E-book
29.93
drukowana A5
66.56
Ale bomba!

Bezpłatny fragment - Ale bomba!

Kobieta, mężczyzna w kosmosie (nie licząc garnka z rosołem)


Objętość:
384 str.
ISBN:
978-83-8455-094-6
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 66.56

OSTRZEŻENIE!

(wygenerowano w jedną kwintylionową część sekundy standardowej)


Ponieważ pochodzisz z planety skatalogowanej w Centralnej Ewidencji Planet po nazwą Ziemia LV301, Galaktyka R’Fd8262647, Wszechświat S’Uk397728992, informujemy jak najuprzejmiej, że jeżeli nie zapoznałeś się wcześniej z planetarnym dorobkiem następujących autorów:

Douglas Adams

Jerome K. Jerome

Stanislaw Lem

A. i B. Strugaccy

Michaił Bułhakow

Kurt Vonnegut

tudzież nie obejrzałeś trzech tysięcy stu dwudziestu dwóch filmowych tytułów uważanych za kultowe, to odłóż tę książkę tam skąd ją wziąłeś, i nie sięgaj po nią więcej, bo nie jest dla ciebie.

Kup sobie wafelka.


Pozdrawiamy serdecznie


Zarząd Centralnej Biblioteki Wszechświatowej

Rejestr Dzieł Wszystkich Znanych Wszechświatów

Loirevic L. Loirevic*
ALE BOMBA!

CZYLI

Kobieta, mężczyzna i dziecko w kosmosie

(nie licząc garnka z rosołem)

* Wszelkie informacje rozsiewane przez media, jakoby autor należał do rasy Reptilian są z gruntu nieprawdziwe.

Reptilianie nigdy nie interesowali się słowem pisanym. Posługują się telepatią. Na dowód tego należy przytoczyć fakt, że na ich rodzinnej planecie (alfa Draconis) jedyny tekst pisany jest umieszczony na transparencie w bardzo widocznym miejscu centralnego kosmodromu, i brzmi:

ODWIEDZASZ NAS NA WŁASNE RYZYKO

ZOSTANIESZ ZJEDZONY. WITAMY SERDECZNIE!

DRUGIE OSTRZEŻENIE!

(wygenerowano w jedną kwintylionową część sekundy standardowej)


Jeżeli dotarłeś do tej strony, to mamy silne przeświadczenie, graniczące z pewnością, że nadal trzymasz niniejszą książkę w:

mackach/odnóżach/przylgach/rękach/paszczęce/łapach*

To drugie i ostatnie ostrzeżenie!

Jak najuprzejmiej informujemy, że reklamacje i skargi nie będą uwzględniane, jeśli zignorowałeś oba ostrzeżenia.

Jakiekolwiek próby wyłudzania środków płatniczych w późniejszym czasie na antydepresanty lub leczenie psychiatryczne, będą ścigane w zgodzie z odpowiednimi paragrafami Konwencji Borunia–Trepki, obowiązującej we wszystkich znanych Wszechświatach.


Pozdrawiamy serdecznie


Zarząd Centralnej Biblioteki Wszechświatowej

Rejestr Dzieł Wszystkich Znanych Wszechświatów


(*niepotrzebne skreślić z ewidencji).

NOTA

(wygenerowano w jedną kwintylionową część sekundy standardowej)


Wszystkie postacie przedstawione w treści nie mają absolutnie nic wspólnego z osobami o takich samych nazwiskach i miejscach zamieszkania na twojej planecie*:

Ziemia LV301.

Jakiekolwiek podobieństwa, są dziełem przypadku i tak należy je traktować.

Wszelkie nagabywanie takich osób, w rodzaju: żądania autografów, próby umawiania się w celach rozrodczych tudzież wymuszenia przekazania strategii szachowych, będzie karane z całą surowością.


Centralna Służba Nadzoru Wszechświatowego


*tu wydawca zobowiązany jest wpisać nazwę i katalogowy numer planety, w odniesieniu do miejsca wydania książki lub innego, dowolnego nośnika treści, dla których została uzyskana licencja autorska.

WSTĘP

W niniejszej książce zostało opisane to, co wydarzyło się naprawdę, bez przekłamań i dęcia w sensacyjne tony.

Zapamiętajcie to sobie.


Więc…

Wszystko zaczęło się tak normalnie i zwyczajnie…

W Londynie…

Pan spotyka panią…

Potem pojawia się dziecko…

Czyli jak zwykle.


KONIEC WSTĘPU

1.

Peter Malcolm Sulivan wszedł do budynku i miarowym krokiem skierował się w stronę wind. Mimo że był pół godziny przed rozpoczęciem pracy, Wyszczerzona Ellen już trwała na swoim posterunku za szklano stalowo marmurowym kontuarem. Pomachał jej od niechcenia dłonią. Ellen wyszczerzyła się. Peter wsiadł do jednej z trzech wind i wcisnął przycisk piątego piętra.

Nienawidził z całego serca tych nieszczęsnych wind; szklanych klatek wyglądających jak akwaria. W ogóle nienawidził tego industrialnego wystroju całego budynku, przerobionego cztery lata wcześniej według pomysłu jakiegoś nowomodnego nerda, architekta z Japonii, bo przypominał składnicę złomu, którą ktoś opaćkał szarą farbą. Tylko fasada została tak jak dawniej, wiktoriańska.

Mimo że dopiero co przekroczył trzydziestkę, w konserwatywny sposób uważał, że siedziba wydawnictwa powinna być w starym, nobliwym stylu, a nie wyglądać jak biura jakiejś korporacyjnej szklano blaszanej hodowli szczurów. Jednak obecni właściciele Serseen Publishing mieli zgoła inne zdanie. A ponieważ byli właścicielami, to mieli w głębokim poważaniu, co sobie pomyślą pracownicy. Ostatecznie zawsze można ich wyrzucić na bruk.

Peter dotarł do swojego gabinetu i usiadł za biurkiem. Wyjął ze skórzanej eleganckiej teczki inną teczkę, plastikową, i rozłożył ją na stole. Przez długi czas wczytywał się w jeden z dokumentów zapisanych drobnym maczkiem, po czym zamknął teczkę i spojrzał na zegar wiszący na wprost jego oczu na ścianie.

Zegar też był koszmarnie industrialny.

Była 7:55.

Za pięć minut miał odbyć spotkanie. Nawet myśl o nim sprawiała, że czuł odrazę. Co najmniej. No ale cóż, pełnił funkcję redaktora naczelnego działu książek popularnych, więc tę odrazę musiał schować do kieszeni. Jeśli nie, to zawsze mógł się oddalić w kierunku wcześniej wspomnianego bruku.

Na minutę przed czasem usłyszał delikatne pukanie.

— Proszę… — wyrzucił z siebie na tyle głośno, by jego głos przedostał się przez drzwi połyskujące stalą nierdzewną.

Każdego dnia, gdy je otwierał, miał nieodparte odczucie, że za nimi jest pomieszczenie jakiejś przemysłowej chłodni. Ewentualnie prosektorium.

Postać, która pojawiła się w gabinecie już co nieco była Peterowi znana. Poczytał o niej w dossier umieszczonym w teczce; kobieta, dwadzieścia dziewięć lat, aktorka, inteligentna, szkoła aktorska i dodatkowo fakultet z socjologii. Blondynka… naturalna. I tak dalej. Kilka ról drugoplanowych w telewizyjnych tasiemcach.

Zanim zaprosił przybyłą gestem do zajęcia miejsca w foteliku umieszczonym na wprost jego biurka, obrzucił ją uważnym spojrzeniem; chyba rzeczywiście naturalna blondynka, długie włosy, całkiem duże piersi, długie nogi, sympatyczny i trochę nieśmiały uśmiech. Delikatne zmarszczki, prawie niewidoczne w kącikach intensywnie niebieskich oczu. Ubrana zupełnie nie tak, jak jest to wymagane na tego typu spotkaniach; sprane dżinsy z dziurami na kolanach, sportowe buty i T–shirt z iście kretyńskim napisem: Reptilianie są wśród nas.

Peter boleściwie westchnął w duchu, gdy kobieta, nazywała się Ann McGovern, zajęła miejsce w foteliku.

— Miałam tu umówione spotkanie z panem… — Wskazała oczami na mosiężną tabliczkę stojącą na biurku i uśmiechnęła się kącikami ust — …w sprawie pracy… Dzień dobry…

Peter też zerknął na tabliczkę. Sprawił ją sobie rok temu.

Jedyny snobizm odbiegający od industrialnej normy w tym budynku; w starym stylu, grawerowany pełnym nazwiskiem.

Ponownie otworzył teczkę i przerzucił kartki.

— Tak, w rzeczy samej… Dzień dobry. — Pokiwał z namysłem głową. — Na wstępie naszej rozmowy muszę pani przypomnieć, że podpisała pani dokument o poufności… — Popatrzył na kobietę pytająco.

— Tak, pamiętam… — Jej uśmiech stał się szerszy i jakby nieco kpiący. — Nawet to gruntownie przemyślałam… — urwała znacząco.

— Tak? I jakie uzyskała pani wnioski z tych przemyśleń? — To było niezbyt grzeczne, ale nie mógł się powstrzymać. Cały projekt, w którym miała uczestniczyć Ann McGovern, a on nim po części zarządzać, budził jego sprzeciw.

Tyle, że ten bruk… więc sprzeciwiał się jedynie wirtualnie.

— Och, to proste… — Wskazała napis ze swojego T–shirta. — Swoją drogą nieźle się maskujecie… — Wychyliła się lekko ku Peterowi, obrzucając go uważnym spojrzeniem. — Świetna charakteryzacja…

Po chwili wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.

— Och, żartowałam. Niech pan się nie zachowuje jak jakiś nadęty urzędas. Wygrałam casting organizowany przez pana firmę… wydawnictwo. Okej, ponoć dobrze płacicie. Okej, dobrze rozumiem czym jest tajemnica handlowa. Ale zupełnie nie chwytam, o co może chodzić. Sekrety, jakbyście pracowali dla brytyjskiego kontrwywiadu. A pan, z całym szacunkiem, na Jamesa Bonda nie wygląda.

Petera zamurowało. Tego się nie spodziewał. Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie. A po kolejnej chwili pojął, że ta cała Ann bardzo mu się podoba. W dwóch zdaniach podsumowała to, co sam skrycie myślał.

— No cóż… jestem wstrząśnięty pani wywodem… ale niezbyt zmieszany. — Uśmiechnął się. — Dobrze… więc pani wszystko teraz wyjaśnię. Gotowa?

— Niech pan strzela… — Lekko klasnęła w dłonie.

— Pewno pani nie zdaje sobie sprawy, ale na rynku książkowym jest kompletna bryndza. Pojmuje pani te slangowe określenie?

— Padaka?

— Można i w ten sposób to określić. Padaka. Wydawnictwa robią wszystko, my też, by jakoś utrzymać się na powierzchni. Sprzedają się głównie książki o bardzo kiepskiej jakości literackiej. Tandeta pisana na kolanie.

— Fakt… Próbowałam przeczytać jakiś kryminał waszego… hmm… bestsellerowego autora. Takiej sieczki to nawet w telewizjach śniadaniowych nie wciskają.

— Zgadzam się, ale w zgodzie z tym co oświadczył jeden z takich autorów w chwili szczerości, pisanie kryminałów jest schlebianiem gustom plebsu. Czyli wyżej grafomanii podskoczyć się nie da. Dodam jeszcze coś… Nawet ci poczytni autorzy sprzedają się w takich nakładach, że… no rozumie pani… i wydawnictwa muszą iść na ilość tytułów, stąd… projekt, w którym pani będzie uczestniczyć. Jest pani aktorką, prawda?

— Powiedzmy. Oscara ani BAFT–y nie zaliczyłam, ale tak, chałturzę jak mogę w mocno podrzędnych produkcjach dla pokojówek.

— To teraz będzie pani sławna. Zostanie pani autorką bardzo poczytnej serii książek kryminalnych… też dla pokojówek. Co pani na to?

— Jestem wstrząśnięta… — Przez chwilę z trudem utrzymywała powagę, po czym znowu się roześmiała. — Pan tak na serio, czy się zgrywa? Mam pisać książki? Zwariowaliście?

— Zapewniam, że nie. Pani będzie jedynie twarzą… Trzeba przyznać, że nader atrakcyjną. Aktorka, która nagle odkryła w sobie pasję literacką. A my, znaczy Serseen Publishing, odkryliśmy pani talenty. Oczywiście będzie w mediach ckliwa historyjka jak to pani twórczość, dodajmy, że wspaniała, była odrzucana przez konserwatywne wydawnictwa i…

— Jasne! — weszła mu w słowo. — Mam być ładnie wyglądającym, przyciągającym uwagę urodą, słupem?

— Nooo… w sumie tak. Za konkretne pieniądze. Otrzyma pani procent od zysków z książek opatrzonych pani nazwiskiem. Nie będzie zmienione, żadnych pseudonimów… Zrobimy z pani „królową brytyjskich kryminałów”. I będzie pani królową; z kilkunastoma poddanymi, czyli ghostwriterami piszącymi dla pani, to znaczy dla nas. Tempo: jedna książka na dwa miesiące. Naszą rolą jest zrobić gruuuuby marketing we wszystkich mediach, także zagranicznych. — Na chwilę umilkł i dodał konfidencjonalnym tonem: — Jest pani gotowa przejąć koronę?

— Myślałam, że już nic na tym świecie nie może mnie zaskoczyć.

— Jest pani jeszcze młoda — Peter odczuł, że naprawdę świetnie się z Ann rozmawia. — Więc jak?

— Zgoda, ale zanim podpiszemy właściwą umowę, to podstawowy warunek. Jest pan gotowy? — Filuternie przekrzywiła głowę.

— No cóż, królowej należy słuchać.

— Absolutnie żadnych zmian w moim wyglądzie, żadnych botoksów i powiększania cycków. Mam też awersję do jaskrawoczerwonych pomadek. Nie chcę wyglądać jak ktoś, kto właśnie cmoknął świeżo malowany wóz strażacki. I mówię to naprawdę serio. Podobam się sobie i żadnych nacisków ze strony waszych menedżerów w tej kwestii słuchać nie będę. Jeśli wam to nie pasuje, rezygnuję, a wy nic nie stracicie. To ma być zawarte w umowie. Na Instagramie zalega mnóstwo koczkodanów z plastikowymi uśmiechami i takimi samymi cielesnymi detalami. Dosłownie… Macie w czym przebierać.

— Zgoda. I trafiła pani w sedno. Z naszej strony „królowa” ma być kobietą atrakcyjną, ale nie wypomadowaną lalą. Normalna, inteligentna, w sumie raczej tradycyjna, może tylko chwilami trochę zwariowana, na pewno nie kura domowa. Jednak potrafiąca sobie w kuchni radzić. Potrafiąca też samodzielnie zmienić koło w samochodzie. Którą lubią telewizyjne kamery. Taki jest plan.

— Rozumiem. Dziewczyna z sąsiedztwa. A to, że nie jestem zamężna, wzbudzi dodatkowe zainteresowanie wśród mężczyzn, przyszłych klientów tych… dzieł kryminalnych, czy tak?

— Widzę, że doskonale pani wszystko rozumie. Tak, pani stan matrymonialny jest ważny… To wszystko dokładniej pani wyjaśnią nasi menedżerowie.

— Zaraz, zaraz, a dlaczego nie chcecie mieć za słupa jakiegoś supermęskiego faceta? Z tego, co gdzieś tam wyczytałam, to tandeciarskie kryminały chyba czyta więcej kobiet niż mężczyzn? Nie błądzicie w ocenie przypadkiem?

— Faceta w roli słupa ma jedna ze stacji telewizyjnych, która cichcem weszła na rynek wydawniczy rok temu, żeby szerzej reklamować swoje wyroby… to znaczy królów i królowych ich kanałów. Ona pierwsza zastosowała ten pomysł.

— Uhm… Czy to nie przypadkiem ten koleś, który wyłazi z każdej lodówki? No, starszy młodzieniec z brodą, o aparycji biseksualnego misia przytulaska?

— Dokładnie ten — Peter potwierdził.

Ann McGovern pokiwała głową i naraz szeroko się uśmiechnęła. I zalotnie, jak to w myślach od razu dookreślił sobie Peter.

— A czy w kontrakcie jakieś szalone romanse są przewidziane? Oczywiście z egzotycznymi miejscami w tle? — spytała, robiąc teraz mocno figlarną minę. — Oczywiście, nie daj boże z tym smętnym przytulaskiem.

— Pewna szczypta pieprzu jest w marketingu potrzebna. — Znowu się uśmiechnął i dodał żartobliwym tonem: — Ale ślub tylko za zgodą dyrekcji.

— Jasne… — Zachichotała jak mała dziewczynka. — Nie mam nic przeciwko. A jaka jest w tym pana rola? Pytam z ciekawości.

— Ja kieruję tym przedsięwzięciem od strony literackiej. Będę koordynował… twórczość pani poddanych.

— Współczuję. Będzie pan musiał czytać tę… twórczość?

— Z mojego doświadczenia wnoszę, że nawet czasami sam redagować.

— Antydepresanty wydawnictwo panu zrefunduje?

— Hm… Wie pani, to bywa chwilami zabawne. Jak słuchanie fantazji przedszkolaka o byciu kosmonautą, tylko w gorszym stylistycznie wydaniu.

— Zdrowe podejście… Ma pan dzieci?

— Zebrało się pani na plotkowanie o pracodawcy? — spytał uszczypliwie, ale bez złośliwości w głosie.

— Lubię wiedzieć co nieco o osobach, z którymi pracuję. To chyba normalne. Jak pan widzi, podchodzę szczerze, nie lubię tajemnic biurowych.

— Nie, nie mam dzieci. Raczej za nimi nie przepadam. A szczególnie za tym, co mają do powiedzenia. Lub wykrzyczenia. Ale moja siostra ma aż trójkę. Te najmłodsze, cztery latka niespełna, dziewczynka… jest utalentowana muzycznie. Przynajmniej według mojej siostry.

— Aha! No to mam dla pana… dla was jeszcze jedną rzecz tyczącą mojej skromnej, słupowatej osoby. Potrafię całkiem nieźle grać na fortepianie. Jakiś koncercik w ramach tej gruuubej promocji mi zorganizujecie? — W gabinecie Petera znowu rozbrzmiał śmiech Ann.

Tak, Ann McGovern słusznie wygrała ten nieszczęsny casting — uznał. — Skora do śmiechu, ale nie jakiegoś głupkowatego, bystra, potrafiąca mówić to, co myśli, szczera, nie daje sobie na głowę wejść, temperamentna. Tak, da sobie radę z zagadnieniem śpiewająco. A nawet grająco.

Przez chwilę się zastanawiał nad ostatnimi słowami przyszłej królowej i jak przystało na przyszłego szefa, w końcu powiedział stanowczym tonem:

— Proszę się nie śmiać. To bardzo dobry pomysł. W sumie nie znam się zbytnio na reklamie, ale z mojej skromnej wiedzy wynika, że takim sposobem zdobywa się fanów wśród tej części populacji, która książki nigdy w rękach nie miała. No, może w szkole. Proszę o tym powiedzieć przy rozmowach z menedżerami… — Westchnął i odchylił się na oparcie fotela. Podjął decyzję. — Jutro zostanie pani przedstawiona umowa, z którą będzie pani miała możliwość zapoznać się. Oczywiście nie ma żadnych przeszkód by pojawiła się pani na spotkanie z własnym prawnikiem. Nawet zalecałbym takie postępowanie, by uniknąć w przyszłości jakichś sporów. — Przypatrzył się uważnie Ann i dodał: — Powiem na koniec tak… Ja miałem być ostatnim sprawdzianem pani… odpowiedniości do tego projektu. I ma pani moje poparcie.

— Dziękuję w…

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nie było jej to dane, bo ni stąd ni zowąd, przestrzeń pomiędzy nią i przyszłym szefem zafalowała gwałtownie, potem wypełniła się błękitnie opalizującą wodą (albo czymś innym, co wodę przypominało). Oczy kobiety zrobiły się okrągłe, odchyliła się gwałtownie na oparcie fotelika i tak zamarła.

Za to Peterowi udało się, pomimo osłupienia, unieść na kilkanaście centymetrów ze swojego miejsca. Wpatrzył się w te niespodziewane zjawisko z otwartymi szeroko ustami. I wtedy zjawisko znikło tak szybko jak się pojawiło, a na miejsce opalizującego płynu pojawił się sporych rozmiarów garnek; emaliowany na biało, przyozdobiony kiczowatymi różyczkami. Peter (Ann tak samo) zauważył, że w garnku coś jest. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na rosół z makaronem. Nawet z nagła i rosołem zapachniało. Nim zdążył dojść do siebie, garnek lekko drgnął i ni z tego ni z owego, wystrzelił w stronę drzwi. Rozległ się rozdzierający uszy jazgot rozrywanego metalu. Garnek wyrwał ogromną dziurę i po ułamku sekundy z takim samym odgłosem przebił drzwi naprzeciwko, do pokoju, w którym pracowali redaktorzy. Uszu Petera doszły piski, krzyki i histeryczne wrzaski, potem dźwięk tłuczonego szkła.

Aha! — pomyślał z dziwnym w tej sytuacji spokojem. — Garnek wyszedł sobie przez okno.

