Niemożliwe! Po tym, jak posiadałem tę kobietę, nie mógłbym patrzeć, jak przechodzi w ramiona kogoś innego. Ach! Kimkolwiek by był, zabiłbym go.
» — Jak to!? Stoczyłbyś pojedynek z powodu tej kobiety! — zawołał Fabien.
— Ale o jakiej kobiecie oni rozmawiali? — zawołał niecierpliwie pan de Montgiroux.
— Tego właśnie nie wiemy — odpowiedziała baronowa. — Czy to przez przypadek, czy przez ostrożność, ani razu nie wspomnieli jej nazwiska.
— Inna kobieta!? Maurice kocha inną kobietę, a nie moją siostrzenicę?! — kontynuował hrabia. — I teraz Clotilde poznała sekret tej miłości! A ty nie jesteś oburzona, baronowo!
— Eh! Panie Rygorysto, czyż jesteśmy panami naszych serc? Miłość to choroba, która przychodzi do nas nie wiadomo jak i która znika nie wiadomo dlaczego.
— Nie przeczę; ale Maurice nie może być tak chory z powodu miłości.
— A jednak jest… Ach! Oto lekarz. Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj go sam.
— To w ogóle możliwe, doktorze? — indagował pan de Montgiroux, widząc młodego lekarza, który na zaproszenie Clotilde do nich dołączył. — Naprawdę wierzysz, że przyczyną choroby mojego siostrzeńca jest przelotny romans?
— Nie, panie hrabio — opowiedział lekarz. — Nie przelotny romans, ale prawdziwa miłość.
— Ale czyż można odczuwać prawdziwe uczucie do kobiety, która wydaje się tak niegodna jak ta, o której mówi madame de Barthèle?
— No cóż, skoro możemy odczuwać prawdziwe uczucia do jednej kobiety, to możemy także odczuwać iluzoryczne uczucia do drugiej — odparł lekarz.
— Ale twoim zdaniem, doktorze, ta kobieta nie jest taka, jak została przedstawiona?
— Przede wszystkim ja jej nie znam — odrzekł lekarz. — Co więcej, nikt z nas nie ma pojęcia, kim ona jest. A jak wiadomo, pan de Rieulle cieszy się wątpliwą sławą osoby nadmiernie gadatliwej, jeśli chodzi o reputację kobiet.
— Jednak nie to mnie w tym wszystkim zdumiewa — powiedziała madame de Barthèle.
— A cóż w takim razie cię zdumiewa? — zapytał hrabia.
— Zdumiewa mnie to, że ta kobieta, kimkolwiek jest, którą kocha taki mężczyzna jak Maurice, przystojny, bogaty, elegancki, dobrze zbudowany, może go zdradzić z każdym innym mężczyzną na świecie. To mnie zadziwia i każe podejrzewać, iż ta kobieta jest niegodna jego miłości.
— Ależ doprawdy, moja droga baronowo, mówisz tak, jakby Maurice był jeszcze kawalerem niemającym żony. Pomyśl o biednej Clotilde.
— Ach! Poświęcenie Clotilde było niezwykłe, prawda, doktorze? Rzuciła się w moje ramiona ze słowami: „Och! Uratujemy go, prawda, uratujemy go mimo wszystko?”. Sam widzisz, że tylko kobiety wiedzą, czym jest poświęcenie dla miłości.
— Chory z miłości! — mruknął hrabia, nie mogąc otrząsnąć się ze zdumienia.
— Tak, chory z miłości — powtórzyła Madame de Barthèle z rodzajem matczynego entuzjazmu, na wpół poważnego, na pół komicznego. — Cóż w tym takiego zdumiewającego? Czyż nie słyszymy każdego dnia o jakimś kochanku, który strzelił sobie w głowę albo rzucił się do rzeki z powodu niespełnionego miłosnego uczucia? Przypomnij sobie kuzyna tego dżentelmena, jak on się nazywa?… Ten, który zawsze był jakimś ministrem… czyż nie zakochał się w kobiecie teatru?… Nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska, ale ty wiesz, kogo mam na myśli, tego ambasadora, który w rezultacie umarł lub ją poślubił, nie pamiętam dobrze.
— Niestety — odrzekł szorstko hrabia. — Maurice nie może jej poślubić, ponieważ jest już żonaty. Dlatego jeśli jego namiętność jest tak silna, jak osoba, którą cytujesz, może on tylko sporządzić swój testament i umrzeć z osłabienia jak pasterz Celadon dla Astrei…
— Więc taki masz, monsieur, środek zaradczy dla Maurice’a, dla swojego…?
Hrabia powstrzymał ją spojrzeniem.
— No cóż, jego żona i ja poradzimy sobie lepiej, uratujemy go — dodała baronowa.
— Ale czy sytuacja jest naprawdę tak poważna, jak mówisz, doktorze? — zapytał pan de Montgiroux.
— Bardzo poważna, hrabio — odparł lekarz. — Tak poważna, że jeszcze wczoraj nie odważyłbym się odpowiedzieć, ile dni życia pozostało choremu.
— Ależ to niewiarygodne!
— Nie, monsieur, dla nas, którzy patrzymy na medycynę z punktu widzenia filozofii, nie ma nic niewiarygodnego. Dlaczego gwałtowne uczucie rozpaczy nie miałoby spowodować, zwłaszcza w tak spokojnym, zrównoważonym i wrażliwym organizmie jak Maurice’a, bałaganu równego temu, jaki może wywołać ostrze miecza lub kula pistoletu? Czyż nie mówił pan, iż ma jakąś wiedzę z zakresu fizjologii, monsieur? No cóż, jeśli podejdzie pan bliżej do łóżka pacjenta i spojrzy na niego, dostrzeże pan, iż ten ma bladą twarz, żółtą twardówkę i niespokojny puls, czyli wszystkie objawy ostrego zapalenia opon mózgowych lub, innymi słowy, gorączki mózgowej. Otóż ta gorączka mózgowa pochodzi z wielkiego bólu moralnego wywołanego przez głęboki smutek, dlatego żeby zwalczyć tę chorobę, wpierw musimy zastosować względem niej odpowiednie lekarstwo, które poskromi żal w taki sam sposób, w jaki został wywołany. Jeśli tego nie uczynimy, może umrzeć z taką samą pewnością, jak gdyby strzelił sobie w skroń.
— A co to za lekarstwo, które zamierzasz wypróbować?
— Och! Mój Boże, to nic nowego, monsieur, bo ma dwa i pół tysiąca lat. Znasz historię Stratonice i młodego Demetriusa, prawda?
— Tak.
— No cóż, uczynimy w ten sam sposób, sprawimy, by obiekt namiętności pacjenta stanął przed nim, a ponieważ, jak się wydaje, owa dama nie jest znana ze swych nieskazitelnych cnót, będziemy bardzo nieszczęśliwi, jeśli nie wyleczy zła, które wyrządziła.
— Ale ta kobieta, ta kobieta… — ciągnął pan de Montgiroux. — Jak ona się nazywa?
— Och! Mój Boże — odpowiedziała madame de Barthèle — wydaje mi się, że przyjaciele Maurice’a mi to powiedzieli, ale przyznam się, że zapomniałam.
— Zatem jak w obecnej chwili zamierzasz wypróbować to lekarstwo? Z tego, co mi mówisz, Maurice jest zbyt słaby, aby iść do jej domu.
— No cóż — powiedziała baronowa — ona przybędzie tutaj, to wszystko.
— Jak to!? — zawołał hrabia tonem przerażenia. — Ta kobieta, której imienia nawet nie znasz, przybędzie tutaj?…
— Może się nazywać, jak tylko jej się podoba, pod warunkiem, że przywróci mojego syna do życia. To wszystko, o co ją proszę.
— Ale co ludzie powiedzą, gdy się dowiedzą, że przyjmujesz kobietę takiej reputacji w swoim domu?
— A jakie to ma dla mnie znaczenie, co powiedzą? Poza tym, czy ludzie czytają recepty lekarzy i zajmują się lekami, które wchodzą w skład mikstury uspokajającej? Działamy na zalecenie lekarza; nie mamy innej woli niż wola nauki. Ludzie nie oddadzą mi mojego syna, mój drogi hrabio, a ta piękna nieznajoma może to zrobić. Oto cała odpowiedź.
— Ależ wręcz przeciwnie, to niczego nie wyjaśnia — kontynuował hrabia. — Powtarzam ci to jeszcze raz: zastanów się, co mogą sobie pomyśleć i co potem powiedzieć.
— Nic nie powiedzą i nic nie pomyślą, dopóki tu jestem. Dzięki Bogu wciąż mam pewien autorytet. Gdy zobaczą, że mój syn umiera, uszanują mój ból.
— Ci, którzy mają złe intencje, niczego nie uszanują.
— Wymuszę, by milczeli.
— Więc twoje postanowienie jest ostateczne?
— Nieodwołalnie.
— I ty, doktorze, to aprobujesz?
— Nie tylko aprobuję — dodał ten ostatni — ale zalecam, a w razie potrzeby nawet rozkazuję.
— W takim razie nie mam nic więcej do powiedzenia — powiedział hrabia. — Poza tym, że musimy oddalić Clotilde.
— Niestety Clotilde wyraziła już swoją opinię w tej sprawie, zgadza się na wszystko, ale pod warunkiem, że zostanie.
— Więc moja siostrzenica będzie pod tym samym dachem co ta kobieta?
— Ja tu też pozostanę, monsieur!
— No cóż, nie rozmawiajmy już o tym, skoro i tak zawsze musisz zrobić to, co chcesz; tylko poinformuj mnie, w jakim dniu ma się rozegrać ta dramatyczna scena.
— W jakim celu?
— Ażeby pozostać w Paryżu tego dnia, to wszystko.
— No cóż, muszę ci powiedzieć, że ten dzień jest akurat dzisiaj, a ja nie posłałam po ciebie w żadnym innym celu, jak tylko po to, abyś mógł być u naszego boku i nas wpierać w tych niezwykle poważnych okolicznościach.
— Ależ, pani, to niemożliwe! — zawołał hrabia z konsternacją. — Zapominasz o mojej pozycji, jako par Francji podlegam osądowi opinii publicznej…
— Ciszej! — przerwała baronowa. — Nadchodzi Clotilde.
W tej samej chwili młoda kobieta otworzyła drzwi do salonu.
IV
Clotilde przyszła powiedzieć wujowi, że Maurice nie śpi, jak też i to, że teraz może wejść do pokoju chorego i złożyć mu wizytę. Pan de Montgiroux rzucił szybkie spojrzenie na swoją siostrzenicę, niezwykle bladą, i chociaż na pozór wydawała się spokojna, była zrezygnowana.
Dowiedziawszy się o tajemniczej przyczynie choroby Maurice’a, madame de Barthèle i Clotilde, jedna — w pierwszym odruchu miłości macierzyńskiej, druga — w przypływie poświęcenia małżeńskiego, podjęły postanowienie, o którym właśnie opowiedzieliśmy; postanowienie, świadczące o niewzruszonym obowiązku, który wymaga przede wszystkim, aby za wszelką cenę ratować chorego, co przy okazji także zasugerował im lekarz. To postanowienie wynikało z uczucia zbyt naturalnego i zbyt uzasadnionego, aby któraś z nich pomyślała choć przez chwilę o absurdalnej sytuacji, w jakiej stawiała ich obecność kobiety, która była kochanką Maurice’a. Jednakże pan de Montgiroux, jak czytelnik zdążył już zauważyć, nie był człowiekiem, który ulegałby pierwszemu porywowi serca, więc od razu dostrzegł, jak niewłaściwe i skandaliczne jest przyjmowanie takiej kobiety w domu jego siostrzenicy… Co więcej, odczuwał względem wspomnianej kobiety jakiś dziwny niepokój, który sprawiał, iż nie chciał się z nią spotykać zwłaszcza w obecności baronowej; w pierwszym swoim odruchu chciał uciec, ale pani de Barthèle, wykorzystując swój dawny autorytet, powstrzymała go. Hrabia, wróg wszelkiej walki, ustąpił z pewnym przerażającym wahaniem; chociaż niejasne przeczucie podpowiadało mu, iż nie powinien włączać się do tej całej sprawy, a madame de Barthèle być może miała już jakieś podejrzenia co do uczuć szlachetnego para Francji i zamierzała go przesłuchać, kiedy nagle zjawiła się Clotilde, przerywając ich rozmowę, a ta zaczynała przybierać niedyskretny charakter.
Jak już powiedzieliśmy, siostrzenica przyszła powiedzieć wujowi, iż Maurice nie śpi i że teraz gość może wejść do pokoju chorego i złożyć mu wizytę.
W odpowiedzi na jej słowa baronowa de Barthèle i pan de Montgiroux natychmiast powstali, a następnie poszli za nią.
Hrabia, wchodząc po schodach, usiłował znaleźć sposób, który pozwoliłby mu wyjść z tej kłopotliwej sytuacji, kiedy nagle madame de Barthèle, spojrzawszy przez okno i dostrzegłszy na dziedzińcu otwarty, dwukołowy powóz, krzyknęła:
— Ach! Oto przybył pan Fabien de Rieulle! Być może dowiemy się od niego czegoś nowego.
Rzeczywiście, w tej chwili Fabien wjeżdżał na dziedziniec, niemal stojąc w swoim tilbury
— W takim razie, moje drogie dziecko — powiedział pan de Montgiroux, zatrzymując się pod wpływem instynktownego zatrwożenia, którego przyczyny nie potrafił wyjaśnić — wróć do męża; dołączę do ciebie za chwilę, albowiem podobnie jak madame de Barthèle, chcę dowiedzieć się, jakie wieści przynosi nam ten pan.
Po tych słowach pośpiesznie podążył za baronową, żeby nawet na chwilę nie pozostawiać jej samej z nowo przybyłym.
Ten ostatni, na którym jesteśmy zmuszeni skupić naszą uwagę, zeskakując z wdziękiem ze swojego tilbury, wspinał się po frontowych schodach ganku, poprawiając drobny nieład, jakim szybka jazda odznaczyła się na jego wyglądzie, w szczególności na włosach. Był młodym mężczyzną w wieku mniej więcej dwudziestu siedmiu lub dwudziestu ośmiu lat, wyjątkowo przystojnym kawalerem w pełnym tego słowa znaczeniu, który w oczach obserwatora mógłby uchodzić za wzór elegancji. Był, jak powiedzieliśmy, przyjacielem, a raczej towarzyszem Maurice’a. Towarzyszem, ponieważ tych dwóch mężczyzn dzieliła niezauważalna dla przeciętnych oczu przepaść, którą postaramy się pokazać, gdy będziemy musieli wprowadzić tę nową postać na scenę.
Dzięki swej gorliwości i znajomości domu pan de Montgiroux mógł wejść jednymi drzwiami, a Fabien — drugimi.
— No i co, mój drogi monsieur de Rieulle? — zapytała matka Maurice’a. — Jakie pan ma dla nas wieści? Mów pan, mów!
Ale w chwili, kiedy młody człowiek miał już otworzyć usta, żeby odpowiedzieć, rozpoznał pana de Montgiroux. Madame de Barthèle, widząc to lekkie zawahanie, które pojawiło się na twarzy nowoprzybyłego, szybko dodała:
— Och, możesz swobodnie mówić, pan de Montgiroux wie wszystko o naszym małym spisku.
Fabien spojrzał badawczo na hrabiego, a jego wahanie zdawało się przeradzać w zdumienie. Jeśli chodzi o męża stanu, ten — nie chcąc narażać się na szwank ze względu na powagę swojego stanowiska — poprzestał jedynie na potwierdzającym przytaknięciu głową.
