E-book
9.56
drukowana A5
36.3
Alazza

Bezpłatny fragment - Alazza


4.4
Objętość:
262 str.
ISBN:
978-83-8104-269-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 36.3

Alazza

I

Październikowe słońce przebijało się przez chmury, powoli sunące na wschód. Silny wiatr wiał nad miastem od rana, potęgując jesienny chłód. Ulicą Dworcową jechał dostawczy mercedes, rozchlapując wodę, zbierającą się w kałużach przy krawężniku.

Ubrany w ciemnozieloną, długą kurtkę mężczyzna odsunął się w samą porę, by uniknąć ochlapania. Brudna woda chlusnęła na chodnik tuż przed nim. Zdegustowany pokręcił głową i sięgnął ku mosiężnej klamce w drzwiach do cukierni. Wszedł do środka.

Lokalne radio nadawało popołudniowe wiadomości, przy ladzie stała kolejka klientów, obsługiwanych przez uczennicę z przyklejonym do twarzy zawodowym uśmiechem sprzedawcy. Mężczyzna przeszedł w głąb lokalu i odnalazł stolik.

– Spóźniłeś się – tleniona blondynka chwyciła wargami słomkę wystającą z jagodowego koktajlu.

– Trzy minuty, nie przesadzaj – mężczyzna zdjął kurtkę i powiesił na wieszaku. Dosiadł się do kobiety. – Przepraszam, jeśli cię uraziłem.

– Niespecjalnie. Napijesz się czegoś?

– Zależy, ile czasu tutaj spędzimy. Przyznam, że jestem trochę zaskoczony tym nagłym zaproszeniem. Wyrwałaś mnie z zajęć ze studentami, musiałem jechać przez całe miasto. To coś ważnego?

– A ja nie jestem dla ciebie ważna? – kobieta spojrzała na niego spod długich, malowanych rzęs.

– No… jesteś. To chyba oczywiste…

– Nie jestem taka pewna. Ostatnio spotykamy się coraz rzadziej, w kinie byliśmy ponad miesiąc temu, na wspólnej kolacji w lipcu. Mówiłeś wtedy, że kupujesz nowe mieszkanie, że będę mogła się wprowadzić i co?

– Baśka, tłumaczyłem ci, że plany mi się zmieniły – mężczyzna gestem podziękował kelnerce, która już nachylała się nad nim. Dziewczyna skinęła głową i podeszła do innego stolika. – Nie dostałem tego kredytu, o który się ubiegałem, chata przepadła, bo deweloper nie spuścił z ceny. Sprzedał komu innemu.

– Tadek, nie chodzi tylko o mieszkanie – blondynka odstawiła koktajl. – Kiedy cię poznałam, opowiadałeś czarujące historie, zabierałeś mnie na romantyczne spacery, wydawałeś się… inny. A gdy dostałeś tę pracę na uniwersytecie, zapomniałeś o mnie zupełnie.

– Niezupełnie, nie przesadzaj, proszę. Po prostu praca mnie wciąga, robię to, co zawsze chciałem robić, do tego doszły zajęcia ze studentami. Jeśli czujesz się zaniedbana, mogę to naprawić…

– Nie chcę, żebyś na siłę się ze mną spotykał – Barbara wzruszyła ramionami. – Widzę, że masz własny świat, ja do niego nie pasuję.

– Nie rozumiem...

– Postanowiłam zakończyć tę znajomość. Ona nie ma… perspektyw.

Tadeusz zaniemówił, zaskoczony. Wreszcie zebrał myśli.

– Czekaj, zaraz. Tak po prostu?

– A czego się spodziewałeś? Że będę płakała, robiła sceny? Zwisam ci, a więc lepiej, żebym poszukała sobie kogoś, komu na serio będzie na mnie zależało.

– Moment, Basiu – Tadeusz zawsze zwracał się do niej w ten sposób, gdy chciał powiedzieć coś ważnego. – Nie rób mi tego, przecież to nie tak, że specjalnie nie chciałem się z tobą spotykać…

– Nie mam żalu – przerwała mu kobieta, sięgając do torebki po pieniądze. – Myślałam nad tym długo i podjęłam decyzję. I proszę, nie staraj się tego zmieniać na siłę. Ty masz swoje życie, ja mam swoje. Miło było. Cześć.

Położyła dwie piątki na stoliku i wstała, sięgając po czarny płaszcz. Tadeusz siedział, wpatrując się w pustą szklankę po koktajlu, z której smętnie wystawała zakrzywiona, różowa słomka.