Postanowił coś zrobić, ale nim postanowienie zdołał wprowadzić w czyn (jaki by on nie był) poczuł, że traci wagę i zaczyna się unosić. Jednocześnie przestrzeń wokół niego poszarzała, a w chwilę potem stała się jednolicie popielata. Zamachał gwałtownie rękami i nogami, ale nic nie wskórał. Unosił się w czymś… nie wiedział w czym. Nawet nie próbował zgadywać. Po kolejnej chwili (Peter nie wiedział, ile ona trwała) pojaśniało. Pod nogami poczuł twardy grunt. Zamknął oczy, otworzył je i znowu zamknął. Odczekał jakiś czas i znowu otworzył. Rozejrzał się bardzo ostrożnie. Stał na środku jakiegoś pomieszczenia przypominającego dwa nałożone na siebie głębokie talerze. Całe było białe. Miało jakieś trzy metry wysokości i z piętnaście średnicy. Było tu jasno, ale żadnych lamp Peter nie potrafił dostrzec. Może ściany świeciły? Spojrzał w dół i zdębiał. Zobaczył buty. Buty, w których tkwiły jego stopy. Nie, to nie były eleganckie, czarne pantofle jakich używał na co dzień. Te miały ostry zielony kolor, wręcz jadowicie zielony i szpiczaste, nieprawdopodobnie długie czuby. I były o numer za małe. Spojrzał po sobie. Znowu zdębiał. Te nieszczęsne buty posiadały swoje stylistyczne przedłużenie w różowych spodniach ze złotymi lampasami i czymś, co od biedy można by nazwać marynarką (rękawy miała co najmniej o dziesięć centymetrów za krótkie) w kolorze żółtym z fioletowymi, nakrapianymi na różowo dużymi guzikami. Poczuł, że coś tkwi na jego głowie. Sięgnął tam. Szybkim ruchem zdjął to, co głowę zdobiło. To był kapelusz, absurdalnego kroju. Uff! Co za ulga; w stonowanym brązie. Coś uwierało z tyłu. Sięgnął tam i stwierdził od razu, że te kretyńskie gacie posiadają kieszeń. Dłonią wyczuł znajomy kształt. Po chwili manewrowania palcami, wyciągnął telefon komórkowy. Spojrzał na niego; to była jego służbowa komórka. Włączył ją. Ekran zajaśniał, jak zwykle, wyświetlając zdjęcie Mount Everestu. Zasięgu brak.

Tu, uprzedzając zdarzenia i gwoli sprawiedliwości, należy od razu nadmienić, że tym razem nie była to wina operatora sieci, jak to się zdarza w 99,99% takich przypadków.

W stanie pewnego stuporu Peter znowu się rozejrzał, ale nie zobaczył nic, czego by wcześniej nie widział. Wszędzie jednolita biel bez kantów. Pełen wnętrzarski minimalizm. Pochylił się ostrożnie i dotknął czubkami palców podłogi. Nie była ani ciepła, ani zimna. Ani elastyczna, ani twarda. Wyprostował się i bardzo głęboko westchnął.

Trzeba to przemyśleć — postanowił. Ale od przemyśleń oderwał go widok kota. Pojawił się nagle o metr od niego: czarny, z wyprężonym grzbietem i ogonem sterczącym w górę, jak kij od szczotki. Kot prychnął, przeciągnął się i nie obdarzywszy Petera żadnym zainteresowaniem, zniknął.

Ciekawe, co następne — to pytanie przebiegło przez skołatany umysł Petera. — Mam nadzieję, że nie będzie to krokodyl albo tygrys szukający przekąski.

Nie, na szczęście dla Petera nie spełniły się jego obawy. Ani jedno ani drugie zwierzę nie zajęło miejsca kota. Jednak przestrzeń zafalowała (tradycyjnie) i o jakieś dwa metry od Petera, na wprost, pojawiła się dziecięca postać. Na pierwszy rzut oka wyglądało owo dziecię lekko nietypowe. Na pewno była to dziewczynka. No, ale ten strój? Jak na szkolną akademię; plisowana spódniczka, granatowa (a może i czarna) biała bluzka z długimi rękawami, podkolanówki i czarne, lakierowane pantofelki. W coś takiego chyba dzieci ubierano ze sto lat temu — pomyślał. Ten strój dopełniały ogromne czerwone kokardy upięte na końcach dwóch grubych warkoczy. Peter ocenił, że dziewczynka ma… diabli wiedzą, ile lat. W każdym razie była dzieckiem; drobna, szczupła i nieco egzotycznej urody; czarne włosy, ogromne czarne oczy, nieco smagła cera. W lewej dłoni ściskała składaną szachownicę zrobioną z grubego kartonu. Szachownica nosiła wyraźne ślady częstego używania. Albo była zwyczajną tandetą kupioną w sklepie z klamotami „za pensa”.

Dziewczynka spojrzała pod nogi, leciutko tupnęła i z wyraźnym zaciekawieniem rozejrzała się. A gdy jej wzrok trafił na sylwetkę Petera, roześmiała się głośno. Po chwili wyciągnęła w jego stronę rękę z szachownicą i zaczęła coś mówić. Jednak Peter nic nie słyszał. Tylko wcześniejszy śmiech. Widział, że usta dziewczynki się poruszają, ale najmniejszy nawet szmer nie dotarł do jego uszu. Stało się to dopiero w kilka sekund po tym, gdy dziewczynka przestała mówić i znowu się roześmiała.

— Где я?! Ох, какая классная, красочная одежда… Ты из цирка? Ты можешь сделать ...sztuczki?

To słowa dobiegały od strony dziewczynki, mimo że nic teraz nie mówiła. Tylko wpatrywała się w Petera wesoło.

Peter potrząsnął głową. Kolejny raz zdębiał (nie będziemy liczyć tych zdębień, bo nie ma to sensu). Westchnął i powiedział:

— Czy możesz powtórzyć, bo nie zrozumiałem, co mówisz, dziecko?

Dziewczynka zmarszczyła brwi i obrzuciła go mocno zaskoczonym spojrzeniem.

Aha! Chyba też mnie nie zrozumiała — domyślił się Peter.

Powtórzył pytanie. Dziewczynka kiwnęła energicznie głową i z poważną miną powiedziała:

— Ja pytałam, czy pan jest z cyrku i robi takie fajne sztuczki. Oj! Żeby króliki albo gołębie wylatywały… z kapelusza… Pan ma kapelusz… — Wskazała go szachownicą.

— Ja… z cyrku…. — Zerknął na kapelusz, który ściskał w dłoni i po chwili wahania włożył go na głowę. — No nie. Nie jestem iluzjonistą.

— Ale kapelusz przecież pan ma — oskarżycielskim tonem napomniała go dziewczynka. I zaraz dodała: — Dlaczego nie chce pan robić sztuczek z gołębiami?

— Ach, jakby to ująć… Kapelusz nie jest mój. A sztuczek… no… nie potrafię robić — odparł zupełnie nie mając pojęcia jak ma rozmawiać z dzieckiem. Brak mu było jakiegokolwiek doświadczenia w tej materii. A tu masz ci babo placek, musiał się tłumaczyć jakiejś małoletniej śledczej, że nie jest cyrkowym klownem czy innym tam sztukmistrzem.

— A co ma pan tam w ręku? To też do sztuczek? — Wskazała na telefon komórkowy.

Ale uparciuch! — pomyślał Peter smętnie. A głośno powiedział:

— To telefon komórkowy. Robi sztuczki, ale nie z królikami. — Wyciągnął rękę przed siebie.

Dziewczynka raźno postąpiła kilka kroków i wpatrzyła się z wyraźnym zaciekawieniem w przedmiot.

— Co to jest celofan kabłąkowy? — Uniosła wzrok i popatrzyła wyraźnie zaintrygowana.

— Słucham?! — Peter prawie wykrzyknął, i to na tyle głośno, że dziewczynka cofnęła się o krok. Tym razem jej wzrok był mocno podejrzliwy i trochę wystraszony.

Nagle poczuł, że coś jest na granicy jego rozumienia całej tej niesamowitej historii. Był człowiekiem wykształconymi, inteligentnym i obytym (przynajmniej za takiego się uważał).

Więc chyba najwyższa pora, żeby z tej inteligencji skorzystać — pomyślał.

— To jest telefon komórkowy — powiedział bardzo powoli i wyraźnie.

— Telefon komórkowy — dziewczynka prawidłowo powtórzyła po kilku sekundach milczenia. A po kolejnych dwóch spytała: — A do czego służy?

— Telefon służy do porozumiewania się. A ten, to taki telefon, który posługuje się falami radiowymi.

Boże! Jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto nie wie, co to jest telefon komórkowy?! Gdzie? W Nepalu?! A może ja jednak zwariowałem?

Dziewczynka na moment znowu zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. Nagle uśmiechnęła się radośnie i oznajmiła:

— U mnie w domu jest telefon. Niedawno nam założyli. Tata pisał dużo razy do takiego urzędu i bardzo się denerwował. Telefony są też w takich szklanych budkach. Ale mają baaardzo ciężkie słuchawki. A dlaczego on jest komórkowy? Trzeba go trzymać w komórce z wekami?

Chyba przyjdzie mi tu zwariować! — wykrzyknął Peter, ale tylko w myślach. Przez kilka sekund starał się opanować.

A potem przyszło olśnienie. I wziął się w garść.

— Powiedz mi jak masz na imię?

— Diljara. A pan?

— Peter.

— Nieprawda. Pan kłamie! Nie ma takiego imienia! — Znowu postąpiła krok w tył.

— Tak… no… właśnie… A skąd ty jesteś?

— Z Moskwy. A pan?

— Z Londynu.

Przez chwilę zastanawiała się, zwyczajowo marszcząc brwi.

— Aha! Wiem, to stolica miałkiej brytfanii! — radośnie wykrzyknęła. I zaraz spytała: — Tam też się mówi po rosyjsku?

I w tym momencie w mózgu Petera wszystko się ułożyło. Trochę po czasie, ale jednak.

— Nie, mówi się po angielsku.

— Ale znowu pan kłamie! Pan mówi do mnie po rosyjsku, tak jak moja mama i tata!

— A ty też mówisz do mnie po rosyjsku, prawda?

— Po rosyjsku. Taaak… — Podejrzliwość ponownie zagościła na twarzy Diljary.

— A czy wiesz, gdzie teraz jesteśmy? — Zatoczył dłonią wokół siebie.

— Nie wiem… — odparła dziewczynka lekko stropiona. — To mi się śni?

— A gdzie byłaś nim zasnęłaś?

— Ja… w szkole. Biegłam na turniej szachowy. Pan Iwanow nie lubi spóźnialskich.

— Jasne. — Peter pokiwał głową. — A ile masz lat?

— Siedem. A pan?

— Trzydzieści jeden.

— Oj! To jak mój tata!

— Powiedz mi… ten dzień… no, gdy miałaś iść na turniej, to jaki był? Znaczy dzień miesiąca — szybko się poprawił.

— Ósmy maja. Jestem już duża, znam się na kalendarzu. Mam wyliczyć wszystkie miesiące?

— Nie, nie… zaraz… a który rok?

— Rok?! Przecież wszyscy wiedzą! Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty czwarty. — Ostatnie cztery wyrazy wydeklamowała, w taki sposób, jakby przemawiała do kogoś niezbyt rozgarniętego.

Peter przymknął oczy.

Więc tak, teraz już wszystko jasne. No, może jednak nie wszystko. Pewny był jednego; jakimś cudem przestrzeń w tym pomieszczeniu pełniła funkcję tłumacza. Czasami robiła błędy jak ten z Google, ale w sumie działało to całkiem sprawnie. A całe to miejsce było… jakimś wehikułem czasu? Kapsułą czasu? Albo, tak jak to powiedziała dziewczynka, snem. Ale sny nie są tak realne. Na wszelki jednak wypadek kciukiem delikatnie pocisnął gałkę oczną. Obraz dziewczynki lekko się rozdwoił. W porządku, pełna realność — skonstatował.

— Więc, dobrze podałaś rok, ale nie do końca to mi…

— Co to znaczy „nie do końca”?

— Ach — żachnął się. — Przepraszam, mówię za bardzo dorosłym językiem, więc nie wszystko rozumiesz…

— Mam siedem lat i wszystko rozumiem, co mówią moi nauczyciele. Jestem mistrzynią szkoły w szachach. — Ostatnie słowa wypowiedziała z wyraźną dumą.

— Jasne… Ja nie potrafię grać w szachy…

— Pan znowu kłamie! Wszyscy potrafią!

Ja się zaraz zabiję! — pomyślał z rozpaczą Peter. — Za co zostałem pokarany koniecznością rozmowy z zarozumiałym dzieciakiem i to jeszcze przybyłym do tej talerzowatej białej puszki z zamierzchłej, komunistycznej Rosji.

Opanował się i w tym samym momencie (jak zwykle) przestrzeń po lewej stronie zafalowała.

Oczywiście! Kolejni goście — oznajmił sobie w duchu, mając nadzieję, że nie będą to dzieci z epoki neandertalskiej. Wolałby jednak chyba tego krokodyla.

No nie, obyło się bez krokodyla i dzieci z wiadomej epoki. Pojawiła się blondynka. Ann McGovern.

Trochę spóźniona — pomyślał Peter uszczypliwe i zaraz dodał (równie uszczypliwie) — Ale za to jak wystrojona!

To prawda, miał całkowitą rację w swojej ocenie. Tym razem jej ubiór był naprawdę w stylu. Starym hippisowskim stylu. Tak mniej więcej z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia; białe tenisówki pobazgrane flamastrami w różne popartowe desenie, spodnie biodrówki z kwiatowymi naszywkami, bluzka wyglądająca, jakby po kolei wpadła w co najmniej kilka przypadkowych kotłów z farbą, no i obowiązkowa pacyfa zawieszona na szyi, na skórzanym rzemyku. Pacyfa oczywiście pokaźnych rozmiarów, co najmniej dziesięć centymetrów średnicy. Z różowego plastiku. Klasa, jednym słowem, sama w sobie.

— Witam w naszym pojeździe, Ann — odezwał się Peter. — Tym razem nie przybyła pani punktualnie. Ale ten ubiór… prima sort! Brak tylko skórzanej przepaski na włosy — dokończył kpiąco.

Ann, nadal z szeroko otwartymi oczami (tak jak ją zapamiętał Peter, zanim trafił do tego miejsca), potrząsnęła głową i rozejrzała się. Wyraz osłupienia na jej twarzy pogłębił się. Nie zareagowała na słowa Petera.

Za to zareagowało nieznośne dziecko. Diljara spytała:

— Czemu ta pani ma brudne buty? A fe… to nieładnie… — Popatrzyła na Petera. — To pan zrobił taką sztuczkę, żeby ta pani tu była?

— Poczekaj… — Peter pomachał dłonią, w której ściskał komórkę. — Zaraz to wyjaśnimy, tylko bądź przez chwilę cicho i nie zadawaj pytań, dobrze?

Dziewczynka kiwnęła głową, ale widać była, że niezbyt jest zadowolona.

Peter przeniósł wzrok na Ann i spytał:

— Ann, słyszysz mnie? Jak się czujesz?

Ann wreszcie zwróciła na niego uwagę. I sytuacja powtórzyła się. Peter widział jej poruszające się usta, ale do jego uszu nie dobiegł żaden dźwięk. Nauczony już doświadczeniem, choć z pewnym zaskoczeniem (tutaj nie był potrzebny przecież tłumacz — Ann mówiła po angielsku), cierpliwe poczekał. I się doczekał. Po kilku sekundach usłyszał:

— Oh non! Où diable suis–je?! Quelle est cette absurdité?!… cholera! Szlag by to trafił! Kim ty jesteś… ty tam koleś, w tym cyrkowy stroju! Ja pierniczę, co się dzieje?!

Peter kolejny raz zdębiał. Ale postanowił zachować zimną krew.

— To ja, Peter. Nie poznaje mnie pani? Och, Ann, niech pani posłucha… zostaliśmy oboje przeniesieni w jakieś dziwaczne miejsce. Nie mam pojęcia, gdzie ono się znajduje. Czy pani rozumie teraz, co mówię? — Starał się mówić wolno i wyraźnie, bacząc na tego „przestrzennego” tłumacza, jednak coś mu znowu nie grało.

Na twarzy Ann pojawiło się zagniewanie i strach wypierające osłupienie.

— Nie jestem żadną Ann. Co to za miejsce? No, cholera…

— Dlaczego ta pani tak brzydko mówi. Niech pan jej powie, że to nieładnie! — odezwała się Diljara.

Chcę już umrzeć! — wykrzyknął w duchu wielkimi literami Peter. Przymknął na moment oczy i głęboko westchnął. W końcu zebrał się w sobie.

— Dziecko, prosiłem, żebyś nic nie mówiła.

— Nie jestem dzieckiem — odparowała Diljara gniewnym tonem.

— Co to za namolny bachor? — wykrzyknęła kobieta.

— Obie natychmiast przestańcie! — wrzasnął nagle poirytowany Peter. — Zaraz pani wszystko wyjaśnię… Ale najpierw podstawowa sprawa. Jeśli nie jest pani Ann, to kim w takim razie? Tylko grzeczniej, proszę. Tu jest małe dziecko.

— Ja? — Kobieta z niedowierzaniem potrząsnęła głową. — Mam na imię Sylvie. A pan?

— Peter. A dokładniej nazywam się Peter Malcolm Sulivan.

— On jest Brytfaniec — wtrąciła Diljara.

— Że jak? Masz ci los! Angol? — spytała Sylvie tonem niezbyt przychylnym.

— Tak, Angol, z Londynu, na domiar złego. A pani?

— Jestem Francuzką. Z Lyonu.

— Proszę, niech pani łaskawie poda aktualną datę?

— Eeee… datę… Boże, co za pacan. Ósmy maja tysiąc dziewięćset trzydziesty trzeci. — powiedziała i zaraz dodała złośliwie: — Masz jakieś problemy z pamięcią?

Peter aż podskoczył — 1933?! Co jest, do cholery? Dobra, tylko spokój nas może uratować. Trzeba temat podrążyć, to może się coś wyjaśni. Chyba, że ta hippiska z Bożej łaski stroi sobie żarty. Spytał:

— Jest pani pewna tej daty? Na pewno 1933?

Sylvie obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem, którego kobiety standardowo używają, by odpędzić w diabły facetów nie zasługujących na miano „ciacho”.

— Słuchaj koleś, jesteś jakiś niedzisiejszy? Przecież ci powiedziałam wyraźnie.

— Zdecydowanie jestem późniejszy. Przybyłem do tego miejsca z 2021. — Kątem oka zauważył, że oczy Diljary zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe niż zwykle. Od razu przyłożył palec do ust, by powstrzymać dziewczynkę od gradu dociekliwych pytań. Udało się. Pojęła.

— I w 2021 roku ludzie się ubierają jak błazny? — spytała kąśliwie Sylvie.

— Tak. My Angole tak mamy — odparł ze złością i przez myśl mu przemknęło, że powinno się wzdłuż Kanału postawić mur wysoki na co najmniej dziesięć metrów.

— No dobra. Albo się za mocno naćpałam, albo umarłam i to wszystko mi się zwiduje, zanim mnie już całkiem diabli wezmą. — Sylvie popróbowała dookreślić swój przypuszczalny stan i sytuację bieżącą.

— Nic się pani nie zwiduje ani pani nie umarła. — Peter rozwiał jej przypuszczenia i zaraz spytał: — Co pani pamięta sprzed… tego przywidzenia?

— Co pamiętam? — Potrząsnęła głową. — Szłam ulicą do telefonu. A potem zrobiło mi się szaro przed oczami… no i znalazłam się tutaj. A tak w ogóle to świetnie mówisz po francusku. Dziwne, bo Angole nie potrafią się nauczyć żadnego cywilizowanego języka. Chyba ktoś tu kłamie.

Dobrze, że nie mam pistoletu, bo bym tę wredną babę od razu zastrzelił — pomyślał z irytacją Peter, a na głos powiedział:

— Tak, tak… A kto jest prezydentem Francji?

— Ale z ciebie idiota… De Gaulle! Od ośmiu lat! A co ty tak miętosisz tam w garści? — Wskazała dłonią na komórkę.

— To taka technika z 2021 roku. Telefon komórkowy. I po prawdzie: nie znam francuskiego i nie mówię po francusku.

— Nie chrzań mi tu jakichś głodnych kawałków. Przecież głucha nie jestem. I mówię do ciebie po francusku.

— Przestrzeń tego pomieszczenia pełni rolę tłumacza, pojmuje pani?

— Ja pierniczę! Zaraz zwariuję!

— Ta pani znowu mówi brzydkie wyrazy! — Diljara nie wytrzymała.

— Ja pierniczę, czy ktoś może wykopać stąd tego nieznośnego bachora?

— Ja nie chcę, żeby ta pani tak brzydko mnie nazywała — poskarżyła się dziewczynka i jej oczy zaszły nagle łzami.

Chciała je chyba otrzeć, bo uniosła rękę, w której trzymała szachownicę i… uderzyła się jej kantem prosto w oko. Krzyknęła przeraźliwie i gwałtownie przykucnęła, a szachownica upadła bezgłośnie na podłogę.