— A zatem, madame — rozpoczął Fabien — wszystko poszło zgodnie z państwa życzeniem i zgodnie z naszymi nadziejami: osoba, o której mowa, zgadza się na taką wycieczkę.
— A kiedy możemy się jej spodziewać? — zapytała baronowa z pewnym niepokojem. — Nie zapominajmy, że każda chwila zwłoki może zagrozić życiu Maurice’a.
— Spotkanie jest zaplanowane na dzisiejszy poranek, madame, tak więc niewątpliwie za kilka chwil powinniśmy zobaczyć przyjazd tej osoby.
Fabien, wypowiedziawszy te słowa, spojrzał na hrabiego, aby zobaczyć, jaki wpływ wywrze na niego zapowiedź rychłego przybycia niewiasty. Ale hrabia, który zdążył już przywdziać swoją polityczną maskę, pozostał niewzruszony.
— Nie sprawiała żadnych trudności? — zapytała madame de Barthèle.
— Nie, madame — odparł młody człowiek — powiedzieliśmy jej, że to zwykła wycieczka poza miasto, której celem jest obejrzenie uroczego wiejskiego domu wystawionego na sprzedaż. Dom był pretekstem, którym Léon de Vaux posłużył się, aby ta osoba przyjechała z nim do Fontenay; podczas podróży zadba on o delikatne przygotowanie jej do wykonania usługi, o którą ją prosisz.
— Ale nie obawiasz się, że ona odmówi nam tej przysługi?
— Kiedy dowie się, w jakiej sytuacji znalazł się Maurice, mam nadzieję, że wspomnienie dawnej przyjaźni przezwycięży wszelkie inne względy.
— Też mam taką nadzieję — dodała zachwycona madame de Barthèle.
— Jednakże, monsieur, jeśli mógłbyś powiedzieć… — zagadnął hrabia głosem, który pomimo całej kontroli męża stanu nie był pozbawiony emocji — Jak nazywa się ta kobieta?
— Jak to?! Pan nie wiesz, kto to jest? — zapytał Fabien.
— Ani trochę. Wiem tylko, że ta kobieta jest młoda i piękna; ale jeszcze nikt nie powiedział, jak się nazywa.
— Zatem nie wiesz?
— Kompletnie.
— Nazywa się madame Ducoudray — odparł Fabien de Rieulle, kłaniając się z największym spokojem.
— Madame Ducoudray? — powtórzył pan de Montgiroux z widocznym zadowoleniem. — Nigdy o niej nie słyszałem.
Po tych słowach hrabia odetchnął z wyraźną ulgą, jak człowiek, któremu właśnie zdjęto kamień z piersi. Powietrze zdawało się swobodnie wpływać do jego płuc, a jego napięte rysy twarzy i głębokie zmarszczki rozluźniły się, powracając do swojej zwykłej łagodności. W tym czasie Fabien śledził wszystkie te symptomy zadowolenia na twarzy hrabiego i uśmiechał się niedostrzegalnie.
— Moja droga przyjaciółko — powiedział hrabia do pani de Barthèle, który sprawiał wrażenie, jakby dowiedział się wszystkiego, czego chciał. — Teraz, gdy jesteśmy prawie pewni przybycia naszej cudotwórczyni, pozostawiam cię, pani, byś mogła porozmawiać z panem de Rieulle, ja pójdę do naszego pacjenta.
— Ale mam nadzieję, że zostaniesz z nami i nie opuścisz domu, prawda?
— Oczywiście. Skoro tak nalegasz, nie pozostaje mi nic innego jak spełnić twoje życzenie. Mam tylko nadzieję, że uwolnisz mnie dziś wieczorem na godzinę lub dwie, o co cię wcześniej prosiłem. Zatem jedyne, co teraz muszę zrobić, to odesłać moich ludzi. Zrozumiałym jest więc, iż użyczysz mi dziś wieczorem swoich koni, abym mógł pojechać do Paryża?
— Tak, tak, to już zostało uzgodnione.
— Dobrze. Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli wyślę krótką wiadomość, aby nie spodziewano się mnie przed wieczornym posiłkiem?
— Ależ oczywiście, że nie, zrób to.
Hrabia zbliżył się do stołu, na którym znajdowały się pióra, suszka, atrament i papier listowy oraz koperty wyłożone na użytek wszystkich. Po czym, wziąwszy mały arkusz pachnącego welinu, nabazgrał następujące słowa: „Do zobaczenia o ósmej wieczorem w operze, Moja Śliczna”. Następnie, włożywszy bilecik do koperty, zapieczętował go, a po dopisaniu adresu, rzucając niespokojne spojrzenia w kierunku pani de Barthèle, wyszedł, aby wydać rozkazy, i udać się — jak wcześniej powiedział — do pokoju Maurice’a. Gdy tylko hrabia zniknął, madame de Barthèle, mając więcej swobody, by przesłuchać przyjaciela syna, pospiesznie powiedziała ze zwykłą sobie gadatliwością:
— Wreszcie zobaczymy tę piękną madame Ducoudray; bo przecież to ty sam powiedziałeś mi, że jest piękna, prawda?
— Więcej niż piękna, ona jest wręcz zachwycająca!
— Madame Ducoudray, mówisz?
— Tak, pani.
— Czy wie pan, monsieur de Rieulle, że to jej nazwisko brzmi, jakby było autentyczne i w istocie należało do jakiejś arystokratki wysokiego rodu?
— Ależ rzeczywiście tak jest.
— I ono naprawdę należy do tej pani?
— Tak przynajmniej postanowiliśmy ją nazwać w tych okolicznościach. Albowiem pod takim nazwiskiem może być akceptowana w twoim domu, pani, przez wszystkich. I w ten sposób zachowamy pozory. Nazywanie ją panią Ducoudray do niczego nie zobowiązuje, bo takie nazwisko upoważnia nas do traktowania jej w dowolny sposób. Jak już powiedziałem, Léon ma jej po drodze wyjaśnić, w jakim celu ją do ciebie przyprowadzamy i pod jakim nazwiskiem zostanie przedstawiona.
— A jak brzmi jej prawdziwe nazwisko? — zapytała madame de Barthèle.
— Jeśli masz, pani, na myśli jej nazwisko rodowe — odparł Fabien — nie sądzę, żeby je kiedykolwiek i komukolwiek wyjawiła.
— Rozumiem, zapewne to córka jakiegoś wielkiego pana, który popadł w ruinę — skwitowała z uśmiechem madame de Barthèle.
— Ależ to całkiem możliwe — przyznał Fabien — wiele razy taka myśl przychodziła mi do głowy.
— Zatem nie proszę cię o nazwisko, pod którym jest zapisana w herbarzu Francji, ale o to, pod którym jest powszechnie znana.
— Fernande.
— I to imię jest… dobrze znane, powiadasz?
— Bardzo dobrze znane, madame… jako że jest ona kobietą, o której najwięcej mówi się w Paryżu.
— Wiesz, że teraz zaczynam się obawiać? A co, jeśli ktoś do nas przyjedzie, kiedy ona tu będzie, i rozpozna, kim jest?
— Wyznaliśmy pani, madame, z największą szczerością, jaka jest pozycja madame Ducoudray, a raczej Fernande, w społeczeństwie. Jest jeszcze czas, aby zapobiec wszystkim niedogodnościom, których się obawiasz. Powiedz słowo, a wybiegnę jej na spotkanie i ona nie zdąży nawet zobaczyć tego zamku.
— Jaki pan jest okrutny, monsieur de Rieulle! Wiesz, że mój syn musi zostać uratowany, a lekarz twierdzi, że to jedyny sposób.
— To prawda, madame, powiedział to i gdyby nie jego zapewnienie, które tak dobrze pamiętam, nigdy nie odważyłbym się zaoferować pani…
— Zatem ta madame Ducoudray jest naprawdę tak bardzo czarującą osobą, jak mówią, by wzbudzać tak niepohamowaną namiętność?
— Niedługo sama będziesz mogła to ocenić, pani.
— A co jeśli chodzi o jej elokwencję?
— Uchodzi w Paryżu za osobę, która cechuje się niezwykłą wymownością.
— Bo takie kobiety mówią wszystko, co im przychodzi na myśl, już to sobie wyobrażam. A maniery… te też są pewnie wystarczające, prawda?
— Doskonałe. I znam więcej niż jedną damę z najwyższego rodu, która mogłaby ich jej pozazdrościć.
— Teraz zaczynam rozumieć, dlaczego mój syn tak strasznie się w niej zakochał. Zdumiewa mnie tylko to, iż skoro ta kobieta jest tak światła i ma takie subtelne cechy charakteru, jak się wydaje, dlaczego okazała się głucha na miłość mojego syna.
— Nie powiedzieliśmy, że Fernande była głucha na jego miłość, pani; powiedzieliśmy, że pewnego dnia Maurice znalazł zamknięte drzwi i nie mógł ich już ponownie otworzyć.
— Co jest jeszcze bardziej zdumiewające, sam przyznaj… ale jakiej przyczynie przypisujesz pan ten kaprys?
— Nie mam pojęcia.
— Motywem nie mogły być pieniądze, bo Maurice jest bogaty i hojny, no, chyba że jakiś zagraniczny książę…
— Nie sądzę, żeby Fernande w zerwaniu z Mauricem kierowała się motywem korzyści pieniężnych.
— Czy wiesz, że to wszystko, co mi mówisz, wzbudza we mnie największą ciekawość, żeby ją poznać?
— Jeszcze dziesięć minut i twoja ciekawość, pani, zostanie zaspokojona.
— A tak à propos, chciałam się ciebie poradzić względem tego, jak powinniśmy z nią postępować. Albowiem moja pierwotna myśl (a to, co mi właśnie powiedziałeś, tylko mnie w niej utwierdza), była taka, że od chwili, gdy ona przekroczy próg naszego domu, powinniśmy zapomnieć o jej wątpliwej pozycji społecznej i traktować ją jak prawdziwą arystokratkę, szanowaną madame Ducoudray.
— Cieszę się, madame, że w pełni utwierdziłem twoją opinię w tej kwestii.
— Rozumiesz, monsieur de Rieulle, prawda? To poczucie przyzwoitości i naturalne skrupuły każą mi o tym myśleć, by z wyprzedzeniem przygotować przyjęcie, jakie jestem jej winna. Bo w rzeczywistości każdy tutaj dostosuje swoje zachowanie do mojego.
— Jeśli chodzi o to, to nie ma powodów do niepokoju, proszę mi wierzyć, madame.
— Chcę, aby moja rezerwa i wyjątkowa uprzejmość były miarą tonu, jaki ona powinna przyjąć. Jeśli chodzi o Clotilde, dołożyłam wszelkich starań, aby zrozumiała, oczywiście nie mówiąc jej wprost, że ta dama jest dość… nieprzyzwoita i że należy postępować względem niej z pewnym dystansem, z ceremonialną i chłodną życzliwością. Nawiasem mówiąc, kto będzie wiedział o tej wizycie? Nikt. A nawet jeśli, czy można by znaleźć w tym coś niewłaściwego, skoro Maurice przykuty jest do łóżka? Z drugiej strony ludzie, którzy znają mego syna i którzy chcą dowiedzieć się o stanie jego zdrowia, przychodzą po wiadomości do pałacu w Paryżu, a to przecież my je tam wysyłamy. Choć nie daj Boże, żeby naszej kuzynce, madame de Neuilly, przyszło do głowy nas odwiedzić! Znasz ją, prawda, monsieur de Rieulle?
Fabien z wymownym uśmiechem skinął głową.
— Tak, wiem, co masz na myśli — podjęła na nowo baronowa, uśmiechając się. — Ona jest najbardziej ciekawską, najbardziej gadatliwą i najbardziej irytującą kobietą pod słońcem, a takiej byśmy nie chcieli tu w tej chwili. Niemniej jednak na szczęście znajdujemy się w najbardziej sprzyjających okolicznościach, aby przeprowadzić kurację, którą właśnie zamierzamy wypróbować.
— Zgadzam się z tobą, madame — ciągnął Fabien z pewnego rodzaju powagą, która wyraźnie skrywała jego tajemny zamiar. — Jednakże zaskakuje mnie w tym wszystkim, jeśli wolno mi się tak wyrazić bez bycia niedyskretnym, ta gotowość pójścia na kompromis, z jaką żona Maurice’a zgodziła się przyjąć w swoim domu kobietę, która odebrała serce jej męża i dla której była zaniedbywana przez całą zimę.
— Bez wątpienia, nie przeczę, że jej poświęcenie jest niezwykłe; ale w tych okolicznościach, monsieur, co innego mogłaby uczynić? Miała stać się wdową z zemsty? Biedna Clotilde!… jest aniołem godzenia się z losem. Po pierwsze ona chce tego, czego ja chcę; po drugie, ona uwielbia swojego męża, a my, kobiety, jak sam wiesz, uwielbiamy mężczyzn ze wszystkimi ich wadami, a czasem nawet z powodu tych wad. Wychowywali się razem, od zawsze byli sobie przeznaczeni, jej uczucie do męża zaczęło się już w kołysce; z jej strony jest to miłość prawdziwa, trwała i szczera, o solidnych podstawach; nie jest to jakaś ekscentryczna miłość, która zabija, jak ta, którą akurat mój syn odczuwa do tej kobiety.
Fabien nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy usłyszał, jak matka Maurice’a potwierdza to, co zawsze podejrzewał — to znaczy, że małżeństwo jego przyjaciela z panną de Montgiroux było korzystnym sojuszem dla jednego i drugiego we wszystkich aspektach rodzinnych interesów; małżeństwo z rozsądku to jeden z tych związków, które czasami zapewniają spokój, ale nigdy szczęście. Z jednej strony choroba Maurice’a sprawiła, iż się tego domyślał; z drugiej to, co madame de Barthèle nazwała oddaniem Clotilde, ostatecznie wyjaśniało całą sytuację. Wszystko więc układało się dla niego znakomicie i zgodnie z jego zamysłem, zmierzało ku powodzeniu jego tajemnych planów, albowiem trzeba wiedzieć, że Fabien de Rieulle miał swoje tajemne zamiary. Ta wewnętrzna satysfakcja wywołała mimowolny uśmiech na jego ustach. Nie uszedł on uwadze baronowej, która zapytała swego rozmówcę:
— Z czego się śmiejesz, monsieur de Rieulle?
— Z niespodzianki, jaka czeka Maurice’a — odpowiedział Fabien z najbardziej naiwną miną na świecie. — A on zarzucał mi, iż to ja przyczyniłem się do jego rozłąki z madame Ducoudray, podczas gdy okazuje się wręcz przeciwnie: to ja jestem tym, który ją do niego przyprowadza.
— Biedne dziecko! — szepnęła baronowa, która słysząc imię syna, przypomniała sobie o jego chorobie.
Wypowiedziawszy te słowa, podeszła do okna, a oparłszy się delikatnie o parapet, wyjrzała, aby sprawdzić, czy oczekiwana Fernande nie nadjeżdża.
Po chwili niewielki hałas sprawił, iż madame de Barthèle odwróciła głowę i ujrzała wchodzącą Clotilde.
— Och! Mój Boże! — zawołała baronowa. — Co się dzieje, moja droga Clotilde? Czyżby jego stan się pogorszył?
— Nie, madame — odpowiedziała Clotilde — ale wujek poprosił mnie, abym pozostawiła go samego z Mauricem i lekarzem. Posłuchałam i przyszłam dołączyć do ciebie.
W tym czasie młoda kobieta skłoniła się, odpowiadając na uprzejmy ukłon powitalny, jaki złożył jej Fabien.
— Dobrze więc — powiedziała baronowa. — Mogę cię trochę uspokoić, mój drogi aniele. Ta pani, wiesz, kogo mam na myśli, ta madame Ducoudray, zgodziła się przyjechać i powinna tu być lada chwila.