Nie wrócił już na uczelnię. Zadzwonił do sekretariatu i przekazał wiadomość, że odwołuje pozostałe zajęcia. Dotarł na swoje osiedle, zrobił małe zakupy w markecie, kupując przede wszystkim zgrzewkę „Żubra”. W domu wziął szybki prysznic. Potem podgrzał resztę bigosu i pochłonął go. Naczynia zostawił w zlewie, przeszedł do pokoju, włączył muzykę i nakładając słuchawki, usiadł w swoim ulubionym fotelu. Sięgnął po pierwszą puszkę piwa. Spoglądając przez okno na kończący się dzień, wrócił pamięcią do dzisiejszej rozmowy z Barbarą.

Poznali się na zabawie sylwestrowej, pod koniec zeszłego roku. To, co na początku wyglądało na przygodę na jedną noc, z czasem zaczęło przybierać poważniejszy kształt. Tadeusz bronił się przed własnymi uczuciami, tłumacząc sobie i dziewczynie, że to tylko zwykła znajomość plus seks. Ona zresztą mówiła to samo, ale spotykali się coraz częściej i na dłużej. Aż wreszcie przyszedł maj. Siedzieli w restauracji na Wyspie Młyńskiej. Powiedział jej, że stara się o kredyt na większe mieszkanie, że prawdopodobnie dostanie stałe stanowisko na uczelni i że jeśli zechce, jesienią mogliby zamieszkać razem. Barbara wydawała się zachwycona, jakby wcześniejsze deklaracje o „zwykłej znajomości” straciły znaczenie. Wszystko wydawało się iść po myśli Tadeusza.

A potem przyszedł sierpniowy spadek na giełdach, gospodarka światowa się zachwiała. Któregoś dnia Tadeusz dostał telefon z banku, że jego podanie o kredyt mieszkaniowy „z powodu niepewnej sytuacji rynkowej” zostało rozpatrzone odmownie. Mimo że wcześniej spełniał wszystkie kryteria i uśmiechnięty koleś za biurkiem w dziale obsługi klienta zapewniał, że nie ma najmniejszego problemu i że decyzja o kredycie „to tylko kwestia czasu”. Tadeusz musiał pożegnać się z planami zakupu apartamentu na nowym osiedlu na obrzeżach Bydgoszczy.

Baśka przyjęła to wszystko z lekkim zaskoczeniem i zawodem. Pocieszał ją, że to kwestia kilku miesięcy i że po nowym roku znów wystąpi o kredyt.

Zadzwonił telefon. Tadeusz spojrzał na wyświetlacz i odłożył komórkę na stolik. Kumpel z policji pewnie chciał wyciągnąć go na piwo. Ale w domu czekało jeszcze jedenaście „Żubrów”, a Tadek miał wyjątkową ochotę spędzić ten wieczór sam.

Przypomniał sobie, że właśnie w sierpniu, po ich rozmowie na temat mieszkania, Baśka po raz pierwszy nie odezwała się przez tydzień. Zrzucił to wtedy na karb sezonu urlopowego, a i sam wyjechał wtedy na kilka dni do rodziny do Wrocławia. Gdy spotkali się ponownie, kobieta wydawała się nieco nieobecna, jakby między nimi pojawiła się niewidzialna bariera.

Nagle, otwierając drugie piwo, Tadek uświadomił sobie, że to niekoniecznie musiała być jego wina. Właśnie wtedy, gdy przekonał samego siebie, że z tej znajomości może wyjść coś poważniejszego, Barbara zmieniła front. Wiosną z fascynacją słuchała jego opowieści o badaniach naukowych w instytucie fizyki, o astronomii i modelu standardowym. Kiedy we wrześniu zadzwonił do niej z radosną nowiną, że dziekan przedłużył mu kontrakt na uczelni, nie miała nawet czasu na spotkanie przy lampce wina. Wymówiła się wtedy wizytą u rodziców.

Telefon zadzwonił po raz drugi. Tym razem Piotr dzwonił ze służbowej komórki.

– No? Czego chcesz?

– Witam kolegę fizyka – głos komisarza był nieco zachrypnięty. – Jak tam życie?

– Dodupnie – Tadeusz pociągnął łyk piwa.

– Niedobrze. Studenci ci dali w kość?

– Gorzej. Ale nie chce mi się opowiadać przez telefon. I nie jestem w nastroju na wyjście na browar, jeśli o to ci chodzi.

– Uuu… niedobrze. Ja w sumie w sprawie zawodowej. Można do ciebie wpaść? Przyniosę coś do picia.

