Powieść dedykuję niezmiennie Tej Jedynej.
Byłaś, jesteś i będziesz siłą sprawczą i muzą w jednym.
To dla Ciebie, Ewuś.
Wstęp
Warszawa nigdy nie odpoczywa. Paryż północy nigdy nie śpi. Po zmroku jest nawet bardziej ożywiona. Atrakcyjna. Ba, mogłoby się zdawać, że stolica pięknieje tuż po zachodzie słońca niczym księżniczka z bajki obarczona klątwą złośliwej czarownicy.
Lata dziewięćdziesiąte XX wieku nie były dobre dla Polski. Nie były też łaskawe dla Warszawy. Zachłyśnięcie się dopiero co odzyskaną wolnością szybko wywołało czkawkę. Ludzie ubożeli, a miasta popadały w ruiny. Peerelowskie koszmarki architektoniczne stawały się coraz brzydsze, co dodatkowo podkreślały nowo powstające budynki. Noc okazała się więc litościwa także tu, w stolicy. Noc ukrywała szpetotę i dawała pole wyobraźni. To dzięki niej Warszawa mogła znów przypominać Paryż północy.
Były i są w stolicy miejsca szczególne, gdzie ściągają ludzie z całej Polski, a nawet z całego świata. Kotły wymieszanych ras, płci, kultur i poglądów. Domy studenckie. Tak jak cała Warszawa — a może nawet bardziej — uwielbiały noc. A może to noc je uwielbiała? Wstydliwie zasłaniała brzydotę zwłaszcza tu, na ulicy Żwirki i Wigury, gdzie obskurne akademiki późną porą zamieniały się w tolkienowskie dwie wieże. Magia nocy czyniła cuda.
Z nastaniem ciemności przychodziły dźwięki. Głośne. Taka próba przegonienia nocnych strachów. Z pobliskiego klubu dobiegało brzmienie rockowej muzyki i nie cichło do trzeciej nad ranem. Dwie wieże nie pozostawały dłużne. Mieszanka krzyków, śmiechów i głośnej muzyki atakowała z każdego piętra. Niekończąca się nocna, szampańska zabawa, której ulegał każdy. Nawet ci, którzy bawić się nie chcieli, nie mieli wyjścia — musieli ulec nocnemu czarowi stolicy.
Fantazja, pobudzona alkoholem, żyła swoim nocnym życiem. Nikogo nie dziwiły tu nogi zwieszone na zewnątrz z okiennego parapetu czy spacery po gzymsie na dziesiątym piętrze. Ja nie dam rady? Założysz się? Założysz? No o co chcesz? No o co? Nie dziwiły wylatujące z okien butelki. Czasem, choć rzadziej, latały też meble. Może tylko lecący człowiek przykułby czyjąś uwagę i wywołał inną reakcję niż pijany śmiech.
Zawiedziona miłość? Zakład? Zwykła głupota? Może zła wola? A może tylko przypadek? Nikt nie mówił o tym, dlaczego pewnej głośnej nocy z ósmego piętra DS2 wypadł człowiek. Nikt też tego zapewne nie zauważył. Lot nie trwał długo. Zakończył się cichym puf na dawno niekoszonym trawniku. Ciało leżało samotnie gdzieś pomiędzy dwiema wieżami. Leżało do rana, czekając na pierwszych spacerowiczów, a może na pierwszego porannego kac papierosa wypalanego w drzwiach balkonowych akademickiego korytarza. Co to? Kto to? Ale musiał jebnąć. Ciekawe z którego zleciał? Akademik budził się do życia. Gapiów przybywało.
Rozdział 1
Pułapka
Dwa bliźniacze wieżowce wznosiły się wysoko i zasłaniały błękit nieba. Wraz z cieniem przyciągały niewesołe myśli. Młody chłopak stał przez chwilę z głową zadartą do góry i ze zdumieniem przyglądał się zniszczonym budynkom. Szara, poplamiona elewacja, popękane tu i ówdzie szyby i gazety zasłaniające niektóre okna wywoływały tylko jedno skojarzenie.
— Budynek jak z Mad Maxa — wyszeptał pod nosem — można by tu kręcić nawet horror.
Wzruszył ramionami i poprawił na nich paski starego, harcerskiego plecaka. Zielony materiał przesunął się lekko i uwolnił spod długich, ciemnych włosów wyblakle napisy, raczej nietypowe w tym mieście. O ile jeszcze litery układające się w nazwę Iron Maiden niekoniecznie musiały przeszkadzać miejscowym, to już wyrysowane godło z białą gwiazdą i dla pewności podpisane Wisła Kraków mówiły jedno. Do Warszawy przyjechał właśnie samobójca.
Brunet jeszcze raz wzruszył ramionami i niespiesznie podreptał nierównym chodnikiem pomiędzy budynkami. Przystanął na chwilę i zapatrzył się nie wiadomo gdzie, nie wiadomo dlaczego. Zaniedbany trawnik, w który wbił wzrok, nie dawał powodów do zbyt długiej kontemplacji. Potrząsnął głową, jakby próbował się wyrwać z odrętwienia, i podjął przerwaną wędrówkę. Kiedy znalazł się przed wieżowcami, odszukał czerwoną tabliczkę z napisem DS 1 i właśnie tam skierował swoje kroki. Ciężkie i przeszklone drzwi otwierały się z trudem, jakby nie chcąc wpuścić intruza. A może dawały mu szansę?
— Nie wchodź tu — zdawały się mówić.
— Zawróć.
— Zawróć, póki nie jest za późno.
Nie posłuchał. Mrok ciemnego holu połknął go jednym, krótkim mlaśnięciem, a metalowe drzwi zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem.
