Rozdział 1. Trzydzieści wagonów
Reflektory nad nalewnią zapalały się sekcjami. Najpierw dwa nad wagą, potem cztery nad placem i ostatnie przy rampie. O drugiej trzydzieści baza wyglądała jaśniej niż za dnia. Beton odbijał ostre światło, stalowe poręcze połyskiwały po nocnym deszczu, a na torze szerokim stał skład cystern z Białorusi. Trzydzieści wagonów. Prawie tysiąc osiemset ton produktu, który przez najbliższą dobę miał przejść przez zbiorniki, papiery i cudze samochody.
Konrad stał przy oknie dyspozytorni z kubkiem kawy. Na placu ruszył MAN TGA z białą cysterną. Przejechał kilka metrów i zatrzymał się przed wagą.
— Czemu stoi? — zapytał.
Dyspozytor odsunął słuchawkę od ucha.
— Portiernia go cofnęła. Kierowca z Trans-Baltu.
— Za co?
— Brakuje mu wyposażenia ADR. Twierdzi, że wczoraj jeździł z tym samym zestawem i wszędzie go wpuszczali.
Konrad odstawił kubek.
— U nas dzisiaj nie pojedzie. Następny samochód.
Dyspozytor przekazał polecenie. MAN skręcił pod ogrodzenie, a na wagę wtoczył się granatowy Actros. Kierowca wysiadł w roboczym kombinezonie, otworzył boczną skrzynkę i pokazał ochroniarzowi wyposażenie. Dopiero wtedy dostał zgodę na przejazd.
Paweł wszedł do dyspozytorni bez pukania. Miał rozpiętą kurtkę, włosy mokre od mżawki i plik papierów pod pachą.
— Jeden już obrażony — powiedział. — Za godzinę będziemy mieli kolejkę do drogi wojewódzkiej.
— Niech się obraża poza bramą.
— Potrzebujemy wszystkich samochodów, jakie przyjadą.
Konrad spojrzał na tor. Wagony kończyły się daleko za światłami przepompowni.
— Potrzebujemy sprawnych samochodów i kierowców, którzy potrafią wjechać na bazę. To różnica.
Paweł rzucił papiery na biurko.
— Dwadzieścia sześć zestawów obcych, dziewięć naszych. Jak zrobią po dwa obroty, wyczyścimy pierwszą partię jutro wieczorem.
— Jeśli odbiorcy będą przyjmować całą dobę.
— Będą. Przy tej cenie mogą odbierać o trzeciej nad ranem.
Na zewnątrz pompa zaczęła pracować. Niski dźwięk przeszedł przez ścianę dyspozytorni. Jeden z pracowników wszedł na pomost przy stanowisku nalewczym, drugi sprawdził podłączenie i uziemienie zestawu. Po chwili ramię nalewcze znalazło się nad pierwszą komorą cysterny.
Konrad otworzył segregator leżący obok komputera. List przewozowy, specyfikacja, numery wagonów, masa deklarowana przez dostawcę. Białoruski dostawca wysłał dokumenty dzień wcześniej. Bank Handlu Północnego miał zwolnić płatność po przedstawieniu kompletu dokumentów określonych w akredytywie.
— Z banku dzwonili? — zapytał.
— O dwudziestej trzeciej. Brakuje jednego potwierdzenia od dostawcy z Białorusi. Ma przyjść rano.
— Do tego czasu żadnych zmian w akredytywie.
Paweł skrzywił się.
— Oni chcą korekty nazwy produktu. Jedno słowo.
— Jedno słowo kosztuje nas przy sporze więcej niż cały ten skład. Niech przysyłają dokument zgodny z kontraktem.
Paweł usiadł na brzegu biurka. Z kieszeni wyjął papierosy, spojrzał na znak zakazu na drzwiach i wsunął paczkę z powrotem.
— Czasem zachowujesz się, jakbyś prowadził bank.
— Bank zabiera nasze pieniądze. Wolę, żeby robił to zgodnie z papierem.
— Piękne motto na ścianę.
— Zamów ramkę.
Obaj popatrzyli na wagę. Actros zjechał ze stanowiska, a na ekranie pojawiła się masa zestawu. Dyspozytor przepisał wynik do systemu, wydrukował kwit i położył go na stosie.
— Tara czternaście osiemset sześćdziesiąt — powiedział. — Po nalewie wróci na drugie ważenie.
Paweł skinął głową.
— Jutro będziesz miał papierów po sufit.
— Papier ma jedną zaletę. Pamięta lepiej od ludzi.
Drzwi otworzyły się ponownie i weszła Agata z laboratorium. Miała na sobie granatową kurtkę roboczą, okulary ochronne trzymała na czapce. W ręku niosła przezroczystą butelkę z próbką.
— Mam pierwsze wyniki z wagonów od siedemnastki do dwudziestki drugiej — powiedziała.
Paweł wyciągnął rękę po kartkę.
Agata podała ją Konradowi.
— Co jest? — zapytał.
— Gęstość trzyma się specyfikacji. Temperatura próbki jedenaście i sześć. Siarka wysoko, zgodnie z tym, co zamawialiście. Lepkość też w zakresie. Tylko sześć wagonów z drugiego dokumentu wygląda inaczej.
— Jak inaczej?
— Przysłali je jako benzynę dziewięćdziesiąt pięć. Próbka tego nie potwierdza.
Paweł wziął kartkę z ręki Konrada.
— Ile wyszło?
— Regularna. Około dziewięćdziesięciu jeden.
Przez chwilę słychać było jedynie pompę i głos ochroniarza z radiotelefonu.
— Wszystkie sześć? — zapytał Paweł.
— Dwie próbki powtórzyłam. Z pozostałymi zrobię to samo. Wynik raczej się utrzyma.
Konrad zamknął segregator.
— Odstawić te wagony. Bez rozładunku.
Paweł uniósł wzrok.
— To czterysta ton towaru.
— Towaru innego niż na dokumentach.
— Z dostawcą będziemy to prostować trzy tygodnie.
— To ich trzy tygodnie.
Agata zerknęła na obu.
— Mam wpisać blokadę laboratoryjną?
— Tak — powiedział Konrad.
Paweł odczekał, aż drzwi zamknęły się za laborantką.
— Czterysta ton, Konrad.
— Słyszałem.
— Wiesz, ile kosztuje przestój wagonów?
— Wiem też, ile kosztuje partia z papierem na inny produkt.
Paweł podszedł do okna. Na plac wjechało Iveco Stralis w barwach przewoźnika spod Olsztyna. Za nim czekały jeszcze dwa zestawy. Kierowcy zostawiali światła pozycyjne, więc przed bramą powstał czerwony sznur lamp.
— Możemy to zagospodarować — powiedział Paweł.
Konrad odwrócił głowę.
— Jak?
— Spokojnie. Najpierw pogadam z technologiem.
— Najpierw zatrzymujesz sześć wagonów. Potem rozmawiasz.
Paweł zacisnął usta. Spór urwał dzwonek telefonu na biurku.
Dyspozytor odebrał, wysłuchał dwóch zdań i podał słuchawkę Konradowi.
— Portiernia.
Konrad przyłożył ją do ucha.
— Słucham.
— Szefie, ten MAN dalej stoi za bramą. Kierowca znalazł komplet u kolegi. Chce wrócić do kolejki.
— Sprawdź go od początku i wpuść, jeśli wszystko się zgadza.
— Jest jeszcze jedna rzecz.
Konrad popatrzył przez szybę na ogrodzenie.
— Mów.
— Po drugiej stronie drogi stoi ciemne Volvo. Drugi raz tej nocy. Wcześniej było koło pierwszej.
— Z tej odległości widzę końcówkę numeru. Siedem, cztery, K. Reszta pod błotem albo zasłonięta — powiedział ochroniarz.
— Zapisz godzinę. Przy obchodzie zróbcie zdjęcie od strony bazy.
Konrad odłożył słuchawkę i powiedział Pawłowi o samochodzie. Paweł rzucił dwa możliwe wyjaśnienia, policję i celników. Konrad spojrzał przez szybę na drogę.
— Za godzinę zobaczymy, czy dalej będzie stał.
Telefon w kieszeni Pawła zawibrował. Spojrzał na ekran i odrzucił połączenie.
— Marta? — zapytał Konrad.
— Tak. Obiecałem, że wrócę przed północą.
— Jest druga trzydzieści osiem.
— Odbiorę, kiedy stąd wyjdę.
— Jesteś jej mężem. Sam jej to wyjaśnisz.
Paweł uśmiechnął się, zabrał papiery i ruszył do drzwi. Chciał sprawdzić wolne miejsce w B-czwórce i B-piątce oraz porozmawiać z technologiem. Konrad zatrzymał go przed wyjściem.
— Sześć wagonów z benzyną zostaje na torze. Bez ruchów poza dokumentacją.
Paweł popatrzył na kartkę z laboratorium.
— Najpierw rozmowa z technologiem.
Wyszedł.
Konrad wrócił do okna. Na wadze stała pierwsza załadowana cysterna, a wynik ustabilizował się na wyświetlaczu. Dyspozytor wpisał brutto, system odjął tarę i wydrukował masę netto produktu. Kierowca zabrał kwit i zjechał w stronę bramy.
W takich nocach firma wyglądała jak dobrze ustawiona maszyna. Pociąg przywoził towar ze Wschodu, pompy przesuwały go do zbiorników, a autocysterny rozwoziły dalej do odbiorców. Bank oglądał dokumenty, księgowość pilnowała faktur, laboratorium liczb. Każdy fragment miał osobnego człowieka i osobny podpis.
Jeszcze trzy lata wcześniej nie mieli własnej bazy, bocznicy ani ludzi pracujących nocami. Mieli biuro, dwa telefony i kontakt, który Paweł przywiózł z pierwszego wyjazdu na Białoruś. Dopiero później zrozumieli, że w tym kontakcie nie chodziło o jedną dostawę, lecz o produkt, którego rynek w Polsce potrzebował znacznie bardziej, niż wskazywała jego nazwa w dokumentach handlowych.
Formalnie kupowali ciężki olej opałowy. Parametry niektórych partii sprawiały jednak, że odbiorcy z rynku paliwowego patrzyli na ten towar inaczej. Konrad nie lubił słowa „luka”, bo brzmiało jak coś znalezionego przypadkiem między paragrafami. Dla niego była to przede wszystkim różnica między tym, co potrafił dostarczyć Wschód, a tym, za co polski rynek gotów był zapłacić natychmiast.
Pierwsza partia była niewielka. Drugą kupili już na kredyt. Przy trzeciej bank przestał traktować ich jak dwóch ludzi z pomysłem i zaczął traktować jak przedsiębiorstwo, które potrafi obracać milionami. Potem przyszły składy po kilkadziesiąt wagonów, dzierżawa terminalu i telefony od odbiorców, którzy nie pytali, czy towar będzie potrzebny, tylko kiedy będzie następny.
Paweł lubił liczyć marżę na całym pociągu. Konrad wolał liczyć, ile mogą stracić, jeśli jeden dokument, jedna analiza albo jedna płatność nie zgodzi się z kontraktem. Obaj wiedzieli jednak to samo: trafili na kilka lat, których drugi raz może nie być.
Taki zysk nie pozostawał anonimowy. W branży ludzie szybciej poznawali cudze obroty niż cudze nazwiska. Każdy transport zostawiał kierowców, bank, kolej, laboratorium, agentów i odbiorców. Firma rosła, a wraz z nią liczba osób, które potrafiły policzyć, ile pieniędzy przejeżdża przez ich bocznicę w jedną noc.
Konrad lubił ten porządek. Porządek dawał się sprawdzić.
Komórka zadzwoniła kilka minut później. Numer znał.
— Sroka.
— Konrad? Obudziłem?
— Jestem na bazie.
— Tym lepiej. Mam człowieka, który chce z tobą i Pawłem usiąść.
— Handlowiec?
— Dawniej siedział wysoko w gospodarczym. Bardzo wysoko. Teraz doradza kilku firmom.
Konrad spojrzał na ciemne Volvo po drugiej stronie drogi. Samochód stał w tym samym miejscu, silnik miał zgaszony.
— Nazwisko.
— Roman Karski.
Konrad zapisał je na odwrocie kwitu wagowego.
— Czego chce?
— Twierdzi, że rynek paliw za kilka miesięcy będzie wyglądał inaczej. Ma dla was propozycję.
— Jaką?
Sroka zawahał się na tyle długo, że Konrad odsunął telefon od ucha i sprawdził zasięg.
— Woli powiedzieć osobiście. Uważa, że może wam oszczędzić kłopotów.
— Mamy prawnika od kłopotów.
— Ten człowiek rozwiązuje inny rodzaj problemów.
Na torze szczęknęły sprzęgi. Obsługa przestawiała pierwsze wagony do rozładunku. Paweł szedł w stronę przepompowni razem z technologiem. Kartkę z laboratorium trzymał złożoną w kieszeni kurtki.
— Kiedy? — zapytał Konrad.
— Jutro wieczorem. Restauracja przy szosie na Elbląg. Osobny gabinet.
— Przyślij godzinę.
— Konrad, jeszcze jedno.
— Słucham.
— On zna wasz obrót z ostatnich trzech miesięcy.
Konrad przestał patrzeć na pociąg. W szybie odbijała się dyspozytornia, białe lampy i jego własna twarz.
— Skąd?
— O to możesz go jutro zapytać.
Połączenie się skończyło.
Konrad odłożył telefon obok kwitu wagowego, pod nazwiskiem Karskiego dopisał godzinę rozmowy i podszedł do dyspozytora.
— Wyciągnij mi listę wszystkich wejść do biura z ostatnich dwóch tygodni. Goście, serwis, kierowcy, kurierzy. Osobno godziny poza pracą administracji.
— Na rano?
— Na szóstą.
Dyspozytor skinął głową.
Za ogrodzeniem zapaliły się światła Volvo. Samochód ruszył powoli w stronę Braniewa.
Konrad patrzył za nim do chwili, gdy tylne lampy zniknęły za zakrętem. Potem wrócił do dokumentów składu z Białorusi. Do świtu zostało kilka godzin, a na torze czekało trzydzieści wagonów.