Tadeusz zawahał się przez moment. To nie był taki głupi pomysł.

– Czekam – rzucił w słuchawkę i rozłączył się. Potem wstał i ruszył do kuchni. Trzeba było znaleźć przynajmniej dwa czyste kufle.


Piotr Kownacki był potężnym facetem tuż przed trzydziestką. Trenował karate, wspinał się, żeglował i skakał na spadochronie. Pracował w wydziale dochodzeniowym Komendy Wojewódzkiej, zajmował się przede wszystkim trudnymi morderstwami. Często korzystał z pomocy specjalistycznych laboratoriów i właśnie w jednym z nich poznał Tadeusza. Fizyk brał udział w kalibracji kilku najnowszych urządzeń do badania próbek za pomocą spektroskopii. Obaj niemal natychmiast przypadli sobie do gustu, mimo że dzieliło ich niemal wszystko. Piotr był typem wysportowanego amatora zdrowego trybu życia, lubił szybkie samochody i imprezy towarzyskie. Pragmatyczny, konkretny, traktujący naukowców z odrobiną lekceważenia, lubił określać ich po prostu „jajogłowymi”. Tadeusz, choć nie był ułomkiem, ze sportów uznawał tylko jazdę na rowerze i piesze wycieczki. Pracę w instytucie fizyki uważał za interesującą, dużo czytał i mimo że miał doktorat z nauk ścisłych, amatorsko interesował się historią, filozofią i religioznawstwem. Nad huczne spotkania towarzyskie zdecydowanie przedkładał samotne wypady poza miasto lub co najwyżej kameralne spotkania w knajpach. W jakiś sposób jednak znaleźli nić porozumienia, które zmieniło się w męską przyjaźń. Często i obficie podlewaną piwem.

Komisarz zapukał do drzwi pół godziny później. Z uśmiechem uniósł czteropak „Heinekena” i przekroczył próg małego mieszkania Tadeusza.

– Wystarczy chyba, co?

– Wystarczy – fizyk skinął głową, wpuszczając kumpla do przedpokoju. – Jakby co, mam jeszcze spory zapas.

– Bosko – Piotr był już w kuchni, wkładając piwo do lodówki. – Niech się nieco schłodzi. No opowiadaj, co tam cię dzisiaj trafiło?

– Kobieta.

– Ta malowana blondyna? – obaj przeszli do pokoju, gdzie Tadeusz gestem dłoni zaprosił kolegę na wersalkę. Sam zajął miejsce w fotelu.

– No a która? – podał Piotrowi puszkę.

Złote piwo syczało kusząco, gdy policjant nalewał je do kufla.

– Widziałem ją wczoraj wieczorem na starówce, wsiadała do czarnej beemwicy jakiegoś dzianego kolesia. Nie chciało mi się wierzyć. Aż zatrzymałem buca pod pretekstem kontroli papierów. Ale to była ona. A koleś dokumenty miał w porządku.

– No to wszystko jasne – Tadeusz z kwaśną miną uniósł swój kufel. – Dzisiaj zaprosiła mnie do kafejki tylko po to, żeby powiedzieć, że ma mnie dość.

– Wiesz, stary… – Piotr spojrzał w zapadający za oknem zmrok. – Nie chciałem ci tego mówić wcześniej, ale ona od początku wyglądała mi na taką, co leci przede wszystkim na kasę. Ten kolo w beemce to jakiś przygłup, był straszny, ale miał najnowszy model bryki. Czaisz…

– Czaję. A wydawała się niegłupia i sympatyczna, kumasz? Po studiach i w ogóle… Ale może to i lepiej? Tylko wiesz… tam gdzieś w środku coś tak…

– Pusto? Wiem, wiem – Piotr pokiwał głową. – Nie musisz mówić.

Obaj siedzieli długą chwilę w milczeniu, opróżniając powoli kufle. Dopiero gdy Tadeusz sięgnął po kolejne dwie puszki, policjant odezwał się:

– Jest sprawa. Myślę, że możesz nam pomóc. A przy tym dorobisz trochę na zleceniu.

– Co? Firma?

Komisarz przytaknął.

– Ponad tydzień temu na Glinkach znaleziono zwłoki. Miejscy przekazali je nam do identyfikacji, bo mamy odpowiednie laboratorium. Sam je ustawiałeś. Zrobiliśmy wizję lokalną, wywiad środowiskowy, ale utknęliśmy. Tyle że udało nam się zidentyfikować ciało, ale poza jednym dziwnym tropem nie mamy nic.