***
Formalności się przeciągały. Stał cierpliwie za kontuarem i wypełniał kolejne podsuwane mu dokumenty. Wreszcie oddał wszystko, a siedząca przed nim trzydziestokilkulatka sprawdzała uważnie formularz zgłoszeniowy. Zatrzymała wzrok na dłużej w jednym miejscu, by po chwili przenieść go na studenta.
— Jakub Parcam? — Usłyszał.
— Czy ty… czy to twój…?
— Tak — litościwie przerwał jąkania. — Był moim starszym bratem.
Gapiła się na niego jeszcze kilkanaście sekund. Wyraźnie było widać, że nie wie, co powiedzieć. Zmieszanie przykryła niepewnym uśmiechem i wróciła do sprawdzania papierów. Szybko przeszła do porządku dziennego, wyraźnie nie chcąc drążyć tematu. Kuba był jej wdzięczny. Też nie chciał o tym rozmawiać, a nawet myśleć. Lepiej podumać nad czymś przyjemniejszym. Zorientował się nagle, że gapi się w dekolt pulchnej blondynki, i poczuł, jak policzki pokrywa czerwień. Kiedy podniosła głowę, szybko uciekł wzrokiem.
— Bardzo jesteś rozkojarzony — usłyszał i spanikował, że zorientowała się, gdzie patrzył przed chwilą.
— O tu. — Usłyszał i przerażające myśli zdawały stawać się prawdą. — O tu nie wypełniłeś. Wpisz dzisiejszą datę — dokończyła.
Odetchnął. Szybko wpisał brakującą datę. 7 października 1993 r. Jeszcze tylko podpis i z ulgą oddał formularz.
— Idź do recepcji. Jak będzie klucz, to znaczy, że w pokoju nikogo nie ma. Jak klucza nie będzie, to pewnie zastaniesz któregoś ze współlokatorów na miejscu.
Wymamrotał podziękowania i chciał wyjść, kiedy głos kobiety zatrzymał go w miejscu.
— Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany. Zaczekaj, dzieciaku. Przecież nie wiesz, który pokój. Numer 101. Dziesiąte piętro. Ostatnie. Penthouse — zaśmiała się głośno.
Poczerwieniał jeszcze bardziej, pożegnał się i uciekł z sekretariatu.
Penthouse? — myślał nerwowo o słowach blondynki i o zawartości swojego plecaka.
Szybko poszedł w kierunku recepcji. Odetchnął. Pod numerem 101 wisiał klucz i zapowiadało się, że będzie miał czas na spokojne urządzanie. Już po chwili wolna i rozklekotana winda wiozła go na ostatnie, ekskluzywne piętro.
***
Chwila nerwowego kręcenia kluczem zakończyła się głośnym krzykiem zza drzwi.
— Czego tam skrobiesz? Otwarte przecież. Wlazł.
Tyle, jeśli chodzi o spokojne urządzanie. W środku na łóżku po prawej stronie siedział wysoki i szczupły brunet. Kędzierzawa fryzura opadała mu na czoło i okulary. Chłopak poprawił włosy i z uśmiechem podniósł się z wyra. Tak wyglądało właśnie jego łóżko — jak wyro.
— Mariusz jestem. — Wyciągnięta ręka gospodarza tylko chwilę czekała na przywitanie.
— Kuba — odpowiedział i wyciągnął swoją dłoń.
— Niech zgadnę, Kuba. Archeologia? Pierwszy rok?
— Tak. Skąd wiesz?
— U nas tylko prawo, zarządzanie, informatyka i archeologia.
— Achaaa.
— Nie obraź się. Na prawnika czy menadżera nie wyglądasz. Także strzelałem pół na pół — zaśmiał się Mariusz i dodał: — Ja zarządzanie.
Chłopak wyglądał na miłego. Takiego, co łatwo łapie kontakt z każdym. Kuba odetchnął. Sam nie był zbyt towarzyski i kiepsko nawiązywał nowe znajomości. Wydawało się więc, że trafił nieźle. Rozglądał się ciekawie po pokoju. Oprócz wyra Mariusza po drugiej stronie stało piętrowe łóżko z metalową drabinką. Zdążył się zmartwić, że pewnie przyjdzie mu spać na górze, kiedy usłyszał znowu głos współlokatora.
— Śpisz na dole. Górna miejscówka jest ruska.
Zamrugał oczami ze zdziwienia.
— Jaka? Ruska?
— Nie jaka, tylko kogo. Ruska. Właściwie to nie Rusek. Białorusin, a i to nie. Polak, tylko z Białorusi przyjechał.
Pokiwał głową i położył plecak na swoim łóżku. Mariusz gadał nieustannie, pokazując mu szafy, półki i miejsca, które od dziś miały należeć do Kuby. Jego mały świat zaczynał się pomału porządkować.
— Ja teraz zmykam na miasto. Będę wieczorem. Klucz mam swój. Rusek, Władek znaczy się, też. Także możesz ten zatrzymać. A najlepiej dorób sobie swój i ten potem zostaw na recepcji. Tu kawałek dalej, przy Hali Banacha, klucze dorabiają. To narka.
Ledwo drzwi zdążyły się za nim zamknąć, a znów się otworzyły. Mariusz zajrzał tylko do środka.
— Zapomniałem ci powiedzieć najważniejszego. Jakbyś korzystał z prysznica, to nie wchodź do środkowej kabiny. A jak już byś wszedł, to nie zamykaj się na zamek.
— Dlaczego?
— Bo już nie wyjdziesz — zaśmiał się krótko i znów zniknął za zamkniętymi drzwiami.
Kuba zaczął wypakowywać plecak, kiedy drzwi znowu otworzyły się gwałtownie.