Rozdział 2. Lista wejść
O szóstej dziesięć na placu zrobiło się szaro. Reflektory nadal świeciły, ale ich światło bladło na mokrym betonie. Pierwsza zmiana schodziła z nalewni. Kierowcy stali przy automacie z kawą, kilku czekało na dokumenty przy okienku dyspozytorni. Na szerokim torze zostało mniej wagonów, sześć odsuniętych z boku wciąż miało założoną blokadę laboratoryjną.
Konrad siedział przy biurku ochrony i przeglądał wydruk wejść do części administracyjnej. Były tam nazwiska serwisantów, kurierów, kierowców i dwóch przedstawicieli banku. Przy kilku pozycjach dopisano numery dokumentów. Jedna linia zatrzymała go dłużej.
Ewa Milewska. Wejście w sobotę o dwudziestej pierwszej czterdzieści siedem, wyjście o dwudziestej drugiej trzydzieści dziewięć.
Księgowość pracowała od poniedziałku do piątku.
— Była tu w sobotę? — zapytał ochroniarza.
Mężczyzna przysunął wydruk.
— Powiedziała, że zamknięcie miesiąca. Miała kartę dostępu.
— Sama?
— Sama weszła. Przy wyjściu pod bramą czekał samochód.
— Jaki?
Ochroniarz otworzył zeszyt.
— Audi A6. Ciemne. Numeru brak.
Konrad zaznaczył godzinę długopisem.
— Monitoring z soboty.
— Zrzucę.
Telefon zadzwonił, zanim zdążył wstać. Paweł.
— Gdzie jesteś?
— Przy ochronie.
— Przyjdź do laboratorium.
Agata czekała przy stole z wynikami. Obok niej stał technolog, Roman Bielski, mężczyzna po pięćdziesiątce, który potrafił po zapachu próbki odróżnić benzynę od rozpuszczalnika, a po kolorze osadu zgadywał, z której strony granicy przyjechała partia.
Paweł oparł dłonie o blat.
— Powtórzyli wszystko.
Bielski przesunął kartkę w stronę Konrada.
— Dokumentacja dostawy się nie zgadza. Produkt jest handlowy, ale pod inną specyfikacją. Sześć wagonów trzeba rozliczyć osobno.
— Zwrot do dostawcy — powiedział Konrad.
Paweł odsunął krzesło.
— Dostawca od rana twierdzi, że przyjmą reklamację, ale transport, postój i powrót idą na nas, dopóki nie uznają winy.
— To się rozliczy.
— Za miesiąc albo za trzy.
Bielski patrzył na obu.
— Mogę zamknąć próbki i protokół. Reszta jest decyzją zarządu.
Konrad podpisał blokadę.
— Zamknij.
Paweł wyszedł pierwszy.
Na parkingu stał przy swoim Mercedesie i palił. Konrad podszedł bez pośpiechu.
— Masz jakiś pomysł, którego jeszcze mi nie powiedziałeś?
Paweł wypuścił dym.
— Mam odbiorcę, który bierze różne komponenty przemysłowe. Towar można sprzedać zgodnie z tym, czym jest po badaniu. Stracimy mniej.
— Z nowymi papierami.
— Oczywiście.
Konrad obserwował samochód.
— Każda zmiana przechodzi przez Radeckiego.
— Jasne.
— I przez laboratorium.
Paweł zgasił papierosa o metalowy pojemnik.
— Wiem.
Konrad ruszył do samochodu.
— O dziewiętnastej jedziesz ze mną do Karskiego.
— Sroka przysłał adres?
— Przysłał.
— Może wreszcie dowiemy się, kto siedział w Volvo.
Konrad otworzył drzwi.
— Najpierw dowiemy się, skąd Karski zna nasze obroty.
Paweł został na parkingu. Kiedy Mercedes Konrada zniknął za bramą, wrócił do budynku. Bielski wychodził z laboratorium z teczką pod pachą.
— Roman.
Technolog zatrzymał się.
— Ten odbiorca od komponentów. Sprawdź, czy przyjmie całą szóstkę po aktualnych parametrach.
— Z dokumentami z laboratorium?
Paweł spojrzał w stronę portierni.
— Przygotuj mi wariant. Resztę załatwię.
Bielski poprawił teczkę pod pachą.
— Wariant mogę przygotować. Podpiszesz go sam.
— Od tego jestem.
O ósmej księgowość zaczęła pracę. Ewa Milewska przyszła pięć minut przed czasem, zdjęła płaszcz, włączyła komputer i położyła torebkę pod biurkiem. W sekretariacie czekała już sterta dokumentów z nocnej dostawy.
Pierwszy kwit wagowy wzięła do ręki bez zainteresowania, podobnie drugi. Przy trzecim zatrzymała wzrok na numerze partii i sięgnęła po segregator z dokumentami rosyjskiego składu.
Sześć wagonów miało dopisek laboratorium. Ewa zamknęła segregator, kiedy do pokoju weszła koleżanka.
— Kawa?
— Za chwilę.
Telefon w jej torebce zawibrował. Ewa wyjęła go dopiero w toalecie.
Na ekranie widniała krótka wiadomość.
„Było coś ciekawego?”
Skasowała ją i schowała telefon.
Rozdział 3. Propozycja
Restauracja stała przy szosie prowadzącej na Elbląg. Parterowy budynek z czerwonym dachem wyglądał jak miejsce na wesela, komunie i obiady kierowców. Sroka wybrał gabinet na końcu korytarza.
Roman Karski siedział już przy stole.
Miał około sześćdziesięciu lat, siwe włosy zaczesane do tyłu i ciemny garnitur. Przed nim stała filiżanka espresso. Żadnej teczki, telefonu ani papierów.
Sroka podniósł się.
— Panowie się znają z nazwisk. Resztę zostawię wam.
— Zostań — powiedział Karski.
Sroka usiadł ponownie, a Konrad zajął miejsce naprzeciwko, obok Pawła. Kelnerka zamknęła drzwi po podaniu kawy. Karski spojrzał na Konrada.
— Dobra noc?
— Pracowita.
— Trzydzieści wagonów potrafi zepsuć sen.
Paweł przestał mieszać kawę. Konrad oparł przedramiona o stół.
— Sroka mówił, że ma pan propozycję.
Karski uśmiechnął się lekko.
— Lubi pan od razu przechodzić do ceny?
— Do sprawy.
— Jeszcze lepiej.
Karski wyjął z kieszeni marynarki okulary, położył je obok filiżanki.
— Rynek paliw czeka porządkowanie. Ministerstwo chce wyników. Urzędy skarbowe chcą wyników. Prokuratorzy też. Za dużo firm urosło zbyt szybko.
— I pan pomaga im wybierać? — zapytał Paweł.
— Pomagam przedsiębiorcom rozumieć pogodę.
Konrad spojrzał na Srokę. Ten zajmował się cukiernicą.
Karski mówił dalej.
— W ciągu trzech miesięcy sprowadziliście ponad jedenaście tysięcy ton produktów ze Wschodu. Największa marża idzie przez jedną grupę towarową. Macie czterech dużych odbiorców i kilkunastu mniejszych. Dwóch dużych płaci z opóźnieniem. Jeden ma kontrolę skarbową.
Paweł odstawił łyżeczkę.
— To dane objęte tajemnicą handlową.
— Tajemnica to kwestia liczby osób, które ją znają.
Konrad nie zmienił pozycji.
— Ile?
Karski popatrzył na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
— Pan jednak lubi cenę.
— Szkoda wieczoru.
— Dwieście tysięcy miesięcznie. Do tego uzgodnimy udział przy części importu.
Sroka spojrzał na stół.
Paweł odezwał się pierwszy.
— Za co?
— Za ciszę.
— Czyją?
Karski sięgnął po filiżankę.
— Wszystkich, którzy mogą narobić hałasu.
Konrad przesunął kawę na bok.
— Urzędu skarbowego?
— Bywa głośny.
— Prokuratury?
— Jeszcze głośniejsza.
— Mediów?
— Najtańsze ze wszystkich.
— A policji?
Karski napił się espresso.
— Policja lubi dokumenty. Pańska firma produkuje ich bardzo dużo.
Paweł poruszył się na krześle. Konrad patrzył Karskiemu w oczy.
— Mamy księgowość, laboratorium i kancelarię.
— Macie również partię, przy której dokument handlowy rozmija się z wynikiem badania.
Przez sekundę Paweł wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Konrad uprzedził go ruchem dłoni.
— Dostawa przyszła ostatniej nocy.
— Rynek jest szybki.
— Za szybki.
Karski uśmiechnął się.
— I dlatego warto mieć przyjaciół.
Konrad wstał.
— Sroka, następnym razem, kiedy ktoś będzie chciał kupić kawałek mojej firmy, podaj mu numer do sekretariatu. Dostanie cennik.
Karski został na miejscu.
— Panie Konradzie, społeczeństwo źle znosi ludzi, którym idzie za dobrze. Politycy jeszcze gorzej. Za kilka miesięcy może pan zatęsknić za tą rozmową.
Konrad założył kurtkę.
— Wtedy zadzwonię.
Paweł podniósł się wolniej. Na parkingu dogonił Konrada przy samochodzie.
— Dwieście miesięcznie to mniej niż jedna dobra dostawa.
Konrad otworzył auto pilotem.
— Potem będzie trzysta.
— Możliwe.
— Potem pięćset. Potem wspólnik w firmie. Potem firma.
Paweł wsunął ręce do kieszeni.
— Jeżeli naprawdę ma dojścia, możemy kupić czas.
— Czas kupuje się od banku. Od takich ludzi kupuje się właściciela.
— Ładnie brzmi.
— Ma być skuteczne.
Paweł przeszedł na swoją stronę samochodu.
— I co teraz?
— Radecki dostanie rano pełną dokumentację. Ty sprawdzisz, kto wiedział o sześciu wagonach. Ja sprawdzę Karskiego.
— Przez kogo?
— Mam człowieka.
Ruszyli w stronę Braniewa. Kilkaset metrów za nimi z parkingu wyjechało ciemne Volvo.
Mecenas Wiktor Radecki czytał wolno. Każdą stronę kładł po lewej stronie biurka, równając jej krawędź z poprzednią.
Konrad siedział naprzeciwko.
— Karski podał dane z trzech miesięcy?
— Tak.
— Odbiorców?
— Tak.
— I wiedział o dostawie z poprzedniej nocy?
— O sześciu wagonach.
Radecki zdjął okulary.
— To ostatnie jest ważniejsze od obrotu.
— Też tak uważam.
— Obrót można wyciągnąć z kilku miejsc. Bank, kontrahenci, urząd, transport. Wynik laboratorium miał bardzo krótką drogę.
Konrad podał mu wydruk wejść do biura.
— Księgowa była w sobotę wieczorem. Sama.
Radecki przeczytał nazwisko.
— Ewa Milewska?
— Pracuje u nas cztery lata.
— Długi?
— Sprawdzę.
— Kochanek?
Konrad uniósł brwi.
— Też mam sprawdzić?
— Ludzie rzadko sprzedają dokumenty z powodów filozoficznych.
Konrad zabrał wydruk.
— Paweł chce zagospodarować sześć wagonów.
Radecki spojrzał na niego znad okularów.
— Legalnie?
— Tak powiedział.
— To zdanie kosztowało już wielu ludzi firmę.
Konrad sięgnął po filiżankę.
— Zablokowałem rozładunek.
— Dopilnuj, żeby blokada została w papierach. Jeżeli ktoś grzebie wam w firmie, pierwszą rzeczą, której będzie szukał, jest różnica między tym, co przyjechało, tym, co zapisaliście, i tym, co sprzedaliście.
Telefon Radeckiego zadzwonił. Prawnik spojrzał na numer i odrzucił połączenie.
— Karski?
— Inny pasożyt.
Konrad uśmiechnął się krótko.
Radecki złożył dokumenty.
— Masz jedną przewagę.
— Jaką?
— On przyszedł za wcześnie. Człowiek, który ma wszystkie narzędzia, zwykle ich nie pokazuje. Karski chce, żebyś się bał.
— Na razie mnie zainteresował.
— To też bywa drogie.
Konrad wstał.
— Sprawdź mi, co możemy zrobić z sześcioma wagonami zgodnie z papierami.
— Dostaniesz odpowiedź jutro.
— I jeszcze jedno. Jeżeli zacznie się kontrola, chcę wiedzieć, co mogą zamrozić pierwszego dnia.
Radecki spojrzał na niego uważniej.
— Konta?
— Konta, towar, samochody, dokumenty. Wszystko.
— Przygotuję wariant.
Konrad wyszedł z kancelarii. Na dole czekała wiadomość od Pawła.
„Załatwione. Sześć wagonów zejdzie jutro.”
Konrad przeczytał ją drugi raz.
Zadzwonił.
Paweł odebrał po czwartym sygnale.
— Co znaczy załatwione?
— Mam odbiorcę.
— Radecki jeszcze tego nie sprawdził.
— Odbiorca bierze produkt według parametrów z laboratorium.
— Dokumenty?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Robię je.
Konrad zatrzymał się przed drzwiami kancelarii.
— Paweł. Niczego nie wypuszczasz, dopóki nie zobaczę kompletu.
— Jasne.
— Przyjadę na bazę za godzinę.
Rozłączył się.
W samochodzie przez chwilę siedział bez uruchamiania silnika. Potem wybrał numer zapisany od kilku lat pod nazwiskiem „Marek K.”.
Mężczyzna odebrał szybko.
— Kopę lat.
— Potrzebuję nazwiska.
— Jakiego?
— Roman Karski. Dawniej gospodarcza. Wysoko.
Po drugiej stronie ucichło radio.
— Skąd go masz?
— Przyszedł do mnie.
— Sam?
— Ze Sroką.
Marek zaklął cicho.
— Konrad, trzymaj od niego ludzi z daleka.
— To już wiem. Potrzebuję reszty.
— Przez telefon nic.
— Gdzie?
— Jutro. Dziesiąta. Pasłęk. Bar przy starej siódemce.
— Będę.
— I przyjedź sam.
Konrad schował telefon.
Kiedy ruszał, w lusterku zobaczył ciemne Volvo stojące po drugiej stronie ulicy.
Rozdział 4. Stara siódemka
Bar przy starej siódemce pachniał smażoną cebulą. Marek Kulesza siedział przy oknie. Cywilna kurtka, krótko ostrzyżone włosy, dłonie złożone na kubku.
Konrad usiadł naprzeciwko.
— Przyjechałeś sam?
— Tak.