Clotilde spuściła wzrok i westchnęła.
— Widzisz — powiedziała po cichu madame de Barthèle do ucha Fabiena — jak ból i smutek odbijają się na jej zdrowiu? Biedne, drogie dziecko!
Młody człowiek spojrzał szybko na Clotilde i od razu przekonał się, że jest inaczej. Być może nigdy, nawet dzięki tej lekkiej bladości, która mogła wynikać zarówno ze zmęczenia, jak i ze smutku, żona jego przyjaciela nie wydała mu się piękniejsza. Jej różowobiała cera, świeże usta, przejrzyste, błyszczące oczy emanowały młodością i zdrowiem, jej postawa była naturalna; a ból, którego doświadczała, nie miał na to żadnego wpływu. Nawiasem mówiąc, (Clotilde miała zaledwie dwadzieścia lat), a w tym wieku nikt jeszcze nie cierpi z powodu obawy, iż jego przyszłość została zaprzepaszczona, ponieważ jeszcze nic nie zostało zaprzepaszczone. Osierocona przez tych, których kochała najbardziej, kochała tych, co pozostali blisko niej, a jej teraźniejszość stała się tak podobna do przeszłości, iż nie bała się przyszłości. Zatem ból moralny spowodowany chorobą jej męża nie przybrał najmniejszego niepokojącego charakteru; była to niewielka chmurka, która w piękny, wiosenny poranek przesuwa się po czystym, błękitnym niebie, przesłaniająca słońce, jednak niegasząca jego promieni. Co więcej, nawet przyglądając się jej, nie można było odkryć złości, jaką musiała wzbudzić w niej zdrada Maurice’a. Poza tym była tak wstrzemięźliwie wychowana, że być może nie w pełni rozumiała wagę tej zdrady. Jej nieskazitelna czystość promieniowała na innych, wymazując ich zło; w swojej niewinności oczyszczała wszystko, nie mając pojęcia o niegodziwości, co do której się nawet nigdy nie domyślała, iż taka może mieszkać w innych.
Podczas gdy Clotilde stała ze spuszczonym wzrokiem, a madame de Barthèle cicho współczuła jej z powodu dolegliwości, których ta nie doświadczała, Fabien odnalazł pewien urok w przyglądaniu się i podziwianiu młodej kobiety o prostym, naiwnym sercu i postawie, której trzy lata małżeństwa nie zdążyły całkowicie zatracić tej dziewczęcej nieskazitelności; a dokonawszy szybkiej analizy tak wielu naturalnych, niewinnych wdzięków, wzmocniony pewnością siebie, jaką dają obyczaj życia towarzyskiego i spokój, jaki budzi cnota, zastanawiał się nad osobliwością ludzkiego serca, które zamieniło oziębłego męża Clotilde w namiętnego kochanka Fernande. Ale madame de Barthèle, u której całe to przeżycie wzbudzało strach, której czułość objawiała się przy najmniejszym zdarzeniu, która poprzez nieustanny niepokój starała się odwrócić uwagę od przyczyny swego bólu, nie dała czasu ani Clotilde na drugie westchnienie, ani młodemu człowiekowi — na przedłużenie jego obserwacji, tylko natychmiast powiedziała:
— Zatem byłaś tam, moja droga, kiedy pan de Montgiroux wszedł do pokoju chorego?
— Tak, pani, siedziałam u wezgłowia łóżka.
— A czy Maurice zdawał się rozpoznawać hrabiego?
— Nie wiem, bo on nawet nie odwrócił głowy.
— I co potem?
— No cóż, potem, kiedy wujek do niego mówił, nawet nie odpowiedział.
— Widzisz więc, mój drogi monsieur Fabien — kontynuowała madame de Barthèle, zwracając się do młodzieńca — w jaki marazm popadło moje biedne dziecko; dlatego musimy zrobić wszystko, aby wyprowadzić go z obecnego stanu.
Fabien przytaknął.
— A co zrobił pan de Montgiroux? — zapytała baronowa, ponownie zwracając się do swojej synowej.
— Przez chwilę rozmawiał po cichu z lekarzem, a następnie poprosił, żebym ich pozostawiła samych.
— A twój mąż, słysząc, że wychodzisz, wykonał jakiś ruch, aby cię powstrzymać?
— Niestety nie, madame — odpowiedziała Clotilde, rumieniąc się lekko i wzdychając po raz drugi.
— Madame — powiedział Fabien do baronowej na tyle cicho, by zachować pozory tajemniczości, jednak dostatecznie głośno, aby Clotilde go słyszała — czy nie wydaje ci się, że aby uniknąć zbyt silnego wstrząsu, należałoby uprzedzić Maurice’a, że będzie miał wizytę kobiety, nie mówiąc oczywiście, o kogo chodzi? Ja na twoim miejscu, pani, obawiałbym się, aby tak niespodziewane pojawienie się osoby, którą on tak bardzo kocha, nie przerosło życzeń lekarza i zdrowy kryzys nie zmienił się w gwałtowny, a co za tym idzie, nie stał się niebezpieczny.
— Tak, monsieur Fabien, tak, ma pan rację — potwierdziła baronowa. — Posłuchaj, Clotilde — ciągnęła, zwracając się do synowej — monsieur de Rieulle właśnie poczynił bardzo ważne spostrzeżenie; powiedział…
— Słyszałam, co mówił pan de Rieulle — zaakcentowała Clotilde.
— No i co o tym myślisz?
— Ty, pani, masz więcej doświadczenia niż ja, i przyznaję, że w takich okolicznościach nigdy nie odważyłabym się wyrazić swojego zdania.
— No cóż, zgadzam się z opinią pana Fabiena — powiedziała madame de Barthèle. — Posłuchaj mnie, monsieur de Rieulle, i zobacz, czy mój projekt nie jest godny podziwu. Zamiast mówić cicho i ostrożnie, jak to robiliśmy dotychczas, dam znak panu de Montgiroux i lekarzowi, aby usiedli przy łóżku Maurice’a. Z kolei ja zajmę miejsce u ich boku i w tonie zwykłej rozmowy ogłoszę, że sąsiadka ze wsi poprosiła nas o pozwolenie na przyjazd i obejrzenie naszego domu, który chwalono jako wzór dobrego smaku. A ponieważ to on jest tym, który tu wszystkim kierował, jestem pewna, że mu to schlebi; on jest taki dumny ze swoich artystycznych pomysłów, jeśli chodzi o umeblowanie… moje drogie dziecko. W istocie to on tu wszystkim pokierował i przemienił ten dom tak, że już nie wygląda tak jak wcześniej: ale zapomniałam, co ja mówiłam…
— Powiedziała pani, madame, że uprzedzi Maurice’a, że sąsiadka ze wsi…
— Tak. W takim razie rozumiesz, postaram się tak przedstawiać tę sąsiadkę, aby wzbudzić w nim pewne podejrzenia. „Nie mogliśmy odmówić”, powiem, „zaspokojenia ciekawości tej pięknej młodej kobiety”. Tu położę naciskać na te ostatnie słowa. „Chociaż ona wydaje się dość niezwykła”, dodam, nie przestając podkreślać słów: „może nawet trochę nieprzyzwoita”, naciskając mocniej, „ale tu na wsi taka pojedyncza wizyta nie obliguje do odwzajemnienia się, poza tym taka wizyta nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji…”. W tym czasie będziemy obserwować, jaki efekt wywołają te słowa wypowiedziane w sposób naturalny, tak jak je teraz powiedziałam, jakby to była najprostsza i najbardziej naturalna rzecz na świecie… Potem udając, że idę sprawdzić, czy nie przyjechała, przyjdę poinformować cię o wszystkim, co się wydarzyło.
Madame de Barthèle, chcąc jak najszybciej zrealizować swój plan, podążyła w stronę drzwi, aby opuścić salon. A ponieważ Clotilde ruszyła za nią, Fabien zaczął żywić obawę, że jego plan się nie powiódł; jednakże baronowa zatrzymała swoją synową, mówiąc:
— Czekaj, moja droga, przyszła mi do głowy jeszcze jedna wzmianka na temat tej sąsiadki; a ponieważ chcę dodać fizyczne szczegóły do moralnego portretu tej kobiety, koniecznym jest, aby cię tam nie było, ponieważ twoja obecność mogłaby wprawić go w zakłopotanie, mój piękny aniele. Przy tobie nie ośmieliłby się zadać mi żadnego pytania, bo wierz mi, Maurice w głębi serca wie, jakie straszne krzywdy ci wyrządza.
— Madame!… — szepnęła Clotilde, rumieniąc się.
— Tylko popatrz, jakaż ona jest urocza — ciągnęła baronowa, mówiąc do Fabiena. — Jak mało jej mąż zasługuje na wybaczenie! — Następnie zwróciła się do synowej: — Kiedy Maurice powróci do zdrowia, posunę się nawet do takiej rady, moje drogie dziecko, żebyś w zamian dała mu coś do przemyślenia!
— Co masz na myśli, madame? — zapytała Clotilde, wpatrując się w teściową swoimi dużymi, lazurowymi oczami.
— Co mam na myśli? Jeśli naprawdę nie wiesz, moja droga, to ja sama ci to powiem w odpowiednim czasie!… ale powracając do naszej pani. „Właśnie przyjechała, widziałam ją”.
— Widziałaś ją? — zawołała Clotilde.
— Nie, moje drogie dziecko, nie rozumiesz; tak będę mówić przy Maurice`u, „Widziałaś ją?”, zapyta pan de Montgiroux. „Dopiero co ją zobaczyłam”, odpowiem. „Co to za kobieta”, twój wuj ponownie zapyta. „Ta kobieta…”. A tak à propos, monsieur de Rieulle, powiedz mi, jaka ona jest, abym mogła odpowiedzieć.
Chociaż Clotilde starała się tego nie okazywać, było oczywiste, że taka rozmowa sprawiała jej cierpienie, a jeśli nie cierpienie, to przynajmniej przykrość. Fabien śledził postęp tego cierpienia okiem wytrawnego fizjologa.
— Jest brunetką czy blondynką? — indagowała baronowa, która ze swą naturalną zręcznością nieustannego schodzenia z tematu przelatywała niczym pszczoła z kwiatka na kwiatek, a ponieważ nie była przyzwyczajona do zgłębiania czyjejś fizjonomii, nie zauważyła lekkiego skurczu na twarzy Clotilde.
— Brunetką.
— Doprawdy, jak mężczyzna może zakochać się w brunetce — dopytywała madame de Barthèle — skoro ma przed oczami najcudowniejszą blondynkę!… Wysoka czy niska?
— Normalnej postury, jednakże o doskonałych proporcjach.
— A jeśli chodzi o ubiór?
— Ma wyśmienity gust.
— Wyszukany?
— Och! Nie, ona ceni sobie prostotę.
— No cóż, widzę, że jesteś pan jej wielbicielem… Zostawiam was więc samych. Clotilde, przyjdziesz powiadomić mnie, jak tylko zobaczysz powóz madame Ducoudray. O ile ona w ogóle przyjedzie…
— Ależ prawdopodobnie przyjedzie w swoim powozie typu barouche, bo pogoda jest zbyt piękna, aby mogła się zamknąć w powozie coupé z zamkniętym, nierozkładanym dachem.
— O! Zatem ta księżniczka dysponuje takimi ekwipażami?
— Tak, pani; i nawet często są tematem rozmów socjety z powodu swej elegancji i komfortu.
— Och! Mój Boże! Mój Boże! W jakich czasach my żyjemy! — zawołała madame de Barthèle, wychodząc z salonu i pozostawiając Fabiena i Clotilde samych.
V
No cóż, jak już wspomnieliśmy, tego właśnie tête-à-tête (sam na sam) pragnął pan de Rieulle, który od chwili, gdy zobaczył wchodzącą młodą kobietę, tak manewrował rozmową, aby osiągnąć swój zamysł.
Teraz pozwolimy sobie powiedzieć kilka słów o panu de Rieulle, którego nie zdążyliśmy jeszcze przedstawić naszym czytelnikom.
Otóż Fabien de Rieulle był tym, co nazywamy „wulgarnym” (w pełnym tego słowa znaczeniu) przystojnym mężczyzną; co więcej, z pobieżnego wrażenia jego ubiór i maniery zdawały się spełniać najbardziej bezwzględne wymogi paryskiej elegancji i potrzeba było wprawnego oka lub bardzo uważnej analizy, aby rozróżnić w nim niuanse dzielące tego osobnika od dżentelmena.
Pomimo iż Fabien miał około trzydziestu lat, nie wyglądał na swój wiek. Jego włosy miały wspaniały, ciemnobrązowy kolor, podkreślony nieco jaśniejszą brodą, w którą wkradały się pojedyncze włosy o jeszcze jaśniejszym odcieniu; rysy jego twarzy, chociaż regularne, były bardzo wyraźne, ale zbyt głęboka czerwień, która zwykle rozlewała się na jego twarzy, pozbawiała go trochę tej dystynkcji, jaka zawsze towarzyszy bladości. Na pierwszy rzut oka był wysoki i dobrze zbudowany, jednak jego pokaźnych rozmiarów kończynom brakowało finezji i delikatności zarówno w nadgarstkach, jak i w dolnych przegubach stopy. Jego ciemnoniebieskim oczom, otoczonym dobrze zarysowaną brwią, nie dało się odmówić pewnej urzekającej siły; jednakże na próżno mogłyby dążyć do przywłaszczenia sobie tego tajemniczego, pełnego melancholii spojrzenia, które nadaje fizjonomii tyle uroku. Jednym słowem, cała jego osoba miała, jeśli można tak to ująć, nabytą elegancję, ale nie wrodzoną dystynkcję; miał wszystko, co zapewniają edukacja i społeczeństwo, ale nic, czym obdarowuje natura.
Fabien de Rieulle, zaprzyjaźniając się z Maurice’em de Barthèle, całkiem nieświadomie popełnił największy błąd, jaki mógł uczynić; ponieważ towarzystwo męża Clotilde skutkowało tym, iż uwidoczniało wszystkie te drobne niedoskonałości, które — gdy nie był przy nim — mógłby z łatwością ukryć.
Prócz tego jakaś zła passa wydawała się prześladować Fabiena, ilekroć chciał wdać się z Maurice’em w jakąkolwiek rywalizację; ten ostatni we wszystkim miał nad nim przewagę. Fabien, niezadowolony ze swojego krawca, porzucił go dla krawca Maurice’a, wierząc, że piętno doskonałości, które zauważył w postawie swojego przyjaciela, wynikało ze szczególnego kroju, jaki Humann nadawał swoim ubraniom. W ten oto sposób zaczął się ubierać u Humanna, a ponieważ nie był głupcem, szybko był zmuszony przyznać przed sobą samym, że ten mankament wynikał z pewnej korpulentności należącej do jego budowy. Fabien i Maurice często wystawiali swoje konie w wyścigach konnych; ale prawie zawsze, czy to w wyścigach na Champ de Mars (Polu Marsowym), czy w wyścigach w Chantilly, koń Maurice’a triumfował nad koniem Fabiena; niewątpliwie było to niewiele, bo tylko pół głowy, ale to wystarczało, by Fabien przegrywał zakład. Wtedy pan de Rieulle pod innym nazwiskiem (za duże pieniądze) kupował zwycięskiego konia i przekupywał dżokeja, któremu przypisywał zaszczyty zwycięstwa, i z tym samym dżokejem i tym samym koniem, który pokonał jego konia w poprzednim roku, nadal przegrywał — o jedną czwartą głowy co prawda, ale przegrywał. Zarówno Maurice, jak i Fabien byli osobami lubiącymi grać, a jako że obydwaj okazywali się świetnymi graczami, tak zwanymi dużymi graczami, których interesowały tylko duże stawki, obaj wiedzieli, jak przegrywać ze spokojem, niemniej tylko baron de Barthèle wiedział, jak wygrywać z taką samą obojętnością, z jaką tracił. Krótko mówiąc, nie brakowało ludzi, którzy twierdzili, iż rywalizacja Fabiena z Mauricem na tym się nie kończyła, ale że wkroczyła na pewien poziom, gdzie przy niewzruszoności serca Fabiena zaspokajała miłość własną, o wiele ważniejszą niż zmagania w ubieraniu się, w wyścigach czy zabawie, w których był pokonywany przez Maurice’a. Tak więc panu de Rieulle udało się osiągnąć wystarczająco dużo podbojów, aby stać się modnym; którym — jak pamiętamy — Maurice był od zawsze, oczywiście w innym tego słowa znaczeniu; i chociaż Fabien korzystał z łask księżnej de***, baronowej de***, lady de***; baron de Barthèle cieszył się opinią osoby, która gardzi takimi podbojami.