— Sorki, to znowu ja. Ty, Kuba, palisz?
— Palę.
— A masz coś? Poczęstujesz? Bo widzisz, ja nie palę. Tak czasem tylko. Tak to nie palę, bo widzisz, ja sędzią jestem. Piłkarskim znaczy. Muszę dbać o formę — zaśmiał się znowu i mrugnął okiem.
Widząc podsuwaną mu paczkę, wyjął z niej trzy papierosy.
— Na zapas wezmę — mrugnął znowu i zniknął za drzwiami. Tym razem na dobre.
Jakub odczekał jeszcze chwilę, czy nowy kolega znów nie wyskoczy zza drzwi, ale nic na to nie wskazywało. Wypakował plecak i układał ciuchy w szafie. Nie było tego dużo. W małym, harcerskim plecaku mieściło się niewiele. Czekała go jeszcze wyprawa na Centralny, gdzie w przechowalni zostawił większego stelażowca i torbę. To mogło jednak poczekać. Teraz chciał odpocząć i nacieszyć się nowym pokojem. Poczuć go. Poznać. Przyzwyczaić się. Póki było spokojnie. Póki był sam.
Kiedy zapoznał się z pokojem, przyszedł czas na zwiedzanie akademickiego korytarza. Gdzie zsyp, gdzie kuchnia i najważniejsze — gdzie łazienka. W pokoju był zlew, ale Kuba czuł, i to dosłownie, że po podróży przyda mu się prysznic. Wyszedł z pokoju i skręcił w prawo. Minął windy, schody i odkrył drzwi, które nie wyglądały jak wejście do innego pokoju. Wszedł i zdębiał. Kuchnia. Oczywiście nie to wywołało jego zdumienie. Tylko jej rozmiary. Kuchnia była ogromna. Doliczył się ośmiu podwójnych palników gazowych. Kręcąc głową, wrócił na korytarz i wznowił poszukiwania łazienki. Okazało się, że była tuż obok jego pokoju. Wrócił do siebie i szybko się rozebrał. Ponieważ do pryszniców miał blisko, okręcił się tylko ręcznikiem, wziął mydło, szampon, klucz do pokoju i już po chwili stał pod ciepłym strumieniem.
Szum wody ma w sobie coś uspokajającego. Woda pieszcząca plecy również pomaga przynieść ukojenie. Namydlał się niespiesznie i równie wolno spłukiwał. Napięcie związane z podróżą i obawy przed nowym etapem życia zdawały się spływać w kratce odpływowej. Nie myślał o przeszłości. Nie myślał o bracie. Czuł się zrelaksowany i pełen nadziei. Mieszkanie w akademiku zapowiadało się lepiej niż dobrze. Mariusz wydawał się spoko gościem, a pozytywne myśli, które nawiedziły Kubę, kazały mu wierzyć, że i Rusek będzie w porządku. Tak, wszystko wyglądało bardzo dobrze.
Zakręcił wodę i wtedy to poczuł. Powiew chłodu. Właściwie nie było w tym nic dziwnego. Skóra rozgrzana gorącą wodą zareagowała po prostu na zimniejsze powietrze napływające z korytarza i z nieszczelnego łazienkowego okna. Tyle że chłód to nie było właściwe słowo. W małej kabinie zrobiło się niemal mroźno. Jakub poczuł, jak otacza go coś nieprzyjemnego. Jakby ktoś przesunął mu opuszkami palców po plecach. A gest ten nie był pieszczotliwy, nie był delikatny. Nie był nawet neutralny. Niósł w sobie okrucieństwo. Jakby ktoś lub coś bawiło się nim delikatnie przed próbą przeorania jego pleców ostrymi pazurami. Usłyszał cichy chichot. To też nie był radosny śmiech. Raczej rechot. Zły i ordynarny. Serce zabiło mu szybciej ze strachu, a ręka chwyciła kurek z gorąca wodą i szybko go odkręciła. Ukrop sparzył i wydarł z ust chłopaka wrzask skargi, lecz na szczęście pomógł. Kiedy ponownie zakręcił wodę, nie czuł już dziwnego zimna, nie słyszał żadnych chichotów i szeptów. Tylko rozdygotane serce przypominało jeszcze o niedawnych omamach. Jak inaczej miał to nazwać? Omamy jak nic. Sklął się w duchu za wybujałą wyobraźnię i szybkimi pociągnięciami ręcznika zaczął się wycierać. Chciał już być w swoim pokoju i wreszcie odpocząć.
Lewa dłoń chwyciła wichajster prysznicowych drzwi, by odblokować zamek i przenieść się na klamkę, kiedy Kuba coś sobie uświadomił. Wajcha wciąż pozostawała w pionie, a drzwi nie chciały się otworzyć.
Zapomniałem Ci powiedzieć najważniejszego. Jakbyś korzystał z prysznica, to nie wchodź do środkowej kabiny. A jak już byś wszedł, to nie zamykaj się na zamek — słowa usłyszane niedawno wróciły i znów pobudziły serce do galopu.
Szarpnął znowu. Mocno ścisnął uchwyt blokady zamka i próbował go przesunąć do poziomu. Nic z tego.
Bo już nie wyjdziesz… nie wyjdziesz… nie wyjdziesz — kołatało się w głowie wystraszonego chłopaka.