– Rozumiem, że opcja samobójstwa została z jakichś powodów wykluczona? – zapytał Tadeusz, sięgając po pilota. Włączył muzykę.

– Wiesz, słyszałem o samurajach, którzy potrafili rozpruć sobie brzuch podczas harakiri i jeszcze wypowiedzieć haiku, zanim padli, ale nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie wyrwać sobie wszystkie wnętrzności, rozwlec je po podłodze i na koniec oderwać głowę i położyć na środku pentagramu.

– Pentagramu?

– Czy jak to się tam nazywa.

– No, kręgi bywają różne…

– Tak, wiem – Piotr machnął ręką w stronę półki z książkami. – Ty też w tym siedzisz.

– Tylko teoretycznie – Tadeusz skrzywił się z niesmakiem. – Nie bawię się w rysowanie kręgów i przyzywanie demonów.

– Tak czy siak, masz o tym jakieś pojęcie. I dlatego dzisiaj rozmawiałem ze starym. Bonkiewicz zgodził się, żebyś po podpisaniu papierów dołączył do grupy dochodzeniowej.

– I sądzisz, że mogę się wam przydać?

Policjant z poważną miną pochylił się nad stolikiem.

– Tadek, powiem ci wprost. Siedzimy w dupie i nie wiemy, jak wyjść. Jeśli nic z tą sprawą nie zrobimy, przyjadą ważniaki z CBŚ. Taka procedura. A komendant powiedział, że to sprawa honoru, żeby swoje sprawy załatwiać na swoim podwórku. Poza tym, jak CBŚ, to zlecą się tu telewizory ze wszystkich stacji, będą węszyć i robić te swoje dziennikarskie dochodzenia. Wiesz, jaki się burdel zrobi?

– No wyobrażam sobie – fizyk wstał i ruszył do kuchni. Po chwili wrócił z dwiema zimnymi puszkami „Heinekena”. – To gdzie i kiedy mam podpisać te papiery?

– Jutro wpadnij przed trzecią do komendy. Załatwimy wszystko. I od razu zabiorę cię na miejsce.

Dopili poprzednie piwo i nalali sobie następną kolejkę. Za oknem zapadł już zmrok. Tadeusz sączył złoty napój, myślami krążąc wokół opowieści przyjaciela. Pracował już dla policji, ale tym razem miał wziąć udział w śledztwie. Spodobała mu się ta perspektywa. Wspomnienie przykrej rozmowy w kawiarni powoli bladło i zaczynało się rozpływać.


Formalności trwały kwadrans. Tadeusz przeczytał regulaminy i klauzulę tajności, wypełnił dwa formularze i podpisał kilka kartek. Otrzymał identyfikator pozwalający na poruszanie się po budynku policyjnym, uścisnął dłoń siwemu pracownikowi działu kadr i razem z Piotrem wyszli na parking na tyłach komendy. Komisarz wskazał ciemnozielonego opla.

Powoli, odczekując swoje w korkach na Wyszyńskiego, przejechali most na Brdzie i pomknęli Nizinami w kierunku Glinek. Kilka minut później zatrzymali się niedaleko zaniedbanej posesji, w bocznej uliczce od Cmentarnej. Policjant zamknął samochód i podszedł do furtki. Tadeusz rzucił okiem na nieodległy las i ruszył za kolegą.

Komisarz skinął głową dwóm funkcjonariuszom, siedzącym w zaparkowanym przy płocie polonezie. Potem wraz z fizykiem minęli parterowy murowany dom i przeszli przez zarośnięte, zagracone podwórko. Weszli do odrapanej, pomalowanej wapnem oficyny.

– Ale wali – skrzywił się Tadeusz.

– Waliło to dziesięć dni temu, jak leżał tu trup. Teraz to wspomnienie – Piotr otworzył na oścież jedyne okno.

Na drewnianej podłodze wymalowano składający się z trzech pierścieni krąg, zapełniony przeróżnymi symbolami i literami kilku alfabetów, głównie łaciny i greki. Pojawiały się też pojedyncze znaki alfabetu hebrajskiego. Białe linie zachlapane były ciemnymi już smugami zaschłej krwi.

– Musieliśmy sprzątnąć ciało do prosektorium, bo nie dało się pracować. Ale mamy pełną dokumentację fotograficzną, co gdzie leżało – Piotr spoglądał na kolegę.