Jak widać Maurice zawsze i we wszystkim miał przewagę nad Fabienem. Dlatego ten ostatni poprzysiągł sobie, iż pewnego dnia, gdy tylko nadarzy się okazja, zemści się za swoją nieustanną niższość — i teraz, ku jego nadziei, wreszcie nadeszła chwila zemsty.
W rzeczywistości to skrajne zakłopotanie, jakie objawiło się w zachowaniu Clotilde, gdy tylko znalazła się z nim sam na sam, wydało się Fabienowi korzystną wróżbą. Jako człowiek doświadczony w sztuce uwodzenia, przyzwyczajony do używania wszelkich środków, które prowadzą do uwieńczenia miłosnej przygody, od razu przewidział korzyść, jaka wyniknie z propozycji złożonej mu poprzedniego dnia przez madame de Barthèle, by sprowadzić do Fontenay-aux-Roses kobietę, którą kochał jej syn. Ponieważ jednak ta uprzejmość względem baronowej mogła mu zaszkodzić w relacjach z żoną Maurice’a i zneutralizować korzyści, jakie spodziewał się czerpać z jej zazdrości; pod pretekstem zorganizowania Léonowi de Vaux tête-à-tête z Fernande, zaaranżował to tak, by to właśnie on był tym, który wprowadzi rywalkę Clotilde pod małżeński dach. A jako że wyprzedzał swojego przyjaciela o godzinę, w tym czasie dawał do zrozumienia żonie przyjaciela, iż został zmuszony do przyjęcia misji powierzonej mu przez madame de Barthèle. Misji, w której przynajmniej on nie chciał być aktywnym pośrednikiem zdarzenia, które — jakkolwiek by na nie spojrzeć — zawsze przedstawiało coś zarówno upokarzającego dla poczucia własnej wartości, jak też bolesnego dla serca młodej kobiety.
Początkowo po obu stronach panowała głęboka cisza; ale są chwile, kiedy milczenie wywiera większe wrażenie niż słowa, bez względu na to, jak przebiegłe lub namiętne mogą być; dzieje się tak, kiedy czujemy w naszych sercach rodzaj rezonansu tego, co dzieje się w sercach innych. Co działo się w sercu Fabiena? Wiemy… Ale w przypadku Clotilde? Skąd wzięło się to wewnętrzne wzburzenie, które próbowała przezwyciężyć? Czy zauważyła to uczucie, które się w niej obudziło, to znaczy pragnienie posiadania, które kobiety tak rzadko odróżniają od miłości? Czy nie była już obojętna na skutki, jakie wywołuje jej uroda, którą do tej pory — po części z szacunku dla niej, po części z obawy przed Maurice’em — ignorowali otaczający ją młodzi ludzie? Czy zdrada męża miała ten niefortunny skutek, iż wpuściła do tej młodej duszy uczucie niezgodne z jej powinnością małżeńską i już potajemnie, nie zdając sobie z tego nawet sprawy, pragnęła zemsty? Któż to wie? Próżność kobiety jest często zraniona bez wiedzy właścicielki przez jeden z tych instynktów kokieterii tkwiących w jej naturze. To wtedy w umyśle kobiety pojawiają się myśli rozdarcia wewnętrznego, których początkowo w pełni nie rozumie, ale które wracają z wytrwałością i które za każdym razem, gdy powracają, pozostawiają głębszy ślad swego przejścia. Jeśli prawdą jest, iż nasze myśli są wrodzone, a w naszej duszy znajduje się ich zalążek, to czyż zwykłe olśnienie przy pierwszej sposobności nie jest wystarczające, aby wykiełkowały?… a kiedy już wykiełkują, czyż nie rozwijają się one z taką szybkością w sytuacjach, które następują zaraz potem?
Clotilde była wyraźnie poruszona, a obecność Fabiena miała wiele wspólnego z jej emocjami. Niemniej jednak to ona, być może nawet z powodu tego tajemniczego wstydu, jaki ciążył jej na sercu, złamała ten niemy wstęp. Co do Fabiena, był zbyt sprytny, aby nie pozwolić jej do końca odgrywać roli pani domu i położyć kres milczeniu, bardziej wymownemu w jego oczach niż jakiekolwiek słowa.
— Monsieur — przemówiła młoda kobieta. — Czekając na powrót madame de Barthèle, może zechciałby pan ze mną obejrzeć nasze kwiaty, które podobno są bardzo rzadkie i które urzekają swym niezwykłym pięknem, a których nasz ogrodnik dogląda z taką pieczołowitością.
— Jestem do twoich usług, madame — odparł Fabien z ukłonem pełnym szacunku.
Na tę odpowiedź Clotilde, chcąc uniknąć wzroku młodego człowieka, który mógłby dostrzec jej wewnętrzne poruszenie, odwróciła się i wyszła z salonu, potem — przeszedłszy przez salę bilardową — weszła do oranżerii, a Fabien zgodnie ze swoim zapewnieniem podążył za nią.
— Tutaj, monsieur — rzekła żona Maurice’a, zatrzymując się i przyglądając wspomnianym kwiatom z uwagą zbyt przenikliwą i wystudiowaną, aby ta mogła być naturalna. — Niechaj pan spojrzy na te biedne rośliny, wydają się dzielić smutek domu i wszystkie wyglądają na opuszczone, odkąd Maurice zachorował. Prawdę mówiąc, jestem tu po raz pierwszy od ośmiu lub dziesięciu dni, a te kwiaty są zbyt delikatne, ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że zbyt arystokratyczne, aby pozostawiać je pod opieką jedynie prostego ogrodnika.
Fabien patrzył, z jaką satysfakcją Clotilde pieści te niewrażliwe rośliny; ale ze swojej strony nie przerywał milczenia. Dla niego to milczenie oznaczało prowokowanie innego rodzaju rozmowy, młoda kobieta to zrozumiała. Podniosła głowę, ale kiedy jej oczy napotkały płomienne spojrzenie Fabiena, skierowała je ponownie na swoje kwiaty. Następnie, widząc, że ma absolutny obowiązek okazywania pewności siebie, przynajmniej w swej postawie, uwierzyła, iż jest bardzo silna, dlatego wyprostowawszy się, kontynuowała swą rozmowę, używając choroby męża jako tematu przewodniego. Tylko że z tej choroby wybrała być może jedyny epizod, który w obecnej sytuacji powinna była pominąć.
Tak więc gdy podeszła do jednej z dużych kanap obitych perskim materiałem, otaczających oranżerię, z których można było zarówno podziwiać, jak też pielęgnować kwiaty z zewnątrz, usiadła na niej i po tym, jak dała znak Fabienowi, aby ten zrobił to samo, powiedziała z tą stanowczością, która zdradza wewnętrzny niepokój duszy.
— Monsieur, wykazałeś się wielkim entuzjazmem, opowiadając nam o tej madame Ducoudray. Czyż nie tak nazywa się ta pani…?
— Entuzjazm, madame? — wtrącił pośpiesznie Fabien. — Jeśli pozwolisz, pani, zaraz przekonam cię, jak bardzo się mylisz.
— Nie sądzę — odpowiedziała naiwnie Clotilde. — Albowiem bardzo uważnie przysłuchiwałam się tej rozmowie w salonie, która zainteresowała mnie przede wszystkim z powodu Maurice’a. Opisałeś ją wtedy madame de Barthèle nie tylko jako dostojną kobietę, ale także jako niezwykłą piękność; a czyniąc to, wyrażałeś się w sposób, który całkowicie pozwolił mi zrozumieć tę namiętność Maurice’a do tej, która teraz mnie pogrąża — w tym miejscu dodała, poprawiając się — która teraz pogrąża nas wszystkich tutaj w rozpaczy.
Była to mimowolna powściągliwość w słowach młodej kobiety, spowodowana raczej szybkością wyrażania myśli niż zmysłem wyrachowania, ponieważ Clotilde nie miała ani talentu aktorskiego, ani zamiaru wyjawiać w ten sposób najskrytszych bolączek, jakie trapiły jej duszę. To niedomówienie jednak nie umknęło Fabienowi. Żona Maurice’a de Barthèle, powołując się na przyczynę całego nieszczęścia, wierzyła, iż znalazła tam punkt oparcia; ale to gremialne „nas”, którym niewinnie sprostowała to pierwsze sformułowanie, swym natychmiastowym działaniem przytomności całkowicie odkryła swą duszę. Fabien jako człowiek wyrachowany zadowolił się wyjąkaniem kilku niejasnych słów. Tym razem rozmowa przybrała ton zbyt przychylny jego planom, by próbował zmienić jej kierunek.
— Wierz mi, pani — dodał — iż wielce ci współczuję, i utożsamiam się z bólem, który cię przytłacza… Gdyby tylko Maurice mnie posłuchał…
— Nie oskarżaj go — przerwała z kolei Clotilde. — Jest mniej winny, niż nam się wydaje. Jego postępek nie pociąga za sobą żadnych złych konsekwencji, to kaprys rozpieszczonego dziecka; jego matka i mój wujek już mu to pewnie wybaczyli.
— Jego matka tak — powiedział z uśmiechem Fabien — jednakże jeśli chodzi o pana de Montgiroux, przykro mi to mówić, ale wydawał mi się… mniej wyrozumiały.
— Co świadczy o tym, że my, kobiety, jesteśmy lepsze od was, mężczyzn.
— Ależ nikt tego nie kwestionuje.
— A jednak — ciągnęła Clotilde — chodzi o to, że istnieje duża różnica między sytuacją żony a sytuacją męża. Społeczeństwo… nie wiem dlaczego?… rozgrzesza was, mężczyzn, za niedochowanie wierności, za co nas, kobiety, zniesławia.
— Mylisz się, pani — odparł Fabien. — Być może opinia ludzka rozgrzesza takie występki ze społecznego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia uczuć. W związku z tym, a przede wszystkim w odniesieniu do ciebie, pani, mogę to powiedzieć, iż to uprzedzenie w swoim podwójnym aspekcie wydaje mi się absurdalne.
— Zatem będę mniej surowa niż pan, monsieur — odpowiedziała młoda kobieta, spuszczając wzrok. — Albowiem w tych okolicznościach widzę wszystko inaczej, a miłość własna mnie nie zaślepia. „Występek Maurice’a” — celowo używam tego słowa, którego ty użyłeś, aby zmienić jego znaczenie — „ten występek jest niezamierzony”. Kiedyś słyszałam takie powiedzenie, „że nasza wola jest bezsilna w sprawach sercowych” i chociaż mam w nich niewielkie doświadczenie, wierzę, że wola jest bezsilna wobec serca, a skoro jest bezsilna i nie może dać życia miłości, nie ma też siły, aby ją zakończyć.
— Niestety! Madame, to, co właśnie powiedziałaś — zawołał Fabien — jest aż nazbyt prawdziwe…
Niespodziewane westchnienie przerwało jego odpowiedź w chwili, gdy ta już miała stać się zbyt znacząca. Wszystko to zostało odegrane po to, by młoda kobieta mogła dostrzec jego wewnętrzne zakłopotanie.
Następnie, po chwili ciszy, jak gdyby potrzebował tego czasu na stłumienie emocji, kontynuował:
— Niemniej jednak jeśli chodzi o obecną sytuację, która dotyczy ciebie, pani, pozwól, że powiem ci całą prawdę. Otóż na mój honor, nie mogę zrozumieć szalonej namiętności Maurice’a do tej kobiety.
— A jednak jeszcze nie tak dawno wychwalałeś ją w taki sposób, aby usprawiedliwić te wszystkie szaleństwa, jakie każdy mężczyzna byłby w stanie dla niej popełnić — odpowiedziała Clotilde ze słabo skrywaną troską.
— Eh! Mój Boże, tak było, bez wątpienia — powiedział Fabien, jakby pokonany przez prawdę. — W każdym innym domu, gdziekolwiek indziej, obok jakiejkolwiek innej kobiety prawdopodobnie uznałbym ją za piękną; ale tu… w tych okolicznościach… Irytuje mnie jej obecność tutaj i chociaż z pozoru, żeby nie urazić madame de Barthèle, najpierw zgodziłem się na tę współpracę, teraz jej nie pochwalam. Ta kobieta obok ciebie, pani, to profanacja!
— Ach! Monsieur — zawołała żywo Clotilde w tonie, w którym zresztą było więcej braterstwa niż miłości małżeńskiej — kobiecie nie wolno zastanawiać się ani być surową co do środków, które mogą przynieść taki skutek, jakiego właśnie oczekujemy, gdy znajdzie się w straszliwej alternatywie ratowania bądź utraty męża. Pamiętaj, że tego wszystkiego zażądał lekarz, przyjaciel Maurice’a z dzieciństwa, jeden z najwybitniejszych lekarzy w Paryżu. Poza tym nikt nie jest w stanie zmienić przeszłości… Niebezpieczeństwo modyfikuje wiele rzeczy, sprawia, iż rezygnujemy z wielu społecznych względów, a narzuca cierpliwość i rezygnację. Powiedziano mi, że to mój obowiązek, zatem spełnię swój obowiązek, a być może pewnego dnia wdzięczność Maurice’a mnie wynagrodzi.
— Wyznam ci, pani — odparł Fabien — iż dziwię się, słysząc, jak w tej chwili mówisz w ten sposób. Wczoraj po tej scenie, której nie mógłbym sobie nawet wyobrazić, która notabene była owocem naszej wizyty, wydawało mi się, iż dostrzegłem w twoim sposobie wyrażania się pewien rodzaj bólu i oburzenia, za co sam siebie nawet zacząłem winić. Muszę przyznać, że nie do końca rozumiałem, jakie to ma znaczenie; ale refleksja, a co więcej, uczucie, jakie od wczoraj obudziło się we mnie z powodu twojej sytuacji, skłoniło mnie do sprostowania tego, co powiedziałem.
— No cóż, monsieur — odpowiedziała Clotilde — od wczoraj nastąpiła we mnie diametralna przemiana; tak, monsieur, nadzieja przyniosła swój naturalny skutek; w ciągu długich godzin nocy spędzonej bezsennie przy łóżku umierającej ukochanej osoby wyobraźnia nie przestaje działać. Co więcej, wyrozumiałość jest często sekretem spokojnego życia, a spokojne życie to prawie szczęście. Zatem widzi pan, że jestem rozsądna i dzisiaj mogę odpowiedzieć na to, co powiedziałeś mi wczoraj.