Chwycił za klamkę i mocno przyciągnął drzwi do framugi. Trzymając je w ten sposób, ponowił próby otwarcia. Dalej nic. Z kabiny posypały się fucki i inne kurwy. Niestety nie mogły pomóc. Spanikował. Zaatakował drzwi ramieniem. Walił w nie mocno raz za razem. Bez skutku. No, może jakiś skutek jednak był. Coś chrupnęło. Na szczęście nie wątłe ramię studenta, ale dźwięk i tak był niepokojący. Chrupnięcie dobiegło z drzwi. Konkretnie z okolic zamka. Kiedy Kuba ponownie chwycił za klamkę, ta została mu w dłoni. Nim zdążył pomyśleć cokolwiek, wajcha blokująca zamek zmieniła wreszcie swoje położenie. Nie, nie miało to wcale oznaczać, że więzień wreszcie opuści prysznicową pułapkę. Blokada zamka z cichym trzaskiem upadła na podłogę.
— Fuck — cichy szept, podobnie jak jego autor, nie miał szans wydostać się na zewnątrz.
***
Znowu go dopadło. Wyłączenie świadomości. Czarna dziura w pamięci. Tak jak przed laty po śmierci ojca. Tak jak po śmierci brata. Jak po tym, gdy zawału dostała matka i został sam. Teraz dopadło go pod prysznicem. Niby nieporównywalne sytuacje, ale Kuba nie znosił zamkniętych i małych pomieszczeń. Może nie była to klaustrofobia, ale coś blisko tego. Nawet bardzo blisko. Nie wiedział, ile czasu upłynęło. Miał wrażenie, że raczej niewiele. W kabinie wciąż unosił się ciepły opar. Jeszcze raz uderzył ramieniem w drzwi. Bardziej dla zasady. Uderzył lekko, bo ramię bolało, a i jakoś nie wierzył w skuteczność tej metody. Zamiast tego starał się uspokoić. Rozejrzał się po swoim więzieniu. Ściany kabiny nie dochodziły do sufitu. Prześwity nie były duże, ale jakieś tam były. Od strony drzwi i po prawej ręce Jakuba wolna przestrzeń nad ścianami była niestety zabudowana rurami. O przeciśnięciu się nie było mowy. Pozostawała więc ściana lewa i próba przedostania się do sąsiedniej kabiny. Patrzył długo i starał się ocenić wolną przestrzeń pod sufitem.
Mało miejsca, cholera — myślał niepewnie.
Miejsca faktycznie nie było za dużo. Z drugiej strony chłopak przy swoim wzroście stu osiemdziesięciu centymetrów ważył zaledwie sześćdziesiąt pięć kilo. Kto miał się przecisnąć, jeśli nie on. Przestał się zastanawiać. Ręcznik przewiesił przez ścianę kabiny, mydło, szampon i klapki przerzucił na drugą stronę, a klucz do pokoju zacisnął w zębach. Był zbyt cenny, aby go stracić. Przez chwilę pomarudził jeszcze w duchu, że nie zabrał piżamy czy innych gaci, i szybko zabrał się za wspinaczkę. Rękami chwycił krawędź bocznej ściany i lekko podciągnął ciało do góry. Więcej nie dał rady, bo nisko zawieszony sufit skutecznie go ograniczał. Lewą stopą wymacał kran i wsparł się na nim. Jednocześnie pomału przesuwał się nad ścianą tuż pod sufitem. Plecami zgarniał wszystkie pajęczyny i tonę innego syfu. Aż bał się pomyśleć, co czaiło się w podejrzanie czarnych plamach, które właśnie rozsmarowywał na własnej skórze. Sapał przez nos, pocił się, jednak centymetr po centymetrze opuszczał swoje więzienie. W ustach czuł metaliczny smak klucza. W pewnym momencie dotarł do punktu, w którym nie mógł się już przemieszczać. Nogi straciły podparcie, a ręce nie znajdowały nowych miejsc, które pomogłyby mu opuścić się do sąsiedniej kabiny. Zawisł wysoko nad dwiema kabinami. Nagi, z dyndającym przyrodzeniem, zamarł pod sufitem i dyszał głośno. Brakowało tylko, żeby ktoś wszedł. Akademik był koedukacyjny, więc mogła przecież pojawić się tu studentka spragniona kąpieli. Co by zobaczyła? Nagiego, dyszącego zboczeńca z pindolem na wierzchu, czyhającego wysoko na swoją ofiarę. Przegnał natrętne myśli i wreszcie spróbował zejść na podłogę tuż obok. Wyszło średnio. Początkowo nie było źle. Kiedy jednak nogą trącił wiszący ręcznik i zrzucił go z powrotem do zamkniętej kabiny, lekko spanikował. No może nie lekko. Spocone dłonie rozjechały się na śliskich kafelkach i z niewyraźnym „kurwaaa” wylądował na podłodze prysznica obok. Bolało go wszystko, lecz był cały, a co najważniejsze — wolny. Nagi, bez ręcznika, jednak wolny. Wyjął klucz z zębów i odetchnął głęboko. Wyjrzał za drzwi kabiny i zlustrował niewielką łazienkę. Pusto. Nie kłopotał się podnoszeniem mydła i szamponu. Nie było na to czasu. Walka jeszcze nie dobiegła końca. Trzeba było przecież dostać się do pokoju. Włożył klapki, lecz nie poczuł się dzięki temu ubrany. Ponownie wyjrzał na zewnątrz. Ostrożnie. Patrzył uważnie, czy nikt nie idzie korytarzem. Starał się wsłuchać w dobiegające odgłosy. Nic nie wskazywało, aby ktoś szedł schodami czy jechał windą. Zdecydował się wreszcie na krótki sprint. Klaszcząc mokrymi klapkami i świecąc gołym tyłkiem, dopadł do drzwi azylu. Kiedy wkładał już klucz w zamek, usłyszał głośne jęki i trzaski. Dźwięk otwieranej windy zlał się z hukiem zatrzaskiwanych drzwi pokoju 101. Był bezpieczny.