– Jatka… – Tadeusz przyglądał się symbolom na podłodze. Potem skierował uwagę na kilka mebli. W kątach stały wielkie trójramienne kandelabry, pod jedną ze ścian regał z książkami i mnóstwem dziwacznych drobiazgów, obok niego pulpit z dużą książką w skórzanej okładce. Pod drugiej stronie pokoju stała prosta, zamykana na kłódkę drewniana skrzynia. Dokładnie naprzeciwko drzwi, na niewielkim stoliku, nakrytym fioletowym, haftowanym obrusem, stały małe świeczniki, dzwonek, dwie patery z głową kozła i pięcioramienną gwiazdą wpisaną w okrąg oraz kilka innych dziwnych przedmiotów.

– Wygląda jak scenografia do kiepskiego horroru. Może facet kręcił tu jakieś filmiki? – Tadeusz oderwał wzrok od wzorów na obrusie.

– Albo okultystyczne porno z nagimi panienkami na środku kręgu – komisarz wzruszył ramionami. – Każda teoria na razie jest dobra. Nawet ta najbzdurniejsza.

– Mogę przejrzeć te rzeczy? – zapytał fizyk. – Może w książkach coś będzie? Albo w tej skrzyni?

– Czekaj, przyniosę rękawiczki – Piotr wyszedł z oficyny. Tadeusz na chwilę został sam. Spoglądał na plamy zaschniętej krwi na podłodze i brunatne smugi na ścianach. Trudno mu było uwierzyć, że rzeczywiście miało tu miejsce morderstwo. Wszystko wyglądało tak… nierealnie. Właśnie jak z jakiegoś taniego filmu grozy.

Wrócił Piotr. Podał koledze dwie winylowe rękawiczki. Sam nałożył drugą parę.

– Sprawdziliśmy wszystko. Światło, ultrafiolet, nawet zakichane szkła powiększające, jak u Sherlocka. Spec od drewna powiedział jedynie, że te zadrapania na podłodze są świeże, sprzed kilku dni – wskazał na głębokie bruzdy, przecinające krąg w paru miejscach. – I jeszcze tutaj, na framudze, na wysokości głowy, znaleźliśmy jeden, długi włos.

– Długi włos? – Tadeusz przyjrzał się oznaczonej żółtą naklejką zadrze.

– Tak. Jeden cienki, siwy albo srebrny włos. Mamy go w laboratorium, nasi robią testy DNA. Powinny być na wczoraj, ale doktorek coś tam mamrotał, że muszą potwierdzić wyniki i tak dalej.

– Jaki kolor włosów miała ofiara?

– Myślałem o tym, że może to jego jakiś siwy, bo koleś był po czterdziestce i nosił długie kudły, jak na metala przystało. Czekamy na testy.

– Słuchał metalu?

– Tak. W domu ma całą kolekcję płyt najróżniejszych zespołów, głównie szwedzkich i norweskich. Tyle że to nic nam nie daje – Piotr wzruszył ramionami.

Tadeusz skinął głową. Rzucił okiem na książki leżące na półkach. Ofiara, kimkolwiek była, musiała mieć obsesję na punkcie magii, demonów i praktyk okultystycznych. Cała historia coraz bardziej go intrygowała. Sam interesował się podobnymi sprawami, zawsze jednak starał się konfrontować wszystko z twardymi regułami fizyki. Musiał niestety przyznać, że nie każda tajemnica dawała się rozwiązać za pomocą wiedzy naukowej. Kilka razy w swojej amatorskiej karierze badacza napotkał na rzeczy, których nie potrafił wyjaśnić. Tym bardziej go kusiły i pociągały swa tajemniczością.

– Chodźmy. Chciałbym zacząć od całej dokumentacji sprawy – zdjął rękawiczki i opuścił budynek.

– Czyli wracamy do firmy – Piotr zamknął starannie okno i drzwi i zapieczętował je na nowo. Potem zamienił kilka słów z policjantami pilnującymi posesji, zwrócił im klucze do oficyny i dołączył do czekającego koło opla Tadeusza.


Wieczór zastał obu mężczyzn w niewielkim pokoju na drugim piętrze komendy wojewódzkiej. Fizyk siedział przy biurku, czytając wszystkie notatki i oglądając zdjęcia. Komisarz ze znudzoną miną przeglądał na komputerze fragment po fragmencie film z wizji lokalnej.