— Czyż bym miał na tyle nieszczęścia — odparł Fabien — aby sprawić ci, pani, przykrość moją szczerością? A jednak wczoraj nie powiedziałem ci, madame, niczego, czego nie mógłbym powtórzyć dzisiaj. Tyle tylko, że dzisiaj, kiedy znowu cię zobaczyłem, jestem w stanie w pełni docenić całą twoją wartość, a do tego, co powiedziałem wczoraj, dodam dziś, że nie rozumiem, jak ktoś mógł być tobie niewierny, niemniej jednak jestem skłonny współczuć twojemu mężowi, skoro tak nalegasz, abym go nie potępiał.
— Monsieur… — wyjąkała Clotilde, rumieniąc się i mimowolnie odsuwając, żeby nie zdemaskować swojego skrajnego zażenowania, w jakie właśnie wprawił ją Fabien.
— Zamilknę, jeśli absolutnie tego zażądasz — kontynuował młody człowiek — ale kiedy przyprowadzimy do ciebie tę kobietę, która zaślepia twojego męża do tego stopnia, iż uniemożliwia mu powrót do zdrowego, sprawiedliwego osądu, którym powinien zapewnić ci wyższość nad wszystkimi innymi kobietami, ty, pani, co pozwolę sobie nadmienić, stracisz tę wyższość i będziesz musiała jeszcze mniej potępiać owe środki, jakich zamierzamy użyć do wyleczenia przyczyny, która naraża jego życie na niebezpieczeństwo. Natomiast twoje dobre serce, któremu współczuję, będzie musiało wybaczyć ten kaprys, który powoduje takie spustoszenie; ale czy twój umysł będzie na tyle wyrozumiały?
— Przekonasz się, kiedy ona tu przybędzie, monsieur.
— Madame de Barthèle powiedziała mi przed chwilą, że twoje małżeństwo było małżeństwem bardziej z miłości niż z rozsądku. W takim razie albo ona się myliła, albo to ja powinienem być dziwnie zaskoczony, widząc, że twoje szczęście zostało zniszczone. Wiem, że miłość, jak to sama wcześniej powiedziałaś, śmieje się ze wszystkich konwenansów społecznych, a serce nie ingeruje w łączenie rodzin, ale musisz sama przyznać, że Maurice cię nie kochał… Tego dowodzi jego obecna sytuacja, której do końca nie mogę zrozumieć i, krótko mówiąc, to sprawia, że jestem na niego zły.
Fabien mówił z takim przekonaniem i zapałem, że Clotilde nie odważyła się podnieść wzroku; jednocześnie bała się milczeć i chociaż emocje skłaniały ją właśnie do milczenia, starała się je przerwać. Ten rodzaj zapalczywości, na którą pozwolił sobie Fabien, natchnął ją niejasnym przerażeniem, przed którym na próżno usiłowała się bronić. W końcu — nie starając się nawet, by w pełni wytłumaczyć sobie zamęt, jaki odczuwała — odpowiedziała z pozornym spokojem, co do którego monsieur de Rieulle nie dał się oszukać:
— W ciągu trzech lat mojego małżeństwa nigdy nie narzekałam na pana de Barthèle i gdyby nie ta ciężka, śmiertelna choroba, na którą cierpi w tej chwili, nadal ignorowałbym tę rażącą chwilę zapomnienia, której się dopuścił, zapomnienia, które mu wybaczam i które będę umiała zapomnieć, ponieważ kocham mojego męża.
Jednakże gdy wypowiadała te uroczyste słowa, głos jej zamarł w ustach i zapadła nowa cisza, której żadne z nich nie próbowało przerwać. Fabien uczynił duży krok — w tym czarodziejskim, uroczym zaciszu, pośród woni kwiatów, przy których tak często swym łagodnym, harmonijnym głosem Maurice coś opowiadał… A teraz Clotilde słuchała głosu innego niż głos jej męża, a ten głos dotarł do jej serca i sprawiał, że drżała.
Jeśli chodzi o Fabiena, ponieważ kierował się bardziej chęcią zemsty niż prawdziwą miłością, czuł się panem siebie, a co za tym idzie — i Clotilde. Podczas gdy młoda kobieta, przytłoczona ciszą podobną do sieci, której nie miała odwagi zerwać, ulegała niejasnemu wahaniu, tocząc wewnętrzną walkę z uczuciami, które były dla niej zupełnie nowe, Fabien ważył znaczenie najdrobniejszych słów, które zamierzał wypowiedzieć, by oświecić swoją rozmówczynię na temat tego, czego doświadczała, chociaż nie na tyle wyraziście, by mogło to zmienić niepokój, który musiała odczuwać i który doprowadzał ją do strachu.
Po dłuższej chwili owej kontemplacji i pod naciskiem jednego z tych magnetycznych spojrzeń, które się na sobie wyczuwa jak ciężar, Fabien przemówił:
— Czy pozwolisz mi, pani, abym przerwał twoje rozważania i podzielił się z tobą moimi? Wyjątkowość tej sytuacji pozwala mi sądzić, iż istnienie między nami pewna ufność, pewnego rodzaju zażyłość, która daje mi nadzieję, iż wybaczysz mi to, co ci teraz powiem. Mówisz pani, że kochasz Maurice’a? Wierzysz w to, musisz w to wierzyć, ale nie ma prawdziwej miłości bez zazdrości, a do tej pory albo dzięki wielkiej władzy nad sobą ukrywałaś ją, albo nie doświadczyłaś ani jednego z jej porywczych impulsów, które ujawniają obecność prawdziwej namiętności, sprawiając, iż niemożliwym jest już jakikolwiek spokój, albowiem na zawsze zatruwa ona życie. Ale jeśli twoja miłość nie została jeszcze objawiona poprzez te gwałtowne symptomy, które przy takiej miłości jednak istnieją, być może za bardzo się narażasz, przyjmując tutaj kobietę, która skradła serce twego męża, która odebrała ci nie tylko tytuł żony, ale i twoją wyższość nad wszystkimi kobietami, dającą ci prawo do roszczenia sobie wyłączności przede wszystkim do tego mężczyzny, który był wyłącznie twój. Być może rozsądniej byłoby nie dopuścić do konfrontacji z tą kobietą, zlecić mi, abym odwołał to spotkanie. Powiedz tylko jedno słowo, jest jeszcze czas…
— Ależ, monsieur — odpowiedziała Clotilde z lekkim ruchem zniecierpliwienia — zapominasz, że Maurice umiera, a lekarz twierdzi, że sama obecność tej kobiety może go uratować!
— To prawda, pani — kontynuował Fabien, czerpiąc przyjemność z obracania noża, którym zwiększał już i tak pokaźną ranę w sercu Clotilde. — Ale nawet gdy się założy, że ta kobieta może swoją obecnością dokonać cudu i przywrócić Maurice’owi życie i zdrowie, czy może jednocześnie uczynić go rozsądnym? Pomyśl o tym, pani, albowiem rzucając tą kostką, grasz o spokój całego swojego istnienia. Masz zamiar spotkać tę kobietę, ale punkt widzenia, z którego ją zobaczysz, wyolbrzymi wszystkie jej zalety. W moich oczach są one mało istotne, ale w twoich staną się prawdziwymi prymatami uprzywilejowanej pozycji. Bo chociaż jesteś wolna od kokieterii i ignorujesz fakt, że posiadasz niebagatelne, naturalne piękno i wdzięk, możesz uwierzyć, że jesteś od niej gorsza, ponieważ ona może go uleczyć, czego ty nie możesz. Być może wtedy, poprzez mylne mniemanie swojej skromności, poczujesz, jak twoją duszę przeszywa paląca trucizna zazdrości, ta nieustająca męka, ten niekończący się ból; wtedy nie będziesz już w stanie odróżnić, co jest prawdą, a co fikcją; zmienisz swój prostoduszny styl bycia na wystudiowane maniery; ekspresja błyskotliwych słów, podkreślająca tupet i bezczelność odpowiedzi, wyda ci się lepsza od twojej nieśmiałości, której nie będziesz miała odwagi pokazać. Zobaczysz ją, pani, i usłyszysz; ale nie zobaczysz ani nie usłyszysz siebie i będziesz nieszczęśliwa, bo uwierzysz, że jesteś naprawdę gorsza. A ja nie zawsze będę mógł być przy tobie, by ci powiedzieć: „Przewyższasz tę kobietę, pani, jak diament kwiat, jak gwiazda diament!”. Ostatecznie albo będziesz nieszczęśliwa, albo przestaniesz go kochać.
Podczas tej wypowiedzi zarówno spojrzenia, jak i głos Fabiena były tak ożywione i przekonywające, że zmieszanie Clotilde z każdą chwilą stawało się coraz bardziej widoczne. Jednakże dzięki wewnętrznej sile woli sprawiała wrażenie, jakby była całkowicie nieporuszona.
— Zapominasz pan — odpowiedziała młoda kobieta — że dziś nie chodzi o mnie, ale o Maurice’a; że to nie ja przyprawiam jego matkę o drżenie; niemniej jednak jestem wdzięczna za pańskie zainteresowanie i współczucie, jakie okazujesz mojej osobie, chociaż trochę zdumiewa mnie to, z jak wielką gorliwością wyjaśniasz mi moją nieszczęśliwą sytuację.
— Ta gorliwość nie dziwiłaby cię w najmniejszym stopniu, madame, gdybyś mogła czytać w moim sercu, wówczas doceniłabyś wartość uczucia, które mną kieruje, i w ten sposób mogłabyś się przekonać, że jest ono nawet silniejsze niż to, które mam do mojego najlepszego przyjaciela.
To wyznanie było tak bezpośrednie, tak jednoznaczne, że Clotilde nie mogła powstrzymać swojego zaniepokojenia.
— Chociaż cię słucham, monsieur — powiedziała młoda kobieta, przyjmując zimny i powściągliwy ton — jednak przestaję cię rozumieć.
— Wybacz mi, pani — odparł Fabien, udając zawstydzenie, którego w żaden sposób nie odczuwał. — Zapomniałem, że nie mam zaszczytu być ci wystarczająco znanym; więc jestem zmuszony porozmawiać z tobą przez chwilę o sobie, madame (zamiast kontynuować rozmowę o tobie, pani), aby wyjaśnić ci wyjątkowość mojego charakteru, a raczej osobliwość mojego serca.
Wypowiedziawszy te słowa, Fabien zamilkł na dłuższą chwilę, a w tym czasie w jego oczach zabłysło kilka łez. Głębokie emocje zdawały się więzić głos w gardle. Clotilde wbrew sobie nadal słuchała.
— Pod pozorem ziemskiej frywolności — kontynuował — ukrywam bardzo nieszczęśliwe serce; tak, pani, żałuję, że mimo woli jestem zawsze po stronie uciskanych, kimkolwiek oni są. Wybacz mi tę wylewność i postaraj się ze mnie nie naigrywać. Zazwyczaj daję się ponieść emocjom do tego stopnia, że na balu zamiast zwracać się do kobiet, które przyciągają wielbicieli ze względu na swoją urodę lub wytworność, szukam biednej, opuszczonej kobiety, której nikt nie zaprasza do tańca, aby mogła uczestniczyć w przyjemności i radości innych. Gdziekolwiek napotkam bezradność, ma ona prawo do mojej uwagi, do mojej troski i do mojego szacunku. Nie staram się nawracać grzeszników, ale odczuwam delikatną przyjemność w pocieszaniu. Jest to rola, która nie przydaje zbyt wiele blasku, ale sprawia dużo satysfakcji.
W głosie Fabiena było tyle prawdy i przekonania, że nawet kobieta najbardziej przyzwyczajona do tego rodzaju intryg dałaby się tym zwieść. Tak więc, widząc efekt, jaki wywołał, pan de Rieulle mówił dalej:
— Gdybyś tylko wiedziała, pani, jak wiele jest niesprawiedliwości na świecie do naprawienia! Ileż kobiet, które uważa się za szczęśliwe, odwraca głowy, by ronić łzy, a ile uśmiechów wędruje po ustach, choć nie wychodzą z serca!
— Ależ monsieur, masz świadomość, że z tego, co mi właśnie wyjawiłeś — indagowała Clotilde — całe twoje życie musi być jednym wielkim aktem poświęcenia?
— Ach, zaraz akt poświęcenia, z pewnością to nie zasługuje na aż takie uznanie, pani; albowiem w końcu może nadejść dzień, kiedy kobieta, która być może nigdy by na mnie nie spojrzała, zrozumie różnicę między sercem tego, który ją porzuca, a sercem tego, który jej współczuje; kobieta, która raczy mi wynagrodzić to słowem albo uśmiechem, czyniąc mnie tym samym najszczęśliwszym z mężczyzn.
Tym razem nie było już wątpliwości co do znaczenia słów ani co do intencji osoby, która je wypowiedziała; w następstwie tego Clotilde, całkiem blada, wprawiona w największe zakłopotanie, z nagła powstała, mówiąc z kurtuazją:
— Przepraszam, monsieur, ale wydaje mi się, że słyszę dźwięk powozu; prawdopodobnie to madame Ducoudray wjeżdża na dziedziniec, a ja obiecałam pani de Barthèle, że poinformuję ją o przybyciu gościa.
Wypowiedziawszy te słowa, młoda kobieta energicznie wyszła z oranżerii, błyskawicznie przeszła przez salę bilardową, po czym zniknęła za drzwiami salonu.
— Brawo! — wykrzyknął Fabien do siebie, poprawiając kołnierzyk koszuli i wygładzając mankiety. — Moje sprawy idą w jak najlepszym kierunku!… Uciekła, co pokazuje, że bała się słuchać mych słów. Ach! Widzę, że jestem stworzony do roli asystenta lekarza; dobrze, niech więc tak będzie! Ale zapłacą mi za moje wizyty.
VI
Rochefoucauld powiedział w swoich cynicznych maksymach, że w nieszczęściu przyjaciela zawsze jest coś, co nas cieszy.
Ów La Rochefoucauld, słynny moralista, przedstawił sprawę z najbardziej filantropijnego punktu widzenia; albowiem równie dobrze mógłby powiedzieć, że nie ma nieszczęścia, którego nie byłoby można wykorzystać, albo katastrofy, z której ktoś nie mógłby skorzystać, lub żadnego tragicznego wydarzenia, którego jakiś spekulant nie mógłby nagiąć dla własnego zysku.
W ten oto sposób Fabien de Rieulle i Léon de Vaux dostrzegli w chorobie swojego przyjaciela Maurice’a de Barthèle’a okazję do zastąpienia go: pierwszy — obok jego żony, drugi — obok kochanki. W rzeczywistości przez jakiś czas krążyła plotka, iż Fernande należy do młodego barona de Barthèle, gdyż najwyraźniej uległa jego wdziękom; a jako że nie pojawiła się żadna plotka o ich zerwaniu, bowiem oboje podjęli wszelkie środki ostrożności, aby ukryć swoją bliskość, stąd przypuszczano, iż połączyła ich bardzo romantyczna i pełna namiętności miłość… Przynajmniej dopóki cała prawda nie wyszła na jaw, to znaczy do poprzedniego dnia.
Teraz, kiedy Léon de Vaux nie miał już wątpliwości, że nastąpiło ostateczne zerwanie w stosunkach między Maurice’em i Fernande, dręczyła go jedyna myśl: kto zastąpił Maurice’a? To była dla niego poważna sprawa, ponieważ desperacko chciał poznać zachcianki tej kobiety, która — choć od dość dawna akceptowała jego towarzystwo — jednak nigdy nie pozwalała mu się zbliżyć na tyle, by go to usatysfakcjonowało. W rzeczywistości prawie od roku Léon de Vaux, choć był dostatecznie bogaty, miał maniery i dość dystyngowaną twarz, która nie powinna wzbudzać odrazy, zwłaszcza u kobiety, którą określano mianem lekkich obyczajów, daremnie czekał na powiew kaprysu z jej strony.