Peterowi przeszły lodowate ciarki po plecach, bo zauważył, że spod przyciśniętej teraz do twarzy dłoni dziewczynki wycieka strużka krwi. Zdezorientowany postąpił krok w jej stronę, klnąc w żywy kamień, że nie będzie w stanie jej w żaden sposób pomóc. Nie potrafił nawet poprawnie założyć plastra na skaleczenie, a co dopiero w takim przypadku.

Nim zrobił drugi krok, w podłodze, jakieś pół metra przed kolanami Diljary pojawił się świetlisty punkt bursztynowej barwy. Ten punkt w mgnieniu oka zatoczył krąg, tworząc obręcz, po czym obręcz wystrzeliła ku górze przekształcając się w nieprzenikliwą dla oczu zasłonę. Wyglądało to tak, jakby w miejscu dziewczynki powstał walec o ścianach z cienkich, pulsujących strumyków wody, podświetlonych z każdej strony.

Peter ostrożnie zbliżył się do tej bariery i dotknął czubkami palców. Nic nie poczuł. To znaczy poczuł to, co wcześniej przy dotknięciu podłogi. Pocisnął. Nic… Pocisnął mocniej. I wtedy bariera mocno go odepchnęła w bok. Zaskoczony, stracił równowagę i już się przewracał, gdy coś miękko złapało go w powietrzu i postawiło do pionu.

— No, no. Nie widziałam, że Angole potrafią fruwać — odezwała się Sylvie i zachichotała.

Peter nie wytrzymał. Jego cierpliwość się wyczerpała. Mur urósł do dwudziestu metrów.

— Zamknij ten jadowity dziób, idiotko! — wrzasnął. — Przez ciebie dzieciak sobie oko wybił, a ty tu żarty stroisz, durna babo!

— Jak to przeze mnie!? To ty, lamusie…

Nie dokończyła. To znaczy, mówiąc dokładniej, jej usta się nadal poruszały, ale bezdźwięcznie. A przed czubkami „a fe…” tenisówek pojawił się świetlisty punkt. Tym razem jadowicie fioletowy. W niecałą sekundę później Sylvie i jej jadowity dziób zniknęły za fioletową barierą.

A Peter, co zrobił? Znowu zdębiał.

2

Gdy Peter już uspokoił nerwy po zamurowaniu Jadowitej Sylvie w fioletowej szklance czy też może walcu, obszedł go wkoło, mając cichą nadzieję, że nie ma tam żadnego otworu, przez który mogłaby wypełznąć na zewnątrz. Nie było. Obszedł i ten drugi walec, bursztynowy. Trochę się niepokoił o tę pyskatą dziewczynkę.

Cholera! — pomyślał — jeśli została odesłana do swoich czasów, to raczej te oko nie będzie do odratowania. Szlag by to wszystko trafił! — Poczuł wyrzuty sumienia.

Pospacerował jeszcze chwilę, zupełnie nie widząc, co ma dalej robić. Zauważył przy tym kolejną dziwną rzecz; te walce świeciły i to raczej jasno, ale ani na sufit, ani na podłogę żadne barwne światło nie padało, choćby i w minimalnym stopniu. Uznał po kilku minutach, że do rozszyfrowania i tego zagadnienia, potrzeba raczej jakiegoś fizyka, a nie redaktora trzeciorzędnej literatury, więc dał sobie spokój i postanowił zająć się sobą.

Obejrzał, teraz już w miarę spokojnie, swój cudaczny ubiór i pierwsze co zrobił, to pozbył się tych koszmarnych, uwierających butów. Od razu się okazało, że skarpetki ma własne, te które założył jeszcze w domu. I koszula też, i krawat — normalne.

No, to już jakiś postęp! — Odetchnął z ulgą i chcąc się pozbyć tej kretyńskiej marynarki sięgnął do nie mniej kretyńskich guzików. Było ich cztery i za cholerę nie chciały się rozpiąć. Próbował tak, siak i nic. Były jak przyklejone. I gdy zaczął w przypływie desperacji szarpać połami na wszystkie strony, przypadkiem dotknął kciukiem środka jednego z nich. Odskoczył. Przyjrzał się uważniej i stwierdził, że to jakaś sztuczka oparta o magnetyzm, bo żadnych zapinek czy czegoś mu znanego nie zobaczył. Rozpiął pozostałe, zerwał z siebie ten durny przyodziewek i rzucił z nienawiścią na podłogę.

Teraz te nieszczęsne spodnie! — tu już dał sobie radę od pierwszego podejścia i gacie z lampasami spoczęły, gdzie ich miejsce, obok marynarki.

Bielizna też była jego własna. Zanim na nią zerknął, przymknął na moment oczy, mając nadzieję, że nie zmieniła się w jadowicie czerwone stringi z koronkowym wykończeniem. Albo jadowicie zielone.

No dobrze, ale skąd teraz wziąć normalne ubranie, przynajmniej spodnie? — Zastanawiał się. W sumie w pomieszczeniu było ciepło, więc mógł przebywać w nim bez obawy, że zmarznie, paradując w niekompletnym przyodziewku, ale…

No właśnie: ale!

Przecież w każdej chwili może się pojawić tu kolejny gość. I jak? Przywita go w slipach i koszuli?

Żachnął się, bo właśnie tak jak zwykle przestrzeń lekko zafalowała i tak jak zwykle, dwa metry przed nim objawiła się… Ann McGovern. Przynajmniej z wyglądu była to ona.

Peter w panice złapał za spodnie i zamarł.

Każdy normalny facet by z zamarł w takiej sytuacji, bo Ann McGovern objawiła się w czarnej sukience, cudownie (bo odpowiednio ciasno) opinającej jej zgrabne biodra, podkreślając mocno wciętą talię. A te nogi! Uff! Długie, smukłe, w czarnych pończochach. I te wspaniałe blond włosy, i te cudowne niebieskie oczy. Stroju dopełniały klasyczne, czarne szpilki.

Nadal stał, jak skamieniały (określenie: zdębiał, zostawmy na inne okazje), gdy Ann z tym swoim półuśmiechem, z którym było jej naprawdę do twarzy, potrząsnęła głową, rozejrzała się, spojrzała na Petera i przemówiła. Tym razem nie było żadnego wstępnego bełkotu miejscowego tłumacza. Peter usłyszał słowa wypowiedziane czystą angielszczyznę.

— O! Gdzie jestem? Co się stało? Coś niesamowitego…

Peter uznał z punktu, że alt Ann jest najsłodszym dźwiękiem na świecie. Udało mu się wreszcie zamknąć otwarte na całą szerokość usta. Odchrząknął, potem zrobił to jeszcze dwa razy i spytał:

— Czy pani jest Ann McGovern?

To było tak wszelki wypadek, by się upewnić.

Kobieta roześmiała się.

Tak to ona, ale zaraz usłyszał i werbalne potwierdzenie.

— A kim miałabym być? — spytała z lekkim zaskoczeniem w głosie. — Gdzie my jesteśmy? — Ponownie się roześmiała. — Dlaczego jest pan bez spodni?

Peter bezwiednie uniósł je wyżej i Ann w pełni mogła zrozumieć, dlaczego.

— No tak… jak z teatrzyku dla dzieci… albo cyrku.

Peter zauważył, że jej wzrok omiótł jego sylwetkę od stóp do głów tym znanym mu, bardzo specyficznym kobiecym spojrzeniem; oceniamy — odrzucamy/akceptujemy.

— No, tak… widzi pani, że… — wydukał, czując się mocno zakłopotany.

— Też bym takich gaci nie założyła, nawet po pijaku. A gdzie się podziały pana własne?

Peter zauważył, że Ann świetnie odnajduje się w tej dziwacznej sytuacji. Żadnej histerii, strachu. Raczej wesołe zaciekawienie. Tak; inteligentna i piękna.

— To ja pani może opowiem co się dzieje… to znaczy będę się przynajmniej starał… — Postąpił dwa kroki.

— Proszę mi mówić Ann.

Ach, ten słodki tembr! Peter nagle poczuł się jak nastolatek na pierwszej randce.

— Oczywiście… tak… Mów mi Peter… Wspaniale wyglądasz w tym stroju…

Komplement był rzeczywiście z tych nastoletnich. I to z epoki pary.

Ann obdarzyła go uśmiechem i spojrzała po sobie. Zaskoczona, cofnęła się o krok. Trochę to trwało, zanim ochłonęła i spojrzała znów na Petera.

— Peter, powiedz mi, tylko szczerze, czy ten garnek z rosołem nas…. albo może tylko mnie, wprawił w nirwanę?

— Nie. Garnek opuścił budynek przez okno. Od tej pory, na szczęście, nie pojawił się ponownie. Pewno teraz wszedł już na orbitę wokół Marsa. A może i Jowisza… Nie, to nie sen narkotyczny ani nirwana. To chyba coś gorszego. Zostaliśmy przeniesieni w czasie. I w przestrzeni chyba też.

Ann z namysłem pokiwała głową.

— To ja raczej miałam więcej szczęścia, bo przynajmniej porwano, przepraszam, przeniesiono mnie i ubrano w całkiem przyzwoite ciuchy. Ta kiecka jest horrendalnie droga; Armani. Myślisz, że każą mi za nią płacić? Albo sama zniknie? — Kąciki ust Ann uniosły się.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział jej uśmiechem — ale może i tak się zdarzyć… Żadnej gwarancji.

Nagle przez myśl przemknął mu obraz Ann tak… no wiadomo jak. Poczuł, że coś się odzywa w dole brzucha. Zerknął nerwowo w dół. Na szczęście Ann skupiła uwagę na ponownym przypatrywaniu się otaczającej ją przestrzeni, więc odetchnął z ulgą.

— To jedyne wyposażenie tego wnętrza? Te kolumienki świecące kiczowatymi kolorkami? — spytała i zatoczyła dłonią wokół.

— Och, nie, to wcale nie wyposażenie. Generalnie, to tu panuje pełen stan deweloperski. Ale to długa historia… czy opowiedzieć?

— Pewnie!

Więc Peter opowiedział.

Po tym jak skończył, Ann obeszła powolnym krokiem oba walce kilka razy i w końcu zatrzymała się przed Peterem.

— No tak… Jednym słowem moja dublerka została poddana anihilacji za złe zachowanie… — Uśmiechnęła się ponownie kącikami ust, patrząc Peterowi w oczy. A Peter niezwłocznie uznał, że ten uśmiech jest zniewalający. Może inaczej: wreszcie go dostrzegł w całym spektrum zniewalania, a potem uznał.

— Tak, tak można to określić. — Peter westchnął głęboko. — Te pomieszczenie nie toleruje niewychowanych bab. Nawet z 1933 roku. Została ocenzurowana… anihilacją. Skutecznie.

— Ale ta dziewczynka chyba nie została spopielona?

— Oby nie! Miejmy nadzieję, że nie. Czuje się winny, że… — Machnął ręką, w której trzymał nadal spodnie. Rzucił je na podłogę. — Chyba kolor tych szklanek coś znaczy. Może jest tu jakiś szpital, lekarz, och, diabli wiedzą co. Mam taką nadzieję.

— Chyba masz rację. Jestem pewna, że jest — odparła stanowczo Ann. — Ten tłumacz… jak to działa? Pokażesz mi? Jestem ciekawa.

— Jeśli znasz jakiś język oprócz angielskiego, to zadziała. Ja znam kilka słów po niemiecku i kilka po francusku… To za mało. Poza tym to też są takie słowa… no wiesz. Zdecydowanie nie chciałbym zostać zgrillowany przez miejscowego cenzora.

— Ja znam polski i trochę rosyjski.

— Polski?

— Moja mama jest Polką. Wyszła za mąż za Amerykanina, a potem przeprowadzili się do Anglii. Dbała, żebym znała jej język. Mam słuch muzyczny, więc nie było to trudne.

— Fantastycznie! Ale żebyś zobaczyła, jak pracuje tłumacz to ja muszę w innym języku powiedzieć kilka zdań.

— Poczekaj… O, masz komórkę! Daj mi ją.

Peter teraz dopiero zauważył, że trzyma ją w dłoni. Podał telefon Ann. A ta wprawnie wpisała tekst w notatnik. Tylko chwilami nad czymś się zastanawiała. Oddała mu komórkę i powiedziała:

— Napisałam po polsku. I bez znaków diakrytycznych, bo byś się na nich zaseplenił na śmierć. Dwa zdania… bardzo proste, ale pamiętaj, że „a” czyta się jak „a” nie „ej”, a „j” to „j”.

— Jasne — Wpatrzył się w słowa. Ze dwa razy przeczytał, lekko poruszając ustami, ale bezdźwięcznie. — Okej… to patrz na mnie… Polska dżjiset krejadż… Dobra, jeszcze raz. Polska… jest… krajem… dablyou Europie. Moja… mama… po… di aj… z Polski… — Skończył i przeniósł spojrzenie na Ann.

— O Boże, jakiś bełkot. Zrozumiałam tylko ostatnie słowo…

— Aha, czyli jak zwykle. Powtarzamy. Polska jest krajem… eeee… dab… w Europie. Moja mama po… po… si… aj… di… pochodi z Polski… — umilkł popatrzywszy na Ann wyczekująco.

— Pan redaktor musi jeszcze sporo popracować nad dykcją. Ale jak na początek, nieźle. Niesamowite. Twoje usta poruszały się asynchronicznie do dźwięku. Jak w filmie spieprzonym na postprodukcji. Ten tłumacz zrobił tylko jeden błąd: słowo „Europie” zostało zastąpione przez „konopie”. Niesamowite!

— To i tak nieźle. Och, czy wiesz, co to jest celofan kabłąkowy?

— Nie będę nawet próbowała zgadywać.

Peter w odpowiedzi pomachał przed jej oczami telefonem.

— Rozumiem. No dobrze, wiem chyba już tyle, co i ty. To jakieś miejsce, do którego wpadają ludzie z różnych epok. Tylko… ta hippiska z 1933 roku? Wtedy przecież nie było hippisów. I ten De Gaulle? — Machnęła lekceważąco dłonią. — Okej, dajmy sobie na razie z tym spokój. Tylko, co robimy dalej? Masz jakiś pomysł, redaktorze naczelny?

— Mam pomysł, że absolutnie nie mam żadnego pomysłu. Gdyby był tu jakiś dobrze zaopatrzony barek, to po prostu najchętniej bym się upił. Może w międzyczasie zagości tu jakiś Einstein z 6033 roku i nam wszystko wyjaśni.

— Chyba że okaże się spawaczem, czego nie można w tej sytuacji wykluczyć. A z tym barkiem to doskonały pomysł. — Ann pstryknęła z wdziękiem palcami i krzyknęła w przestrzeń, lekko unosząc głowę: — Kelner! Dwa razy whisky bez lodu! Migiem!

Oczywiście miał to być żart, ale…

Jak zwykle…

Co się stało?

Przestrzeń przed Ann zafalowała.

I… oboje usłyszeli krótki przenikliwy gwizd.

A potem…

Pomiędzy Ann i Peterem na kilka sekund pojawiła się niewielka kula najeżona długimi szpikulcami jak jakiś koronowirus. Kula była intensywnie czerwona.

— O! — wydukał Peter. — Coś nowego.

— Chyba zrozumiałam przekaz — odezwała się Ann. — Pić tu też nie wolno. Przynajmniej alkoholu. — Obrzuciła Petera nagle bardzo figlarnym spojrzeniem. — Ciekawe, co tu jest jeszcze zabronione, żeby nie naruszało… moralności…

— Ech… No… — Peter pod spojrzeniem Ann stracił kontenans.

— Wiesz… — zaczęła jakby ciut głębszym głosem — jesteś całkiem do rzeczy facet… szczególnie bez spodni.

— Co, ja!? Ach… no…

Peter nie należał do mężczyzn nieśmiałych w stosunku do płci przeciwnej, ale Ann działała na niego, z niejasnych powodów, właśnie onieśmielająco. Musiało upłynąć kilka długich chwil, zanim zebrał się w sobie.

— Tak, wiem. — Roześmiał się cicho. — Wiele kobiet mi to mówiło, ale później ulatniały się w objęciach jakiegoś lokalnego Jamesa Bonda.

— Jesteś żonaty?

— Nigdy nie byłem. Nie pociąga mnie instytucja małżeństwa. Wolę wolne związki. Ostatni taki zakończył się pół roku temu. To była redaktorka z konkurencyjnego wydawnictwa.

— Też porwał ją jakiś James Bond?

— Nie, wzięła ślub ze swoim szefem. Teraz przebywa na Barbados. Przysłała mi zdjęcia mailem. Topless…

— To musiałeś jej nieźle wejść pod paznokcie.

— Łatwo nie było.

Ann roześmiała się perliście i w tym momencie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czyli nagle i nieprzewidywalnie, gdyby ktoś nie wiedział) bursztynowy walec zniknął.

— O! — wyrwało się Ann.

— O! — wykrzyknął Peter.

— Oj! — powiedziała Diljara. — Znowu tu jestem. — I widząc Ann, cofnęła się o krok. Na jej twarzy natychmiast pojawił się wyraz zagniewania.

Peter pierwszy ochłonął. Podszedł do dziewczynki i przyklęknął. Przez chwilę uważnie przyglądał się jej twarzy. Odetchnął z ulgą.

— Już dobrze… — Wskazał dłonią Ann. — Ta pani ma na imię Ann i nie jest tą, która tak nieładnie mówiła. Rozumiesz? To moja… koleżanka z pracy. No… i popatrz jakie ma piękne buty.

Ann podeszła bliżej i wyciągnęła rękę w stronę Diljary.

— Cześć! Jestem Ann, a ty pewno jesteś Diljara? — odezwała się lekkim tonem.

— Tak… ale… — Dziewczynka zmarszczyła nosek. — Jeśli pani nie jest tamtą panią, to skąd pani wie, jak mam na imię? — spytała podejrzliwe, jednak po chwili wahania uścisnęła dłoń Ann.

— Och, tamta pani była złą czarownicą, ja jestem tą dobrą i wszystko wiem — wyjaśniła Ann z szerokim uśmiechem.

— Czarownice są tylko w bajkach dla małych dzieci — rzeczowo odparła dziewczynka.

— To prawda — zgodziła się Ann, mrugnąwszy znacząco do Petera i spytała. — Powiedz mi, kto cię tak pięknie ubrał?

Diljara natychmiast radośnie uśmiechnęła się i przesunęła dłońmi po białej, kloszowej sukience na ramiączkach, w duże czarne grochy.

— No… musiałam dotknąć takiego duuuużego ekranu. Takiego jak w kinie. Ale trochę mniejszy. Nie! Dużo mniejszy… I był kolorowy! — Zerknęła w dół. — I te buciki też tam były. Takie są ładne, białe i mają śliczne czarne kropki. I ten kapelusik… i kokardy. Wszystko… wy… wydotykałam na tym ekranie. — Dziewczynka mówiła z wyraźnym przejęciem, aż poróżowiały jej policzki.

— Chyba BB takie nosiła — odezwał się Peter. — Naprawdę fajne.

— Kto to jest BB? — spytała Diljara, poprawiając ułożenie warkoczy.

— To bardzo znana aktorka, Brigitte Bardot, ale mówią na nią BB — zaczęła Ann i żachnęła się. — Ale nie wiem czy w twoim kraju jest znana.

— Pewnie, że tak! — Diljara odęła usta. — Chłopcy pokazują sobie jej zdjęcia. Oni wycinają je z… no, z gazet… takich co są o filmach. — Wzruszyła ramionami. — Ale oni są głupi.

— Faktycznie — zgodziła się Ann. — Jakby nie mogli skorzystać z pornhuba… — urwała szybko, rzucając Peterowi przepraszające spojrzenie.

— Co to jest pornhuba?

— Ech, nic — odezwał się Peter. — Taka tam głupia gazeta ze zdjęciami dla głupich chłopaków.

— Aha… — Dziewczynka kiwnęła energicznie głową.

— Powiedz nam, co się z tobą działo — kontynuował Peter — no wtedy pod tym jak się uderzyłaś? Bardzo bolało? Martwiłem się o ciebie. — Wskazał wzrokiem na Ann. — Moja koleżanka też.

Diljara przez chwilę milczała, a potem z nagła wystrzeliła pytaniem:

— A dlaczego pan nie ma spodni?

— A! Spodni… — Peter całkiem zaskoczony i nagle zawstydzony nie wiedział, co powiedzieć. Ann wybawiła go z kłopotu.

— Są bardzo brzydkie i Peter chciał je zmienić, ale nie znalazł drugich — wyjaśniła rezolutnie.

— Aha! To trzeba chcieć spodnie — wyjaśniła nie mniej rezolutnie dziewczynka. I zaraz jej wzrok stał się lekko podejrzliwy. Spytała: — Czy pan Peter się ożeni z panią? — Przeniosła spojrzenie na Ann. — Pani jest bardzo ładna. I tak ładnie ubrana.

Petera znowu zamurowało. Taka to już tradycja w tym pomieszczeniu, że ludzie albo dębieją, albo są zamurowywani. No, nie wszyscy, bo znowu na ratunek przyszła Ann.

— Ach, dziękuję — odezwała się wesoło. — Wiesz o…

— Kiedyś wcześniej przyszłam ze szkoły — Diljara nie pozwoliła sobie przerwać — bo pani od rosyjskiego zachorowała i tata też był bez spodni. A mama tak dziwnie patrzyła.