Marek zerknął na parking.
— Karski był w gospodarczym od końca osiemdziesiątych. Potem poszedł wyżej. Odszedł dwa lata temu.
— Emerytura mu służy?
— Ma dom, którego z pensji raczej by nie postawił.
— Z kim pracuje?
— Oficjalnie doradza.
— Komu?
Marek parsknął.
— Każdemu, kto płaci za doradzanie.
Konrad wyjął paczkę papierosów, położył ją na stole i zostawił zamkniętą.
— Wymienił nasze obroty. Odbiorców. Wiedział o badaniu sześciu wagonów kilka godzin po wyniku.
Marek przestał obracać kubek.
— To masz przeciek u siebie.
— Mam.
— Bank też sprawdź.
— Sprawdzę.
Marek pochylił się odrobinę.
Karski trzyma kontakt z ludźmi, którzy kiedyś pracowali przy paliwach, alkoholu, papierosach. Po odejściu z munduru część poszła w ochronę i windykację, część zaczęła udawać biznesmenów. Mają udziały w lokalach, pożyczają pieniądze, obracają towarem ze Wschodu, a kiedy potrzebują informacji albo spokoju ze strony urzędu, dzwonią do starych kolegów. Dwóch kręci się przy firmach transportowych. Nazwisk ci teraz nie dam.
— Czemu?
— Bo chcę jutro dalej pracować.
Konrad zatrzymał na nim wzrok.
— A mnie każesz co?
— Zapłacić mu albo zamknąć firmę.
— Trzecia możliwość?
— Jest. Tylko jeszcze jej nie widzę.
Kelnerka postawiła przed Konradem kawę.
Marek odczekał, aż odejdzie.
— Wczoraj ktoś z komendy wojewódzkiej pytał o waszą spółkę. Luźno. Bez pisma.
— I to ma mnie przestraszyć?
Marek odsunął kubek.
— Nie. Ma ci przypomnieć, że papier przychodzi na końcu. Najpierw ktoś pyta, kto prowadzi sprawę, gdzie masz rachunki i z kim handlujesz.
Konrad patrzył na niego bez słowa.
— Pamiętasz hurtownika spod Bydgoszczy, który zniknął z rynku zeszłej jesieni?
— Domański.
— Trzy miesiące w areszcie, zanim obrońca dostał pełny dostęp do materiału. Nie mówię ci, że był święty. Mówię, że kiedy siedział, bank wypowiedział finansowanie, kierowcy odeszli, a kontrakty przejęli inni. Po wyjściu nie miał już do czego wracać.
— Przyznał się?
— Podpisał część tego, co mu położyli. Chciał wyjść. Potem odwoływał. Na rynku było już po wszystkim.
Marek pochylił się bliżej.
— Jak zobaczysz, że ktoś próbuje zrobić z ciebie sprawę zamiast partnera do interesu, nie zakładaj, że będziesz miał czas spokojnie się bronić.
— Kto?
— Człowiek, który nie zajmuje się waszą branżą.
— Karski?
— Jego cień.
Konrad napił się kawy.
— Sroka?
— Sroka jest pośrednikiem. Zna pół miasta, drugie pół zna jego. Sam z siebie świata nie przewróci.
— Czyli Karski.
Marek pokręcił głową.
— Mówię ci coś innego. Karski ma drzwi. Pytanie, kto przez nie chodzi.
Marek przesunął kubek na bok. — Papierosy i alkohol dawały im pieniądze, ale paliwo daje skalę. Transport bierze całe cysterny, nie kartony. Kto ma kapitał i dostęp do dużego, legalnego kanału dostaw, przestaje zarabiać jak człowiek od lokalu. Zaczyna myśleć o rynku.
Konrad wstał.
— Tyle?
— Na dziś.
— Mało.
— Za darmo.
Konrad rzucił banknot przy filiżance.
— Obiad też?
— Nie przesadzaj. Jeszcze pomyślę, że mnie kupujesz.
Przy wyjściu Marek złapał go za rękaw.
— Konrad.
— Co?
— Jeżeli zobaczysz, że ktoś zaczyna interesować się Martą albo dzieciakami, kończ zabawę.
Twarz Konrada stwardniała.
— Rodziny do tego nie mieszaj.
— Ja jej nie mieszam. Mówię, jak robią inni.
Konrad wyszedł.
Na parkingu Volvo nie było.
Tego samego dnia po południu do bazy weszło dwóch kontrolerów skarbowych. Mieli upoważnienia, pieczątki i uprzejmość ludzi, którzy planowali zostać długo.
Paweł spotkał ich przy sekretariacie.
— Panowie na kawę czy po firmę?
Starszy z kontrolerów spojrzał na niego bez uśmiechu.
— Na dokumenty.
— Kawa jest lepsza.
— Zaczniemy od ewidencji zakupów.
Paweł odwrócił się do sekretarki.
— Pani Basiu, proszę dać panom pokój konferencyjny. I kawę. Jak odmówią drugi raz, zapisujemy w protokole.
Młodszy kontroler prawie się uśmiechnął. Konrad obserwował ich z końca korytarza.
Paweł podszedł.
— Szybcy.
— Karski mówił trzy miesiące.
— Może miał wolny termin.
— Radecki jedzie.
Paweł wsunął ręce do kieszeni.
— Sześć wagonów stoi.
— I będzie stało.
— Każda doba kosztuje.
— Kontrola kosztuje więcej.
Paweł spojrzał przez szybę na plac.
— Czasem mam wrażenie, że ty lubisz tracić pieniądze, kiedy możesz postawić na swoim.
— Lubię wiedzieć, za co płacę.
— To akurat mamy wspólne.
Kontrola trwała trzeci dzień, kiedy bank wstrzymał uruchomienie kolejnej akredytywy. Konrad dostał informację o dziewiątej siedemnaście. Kwadrans później siedział już naprzeciw dyrektora oddziału.
— Od pięciu lat robimy ten sam obrót.
— Skala wzrosła.
— Bank zarabiał razem z nami.
— Nadal chce zarabiać.
— To czemu blokuje dostawę?
Dyrektor przesunął w jego stronę listę dokumentów. Połowę bank już miał. Chciał ich ponownie: źródło środków, potwierdzenia kontrahenta, dodatkowe zabezpieczenie akredytywy.
— Kto podpisał decyzję? — zapytał Konrad.
— Tego ci nie podam.
— W takim razie przekaż, że następna akredytywa pójdzie przez inny bank.
— Nie rób ruchów w złości.
— W złości podnoszę głos. Teraz rozmawiam.
W bazie Radecki siedział z kontrolerami, a Ewa Milewska nosiła kolejne segregatory. Przy szafie z dokumentami magazynowymi dwa razy pomyliła półkę. Konrad zauważył to z drzwi.
Kiedy kontrolerzy wyszli na obiad, poprosił ją do gabinetu.
— Byłaś tu w sobotę.
— Zamknięcie miesiąca.
— Sama?
— Basia wyszła wcześniej.
— Kto cię odebrał?
Ewa zawahała się.
— Znajomy.
— Nazwisko.
— Tomasz Wrona.
— Czym się zajmuje?
— Ma firmę reklamową. Chyba.
Konrad podał jej kartkę.
— Numer.
— Mam jakiś problem?
— Jeszcze rozmawiamy.
Zapisała numer i wyszła. Dopiero wtedy Konrad zadzwonił do Radeckiego.
— Sprawdź Wronę.
— Już sprawdzam.
— Skąd wiedziałeś?
— Bo ty pytasz dopiero wtedy, kiedy coś ci się nie zgadza.
Wieczorem Paweł zadzwonił z Gdańska. W tle grała muzyka.
— Kontrolerzy jeszcze żyją?
— Radecki ich pilnuje.
— Bank?
— Jutro się okaże.
— Ja mam lepszy wieczór.
Konrad usłyszał kobiecy śmiech.
— Słyszę.
— Kolacja z przewoźnikiem. Potem jeden drink.
— Jutro masz być na bazie o ósmej.
— Będę o siódmej pięćdziesiąt dziewięć.
— Marta dzwoniła.
Paweł ucichł.
— Pytała, kiedy wracasz.
— Powiedziałeś?
— Że zapytam ciebie.
— Dzięki, szwagrze.
Konrad rozłączył się pierwszy.
Rozdział 5. Cena pieniędzy
Paweł poznał smak pieniędzy wcześniej niż ich cenę.
Trzy lata przed kontrolą w Braniewie pojechali z Konradem na Białoruś negocjować dostawy. Pierwszą dużą akredytywę zabezpieczyli wtedy wszystkim, czym mogli. Każdy dzień postoju wagonów kosztował, bank liczył odsetki, a oni sprawdzali kurs dolara częściej niż pogodę.
Pomysł zaczął się kilka miesięcy wcześniej od telefonu człowieka poznanego przy zwykłym handlu paliwami. Powiedział, że po białoruskiej stronie jest towar, którego nikt z ich znajomych nie potrafi sensownie sprzedać w Polsce. Nazwa handlowa odstraszała część odbiorców, ale wyniki analiz wyglądały inaczej niż nazwa na fakturze.
Konrad przez tydzień sprawdzał dokumenty i pytał laboratoria o zakresy parametrów. Paweł przez ten sam tydzień dzwonił do odbiorców. Pierwszy wrócił z listą ryzyk, drugi z listą ludzi gotowych kupić wszystko, co zdołają przywieźć.
— Czyli kupujemy? — zapytał Paweł wtedy w małym biurze nad hurtownią części samochodowych.
— Najpierw sprawdzamy, czy potrafimy za to zapłacić.
— Jak sprzedamy, potrafimy.
— Bank nie daje pieniędzy za przyszły entuzjazm klientów.
Paweł roześmiał się i położył na biurku notes z nazwiskami. Przy każdym miał liczbę. Konrad zsumował ją dwa razy. Jeżeli choć połowa rozmów była prawdziwa, pierwsza większa partia mogła zarobić więcej niż ich wcześniejsza działalność przez pół roku.
Paweł jeszcze tego samego wieczoru policzył, co zrobią z pierwszym naprawdę dużym zyskiem. Konrad wrócił do umowy i jeszcze raz przeczytał warunki płatności. Następnego dnia obaj podpisali.
Po całym dniu rozmów zaprosił ich Ivan, przyjaciel białoruskiego kontrahenta. Klub w Mińsku był głośny, światła raziły w oczy, a muzyka skutecznie zagłuszała myśli.
Usiedli w loży we czterech: Konrad, Paweł, ich kontrahent i Ivan. Biznesowo wszystko było już załatwione: certyfikaty, akredytywa i zamówienia. Następnego dnia mieli wracać do Polski.
Na stole wylądował rosyjski szampan w wiadrze z lodem, a obok paluszki i orzeszki — dość osobliwa przeciwwaga dla całej elegancji lokalu.
Po chwili na brzegach kanapy przysiadły dwie młode kobiety. Ivan nachylił się do jednej z nich, szepnął jej coś do ucha i wsunął zwitek banknotów w dłoń. Dziewczyna skinęła głową i zniknęła.
Po kilku minutach muzyka zwolniła. Pary na parkiecie zaczęły tańczyć spokojniej.
Dziewczyna pojawiła się ponownie, ale tym razem nie usiadła. Zatrzymała się przed lożą i zaczęła obracać w rytm muzyki. Po chwili rozpuściła włosy, rozpięła bluzkę i zrzuciła ją na sofę. Nie miała stanika. Później odpięła spódniczkę. Mini i wcześniej niewiele skrywała. Teraz jej biodra i ciało poruszały się w rytm muzyki. Pokazywała swoje wdzięki swobodnie, ale bez wulgarności. Jak na całe otoczenie robiła to niemal delikatnie.
Konrad obserwował ją przez chwilę, bardziej zaciekawiony samym rytuałem niż jego finałem. Paweł nie odrywał wzroku.
Muzyka nagle przyspieszyła. Dziewczyna przerwała taniec, sięgnęła po ubranie i wróciła do loży.
Blondynka nachyliła się do Konrada.
— Jestem Ania. Chętnie posłucham o Zachodzie.
Była kusząca. Bardzo.
Założyła bluzkę i nasunęła mini z powrotem.
— Chodź.
Chwyciła Konrada za rękę i pociągnęła go na parkiet. Po chwili jej jasne włosy łaskotały go po twarzy, a Konrad poczuł jej perfumy.
Druga dziewczyna w tym czasie przytuliła się do Ivana. Ten głaskał ją po włosach, potem po piersi, nadal zajęty rozmową z kontrahentem, jakby obecność kobiety była kolejnym elementem wyposażenia loży.
Konrad spojrzał ponad ramieniem Ani w stronę stolika. Paweł siedział z kieliszkiem w dłoni i patrzył na wszystko z uśmiechem człowieka, który dopiero zaczynał rozumieć, jak wygląda świat dużych pieniędzy.
Jasnowłosa kobieta patrzyła za nim.
— On ma żonę?
— Nie.
— Ty masz.
Paweł obrócił obrączkę na palcu. Jasnowłosa kobieta zauważyła ten gest i nic już nie powiedziała.
Rano przy śniadaniu był niewyspany. Konrad jadł jajecznicę i przeglądał wyciąg z banku.
— Dobra noc? — zapytał.
Paweł nalał sobie kawy.
— Droga.
Konrad podniósł wzrok.
— Ile kosztowała?
— Nie o pieniądze chodziło.
— Wtedy trzeba zacząć pytać.
Paweł śmiał się z tego przez pół dnia. Później przyszły kolejne kontrakty, większe samochody, kluby po spotkaniach i kolacje przeciągnięte do rana. Paweł nauczył się traktować uwagę kobiet jak jeszcze jeden dowód sukcesu.
Paweł nie płacił za seks. Nie musiał tego robić. Był przystojny i miał pieniądze. Seks poza domem traktował jak biznesową nagrodę, którą sam sobie wypłacał dla własnej przyjemności.
Nie zastanawiał się, czy kobiety, z którymi spotykał się w takich chwilach, liczyły na coś więcej. Kobiety są skomplikowane — tego był pewien. W odróżnieniu od mężczyzn wcześniej czy później zaczynały na coś liczyć. Może nie od razu na małżeństwo, ale na coś, co dawało im bezpieczeństwo.