Co do reszty, Léon de Vaux z wytrwałą cierpliwością przyjął rolę tak zwanego amanta nadliczbowego; młodszy od Fabiena o co najmniej sześć lub osiem lat, utrzymywał platoniczne stosunki z najsłynniejszą kurtyzaną Paryża, bo — mówiąc wprost — taki tytuł powszechnie nadawano Fernande, co odzwierciedlało jej błyskotliwość i sławę, jaką miała. Léon znalazł w tym również i zalety, albowiem w tym czasie rozpoczął karierę „człowieka mającego szczęście”, który uwodził pruderyjne kobiety, dzięki czemu ze zwykłego kobieciarza niespodziewanie stał się mistrzem w tym rzemiośle; dodajmy jednak, że nigdzie, nawet w najbardziej egzaltowanym towarzystwie, nie spotkał niewiasty, która przemawiałaby mocniej do jego serca niż Fernande.
Jeśli chodzi o tę ostatnią, posiadała przeróżne ekwipaże, dostosowując każdy powóz do pory roku, czyli calèche latem, a coupé zimą, wszystkie były w najbardziej eleganckim kształcie i prawie zawsze w kolorze ciemnobrązowym; jej służba nosiła uniformy w stylu angielskim, to znaczy w kolorze czarnym, podczas gdy zaprzęg cudownie pięknych, pstrokatych koni z błyszczącą, czarną uprzężą, ledwie wzmocnioną kilkoma srebrnymi nitkami, wskazywał jeśli nie na podwyższony stan, to przynajmniej na wyśmienity gust kobiety, którą wieczorem ludzie widywali schodzącą pod perystyl opery włoskiej, a czasami rano przy małych drzwiach kościoła Saint-Roch. Gapie, którzy oceniają wszystko powierzchownie, którzy zazdroszczą szaty zewnętrznej, nie znając rzeczywistości, którzy uważają, że szczęście polega na rozkoszowaniu się luksusem, kiedy widzieli taką piękną, młodą i elegancką kobietę wyskakującą lekko z powozu, mówili do siebie: „Oto szczęśliwe stworzenie!”.
Ale tym, co dawało Fernande idealny wizerunek femme comme il faut, kobiety szanowanej, były czystość i prostota jej słów, pewność siebie, wdzięk podczas poruszania się, prostota stroju i arystokratyczne maniery. Jej osądy, formułowane z wielką wyrazistością, co jest cechą rzadką, zawsze były logiczne, choć śmiałe w intencjach. Niezależnie od tego, w jakiej specjalności sztuki toczyła się dyskusja, w której brała udział, zawsze jej wypowiedź odznaczała się niekwestionowaną wyższością gustu. W muzyce jej spostrzeżenia charakteryzowały się taką techniczną dokładnością i taką finezją wyczucia, iż nikt nie próbował nawet ich podważać. Jeśli zasiadała do fortepianu, co czyniła, gdy ją o to poproszono, a czasami spontanicznie, jej pierwsze preludium ujawniało geniusz inspiracji. Niewielu wybrańców zostało wpuszczonych do jej atelier, ale ci, którym dzięki szczególnej łasce udało się tam wejść, mówili, iż niemożliwym jest, aby jej płótna nie zostały wyretuszowane przez jakiegoś wielkiego malarza, jej bardzo bliskiego, który uczynił to w ramach podarku dla swej kochanki. Ponadto umiała zarówno chwalić, jak też i krytykować, i tu musimy dodać, że nie tylko z dużo większą sprawiedliwością, ale z dużo większym rozeznaniem niż ci, którzy całą swoją karierę opierają na tym niefortunnym zawodzie nazywanym krytyką. Pomimo iż jej gust literacki zdawał się bardzo surowy, przeczytała kilka drugorzędnych dzieł, lecz jeśli chodzi o jej bibliotekę, ta składała się z dużej ilości książek wielkich pisarzy wszystkich stuleci. Stąd pod względem osądu, kultury i manier Fernande nie tylko dorównywała najwybitniejszym i najbardziej chwalonym damom arystokracji, ale pod pewnymi względami nawet je przewyższała. Co do przymiotów serca, czy miała je w takim samym stopniu jak inteligencję? Tylko jej bliscy przyjaciele mogliby obalić lub potwierdzić opinie tych, którzy znali ją powierzchownie i którzy mogliby powiedzieć, że jest złą kobietą, która nie ma serca, niemniej jednak nikt nigdy nie wspomniał, choćby jednym słowem, o jakimkolwiek jej złym uczynku.
Zatem czy Fernande zawdzięczała swoje triumfy urokowi osobistemu, delikatności rysów twarzy czy też ogromowi swoich talentów? Czy bardziej ujmował jej zawsze widoczny wdzięk lub cechy, które ktoś odkrywał w niej, gdy ją lepiej poznawał? Kto ukształtował tę wyjątkową szlachetność? Skąd ona się wzięła? Kto obdarzył tę młodą latorośl cechami lwa? Niestety! Do wszystkich tych pytań, które pozostawały bez odpowiedzi i które również przez swą ciekawość doprowadzały do rozpaczy najbardziej bliskich przyjaciół, należało dodać jeszcze jedno, którego nikt nie zadawał, a które jednak dla każdego, kto znał tę niezwykłą kobietę, stało się ważne: jakie uczucia dominowały w jej duszy? Wprawdzie ich ekspresyjność jak też wzniosłość były znane; ale kto przeniknąłby jej tajemnice, w tym życiu tak uwielbianym i pozornie tak szczęśliwym, kto mógłby powiedzieć, że nie było w nim głębokich smutków i obfitych łez? Tymczasem wszystkie oblicza tej majestatycznej egzystencji świeciły jak piękne jezioro z przejrzystą wodą, które zdawało się odbijać wszystkie promienie słońca.
Léon de Vaux, zamiast najpierw wprowadzić Fernande do salonu, gdzie, jak sądził, była oczekiwana, wysiadłszy z powozu, zaprowadził ją do ogrodu pod pretekstem umożliwienia podziwiania jego piękna, a w rzeczywistości — aby odłożyć żenujące wyjaśnienia, które (jak słusznie przewidywał) w końcu musiały jednak nastąpić. Zachwycony tym, że ma Fernande jedynie dla siebie, nie zdobył się na to, by poinformować ją o ważnym zadaniu, które miała spełnić, i o niebagatelnej roli, jaką miała do odegrania; za każdym razem powtarzał sobie: „Później!”. A teraz, gdy doszedł do momentu, gdy Fernande miała wejść na scenę, nie miał odwagi, by jej to powiedzieć. Polegając więc na przywykłym do wszelkich impertynencji, śmiałym charakterze swojej przyjaciółki oraz licząc na pomoc przypadku, który często sprzyja głupcom, jako że ci ostatni są tak samo ślepi jak on, przystąpił beztrosko z całą nonszalancją swojego zwykłego dandyzmu do zmierzenia się z jedną z najbardziej delikatnych kwestii społecznych, jakie kiedykolwiek zostały poruszone, a mianowicie wprowadzenia kurtyzany do rodziny. I wskazując swojej pięknej towarzyszce udogodnienia całej posiadłości: omszały dywan trawnika, przejrzystość stawu, wspaniałość panoramy, którą można było z tego miejsca podziwiać, wspiął się z nią po schodach werandy, przeprowadził przez przedsionek, a na koniec wprowadził do salonu, gdzie obecność Fabiena zdawała się uspokoić Fernande.
— Ach! Monsieur de Rieulle — zawołała, widząc Fabiena. — Nareszcie cię widzę!… Prawdę mówiąc, zaczynałam odczuwać pewien niepokój, przyznaję, bo ta wycieczka, choć jest wyjątkowa, napawa mnie zarówno podziwem, jak też i strachem. Przesłuchiwałam pana de Vaux, jednakże nie udało mi się uzyskać od niego ani słowa na ten temat, albowiem był taki tajemniczy i powściągliwy. Ale ty, monsieur de Rieulle, powiesz mi, mam nadzieję, gdzie jesteśmy i co to za zaczarowany dom, w którym nikogo nie widać, a wszystko w nim wydaje się pogrążone w głębokiej ciszy. Czyżbyśmy przypadkiem byli w pałacu Śpiącej Królewny?
— Dokładnie, madame, a ty jesteś wróżką, która ma tu wszystko przywrócić do życia.
— Hej, dosyć żartów, monsieur de Rieulle! — kontynuowała Fernande. — Dlaczego przywieziono mnie tutaj, do tego domu? Czyżbym miała wziąć udział w jakimś przyjęciu wiejskim? A może mam uczestniczyć w ceremonii zwieńczenia ogrodu różanego? Jaki jest powód tego zaskoczenia, z jakim mnie słuchasz? Czy mówię w języku, którego nie rozumiesz? Odpowiedz!
— Jak to?! Pani — zawołał ze zdumieniem Fabien — czy ten szalony Léon nic ci nie powiedział…?
— Mój drogi — wtrącił pospiesznie Léon ze swoim zwykłym, głupim dandyzmem — czyż nie możesz zrozumieć, że będąc sam na sam z madame, nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko ją podziwiać i po stokroć powtarzać, jak bardzo ją uwielbiam?
— W takim razie musisz przyznać, że jestem naprawdę wspaniałomyślna — odpowiedziała Fernande — skoro pozwoliłam ci powiedzieć to samo sto razy, nie dając do zrozumienia, że to i tak o sto razy za dużo.
Zwykle pobłażliwa, Fernande umiała jednak od czasu do czasu, zwłaszcza w przypadku niektórych mężczyzn, zachować dystans wobec wszelkich pozorów nadmiernej zażyłości i bronić swojej godności. Wtedy najzimniejsza obojętność mroziła jej uśmiech, przytępiała wzrok i tak jak miała moc budzenia radości, tak udawało jej się swoim lodowatym wyglądem oraz lodowatym tonem głosu zdyscyplinować każdego impertynenta, co właśnie teraz uczyniła.
Léon de Vaux wybełkotał kilka słów przeprosin; Fabien, który nie musiał się usprawiedliwiać, czekał.
— Panowie — ciągnęła Fernande, swoim chłodnym tonem — widziałam, jacy byliście pełni entuzjazmu dla tego miejsca, dla elegancji, dla komfortu wiejskiego domu, który, jak powiedzieliście, jest na sprzedaż. Wiedzieliście, że chcę kupić tego rodzaju nieruchomość, dlatego przyjechałam tu, aby ją obejrzeć. Rzeczywiście ten dom jest piękny, dość niezwykły i bardzo elegancki; ale przecież nie może być niezamieszkany. Ktoś w nim mieszka, choćby pośrednik. Kim jest ta osoba? Gdzie jest ten pośrednik? Mówcie, gdzie jesteśmy? Czy to jakaś niespodzianka, którą przygotowaliście? Ostrzegam was, nienawidzę niespodzianek.
Zły nastrój, jaki zaczęła odczuwać Fernande, ujawniał się u niej zazwyczaj po szybkości mówienia. Jednak młoda kobieta, wiedząc, że człowiek zachowuje swoją siłę tak długo, jak długo panuje nad sobą, nie dała im tego poznać, a ponieważ dwaj młodzieńcy nie znali jej na tyle dobrze, nie byli w stanie odgadnąć jej wewnętrznego niezadowolenia, które stawało się coraz bardziej widoczne.
— Madame — odparł Léon, starając się nadać swej twarzy subtelność — znajdujesz się w domu osoby, której, jak sądzimy, ponowne spotkanie nie sprawi ci przykrości.
— Ach! Doprawdy? — zawołała Fernande, ukrywając swój gniew pod ironicznym uśmiechem. — Wyczuwam w tym jakiś podstęp. Domyślam się tego po twoim wysublimowanym zachowaniu. Teraz sobie przypominam: wczoraj mówiłeś do mnie z tą swoją nienaturalną melancholijnością o wielkim panu; ale ja tego wielkiego pana nie znam i nie chcę poznać. Zatem nie każ mi więcej trawić mojej ciekawości i powiedz, gdzie jestem.
Następnie, kierując swe słowa do Fabiena, zmarszczywszy lekko piękne, czarne brwi kontynuowała z mocno tłumioną niecierpliwością:
— Zwracam się do pana, monsieur de Rieulle, bo jestem pewna, że jest pan zbyt wielkim dżentelmenem, aby odważyć się na coś tak niegodziwego, iżby chciał pan robić sobie tego typu niegrzeczne żarty.
Léon przygryzł wargi, podczas gdy Fabien, próbując się uśmiechnąć, wyznał:
— Nie mogę już tego dłużej przed tobą, madame ukrywać. Tak, to prawda, ta wycieczka, którą zorganizowaliśmy, była podstępem, abyś tu przyjechała. Zrobiliśmy to w dobrej wierze, bo w tej godzinie to ty, pani, jesteś tutaj najważniejszą i przede wszystkim najbardziej potrzebną osobą w tym całym skądinąd niewinnym spisku; możesz być spokojna, chodzi jedynie o przywrócenie do życia biednego, chorego człowieka.
— Tak, madame — dodał szybko Léon — chorego z miłości. To jedna z twoich ofiar, pani, druga odsłona cierpień młodego pacjenta André Chéniera. Znasz go, bo to twój ulubiony poeta, który kiedyś powiedział mniej więcej tak:
…Szaleńcy — oto, kim jesteśmy! Stokrotnie za to ręczę
i to przez tę wieczną miłość, co wciąż ludzi dręczy…
— Naprawdę! — zawołała Fernande z ironicznym wyrazem twarzy i tonem zdradzającym rosnącą w niej złość. — Monsieur de Vaux, przyznam się, że jestem pełna podziwu dla twojego rozpoetyzowania. Cóż za wzniosłość i ile poświęcenia, zwłaszcza w odniesieniu do tak wielkiej miłości, jaką podobno czujesz. To naprawdę dobrze pasuje do mężczyzny, który powtarzał mi sto razy w ciągu godziny, że jest we mnie szaleńczo zakochany.
Następnie po krótkiej chwili milczenia, podczas której Fernande była w stanie zebrać myśli i rozważyć, co powinna uczynić w tej sytuacji, przybrała tak wielki spokój, iż ten mógłby onieśmielić nawet najodważniejszego mężczyznę… I z akcentem kobiety, która podejmuje niezachwiane postanowienie, kontynuowała:
— Rozdysponowaliście moją osobą w sposób bardzo niegrzeczny, przyznaję, albowiem nie przypominam sobie, abym dała wam do tego prawo, panowie, to jest fakt niezaprzeczalny; niemniej jednak powiedzmy, że tym razem, ostatnim razem puszczę to w niepamięć. Jak wiecie, jestem tu osobą najmniej świadomą owego spisku w dobrej wierze. No cóż, zważywszy na okoliczności, podejmę się tego ryzykownego przedsięwzięcia, ponieważ to chyba jedyny sposób, aby zadowolić was wszystkich. Monsieur de Vaux, jest pan bardzo wspaniałomyślny; to jakieś całkiem nowe oblicze, pod którym właśnie cię poznałam. A co do ciebie, monsieur Fabien, przyznaję, że moje spostrzeżenia są mniej zaawansowane, jednak nie wątpię, iż kierował tobą motyw tym bardziej zaszczytny, który zapewne był również bezinteresowny. Zobaczymy… ale jeśli się nie mylę — tu zamilkła, nasłuchując — nasza samotność zaraz zostanie przerwana.
Rzeczywiście, w tej samej chwili drzwi do salonu się otworzyły, a madame de Barthèle, powiadomiona przez Clotilde o przybyciu madame Ducoudray, pojawiła się na progu, zanim, jak widzieliśmy, Fernande zdążyła uzyskać choć jedno słowo wyjaśnienia od dwóch młodych mężczyzn.