— Poczekaj, słoneczko… — wtrąciła się Ann. — Bardzo chcemy wiedzieć, co się z tobą działo. Opowiesz? Tak po kolei? — Przykucnęła obok Petera.

— Dobrze… to najpierw bardzo bolało… pootem… to byłam w wodzie. Nie! Nie w wodzie, bo nie było mokro. Ale pływałam, tak jak w szkole na basenie. Ale naprawdę, to chyba nie, bo nie utonęłam. Ale wszędzie było tak… miękko i ciepło. I taki głos… powiedział, żebym się nie bała. I już nic nie bolało. A… poootem… to… byłam w kinie… Nnie! Tam biegały zwierzęta i latały ptaszki… dookoła mnie! Naprawdę! Takie kolorowe; żyrafy i słonie. I lew był! Trochę się wystraszyłam, że mnie zje, ale sobie poszedł… I były takie… takie… nie widziałam nigdy takich… taki z fioletowym futrem… duuuuży i skakał na jednej nodze. I miał jedno oko… I ten, co wyglądał jak kula… on był z dziećmi. Takie małe kulki i się toczyły… piszczały jak dzieci… Faaajnie. A potem to powiedziałam, że jestem głodna. I wtedy zaraz zrobił się duży…. ekran, jak w kinie. Tylko mniejszy, ale nie tak jak w telewizorze u moich sąsiadów pod 14. Tam to nic nie widać… I ten głos powiedział, że mam wybrać. Na tym ekranie były małe obrazki. I był tam tort! Duży, czekoladowy. Musiałam go dotknąć palcem. Tak ten głos powiedział. No i on się pojawił przede mną… Ale był smaczny!

— I zjadłaś cały ten tort? — Peter nie wytrzymał.

— Nieee… był bardzo duży. Taki jak zrobiła moja babcia na urodziny mamy. No, a potem… — Diljara urwała nagle, a na jej policzkach pojawił się silny rumieniec. — Nie powiem… bo się wstydzę…

Ann popatrzyła zaniepokojona na Petera i spytała stonowanym głosem:

— Coś przykrego… coś brzydkiego ktoś ci zrobił?

— Nie… — Diljara energicznie pokręciła głową. — Tylko… ja tam byłam… na… no moje ubranie… zniknęło… buciki co dostałam od mamy i bluzeczka. Oj, w ogóle wszystko…

— Ach, to nic wielkiego — skwitowała Ann i zaraz dodała: — Więc dostałaś te, które teraz masz na sobie, prawda?

— Tak! — Dziewczynka wykrzyknęła z ożywieniem. — I znowu był ten ekran i mogłam wybrać. A potem od razu się pojawiło i ubrałam się.

— Doskonale wybrałaś. Masz gust — z uznaniem powiedziała Ann, a Diljara popatrzyła na nią z wyraźną dumą.

— Doskonale! To ja może sobie zamówię spodnie u miejscowego krawca? — wtrącił Peter, popatrując na Ann i dziewczynkę.

Obie zgodnie i skwapliwie pokiwały głową.

Peter uniósł się i powiedział w przestrzeń:

— Potrzebuję… spodnie…

Nic się nie stało.

— Trzeba powiedzieć: chcę — pouczyła go Diljara.

— Aha… Chcę spodnie!

W sekundę potem sylwetkę Petera ze wszystkich stron omiótł zielony promień. Po kolejnej sekundzie coś zadźwięczało i przed jego szeroko otwartymi oczami pojawił się ekran. Taki jak pokazują we współczesnych filmach „esef”. Czyli 3D. A może już i 53D. Lewitował sobie najspokojniej w świecie w powietrzu. Ekran był mniej więcej kwadratowy i mniej więcej metr na metr, podzielony na niewielkie kwadraty. W każdym z nich zobaczył spodnie o różnych stylach i kroju.

— Wybierz dżinsy, będzie ci wygodniej niż w tym twoim redaktorsko urzędowy garniturze — podpowiedziała wesoło Ann.

Zawartość ekranu była widoczna z obu jego stron.

— Co to są dżinsy? — spytała Diljara.

— Zaraz zobaczysz… — Ann delikatnie uścisnęła dłoń dziewczynki.

Peter zerknął koso na Ann, ale podporządkował się sugestii. Przyłożył palec wskazujący do odpowiedniego kwadracika. Ekran zniknął, a na jego miejscu pojawiły się spodnie. Jak żywe. Dżinsy. Dyndały sobie teraz na niczym nie podwieszone, na wprost oczu. Peter bez chwili zastanowienia złapał po obu stronach za szlufki i pociągnął ku sobie. Tylko przez chwilę czuł lekki opór. Błyskawicznie włożył je.

— Leżą, jak ulał — oceniła natychmiast Ann.

— Bardzo dziwne spodnie — oceniła Diljara.

Peter też je sobie teraz dokładniej obejrzał.

— Chyba piracka produkcja. Krój identyczny jak Levisy, tylko naszywki brak — orzekł.

— To piraci w takich spodniach chodzą? — zainteresowała się natychmiast Diljara.

Peter roześmiał się głośno. To było naprawdę ciekawe doświadczenie w tak bezpośredni sposób poczuć różnicę epok. I różnice cywilizacyjne.

— Nie, nie chodzą. Piraci mieli inne stroje — wyjaśnił, zwracając się do dziewczynki. — Okej. To teraz jeszcze buty… Więc ekranie nakryj się… — Spojrzał pytająco na Ann. — Co najlepiej pasuje do dżinsów?

— Pacyfa — zakpiła Ann. — Okej, okej… jakieś sportowe; adidasy, pumy… coś z tych rzeczy.

— Mogą być sportowe, byle nie były markowe — zgodził się Peter i powiedział w przestrzeń: — Chcę sportowe buty.

I sytuacja powtórzyła się.

— Całkiem niezłe — uznał, gdy już miał buty na nogach. Przeszedł parę kroków. — Naprawdę wygodne.

— I też pirackie — dodała Ann.

— Skądże! — Udał oburzenie. — Wyprodukowane w Wietnamie na pakistańskiej licencji.

— Jak sobie zachciałeś, tak sobie dostałeś — Ann roześmiała się. — Miały być niemarkowe. A co ty w ogóle masz do markowych butów?

— Ach… — Peter machnął lekceważąco ręką. — Parę lat temu kupiłem w Tokio takie markowe na pieszą wyprawę po Tajlandii. Rozleciały się po tygodniu, a miały być odporne na wszystko. Potem musiałem wyrżnąć w łeb sprzedawcę tym markowym butem, żeby przyjęli reklamację.

— Doskonały sposób. — Ann głośno zachichotała. — Reklamację uwzględnili?

— Za pierwszym podejściem… Nie, w sumie za drugim.

— Fajne te niemarkowe sportowe — odezwała się Diljara. — Nigdy takich nie widziałam.

— Bo to jest tak… — zaczął z namysłem Peter. — W twoich czasach i w twoim kraju takie buty nie były jeszcze produkowane.

— Aha. A co to jest reklamacja?

— Gdy ktoś nie chce ci oddać pieniędzy, które ci się należą — odpowiedział, zastanawiając się usilnie, ile to niezmordowana w pogłębieniu wiedzy Diljara ma jeszcze w zanadrzu pytań.

— Aaa… Pan Peter jest naprawdę z 2021 roku? — Dziewczynka wystrzeliła kolejnym pytaniem, tym razem łatwiejszym.

— Tak. — Peter zdecydowanie potwierdził. — I Ann też.

— Jak to? — Diljara wpatrzyła się w Petera intensywnie.

— Nie wiem. Ale spróbujemy się jakoś tego dowiedzieć. — Przyjrzał się uważnie dziewczynce i spytał: — Powiedz… kto rządzi w twoim kraju… Ech, to za poważne pytanie…

— Diljara… — Ann weszła mu w słowo — …kto jest prezydentem albo premierem w Rosji? Wiesz może?

— Za jej czasów nie było tam prezydentów — przypomniał Peter.

— Poczekaj… — uciszyła go gestem dłoni. Spojrzała na Diljarę, która aż się paliła, żeby odpowiedzieć.

— Prezydentem jest pani Walentyna Tierieszkowa. A premierem jest pan Leonid Breżniew — oznajmiła dumna ze swojej wiedzy.

— Tierieszkowa… — wydukał Peter. — A ona przypadkiem nie latała w kosmos?

— Pewnie, że latała! — wykrzyknęła dziewczynka. — Pani Walentyna, nasz prezydent, to pierwsza kobieta, która obleciała Ziemię i Księżyc! Pan nie wie? A ci… Amerykanie… to oni nie pozwalają kobietom latać w kosmos. I mówią, że wylądowali na Księżycu. Ale tata mi mówił, że to nieprawda. I oni chcą zbudować bazę na Marsie. Pani Walentyna powiedziała, że też zbudujemy. I ta baza będzie duuużo większa!

Peter popatrzył znacząco na Ann. Odpowiedziała mu mocno nieobecnym spojrzenie, po czym lekko pokiwała głową. Po kilku sekundach milczenia spytała:

— Powiedz mi… czy nie jesteś zaskoczona… zdumiona tym, co teraz widzisz? Co o tym myślisz. O tych wszystkich cudach. Jestem bardzo ciekawa.

— To nie cuda — odparła natychmiast dziewczynka. — My jesteśmy w kosmosie… — Westchnęła głośno. — Ale ja już tęsknię za mamą i za tatą… Pani mi powie, pani Ann, proszę, wrócę do mamy? Do szkoły?

— Na pewno tak — szybko zareagowała Ann. — Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Potraktuj to wszystko jak… wakacyjną przygodę. Ale skąd wiesz, że jesteśmy w kosmosie?

— Mój tata jest astronomem i dużo mówił mi o kosmosie… o planetach i gwiazdach… wszystko… Tata tak ładnie mi opowiada. I daje mi do czytania takie opowiadania… one się nazywają fantastyczno naukowe… Dużo już wiem…

— Wspaniale. — Ann pokiwała ze zrozumieniem głową. — Ale skąd wiesz, że jesteśmy w kosmosie? Ten głos ci powiedział?

— Tak. — Diljara energicznie kiwnęła głową. — Powiedziałam, że chcę do mamy, a ten głos. Nie! To był inny głos… bo dziewczyny… Ona powiedziała, że nie mogę, bo jesteśmy… w… w… — Zmrużyła oczy jakby chciała sobie przypomnieć. — Wiem! W spirali Nusos. A potem znowu był ekran, ale cały czarny. Na nim takie jasne kropeczki… tak jak na mapie nieba, którą mi tata dał. A potem to znikło… — Diljara leciutko się nachmurzyła. — Ja naprawdę chciałabym do mamy. I przepadną mi zawody…

— Jakie zawody? — spytała Ann.

— W szachy. Gdybym znowu wygrała, to mogłabym zostać mistrzynią juniorów Moskwy.

— Niesamowite. — Ann rzuciła ukradkowe spojrzenie Peterowi. — Od dawna grasz w szachy?

— Nooo… od dwóch lat. Tata mnie nauczył… — Uśmiechnęła się szeroko. — Ale teraz ciągle ze mną przegrywa. A czy pani umie grać, bo… — zerknęła na Petera — …pan Peter nie potrafi.

— No cóż… też nie potrafię — przyznała z udaną skruchą Ann i patrząc na Petera dodała: — Co masz taką zaskoczoną minę? W Rosji szachy to potęga, i to od dawna. Tam dzieciaki od małego są uczone królewskiej gry. To bardzo dobrze, bo nic tak nie wyrabia inteligentnego myślenia u dziecka niż szachy.

— Hmm… — zareagował Peter. — Co racja, to racja. Gdybym zamiast czytania książek i ukończenia jakichś durnych studiów humanistycznych wziął się za rozgrywanie kolejnych partii szachowych, to nie byłbym redaktorem, a… prawdziwym tytanem intelektu! — Roześmiał się z tego pomysłu.

— Ja pana nauczę grać. To proste — wtrąciła się Diljara.

— Doskonały pomysł! — Ann radośnie pomachała dłonią Peterowi. — Może i ty zostaniesz mistrzem… seniorów.

— No jasne! Zostanę szachowym workiem treningowym dla siedmioletniej mistrzyni Moskwy i okolic — skwitował z przekąsem.

— Ech, widać, że dzieci nie masz. Zero umiejętnego podejścia — Ann powiedziała wesoło. — Gdy poćwiczysz, to może uda ci się pokonać tu obecną mistrzynię… w jednej partii na tysiąc. — Podeszła bliżej Petera i lekko uderzył go w ramię. — No, nie nadymaj się jak urzędas. Będzie wesoło.

— Dobra, dobra… — odparł. — Szachy, szachami, ale w końcu umrzemy tu z głodu. W tym Heksus czy innym tam…

— Och, co z ciebie z facet! To ja mam o wszystkim myśleć? — Popatrzyła pobłażliwie i głośno powiedziała: — Chcemy jeść.

I stał się kolejny cud. Taki z tych zwyczajnych cudów.

Najpierw z cichym brzdęknięciem odszedł w niebyt fioletowy walec. Na szczęście z zawartością.

Jego miejsce zajęła biała płaszczyzna; kolista, na wpół prześwitująca i oczywista lewitująca. Miała z półtora metra średnicy i żadnej grubości.

Podeszli całą trójką do niej. I wtedy, dobiegający gdzieś zewsząd kobiecy głos o metalicznej barwie, spytał:

— Skąd przybyliście?

— No jak to, skąd? — zdumiał się Peter. — Z Ziemi!

— Z której Ziemi. Obiektów o tej nazwie jest skatalogowanych trzysta dwadzieścia pięć.

— O matko… — Peter potrząsnął głową.

Diljara zamachała rączkami i wydeklamowała profesorskim tonem:

— Ludzie. Planeta Ziemia, Układ Słoneczny, Droga Mleczna. Galaktyka spiralna.

— O matko… — powtórzył Peter, a Ann zachichotała.

— Wyszukuję — pauza — Ziemia LV12 — pauza — Ziemia LV211. Realizuję.

Aha, system załapał — pomyślał szybko Peter.

Po chwili na kole pojawiły się kółka, a dokładniej to określając: okręgi o średnicy circa dziesięć centymetrów. A w nich…

Wpatrzyli się.

A w nich jak w karcie dań obrazki przedstawiające potrawy.

— Ho, ho! Jest w czym wybierać! — wykrzyknęła Ann.

— Tylko usiąść nie ma na czym — zagrymasił Peter.

— Chcemy krzesła — odezwała się Diljara.

Natychmiast wokół „karty dań” pojawiła się kolista, płaszczyzna. Oczywiście lewitowała, nie miała grubości i była biała. Czyli zwyczajny cud.

— O matko… — Peter się zaciął.

Po chwili z wahaniem dotknął samymi czubkami palców nowego wystroju wnętrza.

— Nic nie czuję, ale chyba można na tym siąść. Jest trochę twarde i trochę miękkie — oznajmił, przyciskając teraz dłoń do lewitującej powierzchni. Dotknął zewnętrznej krawędzi i nagle jego dłoń przecięła ją bez trudu. — O! To… to jakoś wybiórczo reaguje! Coś niesamowitego. Od jednej strony nie przepuszcza, a od tej… nic nie ma…

— To dezintegrator termonuklearny z efektem tunelowania. Jestem całkowicie pewna — zakpiła Ann i po prostu przeszła przez powierzchnię i na niej usiadła. Odwróciła się ku Peterowi i dziewczynce. — Przyjmijmy to z dobrodziejstwem inwentarza. Zapraszam do stołu.

Diljara i Peter usiedli obok niej.

— Dezintegrator termonuklearny… — Peter lekko szturchnął Ann łokciem.

— Mam taki w domu. — Oznajmiła siląc się na poważny ton. — Trafiłam okazyjnie na wyprzedaży w galaktyce Andromedy. To rzut beretem od mojej jadalni.

— Jasne i oczywiste — Peter pokiwał ze zrozumieniem głową.

A tymczasem Diljara zajęła się menu, kolejny raz zaskakując swoich czasoprzestrzennych współpodróżnych.

— Oj! To jest takie ładne! — wykrzyknęła i dotknęła palcem wnętrza jednej z kolistych ikon.

I natychmiast nad stołem pojawił się trójwymiarowy obraz. Albo może i pięciowymiarowy.

— Wygląda jak kurze udka z frytkami — orzekła Ann.

— Ja lubię kurczaka. A co to są frytki? — spytała Diljara.

— Och… — zaczęła Ann. — Zaraz sama posmakujesz. No dobrze, tylko jak to zrobić, żeby obraz ciałem się stał?

Diljara przyszła z pomocą.

— Chcę to — powiedziała stanowczo.

I przed jej opartymi o blat (?) łokciami pojawił się kolisty biały kształt przypominający od biedy talerz z…

Oczywiście był to kurczak z frytkami.

Zapachniało intensywnie kurczakiem i frytkami.

— Chcę to — Peter i Ann wypowiedzieli zaklęcie jednocześnie.

I zamówione dania natychmiast i jednocześnie wylądowały przed nimi. Blat stał się jednolicie biały.

Do szczęścia brakowało tylko sztućców.

— Chcę widelec — Diljara zwerbalizowała zapotrzebowanie.

Nic się nie stało.

— Chcę nóż i widelec — Peter wyraził życzenie.

Nic się nie stało.

— Aha! — Kiwnął głową ze zrozumieniem. — No cóż, podejrzewam, że tutejsza wszystkomogąca obsługa przeanalizowała wpisy w internetowych społecznościówkach i uznała, że człowiek od małpy daleko nie zaszedł. Mógłby sobie widelcem i nożem krzywdę zrobić. Przyjdzie nam jeść palcami. — Ostrożnie zdjął z talerza jedną z frytek i dobrze się jej przyjrzał. Przystawił bliżej nosa. A potem odgryzł kawałek. — O żesz! Naprawdę dobre! — Wykrzyknął i schwycił z talerza od razu kilka frytek. Łapczywie je pochłonął. — Teraz dopiero poczułem jaki jestem głodny.

Po czym bez żadnego wahania zajął się udkiem na sposób jakiego pewno używali ludzie pierwotni. Jeśli oczywiście w ich czasach były kurczaki.

Ann poszła w jego ślady, a Diljara popatrywała ze zmarszczonym noskiem to na nią, to na Petera, to na danie.

— Nie jesteś głodna? — spytał Peter pomiędzy jednym kęsem a drugim.

— Nie umiem tak i… mama zawsze mówi, że nie powinno się jeść rękami. Bo to bardzo niegrzeczne — oznajmiła pouczająco.

— Twoja mama ma rację — zaczęła Ann, odgryzając kawałek kolejnej frytki. — Ale czasami zasady trzeba nagiąć. Popatrz, jak ja to robię…

— Dobrze… — Dziewczynka kiwnęła głową i sięgnęła po frytkę. Przez chwilę nieufnie się jej przypatrywała, a potem ostrożnie ugryzła. — O! Smaaaczne…

— No i widzisz — Ann uśmiechnęła się do niej z aprobatą i dodała: — Przydałaby się cola… albo sok pomarańczowy.

— Co to jest cola? — Diljara była nieugięta w zaspokajaniu ciekawości.

Peter mimo woli parsknął śmiechem. Po chwili powiedział:

— To takie coś, co małe dzieci bardzo lubią, a rodzice im zabraniają.

— Nie jestem mała. — Diljara przywołała Petera do porządku i powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu: — Chcę colę.

Nad stołem pojawiła się najeżona kolcami czerwona kulka. Po sekundzie zniknęła.

— A nie mówiłem? — odezwał się Peter.

— Chcę colę — odezwała się Ann.

W sekundę później przed Ann pojawiło się białe, na wpół przezroczyste naczynie kształtem przypominające kieliszek do koniaku, tyle że bez nóżki. Wszyscy troje wpatrzyli się w nie. Naczynie było wypełnione płynem, który kolorem przypominał colę.

— A nie mówiłem? — powtórzył Peter.

— Jak to draństwo utrzymuje równowagę? — spytała Ann, pochylając się ku naczyniu.

— Zwykły tam cud. — Peter wzruszył ramionami. Jego talerz były już prawie wymieciony do czysta. Zerknął na Diljarę. — Jedz, bo wystygnie… hmm… młoda damo — upomniał.

Diljara zachichotała i zabrała się za skubanie palcami kurzego udka.

— Och, nie tak. — Ann pokręciła głową. — Popatrz… bierzesz za kosteczkę palcami i ogryzasz…

— Dobrze… — Dziewczynka poszła za przykładem Ann i z zaraz z głębokim westchnieniem zadowolenia dodała: — Też dobre… A będę mogła spróbować tej… coli? To naprawdę szkodzi… dzieciom?

— Gdy zjesz, to pomyślimy o tym — odparła Ann i obiema dłońmi uniosła naczynie do ust. Ostrożnie posmakowała. — Tak, to jest cola — oznajmiła po kilku sekundach i widząc wpatrzone w nią zachłannie oczy Diljary przesunęła naczynie w jej stronę. — No dobrze, spróbuj, bo widzę, że zaraz wyjdziesz z siebie od tego łakomstwa.

Diljara ostrożnie przejęła naczynie i upiła łyk. Po chwili skrzywiła się z niesmakiem. Odsunęła naczynie na odległość wyciągniętych rąk.