Czasami spotkanie po udanym wyjeździe albo transakcji zaczynało się w restauracji i to wystarczało, żeby skończyło się w hotelu. Innym razem była galeria i zakupy, na które kobieta sama nie mogłaby sobie pozwolić. Czasem prezent — drogi telefon albo perfumy. Paweł nie uważał, że je kupuje. Dawał z serca.
Nie dawał im pieniędzy. One dawały mu swój czas.
Przypomniał sobie kolejny, może drugi albo trzeci pobyt w Mińsku. Ostatni przed tamtym wieczorem. Tam zawsze wracał do Nataszy.
Ciemnowłosa piękność zwykle ciągnęła ze sobą blondynkę Anię, która niemal natychmiast przyklejała się do Konrada. Potem gdzieś znikali, spacerując albo rozmawiając. Pawłowi spacer nie był potrzebny. Potrzebował ciepła Nataszy.
Pamiętał, jak przesunął kilka toreb Diora, Gucci i Sephory, żeby dostać się do fotela. Usiadł zmęczony. Natasza była szczęśliwa i szczebiotała coś po polsku, miękko zaciągając wschodnim akcentem.
Później był wspólny prysznic i rozładowanie emocji, kiedy uklękła przed nim.
Kiedy ubrany w szlafrok usiadł znowu w fotelu, Natasza została jeszcze chwilę w łazience. Wróciła naga, weszła na łóżko i wyciągnęła coś z torebki. Zobaczył, że to lubrykant.
Przeszła na kolanach przez całą długość łóżka, wzięła poduszkę i zasłoniła się nią, patrząc na niego. Po chwili odezwała się swoim śpiewnym głosem:
— Mam dla ciebie prezent, ale obiecaj, że będziesz delikatny. Sama jeszcze nie wiem, czy mi się to będzie podobało.
Ta jej niewinność przy jednoczesnej otwartości była mieszanką, która działała na niego mocno.
Natasza ułożyła poduszkę przed sobą i położyła się na niej brzuchem, unosząc wysoko pośladki. Spojrzała na niego, poprawiając czarne kosmyki włosów łaskoczące ją po nosie. Prychnęła i zaśmiała się. Było w niej tyle młodości i chęci poznawania świata. Naprawdę była piękna.
— No chodź już. Nie każ mi czekać — powiedziała. Źrenice miała rozszerzone, jakby same myśli podkręcały to, co sobie zaplanowała.
Klepnęła się zachęcająco w nagi pośladek i podała mu lubrykant.
— Dzisiaj chcę spróbować inaczej. Nie mam w tym doświadczenia. Bądź uważny, proszę. I pamiętaj: jak będziesz tam, w drugim miejscu, nie możesz później wchodzić w to pierwsze. Wtedy musisz się umyć.
Nie odpowiedział. Tylko skinął głową i nachylił się nad nią, żeby ją pocałować. Szlafrok zsunął się na podłogę.
Paweł patrzył później na wszystkie kobiety z wyjazdów przez pryzmat Nataszy. Miłej, pięknej, otwartej, pozornie niechcącej niczego poza jego uwagą, przyjmującej prezenty z rumieńcem zawstydzenia i odpłacającej za jego szczodrość swoim czasem.
Zmiana nie przyszła jednego dnia. Najpierw kupił samochód, na który wcześniej patrzył przez szybę salonu. Potem przestał sprawdzać ceny w restauracjach. Nauczył się zamawiać drugi stolik, kiedy pierwszy mu nie odpowiadał, i brać apartament zamiast pokoju, bo różnica przestała mieć znaczenie.
Marta żartowała, że jeszcze niedawno potrafił przez pół godziny kłócić się o źle naliczoną prowizję w banku, a teraz zostawia napiwek większy niż ich dawny tygodniowy budżet. Paweł odpowiadał, że po coś pracuje po nocach. W jego głosie nadal był humor, lecz coraz częściej pojawiała się pewność człowieka, który uwierzył, że pieniądze nie tylko rozwiązują problemy, ale również unieważniają konsekwencje.
Konrad widział to wcześniej niż Marta. Nie robił mu wykładów. Raz tylko, po kolacji z kontrahentami, kiedy Paweł zbyt długo rozmawiał z kobietą przy barze, powiedział:
— Pieniądze nie zmieniają zasad.
— Zmieniają liczbę możliwości.
— To nie to samo.
Paweł wzruszył ramionami. Wtedy jeszcze obaj uznali rozmowę za nic ważnego.
W Gdańsku, trzy lata później, siedział w hotelowym barze z Andrzejem Kmitą, właścicielem firmy transportowej. Kmita wyszedł przed północą. Paweł został przy whisky.
Paweł podziwiał Monikę. Przypominała mu Nataszę. Czarne, wręcz kruczoczarne włosy, taki sam błysk ciemnych oczu i podobna figura. Była taka sama, ale inna. Pachniała inaczej. Nie było w niej swobody Nataszy ani jej spontaniczności. Paweł czuł tę różnicę, ale Natasza była daleko. Monika była tutaj.
Miła, kameralna restauracja, nienachalne spojrzenia. Paweł dotknął jej włosów, poprawiając jasne pasemko, które spadło jej na oczy, a Monika sama wtuliła się w jego dłoń. Spodobało mu się to, choć było inne niż u Nataszy.
Przez chwilę porównywał obie kobiety. Podobne wiekiem, podobne urodą. Monika miała może dwadzieścia pięć lat i, podobnie jak Natasza, skończyła studia.
Była ubrana tak, że jego wzrok nie mógł zaznać spokoju. Obcisła mała czarna robiła wrażenie. Głęboki dekolt kusił tym, co ledwo mieściło się pod materiałem, a odsłonięte plecy ładnie podkreślały talię. Ładne biodra i te kosteczki, które podobnie jak u Nataszy zawsze uwielbiał głaskać, kiedy po wszystkim leżał z głową na jej rozgrzanym brzuchu.
Te kosteczki bioder przesądziły.
Wziął jej dłoń i ucałował delikatne palce. Monika zaśmiała się i podała mu rękę dalej. Całował ją aż do zgięcia łokcia. Złapała go za włosy i przytrzymała.
Zjadł spojrzeniem jej oczy, twarz, dekolt i zarys piersi.
Uśmiechnęła się.
— I co teraz?
Paweł dopił wino i wskazał głową promenadę nad rzeką.
— Spacer?
Po kolacji ich dłonie splotły się. Pozwoliła się objąć i przycisnąć. Jego dłoń spoczęła na jej talii. Szli kawałek, a ona delikatnie poprawiła jego palce, przesuwając je niżej, na biodro. Uchwycił je mocniej.
Zaśmiała się.
— Uważaj, mam łaskotki.
Przyciągnął ją do siebie. Nie oponowała, dała się prowadzić, ale po chwili zatrzymała się i pociągnęła go do bocznej bramy.
W półmroku niewiele było widać. Prędzej wyczuł jej ruch, niż go zobaczył. Zsunęła majteczki i zwinęła je w piąstce. Stała przez chwilę z podwiniętą sukienką, a on oparł się o ścianę nad jej dłońmi, zszedł ustami po szyi i ramieniu, odsunął materiał i mocno uchwycił jej piersi, aż stanęła na palcach stóp. Trzymając ją tak, zszedł ustami niżej, gdzie przytrzymywała wysoko skraj sukienki. Kiedy tam dotarł, złapała go za włosy i nie pozwoliła się odsunąć.
Być może Paweł myślał, że ją zdobył. Młodą, inteligentną, wykształconą. Ale tak naprawdę każdy jego ruch był jednocześnie ruchem jej dłoni. Prowadziła go, przytrzymywała albo odsuwała. Szedł więc za tym ruchem.
Nagle gdzieś na klatce schodowej wewnątrz bramy zapaliło się światło. Ktoś zaczął schodzić po schodach.
Monika pociągnęła Pawła za włosy.
— Chodźmy stąd — szepnęła i zaśmiała się. — Tam jest hotel.
Chwilę później jechali windą wpleceni w siebie, a Monika obserwowała ich razem w odbiciu lustra. Popatrzyła na niego spod rzęs. Był od niej wyższy może o głowę. Pocałował ją.
Pokój hotelowy przywitał ich mrugającym neonem, który rozświetlał wnętrze. Pawłowi wydawało się, że portier wydał klucz niezwykle szybko. Być może położona na blacie stówka była tego powodem i wystarczyła, żeby nie zaglądał do dowodu osobistego. A być może Monika nie była tu pierwszy raz.
Nie rozstrzygał tego teraz, patrząc, jak idzie przed nim, kołysząc biodrami.
Przycisnął ją do ściany, a ona zdjęła z niego marynarkę. Powstrzymała jego ręce i sama pchnęła go na łóżko.
— Czekaj — wyszeptała. — Wszystko zaraz dostaniesz do degustacji.
Złapała go za krawat i przyciągnęła jego głowę bliżej siebie.
— Rozbierz mnie — wyszeptała.
Nie musiała powtarzać. Klęcząc przed nią, zsunął z niej sukienkę, tę małą czarną, która niewiele przykrywała. Odpiął szpilki i rzucił je gdzieś za siebie.
Zaśmiała się.
Spojrzał na nią, a jego palce wbiły się w jej boki.
— Ciii, zaraz. Jeszcze nie wszystko.
Jej piersi podtrzymywał stanik od spodu, prawie niczego nie ukrywając. Chwilę trwało, zanim odpiął zapięcie i uwolnił jej piersi. Teraz miał je centralnie przed twarzą. Ich widok podniecał go.
— Jeszcze nie wszystko — wyszeptała Monika.
Zdjął jej pończochy, zwijając je w rulon. Sama podniosła nogę i zgrabnie wygięła stopę. Później drugą. Kiedy nie miała już na sobie nic, puściła jego krawat.
— Pamiętaj, tak naprawdę nie lubię delikatnie. Lubię czuć, że jestem z kimś. Nie jestem nagrodą.
Podniósł się i tym razem to ona rozebrała jego. Nabrał powietrza w usta. Monika miała delikatny pasek włosów i mały tatuaż nisko, bliżej podbrzusza. Niby nic.
Ale to nie była Natasza.
Wolał Nataszę. Ale Natasza była daleko. Monika była blisko. Zbyt blisko, żeby było to obojętne jego męskości. Czuł ciepło jej ciała pod palcami.
Natasza była naturalna w każdym ruchu. Tak, tym zdecydowanie się różniły. Natasza nie grała, ona żyła poznawaniem świata. Monika ten świat układała pod siebie.
Zauważyła jego zawahanie i uklękła przed nim. Odgarnęła włosy, żeby jej nie przeszkadzały. Zobaczył tylko bordowe paznokcie i dłoń opartą o jego udo. Później świat mu zawirował, a palce wplotły się w kruczoczarne włosy, zbierając je w kitkę.
Rano obudził się sam. Na fotelu wisiała jego koszula, na szklance została szminka, a obok telefonu leżała hotelowa kartka z numerem zapisanym czerwonym długopisem.
„Zadzwoń, kiedy znowu będziesz miał zły wieczór.”
Paweł uśmiechnął się, zgniótł kartkę i wrzucił do kosza.
Nie zauważył małego otworu w listwie naprzeciw łóżka.
Rozdział 6. Koperta
Paweł wszedł do biura o ósmej dwanaście.
Konrad spojrzał na zegarek.
— Siódma pięćdziesiąt dziewięć?
— Korki.
— W windzie?
Paweł zatrzymał się.
— Skąd wiesz, że spałem w hotelu?
— Masz opaskę z parkingu na nadgarstku.
Paweł zerwał papierowy pasek.
— Dlatego ciebie ludzie nie lubią.
— Marta cię lubi.
— I tego się trzymajmy.
Konrad podał mu kopię pisma z banku.
— Akredytywa ruszyła. Kontrola zostaje.
Paweł przejrzał pierwszą stronę.
— Sześć wagonów?
— Radecki dopuści sprzedaż wyłącznie według nowych parametrów i z pełnym śladem dokumentów.
— Mówiłem.
— Mówiłeś dużo rzeczy.
Telefon Pawła zadzwonił.
Numer zastrzeżony.
Odebrał.
— Słucham.
Męski głos mówił spokojnie.
— Panie Pawle, proszę dziś o osiemnastej sprawdzić recepcję hotelu. Będzie koperta.
— Kto mówi?
Połączenie się urwało.
Paweł popatrzył na ekran.
— Co jest? — zapytał Konrad.
— Pomyłka.
Schował telefon.
O osiemnastej trzydzieści wrócił do hotelu. Recepcjonistka podała mu białą kopertę.
— Zostawił ją jakiś mężczyzna?
— Kurier.
Paweł odszedł kilka kroków i rozerwał papier. W środku były cztery fotografie. Na pierwszej całował Monikę w windzie. Na drugiej stali przy łóżku. Trzeciej nie oglądał długo.
Na czwartej widać było jego twarz wystarczająco wyraźnie, żeby żadna rozmowa z Martą nie zaczęła się od pytania, czy to naprawdę on.
Pod zdjęciami leżała kartka.
„Jutro 12.00. Telefon będzie.”
Paweł wsunął wszystko do koperty.
Usiadł w fotelu przy recepcji, choć nie zamierzał zostać. Na fotografiach rozpoznawał każdy gest, ale teraz oglądał go cudzym okiem. Ktoś znał numer pokoju, przygotował kamerę, wiedział, kiedy przyjedzie i że Marcie nie powiedział, gdzie spędzi noc.
Najgorsze było to, że człowiek po drugiej stronie telefonu trafnie policzył jego strach przed Martą.
Wyszedł przed hotel i zapalił papierosa. Pierwszy zgasił po dwóch zaciągnięciach, po czym zapalił drugi.
Telefon zadzwonił dopiero następnego dnia o dwunastej.
— Obejrzał pan?
— Ile?
— Rozsądnie.
— To znaczy?
— Na początek proszę pomóc sobie. Sześć wagonów. Dokumenty magazynowe, wynik laboratorium, odbiorca i sposób rozliczenia.
Paweł oparł się o biurko.
— Kim jesteś?
— Człowiekiem, który nie ma żony.
— Spróbuj wysłać te zdjęcia, a znajdę cię.
Głos po drugiej stronie roześmiał się krótko.
— Panie Pawle, my już pana znaleźliśmy.
Połączenie się urwało.
Przez kilka minut siedział bez ruchu.
Potem wyjął kopertę z szuflady, włożył ją pod marynarkę i poszedł do gabinetu Konrada.