Na widok baronowej nastąpiła zauważalna zmiana wyglądu kurtyzany — wydawało się, jakby urosła o cal, a ironiczny wyraz, jaki odbijał się na jej twarzy, zastąpiła fasada chłodnej rezerwy.
Poza, jaką przyjęła madame de Barthèle, była poważna i wystudiowana; sztuczny uśmiech, który na moment zagościł na jej twarzy, jedynie zniekształcił to szczere oblicze, pełne naiwnej życzliwości. Wchodząc, skłoniła się zbyt nisko, aby to powitanie można było uznać za uprzejme; jednym słowem, wszystko w niej zdradzało troskę, jaka musiała ją niepokoić, kiedy podjęła to niezaprzeczalnie najwyższe postanowienie, by przyjąć w swoim domu tę kobietę, na którą nigdy nie zwróciłaby nawet najmniejszej uwagi, gdyby tylko los nie postawił tej upadłej istoty na jej drodze.
Matka Maurice’a miała spuszczony wzrok, jakby pod wpływem skrytego strachu, i podniosła go dopiero po tym, jak wyraziła się we właściwy sposób, jednakże każde jej słowo, choć wydawało się z góry przemyślane, wyrażało całą niecierpliwość i niepokój, jaki odczuwała w zwątpieniu i nadziei na obecność tej, która zechciała przyjąć jej zaproszenie.
Dopiero wtedy, gdy jej krótka przemowa została poprawnie zakończona, baronowa de Barthèle spojrzała na Fernande.
Widząc kobietę o tak wytwornym wyglądzie, piękną, ubraną z taką prostotą i tak wykwintnym gustem, baronowa albo pod wpływem odpokutowania za swoją wcześniejszą postawę, albo w wyniku niewytłumaczalnej satysfakcji, jaką odczuwała w głębi duszy, natychmiast wykonała mniej ceremonialny ukłon niż pierwszy.
Madame de Barthèle, dzięki doświadczeniu w szybkim badaniu ludzi ze społeczeństwa, w którym żyła, i dzięki temu pożerającemu spojrzeniu, z jakim kobieta patrzy na inną kobietę, dostrzegła wszystko, co chciała zobaczyć: że biała sukienka, którą miała na sobie Fernande, uszyta była z najlepszego muślinu z Indii; że słomkowy kapelusz z Włoch, który nosiła, został wykrojony przez mademoiselle Baudran; że czarny płaszcz, który zakrywał jej ramiona i podkreślał kontury jej smukłej i eleganckiej talii, zamiast ją zakrywać, uwydatniał jej biust, co pochodziło, jak mówiono wówczas, z warsztatów mademoiselle Delatour; na koniec zarówno kolor, jak i rozmiar pantofelków, które pasowałyby na stopy dziecka, oraz odcień rękawiczek, które zakrywały dłonie Fernande, wszystko to zdradzało w najdrobniejszych szczegółach, iż pochodzi ona z nie wiadomo jak dobrego rodu i że zwykła gryzetka — nieważne, jak mogłaby być bogata — nigdy nie byłaby w stanie jej dorównać; albowiem jej istota składała się z nieznanej, słodkiej, subtelnej esencji, którą czujemy bardziej, niż widzimy, a która — podobnie jak perfumy — silniej objawia się duszy niż zmysłom.
Zaniepokojona i jednocześnie zachwycona tym swoim wnikliwym badaniem madame de Barthèle zaczęła mówić z całkowitą swobodą, pozwalając, aby słowa wyrażały jej myśli:
— Pani — rzekła baronowa niemal z serdecznym uniesieniem — dziękuję ci z całego serca za czas, jaki zechciałaś poświęcić dla szczęścia mojej rodziny.
Fernande, nie mniej zdumiona słowami madame de Barthèle, niż jej wyglądem, ale powstrzymywana przez tę rezerwę i zawsze niezbędną ostrożność, którą narzucała jej sytuacja, a która w obecnych wyjątkowych okolicznościach nawet się zdwoiła, wykonała ze swojej strony dwa ukłony na wzór tych, które do niej skierowano, po czym odpowiedziała tym harmonijnym i jednocześnie wibrującym głosem nadającym tak wielką wartość jej najmniejszym słowom, z tym doskonałym tonem, który inspirowany życzliwą myślą wydawał się uwydatniać najprostsze frazy:
— Kiedy ja naprawdę nie wiem, madame — odpowiedziała — jak mogłabym ci się przydać i co mogę zrobić, jak mówisz, dla szczęścia twojej rodziny…
— Co możesz? — zawołała madame de Barthèle, stopniowo poddając się nieodpartemu wpływowi nieznajomej. — Ależ ty możesz zrobić wszystko… wszystko, sam lekarz ci to powie, który oprócz tego, że jest świetnym specjalistą, jest też człowiekiem o wybitnym umyśle…
Fernande rzuciła dwóm młodym ludziom wymowne spojrzenie, jakby pytając ich o znaczenie tego języka, prosząc o klucz do tej zagadki, która stawała się dla niej coraz bardziej niezrozumiała.
W tym czasie madame de Barthèle sama w głębi duszy potwierdziła przychylną opinię, jaką wyrobiła sobie, widząc po raz pierwszy tę wyjątkową kobietę, z którą zetknęło ją nieszczęście.
— Madame — odparł Léon de Vaux na zadane mu przez Fernande nieme pytanie i wskazując z najgłębszym szacunkiem na postać madame de Barthèle — oto matka, która będzie zachwycona, mogąc zawdzięczać pani szczęście swego syna.
Było coś tak absurdalnego w znaczeniu tych słów, a zwłaszcza w poważnym i nieco kpiącym tonie tego, który je wypowiedział, że w innych okolicznościach Fernande pewnie poczułaby jeden z tych impulsów do wybuchu śmiechu, na który od czasu do czasu sobie pozwalała; niemniej jednak w obecnej chwili poprzestała na nieznacznym uśmiechu wewnątrz siebie, który nawet nie poruszył jej ust. Kobieta przedstawiona jej jako matka zatroskana o życie swojego syna, na której twarzy bezwiednie malował się głęboki smutek, była w swojej postawie tak otwarta i prawdziwa, że Fernande zrozumiała przez niejasne przeczucie duszy, że ten z pozoru absurdalny incydent był przyczyną prawdziwego cierpienia i być może wielkiego nieszczęścia. W efekcie natychmiast ze szczerą życzliwością poprosiła madame de Barthèle o wyjaśnienia.
Wówczas ta ostatnia, stopniowo zapominając o pierwotnym postanowieniu, jakie podjęła, aby odgrywać wielką damę, zachowując przy tym surowość języka i chłodne nastawienie (nie zdając sobie sprawy, iż uległa urokowi Fernande), odpowiedziała ze swoją zwykłą, poczciwą, beztroską naturą:
— Ach! Mój biedny syn kocha cię, pani… Biedne dziecko!… Tak, pani, on cię kocha, a miłość, którą w nim zainspirowałaś, wprawiła go w okropny stan apatii, tak że nie ma już ochoty żyć. Istnieje niebezpieczeństwo śmierci, madame; ale skoro byłaś na tyle uprzejma, aby przyjąć naszą propozycję, by przyjechać tu i spędzić kilka dni u naszego boku, u jego boku…
Zdziwienie Fernande objawiło się tak wyrazistym odruchem oburzenia, iż nikt nie mógłby tego nie zauważyć. Baronowa, widząc, iż okrutnie zraniła młodą kobietę, chwyciła dłoń kurtyzany i ściskając ją z mimowolnym uczuciem, mówiła dalej:
— Ach! Pani! Błagam cię, nie obrażaj się. Bądź wyrozumiała i zrekompensuj smutek, który bez wątpienia spowodowałaś nieświadomie. Wiedz, iż możesz być pewna, że będziemy umieli docenić i być wdzięczni za całą twoją dobroć i uprzejmość…
Młoda kobieta, słysząc te słowa, pobladła jak ściana, a madame de Barthèle widząc jej bladość, zrozumiała, do jakiego stopnia słowa, które właśnie wypowiedziała, w pewnym sensie okazały się niewłaściwe i wręcz obraźliwe… Dlatego nagle przestała mówić, po chwili jednak wyjąkała w ramach przeprosin kilka niezrozumiałych słów. Jej zawstydzenie wzrosło jeszcze bardziej, gdy usłyszała, jak Léon po cichu mówi do Fernande, niewątpliwie po to, aby zemścić się za zniewagę, jaką otrzymał od niej krótko przedtem:
— No i co teraz, pani, już wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?
Taka niegrzeczność i brak taktu zraniły w tym samym czasie serca obydwu kobiet, przez co każda z nich musiała podjąć niewiarygodny wysiłek, aby stłumić w sobie wyrzut, jaki cisnął im się na usta, a który wyraziły jedynie ich spojrzenia.
Co się tyczy Fabiena, wydawało się, iż uczestniczy w scenie komediowej jako zwykły widz; rozumiał wzajemne zażenowanie kobiety z arystokracji i kurtyzany, i chociaż mówi się, że przyjaźń zwykle nas nie zaślepia, chyba że odnosi się do cech naszych przyjaciół, stwierdził, iż rola Léona w tych okolicznościach, zwłaszcza dzięki jego postaci zalotnika, była najbardziej śmieszna z całej trójki.
Jeśli chodzi o Fernande, wrażenie, jakie wywarły na niej te niewinnie brzmiące, ale okrutne słowa madame de Barthèle, przeminęło, a przynajmniej zdawało się przemijać z prędkością błyskawicy. Albowiem wewnętrzne postanowienie, którego płomień błyszczał w jej oczach, nadawał jej postawie dumy, która dodawała tylko nowych karatów do jej wrodzonej uczciwości, która tak bardzo wzmacniała jej wszystkie działania. Delikatnie odepchnęła dłoń madame de Barthèle i odpowiedziała z godnym podziwu akcentem i opanowaniem:
— Pani, nie mogłabym bez narażania się być może na niesprawiedliwość wobec ciebie użyć w tej chwili języka, który jest odpowiedni dla mojego charakteru. Dlatego to nie od ciebie chcę wyjaśnień, ale od panów de Rieulle i de Vaux, którzy mnie tu zaprosili.
Następnie, zwracając się w stronę dwóch przyjaciół Maurice’a, ze spokojem i godnością powiedziała:
— Panowie, stawiać kobietę w upokarzającej sytuacji, w obecności innej kobiety, mimo iż ta nawet nie zasłużyła sobie na taką karę, to nikczemność, o jaką was nie podejrzewałam, albowiem do tej pory czyniłam wam zaszczyt, wierząc, że nie jesteście zdolni do czegoś podobnego. Jednakże to, co uczyniliście, to nic innego jak kolejna podłość przeciwko słabym, bezbronnym istotom, które od dzieciństwa wykorzystujecie poprzez uwodzenie, podstęp i zaskoczenie, pozbawiając je cnót, które są jedyną siłą ich płci; tak, to wy jesteście tymi, którzy czyhają na nas już u progu dzieciństwa, zanim jeszcze zaczniemy cokolwiek podejrzewać, aby najpierw nas zdeprawować, a następnie przyznać sobie prawo do zasypywania nas zniewagami i pogardą; niemniej jednak żaden z was, powtarzam, nie miał prawa stawiać mnie w takiej sytuacji, w jakiej właśnie zostałam postawiona.
Wprawiona w osłupienie sceną, której się zupełnie nie spodziewała, madame de Barthèle pospieszyła z interwencją, starając się, aby młoda kobieta usłyszała słowa przeprosin zarówno od niej, jak i dwóch młodych mężczyzn; ale Fernande, zdając sobie sprawę, że to ona jest osobą dominującą w obecnej sytuacji, przerwała jej tymi słowami:
— Pani, nie mów już ani słowa więcej, proszę. Widzę wyraźnie, że jesteś jedną z tych uprzywilejowanych istot, które urodziły się w dostatku, prowadzonych w pierwszej fazie swojego życia przez troskliwych rodziców, którzy przekazali ci nieskazitelne maniery, dając przy tym idealny przykład. Po co więc chciałaś kontaktować się ze mną? Po co było naginać dwa krańce społeczeństwa do tego stopnia, by te się zetknęły? Po co było sprowadzać, siłą lub podstępem, kurtyzanę przed kobietę z arystokracji? Rozumiem ogrom przepaści, która właśnie otwiera się między nami, pani, i aby udowodnić ci, że wina nie leży po mojej stronie i że oceniam siebie sprawiedliwie, odchodzę.
Wypowiedziawszy te słowa, Fernande skłoniła się głęboko i — nie spoglądając nawet ani na Léona, ani na Fabiena — zrobiła kilka kroków w stronę drzwi, zanim jednak zdążyła do nich dojść, madame de Barthèle, która otrząsnęła się po tym tak nieoczekiwanym rozwiązaniu, zagrodziła jej drogę i chwyciwszy za ręce, zawołała:
— Pani!… Proszę, miej litość nad matką pogrążoną w rozpaczy. Błagam cię, mój syn umiera… Pani, tu chodzi o mojego syna.
Fernande nie odpowiedziała, ale ponieważ w tej chwili znajdowała się między madame de Barthèle i dwoma młodymi mężczyznami, lekko obróciła głowę (na wpół protekcjonalnie) w ich stronę i — zwracając się do tych ostatnich po tym, jak nadała twarzy dziwny wyraz pogardy i gniewu — powiedziała:
— A co do was, messieurs, widać, zapomnieliście, jak się nazywam. Jeśli dokonacie analizy słowa „Fernande”, zrozumiecie, co oznacza to imię. Więc przyjrzyjcie mi się dobrze, panowie, i zapamiętajcie, że póki żyję, nie zapomnę wam tego rumieńca, którym pokryliście moje policzki.
— Gdybyś, pani, pozwoliła udzielić nam niezbędnego wyjaśnienia — odpowiedział poważnie Fabien — myślę, że szybko zrozumiałabyś, jak mało zasługujemy na groźbę, którą do nas kierujesz, zwłaszcza gdy twoja obecność w tym domu jest tylko dowodem szacunku, jakim cię darzymy.
— Och! Tak, tak, madame — zawołała ze łzami madame de Barthèle — i wydaje mi się, że powitanie, które ci, pani, uczyniłam, powinno było cię o tym przekonać.
— Wierzę we wszystko, co raczysz mi powiedzieć, madame — odparła Fernande, przechodząc od akcentu najwyższego uniesienia do tonu najbardziej pokornej uprzejmości. — Ale pozwól mi z kolei zapewnić cię, że ja daję ci dowód głębokiego szacunku, na jaki zasługujesz, odchodząc, zanim ta bolesna sytuacja, w której się znajduję, zmusi mnie do uchybienia tobie.
Jednocześnie gdy mówiła, zrobiła kolejny krok w stronę drzwi, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i pojawiła się Clotilde.
— Ach! Moja córko, moja córko — zawołała madame de Barthèle — chodź, przyłącz się do mnie i tak jak ja błagaj za moim synem, moje dziecko, zrób to dla swojego męża.
Fernande, słysząc te słowa, znieruchomiała ze zdumienia. W ten oto sposób obydwie młode kobiety stanęły twarzą w twarz, wymieniając jednocześnie spojrzenia z wyrazem niemożliwym do opisania.