— Oj! Ale to niedobre! Szczypie w język! — Odstawiła colę na stół przed Ann.

— Ho, ho! — wykrzyknął wesoło Peter. — Jesteś jedynym znanym mi dziec… młodą damą, która nie lubi coli. Ale co ja tam wiem o młodych damach.

— Chcę sok z pomarańczy i bananów — odezwała się z nagła Ann.

I takiż sok w znanego kształtu naczyniu pojawił się przed nią w mgnieniu oka.

— Obsługa w tym lokalu naprawdę pierwsza klasa — skwitowała Ann i podała naczynie dziewczynce. — Spróbuj…

Diljara po ostrożnym pierwszym łyku opróżniła naczynie w mgnieniu oka.

— Ale smaczne. Jak kompot mojej babci. — Oblizała się i oddała puste naczynie Ann.

Ponieważ od kilku minut podróżnicy czasoprzestrzenni nie doświadczyli jakiegoś spektakularnego cudu, w ramach rekompensaty objawił się kolejny cud zwyczajny.

Gdy naczynie znalazło się w dłoniach Ann, natychmiast napełniło się sokiem.

Jak oznajmiła wszystkim zgromadzonym po spróbowaniu, był tym, który zamówiła. Biorąc przykład z dziewczynki, wypiła do dna. I to już koniec cudów w płynie. Naczynie pozostało puste.

— No dobrze… — Ann odstawiła naczynie i zabrała się za jedzenie. — Diljara, przestań zamęczać tego kurczaka i zacznij w końcu jeść!

— Dobrze, proszę pani Ann… — wymamrotała dziewczynka i z zapałem zabrała się jedzenia.

W dziesięć minut później było po wszystkim. I gdy ostatnia ogryziona kosteczka spoczęła na talerzach, te zniknęły.

Ann uniosła dłonie, potarła palcami i z lekkim zaskoczeniem powiedziała:

— Ani śladu tłuszczu… A może ja mam automyjące palce?

— Pewno tu nie przyrządzają frytek na zużytym oleju silnikowym — skonstatował Peter i tęsknym głosem dodał: — Wypiłbym kieliszek wina. Czerwonego, półwytrawnego…

— Poproś kelnera. — Ann lekko klepnęła go w ramię.

— Mówisz? — Westchnął. — A co mi tam… Chcę wina. — Peter zamarł w napiętym oczekiwaniu.

Oczekiwanie trwało około sekundy. Czyli jak zwykle w tej restauracji.

I…

Przed zaskoczonym Peterem (Ann też była zaskoczona, jeśli by ktoś pytał) pojawił się kieliszek wypełniony czerwonym płynem. I był to prawdziwy kieliszek z nóżką, a nie jakiś galaktyczny, designerski wymysł w kwestii zastawy stołowej. Co prawda kieliszek ponownie był półprzezroczysty i biały, ale to już nieważne szczegóły.

— No nie! — Peter z niedowierzaniem potrząsnął głową. Chwycił kieliszek i upił nieco jego zawartości. Posmakował. Przymknął oczy. Upił znowu. — Wyśmienite!

— To ja też! — wykrzyknęła radośnie Ann. — Chcę wina.

I ponownie przestrzeń ciałem się stała.

— Chcę wina. — Diljara nie omieszkała być jednak w pełni dorosłą młodą damą.

I co?

I przed nią pojawił się kieliszek.

Z sokiem owocowym?

Nie, z winem. I to z najlepszych galaktycznych winnic.

— Oj! — Dziewczynka była nie mniej zaskoczona niż pozostali uczestnicy biesiady. Popatrzyła pytająco na Ann i Petera. — Mogę spróbować?

— Jak najbardziej. — Peter nie miał nic przeciwko. — Wino w małych ilościach jest zdrowe i pomaga na trawienie. W Hiszpanii czy Włoszech dziecio… m… nooo… młodym damom nie zabrania się picia wina do obiadu. Oczywiście w umiarkowanych ilościach.

Diljara wysłuchała tej przydługiej tyrady bez mrugnięcia okiem, po czym zabrała się za degustację z miną prawdziwego konesera.

— Nie wiem… — Odstawiła kieliszek. — dziwnie smakuje. Jest takie… gorzkie… Nie będę lubić wina — dokończyła z całą mocą dziecięcego przekonania.

— Ach, z czasem polubisz. — Peter znowu zabrał głos. — Gdy staniesz się… trochę starszą młodą damą, jakiś przystojny młodzieniec zaprosi cię do restauracji na kolację i dobre wino… Wtedy docenisz w pełni jego uroki. Mówię tu o winie i tym młodzieńcu.

Ann roześmiała się głośno i radośnie.

— No proszę! — powiedziała przez śmiech. — Zaczynasz powoli wcielać się w rolę tatusia.

— Co? Ja?! — Peter potrząsnął głową. — Ja tylko naukowo wyjaśniam… meandry życia…

— Dobra, dobra. Nie tłumacz się. — Odwróciła się do Diljary. — Zjemy coś słodkiego? Tort czekoladowy?

— Taaak! — Nagle podejrzliwie zmrużyła oczy i patrząc na Petera, spytała: — A po co mam iść na kolację do restauracji z… z młodzieńcem? Kolację je się w domu.

— Eee… no… — Peter popatrzył błagalnie na Ann, a ta postanowiła podjąć rzuconą rękawicę wychowawczo edukacyjną.

— Masz chłopaka? — spytała dziewczynkę.

— Nieee… Po co mieć chłopaka? — Machnęła ręką. — Oni wszyscy są głupi. Dokuczają. Ciągną za warkocze. I chuliganią. Palą papierosy w szkole!

— No tak. Chłopcy do najmądrzejszych nie należą, ale czasami się przydają.

— Do czego? — Diljara spojrzała na Ann zaskoczona.

— A do czego jest twój tata? — Ann spytała podchwytliwie.

— Mój tata jest bardzo mądry. I kocha mamę. I mnie kocha — wyjaśniła Diljara jednym tchem.

— Właśnie! Jesteś bardzo ładną dziewczynką. Zakocha się w tobie piękny królewicz…

— Królewicze są tylko w bajkach!

— Twardy orzech do zgryzienia — Peter powiedział do siebie.

— No to przystojny chłopiec z twojej szkoły albo podwórka.

— Aaa, wiem! Kirył… — z ożywieniem oznajmiła Diljara. — Wszystkie dziewczynki w szkole bardzo go lubią. Mówią, że jest ładny…

— A ty co myślisz o nim?

Diljara nagle lekko się zarumieniła.

— Nooo… jest wysoki. I dobrze gra w piłkę. Ma… ma takie fajne, złote włosy… i w ogóle… Ale on jest ze starszej klasy. — Posłała Ann lekko spłoszone zerknięcie. — I uderzyłam go w głowę…

— Naprawdę?! — Ann lekko trąciła łokciem Petera.

— Tak, piórnikiem. Na przerwie… bo znowu mnie ciągał za warkocze. Ciągle mi dokucza… Chciał, żebym poszła z nim na lody… a ja nie chciałam… to znowu dokuczał!

Peter nie wytrzymał i parsknął głośnym śmiechem.

— Wyhamuj, Peter! — Ann przywołała go do porządku. — W tamtych czasach pójście na lody, to było pójście na lody. — Odwróciła się do dziewczynki. — Jeśli jest taki ładny i wszystkie dziewczynki go lubią, to trzeba go było trzasnąć piórnikiem jeszcze raz i zażądać podwójnej porcji.

— Naprawdę? — Diljara popatrzyła z niedowierzaniem.

— A pewnie! Wrócisz… na Ziemię, to pokażesz mu kto rządzi. Wszystkie dziewczynki będą ci zazdrościć.

— Powinnam opowiedzieć mu o… o tym tu?

— Oczywiście!

Diljara zachichotała jeszcze mocniej zarumieniona.

— Nie uwierzy… — powiedziała z wahaniem.

— Wbijesz mu wiarę do głowy piórnikiem. — Ann objęła Diljarę i mocno przytuliła. — Och, jak bym chciała powrócić do dziecięcych lat i mieć takie problemy jak ty.

— No dobrze, dziewczęta — wtrącił się Peter i tym razem on lekko szturchnął Ann łokciem. — Tort! Dla mnie i obecnych tu feministek!

3

Peter już piąty raz okrążył stół powolnym krokiem. Myślał.

— Długo jeszcze będziesz się tak bezproduktywnie kręcił? — Ann nie wytrzymała.

— Już, już… — Pomachał dłonią.

Usiadł za stołem po przeciwnej stronie Ann i dziewczynki.

— Musimy się zastanowić… — zaczął.

— Powiedziałeś to, zanim zacząłeś się kręcić — przypomniała mu. — Jakiś konkret?

— Tak. Posłuchajcie moje obie miłe starsze i młodsze panie…

— Pan Peter nazwał mnie panią! — Diljara trąciła łokciem siedzącą obok Ann.

— Jeśli młodsza pani znowu mi przerwie, to będzie nazywana dzieckiem — pogroził jej palcem.

— Nie przerwę…

— Okej. Ustalmy teraz, co już wiemy. Głos ma starsza pani. Ann, ty pierwsza.

— Jasne szefie! — Teraz ona mu pogroziła palcem. — Specjalnie tak usiadłeś, żeby mieć nas obie na oku. Może załatw sobie jakieś podwyższenie, żeby patrzeć z góry. Ach, ten męski szowinizm.

— Co to jest szowinizm? — Dociekliwa Diljara jak zwykle była w formie.

— Odpowiedź na feminizm — odparował Peter.

— A co to jest feminizm?

Peter przewrócił oczami.

— Dziecko… — Wskazał dziewczynkę palcem.

— Dobrze, już nie będę. — Diljara skwapliwie pokiwała głową.

— Właśnie… Ann? Tylko niech mi tu starsza pani nie wyjeżdża z dygresjami.

— Się wie, szefie! Starsza pani wam wszystko wyjaśni. — Posłała mu promienny uśmiech. — Więc tak… jesteśmy w jakimś miejscu przestrzeni, o którym na razie nic nie wiemy.

— W spirali Nusos… — wtrąciła Diljara i zaraz przysłoniła usta, robiąc przewrotną minę.

— Tak, czyli w kosmosie — kontynuowała Ann — niezależnie, gdzie ta spirala czy inna sprężyna jest względem Ziemi i… — Trąciła łokciem Diljarę.

— I Układu Słonecznego — dopowiedziała błyskawicznie dziewczynka.

— Tak właśnie, Układu Słonecznego. Prawdopodobnie jesteśmy na jakimś statku, pojeździe kosmicznym o wysokim stopniu zautomatyzowaniu, przyuczonym do obsługi różnych pasażerów. Nawet tych na gapę. Systemy tego statku reagują na zagrożenia, eliminują… niegrzeczne osobniki, potrafią leczyć i… dalej nie mam pomysłów. — Ann bezradnie rozłożyła ręce.

— Doskonale. Poznaliśmy opinię… starszej pani, a teraz wyłoży swoje pomysły — Peter wskazał Diljarę — młodsza pani. Do roboty!

Policzki Diljary od razu się zaróżowiły z podekscytowania.

— Ten statek kosmiczny podróżuje do wszechświatów równoległych.

— Doskonała myśl! Racja! — wykrzyknął Peter i z całej siły klepnął dłonią w lewitującą powierzchnie, która w zamierzchłej epoce, czyli mniej więcej piętnaście minut temu pełniła funkcję stołu.

Niestety takie stoły nie lubią być traktowane brutalnie (o czym Peter nie miał bladego pojęcia), więc stół się po prostu ulotnił, a wraz z nim zastawa i poobiednie pozostałości.

— O, cholera! — wykrzyknęła Ann i zaraz z udanym przestrachem rozejrzała się wokół. — Przepraszam szanowny statek. Już więcej nie będę używać brzydkich wyrazów.

— No, tak… — Peter z lekka głupią miną popatrzył na Ann i dziewczynkę. — Jesteśmy coraz bliżej początkowego minimalizmu w urządzaniu wnętrz. Ale do rzeczy… Diljara, trafiłaś w sedno! Skąd ci to przyszło do głowy? Wszechświaty równoległe?

— Tata mi opowiadał, że nasz wszechświat nie jest jeden… Że jest ich wiele, wiele… no… nie wiadomo, ile… — Pomachała rączką. — Więcej nie pamiętam, bo takie… skompi… skolpi… skompli… kowane… Oj! I że można do nich podróżować!

— A czy mówił, że one są takie same, ale się różnią w szczegółach? — Peter dalej indagował, z rozbawieniem patrząc na dziewczynkę.

— To chyba za trudne pytanie — wtrąciła cicho Ann.

— Poczekaj, poczekaj. Może wcale nie. Niech nam młodsza pani postara się wyjaśnić.

Przez długą chwilę Diljara marszcząc brwi i splatając palce zastanawiała się intensywnie. Nagle przebiegle popatrzyła na Petera i oznajmiła (oczywiście profesorskim tonem):

— Bo to jest tak… że… pan Peter jest z jednego wszechświata i ja jestem z jednego…

— Z innego… — poprawiła Ann.

— Tak! — Dziewczynka klasnęła w dłonie. — I tam u pana Peter jest rok 2021, a w moim domu 1964. — Zerknęła na Ann. — U pani Ann też jest 2021.

— O czym to świadczy? — cicho spytał Peter.

— Że pan i pani Ann jesteście z tej samej Ziemi, a ja nie.

— Wiesz co… — Peter pogroził dziewczynce palcem — …nigdy, ale to nigdy nie będę z tobą grał w szachy.

— Dlaczego? — Diljara popatrzyła na Petera szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

— A dlatego, mądralo — odezwała się Ann wesoło — że nawet nie wiem jak byś go uczyła, to zawsze z tobą przegra.

— I będzie się wstydził, że przegra? — Nadal zdumiona dziewczynka spytała Ann. I zaraz pośpiesznie dodała: — No, to ja dam panu Peter wygrać.

— Peterowi — Ann w końcu poprawiła Diljarę.

— Tak… panu Peterowi.

— Jak to było z Tierieszkową na naszej Ziemi? — Ann spytała Petera.

— Pierwsza kobieta w kosmosie — odpowiedział i zwrócił się do dziewczynki. — Diljara, u ciebie Walentyna jest prezydentem, a u nas, też nadal żyje, była tylko pierwszą w świecie kobietą w Kosmosie. A prezydentem Rosji jest Władimir Putin. Czy rozumiesz coś takiego jak ustrój polityczny? Wiesz co to jest? Nie, inaczej może; takie nazwiska: Stalin… Lenin? Coś ci one mówią?

— Leonardo Di Caprio? — pośpiesznie wtrąciła Ann i z bliżej nieznanego powodu (dodajmy, że tylko dla Petera) pojawił się na jej twarzy wyraz błogiej zadumy.

— Nie — odpowiedziała stanowczo Diljara.

— No tak, wszystko jasne. — Peter pokiwał głową. — To znane nazwiska, nawet dzieci… uff… młode damy z pierwszych klas podstawówek wiedziałyby, kim są te wątpliwej jakości persony. U niej… Na jej Ziemi historia potoczyła się całkowicie inaczej.

— Leonardo nie jest wątpliwy — sprzeciwiła się Ann (bardzo stanowczo).

— Jasne. Tak sam jak te dwie śpiewające dziewczyny z Modern Talking — zaripostował Peter tonem łagodnym, jakim przemawia się do tych, którzy uważają muzykę Beethovena za koszmarne nudziarstwo.

— W Modern Talking śpiewali mężczyźni — Ana postanowiła bronić swoich racji z jak największą, bojową stanowczością.

— Ale wyglądali jak dziewczyny.

Spór, który zaczynał już eskalować, byłby i wystrzelił na wyżyny eskalacji, gdyby nie został brutalnie przerwany pytaniem młodszej pani.

— A czy ja będę mogła kiedyś wrócić na moją Ziemię? Tu jest bardzo ładnie… i bardzo mi się podoba… ale moja mama i tata będą za mną płakać.

— Nie martw się… — Ann delikatnie pociągnęła dziewczynkę za warkocz — …jestem pewna, że gdy porozmawiamy z kapitanem tego galaktycznego statku, to zostaniesz odesłana w taki sposób, że nikt nie zauważy twojego zniknięcia. Jakimś tunelem podprzestrzennym czy błyskawicznym stykiem galaktycznym.

— To była moja kwestia — zaoponował Peter, patrząc teraz z wyraźnym uznaniem na Ann. — Chociaż raz chciałem powiedzieć coś konstruktywnego. Podkopujesz moją pozycję szefa. — Pokręcił głową. — Chyba musiałaś się mocno naczytać „esefów”, co?

— Dbam o zęby i regularnie chodzę do ginekologa — wesoło odparowała Ann.

— Ejże, a co to ma niby do rzeczy? — Szczerze zdumiał się Peter.

— W poczekalniach, oprócz starych gazet, zalega mnóstwo książkowej grafomanii. Te… „esefy” w szczególności. Pewno kupione na wyprzedażach. Pięćdziesiąt książek za funciaka.

— No tak…

— Książki z logo twojego wydawnictwa też tam się poniewierają — dodała uszczypliwie (eskalacyjnie).

— No tak…

— Dobrze, szefie, co robimy?

Peter przez chwilę smętnie kiwał głową. Nagle się ożywił i energicznie zamachał rękami.

— Wiem! Że też mi to do łepetyny wcześniej nie wpadło! — Obrzucił dumnym spojrzeniem zwycięzcy młodszą i starszą panią. — Trzeba wezwać kapitana! — Zaczerpnął głęboko tchu i wyrzucił na jednym wydechu: — Chcę rozmawiać z kapitanem statku.

W sekundę później wszystkich zamurowało. Nie ma się co dziwić, przecież już od sporego czasu nic nikogo nie murowało, więc pora, by nadrobić zaległości.

Miejsce już dawno zapomnianego stołu zajął słup. Nie był to na szczęście słup reklamowy. Ten miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu i czterdzieści centymetrów średnicy, czyli przynależał do raczej szczupłych, i porastała go sierść (niektórzy mówią na to, włosie) intensywnie pomarańczowej barwy… grubo nakrapiana fioletowymi kółkami. Od razu wszyscy zrozumieli, że słup często korzystał z usług fryzjerskich, bo sierść była równiutko przystrzyżona, a nie tak zapuszczona jak u pewnego kolesia, który to poniewierał się po kosmosie u boku znanego wszystkim na Ziemi LV211 galaktycznego przemytnika. Słup nie miał oczu, macek, nosa ani ust, czy też innych ruchomości. Ale nie ma co się dziwić, słupy z reguły nie posiadają nawet jednego oka, więc co tu gadać o reszcie.

Ann pierwsza odzyskała zdolność mówienia. Ale to też nie jest dziwne, bo ziemskie kobiety to potrafią bardzo dobrze (mówić i odzyskiwać). Spytała:

— Ty jesteś kapitanem statku?

Lepiej było na wszelki wypadek się upewnić, co Ann uczyniła.

— Nie — zaprzeczył słup kobiecym głosem, a sierść lekko się najeżyła.

— Ale my chcemy rozmawiać z kapitanem. Jesteśmy z Ziemi. — Do indagacji włączył się szef ziemskiej ekipy, czyli Peter.

— To niemożliwe. Kapitan jest zajęty rozmowami handlowymi na obiekcie Trizer328.

— Aha. Jasne — zgodził się Peter. — A ty kim jesteś? Załogantem?

Krótka chwila milczenia.

— Jestem SI.

— O matko! — Westchnął Peter. — Kim jest SI?

— To chyba skrót od: sztuczna inteligencja — wtrąciła teatralnym szeptem Ann.

— Co to jest sztuczna inteligencja? — Diljara nie omieszkała zaspokoić ciekawości.

Oczytana w „esefach” Ann już chciała wyjaśnić, ale pomarańczowy słup okazał się szybszy.

— To system sterujący statkiem i wszystkimi jego funkcjami technicznymi. Także zapewnia rozrywkę załodze i o nią dba. Jestem SI najwyżej generacji, stworzonym w systemie Chinoss.

— Dla mnie bomba — powiedział Peter z krzywą miną.

Kolejna chwila ciszy.

— Nie mogę załodze ani pasażerom zapewnić bomba. Przykro mi. Mógłbym w zamian służyć innymi funkcjami.

— Mógłbym? — Ann uniosła brwi w zdumieniu.

— Nasze SI ma jakieś problemy z płcią — uznał kpiąco Peter.

— Dlaczego jesteś taka pomarańczowa i masz futro? — Diljara dodała swoje do dyskusji, nie dając się zwieść słowom. Ostatecznie kobiecy głos o czymś świadczy, prawda?

— Mogę wyglądać według życzenia — oznajmiła (oznajmił?) SI. No dobrze: oznajmiło.

Kolejna chwila ciszy. Tym razem dłuższa, bo podróżnicy musieli się jednak gruntowniej zastanowić.

— Aha… Czyli możemy cię zmieniać, jak chcemy? — Ann jak zwykle wykazała się większym refleksem. Ale tylko dlatego, że Diljara właśnie była zajęta formułowaniem bardziej fundamentalnego pytania.

— Ci ginekolodzy i dentyści naprawdę musieli na tobie sporo zarobić. — Peter nie omieszkał zamanifestować, że on tu jest od zadawania pytań.

— Mam wykupione abonamenty. — Ann posłała mu olśniewający uśmiech.