Konrad rozmawiał przez telefon. Wskazał mu krzesło.
Paweł został przy drzwiach.
— Mam problem.
Konrad zakończył rozmowę.
— Finansowy?
— Gorzej.
— Policja?
Paweł rzucił kopertę na biurko.
— Marta.
Konrad otworzył ją. Obejrzał pierwsze zdjęcie, drugie, resztę wsunął z powrotem.
— Kiedy?
— Gdańsk.
— Kobieta?
— Monika. Jeżeli tak się nazywa.
— Czego chcą?
— Dokumentów sześciu wagonów.
Konrad podniósł wzrok.
— Czyli hotel był ich.
— Pokój.
— Tyle im wystarczy.
Paweł usiadł.
— Jeżeli Marta to dostanie…
— Dostanie od ciebie.
Paweł spojrzał na niego ostro.
— Zwariowałeś?
— Powiesz jej dzisiaj.
— Nie będziesz mi urządzał małżeństwa.
— Nie urządzam. Zabieram im narzędzie.
Paweł wstał.
— Łatwo ci mówić. Wracasz do pustego mieszkania.
Konrad oparł dłonie o biurko.
— Tak. Dlatego mogę powiedzieć ci coś prostego. Jeżeli zaczniesz ratować małżeństwo dokumentami firmy, stracisz jedno i drugie.
Paweł odwrócił się do okna. Na plac wjeżdżała cysterna. Ochroniarz podniósł szlaban.
— Ona mnie wyrzuci.
— Możliwe.
— Dzieci?
— Nadal będą twoje.
Paweł zacisnął szczękę.
— Ty zawsze masz wszystko poukładane.
— Nie mam żony w hotelowej kopercie.
Paweł odwrócił się gwałtownie.
Konrad został przy biurku. Po kilku sekundach Paweł usiadł ponownie.
— Drań.
— Tak.
— Zadzwonią jeszcze raz.
— Odbierzesz.
— I co powiem?
Konrad przesunął kopertę w jego stronę.
— Że dokumentów nie dostaną.
— A Marta?
— Najpierw pojedziesz do domu.
Paweł schował zdjęcia.
Przy drzwiach zatrzymał się.
— Jeżeli mnie zabije, powiedz dzieciom, że byłem dobrym człowiekiem.
— Tego akurat nie obiecam.
Paweł parsknął mimo napięcia.
— Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.
Kiedy wyszedł, Konrad podniósł słuchawkę.
— Radecki? Przyjedź. Mamy drugi problem.
Spojrzał przez okno.
Przy ogrodzeniu, po drugiej stronie drogi, stało ciemne Volvo.
Marta otworzyła drzwi w dresie i grubych skarpetach. Z salonu dobiegał telewizor. Dzieci spały na górze.
— Co się stało?
Paweł wszedł i zamknął za sobą.
— Musimy porozmawiać.
— To już słyszę.
Usiadła przy stole w kuchni. Paweł został przy blacie.
— W Gdańsku poznałem kobietę.
Marta patrzyła na niego bez ruchu.
— I?
— Poszedłem z nią do pokoju.
Cisza trwała kilka sekund.
— Spałeś z nią?
— Tak.
Marta wstała.
— Wyjdź.
— Posłuchaj jeszcze.
— Powiedziałeś wystarczająco.
— Ktoś zrobił zdjęcia.
Zatrzymała się przy drzwiach.
— Co?
Paweł położył kopertę na stole.
Marta spojrzała na nią, potem na niego.
— Szantażują cię?
— Chcą dokumentów firmy.
— I przyszedłeś mi powiedzieć, bo boisz się zdjęć.
— Przyszedłem, bo Konrad powiedział, że mam ci powiedzieć.
Marta zaśmiała się krótko. Bez śladu humoru.
— Świetnie. Jeszcze szwagier musiał ci przypomnieć, że masz żonę.
Paweł zacisnął dłonie na krawędzi blatu.
— Marta…
— Ile razy?
Nie odpowiedział od razu.
Jej twarz zmieniła się.
— Ile razy, Paweł?
— Kilka.
— Ta sama?
— Różne.
Marta usiadła z powrotem, jakby nagle zabrakło jej siły w nogach.
Z salonu dobiegał telewizor, w kuchni pracowała lodówka. Paweł znał skrzypiący stopień na schodach, miejsce na rachunki za szkołę i kubek, z którego Marta piła rano kawę. Teraz stał przy blacie i nie wiedział, gdzie podziać ręce.
— Te wyjazdy do Gdańska? — zapytała.
— Nie wszystkie.
— Nie pytam o wszystkie. Pytam, ile razy patrzyłam ci rano w twarz, a ty wracałeś od innej kobiety.
Paweł otworzył usta, ale niczego rozsądnego nie znalazł.
— Widzisz? — powiedziała Marta. — Pieniądze nie zrobiły z ciebie innego człowieka. Dały ci tylko możliwość robić częściej to, na co wcześniej nie było cię stać.
Paweł zacisnął usta. Zwykle w takim miejscu pojawiał się żart, ale tym razem nic nie przyszło mu do głowy.
— Od kiedy?
— Od jakiegoś czasu.
— Od kiedy mamy pieniądze?
Paweł spuścił wzrok. Paweł przesunął wzrokiem po blacie.
— Kiedy nie mieliśmy na ratę za mieszkanie, umiałeś wracać do domu — powiedziała. — Teraz masz Mercedesa i potrzebujesz obcych kobiet.
— To tak nie działa.
— To mi wyjaśnij, jak działa.
Paweł podszedł bliżej.
— Dałem się ponieść.
— Raz?
Opuścił głowę.
Marta zdjęła obrączkę i położyła ją na stole. Paweł patrzył na mały złoty krążek.
— Dzieci śpią — powiedziała. — Zabierzesz rzeczy rano. Dzisiaj pojedziesz do hotelu. W hotelach sobie radzisz.
Paweł wziął kopertę ze stołu.
— Zdjęcia?
— Zabierz. Mam już obraz.
Na zewnątrz siedział w samochodzie prawie dziesięć minut. Potem zadzwonił do Konrada.
— Powiedziałem.
— I?
— Wyrzuciła mnie.
— Gdzie jesteś?
— Pod domem.
— Przyjedź do mnie.
— Nie chcę.
— To po co dzwonisz?
Paweł oparł czoło o kierownicę.
— Żebyś przez pięć minut przestał mieć rację.
Konrad przesunął telefon do drugiej ręki.
— Nie umiem — powiedział w końcu.
Paweł roześmiał się mimo wszystkiego.
— Dupek.
— Przyjedź.
Rozdział 7. Kilka miesięcy wcześniej
Konrad nachylał się nad dokumentacją jakościową. Porządkował atesty z ostatnich dostaw. Nikt o nie teraz nie pytał, ale z papierami miał prostą zasadę: lepiej mieć o jeden za dużo niż o jeden za mało.
Do drzwi zapukano.
— Szefie? — Magda, sekretarka, uchyliła drzwi. — W poczekalni siedzi młoda kobieta i chyba postanowiła, że nie wyjdzie, dopóki ktoś jej nie przyjmie. Normalnie wysłałabym ją do pana Pawła, ale wyjechał.
Konrad odłożył długopis.
— Do Pawła? Co to za sprawa?
Magda uśmiechnęła się zza okularów.
— Wszelkie sprawy z kobietami, szczególnie młodymi, pan Paweł rozwiązuje niezwykle skutecznie.
Konrad pogroził jej palcem.
— Ja też potrafię rozwiązywać sprawy z kobietami.
— Oczywiście. Ja nic nie mówiłam.
Znali się od lat. Magda prowadziła sekretariat, pilnowała terminów, kurierów, banków i połowy rzeczy, o których właściciele firmy przypominali sobie dopiero wtedy, gdy były już załatwione.
— Daj ten problem tutaj — powiedział Konrad.
— Na własną odpowiedzialność.
Kilka sekund później do gabinetu weszła szczupła młoda kobieta o ciemnych włosach do ramion. Miała teczkę wypchaną dokumentami, dużą materiałową torbę i minę kogoś, kto przygotował sobie całą rozmowę jeszcze na schodach.
— Dzień dobry. Ja właściwie tylko na chwilę, bo wiem, że pan jest zajęty, ale mamy akcję i rozmawiamy z firmami z regionu, i pomyślałam, że skoro państwo mają transport, bazę i w ogóle…
Słowa ruszyły tak szybko, że po pierwszym zdaniu Konrad przestał wiedzieć, gdzie skończył się wstęp, a zaczęła właściwa sprawa. Kobieta otworzyła teczkę, wyjęła dwie kartki, schowała jedną, znalazła trzecią i mówiła dalej.
Magda pojawiła się jeszcze raz w uchylonych drzwiach.
— A nie mówiłam?
Konrad rzucił w jej stronę długopisem. Magda zdążyła zamknąć drzwi i zaśmiała się na korytarzu.
Gość zamilkł. Spojrzała na drzwi, potem na Konrada.
— Państwo tutaj zawsze rzucają w pracowników?
— Tylko w tych najlepszych. W pozostałych szkoda długopisów.
Przez moment nie była pewna, czy mówi poważnie.
— Żartowałem. Z Magdą znamy się od lat. Proszę zacząć jeszcze raz, trochę wolniej. Najlepiej od imienia, bo przy poprzedniej prędkości transmisji chyba je zgubiłem.
— Lena. Mam na imię Lena.
— Dobrze. Proszę usiąść, pani Leno, i opowiedzieć mi od początku, z czym pani przyszła.
Usiadła i założyła nogę na nogę. Spódnica przesunęła się odrobinę, odsłaniając opalone kolano. Lena zauważyła to po sekundzie i położyła na nim teczkę.
Konrad udał, że nie zauważył ani kolana, ani tego, że sama zauważyła jego spojrzenie.
— Chcę pana namówić na darowiznę dla dzieci z oddziału onkologicznego — powiedziała już spokojniej. — Tu są dane fundacji, rozliczenia z poprzedniej akcji i dokładnie opisane, na co zbieramy.
Podniosła teczkę, żeby znaleźć właściwą kartkę. Kolano znów zostało bez osłony. Zreflektowała się, opuściła dokumenty, a wtedy kilka foliowych koszulek wysunęło się jej z rąk i rozsypało na podłodze.
— Świetnie — mruknęła.
Schyliła się po papiery. Konrad również wstał, ale zanim obszedł biurko, zdążyła zebrać większość. Jedna kartka wsunęła się pod krzesło.
— Proszę zostawić. Jeszcze chwila i fundacja będzie potrzebowała pieniędzy również na segregatory.
Lena spojrzała na niego i roześmiała się pierwszy raz bez skrępowania.
— Zwykle idzie mi lepiej.
— Wierzę.
Podał jej ostatnią kartkę.
— Pracuje pani w fundacji?
— Nie. Na etacie jestem fotografem w dziale marketingu. Fundacja to wolontariat. Robię zdjęcia, przygotowuję materiały i chodzę po ludziach, którzy mają pieniądze.
— Czyli dzisiaj padło na mnie.
— Ma pan bardzo obiecujący profil.
— Finansowy?
— Na razie.
Konrad spojrzał na nią uważniej. Rumieniec wrócił, ale Lena nie spuściła wzroku.
To mu się spodobało bardziej niż kolano.
— Proszę przysunąć krzesło do biurka — powiedział. — Dokumenty będą miały mniejszą szansę uciec. I proszę mi powiedzieć, czego konkretnie potrzebujecie.
Rozmowa, która miała potrwać pięć minut, trwała prawie pół godziny. Lena przestała się spieszyć. Pokazała kosztorys, listę sprzętu i zdjęcia dziecięcej sali, którą fundacja chciała doposażyć. Wiedziała, o czym mówi. Kiedy czegoś nie wiedziała, mówiła wprost, że sprawdzi.
Konrad zadzwonił po Magdę.
— Przygotuj darowiznę. Kwota jest tutaj.
Magda spojrzała na kartkę, potem na Lenę, a na końcu na Konrada.
— Rozumiem.
— Nic nie rozumiesz.
— Oczywiście.
Lena wstała z wyraźną ulgą.
— Naprawdę dziękuję.
— Proszę podziękować, kiedy pieniądze będą na koncie.
Wyjęła wizytówkę fundacji, zawahała się, potem odwróciła ją i dopisała coś długopisem.
— Tu ma pan mój prywatny numer. Gdyby chciał pan dostać potwierdzenie przelewu albo zdjęcia po zakupie sprzętu.
Konrad schował wizytówkę do kieszeni marynarki.
— Będę pamiętał.
Magda odprowadziła Lenę wzrokiem aż do drzwi wyjściowych. Kiedy Konrad pojawił się w progu sekretariatu, uniosła brwi.
— Jak mówiłam, pan Paweł lepiej sobie radzi z kobietami. On zwykle nie kończy rozmowy darowizną.
Konrad machnął ręką i wrócił do gabinetu.
Atesty nadal leżały na biurku. Usiadł, przeczytał dwa wiersze i odłożył dokument.
Wyjął wizytówkę. Po chwili schował ją z powrotem. Wieczorem wyjął ją jeszcze raz i zadzwonił. Kilka miesięcy później.
Konrad mieszkał na ostatnim piętrze nowego apartamentowca. Mieszkanie było duże, urządzone oszczędnie. Paweł wszedł do salonu i od razu zobaczył damskie buty przy ścianie.
— Masz gościa?
Z sypialni wyszła kobieta w białej koszuli Konrada. Miała ciemne włosy do ramion i bose stopy. Koszula była zapięta niedbale; Paweł uniósł brwi, a Lena bez skrępowania poprawiła jeden guzik.
— Cześć, Paweł.
— Lena.
— Widzę, że rodzinny wieczór.
Konrad podał jej kluczyki leżące na komodzie.
— Weź moje auto. Twoje zostaw.
Lena spojrzała na Pawła, potem na Konrada.
— Mam zniknąć?
— Na dziś.
— Romantyk.
Podeszła do niego, poprawiła mu kołnierz koszuli i pocałowała krótko.
— Oddaj samochód z paliwem.
— Spróbuję.
— Kłamiesz coraz lepiej.
Wzięła płaszcz i wyszła.
Paweł patrzył za nią.
— Od kiedy?
— Od kilku miesięcy.
— I nic nie powiedziałeś?
— O czym?