***
Otworzył oczy i przez chwilę wracał do rzeczywistości. Szybko ogarnął, gdzie jest i co działo się… — no właśnie, kiedy? Rzut oka na zegarek i wiedział już, że zdrzemnął się na godzinę. Po prysznicowej przygodzie nie miał na nic sił. Był obolały, brudny i, co tu kryć, śmierdział. Nie było mowy o powrocie do łazienki. Miał dość. Ponieważ i tak cuchnął, założył brudne i przepocone ciuchy. Miał świadomość, jakie zapachy wydziela, ale było mu wszystko jedno. Położył się na łóżku i zapadł w niespokojny sen. W koszmarze, który go nawiedził, paskudna maszkara więziła go w wilgotnym i ciemnym lochu. Biegała wokół niego i ostrymi pazurami raniła plecy, ręce i brzuch. Kiedy zatrzymała się przed nim i złośliwie zarechotała, z przegniłych ust dotarł do niego obrzydliwy fetor. To on go obudził. Maszkara zniknęła, lecz smród pozostał. Jego własny zapaszek.
Zdążył usiąść na łóżku, kiedy drzwi otworzyły się z rozmachem i stanął w nich Mariusz.
— Siemanero — zawołał od progu.
Kopnięciem zamknął drzwi i stanął jak wryty. Falujące skrzydełka nosa pokazywały jasno, że węszy. Zamrugał zdumiony i spojrzał z dezaprobatą na Kubę. Otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle je zamknął. Nie wytrzymał jednak długo. Podszedł do okna i otworzył je szeroko.
— Sorry, koleś, ale capisz. Wiesz, nie obraź się, Kuba… ale kurde, śmierdzisz jak nieprane gacie noszone przez miesiąc.
Zastanawiał się jeszcze przez chwilę i podjął przerwany wątek.
— Nie wiem, czy ci mówiłem. Mamy na piętrze prysznice. Trzeba się myć, kolego. Trzeba się czasem umyć. Tylko ważne… nie zamykaj się w środkowej kabinie, bo zamek się zacina. No co? No co się tak brechtasz? No cooo?
Rozdział 2
Rusek
Ponaglający głos wyrwał go z odrętwienia. Potrzebował chwili, aby zrozumieć, co powiedziała kobieta. Ta nie chciała czekać i jeszcze bardziej gderliwym tonem powtórzyła pytanie.
— To co jeszcze, młody?
— Pani da jeszcze dwie oranżady i będzie wszystko.
— Dwa polonezy, sześć heweliuszy i dwie oranżady… to będzie dwieście siedemdziesiąt tysięcy — szybko podliczyła sklepowa.
Jakub podał kobiecie wymiętego sienkiewicza i upychał resztę w kieszeni jeansów. Przez chwilę pomyślał, jak to będzie w przyszłym roku. Zapowiadana szumnie denominacja miała wiele zmienić. Ciekaw był nowych pieniędzy i, jak większość, czuł lekkie obawy przed tak dużą zmianą. Tymczasem jednak wciąż mógł obracać milionami. Grzechocząc wyładowaną torbą, wyszedł ze sklepu i skręcił w Wawelską. Szedł wolno w stronę akademika. Na powitanie nowych kolegów był już przygotowany. Tylko czy na pewno? Stanął nagle jak wryty. Przecież nie zdążył jeszcze poznać trzeciego lokatora ich pokoju.
— Kurde, taki Rusek to może wypić nie wiadomo ile — pomyślał, zafrasowany.
Przez chwilę wahał się jeszcze, czy nie zawrócić i nie dokupić dwóch polonezów. Potem pomyślał jednak, że tak naprawdę Rusek to Białorusin, a właściwie Polak. Popatrzył krytycznie na zakupy i, porównawszy je do własnych możliwości spożywania wysokoprocentowych trunków, uznał, że wystarczy. Jak wiadomo masa ciała ma wpływ na tempo upijania.
Ja — chudzielec, Mariusz też. To na nas niewiele potrzeba. A taki gość, co przyjechał z Białorusi, to ile może ważyć? — myślał jeszcze. — Przecież tam bieda i chłopak pewnie wygląda jak jakaś mizerota.
***
Przez chwilę pociemniało mu w oczach. Kiedy wszedł do pokoju, oślepiło go światło wpadających przez szybę promieni słonecznych, ale wówczas słońce schowało się za wielką górą. Tak to przynajmniej wyglądało. Z krzesła podniósł się potężny chłopak i masywną sylwetką zasłonił okno. Przed Kubą zawisła dłoń wielka niczym bochen wiejskiego chleba.
— Władek jestem. Ty musisz być Kuba. Miło mi cię poznać — przywitał się radośnie, raczej nie wymizerowany Białorusin.
Na oko miał koło metra dziewięćdziesięciu, a ważył pewnie ze sto trzydzieści kilo. Jakub nie odzywał się przez pewien czas, a jego myśli krążyły od trzymanej w ręku reklamówki do piętrowego łóżka.
Kurde, jednak za mało kupiłem. Za mało.
Rety. On śpi na górze?! Przecież to łóżko nie wytrzyma. Nie ma szans.
Za mało kupiłem. Za mało.
Gonitwę myśli przerwał huk gwałtownie otwartych drzwi. Mariusz wszedł swoim zwyczajem. Głośno.
— Witam, panowie. Zapowiada się ciekawy wieczór.
Widząc zakupy w ręce Jakuba, pokręcił głową i zawołał:
— Nieźle, nieźle. Tylko że dziś nie będzie nam to potrzebne. Mam coś o wiele lepszego! — Wyciągnął w górę ręce objuczone dwoma siatkami.