— Czekam na polecenia — oznajmiło SI.

Teraz zostało wypowiedziane te bardziej fundamentalne pytanie.

— Czy masz jakieś imię? — Oczywiście pytanie pochodziło od Diljary.

— Tak. Ostatnie moje imię to: Azfetmodgterym.

— A jak cię nazywają na podwórku? — Kontynuowała przesłuchanie dziewczynka.

— To do niczego nie prowadzi — sprzeciwił się Peter, który w końcu zdecydowanie postanowił przejąć stery. — Czy możesz przyjąć wygląd… tego… no… na przykład Ellen… Ripley? No co? Moja ulubiona postać filmowa — dodał szybko, widząc rozbawioną minę Ann.

— Po tym jak już się przebrała w kombinezon czy chwilę przed? — Ann nie mogła się powstrzymać od feministycznego przytyku.

— O właśnie! — Peter z zadowoleniem pokiwał głową. — Teraz to zupełnie co innego… Ellen.

— Miło mi — odezwała się SI, głosem Ellen.

— Masz jakieś omamy wzrokowe? — spytała zaskoczona Ann. — Jaka Ellen!? Ja widzę nadal… no, to coś pomarańczowe.

— Mogę wyglądać, jak sobie życzysz — zakomunikowała SI.

Ann nadal słyszała poprzednie brzmienie głosu.

— Tak? No to… może by tak… Clint Eastwood? Gdy był młody… (Czy i teraz na twarzy Ann pojawiła się błoga zaduma? Oczywiście, że tak!)

— Czy tak jest dobrze? — odezwał się SI głosem Clinta. I Clinta, jak żywego z czasów spaghetti westernów Ann ujrzała.

— A niech mnie! — wykrzyknęła.

— Kto to jest Ellen i Clint? — spytała Diljara naburmuszonym głosem. Nie lubiła być pomijana.

— To postacie i aktorzy z filmów… z naszych czasów… no, naszej Ziemi. Bardzo popularni. — wyjaśniła rzeczowo Ann i zaraz spytała. — Nie widzisz ich prawda? Tylko pomarańczowe… no pomarańczowe SI, prawda?

— Tak… — przechyliła się na prawo, potem na lewo. — Tak…

— Powiedz SI jak ma dla ciebie wyglądać.

Diljara niespodziewanie się zarumieniła. Zerknęła na Petera i Ann. Westchnęła. W końcu zebrała się na odwagę.

— Ja chcę… żebyś wyglądała jak… Kirył…

— No i proszę! — Ann zachichotała. — To się nazywa zdrowe, tradycyjne podejście. O! Widzę, że życzenie zostało spełnione. — Przechyliła się w stronę Diljary, wpatrującej się w SI szeroko otwartymi oczami, ale nadal widziała mister Eastwooda w kowbojskim stroju i dwoma potężnymi coltami przy pasie.

— Taaak… — potwierdziła dziewczynka rozmarzonym głosem.

— Aha! — odezwał się Peter. — Czyli kolejna sztuczka w naszym apartamencie. Każdy widzi to, co sobie zażyczył. Rewelacja.

— Tak jestem zaprogramowana — oznajmiła SI głosem Ellen, Kiryła i Clinta. Z tym, że każdy z podróżników usłyszał tylko ten tembr głosu, który wynikał z przypisanej osobowości dla SI.

— Dobrze! — Peter kontynuował. — Więc kwestie personalne szczęśliwie mamy za sobą. Teraz najważniejsze: gdzie my jesteśmy, co to za statek i jak nazywa się kapitan. Może też zdradzisz nam, jakiej jest rasy. A! I skąd, do diabła my się tu wzięliśmy?

— I kiedy będę mogła wrócić do domu… — uzupełniła Diljara.

— I dlaczego nie podają tu whisky. — Ann nie potrafiła się powstrzymać.

— Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw? — spytała SI wiadomymi głosami, ale z lekka poirytowanymi. Ostatecznie była najnowszej generacji i mogła się irytować. Nerdy z Chinoss znali się na rzeczy.

— Obojętne — odparł Peter.

— Więc odpowiadam w kolejności; jesteśmy w galaktyce spiralnej Ulma, gałąź Nusos, pobliże planety Trizer328, trzy miliony trzy tysiące dwieście dwadzieścia jeden — pauza — lat świetlnych od umownego centrum wszechświata oznaczonego symbolem katalogowym T’yue 35975641. Kapitan nazywa się Tales. Pochodzi z planety Sassen. Statek to jednostka transportowa klasy R’Qm 22–39. Jej wymiary — pauza — cztery tysiące metrów długości od — pauza — dziobu do rufy — pauza — średnica czterysta dwadzieścia metrów. Ładowność — pauza — trzysta dwanaście tysięcy ton. Napęd — pauza — kumulacyjny, podprzestrzenny. Zasięg — pauza — nieograniczony. Wasze pojawienie się na pokładzie jest badane. Prawdopodobnie błąd chwilowy — pauza — konwertera geodetyk transprzestrzennych. Istota z planety Ziemia, oznaczonej w katalogach przestrzennych symbolem LV12, nie może wrócić do miejsca stałego pobytu w tej chwili. Sprawa zostanie zbadana. Płyn nazywany whisky jest zabroniony w większości znanych Wszechświatów jako szkodzący zdrowiu istot rozumnych. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z odpowiedzi — zakończył trójgłos SI z wyczuwalnym pobłażaniem.

— Dla mnie bomba — pierwszy odezwał się Peter, robiąc przy tym minę człowieka, któremu próbuje się wmówić, że może bez trudu pokonać bazarowych cwaniaków w grze w trzy kubki.

— Już było o tym mówione: bomba nie możemy zapewnić. — W trójgłosie SI pojawiło się znudzenie.

— Jak wygląda pan Tales? — Niezmordowana Diljara znowu weszła do akcji.

— Pokazuję — odezwała się zgodnym chórem SI i na jej miejscu pojawił się kapitan Tales w całej swej okazałości.

No, może z tą okazałością to lekka przesada, bo od góry do dołu liczył sobie nie więcej niż dziewięćdziesiąt centymetrów. Jednak pasażerowie musieli przyznać, że barczysty był, nawet ponad miarę. A co dalej w kwestii aparycji kapitana? Skóra gładka, bez jednej zmarszczki, z pomarańczową opalenizną. Miał uszy, co prawda okrągłe i małe, ale miał. I dwoje oczu. Te znowu były bardzo duże i od góry ocienione rzęsami, o których ziemskie instagramowe koczkodany (inaczej też nazywane: celebrytkami, influencerkami, ewentualnie pustakami) mogły tylko zamarzyć. Nos też posiadał, taki, jaki może mieć każda istota ziemska i nieziemska po stoczeniu trzech walk z Rockym Balboa. Usta posiadał kapitan niby zwyczajne, ale jakby trochę za duże i za zielone. Ręce i nogi były nieco przykrótkie, ale na swoich miejscach według kanonów urody przyjętych na Ziemi. Ponieważ wśród mieszkańców planety Sassen też istniało pojęcie wstydliwości, kapitan objawił się przed podróżnymi w standardowym kosmicznym uniformie; jednoczęściowym, szlachetnie matowo srebrnym, ale bez pagonów, medali i orderów. Czyli nader skromnym.

— Przystojniacha. — Pierwsza odezwała się Ann, bo owszystkopytająca Diljara chwilowo zaniemówiła. — A ile wiosen to sobie liczy nasz kapitan?

— Niech starsza pani Ann sprecyzuje pytanie.

— Podsłuchiwała wcześniej. — Peter się roześmiał i spytał: — Ile ziemskich lat ma kapitan?

— Dwieście osiemnaście ziemskich według miary czasu planety Ziemia skatalogowanej jako LV211 i osiemnaście tysięcy czterysta trzy międzywymiarowe. — Tym razem obyło się bez zająknienia, czyli bez pauz.

— Aha… — Peter uniósł brwi. — Czyli wszystko jasne.

— Młodzieniaszek. — Ann znowu nie mogła powstrzymać się od uszczypliwości.

— To prawda — podchwyciła raźno SI. — Jest jednym z młodszych kapitanów w znanym kosmosie i jednym z najbardziej doświadczonych.

Konterfekt kapitana zniknął i znowu SI objawiła się w trzech znanych nam wcieleniach.

— Ha! — Peter wybuchnął śmiechem. — To się nazywa lojalność względem przełożonego.

— No wiesz, kapitan w każdej chwili może przekręcić jakąś wajchę i wyłączyć SI. Więc sam rozumiesz… — Ann rzeczowo objaśniła zagadnienia technicznej obsługi sprzętu na międzygwiezdnych pojazdach.

— Kapitan nie może wyłączyć SI. To surowo zabronione. — Zareagował Clint mocno obrażonym tonem, po czym wyjął z olstrów pistolety, w pięknym stylu zrobił nimi młynka i wystrzelił z obu luf.

Ann zachichotała.

— Peter, co robi w tej chwili twoja ukochana Ellen?

— Właśnie w pełni przywdziała kombinezon kosmiczny. — Peter zrobił smętną minę. — A twój Clint? Nadal w kalesonach, czy się ubrał? — Popatrzył kpiąco.

— Chce mnie zastrzelić. — Ann odwróciła się do Diljary. — A jak tam Kirył?

— Pokazał mi język i… figę… — odpowiedziała mocno zdetonowana i zaraz szeroko się uśmiechnęła. Jak to mawiają: ze zrozumieniem. — Czy Kirył może się smucić?

— Mam zaprogramowane wszystkie reakcje istot rozumnych o wysokim stopniu inteligencji zamieszkujących zbadany kosmos.

— Dużo jest istot? — Diljara drążyła temat.

— Dziewięćdziesiąt sześć milionów osiemset dwa tysiące trzysta jedenaście gatunków głównych. Sześćset milionów dwadzieścia osiem tysięcy osiem mieszanych — wydeklamowała SI trójgłosowo jak nakręcona.

— Gatunków? — Diljara zamrugała oczami. — Co to znaczy?

— Młodsza pani Diljara powinna wiedzieć, co to jest gatunek, bo ma już siedem lat, młodsza pani należy do gatunku — pauza — homo sapiens — pauza — żyrafa i kot należą do gatunku — pauza — zwierzęcego.

— Człowiek, to też zwierzę — wtrącił szybko Peter.

— Upraszam szef Peter, żeby się ze mną nie wykłócał. — Zamiast Ellen, przed oczami Petera nagle pojawił się pewien stwór o bardzo długiej szczęce, najeżonej mocno oślinionym zębami. Zamachał groźnie kolczastym ogonem.

— Dobrze, już dobrze, będę grzeczny. — Peter w pokojowym geście uniósł dłonie.

— Przeprosiny przyjęte.

Ellen w apetycznej wersji powróciła na swoje miejsce, Clint schował pistolety i zaczął rozpinać guziki koszuli. A Kirył tylko się szeroko uśmiechnął. Nie czepiajmy się go, bo jest jeszcze w tym wieku, w którym różne takie… no wiemy jakie, nie powinny mieć miejsca.

— Cieszę się… — Peter na chwilę się zamyślił. — Ellen, kochanie, jak ty to robisz, że na poczekaniu generujesz odpowiedzi i obrazy?

Ellen bardzo zmysłowym ruchem przeciągnęła się, wyprężając odpowiednie części ciała (te naprawdę odpowiednie) i spojrzała powłóczyście. Na szczęście nie widziała tego młodsza pani, bo takie obrazki są dozwolone od lat szesnastu. Starsza pani też nie zobaczyła. I dobrze, bo mogłaby się poczuć zagrożona w swej kobiecej dominacji i wypalić jakimś tekstem niezbyt przyjaznym (należy rozumieć: feministycznym).

— Mam bezpośredni dostęp do Centralnej Biblioteki Wszystkich Znanych Wszechświatów — Ellen zaczęła zmysłowym tembrem (Clint też, a Kirył poprawił złotawe loki nad czołem) — w której jest zgromadzona cała wiedza. Biblioteka zajmuje wszystkie trzysta czterdzieści planet układu Sofia’n. Jest zasilana energią sześciu — pauza — kolapsarów. Do Biblioteki mają dostęp wszystkie SI w czasie rzeczywistym. Odpowiedź trwa jedną kwintylionową cześć — pauza — sekundy.

— Dla mnie bomba — odezwał się Peter.

— Już mówiłam o bomba.

— A! To takie… slangowe powiedzenie — wyjaśnił Peter.

— Szukam. Tak. Rozumiem. Zamiennie: zajebiste, cool, fajne, krutoje, wdechowe, czaderskie.

— Jesteś najpiękniejszą i najmądrzejszą SI w tym i w innych wszechświatach. — Peter z zadowoleniem zatarł dłonie.

Ellen jeszcze bardziej się wyprężyła.

Za to Ann nie byłaby w pełni ziemską kobietą, gdyby nie zareagowała w takiej sytuacji.

— Tylko się, Peter, nie posikaj z wrażenia — rzekła cierpko.

— Ja chcę siusiu — odezwała się Diljara krzyżując nogi.

— Czy młodsza pani Diljara zakończyła proces przetwarzania przyjętych pokarmów? — spytała SI. Oczywiście dla przypomnienie powiemy, że Diljara usłyszała to z ust Kiryła i to dlatego zarumieniła się po same uszy.

— Oj! — Udało jej się wypowiedzieć, zanim zniknęła.

— Jezu! Co się stało!? — wykrzyknął Peter, unosząc się do pozycji stojącej.

— Poszła do łazienki, a co miało się stać? — rzeczowo odparła Ann.

Jeśli czytają tę książkę istoty spoza Ziemi LV211 to należy zaznaczyć, że ziemskie kobiety wykazują więcej zimnej krwi niż mężczyźni w sytuacjach stresogennych. Są na to całe zwaliste tomy rozpraw naukowych (potwornie nudnych) potwierdzających ten stan rzeczy.

Nim jednak szef i starsza pani zdążyli kwestię tajemniczego zniknięcia młodszej pani dogłębnie przeanalizować, Diljara pojawiła się na dawnym miejscu z wyraźnie zadowoloną miną.

— I jak? Co tak szybko? — spytał Peter, ostrożnie siadając.

— Trochę dyskrecji, Peter — zganiła go Ann.

Ale co tam dyskrecja! Diljara nie omieszkała się podzielić ze współpodróżnymi przeżytym doświadczeniem.

— Byłam w takiej łazience, jak w mojej szkole. Była cała biała i… ale nie miała okien. — Uśmiechnęła się szeroko. — I była taaaka czyściutka!

— Naprawdę obsługa jest tu pierwsza klasa — skwitowała z uśmiechem Ann i zwróciła się do Clinta: — Hej, mój przystojniaku, czy są tu jakieś kwatery… no wiesz, pokoje z łóżkiem, żebyśmy mieli, gdzie się zdrzemnąć, jak już padniemy z wyczerpania od tych pytań i odpowiedzi?

— Na statkach są kajuty — poprawiła Diljara. I zaraz, robiąc skromną minkę dodała: — Chciałabym zobaczyć tego Clint…

— No to musisz zmienić wygląd SI — pouczyła Ann.

No cóż, nawet te młodsze panie potrafią, gdy bardzo tego chcą, podjąć bezwzględnie szybką decyzję w kwestiach męsko damskich wyborów.

— Niech moje SI też będzie Clint!

I słowo Clintem się stało.

Diljara przez chwilę przypatrywała się, po czym marszcząc brwi stwierdziła:

— Brzydki i stary, ja znowu chcę Kiryła.

No i wiadomo, co się stało w kolejnej sekundzie.

— Więc… tak… właśnie — Ann straciła rezon. — To popatrzmy na ulubieńca młodszych pań. Niech moje SI to będzie Kirył.

I słowo… wiadomo.

— No! Chłopak jak malowany! W każdym boysbandzie karierę by zrobił od pstryknięcia palcem. Problem w tym, czy siedmiolatków do boysbandów przyjmują. Klasa chłopak, gdy wrócisz na Ziemię, to pilnuj go jak oka w głowie. W razie czego nie zapominaj o piórniku, żeby był posłuszny. — Czule przytuliła Diljarę — Okej! Clint wracaj!

I Clint wrócił na swoje miejsce.

— Kirył ma dziewięć lat — sprostowała Diljara, znowu się rumieniąc.

— Szanowne panie — Peter postanowił przerwać te babskie pogaduchy — czy nie warto by wrócić do… ważniejszych tematów?

— W kwestiach lokacji pasażerów — wtrąciła się SI na różnych tembrach — to statek ma odpowiednią przestrzeń by wydzielić — pauza — miejsca do spania i wypoczynku. Są wyposażone — pauza — w panele multimedialne — pauza — biblioteki z daniami rozrywkowymi. Czy chcecie mieć jedną przestrzeń wspólną, czy wydzielone?

— Eee… — zaczął szef ziemskiej delegacji gapowiczów.

— Czy ja wiem? — powiedziała Ann posyłając szefowi mocno, ale to mocno kokieteryjne spojrzenie.

— Eeeee… — próbował dokończyć zaczętą kwestię szef.

— Odczytuję narastające napięcie rozrodcze pomiędzy szef Peter i starszą panią Ann. — Ellen patrzyła powłóczyście, a Clint pokazał w szerokim uśmiechu garnitur zębów dopieszczonych przez najlepszych dentystów Hollywood. Kirył powstrzymał się od wszelakich manifestacji o podłożu nie przeznaczonym dla dzieci. No, ale dzieci jak to dzieci, trudno je oszukać.

— Będziecie się całować? — spytała Diljara i zachichotała, przysłaniając sobie usta dłonią.

— Cicho bądź plotkaro. — Peter pogroził palcem, ale jakoś tak bez zbytniego przekonania.

Diljara w odpowiedzi jeszcze głośniej zachichotała.

— Napięcie… rozrodcze… — Peter wpatrywał się w niebieskie oczy Ann. — Na pewno tego chcesz?

— Nie bądź nadętym urzędasem — odparła Ann, a SI zarejestrowała natychmiastowy wzrost. Wiadomo czego. — Jak przygoda, to przygoda, prawda?

— Kirył, oni na pewno będą się całować… — chichotliwym szeptem Diljara powiadomiła młodzieńca o przebiegu akcji.

— No to dwie kajuty — zażądał szef.

— Przyjęłam. Dwie kajuty. — Ellen i Clint uśmiechnęli się z zadowoleniem. Kirył zachował stoicki spokój.

— Tylko… — zaczęła Ann. — Chciałabym, żebyśmy mieli normalne drzwi i takie tam… Wiesz, bez tych sztuczek z czasoprzestrzennym przeskakiwaniem na siusiu.

— Załatwione. — Ellen, Clint i Kirył wzruszyli lekceważąco ramionami.

— A ja chcę, żebym w mojej kajucie mogła rozmawiać z Kiryłem.

— Załatwione. — Ellen i Clint pokiwali ze zrozumieniem głowami. Kirył uśmiechnął się szeroko.

Diljara potoczyła po wszystkich triumfalnym spojrzeniem, ale widząc znacząco rozbawione miny Petera i Ann, z lekkim zawstydzeniem dodała pospiesznie:

— Nie mam z kim grać w szachy…

— Każda SI potrafi grać w szachy. — Ellen, Clint i Kirył popatrzyli z pobłażaniem. — Jaki poziom gry mam dobrać?

Na twarzy Diljary pojawiła się rozmarzona mina.

— Gary Kasparowa — powiedziała na jednym wydechu.

Kirył, Ellen i Clint jednocześnie złapali się za głowy.

— Młodsza pani Diljara nie będzie zadowolona, bo przegra wszystkie partie. Młodsza pani Diljara powinna zacząć z niższego poziomu — oznajmiła SI w trzech tonacjach nieznoszących sprzeciwu.

— A wcale nie! — oburzyła się młodsza pani. — Ja chcę grać z Kasparowem!

— Ulegam pod presją. Tylko, żeby mi tutaj młodsza pani nie płakała potem, bo muszę dbać o poziom dobrego samopoczucia pasażerów i załogi. — SI wypowiedziała teraz swoje pouczenie tonami pobłażliwymi, co jak wiemy zdarzyło się już nie pierwszy raz.

— Wcale nie będę. Przegrałam aż sześć razy i nie płakałam — oznajmiła Diljara stanowczo. I po chwili zastanowienia spytała: — A kto jest załogą statku?

— Załogę stanowi Que Lin Ho — pauza — jest pierwszym oficerem — wyjaśniła SI w tonacjach rzeczowo brzmiących.

— To pan czy pani? — Diljara przeszła gładko do kolejnej fazy indagacji.

— Que Lin Ho jest zdrową — pauza — kobietą o pełnych możliwościach rozrodczych — pauza — ma sto dwadzieścia siedem ziemskich lat i sześć tysięcy osiemset dwa międzywymiarowe.

— Ach… — Młodsza pani na moment straciła rezon, co wykorzystał szef Peter.

— I tylko ona jedna stanowi załogę? No, oprócz naszego kapitana, rzecz jasna.

— Statek jest w pełni zautomatyzowany. Nie ma potrzeby większej załogi — SI wyjaśniło cierpliwie.

— Ach… — Peter na ten moment nie miał więcej pytań.

W przeciwieństwie do niego, Ann postanowiła dotrzeć do sedna sprawy.

— Aha, Que Lin Ho… Czy ona jest Chinką?