— O niej.
Konrad nalał mu wody.
— Lena ma własne mieszkanie, własną pracę i własne życie. Spotykamy się, kiedy oboje chcemy.
— Marta też miała własne życie.
— Miała męża.
Paweł skrzywił się.
— Dzisiaj wszyscy są zabawni.
Konrad usiadł naprzeciwko.
— Pokaż zdjęcia jeszcze raz.
Przejrzeli kopertę. Konrad zatrzymał się przy fotografii z windy.
— Kamera była wysoko.
— Hotelowa?
— Albo ich.
— W pokoju też mieli kamerę.
— To już wiemy.
Paweł napił się wody.
— Myślisz, że Monika robi to zawodowo?
— Myślę, że ktoś znał twój zwyczaj.
— Jaki zwyczaj?
Konrad odłożył zdjęcie.
— Kobiety po interesach.
Paweł spojrzał na niego.
— Śledziłeś mnie?
— Mam oczy.
— Nigdy nic nie mówiłeś.
— Jesteś dorosły.
— Teraz mówisz.
— Teraz twój problem wszedł do firmy.
Paweł wstał i podszedł do okna.
— Pierwszy raz był na Białorusi.
— Pamiętam.
Odwrócił się.
— Wiedziałeś?
— Rano wyglądałeś jak człowiek, który pierwszy raz zdradził żonę.
— I nic.
— Co miałem zrobić? Zadzwonić do Marty?
Paweł oparł dłonie o parapet.
— Potem było łatwiej.
— To też widać.
— Pieniądze robią z człowiekiem dziwne rzeczy.
Konrad pokręcił głową.
— Pieniądze dają możliwość. Resztę robisz sam.
Paweł patrzył na światła miasta.
— Lena wie, kim jesteś?
— Wie.
— Ile zarabiasz?
— Pewnie się domyśla.
— I jej to nie rusza?
— Lubi dobre wino. Ja też.
— Proste.
— Tak ma być.
Telefon Pawła zadzwonił.
Numer zastrzeżony.
Włączył głośnik.
— Słucham.
— Rozmawiał pan z żoną?
Paweł spojrzał na Konrada.
— Tak.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Odważnie.
— Zdjęcia możecie wysłać proboszczowi.
Głos stracił odrobinę uprzejmości.
— Dokumenty nadal nas interesują.
Konrad wyciągnął rękę. Paweł podał mu telefon.
— To teraz posłuchaj mnie — powiedział Konrad. — Dokumentów nie dostaniecie. Do mojej siostry też więcej nie dzwonicie.
— Pan Konrad?
— Tak.
— Roman mówił, że jest pan trudniejszy.
— Roman dużo mówi.
— Pański wspólnik jest bardziej towarzyski.
— Był.
— Ludzie mają więcej niż jedną słabość.
Konrad rozłączył się.
Paweł spojrzał na niego.
— Był?
— Od dzisiaj.
Lena wróciła następnego wieczoru. Konrad otworzył jej drzwi. Weszła bez pytania, położyła kluczyki na komodzie.
— Zatankowany.
— Jednak.
— Dbam o cudze rzeczy.
Zdjęła płaszcz. Miała na sobie prostą czarną sukienkę.
— Paweł?
— U Radeckiego.
— Marta?
— Wściekła.
Lena podeszła do barku.
— Słusznie.
— Tak.
Nalała sobie wody.
— A ty?
— Co ja?
— Od dwóch dni jesteś tutaj ciałem. Głową siedzisz w firmie.
Konrad oparł się o stół.
— Ktoś wszedł nam w bank, urząd i księgowość.
— I do łóżka Pawła.
Spojrzał na nią.
— Szybko łapiesz.
— Jestem fotografem. Żyję z patrzenia.
Lena podeszła bliżej.
— A teraz patrzę na faceta, który od wczoraj śpi po trzy godziny.
— Cztery.
— Bohater.
Dotknęła jego karku. Konrad objął ją w talii.
— Zostajesz?
— Zależy.
— Od czego?
— Czy będziesz ze mną, czy z Karskim.
Pocałował ją spokojnie, ale Lena od razu odebrała mu to tempo. Chwyciła go za koszulę i przyciągnęła bliżej. Nie potrzebowali ostrożnego sprawdzania granic; znali już swoje zatrzymania i przyspieszenia. Kiedy Konrad na moment się odsunął, Lena poszła za nim, nie pozwalając, żeby wrócił myślami do firmy.
Przesunęła dłonią po jego piersi, potem pod rozpięty kołnierz koszuli. Konrad patrzył na nią chwilę bez ruchu.
— Nadal myślisz.
— Już mniej.
— Słabo się staram?
Konrad uśmiechnął się.
— Przeciwnie.
Konrad posadził ją na krawędzi stołu. Czarna sukienka podsunęła się na udach. Lena tym razem jej nie poprawiła. Oparła dłonie za sobą i spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Stół kosztował fortunę.
— Możesz go odkupić.
— Znowu pieniądze.
Przyciągnęła go bliżej kolanami. Konrad położył dłonie na jej udach, zatrzymał je tam na sekundę, a potem pocałował ją mocniej. Lena odpowiedziała bez wahania.
Później czarna sukienka leżała na oparciu krzesła, a koszula Konrada obok niej. Za oknami świeciło miasto. Lena leżała przy nim z głową na jego ramieniu, rozgrzana, z dłonią położoną płasko na jego piersi. Jeszcze przez chwilę oddychali szybciej niż zwykle.
— Teraz jesteś tutaj? — zapytała.
— Teraz tak.
Przez kilka minut leżeli w ciszy. Telefon zawibrował na podłodze. Konrad sięgnął po niego. Lena westchnęła.
— Wiedziałam.
Wiadomość była od Radeckiego.
„Przyjedź rano. Mamy problem z Milewską.”
Konrad odłożył telefon.
— Duży?
— Rano się okaże.
Lena obserwowała jego twarz.
— Kiedyś ktoś cię nauczył wyłączać?
— Próbował.
— I?
— Zrezygnował.
— Ja mam więcej cierpliwości.
Przesunęła palcem po jego ramieniu. Konrad pocałował ją w czoło.
— To może być wada.
Rozdział 8. Trzy kopie
Kilka miesięcy później, już po kontroli w Braniewie, Radecki miał na biurku trzy kopie: fakturę białoruskiego dostawcy, zestawienie z banku i wydruk z firmowego systemu.
— Milewska drukowała dokumenty po godzinach — powiedział. — Nie raz. Od czterech miesięcy.
Paweł siedział z boku, niewyspany i nieogolony.
— Może pracowała.
Radecki spojrzał na niego.
— W soboty o dwudziestej drugiej?
— Ludzie mają ambicje.
— Ta miała pendrive.
Konrad wziął wydruk.
— Skąd wiesz?
— Informatyk sprawdził logi stacji. Kopiowała katalogi kontrahentów, zestawienia dostaw i część dokumentów bankowych.
Paweł przetarł twarz.
— Zwolnić.
— Jeszcze nie — powiedział Konrad.
— Co chcesz z nią zrobić?
— Zobaczyć, dla kogo pracuje.
Radecki odsunął dokumenty.
— Bez samowolki. Jeżeli mamy przestępstwo, zbieramy materiał i idziemy właściwą drogą.
Konrad przyjrzał mu się bez słowa.
— A jeśli właściwa droga prowadzi do Karskiego?
— Wtedy tym bardziej chcę papier.
Paweł wstał.
— Papier. Zawsze papier.
— Dzięki papierowi nadal macie firmę — powiedział Radecki.
Sekretarka zapukała.
— Panie Konradzie, na bazie jest policja.
Paweł odwrócił się.
— Po co?
— Mówią, że w sprawie paliwa.
Konrad spojrzał na Radeckiego. Prawnik włożył dokumenty do teczki.
— No to jedziemy.
Na bazie stały dwa radiowozy i nieoznakowany samochód. Przy wadze zebrało się kilku kierowców. Kierownik zmiany czekał przed dyspozytornią.
— Co się stało? — zapytał Konrad.
— Zatrzymali jedną cysternę przy wyjeździe.
— Dlaczego?
— Twierdzą, że dokument przewozowy się nie zgadza.
Paweł spojrzał na niego.
— Która?
Kierownik podał numer.
Paweł pobladł.
Konrad zauważył.
— Znasz?
— To jedna z sześciu.
Radecki zatrzymał się.
— Miały stać.
Paweł milczał.
Konrad podszedł bliżej.
— Paweł.
— Sprzedałem jedną.
— Kiedy?
— Wczoraj.
— Mówiłem, że nic nie wyjeżdża bez kompletu.
— Miałem komplet.
— Radecki go widział?
Paweł popatrzył na prawnika.
Odpowiedź była jasna.
Konrad zacisnął szczękę.
— Komu?
— Firmie spod Olsztyna.
— Jakiej?
Paweł podał nazwę.
Radecki wyjął telefon.
— Sprawdzę.
Konrad patrzył na szwagra.
— Dlaczego?
— Bo codziennie płacimy postojowe, bank zaczął się cofać, urząd siedzi nam w księgach, a ty każesz wszystkim czekać. Chciałem pokazać, że firma jeszcze działa.
— Pokazałeś.
Paweł zrobił krok w jego stronę.
— Nie jestem twoim pracownikiem.
— Dzisiaj zachowałeś się gorzej. Pracownika mógłbym zwolnić.
Policjant podszedł do nich.
— Który z panów jest właścicielem?
Konrad i Paweł odpowiedzieli jednocześnie.
— Obaj.
Policjant spojrzał na nich, potem na Radeckiego.
— W takim razie zapraszam obu. Mamy kilka pytań.
Za ogrodzeniem bazy stał ciemny samochód. Tym razem nie było to Volvo.
Konrad patrzył na niego chwilę. Ktoś po drugiej stronie przedniej szyby podniósł telefon do ucha.
Policjanci zabrali dokumenty cysterny i kopię wyniku laboratoryjnego. Radecki został z nimi przy dyspozytorni, a Konrad wyciągnął Pawła na plac.
— Kto cię namówił?
— Nikt.
— Sam znalazłeś odbiorcę?
Paweł spojrzał w stronę zatrzymanej cysterny.
— Zadzwonił człowiek, którego znam z transportu. Powiedział, że firma pod Olsztynem bierze produkt w takich parametrach. Mieli swój papier, technolog miał opis.
— Nazwisko.
— Zbyszek Kulig.
— Skąd go znasz?
— Z klubów. Z Gdańska, może z Elbląga. Woził ludziom paliwo, zna pół rynku.
Konrad odczekał.
— Z klubów.
— Tak.
— I po telefonie faceta z klubu wypuściłeś wagon, który kazałem zatrzymać?
— Nie wagon. Towar z wagonu.
— To poprawia sytuację?
Paweł odwrócił się gwałtownie.
— Wiesz co? Mam już dość tego tonu.
— A ja mam dość odkrywania po fakcie, że wspólnik robi rzeczy, których nie podpisałby własnym nazwiskiem przy prawniku.
— Podpisałem swoim.
— Dlatego policja stoi na placu.
Paweł zrobił krok w jego stronę, ale zatrzymał się.
— Myślisz, że wszystko da się przeczekać. Bank, urząd, Karskiego, zdjęcia, Martę. Zamknąć bramę i czekać, aż problem sam zdechnie.
— Nie.
— To co robisz?
— Szukam człowieka, który wszedł nam do środka.
— Ja też zacznę.
— Ty najpierw przestaniesz pomagać tym po drugiej stronie.
Radecki wyszedł z dyspozytorni.
— Panowie.
Obaj spojrzeli na niego.
— Policja chce zabrać próbki i dokumentację tej partii. Nie będziemy im przeszkadzać. Za godzinę chcę mieć kopie wszystkiego u siebie.
Paweł wskazał zatrzymaną cysternę.
— Zatrzymają kierowcę?
— Na razie przesłuchają. Bardziej interesuje ich to, kto podjął decyzję o wydaniu produktu.
— Czyli ja.
— Czyli podpis.
Radecki popatrzył na niego chłodno.
— Jeżeli jeszcze raz zrobisz coś obok ustalonej procedury, nie będę cię wyciągał z problemu, którego sam nie widzę.
Paweł zacisnął szczękę.
— Wszyscy dzisiaj ustawiają mnie do pionu.
— Może jest powód.
Radecki odszedł w stronę biura.
Konrad wyjął telefon.
— Daj mi numer Kuliga.
— Po co?
— Chcę wiedzieć, czy człowiek, który znalazł ci kupca na trefną partię, przypadkiem nie zna Moniki.
Paweł znieruchomiał.
Przez kilka sekund patrzyli na siebie.
— Kurwa — powiedział cicho.
Dopiero wtedy sam zobaczył połączenie.
Rozdział 9. Kulig
Kulig nie odbierał.
Po rozmowie z Martą Paweł przez dwie noce prawie nie spał. Pierwszej próbował przekonać sam siebie, że najważniejsze jest uratowanie małżeństwa. Drugiej zrozumiał, że szantaż już przestał działać. Zdjęcia mogły go zranić, ale nie mogły odebrać mu niczego, czego Marta już nie wiedziała. Został gniew.
Nie powiedział Konradowi, że gniew popchnął go do telefonów do Kuliga. Wiedział, co usłyszy: zostaw to Radeckiemu, nie jedź sam, nie pokazuj im, że trafili. Przez lata znosił ostrożność Konrada, bo zwykle prowadziła do wyniku. Teraz chciał przede wszystkim zobaczyć twarz człowieka, który zrobił z niego narzędzie.
Paweł dzwonił trzy razy z własnego telefonu, potem z aparatu kierownika zmiany. Za czwartym razem numer był wyłączony.
Wieczorem pojechał do Gdańska.
Konradowi powiedział, że jedzie do Marty. Marcie wysłał wiadomość, że musi zostać na bazie. Od dawna oba kłamstwa nie miały związku z kobietą.
Hotelowy bar wyglądał inaczej w środku tygodnia. Przy stolikach siedziało kilka osób z identyfikatorami konferencji. Ten sam barman ustawiał kieliszki na podświetlanej półce.
Paweł usiadł przy końcu lady.
— Monika. Ciemne włosy. Była tu trzy dni temu.
Barman nawet nie podniósł głowy.
— Dużo osób tu bywa.
Paweł położył banknot na blacie.
— Pamiętasz.