— Spirytus kukurydziany — wyszeptał z nabożnym szeptem Władek.
***
Zamykał i otwierał oczy. Opuszczone powieki zaciskał przez chwilę mocno, by szybko je unieść i gwałtownymi ruchami głowy patrzeć uważnie wokół. Nie dostrzegł żadnej zmiany. Ostrość widzenia wciąż była taka sama. Trochę się uspokoił. Wcześniej zadał niepotrzebne pytanie o pochodzenie spożywanego trunku. Chwilę później zareagował nerwowo na słowa Mariusza.
— Z przemytu — rzucił z rozbrajającą szczerością okularnik.
— Co?
— No z przemytu. To znaczy szwagier na wschodniej granicy jest celnikiem. Ty wiesz, ile on tego rekwiruje?! Oczywiście wszystko jest niszczone… — Puścił oko do kolegów.
To wtedy Kuba zaczął testować wzrok. Tyle się mówiło w telewizji o trefnym alkoholu. Tyle ostrzeżeń. I nic! Patrząc na opróżnioną butelkę, pomyślał jednak, że i tak już za późno. Znów wypili. Dwóch chudzielców skrzywiło się niemal synchronicznie i tym samym zgodnym gestem chwyciło szklanki z kolorową popitką. Władek roześmiał się tylko głośno i pokiwał głową z politowaniem.
— Paskudztwo — skrzywił się, pokazując na oranżadę.
Podniósł się ciężko i poszedł po swoją popitkę. Odkręcił kran i chwilę pił z niego, spragniony. Wreszcie przerwał, prychnął, wrócił na krzesło i klepnął w plecy nowego kolegę.
— Podobno przygodę miałeś? Pod prysznicem.
— No tak jakby — markotnie rzucił Kuba i posłał Mariuszowi spojrzenie pełne wyrzutu.
Ten tylko się zaśmiał i nic nie powiedział. Rusek lekceważąco machnął ręką.
— Nie przejmuj się. Każdemu się zdarza. Ważne, żebyś tam za długo nie siedział i nie odpływał.
— Ale że co? Jak odpływał?
— Daj spokój — włączył się Mariusz. — Daj spokój chłopakowi.
— Ale że co?
— Takie tam ruskie bujdy na resorach.
— Żadne bujdy, zamknij się! — zaperzył się Władek i pogroził pięścią. Nie dopuszczając okularnika do głosu, kontynuował: — Jak zimno poczujesz, trzeba wyjść. Jak cię dotknie, uciekaj. Nie myśl tam za dużo, nie myśl w ogóle!
— O czym ty mówisz?
— Czułeś mroźne zimno pod prysznicem?
— No czułem.
— Szepty, głosy?
— Śmiech jakby.
— Dotknęła cię?
— Kto?
— Pytam czy dotyk czułeś? Muśnięcie? Coś więcej?
— No czułem. Tak. Jakby palcami ktoś po plecach mi przejechał. Ale… — zawahał się Kuba.
Wielki Białorusin nachylił się nad nim i wbił w rozmówcę przekrwione, lecz uważne spojrzenie.
— Ale co? — Pogroził pięścią Mariuszowi, który zaczął stroić miny i chciał się odezwać. — Ale co? Powiedz. Śmiało.
— No… czułem, jakby ktoś… kobieta raczej… przesuwała mi opuszkami palców po plecach… ale miałem wrażenie, że te palce kończą się ostrymi paznokciami i że zaraz… że zaraz… — zaczął się jąkać i nie skończył.
Mariusz wykorzystał moment. Podskoczył. Stanął między kolegami i, wymachując rękami, zawołał:
— Stop, stop, stop! Dość tych pierdół. Dosyć tych smutków. Pijemy, panowie. Bawimy się.
Pomogło. Rozmowa zeszła na luźniejsze tematy. Drzwi otwierały się i zamykały. Coraz więcej akademickich sępów przylatywało, zwabione odgłosami imprezy i zapachem alkoholu. Zabawa się rozkręcała. Nawet nie trzeba było puszczać muzyki. Wystarczyło uchylić okno, a rockowe brzmienia z klubu oddalonego o pięćdziesiąt metrów dolatywały aż tu, na dziesiąte piętro. Po chwili Władek i Kuba zostali sami. Dwie dziewczyny, które odwiedziły ich wcześniej, chwilę poszeptały między sobą, a potem poszeptały z Mariuszem. Ten nie dał się długo namawiać i z uśmiechem od ucha do ucha zniknął gdzieś z nowo poznanymi koleżankami. Jakub się bał, że wielki kolega znowu będzie opowiadał dziwne rzeczy. Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał rozmawiać. Uprzedzając Ruska, sam narzucił temat rozmowy.
— A ty świetnie mówisz po polsku. Bez kurwa śladu akcentu. Nawet teraz po wódce. Mnie się język plącze i ty teraz gadasz lepiej ode mnie. Jak to, kurwa, możliwe?
— Ojciec o to zadbał.
— Ojciec?
— Tak, ojciec. A wcześniej dziadek.
— Ale jak? Nawet akcentu nie masz.
— Dziadek lał ojca za jedno ruskie słowo w domu. Potem ojciec lał mnie. Jedno ruskie słowo albo i polskie z ruskim akcentem i pas szedł w ruch. Wiesz… można powiedzieć, takie patriotyczne wychowanie — zaśmiał się głośno ze swojego dowcipu.
Pili dalej, ale stopniowo ich możliwości malały. Jakub miał właściwe dość już od dłuższego czasu. Bełkotliwie przeprosił kompana, że już nie może dalej. Ma dosyć. Musi się położyć. Wtedy zza okna usłyszeli dźwięki starej piosenki Budki Suflera. Doleciały ich słowa „nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam…” i w Ruska jakby piorun strzelił.