Tadeusz czasem zadawał koledze pytania o szczegóły. Powoli wyłaniał mu się obraz historii. Samotny mężczyzna, rozwiedziony kilkanaście lat wcześniej, nie utrzymujący żadnych kontaktów z pełnoletnim synem, dom odziedziczył po zmarłych rodzicach. Wykształcenie średnie, bezrobotny dorabiający okazyjnie i nie zawsze legalnie. Nie sprawiał problemów sąsiadom, uchodził za dziwaka i samotnika. Brak problemów alkoholowych, w domu znaleziono niewielkie ilości marihuany i grzybków halucynogennych. Głęboka fascynacja okultyzmem, śmiercią, życiem pozagrobowym i demonami.

Fizyk westchnął, na chwilę odrywając się od lektury. Taka mieszanka rzeczywiście mogła skrzywić umysł.

– Herbaty? – usłyszał pytanie przyjaciela.

– Kawy? – odpowiedział pytaniem.

Piotr skinął głową i wyszedł z pokoju. Za oknem powiał gwałtowny wiatr, uderzając w szybę strugą deszczu. Tadeusz przesiadł się do komputera i puścił plik filmowy. Spokojny głos policjanta komentował wszystko, co rejestrowała kamera. Na dole ekranu migały cyferki zegara. Czasem w tle dało się słyszeć uwagi innych uczestników wizji.

„Kurwa, ale rozpierdol…”

„Kto go tak urządził?…”

„Panuj nad językiem, to się nagrywa…”

„Co to był za świr?”

Na zbliżeniach widać było zmasakrowane części ciała. Korpus leżał skręcony, z żebrami wystającymi z wielkiej, poszarpanej dziury. Wokół walały się trzewia. Przyduszony głos relacjonował każde znalezisko. Wizja kończyła się krótkim „Idę się wyrzygać”.

Wrócił Piotr, niosąc dwa kubki. Tadeusz otworzył śmietankę i wlał do kawy. Spojrzał na kolegę.

– Coś wspominałeś o tropach…

– W zasadzie o jednym. Ten włos. Rano mają być wyniki. Technik coś plątał się w zeznaniach, robili aż cztery testy porównawcze, ciekawe dlaczego.

– Zobaczymy jutro. Czyli poza tym włosem, nie macie żadnych, ale to żadnych śladów? Nikt z sąsiadów nic nie widział, nie słyszał?

– Tadek, pytaliśmy ludzi w okolicy. I albo nikt nic nie wie, albo nie chce wiedzieć. Problem w tym, że nie mamy z czym połączyć tej śmierci. Nie działa u nas żadna grupa satanistów, nikt nie morduje kotów na cmentarzach, ostatnio też nie słyszeliśmy o żadnych rytualnych mordach nieletnich dziewic.

– Poczekajmy do jutra na te wyniki. Rano muszę być na uczelni, mam zajęcia ze studentami przez cały dzień. Zadzwonię, jak będę wolny. Odbierzesz mnie z Fordonu? Dobrze byłoby przeszukać jego książki. Może ma jakieś notatki, albo co. Wiesz… potężni magowie przyzywający demony zwykle prowadzą dzienniki.

– Jasne. I mieszkają w wysokich wieżach albo na jedenastym piętrze wieżowca – Piotr zrobił głupią minę. – Ale pomysł z książkami nie jest głupi. Tylko że ekipa dochodzeniowa z miejskiej przejrzała już wszystko i nie znaleźli żadnych notatek, listów, nic. Informatyk sprawdził komputer denata, ale koleś regularnie kasował ze skrzynki wszystkie maile.

– Ja popytam w paru sklepach ezoterycznych, może któryś ze sprzedawców go znał.

– To wiesz co? Może ja to zrobię, to w końcu ja tu jestem gliną – Piotr odstawił herbatę na biurko. – Zapisz mi tylko adresy, to jutro obskoczę miasto.

Tadeusz skinął głową. Wziął czystą kartkę z drukarki i spisał cztery nazwy sklepów i księgarń, które przyszły mu na myśl.

– Zajrzyj też do antykwariatów. Nigdy nic nie wiadomo – podał kartkę koledze. – Ja spadam do domu, muszę się wyspać.


Czwartek był dniem dwóch wykładów i ćwiczeń. Tadeusz od dziewiątej rano opowiadał studentom najpierw o podstawach fizyki kwantowej, później z trzecim rokiem omawiał badania pozasłonecznych układów planetarnych. Po krótkiej przerwie spotkał się z następną grupą na ćwiczeniach z optyki. Wreszcie, o wpół do czwartej wyszedł przed wydział, zapinając kurtkę i zakładając kaptur. Jesienny deszcz lał od rana.