Barman przesunął banknot z powrotem.
— Kamery są w hotelu. Recepcja ma regulamin. Ja nalewam alkohol.
— A Kulig?
Tym razem spojrzał.
— Jaki Kulig?
Paweł zobaczył drobną zmianę w jego twarzy.
— Zbyszek. Transport. Łysy, niższy ode mnie. Lubi koniak i opowiada wszystkim, że zna ludzi w Warszawie.
— Nie kojarzę.
— Kojarzysz.
— Proszę pana, naprawdę mam pracę.
Paweł został jeszcze godzinę. Zamówił jedną whisky i prawie jej nie ruszył. Obserwował ludzi przy wejściu.
Przed północą zobaczył znajomą twarz.
Nie Kuliga.
Mężczyzna, który wszedł do baru, siedział dwa stoliki dalej w noc z Moniką. Wtedy Paweł nie zwrócił na niego uwagi. Teraz rozpoznał kwadratową głowę i jasną bliznę przy uchu.
Mężczyzna nie zamawiał niczego. Zamienił kilka słów z barmanem i wyszedł.
Paweł zostawił pieniądze za whisky.
Na parkingu mężczyzna wsiadł do srebrnego Passata. Paweł zapisał numer rejestracyjny na odwrocie hotelowego rachunku.
Nie ruszył za nim od razu. Odczekał, aż samochód wyjedzie na główną ulicę, potem włączył silnik.
Passat pojechał w stronę Wrzeszcza, później skręcił na teren z magazynami i warsztatami. Paweł trzymał dystans. Raz stracił go na światłach, ale po dwóch przecznicach zobaczył samochód ponownie.
Mężczyzna zatrzymał się przed niskim budynkiem bez szyldu. Przy wejściu paliło się czerwone światło. Dwa auta stały przy ścianie: granatowe BMW i ciemne Volvo.
Paweł zwolnił. Volvo. Przejechał dalej, skręcił za magazynem i zatrzymał się na bocznej ulicy.
Wybrał numer Konrada, ale nie nacisnął połączenia. Schował telefon.
Przez pół godziny obserwował wejście. Najpierw wyszedł mężczyzna z blizną, potem dwóch innych. Ostatni pojawił się Sroka.
Paweł poczuł, jak robi mu się gorąco. Jerzy Sroka rozejrzał się po placu, wsiadł do Volvo i odjechał.
Paweł zrobił zdjęcie numeru aparatem w telefonie.
Zadzwonił.
Konrad odebrał po pierwszym sygnale.
— Gdzie jesteś?
— W Gdańsku.
— Miałeś być u Marty.
— Znalazłem Srokę.
— Gdzie?
Paweł podał ulicę.
— Wracaj.
— Chcę zobaczyć, kto jeszcze tu przyjeżdża.
— Wracaj.
— Konrad, ten sam typ siedział w hotelu, kiedy byłem z Moniką. Potem przyjechał tutaj. Sroka wyszedł z tego samego miejsca. I stoi tu Volvo takie jak przy bazie.
— Numer?
Paweł odczytał.
— Masz zdjęcia?
— Mam.
— Wyślij mi i jedź.
— Jeszcze piętnaście minut.
— Paweł.
— Piętnaście.
Rozłączył się.
Konrad patrzył przez chwilę na telefon.
Potem zadzwonił do Radeckiego.
Radecki przyjechał do mieszkania Konrada po pierwszej w nocy. Miał na sobie płaszcz narzucony na sweter i minę człowieka, któremu ktoś zepsuł sen bez dobrego powodu.
Konrad pokazał mu zdjęcia.
— Sroka — powiedział prawnik.
— Tak.
— Numer Volvo?
— Zgadza się z końcówką zapisaną przez ochronę przy bazie.
Radecki przybliżył zdjęcie Passata.
— Tego nie znam.
— Paweł widział kierowcę w hotelu.
— Czyli mamy lokal, trzy samochody i Srokę. To dużo jak na jedną noc, mało jak na oskarżenie.
— Wystarczy na początek.
— Dla ciebie. Paweł nie powinien tam wracać.
Konrad spojrzał na zegarek.
— Nadal nie wrócił.
— Dzwoń.
Paweł odebrał po kilku sygnałach.
— Jadę.
— Gdzie jesteś?
— Obwodnica.
— Ktoś za tobą jedzie?
Paweł zerknął w lusterko.
— Kilka samochodów.
— Nie żartuj.
— Nie żartuję.
Przez chwilę słyszał tylko szum drogi.
— Dobra. Jeden siedzi od kilku kilometrów. Czarny Mercedes.
Radecki podniósł wzrok.
Konrad mówił spokojniej.
— Nie jedź do domu. Nie jedź do mnie. Zjedź na stację, gdzie są ludzie i kamery.
— Dam radę.
— Paweł.
— Zjadę.
Połączenie się skończyło.
Radecki usiadł.
— On się boi?
— Jeszcze nie.
— To źle.
Paweł rzeczywiście zjechał na stację. Mercedes przejechał dalej.
Kupił kawę, wyszedł po dziesięciu minutach i pojechał w stronę Elbląga. Dopiero wtedy zadzwonił ponownie.
— Zniknął.
— Przyjedź do mnie.
— Jadę do Marty.
— Teraz?
— Chcę zobaczyć dzieci.
Konrad nic nie powiedział.
— Jutro rano będę u Radeckiego — dodał Paweł. — Mam jeszcze jedną rzecz.
— Jaką?
— Widziałem Kuliga.
— Gdzie?
— Wyszedł z tego budynku, kiedy już miałem odjeżdżać.
— I dopiero teraz mówisz?
— Bo pojechałem za nim kawałek.
Konrad zamknął oczy.
— Dokąd?
— Klub przy starej hali. Znam go. Bywaliśmy tam kilka razy po spotkaniach.
— Z Moniką?
— Nie. Ale dziewczyny się zmieniały. Obsługa nie.
Radecki słyszał rozmowę.
— Powiedz mu, żeby niczego więcej nie sprawdzał — powiedział.
Konrad powtórzył.
Paweł parsknął.
— Jutro.
— Dzisiaj.
— Jest druga w nocy.
— Więc do rana niczego nie rób.
— Jak ojciec.
— Ojca byś może posłuchał.
— Ciebie też czasem słucham.
— Za rzadko.
Paweł roześmiał się.
— Dobranoc, braciszku.
Rozłączył się.
Radecki popatrzył na Konrada.
— On zacznie drążyć.
— Wiem.
— Zatrzymaj go.
— Spróbuję.
Radecki zebrał wydruki.
— Kopie zostają u mnie.
— Wszystkie.
— I od teraz wszystko, co Paweł znajdzie, trafia do mnie. Daty, numery, zdjęcia, nazwiska. Żadnych samotnych rajdów.
Konrad spojrzał na ekran telefonu. Zdjęcie Sroki było rozmazane, ale twarz dało się rozpoznać.
— Jeżeli Sroka wystawił Pawła, Karski znał nas wcześniej, niż usiadł z nami przy stole.
— Możliwe.
— A jeżeli znał jego kluby, kobiety i hotel?
Radecki włożył telefon do kieszeni płaszcza.
— To ktoś obserwował Pawła dłużej niż trzy dni.
Rozdział 10. Ciemne Volvo
Przez następne cztery dni Paweł udawał, że przestał szukać.
Udawanie było trudniejsze niż samo szukanie. W firmie odpowiadał żartem na pytania kierowców, sprawdzał faktury i kłócił się z przewoźnikiem o opóźniony zestaw. Kilka razy złapał się na tym, że patrzy przez okno na drogę, szukając ciemnego Volvo. Konrad zauważał, ale nie komentował.
Wieczorem Paweł wracał do pustego mieszkania. Marta nie pozwoliła mu jeszcze wrócić do domu. Dzwonił do dzieci, a po rozmowie odkładał telefon obok notesu z numerami. Rodzina i dochodzenie leżały na tym samym stole. Z każdym dniem trudniej było mu udawać, że można uratować jedno bez ryzyka dla drugiego.
Rano przychodził do firmy, odpowiadał na pytania policji, a raz pojechał z Radeckim do urzędu. Dwa razy próbował porozmawiać z Martą. Za drugim razem wpuściła go do domu, ale został w kuchni. Dzieci zeszły po wodę i rzuciły mu się na szyję. Kiedy odjeżdżał, długo siedział w samochodzie.
Wieczorami dzwonił.
Nie do kobiet.
Do kierowców, barmanów, właścicieli transportu, ludzi poznanych przez ostatnie trzy lata. Pytał o Kuliga.
Pierwszy konkretny trop dał mu kierowca z Malborka.
— Zbyszek robi teraz dla ludzi z ochrony — powiedział. — Takiej firmy z Gdańska. Orkan czy coś.
— Orkan Ochrona?
— Chyba. Mają biuro koło starej chłodni.
Nazwa pojawiła się już w notatce Marka Kuleszy o Karskim.
Paweł pojechał do Radeckiego. Prawnik przeczytał kartkę dwa razy.
— Skąd to masz?
— Od kierowcy.
— Imię?
— Nie zapiszę.
— Dlaczego?
— Ma rodzinę.
Radecki odłożył kartkę.
— To zaczynasz rozumieć ryzyko.
— Od początku rozumiałem.
— Nie. Od początku uważałeś, że ryzyko dotyczy pieniędzy.
Paweł usiadł.
— Kulig pracuje dla firmy powiązanej z Karskim. Facet z hotelu spotyka się ze Sroką. Volvo obserwowało bazę. Monika dostała mnie dokładnie wtedy, kiedy pojawił się temat sześciu wagonów.
— To nadal łańcuch poszlak.
— Ale łańcuch.
— Tak.
Radecki wyjął cienką teczkę.
— Dlatego wszystko od dzisiaj trafia tutaj.
Na okładce napisał: „P.”
— Co to?
— Twoje znaleziska. Gdybyś znowu postanowił być detektywem, przynajmniej ktoś będzie wiedział, od czego zacząłeś.
Paweł uśmiechnął się.
— Martwisz się o mnie?
— O dokumenty. Ty jesteś dodatkiem.
— Lubię cię.
— To niedobrze świadczy o twoim stanie.
Telefon Pawła zadzwonił.
Nieznany numer.
— Słucham.
Męski głos powiedział:
— Szuka pan Zbyszka Kuliga.
Paweł spojrzał na Radeckiego.
— Kto mówi?
— Ktoś, kto wie, gdzie go znaleźć.
— Słucham.
— Dzisiaj. Dwudziesta pierwsza. Zajazd przy starej siódemce, za Pasłękiem. Przyjedzie pan sam.
Radecki pokręcił głową.
Paweł wstał i odszedł dwa kroki.
— Dlaczego miałbym?
— Bo Kulig opowiedział o panu za dużo ludziom. O hotelach też.
Połączenie się urwało.
Paweł stał z telefonem przy uchu.
— Nie pojedziesz — powiedział Radecki.
— Pojadę.
— Nie.
— Jeżeli to ktoś od nich, chcę usłyszeć czego chce.
— A jeśli chce cię wyciągnąć na pustą drogę?
Paweł spojrzał na niego.
— To nie pojadę sam.
— Powiedział sam.
— On nie musi wiedzieć.
Radecki zadzwonił do Konrada.
Konrad nie próbował go przekonywać przez telefon. Przyjechał do kancelarii po dwudziestu minutach.
— Odwołujesz — powiedział.
— Nie.
— Paweł.
— Cztery dni temu mówiłeś, że mamy znaleźć człowieka, który wszedł do firmy.
— Znaleźć. Nie dać mu się zaprosić na własną egzekucję.
Paweł wskazał teczkę Radeckiego.
— Mamy Srokę. Mamy Orkan. Mamy Kuliga. Mamy lokal. Teraz ktoś sam dzwoni.
— Dlatego śmierdzi.
Paweł uśmiechnął się.
— Nawet ty się poprawiasz.
Radecki nie zareagował.
— Jeżeli już jedziecie, nie robicie żadnej konfrontacji. Miejsce publiczne. Konrad zostaje z boku. Paweł wchodzi, słucha i wychodzi. Jeżeli rozmowa skręca w groźby, kończysz.
— Dobrze.
Konrad nie odwrócił wzroku.
— Powtórz.
— Wchodzę, słucham, wychodzę.
— Telefon?
Paweł wyjął aparat.
Radecki podał mu mały dyktafon.
— Lepszy. Nie kombinuj z nim w trakcie.
— Legalne?
— Rozmowę, w której uczestniczysz, możesz utrwalić. Co z tym później zrobimy, ustalimy po odsłuchaniu.
O dwudziestej czterdzieści byli pod zajazdem. Konrad został w samochodzie po drugiej stronie parkingu.
Paweł wszedł sam.
W sali pachniało smażonym mięsem. Przy telewizorze siedziało dwóch kierowców. W rogu czekał Zbyszek Kulig.
Sam.
Paweł usiadł naprzeciwko.
— Ładnie mnie urządziłeś.
Kulig wyglądał gorzej niż zwykle. Miał zaczerwienione oczy i koszulę zapiętą pod szyję.
— Ja?
— Monika. Hotel. Towar spod Olsztyna.
— Ciszej.
— To mów.
Kulig rozejrzał się.
— Miałem tylko powiedzieć, gdzie bywasz.
— Komu?
— Sroce.
— Po co?
— Powiedział, że szuka ludzi do interesu. Potem chcieli nazwiska hoteli, kluby, gdzie jeździsz.
— I podałeś.
— Płacili.
Paweł pochylił się.
— Kto stał za Moniką?
— Nie znam jej.
— Karski?
Kulig zamilkł. Kulig odwrócił wzrok.
— Karski?
— Ja tego nazwiska nie powiedziałem.
— Sroka dla niego pracuje?
— Sroka pracuje dla każdego, kto płaci.
— A Orkan?
Kulig przetarł twarz.
— Ludzie z Orkana załatwiają rzeczy. Obserwacja, ochrona, czasem transport.
— Jakie rzeczy?
— Paweł, odpuść.
— Przez ciebie moja żona dostała zdjęcia.
— Mówili, że chcą tylko wiedzieć, gdzie bywasz. Potem poszło dalej.
— Ile dostałeś?
Kulig spojrzał na stół.
— Pięć tysięcy.
Paweł odchylił się na krześle.
Pięć tysięcy.