— Tak, tak, tak! — zaczął wrzeszczeć.
Nie było nikogo, kto mógłby go teraz uspokoić. Doskoczył do próbującego zasnąć Jakuba i zaczął mocno nim potrząsać.
— Nie możesz wierzyć! Słyszysz? Nie możesz wierzyć! Nie wierz jej. Nie idź za nią! Nie idź za nią! Nie lataj! Błagam cię, nie lataj!
Pomimo potrząsania nim na wszystkie strony Kuba przestawał kontaktować. Był już zbyt pijany. Zapadał w sen i wciąż słyszał tylko słowa:
— Nie lataj… nie lataj… nie lataj.
Rozdział 3
Pościg
Może to przez to, co działo się w ostatnich dniach? Wieczorne imprezy zdawały się nie mieć końca. Następny dzień zawsze bywał trudny, lecz Kuba starał się nie opuszczać zajęć i nawet na kacu wlókł się autobusem przez pół Warszawy. Tak jak tego dnia. Kiedy rano czekał na 175, oczy zamykały mu się ze zmęczenia. Pewnie dlatego stracił czujność. A może to przez myśli, jakie nawiedzały go od czasu pierwszej akademickiej popijawy? Słowa Ruska nie dawały o sobie zapomnieć. Władek, nagabywany przez Kubę, nie chciał jednak ciągnąć tematu. Fakt, może chodziło o to, że otwierał się tylko po alkoholu, a w ostatnich imprezach nie uczestniczył.
— Gdzie ta słynna rosyjska dusza? — myślał smętnie.
— Ale to jednak Polak. Niby duży, ale głowy do alkoholu to raczej nie ma. No nic, tak czy inaczej trzeba się będzie jeszcze z Władziem napić.
I może właśnie przez takie myśli stracił czujność? Kiedy autobus podjechał, chłopak wsiadł i usłyszał to niemal od razu.
— Ty, kurwa… Wisła Kraków!
— No! Kurwa, wiślak jebany!
Obudził się w jednej chwili. Głosy dobiegały zza jago pleców i musiały być reakcją na harcerski plecak studenta. Nie odwrócił się. W żaden sposób nie dał po sobie poznać, że usłyszał agresywną zaczepkę. Kiedy pneumatyczne drzwi zaczęły zamykać się z głośnym sykiem, rzucił się do wyjścia, ścigany soczystym:
— Stój, kurwo!
Udało się. Wydostał się na zewnątrz, a autobus odjechał. Odetchnął i postanowił wrócić do akademika. Czas chyba zmienić plecak. Ostentacyjne prowokowanie miejscowych nie było raczej zbyt mądre. Kiedy szykował się do przebiegnięcia czteropasmowej ulicy, kątem oka zobaczył, że autobus zwalnia i wyskakuje z niego dwóch umięśnionych i łysych facetów.
— Tam jest! — krzyk jednego z nich i wyciągnięta ręka w stronę Kuby nie pozostawiały wątpliwości. Radość była przedwczesna.
Błyskawicznie zmienił kierunek. Zamiast drogi w stronę akademika wybrał drogę na Pola Mokotowskie. Przyspieszył, licząc, że szybko zgubi pościg. Dwóch napakowanych kiboli w zielonych bluzach sprawiało wrażenie wytrenowanych, ale przecież mięśnie to jeszcze nie wszystko. Jakub może nie był w najlepszej formie — papierosy i wóda robiły przecież swoje. Jednak długodystansowe bieganie, jakiemu oddawał się z pasją przez kilka lat, dawało mu dużą przewagę. Nie był zdenerwowany. Wiedział, że szybko im ucieknie. Pewnie to go zgubiło. Pewność siebie. Napastnicy może i wolniej biegali, ale mieli inną przewagę — znajomość terenu. Kiedy po kilku minutach przebieżki Kuba spojrzał za siebie, nie dostrzegł nikogo. Zwalniał właśnie z uśmiechem, uspokojony, że wszystko szybko się skończyło, kiedy z krzaków tuż przed nim wypadło na drogę dwóch ścigających go łysoli.
— I co, kurwa? Co, wiślak?
— Myślałeś, że nam uciekniesz?
Tak myślał. Wolał jednak nic nie mówić. Skręcił mocno w prawo i teraz on skrył się w krzakach. Tym razem mocno przyspieszył. Biegł trochę po omacku. Gałęzie smagały go po twarzy, ale nie zwracał na to uwagi.
— Stój, kurwo! Już po tobie! — krzyki działały jak najlepszy doping.
Nie wiedział dokładnie, w którym kierunku biegnie. Słyszał jednak odgłosy pogoni, a dopóki je słyszał, mógł czuć się względnie bezpiecznie. Widząc lekki prześwit, rzucił się w tym kierunku i po chwili znów był na wąskiej, asfaltowej drodze. Dostrzegł ruch kątem oka i niemal zderzył się z biegnącą dziewczyną. Szybki rzut oka na czarnowłosą biegaczkę tylko przyspieszył pracę serca uciekiniera. Miała na sobie dres. Dres jak dres. Tylko ten emblemat na piersi. Litera L otoczona kółkiem.
O nie, tylko nie to — zdążył pomyśleć Jakub i czym prędzej wskoczył w krzaki po drugiej stronie ścieżki.
W ostatniej chwili. Przez liście zobaczył ścigających go chłopaków. Bał się teraz poruszyć. Nie chciał zdradzić miejsca swojej kryjówki. Ale przecież była jeszcze ona. Zaraz wskaże palcem i krzaki przestaną stanowić ochronę.