— Nie — odparła pewnie SI.

Jednak Ann nie należała do kobiet, które łatwo przekonać.

— Nie? Jej imię ma takie chińskie brzmienie — zapytała z powątpiewaniem, po czym dodała z miną eksperta od spraw chińskich: — O ile rozumiem, ono prawdopodobnie oznacza coś w rodzaju Błękitny strumyczek albo Cudowne Słoneczko, prawda?

— Nie. W tłumaczeniu na — pauza — angielski — pauza — rosyjski oznacza: Kochająca Lwica. Pani pierwszy oficer nie jest Chinką. Pochodzi z planety Ho Qingshui. — W tłumaczeniu z języka hokańskiego na wasze języki oznacza to Błękitny Strumień — wyjaśniła SI dydaktycznym tonem.

— Ach… a nie mówiłam! Błękitny… Dobrze… A czy możemy zobaczyć tę… Lwicę?

— Kochającą Lwicę — szybko skorygował Peter, wyraźnie zaintrygowany.

W tym momencie, bez ostrzeżenia, trójtwarzowa SI zniknęła, ustępując miejsca wyżej wspomnianej.

— Cóż, wspaniały okaz! Lwica… właśnie tego nam potrzeba — orzekł Peter, prezentując pełne spektrum męskiego szowinizmu.

— Uważaj, Peter! Lwice mają kły i pazury — ostrzegła Ann, rzucając mu dominujące (czyli feministyczne) spojrzenie, które sprawiło, że Peter zawahał się przed kontynuowaniem szowinistycznych ataków.

Jaka więc właściwie wyglądała ta Lwica?

Miała małe uszy i duże oczy? Tak. Miała krótkie ręce i takież same nogi? Nie. Miała zielone usta? Nie. A może wzrostu niewielkiego była? Też nie. Więc w końcu jaka była ta pierwsza oficer?

No taka, jakby właśnie przybyła na pokład z Chin (Ziemia LV12/211/306).

— Naprawdę nieźle się trzyma jak na swój wiek — Ann nie omieszkała ocenić wyglądu pani pierwszej oficer.

— Oj! Pani oficer pierwszy jest jak pani Joan Czang — Diljara również nie omieszkała i radośnie zaklaskała.

— Kto to jest na twojej Ziemi ta… Joan? — z głupawą miną popróbował dociec szef Peter.

— Na naszej Ziemi — wtrąciła szybko Ann — jest gwiazdką muzyki pop. Nie słyszałeś? Ma pięć oktaw i talent, ale na razie odnajduje się właśnie w popie.

— O matko… — westchnął szef.

— A ja byłam z tatą i mamą na jej koncercie w Moskwie! — Młodsza pani znowu zaklaskała z przejęciem. — Ale fajnie było! Ona tak pięknie śpiewa. Orkiestra taka wieeelka była. I jest taka ładna. Chłopcy się w niej kochają!

— O matko…

— Zaciąłeś się? — spytała Ann.

— Nienawidzę popu i telemarketerów. — Peter wreszcie odzyskał możliwość formułowania myśli pełnym zdaniem.

— Z tym drugim, pełna racja — zgodziła się Ann i zaraz dodała: — Wysłałabym ich wszystkich do kopalni uranu. Razem z telefonicznymi spamerami. A pop bardzo lubię.

Peter w odpowiedzi obrzucił Ann spojrzeniem jaki stosują prawdziwi melomani (o Beethovenie już było wspomniane), gdy ktoś próbuje ich przekonać, że pop jest muzyką.

— W większości znanych wszechświatów praca istot rozumnych w kopalniach uranu jest surowo zabroniona — pouczyła SI edukacyjno-nauczycielskim tonem.

— Telemarketerzy i spamerzy nie należą do istot rozumnych — pouczył Peter w równie naukowym stylu.

— Chyba… chce mi się spać — ni z tego, ni z owego oświadczyła młodsza pani znudzona uranowymi dywagacjami i dyskretnie przysłaniając usta dłonią, ziewnęła.

— No tak… Mnie też już się wyładowały akumulatory — powiedział Peter, ale nie ziewnął. Redaktorom naczelnym nie przystoi ziewać, nawet w trakcie spotkań z mało obiecującymi grafomanami.

— Całkiem? — Ann nie mogła powstrzymać się od uszczypliwości. Jednak była to ta forma uszczypliwości, którą szefowie bardzo, ale to bardzo lubią.

— To pan Peter ma akumulatory!? — Ze zdumioną miną zareagowała młodsza pani.

— Nie mówiłaś przypadkiem, że chce ci się spać? — Napomniał ją łagodnie szef Peter. — Dobra! Odpoczynek! Musimy jakoś to wszystko przetrawić. — Posłał znaczące spojrzenie Ann.

Spojrzenie było z asortymentu takich, które nowo zatrudnione pracownice doskonale pojmują. Choć czasami, post factum, mówią, że nic nie pojmowały. A w takich przypadkach (na Ziemi LV211/232/256/323) gazety, nazywane potocznie brukowcami (choć w opinii ich właścicieli nosiły miano opiniotwórczych), mają sprzedane większe nakłady, a prawnicy zajęcie za bardzo grube pieniądze.

SI powróciła na swoje miejsce w trójosobie i nie skomentowała tego spojrzenia. Ale wiedziała swoje. Nie po to była najnowszej generacji, by nie wiedzieć.

— Mam już teraz przygotować kajuty?

Ellen i Clint posłali spojrzenia w opisanym powyżej asortymencie, a Kirył się zarumienił.

— Tak — jednoczesnym trójgłosem odezwali się pasażerowie.

Na wklęsłej ścianie po prawej stronie (w przypadku szefa Petera, po lewej) pojawiły się zwyczajne drzwi. Co prawda wyglądały reprezentacyjnie, bo były bardzo szerokie i wysokie, z rzeźbionego mahoniu, i wyposażone w masywną złotą klamkę, ale nadal były to drzwi.

— No to idziemy pospać — zarządził szef Peter, wstając ze swojego miejsca, przeznaczonego dla szefa.

4

— Całkiem, całkiem — ocenił Peter, gdy już przyswoił to, co zobaczył.

Stali na progu niewielkiego prostokątnego pomieszczenia, którego podłogę stanowiło coś przypominającego wypolerowany biały marmur. Ściany też były na wysoki połysk, tyle że koralowej barwy. Po prawej i lewej znajdowały się drzwi. Jakżeby inaczej, mahoniowe ze złotymi klamkami.

Ann postąpiła parę kroków i przypatrzyła się im.

— No, proszę — wskazała na lewo — to nasz apartament. Jest nawet wizytówka. Po angielsku. A tu… — obróciła głowę — …pokój dla młodszej pani. Też ma wizytówkę, tyle że w cyrylicy. Co za dbałość o szczegóły! Teraz już mogę być zupełnie pewna, że do tego wszystkiego nasi brytyjscy budowlańcy nie przyłożyli nawet jednego paluszka.

— Czy mówiąc o naszych budowlańcach, masz na myśli tych pochodzących z Pakistanu? — Peter zapragnął poszerzyć wiedzę o aktualnej sytuacji na rynku pracy.

— Ci którym zleciłam trzy lata temu remont łazienki byli rdzenni, nie z importu. Wzięli zaliczkę i tyle ich widziałam. Zostawili zardzewiałą kielnię i dziurawe wiadro.

— To miałaś pecha. Mnie łazienkę remontowali nasi obywatele. Angole, żeby to ładnie określić. Co prawda mówili tylko po polsku, ale robotę wykonali perfekcyjnie. Nawet nie trzeba było po nich sprzątać.

Dyskusja o wadach i zaletach tej czy innej ekipy budowlanej trwała by jeszcze dłużej, gdyby nie młodsza pani, która własnoocznie postanowiła się przekonać o jakości wykonanych robót w jej apartamencie.

— Oj! — wykrzyknęła znane nam zawołanie. — Młodsza pani Diljara… — odczytała i czym prędzej sięgnęła klamki.

W sekundę potem (ta sekunda jest typowym czasem reakcji na tym statku) Diljara stała na środku swojej kajuty i rozglądała się z zaciekawieniem.

Peter i Ann stanęli w progu.

— Całkiem, całkiem — szef Peter dokonał kolejnej oceny.

Faktycznie, poziom luksusu był całkiem, całkiem. Okrągłe łoże z baldachimem, pod ścianą stolik i fotelik (skóra i mahoń, gdyby to ktoś się pytał), barwny, grubo tkany dywan na lśniącej podłodze.

Diljara pisnęła z radości, zrzuciła pantofelki i jednym susem, gubiąc przy tym kapelusik, skoczyła na łóżko. Poturlała się po nim, zeskoczyła i podbiegła zaaferowana do drzwi (oczywiście, że mahoniowych) zdobiących swym urzeźbieniem ścianę po prawej. Otwarła je na całą szerokość i przeskoczyła próg.

— A tu jest łazienka! Jaka piękna! I jaka duża wanna!

W standardową sekundę potem, czasu statku, Diljara, cała zarumieniona, pojawiła się przed resztą gapowiczów.

— Dla mnie bomba! — wykrzyknęła, obrzucając Ann i Petera roziskrzonym wzrokiem.

— Oj! — odezwał się szef Peter i delikatnie pociągnął dziewczynkę za oba warkocze.

Ann się roześmiała.

— Oj… to zmiataj spać.

Diljara pokiwała energicznie głową i zaraz zmarszczyła nosek.

— Nie mam pidżamy…

— No to musisz ją zachcieć — przypomniał szef Peter.

Diljara obróciła się w stronę pokoju i wypowiedziała standardową formułkę. A ponieważ wypowiedziała ją prawidłowo, to przed nią zawisła pidżama; biała w różnobarwne kółka. Dziewczynka błyskawicznym ruchem zerwała ją z niewidocznej uwięzi i przytuliła do siebie. Obróciła się i powiedziała:

— Dobranoc panie Peter i pani Ann.

— Śpij dobrze… — Ann delikatnie zamknęła drzwi. Popatrzyła na Petera.

— Obejrzymy nasze luksusy?

Słowo „luksus” zawsze działało pobudzająco na mieszkańców planety Ziemia LV211 (i pozostałych Ziemiach bez wyjątków), a wymówione takim tembrem głosu, oddziaływało jeszcze silniej. Więc nie dziwmy się reakcji Petera, który jednym susem dopadł drugich drzwi, otworzył je na całą szerokość i zrobił w stronę Ann zapraszający gest.

Ann, kołysząc zmysłowo biodrami (obcasy jej pantofli też stukały zmysłowo), podeszła i stanęła w progu. Potem zrobiła dwa kolejne kroki. Peter zamknął drzwi i ustawił się skromnie, trochę z tyłu.

— Całkiem, całkiem — orzekła Ann. — Styl rosyjski, wczesnooligarchiczny.

Trochę racji miała w swojej ocenie; pozłacane łoże na jakieś sześć osób, pozłacane krzesła i nie mniej pozłacany stolik, coś z tego stylu miało. Tak samo, jak zdobiące ściany dwa potężnych rozmiarów landszafty w pozłacanych ramach, grubych jak słoniowa noga. Dywan nie był pozłacany, ale wpatrywanie się w deseń, w którym został utkany, mógł spowodować oczopląs, a w dalszej kolejności głęboką depresję.

Zapomnieliśmy opisać lampy stojące przy łożu. No to nadrabiamy: też były pozłacane i na tyle duże, że z powodzeniem można by je użyć do oświetlenia Trafalgar Square. Jeszcze ze dwie takie i Plac Czerwony byłby rozświetlony, jak w słoneczny dzień.

— Powinni dawać okulary przeciwsłoneczne przed wejściem albo takie, jakich używają spawacze — stwierdził Peter.

Ann podeszła do łóżka i delikatnie pogłaskała różową pościel.

— Jedwab jak się patrzy! — Spojrzała z rozbawieniem na Petera. — Pierwszy raz w takich luksusach?

— Jestem tylko skromnym redaktorem naczelnym… — zaczął i zaraz umilkł, bo widok wyprężonych bioder Ann nie pozwolił mu na formułowanie myśli.

Ann podeszła do Petera i popatrzyła mu w oczy.

— Też śpisz w pidżamie? — spytała wiadomym tembrem.

— Nooo…

Podeszła ciut bliżej, uniosła głowę i powiedziała:

— Czy można jakoś by tu zrobić, żeby światło nie biło po oczach?

— Czy mam zrobić nastrój — pauza — rozrodczy? — SI jak zwykle znalazła się na swoim miejscu. Oczywiście tylko głosem mister Clinta, bo z wprogramowanego szacunku dla intymności, nie objawiła się w żadnej wizualnej formie.

— Tja… niech będzie rozrodczy… — zakomenderowała Ann.

W tym samym momencie (standardowa sekunda) światła przygasły. Może nie przygasły rozrodczo, ale na pewno półcienie spowijające teraz sprzęty nosiły jakie takie cechy intymności.

— Peter… — odezwała się Ann.

— Tak?

— Umiesz poradzić sobie z suwakiem sukienki? — Obróciła się plecami do Petera i sięgając za plecy, wskazała, gdzie tegoż suwaka ma wypatrywać.

— Hmm… mam w tym pewne doświadczenie.

— To do dzieła… A! Czy pamiętasz taki film, w którym pewna kobieta przesłuchiwana przez policje przekłada nogę na nogę?

— Nooo… — Peter przez chwilę myślał tak intensywnie, że gdyby jego mózg był zbudowany na obwodach lampowych to wydzielone ciepło osmaliłoby sufit. — A! Nie nosisz bielizny!

— Generalnie rzecz biorąc, noszę, ale jakimś cudem w trakcie przebierania w tego armaniego, ktoś o czymś zapomniał.

— Jasne…

— Więc może zajmiesz się tym suwakiem w końcu, bo już zaczynają mnie nogi boleć od tego sterczenia w jednym miejscu.

Peter sięgnął, gdzie trzeba i zrobił to jak trzeba. Czyli rozpiął suwak i armani powodowany siłą grawitacji, spoczął na dywanie.

Ann odwróciła się do Petera i lekko wyprężyła.

SI oceniła kształt gruczołów mlecznych starszej pani Ann, a w szczególności ich górnych zakończeń, i według posiadanej wiedzy stwierdziła, że świadczą o gotowości ich szczęśliwej posiadaczki do działań rozrodczych.

SI zintensyfikowała poziom nastroju.

Z niewidocznych głośników popłynęła dyskretnie trash metalowa muzyka.

SI uznała, że nie ma tu nic więcej do roboty i przeszła w stan uśpienia.

5.

Ann wyszła z łazienki. W rozrodczym oświetleniu kropelki wody na jej nagiej skórze pobłyskiwały rosyjskim oligarchizmem. Czyli w złotej tonacji, o wartości zbliżonej do 24 karatów.

Przysiadła na brzegu łóżka, obdarzając szefa głęboko rozrodczym uśmiechem.

— Jak stan akumulatorów? — spytała.

— Do wymiany — odparł szef.

— No, no, nie bądź taki skromny. — Pochyliła się i pocałowała Petera w usta.

— Wiesz, ta muzyka… daje kopa. — Roześmiał się głośno.

— Lubię twarde brzmienia. — Ann ponownie pocałowała Petera, a potem zwinnie usiadła na nim okrakiem.

SI na moment wyszła kontrolnie z uśpienia, ale widząc do czego sytuacja zmierza, taktownie powróciła do poprzedniego stanu.

6

W apartamencie rozległ się sygnał pobudki; kryształowo czysty dźwięk dzwoneczka wykonanego z najczystszego kryształu górskiego z planety Erectum HR28.

Ann i Peter, wtuleni w siebie, nie zareagowali na tę delikatną sugestię. Spali nadal.

Dzwoneczek odezwał się już nieco głośniej i jakby bardziej natarczywie.

Bez skutku.

Wtedy drzwi od ich apartamentu otwarły się na całą szerokość i w tę oazę pozłacanego luksusu wtargnęła nieduża istota odziana w całości na srebrno.

Nie był to jednak kapitan Tales oburzony lenistwem podróżnych na doczepkę.

Kto to był?

A któż by inny niż Diljara!

— Dzień dobry pani Ann i pan Petera! — wykrzyknęła.

Wywołani po imieniu, poderwali się z oligarchicznego łoża, odruchowo zakrywając kołdrą po szyję.

— Już… nie śpisz? — wydukał Peter.

— Nie… jest już siódma — poinformowała Diljara. Podbiegła do łóżka i z pewną bojaźliwą rezerwą pod nie zajrzała.

— Bój się Boga, co ty wyprawiasz? — oburzył się Peter, zdetonowany całą sytuacją.

— Sprawdzam czy się tam czasem nie ukrył. — Dziewczynka stanęła przy łożu.

— Kto? — spytała Ann, przecierając oczy.

— Ósmy Nostradamus. — Diljara zerknęła w dół podejrzliwie.

— Kto? — Peter lekko się wychylił w bok i też zerknął w dół. Jednak poza oligarchicznie kwiecistym dywanem niczego nie dostrzegł. Chrząknął znacząco. — Diljara, czy ty przypadkiem nie piłaś wina, i to w nadmiarze?

— Nie — stanowczo zaprzeczyła. — Oglądałam film.

— Zmiłuj się, gdzie, jaki film!?

— O pani Ellen. No ten, w którym wyrzuca tego potwora w kosmos. Ale on brzydki! I strrraaaszny! Bardzo się bałam…

— Byłaś w kinie? — spytała Ann niezbyt przytomnie. I po chwili sobie przypomniała, co mówiła SI o wyposażeniu kabin. — Ach, oczywiście… Ale to tylko film…

— No tak, ale gdy pani kosmonautka Ellen go wyrzuciła… to mógł przylecieć do naszego statku, prawda? — Umilkła na moment. — No przecież on był w kosmosie? A jeśli został przeniesiony tu, tak jak my?

— Diljara, ja ciebie bardzo proszę, idź do swojego pokoju. — Peter próbował przybrać ton wychowawcy strofującego niegrzeczne dzieci. — Zaraz do ciebie przyjdziemy.

— Aha. Znowu się będziecie całować… — Diljara odezwała się naburmuszonym tonem i obrażona odwróciła na pięcie.

Już miała demonstracyjnym krokiem opuścić lokal całujących się bez chwili przerwy Ann i Petera, gdy w drzwiach pojawiła się we własnej osobie pani pierwszy oficer.

Ann i Peter popatrzeli po sobie i sprawdzili pośpiesznie czy kołdra zakrywa to, co trzeba. Odetchnęli z ulgą, bo zakrywała. Pierwszy oficer też była zakryta, i to od stóp po szyję, złocistym, apetycznie obcisłym uniformem.

— Dla mnie bomba! — wykrzyknęła Diljara znowu podekscytowanym tonem, cofając się o krok. — Pani oficer pierwszy Qul Fon Gong…

— Que Lin Ho — poprawiła wywołana do tablicy dźwięcznym i mocno brzmiącym głosem. Takim jaki powinni mieć pierwsi oficerowie najpotężniejszych we Wszechświecie statków kosmicznych. Popatrzyła wielkimi migdałowymi oczami i kierując słowa wyraźnie w stronę Petera, powiedziała:

— Witam pani Ann na pokładzie Czerwonej Gwiazdy. — I zanim Peter zareagował, wzrok pani pierwszej oficer spoczął na twarzy Ann. — Witam pan Peter.

— Tak… Nie… — Ann potrząsnęła głową. — To ja jestem Ann… — odwróciła się na moment w stronę Petera — …a to Peter.

— Przepraszam za pomyłkę. Już wpisałam do implantu poprawną informację.

— Wspaniale… — kpiąco odezwał się Peter, starając się z całych sił stłumić ziewnięcie.

— Jak się czujecie? Czy SI zadbało o was w wystarczającym sposób? — kontynuowała niezrażona Que Lin Ho.

— Co? Ach, tak… — Peter nadal próbował ogarnąć cała tą absurdalną sytuację. No, ale nie dziwmy się. Rano, po wyczerpującej nocy, zawsze trudno się ogarnąć.

— To wspaniale! — Pani pierwszy oficer zamanifestowała entuzjazm i radość. Jednak raczej na umiarkowanym poziomie. Po czym już normalnym tonem dodała: — Oczekuję was na mostku za dziewięćset standardowych sekund.

I nim trójka podróżnych na gapę zdołała w jakikolwiek sposób zareagować, pani pierwszy oficer po prostu sobie zniknęła.

— No cóż, chyba zostaniemy wykopani w głęboki kosmos — zawyrokował Peter kwaśno.

— Ja nie chcę! — sprzeciwiła się Diljara i zaraz spytała: — Ile to jest… dziewięćset… — A po szybkim przeliczeniu sama sobie odpowiedziała: — Aha! Piętnaście minut!

— Dobra! Mamy kwadrans — zaczęła raźno Ann, bo uznała, że należy wszystkich przywołać do jako takiego porządku. — Diljara! Wymarsz do swojej kajuty! Zaraz po ciebie przyjdziemy. Peter… — Umilkła. Chciała powiedzieć: wyskakuj spod kołdry, ale w porę się powstrzymała. Ostatecznie nie można narażać niewinnego dziecka na jakieś nieprzystojne widoki. Tym bardziej, że Peter nie był jeszcze w pełni władz umysłowych i spod tej kołdry na światło dzienne mógł wyskoczyć.