Piotr podjechał kwadrans później. Gdy fizyk wsiadł do samochodu, usłyszał:

– Mam coś. Pan Dobrcz, czyli nasz denat, znany był przynajmniej trzem sprzedawcom we wskazanych przez ciebie sklepach – policjant uruchomił silnik i powoli wyjechał z pustego parkingu. – A w zeszłym miesiącu w antykwariacie na Śniadeckich kupił starą książkę. I tutaj kolejna zagwozdka. Sprzedawca nie pamiętał, kto przyniósł mu ten starodruk do sklepu.

– Starodruk?

– Dziadek twierdzi, że książka mogła być wydana nawet w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Nie wiedział o niej, aż do chwili, gdy Dobrcz podał mu ją przy kasie.

– Wiesz, książka o niczym nie świadczy. Poza tym są antykwariusze i antykwariusze. Jeden zna na pamięć każdą pierdółkę w swoim sklepie, drugi ma burdel taki, że sprzeda własny płaszcz, nie wiedząc o tym.

– Jasne – przytaknął Piotr, włączając się w ruch na Fordońskiej. – Tyle że podobno ta książka pełna była obrazków z diabłami i była po francusku. To sprzedawca zapamiętał. Pojedziemy więc jeszcze raz na Glinki i poszukamy jej. Nawet jeśli nie ma nic wspólnego ze sprawą, o ile wiem, dziewiętnastowieczne druki podpadają pod ustawę o ochronie zabytków. Taka książka nie bierze się znikąd.

Zapikał służbowy telefon Piotra.

– Tadek, zobacz od kogo to. Od rana czekam na wyniki z laboratorium.

– Jeszcze ich nie dostałeś? – fizyk chwycił komórkę i otworzył wiadomość: „Czekam w firmie. Pilne. Lech”.

– O kuźwa – komisarz gwałtownie zmienił pas w prawo. – To od technika. Skoczymy Kamienną. Wyjmij koguta ze skrytki i na dach go.

Tadeusz spełnił polecenie. Otworzył szybę i umieścił migające światło na dachu opla. Piotr włączył sygnał i przyspieszył. Kierowcy zjeżdżali na bok, posłusznie robiąc miejsce dla uprzywilejowanego samochodu.

Kilka minut później zatrzymali się na podjeździe przed komendą. Prawie biegiem wpadli do budynku, machając dyżurnemu w okienku identyfikatorami. Technik czekał w holu na parterze. Mężczyźni podali sobie dłonie.

– Chodźcie do pracowni, tego nie da się wyjaśnić w dwóch słowach – grzecznie uczesany okularnik w białym fartuchu wskazał jeden z korytarzy. Wyglądał na wstrząśniętego. – I obawiam się, że będziemy musieli zawiadomić Warszawę.

– Czemu? – spytał idący przodem Piotr.

– Najkrócej. Wiecie, co to DNA. Ma je każde żyjące zwierzę, w tym i ludzie. W każdej komórce ciała. Włosy, paznokcie, krew. Używamy go do identyfikacji zwłok, ustalania ojcostwa i tak dalej – technik szedł za Tadeuszem, gestykulując. Doszli do zakrętu i zeszli schodami do piwnicy. – Testy tego włosa powtarzaliśmy cztery razy, bo wyniki były absurdalne za każdym razem. Pobieraliśmy próbki z całej długości, ale w żadnej z nich po prostu nie było DNA!

– Jak to nie było? – fizyk spojrzał przez ramię. – To jak powstał ten włos?

– Właśnie o to chodzi, że zgodnie z wiedzą współczesnej medycyny nie miał prawa powstać. Owszem, składa się z białek, dokładnie takich samych jak każdy normalny włos, ale nie ma w nim ani cząsteczki materiału genetycznego.

Zatrzymali się przez aluminiowymi drzwiami z zamkiem elektronicznym. Technik przejechał kartą przez czytnik i na panelu zaświeciła zielona dioda. Weszli do pomieszczenia, zastawionego stołami pełnymi mikroskopów, komputerów, mieszadeł, stojaków na probówki i książek z zakresu medycyny sądowej.

– Nie ma ani DNA, ani RNA, żadnego kodu genetycznego. Ani jednego pieprzonego nukleotydu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć – technik wziął z drukarki plik wydruków. – Tu macie wyniki. Powtórzyliśmy wszystko pięć razy. Maszyny są sprawne. Diagnostyka i testy standardowe wypadają w porządku. Moje włosy mają oba kwasy, Staszka i Beaty też. Nawet muchę zgarnęliśmy na wszelki wypadek, ale ona też miała swoje DNA. A ten włos…

– Inwazja obcych? – Tadeusz spojrzał na technika, uśmiechając się lekko.