Pojawienie się tej nowej postaci, która właśnie weszła na scenę, ponownie (jak można się było spodziewać) tylko zwiększyło niepokój i zakłopotanie wszystkich aktorów tego intymnego dramatu, który staramy się odkryć przed oczyma naszych czytelników: wiek i tytuł matki nadały madame de Barthèle swego rodzaju moralną władzę w oczach młodych mężczyzn i kobiety, którą sprowadzili, ale Clotilde ze swoim tytułem żony znalazła się w fałszywym położeniu, którego nie mogła już uniknąć. Nieważne, jak dużo i otwarcie mogliby wszyscy deliberować, niezależnie od tego, czy ktoś byłby przekonany o bezpośrednim niebezpieczeństwie, czy nie, kiedy baronowa i jej synowa oświadczyły: Musimy uratować syna, musimy uratować męża, to była już kwestia małżeńska, najbardziej groteskowa z poważnych spraw według Beaumarchaisa i społeczeństwa, zawsze skłonnego do śmiechu w takich sprawach; literat pewnie uśmiałby się nawet do łez, które płynęłyby całymi strumieniami, gdyby widział, jak Clotilde spotkała się twarzą w twarz z Fernande — uczciwa kobieta naprzeciw kurtyzany, prawowita żona naprzeciwko kochanki. Innymi słowy, to, co jest przyzwoite, godne szacunku i to, co naganne, godne potępienia, razem. Wszystko to stwarzało sytuację niezgodną z savoir-vivre (zasadami dobrego wychowania), co wręcz szokowało i naruszało zarówno przyjęte zwyczaje, jak i wrażliwość społeczną.
Madame de Barthèle czuła to samo, ale znalazłszy się w tej kłopotliwej sytuacji ze swoją zwykłą lekkomyślnością, postanowiła mężnie stawić temu czoła, do końca znosząc konsekwencje niefrasobliwości. Wzięła więc dłoń Clotilde, którą uścisnęła czule, nie wiedząc naprawdę dlaczego, być może po to, by wesprzeć się w swoim postanowieniu, i zwracając do Fernande bez przedstawienia jej synowej, powiedziała do niej z wielkim uniesieniem, jak ktoś, kto chwyta się zbawiennej gałęzi:
— Oto jest żona mojego syna, madame. Biedne dziecko, po trzech latach małżeństwa może zostać wdową; zlituj się nad nią.
Spojrzenie, jakie wymieniły pomiędzy sobą dwie młode kobiety, wystarczyło, aby zrozumiały całą naturę swej rywalizacji. U jednej nieznany urok, czar, błyskotliwość; u drugiej niewinność, piękno, autorytet moralny; każda z nich miała coś, czego mogła pozazdrościć drugiej; obie zarumieniły się i ukłoniły w tym samym czasie.
— Moja droga Clotilde — powiedziała po cichu madame de Barthèle, a następnie zwróciła się do wszystkich na tyle głośno, aby każdy mógł usłyszeć: — To jest madame Ducoudray.
— Madame Ducoudray! — wykrzyknęła zdziwiona Fernande, widząc, że to ona została nazwana tym nazwiskiem.
— Tak, madame — potwierdził pośpiesznie Fabien, starając się dać jej do zrozumienia wyrazem swego spojrzenia i ruchem twarzy, że ze względu na uprzedzenia społeczne konieczne było uciec się do tego wybiegu — tak, pani, uważaliśmy, że nie powinniśmy tu ukrywać imienia pani męża. Wybacz nam tę niedyskrecję, którą uważaliśmy jeśli nie za konieczną, to przynajmniej za stosowną.
To był ostatni cios zadany Fernande. Spojrzała na dwóch młodych mężczyzn z oburzeniem, po czym zwracając się do madame de Barthèle, powiedziała:
— Pani, ja też mam swoją godność osobistą, jak też i skromność; jeśli mnie przyjmujesz, robiąc to bez względu na to, kim jestem, czynisz mi tym zaszczyt; a jeśli przyjmujesz mnie pod innym nazwiskiem niż moje, twoje łaskawe przyjęcie nie jest już dla mnie zaszczytem, tylko upokorzeniem. Nie jestem zamężna i nie jestem też wdową, nie nazywam się madame Ducoudray, nazywam się Fernande.
— Pod jakimkolwiek nazwiskiem nie przedstawiłabyś się, pani, w tym domu — zawołała madame de Barthèle — proszę mi wierzyć, jesteś tu mile widziana; ponieważ to my zaproponowaliśmy, żebyś tu przyjechała, pani, to my błagamy o twoją obecność i to my błagamy cię, abyś została i uratowała mojego syna.
Słysząc ten wibrujący głos, którego matczyny akcent dotarł do jej serca i widząc również gesty Clotilde, które towarzyszyły słowom teściowej, Fernande zrozumiała, że te dwie tak wytworne kobiety nie mogłyby znaleźć się w takiej sytuacji, gdyby nie poruszył ich jeden z tych najpotężniejszych interesów, jakim jest życie bliskiej osoby, które stawia sytuację ponad wszelkimi prawami społecznymi świata. W następstwie tego szybko uspokoiła się, powściągając swą dumę, która buntowała się w jej duszy.
— Poddaję się twojej woli, pani — powiedziała do baronowej, kłaniając się z pełnym szacunku wdziękiem — dysponuj moją osobą według swej woli. A co do reszty, jakie może mieć dla mnie znaczenie nazwisko, jakim będę nazywana, skoro i tak wyrzekłam się swojego własnego! Jedyne, czego teraz żądam, to wyjaśnień, których odmówiłam wcześniej, a których miałaś mi udzielić, madame, kiedy ta pani tutaj weszła.
Tu wskazała na Clotilde, której imienia nie znała.
— Och! Dziękuję ci! Dziękuję! — zawołała zachwycona madame de Barthèle. — Moje serce podpowiadało mi, że zechcesz nam pomóc, jesteś zbyt piękna, ażeby nie być dobra… No cóż, musisz więc wiedzieć…
Ledwo baronowa skończyła wypowiadać te słowa, kiedy nowe wydarzenie ponownie zmieniło oblicze tej sceny na tyle, iż nie można było przewidzieć, jak ona się zakończy, albowiem wszedł pan de Montgiroux.
Na widok Fernande par Francji zatrzymał się i krzyknął. To nieoczekiwane przybycie, ten okrzyk zaskoczenia, który uciekł z ust hrabiego, wywołał jeden z tych teatralnych efektów tak trudnych do opisania z powodu różnych wrażeń, jakich doznaje każdy z bohaterów, dla których zrozumienia należy puścić wodze fantazji. Co pokazuje, jak trudna jest sztuka narracji, która prawie zawsze jest niedostateczna.
Dla wszystkich obecnych było oczywiste, że fałszywa madame Ducoudray i hrabia de Montgiroux znali się lepiej, niż oni sami dawali to po sobie poznać; chociaż obydwoje natychmiast otrząsnęli się ze zdziwienia, jakie w tym samym czasie okazali. To zdziwienie było jednak na tyle widoczne, iż zrodziło wszelkiego rodzaju domysły w mniej lub bardziej zainteresowanych widzach tej sceny.
— Oto klucz do zagadki, która cię tak niepokoiła — powiedział po cichu Fabien do Léona. — Obecnie panującym księciem, który zastąpił Maurice’a, jest hrabia de Montgiroux.
— Jakie relacje mogą istnieć między panem de Montgiroux a tą kobietą? — zastanawiała się madame de Barthèle.
— Ach! Mój siostrzeniec umiera z miłości do Fernande! — szepnął w myślach par Francji.
— Czy to umiejętnie zastawiona pułapka, zemsta Léona de Vaux? — dociekała Fernande.
Tylko Clotilde, spokojna pośród burzy emocji panującej wokół niej, nie odczuwała żadnego ukrytego strachu, dlatego jako pierwsza przerwała ciszę:
— Wujku — zapytała — czy to nie lekarz przysłał cię, żebyś nam coś powiedział?
— Tak, tak, bez wątpienia — odparł szybko hrabia, aż nazbyt zadowolony, że może wrócić do faktów i rzeczywistości. — Lekarz wie o przybyciu madame i czeka na nią z niecierpliwością.
— No cóż — powiedziała baronowa — skoro pani robi nam przysługę, oddając się do naszej dyspozycji, a lekarz zaczyna się niecierpliwić, nie traćmy ani chwili.
— Pani — odpowiedziała Fernande, zwracając się do matki Maurice’a. — Jestem na twoje rozkazy, a ponieważ twierdzisz, że moja obecność tutaj to bezwzględna konieczność, oddaję się w twoje ręce…
— Bezwzględna konieczność! — mruknął pan de Montgiroux. — Oto odpowiednie słowa, pani. Wygląda na to, że mąż mojej siostrzenicy, biedny głupiec, miał nieszczęście cię poznać, i jak to się dzieje pewnie z każdym, kto cię pozna, pani, teraz umiera z miłości.
Hrabia wymówił te słowa z takim akcentem złośliwości, że Clotilde uwierzyła, iż pan de Montgiroux w surowości swoich zasad chciał udzielić kurtyzanie lekcji moralności.
— Och! Wujku — zawołała, rzucając się w ramiona hrabiego — proszę, proszę! Nie teraz! — Następnie dodała cicho: — Surowość byłaby z naszej strony nieodpowiednia, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
Ale par Francji był zbyt poruszony, by na tym poprzestać, i kiedy Fernande pośpiesznie mu odpowiedziała:
— Och! Panie hrabio, mam nadzieję, że twoja wyszukana uprzejmość skłania cię do wyolbrzymiania stanu pacjenta.
Hrabia odrzekł:
— Nie, madame, nie, bo on, majacząc w swoim delirium, wciąż woła twoje imię, oskarża cię o niewdzięczność, nieczułość, perfidię, zdradę i czy ja wiem, o co jeszcze!
Scena groziła przerodzeniem się w osobistą kłótnię z Fernande, którą pan de Montgiroux w swej nieroztropności właśnie zamierzał sprowokować, gdyby baronowa jednym słowem nie zmusiła swojego byłego kochanka do pogodzenia się ze swoją pozycją tak zwanego przyjaciela domu.
— Panie hrabio — rzekła z godnością — zapominasz pan, że madame Ducoudray jest gościem moim i twojej siostrzenicy w domu mojego syna. I jeśli chcesz od niej jakiegoś wyjaśnienia, to wybrałeś niewłaściwe miejsce i nieodpowiednią chwilę.
— Och! Tak, tak, wujku — zawołała Clotilde, nie rozumiejąc gwałtownych emocji, jakie odczuwał w tej chwili pan de Montgiroux. — Błagam, w tej chwili myślmy tylko o Maurice`u.
— Maurice! — zawołała Fernande. — Czy chory ma na imię Maurice?
— Tak, madame — potwierdziła baronowa. — Zatem nie wiesz, w czyim domu jesteś?… Ja jestem baronową de Barthèle.
— Maurice de Barthèle! — zawołała Fernande. — O mój Boże, mój Boże! Zmiłuj się nade mną!
Na te słowa podniosła rękę do czoła i po chwili zataczania się, nieprzytomna, wpadła w ramiona Clotilde i baronowej, które widząc, jak blednie i opada z sił, podbiegły, by ją przytrzymać.
VII
Kobieta, która wywołała takie zamieszanie w rodzinie madame de Barthèle, powróciwszy do zmysłów, przypomniała sobie sytuację, w której wbrew sobie właśnie się znalazła. Następnie (dokonując nadludzkiego wysiłku) aby odzyskać całkowitą przytomność umysłu, przywołała w sobie tę siłę woli dającą jej tyle pewności siebie, pod którą skrywała swą spokojną, wrażliwą naturę, albowiem dla każdego innego, kto nie był zainteresowany poznaniem głębin jej duszy, życie kurtyzany było tylko czystym skandalem.
Co więcej, aby móc wyrażać siebie w tak bulwersujący sposób, Fernande stworzyła sobie bardzo znamienitą pozycję w świecie paryskim, a kiedy mówimy o świecie paryskim, mamy na myśli krąg bogatych, szlachetnych i eleganckich młodych ludzi, którzy z Boulevard des Italiens nadają arystokracji wzorce dobrego tonu. Chociaż Fernande miała niewielu bliskich znajomych, wszyscy znali ją z tego, iż była królową jeśli nie w swoim buduarze, to przynajmniej w swoim salonie, w centrum dowcipnych, inteligentnych ludzi, których przedstawiano jej obecnie tak jak w przeszłości Ninon de Lenclos. Świta Fernande była więc prawdziwym dworem, pałacem Rambouillet bez filologicznego patosu i literackich nienawiści, trybunałem smaku, przez który musieli przechodzić ci ludzie, którzy aspirowali do tytułu człowieka oryginalnego lub niezwykle utalentowanego; na tym dworze wydawane były osądy mające władzę nieodwołalnego orzeczenia między artystami i ludźmi z dystyngowanego świata. W rezultacie kolacje Fernande zyskały tak wielką renomę, że ludzie w najbardziej arystokratycznym salonie na przedmieściach Saint-Germain i w najbardziej eleganckim atelier Nowych Aten głośno mówili: „Wczoraj jadłem kolację u Fernande”; wtedy, jeśli tę osobę zapytano z kim, to prawie zawsze zdarzało się, że nazwiska gości należały do najbardziej znamienitych we Francji. Wynikało z tego, że tak rzadkie u nas pojęcie ducha sprawiedliwości (który zachęca nas do poszanowania praw innych) nadało wyjątkową pozycję Fernande i nie mylono jej z kobietami wulgarnie nazywanymi prostytutkami, niemniej jednak nie okazywano jej całego szacunku, jaki zachowywano wobec zamężnych kobiet — bez względu na to, jak lekkomyślne mogłyby one być.
Potrzeba, jaką mieli wobec upadłego anioła w domu Fontenay-aux-Roses, sprawiła, że nie zdawali sobie z tego sprawy, dlatego opiekowali się nią, przyjmując względem niej uczucia, jakie okazaliby tylko komuś bliskiemu. Madame de Barthèle i Clotilde, widząc, że Fernande zemdlała, nie chciały zwracać się, być może z obawy lub przezorności, do swych pokojówek, aby te zatroszczyły się o przywrócenie jej przytomności. Tym samym na własne oczy mogły się przekonać (podczas oddawania omdlałej piękności niewielkiej usługi polegającej na rozpięciu na chwilę jej sukni), że zewnętrzny wygląd młodej kobiety nie był tylko kwestią jej dobrego gustu, ale wręcz przeciwnie, jej doskonałej budowy ciała, co mogły poprzez swoje wnikliwe spojrzenia najlepiej docenić jedynie kobiety. W przypadku baronowej uwaga ta posunęła się nawet tak daleko, iż zaczęła podejrzewać, że Fernande musiała pochodzić z bardzo dystyngowanego rodu, a pod imieniem, a raczej przybranym pseudonimem, pod którym była znana, kryje się znakomite nazwisko.
Widząc siebie jako obiekt uwagi matki i żony Maurice’a, Fernande najpierw przymknęła swoje półotwarte oczy w mimowolnym odruchu instynktownej skromności duszy, tego wrażliwego uczucia, którego tajemnicę kryło jej serce, jednak niemal natychmiast poczuła, że im szybciej wyjdzie z tej sytuacji, tym większe korzyści odniesie zarówno ona, jak i inni. Dlatego ponownie otworzyła oczy siłą swej woli, którą — jak już wcześniej powiedzieliśmy — zebrała z największym wysiłkiem i nie próbując wzbudzić zainteresowania poprzez udawane serdeczności, szczerze podziękowała. Mężczyźni, którzy wcześniej wyszli, teraz otrzymali pozwolenie na ponowne wejście do salonu, tak więc powracali z prawdziwym lub symulowanym zainteresowaniem, aby ożywić tę przerwę, w której każdy wydawał się przygotowywać do sceny, która dopiero miała mieć miejsce w pokoju chorego. Albowiem tak naprawdę wszyscy przeczuwali, że to właśnie tam miał rozegrać się dramat, jednak dla Fernande ten rozgrywał się już w głębi jej serca.