Tyle kosztowała informacja, gdzie śpi, z kim pije i jak łatwo wyciągnąć go z baru.
— Kto ci kazał zadzwonić z tym kupcem spod Olsztyna?
Kulig pobladł.
— Nikt.
— Kłamiesz.
— Nie mieszaj tego.
— Kto?
Kulig spojrzał za okno. Na parking wjechał czarny Mercedes.
— Musisz wyjść — powiedział.
Paweł odwrócił głowę.
— Oni wiedzą, że tu jesteś?
Kulig wstał.
— Wyjdź tyłem.
— Kto przyjechał?
— Paweł, kurwa, idź.
Pierwsze drzwi Mercedesa otworzyły się. Paweł wstał i ruszył w stronę zaplecza.
W kuchni minął kelnerkę, otworzył drzwi techniczne i wyszedł na ciemny plac za zajazdem.
Konrad już tam był.
— Do auta.
— Kulig został.
— Do auta.
Odjechali boczną drogą.
Dopiero po kilku kilometrach Paweł wyjął dyktafon.
— Mam go.
— Co?
— Powiedział, że Sroka sprzedał im moje miejsca. Powiedział o Orkanie. I prawie potwierdził Karskiego.
Konrad patrzył na drogę.
— Prawie nie wystarczy.
— Dla mnie wystarczy.
— Dla ciebie za dużo.
Paweł schował dyktafon.
— Teraz wiem, gdzie uderzyć.
Konrad zwolnił przed skrzyżowaniem.
— Nigdzie nie uderzysz.
— Zobaczymy.
Rozdział 11. Punkt zaczepienia
Następnego ranka kopia nagrania leżała u Radeckiego.
Prawnik przepisał nazwiska na osobnej kartce: Kulig, Sroka, Orkan, Karski. Pod spodem zanotował adres lokalu w Gdańsku i numery trzech samochodów.
— To jest punkt zaczepienia — powiedział. — Nic więcej.
Paweł siedział przy oknie.
— Mnie wystarczy.
— Tobie nic już nie wolno wystarczać.
Konrad oparł dłonie o biurko.
— Kulig się odezwie?
— Jeżeli przeżyje własny strach.
Paweł spojrzał na niego.
— Myślisz, że go ruszą?
— Myślę, że zobaczyli jego samochód przy zajeździe.
Telefon kancelarii zadzwonił. Sekretarka odebrała w drugim pokoju i po chwili weszła.
— Panie mecenasie, policja do pana Pawła.
Paweł wziął słuchawkę.
Słuchał długo.
— Rozumiem.
Odłożył.
— Kulig miał wypadek.
Konrad nie poruszył się.
— Kiedy?
— W nocy. Samochód wypadł z drogi pod Pruszczem. Nie żyje.
Radecki spojrzał na teczkę.
— Od tej chwili nie robicie nic sami.
Paweł wstał.
— Od tej chwili wiem, że miałem rację.
— To nie jest to samo.
— Dla mnie jest.
Wieczorem Paweł pojechał do Marty. Tym razem otworzyła mu drzwi.
Rozmawiali prawie godzinę.
Kiedy wychodził, Marta stała na ganku z rękami skrzyżowanymi na piersi.
— Nie chcę, żebyś przyjeżdżał bez telefonu — powiedziała.
— Dobrze.
— I nie wciągaj dzieci w wasze interesy.
Paweł spojrzał na okno ich pokoju.
— Nigdy.
— Mówisz to tak, jakbyś mógł coś zagwarantować.
Nie odpowiedział.
Podszedł do samochodu.
— Paweł.
Odwrócił się.
Marta zeszła jeden stopień.
— Uważaj na siebie.
Gniew nadal tam był, ale na moment ustąpił miejsca trosce.
— Będę.
Ruszył. Na końcu ulicy stało ciemne BMW z wyłączonymi światłami. Paweł minął je i pojechał dalej. Nie zadzwonił do Konrada, tylko skręcił w stronę Elbląga.
Miał adres człowieka z Orkanu zapisany na kartce w portfelu.
O pierwszej siedemnaście Konrad obudził się od telefonu.
Marta.
— Paweł był u mnie — powiedziała.
Konrad usiadł na łóżku.
— Kiedy?
— Wyjechał po jedenastej. Miał do ciebie jechać.
— Nie przyjechał.
Przez chwilę rozmowa się urwała.
— Borowski mówił, że widział jego samochód przy stacji przed Elblągiem — powiedziała Marta. — Pomyślałam, że może…
Konrad już się ubierał. Dzwonił do Pawła przez całą drogę. Telefon odpowiadał sygnałem, potem włączyła się poczta. O drugiej dostał telefon od policji.
Samochód znaleziono na drodze powiatowej kilka kilometrów za Pasłękiem. Zjechał z jezdni, uderzył w przepust i przewrócił się na bok.
Paweł nie żył.
Konrad dojechał przed trzecią.
Migające niebieskie światła przecinały ciemność. Samochód leżał za rowem z rozbitą przednią częścią, a strażacy stali przy wozie. Policjant zatrzymał Konrada przed taśmą.
— Rodzina?
— Szwagier. Wspólnik.
Policjant skinął głową.
— Lekarz stwierdził zgon na miejscu.
Konrad patrzył na drogę.
Asfalt był suchy.
— Co się stało?
— Na razie wygląda na utratę panowania nad pojazdem.
— Ślady hamowania?
— Technik pracuje.
Konrad nic więcej nie powiedział. Czterdzieści minut później przyjechał Radecki i stanął obok.
— Marta wie?
— Jeszcze nie.
— Pojadę z tobą.
Konrad spojrzał na rozbity samochód.
— Miał jechać do mnie.
— Skąd wiesz?
— Marta tak myślała.
Radecki milczał.
Policjant przyniósł rzeczy znalezione przy Pawle: portfel, klucze, zegarek, telefon z pękniętym ekranem.
Konrad przejrzał je.
— Brakuje kartki.
— Jakiej?
— Miał adres człowieka z Orkanu.
Radecki popatrzył na niego.
— Jesteś pewien?
— Widziałem ją rano.
Konrad odblokował telefon Pawła. Znał już ostatnie połączenia i wiadomości.
Zdjęcia z Gdańska zostały usunięte.
— Kopie mamy — powiedział Radecki.
Konrad odczekał chwilę, zanim odpowiedział.
— Oni o tym nie wiedzą.
Prawnik trzymał wzrok na wraku.
— I niech tak zostanie.
Rozdział 12. Kubek Pawła
Marta nie krzyczała.
Krzyk byłby dla Konrada łatwiejszy. Znał Martę od dzieciństwa i wiedział, co robi, kiedy jest zła. Nie znał jej w takim bezruchu. Na stole stał kubek Pawła z wyszczerbionym uchem. Nikt go nie schował.
Konrad patrzył na ten kubek dłużej niż na twarz siostry. Jeszcze tydzień wcześniej Paweł siedział przy tym samym stole i próbował tłumaczyć fotografie z hotelu. Teraz wszystko, co wtedy wydawało się katastrofą, wyglądało jak drobna rodzinna awantura, za którą można byłoby oddać bardzo dużo.
Usiadła przy kuchennym stole dokładnie tam, gdzie kilka dni wcześniej Paweł powiedział jej o Monice.
Konrad powiedział dwa zdania. Marta patrzyła na niego długo.
— Był pijany?
— Nie wiem.
— Zawsze mówiłeś, że po alkoholu nie jeździ.
— Tak.
— To dlaczego?
Konrad nie odpowiedział. Na górze spały dzieci. Marta zakryła twarz dłońmi.
— Wczoraj powiedziałam mu, żeby uważał.
Konrad usiadł obok.
— Słyszał.
— I co z tego?
Nie miał odpowiedzi.
Rano pod domem pojawił się obcy samochód.
Po południu drugi.
Trzeciego dnia mężczyzna zadzwonił domofonem i powiedział, że jest z firmy ubezpieczeniowej. Marta nie otworzyła. Ubezpieczyciel później potwierdził, że nikogo nie wysyłał.
Tego samego wieczoru zadzwonił Marek Kulesza. Nie chciał rozmawiać przez telefon. Spotkali się na parkingu przy całodobowej stacji, kilkanaście kilometrów od miasta.
Marek nie wysiadł z samochodu. Konrad usiadł obok niego.
— Sprawa Pawła idzie jako wypadek — powiedział Marek.
— Po trzech dniach?
— Na razie oficjalnie niczego nie zamknęli. Technik nie znalazł śladu, który zmusiłby ich do wersji z udziałem osób trzecich. I jest nacisk, żeby nie szukać szerzej.
— Czyj?
— Gdybym miał nazwisko, powiedziałbym. Mam tylko kierunek.
Konrad oparł dłoń o deskę rozdzielczą.
— Brakowało kartki. Ktoś usunął zdjęcia z telefonu.
— Wiem, co mi mówiłeś. W aktach tego nie ma.
— Czyli umorzą.
— Jeśli nic nowego nie wejdzie, bardzo możliwe.
Marek spojrzał przez przednią szybę. Na stacji kierowca ciężarówki nalewał kawę do papierowego kubka.
— Jest jeszcze coś. Ktoś pyta, jak wyglądały wasze rozliczenia z ostatnich dwóch lat i czy po zamknięciu firmy zostanie materiał na zarzuty gospodarcze wobec ciebie. Bez pisma. Tak samo jak wcześniej.
— Zatrzymanie?
— Nie wiem. Ale jeśli pytasz, czy potrafią spróbować, odpowiedź brzmi: tak.
— A ty mi pomożesz?
Marek odwrócił głowę.
— Mogę ci powiedzieć, że robi się źle. Nie wyciągnę cię z aresztu, jeśli ktoś zbuduje pod niego papiery.
— Wystarczy.
— Nie. To za mało. Wywieź rodzinę i przestań zakładać, że oni grają według zasad, które znasz.
Konrad wysiadł bez pożegnania. Konrad pojechał do Radeckiego.
Na biurku leżała teczka oznaczona literą „P”.
— Wywozimy ich — powiedział.
— Dokąd?
— Szwajcaria.
Radecki uniósł wzrok.
— Masz tam kogoś?
— Mam możliwość załatwienia mieszkania i spokojnego początku. Resztę zrobię legalnie. Bez kombinowania z dokumentami.
— Dobrze.
— Marta ma wiedzieć tyle, ile potrzebuje.
— A dzieci?
— Że jadą na jakiś czas.
Radecki otworzył teczkę.
— Paweł zostawił nam coś ważniejszego niż sądził.
Przesunął kartkę w stronę Konrada. Nazwiska. Numery samochodów. Adres w Gdańsku. Orkan. Sroka. Kulig. Karski.
— To nie jest dowód całej operacji — powiedział prawnik. — To mapa początku.
Radecki nie zaznaczył przy nazwiskach winy. Dopisał tylko to, co dało się już obronić: kto pojawił się przy firmie, kto znał dane, kto prowadził kontakt, kto był widziany przy Pawle. Przy Karskim zostawił dwa znaki zapytania.
Konrad patrzył na kartkę.
— Kulig nie żyje. Paweł nie żyje.
— Dlatego oni będą uważać, że trop umarł razem z nimi.
— A ta teczka?
Radecki zamknął ją.
— Zostaje u mnie.
Konrad podniósł wzrok.
— Jeżeli coś stanie się tobie?
— Wtedy ktoś ją znajdzie.
— Kto?
Radecki oparł się w fotelu.
— Im mniej osób znasz, tym lepiej dla nich.
Konrad przez moment chciał zaprotestować.
Nie zrobił tego.
— Szwajcaria najpierw.
— Tak.
— Potem firma.
Radecki skinął głową.
— Potem ty.
Konrad spojrzał na teczkę Pawła.
Od śmierci szwagra widział głównie stratę. Teraz w teczce leżało coś jeszcze.
Był tam początek drogi.
Pogrzeb odbył się sześć dni później.
Marta stała między Konradem a starszym synem, podczas gdy młodszy przez większość mszy patrzył w podłogę. Na cmentarzu zaczął padać drobny deszcz.
Ludzi było więcej, niż Konrad się spodziewał. Kierowcy z bazy, pracownicy biura, kilku kontrahentów. Sroka przyszedł sam.
Konrad zobaczył go przy bramie.
Czarny płaszcz, parasol, twarz człowieka, który zna rodzinę zbyt dobrze, żeby nie przyjść. Stał z tyłu. Po ceremonii podszedł do Marty.
— Bardzo mi przykro.
Marta skinęła głową.
— Dziękuję.
Sroka wyciągnął rękę do Konrada.
— Straszna rzecz.
Konrad jej nie przyjął.
Sroka cofnął dłoń.
— Rozumiem.
— Nie sądzę.
Przez moment patrzyli na siebie.
— Paweł był dobrym człowiekiem — powiedział Sroka.
— Znałeś go dobrze?
— Wystarczająco.
— Ja też.
Sroka poprawił rękawiczki.
— Gdybyście czegoś potrzebowali…
— Odezwę się.
Sroka odszedł.
Radecki pojawił się obok dopiero wtedy.
— Chciałeś go uderzyć?
— Nie.
— To dobrze.
— Chciałem zobaczyć, czy się boi.
— I?
Konrad patrzył za Sroką.
— Jeszcze nie.
Po stypie Marta zamknęła się z dziećmi w domu. Konrad został z Radeckim w samochodzie.
— Wyjazd jest gotowy — powiedział prawnik. — Mieszkanie na początek też.
— Kiedy?
— Za dwa dni.
— Samolot?
— Samochodem będzie spokojniej. Nikt nie robi niczego nielegalnego. Jadą jako rodzina do Szwajcarii i mają do tego pełne prawo.
Konrad skinął głową.
— Jadę z nimi do granicy.
— Nie.
Spojrzał na Radeckiego.
— Dlaczego?
— Bo jeśli ktoś obserwuje Martę, zobaczy ciebie przy każdym kroku. Ty zostajesz tutaj i robisz to, czego się po tobie spodziewają. Pogrzeb. Firma. Bank. Urząd.
— A oni?
— Pojadą z człowiekiem, któremu ufam.
Konrad nie lubił tego.
Radecki zauważył.
— Nie możesz osobiście kontrolować każdego kilometra.
— Mogę próbować.
— I dlatego kiedyś będziesz potrzebował planu, którego sam nie będziesz mógł kontrolować.