– A żeby pan wiedział, panie Tadku. Takie wyjaśnienie ma swoją logikę. Albo to ewenement na skalę ziemską, albo… pozaziemską.

Piotr podszedł do wiszącego na ścianie telefonu. Podniósł słuchawkę i wystukał numer.

– Grażyna? Słuchaj, czy komendant jest jeszcze u siebie? Ja w sprawie Dobrcza. Pilne bardzo.

Odczekał chwilę, słuchając odpowiedzi sekretarki, i zwrócił się do pozostałych mężczyzn:

– Idziemy na górę.


Komendant Mariusz Bonkiewicz lata młodości miał już za sobą. Tylko dlatego pozostał tak długo w policji, że w latach dziewięćdziesiątych przeszedł pomyślnie weryfikację funkcjonariuszy MO. Był jednym z tych nielicznych oficerów, których wiedzę i doświadczenie oceniono wyżej niż oddanie dawnemu systemowi politycznemu. I choć ciągle jeszcze zdarzało mu się słyszeć od młodszych karierowiczów uwagi na temat starych zomowców, wzruszał ramionami, mówiąc zwykle, że na dwa lata przed emeryturą nie warto psuć sobie opinii sprawą dyscyplinarną za pobicie jakiegoś szczeniaka, który w osiemdziesiątym pierwszym bawił się plastikowym czołgiem w przedszkolu.

Bonkiewicz szerokim gestem zaprosił całą trójkę do swojego gabinetu, zaproponował kawę i usiadł za biurkiem.

– Co tam macie, komisarzu Kownacki?

– Jaja na skalę kosmiczną, panie komendancie – Piotr wręczył szefowi plik z wynikami laboratoryjnymi.

– Co wy mi tu… – stary policjant kartka po kartce przejrzał raport. Spojrzał na technika. – Leszek? Po ludzku proszę?

– Albo wszystkie maszyny się popsuły, albo czterech specjalistów popełniło gdzieś błąd, albo wyniki są prawdziwe i mamy coś, o czym świat nie słyszał, panie komendancie – technik nerwowo przeczesał palcami grzywkę.

– Czyli?

– Eksperyment genetyczny Rosjan? Amerykanów? Japończyków? Ślady po kosmicie? Taki włos nie ma prawa istnieć.

– A jednak istnieje – Bonkiewicz odłożył papiery na biurko. – Co poza tym w sprawie?

Odezwał się Piotr.

– Sprawdzamy kontakty i znajomości denata. Bywał w sklepach z newage’owymi pierdołami i w antykwariatach. Ostatnio kupił jakąś starą książkę. Chcemy z Tadeuszem sprawdzić, czy nie ma jej w domu. To może wyjaśnić morderstwo.

– Jak?

– To tylko robocza teoria, szefie, ale może ktoś dokonał napadu rabunkowego, zabrał starodruk i pochlastał ofiarę, żeby zatrzeć ślady?

– Ale tam nie było żadnych śladów, prawda? – komendant spojrzał z ukosa na komisarza. Przynajmniej nic takiego nie znaleźliście.

– No nie było, to fakt. Ale ma pan lepsze wytłumaczenie?

– Nie. I dlatego przykro mi bardzo, ale muszę powiadomić Warszawę. Zwłaszcza jeśli te wyniki – Bonkiewicz machnął ręką w stronę analiz laboratoryjnych – są takie sensacyjne.

– Szefie, musimy?

– Piotr, ja rozumiem. Sam mówiłem, że nasze sprawy załatwiamy naszymi siłami, ale w tym wypadku chyba sam przyznasz, że to nas nieco przerasta? Im szybciej znajdziemy jakieś rzetelne tropy, tym lepiej. A w tym może pomóc nam centrala – komendant chwycił słuchawkę.

– Ale może poczekajmy do poniedziałku? Jutro zaczyna się weekend, przynajmniej sprawdzimy z Tadkiem tę książkę…

Bonkiewicz zawahał się chwilę. Odłożył słuchawkę.

– Do poniedziałku. Niezależnie, co znajdziecie, o dwunastej dzwonię do Warszawy.

Deszcz padał nieustannie, zalewając miasto strugami wody. Samochody, jeden za drugim, wlokły się przez zatłoczone ulice. Poprzez mokrą szybę Tadeusz spoglądał zamyślony na rozmyte czerwone światła srebrnego forda przed nimi. Jechali przez most Bernardyński, kierując się w stronę Glinek. Minęli rondo i Piotr dodał gazu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 36.3