Wstęp — Dla tych, którzy czekają na świt
Nie wiem, w którym momencie zaczyna się odrodzenie. Nie wtedy, gdy kończy się leczenie, i nie wtedy, gdy ktoś mówi „jest pani zdrowa”.
Myślę, że odrodzenie zaczyna się cicho — w chwili, gdy znowu chce się żyć, nie z obowiązku, ale z pragnienia. Gdy rano wstajesz i czujesz zapach kawy, i pierwszy raz od dawna nie myślisz o strachu.
Ta ksiązka jest właśnie o tym.
O ciszy po walce.
O świetle, które wraca, choć inne — łagodniejsze, mądrzejsze, prawdziwsze.
Kiedyś napisałam historie o mnie i o raku. O tym jak choroba potrafi rozebrać człowieka do samej duszy. Dziś piszę o tym, co przyszło potem — o tym, że z popiołów może wyrosnąć coś delikatnego i mocnego zarazem.
Bo dziś mam dwóch synów — Leona i Lucjana.
Dwóch chłopców, którzy przyszli na świat w ciele, które kiedyś miało się skończyć. Dwa dowody, że życie potrafi być uparte, czułe i mądrzejsze od statystyk.
Piszę tę książkę dla nich — żeby kiedyś wiedzieli, że ich mama nie przestała wierzyć. I dla wszystkich kobiet, które dziś siedzą na szpitalnych korytarzach, z oczami pełnymi pytań. Dla tych, które myślą, że już nic pięknego ich nie czeka.
Chcę im powiedzieć jedno :
Światło wraca.
Nie takie samo, jak dawniej, ale prawdziwsze. I kiedy przyjdzie, już nigdy nie gaśnie — bo mieszka w nas.
Dla Leona i Lucjana — dwóch świateł, które przyszły by przypomnieć mi, że życie potrafi się odradzać.
Dla mojego męża- mojego oparcia, który trzymał świat, gdy ja traciłam grunt.
Rozdział I — Tam gdzie kończy się lęk
Nie pamiętam dokładnie, kiedy przestałam się bać. Może to nie był jeden moment, tylko wiele drobnych chwil, które powoli wypierały strach z mojego ciała. Najpierw przestałam się budzić w nocy z uczuciem, że coś jeszcze może wrócić.
Potem zaczęłam pić herbatę nie po to, żeby się uspokoić, ale po prostu- bo lubię, jak paruje nad filiżanką.
Lęk nie odchodzi nagle.
Rozpuszcza się jak śnieg w marcu — cicho — kropla po kropli.
Zostawia po sobie błoto i światło, które nieśmiało wlewa się przez okno.
Czasami myślałam, że nie będę potrafiła żyć normalnie. Że zawsze coś będzie mi przypominać tamten czas — zapach spirytusu, cisza szpitalnych korytarzy, słowo „wynik”.
A potem zobaczyłam, że życie nie wraca do tego, co było.
Ono tworzy się od nowa, powoli, jak pąk, który nie wie jeszcze, że za chwilę stanie się kwiatem.
Pamiętam pierwszy spacer po wszystkim.
Szłam wolno, jakbym uczyła się stawiać kroki w świecie, który znów był mój.
Powietrze pachniało deszczem i czymś, czego dawno nie czułam — spokojem.
Wtedy zrozumiałam, że ciało, które przeszło przez tyle bólu, potrafi być domem dla nadziei.
Nie czułam już potrzeby walczyć.
Walka, to słowo które zostaje z nami po chorobie jak echo.
Ale ja nie chciałam już walczyć — chciałam żyć.
Zwyczajnie, z całą kruchością i miękkością, na jaką było mnie stać.
Czasem jeszcze wracaja obrazy — ręce pielęgniarek, chłód metalu, ciężar słowa „leczenie”.
Ale teraz potrafię na nie patrzeć bez lęku.
To nie są już blizny, tylko mapa miejsc, które nauczyły mnie odwagi.
Bo tam, gdzie kończy się lęk, zaczyna się światło.
Nie to jasne i oczywiste, tylko to, które świeci w środku, nawet gdy nikt tego nie widzi.
I właśnie tam, w tym cichym świetle, zaczęłam wracać do siebie.
I w końcu był taki dzień, kiedy nic nie musiałam udawać.
Nie silną, nie dzielną, nie gotową.
Po prostu byłam — naga z duszy, cicha jakby we mnie samej coś się zatrzymało.
I właśnie w tej ciszy przyszło coś co nie umiem opisać słowami.
Nie widziałam światła, ale je czułam.
Nie słyszałam głosu, ale wiedziałam, że ktoś mówi: „jeszcze nie skończyłaś”.
Nie w sensie życia, ale w sensie misji.
Jakby Bóg dotknął mojego ramienia i przypomniał: „To dopiero początek. Teraz będziesz żyła dla innych „.
Całkowicie przestałam pytać „dlaczego ja”. Zaczęłam pytać „po co”.
I wtedy odpowiedzi przyszły same — w drobnych znakach, w ludziach, w spojrzeniach, w tym, że ktoś napisał „Twoja historia dała mi siłę”.
Nie potrzebowałam cudów.
Sam fakt, że mogłam wstać rano i oddychać, był dla mnie wystarczającym cudem.
Wiedziałam, że skoro przeszłam przez ogień, to już nic nie jest przypadkiem.
Tamten moment, kiedy oddałam Bogu całe życie, nie był gestem rozpaczy.
Był powierzeniem.
Jak dziecko, które kładzie swoje dłonie w większych dłoniach i mówi: „Prowadź”.
Od tej pory każdy dzień był jak modlitwa — czasem cicha, czasem z westchnieniem, czasem z uśmiechem w łzach.
Zaczęłam widzieć sens w najmniejszych rzeczach. Każdy z tych gestów był podziękowaniem.
I wtedy właśnie pośród zwykłych dni, zaczęłam czuć, że coś się budzi.
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że będzie to nowe życie — prawdziwe, maleńkie, bijące serce we mnie.
Ale czułam, że Bóg ma dla mnie plan.
Że moja historia nie kończy się na słowie rak.
Tam gdzie kończy się lęk, zaczyna się przestrzeń.
A w tej przestrzeni można usłyszeć, jak w sercu szeptem dojrzewa obietnica.
Rozdział II — Światło w brzuchu
To przyszło spokojnie. Bez fanfar, bez zewnętrznego znaku, tylko z cichym przeczuciem, że we mnie coś się zmienia.
Najpierw pomyślałam, że to niemożliwe.
Przecieć moje ciało miało już inne zadanie — przetrwać.
Ale ono, jaby wbrew wszystkiemu, zdecydowało się znów tworzyć.
Pamiętam dzień, w którym zobaczyłam ten wynik.
Biała kartka, kilka liter, liczb, które w innym czasie nic by nie znaczyły.
Ale wtedy — znaczyły wszystko.
Nie uwierzyłam od razu.
Usiadłam.
Zaczęłam płakać — nie z radości jeszcze nie.
Z niedowierzania.
Bo to był cud większy, niż odwaga, żeby go od razu przyjąć.