Diljara przesadnie równym krokiem wymaszerowała z apartamentu i z przesadną dokładnością zamknęła drzwi.

— Teraz już możesz wyskakiwać — uznała Ann i sama spod cieplutkiej kołdry się wygramoliła. Niechętnie. Zatarła dłonie. — Chcę kawy. Gorąca i mocna. I dwie grzanki. — Spojrzała na Petera. — Dwie porcje.

Systemy statku nie miały w swoim oprogramowaniu porannego otumanienia, więc w tradycyjną sekundę potem, zamówienie pojawiło się na pozłacanym stoliku.

— Peter, no już…

— Dobra, już dobra — wymruczał Peter i stanął w całej gołej okazałości obok łóżka. — Ech, a gdzie jest moje ubranie?

— Nnie wiem… — Ann rozejrzała się niepewnie. — Moje też gdzieś przepadło.

— Nie wrzuciłaś przypadkiem do pralki? — zakpił Peter. Już doszedł do siebie.

— Sprawimy sobie nowe.

Jak powiedziała tak i zrobili. Potem, jak to o poranku, szybki prysznic, kawa, zagryzana w pośpiechu grzankami i w sto osiemdziesiąt standardowych sekund później oboje wystrojeni w dżinsy, luźne T–shirty i sportowe buty, wymaszerowali ze złocistego apartamentu. Przy okazji, gwoli ścisłości, Ann już miała na sobie także i bieliznę. Od tego samego krawca.

Weszli do kajuty Diljary, ale ta nie powitała ich tak, jak się spodziewali. Żadnych pytań ani bystrych zerknięć.

Dziewczynka siedziała przygarbiona na łóżku i pocierała piąstkami oczy.

— Co się stało? Diljara? — Ann szybko podeszła do niej.

Młodsza pani uniosła głowę. Oczy miała mocno zaczerwienione i zapłakane.

— Ja wam przeszkadzam. Nie lubicie mnie — wyrzuciła z siebie, głośno pochlipując.

— No co ty sobie wymyśliłaś… — Ann usiadła obok Diljary i mocno objęła. — To nieprawda.

— Prawda! Jak nie wrócę do domu, to mama i tata mnie zapomną i już nikt nie będzie mnie kochać…

— Masz ci los… — westchnął boleściwie Peter.

— Peter! Cicho bądź! — zganiła go natychmiast Ann. — Diljara, nie mów takich rzeczy. My z Peterem też cię kochamy. Jesteś wspaniałą, bardzo mądrą dziewczynką. Naprawdę… A do mamy i taty na pewno wrócisz. Oni zawsze będą cię kochać…

— Tak? — Diljara popatrzyła na Ann niepewnie.

— Oczywiście!

— Ja… — kolejne kilka chlipnięć — …przegrałam wszystkie partie… — poskarżyła się cichutko.

— Grałaś z Kasparowem!?

— Tak…

— Ile partii?

— Dziewięć. — Niespodziewanie się ożywiła, otarła nosek i oczy. — Ostatnią bym wygrała, ale on zrobił taki ruch wieżą i wspomógł się gońcem, a potem tak przestawił piona, że… był mat.

— Zaraz, zaraz… — Ann zerknęła z lekkim rozbawieniem na Petera. — Nie dość, że obejrzałaś film, to jeszcze starczyło ci czasu na te dziewięć partii?

— Nooo…

— Aha. Dobra, to w najbliższym, nadarzającym się momencie, zagrasz z Peterem. Dziewięć partii. I spuścisz mu totalny łomot. Hmmm… To znaczy pokonasz go we wszystkich partiach. Co ty na to?

Diljara popatrzyła na Ann, a potem na Petera.

— Ale wtedy pan Peter będzie płakał. Ja lubię pana Petera i nie chcę, żeby mu było przykro. A w ogóle, to przecież pan Peter nie umie grać.

— Więc najpierw go nauczysz. A gdy już coś z tych szachów załapie, to dasz mu wygrać jedną partię. Na pewno będzie zadowolony. Prawda, Peter? — Mrugnęła w jego stronę.

— Prawda najprawdziwsza. — Peter przystał na takie rozwiązanie z iście szachowym dostojeństwem.

— Diljara… — Ann pokołysała nią lekko. — Pani pierwszy oficer chce z nami rozmawiać.

— Ze mną też? — Diljara popatrzyła nieufnie.

— Oczywiście! A poza tym znowu czaderski strój sobie wybrałaś.

— To nie jest strój czaderski. On jest kosmiczny! — oznajmiła rezolutnie Diljara.

Może rzeczywiście czaderski to ten strój nie był, ale kosmiczny to na pewno. Jednym słowem: skafander w jakim na Księżycu Neil Armstrong trenował podskoki (Ziemia LV211/303/321). Z pewną drobną różnicą…

— Co to za flaga? — spytała Ann, z ciekawością wpatrując się w „różnicę” umieszczoną na lewym rękawie skafandra.

— To flaga mojego kraju, pani Ann.

— Niby to flaga Rosji, ale…

— Nie, pani Ann… Rosyjsko Mongolskiej Federacjji — skorygowała Diljara i popatrzyła z dumą na pozostałych, lekko zdębiałych gapowiczów.

I nim wyżej wspomniani zdążyli oddębieć, uśmiechnęła się szeroko, zeskoczyła z łóżka i pobiegła do drzwi.

A SI, która z lekkim zniecierpliwieniem obserwowała wydarzenia, zmaterializowała przed Ann i Peterem duży stoper. Było na nim ukazane w zrozumiały nawet dla ludzi z Ziemi sposób, że pozostało raczej niewiele czasu do wyznaczonego spotkania.

7.

Wspomniana powyżej SI, mająca niejaką autonomię w podejmowaniu działań, niezwłocznie takowe działania podjęła i całą trójkę pasażerów za jednym zamachem przeniosła tam, gdzie znaleźć się powinni, czyli na mostek Czerwonej Gwiazdy. To było z wszech miar racjonalne działanie, bo odległość apartamentów od mostka, wynosiła circa trzy kilometry.

Dla porządku i z wyprzedzeniem, dodajmy, że nazwa statku nic a nic nie miała wspólnego z jakąkolwiek ideologią. A pani pierwszy oficer i jej przełożony nigdy nie należeli do partii komunistycznej.

Dla porządku i z wyprzedzeniem dodajmy też, że mostek Czerwonej Gwiazdy miał się nijak do rojeń ziemskich scenografów, chałturzących przy produkcjach „esef”. Żadnych tam migających światełek, pulpitów i innych bzdurnych wynalazków, pomiędzy którymi, starając się nie obijać o kanty, szwendają się aktorzy. Był po prostu białą, standardowo na wpół prześwitującą płaszczyzną, o grubości co najwyżej kilku kwarków i o średnicy około dziesięciu metrów. Czyli nic, co mogłoby zaprzeć dech ziemskiego kinomaniaka.

Jednakże trójce gapowiczów dech zaparło. A Peter dodatkowo zareagował jak najgłębszym wciśnięciem głowy w ramiona.

Zimnokrwista Ann (tylko w niektórych sytuacjach, zimnokrwista) zadrżała i mocno objęła się ramionami.

A szachowy przegryw, Diljara, zadarła głowę w taki sposób, na widok którego widok, każdy ziemski ortopeda dostałby zawału. Wykrzyknęła:

— Czadersko!

Po czym ustawiając głowę już w normalnej pozycji popatrzyła z niekłamanym zachwytem na panią pierwszą oficer.

— Tu nie ma sufitu i ścian! — oznajmiła donośnie, wykręcając podwójny piruet, by obejrzeć wszystko z każdej strony. Zakończyła dwoma podskokami w stylu Armstronga.

Faktycznie, sufitu i ścian nie było. Nad głowami i ze wszystkich stron świeciły gwiazdy. I mgławice. I roje galaktyk. I kwazary. Migotały pulsary. Gdzieś tam cichcem przemykały czarne dziury. A kilkanaście zwyczajnych gwiazdek akurat w tym momencie uznało, że musi się przekształcić w supernowe. Jasno było jak w dzień. I bardzo, ale to bardzo kolorowo. Kto nie wierzy, niech sobie obejrzy zdjęcia z teleskopu Hubbla (jeśli jest mieszkańcem Ziemi LV211/LV198/LV199).

Pani pierwszy oficer stojąc w lekkim rozkroku i z rękami za plecami cierpliwie czekała. Tym razem była ubrana w kostium matowo czarny, który dodawał jej sylwetce smukłości, jednakże podkreślając, że ta smukłość jest wyposażona w pewne bardzo kształtne i wydatne krągłości. Na jej lewej, wyżej cieleśnie posadowionej krągłości, widniał zygzakowaty, jaskrawo czerwony emblemat, otoczony jakimiś znakami. Przypominały z lekka pismo jakim posługiwano się za czasów Hobbitów (niewielkiego wzrostu istoty rozumne żyjące na Ziemi LV211/LV303/LV141, nie spotykane na pozostałych planetach).

Oczywiście Peter, gdy już wyszedł ze stanu lękliwego stuporu, te krągłości wraz z emblematem zauważył. Ann też zauważyła i od razu poczuła to, co czują ziemskiego kobiety, gdy widzą inne ziemskie kobiety. Te atrakcyjne rozrodczo.

Natomiast Diljara całkowicie ten aspekt pominęła, skupiając się natychmiast na czymś zdecydowanie bardziej w jej mniemaniu wartym uwagi. Był to mianowicie pomarańczowy słup we fioletowe plamki. Taki sam, jaki objawił się podróżnikom w charakterze SI. Tyle że ten słup teraz był wygięty w ostry łuk, opierający się oboma końcami o białą powierzchnię. Trochę przypominał kawałek dżdżownicy, chcącej przejść przez ruchliwą ulicę. Jednak słup nie próbował nigdzie iść, prężył się spokojnie obok prawej nogi pani pierwszej oficer.

— Ładnie tu. — Pierwszy odezwał się Peter lekko zachrypniętym głosem. Odchrząknął dyskretnie. — Nawet bardzo ładnie — powtórzył bardziej uroczyście.

Chciał kontynuować, ale Ann już miała dosyć patrzenia na Petera, wgapiającego się w krągłości. Powiedziała zdecydowanie mniej uroczyście:

— Pani pierwszy oficer. Czy mógłby nam ktoś wreszcie wytłumaczyć, skąd się tu wzięliśmy? Tak bez naukowo technicznego żargonu. No i najważniejsze, czy zostaniemy tu na wieki, czy może wrócimy na stare, ziemskie śmieci.

Pani pierwszy oficer majestatycznie przeniosła spojrzenie na Ann i swoim dźwięcznym, mocnym głosem odpowiedziała:

— Na Czerwonej Gwieździe nastąpiła nanosekundowa awaria konwertera skupisk geodetyk. Co spowodowało dwumianowe przebicie nadwymiarowego tunelu komunikacyjnego strumieniem kwantyzowanej energii w dwóch rejonach odrębnych czasoprzestrzennie, i neutrinogennym wybiciem jednostek materialnych z ich kontinuum macierzowego. Nasz system pracuje nad ustaleniem koordynat i przeniesieniem — popatrzyła po kolei na pasażerów — was na powrót do odpowiedniego kontinuum. Może to trochę potrwać, ale na pewno nie wieki.

— Nooo, jeśli tak, to wszystko jasne. A często wam się takie dwumianowe awarie zdarzają? — Oczywiście był to sarkazm z gatunku tych bardzo jadowitych sarkazmów, gdyby ktoś nie wiedział.

Pani pierwszy oficer do sarkazmu jadowitą ripostą się nie odniosła, bo obce jej były niuanse ziemskich języków. A nawet, gdyby obce nie były, to odnieść się po prostu by nie zdążyła, bo… wiadomo, Diljara.

— Co to jest kontinuum macierzowego? — Młodsza pani już była w pełnej formie, gotowa skatować pytaniami nawet najbardziej odpornego kosmitę.

W związku z tym nie należy mieć najmniejszych obaw, że Ósmy Nostradamus odważyłby się zagnieździć na Czerwonej Gwieździe, nawet skrywając się pod łóżkiem. Więc wcześniejsze przypuszczenia Diljary były zupełnie bezpodstawne.

Ale to nie pani pierwszy oficer odpowiedziała, a wyjątkowo cierpliwa SI, która tak bardzo upominała młodsza panią, by nie wojowała z Kasparowem, bo z tego tylko płacz będzie. Odezwała się tym razem głosem jakiego używała będąc pomarańczowym sierściuchem, jednakże w związku z zasadami obowiązującymi na mostkach statków we wszystkich flotach galaktycznych, nie objawiła się wizualnie.

— Wyjaśniam młodszej pani Diljara; wszechświat powstał z jednej macierzy zawierającej całą znaną i zliczoną energię, skupioną w jednym punkcie. W momencie wybuchu podzielił się na wiele wszechświatów. Nastąpiło to w jednej stumilionowej jednej kwintylionowej części sekundy. Wszechświaty ewoluując, oddzieliły się przestrzenią niedefiniowalną, w której nie ma upływu czasu. Komunikacja pomiędzy wszechświatami odbywa się w tej przestrzeni. Skończyłam.

Skończyła? Tylko jej się tak wydawało. SI rzadko, a właściwie nigdy nie miała do czynienia z ziemskimi dziećmi. A takimi jak Diljara, to już w ogóle.

— A dlaczego ten wszechświat się wybuchł? A czemu przestrzeń jest niedefiladowalna?

I tu włączyła się Ann, która, mimo że własnych dzieci nie posiadała, to niejakie doświadczenie miała w takich sytuacjach.

— Słoneczko — odezwała się pieszczotliwie. — Później wypytasz o wszystko, a teraz pozwól nam rozwiązać problem powrotu do domu, dobrze?

Diljara przez chwilę zastanawiała się nad propozycją i w końcu zgodnie kiwnęła głową. Ostatecznie mogła się skupić na wpatrywaniu w pomarańczowy słup. Przynajmniej na moment.

A Peter w duchu odetchnął z głęboką ulgą i przejmując ster władzy (także przynajmniej na moment) zapytał:

— Czy możemy do pani pierwszej oficer zwracać się po prostu: Que Lin Ho. Do nas proszę mówić: Peter, Ann, Diljara… Tak będzie prościej.

— Do członków załogi należy się zwracać, używając…

To była ponownie SI.

— Wyłącz się — przerwała jej Que Lin Ho. — Tak będziemy się do siebie zwracali. — Lekko się uśmiechnęła i delikatnie pogłaskała grzbiet (?) pomarańczowego słupa.

Podróżni zobaczyli jak ów grzbiet mocniej się wyprężył, sierść zafalowała, po czym rozległ się dźwięk jaki można usłyszeć przechodząc obok mocno zdezelowanej podstacji transformatorowej.

— Oj! Jak on fajnie mruczy! — wykrzyknęła Diljara, robiąc krok w stronę słupa. — Też mogę go pogłaskać?

— Diljara… — teatralnym szeptem upomniała ją Ann.

Jednak nic to nie pomogło, bo pomarańczowe słupy z sierścią bardzo lubią być głaskane. Więc tu obecny wdzięcznymi ruchami zbliżył się posuwiście do Diljary i wyprężony trwał w oczekiwaniu. Z czego Diljara nie omieszkała skorzystać. Przesunęła dłonią po grzbiecie pokładowego pieszczocha bez jakiekolwiek wcześniejszego wahania.

— Ojej! — wykrzyknęła. — Czuję… ojej… tak jakby mnie mama i tata przytulali! Ale fajnie!

W standardową sekundę czasu pokładowego Diljara opadła na kolana, objęła mocno przytulankę i przyłożyła do niej policzek.

— O matko… — wyrzekł standardową formułkę Peter.

— Nie, ona nie jest „o matko” — odezwała się Que Lin Ho. — To Kisjana, osobnik żeński, stworzenie z planety Orum w galaktyce Syrien Beta V689961uu. Z wszechświata o numerze katalogowym E’Mu39075467B41. Kisjana dobrze traktowana, przekazuje telepatycznie pozytywne nastroje.

— I mruczy na dodatek — wtrąciła Ann uszczypliwie (jak to Ann). Nie zdobyła się jednak, by pogłaskać Kisjanę. Taka bezpruderyjna to ona jednak nie była, by głaskać innego żeńskiego osobnika.

— No, mruczy… Jak to mają w zwyczaju osobniki żeńskie… — Peter nie omieszkał też być uszczypliwy. Popatrzył w odpowiedni sposób na Ann. Ten sposób podobał się osobnikowi żeńskiemu, Ann, więc powstrzymał ją od dalszych uszczypliwości.

— Czy wy, ludzie, nasyciliście już swoje obwody odpowiednią dawką informacji? — Que Lin Ho przeszła, jak przystało na pierwsza oficer, do konkretów. I widząc niejaką konsternację na twarzach Ann i Petera (Diljara nadal się wtulała w pomarańczowe futro) dodała: — Jeśli wyrazicie takie życzenie, zostaną wam wszczepione implanty. Zapewniają bezpośrednią łączność z Centralną Biblioteką Wszechświatową z każdego miejsca w znanych wszechświatach.

— W jedną kwintylionową część sekundy… — Peter błysnął wiedzą ostatnio nabytą.

— Jeśli systemy Biblioteki nie są w danym momencie przeciążone — uzupełniła pani pierwszy oficer.

— I jeśli nie zostały przejęte przez ziemskich dostawców Internetu. — Peter szczerze nienawidził dostawców Internetu i w ogóle telekomy. Uważał ich za gorszych od bazarowych naciągaczy oferujących grę w trzy kubki. Bo z tymi nie trzeba było podpisywać umów z abuzywnymi klauzulami spisanymi małym druczkiem. Na Ziemi LV211 nie podzielali tego krzywdzącego osądu jedynie właściciele telekomów i ich pracownicy (chyba że zostali wywaleni na bruk w ramach restrukturyzacji etatów). — Ty masz implant? — dociekał dalej Peter.

— Wszystkie istoty rozumne mają. — Piękne, czarne oczy Que Lin Ho wyraziły pewne pobłażanie.

— Aha. — Peter kiwnął bez przekonania głową. — Poczułem się jakoś mniej rozumnie. A te szczepienia implantem… to, ile kosztują?

Tym razem pani pierwszy oficer wyglądała na lekko zbitą z tropu. Przez co najmniej dwie standardowe sekundy analizowała. Oczywiście posługując się implantem. W końcu powiedziała:

— Jeśli ludziu Peter przez słowo „kosztują” rozumiesz zapłatę w… dolarach, funtach, euro, rublach i innych używanych ludziami środków pieniędzowatych, to wszczepienie implanta jest niekosztowne. Nie płaci się za nie.

— Uważaj na promocje — wtrąciła Ann, która znając ziemskie obyczaje handlowe, nie wierzyła nigdy w to, że coś może być za darmo. Zwłaszcza, jeśli to mówił wystrojony w garnitur urzędnik bankowy.

Ann dla odmiany, szczerze nienawidziła instytucji bankowych. Jednak, żeby być sprawiedliwym, nie miała racji, bo na cztery przedstawione jej oferty pomnażania kapitału, tylko trzy przynosiły natychmiastowe straty i były abuzywne.

— Jasne… — Peter znowu pokiwał głową. — A powiedz mi, Que Lin Ho, czy ty jesteś ludziem… Och, język już mi się plącze! Człowiekiem? Należysz do rasy ludzi?

— To nie jest grzeczne pytanie. — Nagle do rozmowy wtrąciła się dawno niesłyszana SI tonem upomnienia. Użyła tego tonu na wszelki wypadek, gdyby ludź bez implantu nie pojął.

— Proszę pani Que Lin Ho, czy potrafi pani śpiewać? — Nie udzielająca się w dyskusji przez dwieście pięćdziesiąt sześć sekund Diljara, przerwała niezręczną sytuację. Siedziała teraz po turecku, z rozanieloną miną, nadal wtulona w cicho pobrzękujące pomarańczowe futro.

Pani pierwszy oficer nawet z chęcią by zaprezentowała swoje umiejętności wokalne, bo przecież posiadała (tak jak wszyscy na planecie Ho, z której pochodziła) sześciooktawową skalę głosu. Jednak ponownie nie zdążyła.

— Informuję panią pierwszą oficer, że mamy kłopoty — odezwała się SI lekko spanikowanym tonem.

Ton paniki wyczuli nawet pozbawieni implantów pasażerowie.

— Houston, Houston, mamy problem… — Ann nie była w stanie się powstrzymać nawet w krytycznej sytuacji. Niezależnie od tego, w jakim stopniu ta sytuacja byłaby krytyczna.

— Cisza na mostku! — rozkazała pani pierwszy oficer.

I wszyscy posłusznie umilkli. Nie dziwne, bo rozkaz został wypowiedziany głębokim barytonem. Co sześć oktaw, to sześć oktaw, a nie jedna, jak to bywa u wielu szeroko promowanych ziemskich gwiazd muzyki pop.

— Podaj szczegóły — kontynuowała tym samym głosem Que Lin Ho.

— Otacza nas flota Koerlów. Dokonali inwazji na Trizer328 i pojmali naszego kapitana. Włączam wizualizację.

Przestrzeń usiana gwiazdami zafalowała i powróciła do poprzedniego stanu, ale uzupełniona o jaskrawo świecące fioletowe punkty.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 66.56