— Lala, widziałaś gościa z takim plecakiem zielonym? Z długimi kudłami? — Usłyszał i spiął się mocno, w gotowości do biegu.
— Tak. Tam pobiegł. — Szczupła ręka uniosła się do pozycji poziomej i wskazała miejsce, w którym Kuby być nie mogło.
Bez słowa podziękowania pobiegli w tamtym kierunku i szybko zniknęli za zakrętem. Kuba wyszedł z krzaków. Popatrzył na dziewczynę. Włosy tak czarne, że prawie granatowe, nie pasowały mu jakoś do klubowego dresu. Podobnie jak ciemny, gotycki makijaż. Nie przyglądał się długo.
— Dzięki — rzucił tylko, odwrócił się plecami do wybawczyni i potruchtał w kierunku akademika.
— Skąd ty się urwałeś, człowieku? Lepiej wyrzuć ten plecak! — Słowa rzucone za biegaczem pozostały bez odpowiedzi. Tylko uniesiona ręka chłopaka była znakiem, że usłyszał. Usłyszał i jeszcze raz dziękował.
***
Wszedł do pokoju i zastał Mariusza w charakterystycznej pozie. Leżącego na wyrku i gapiącego się w sufit. Mario, na widok współlokatora ożywi się nieco i uniósł na łokciach.
— Szybko wróciłeś. Wagary?
Kuba machnął tylko ręką i zamiast odpowiedzieć, zapytał:
— Masz pumeks?
— Pumeks?
— No pumeks. Masz?
— No mam. Ale wiesz, higiena, te sprawy… nie bardzo bym… — Nie zdążył dokończyć.
— Odkupię ci jeszcze dzisiaj. Teraz szybko potrzebuję.
Mariusz wzruszył ramionami, zwlókł się z łóżka i otworzy szafę. Podał koledze szarą kostkę i przyglądał się z ciekawością. Jakub usiadł przy biurku. Plecak położył na kolanach. Otworzył go, a materiał z górnej pokrywy rozprostował równo na blacie. Po chwili zaczął po nim szorować pumeksem. Charakterystyczne godło znikało pomału. Znikały też litery. Patrzył krytycznie na owoc swojej pracy.
Powinno wystarczyć — pomyślał.
— Powinno wystarczyć — Usłyszał znad ramienia.
— Już dawno miałem ci powiedzieć, żebyś to zrobił.
— To czemu nie powiedziałeś?
— Bo ja wiem? Myślałem, że taki chojrak z ciebie. Wiesz, że kręcą cię takie ostre klimaty kibicowskie. — Wzruszył ramionami i szybko dodał: — Pamiętaj, pumeks mi odkup.
— Nie bój, nie bój. Odkupię. Lecę pod prysznic.
— A to pamiętaj, żeby nie wchodzić do środkowej kabiny. A jak już wejdziesz… — Huk zatrzaskiwanych drzwi zagłuszył nawet rechot Mariusza.
***
Był piękny, listopadowy dzień. Złota polska jesień. Po kąpieli wolał jednak nie narażać zdrowia. Listopad to listopad. Wcisnął na głowę czapkę i po namyśle założył inną kurtkę niż dwie godziny wcześniej. Zamiast plecaka zabrał torbę. Pumeks zrobił swoje, ale Jakub wolał nie ryzykować. Kto wie? Może kibice wciąż jeszcze krążyli po okolicy w poszukiwaniu niedoszłej zdobyczy.
Szedł w stronę przystanku. Tradycyjnie tą samą drogą, nierównym chodnikiem pomiędzy wieżowcami. Przystanął tam gdzie zawsze — bliżej drugiego akademika. Długo stał wpatrzony w brzydką, jesienną trawę. Miał już ruszyć dalej, kiedy tuż za sobą poczuł obecność. Spiął się nagle, a kiedy ktoś przesunął mu palcami po plecach, odskoczył.
Dotknęła cię? Pytam czy dotyk poczułeś? — słowa Władka rozświetliły mu się głowie niczym neon włączony ciemnym wieczorem.
Odwrócił się, niespokojny. Dziewczyna. Było w niej coś znajomego. Gapił się na nią tak intensywnie, że chyba odebrała to za zachętę. Zrobiła krok w jego stronę, a Kuba poczuł lekki dyskomfort, gdy nieznajoma naruszyła jego osobistą strefę. Jej twarz była tak blisko, że czuł ciepły oddech. Poczuł nawet zapach gumy do żucia.
— Poziomki — rzuciła nieoczekiwanie.
— Co?
— Poziomki. Nie czujesz?
Kiedy dalej stał jak zbaraniały, wysunęła język z kulką gumy na jego czubku. Szybko go schowała.
— Poziomkowa. Guma do żucia. Ciotka mi z Wiednia przysłała. Chcesz spróbować? — Znów wystawiła język i zrobiła kolejny krok w jego stronę.
Poczuł, że się czerwieni, ale się nie odsunął.
— Żartowałam — zaśmiała się głośno. — Widzę, że się kamuflujesz. — Wskazała palcem na torbę i znów dotknęła jego kurtki.
Wtedy ją rozpoznał. Wybawczyni z parku. Tylko teraz ubrana zupełnie inaczej. Czarne glany. Czarne, obcisłe spodnie, czarna kurtka i tylko makijaż wciąż taki sam, ale oczywiście też czarny. Przy prawym oku dostrzegł niewielki tatuaż. Pajęczyna. Pierwszy raz widział coś takiego. Pierwszy raz widział z bliska wytatuowaną dziewczynę.
— Już? Napatrzyłeś się? Poznajesz teraz?
— Sorki. Tak, poznaję. Jeszcze raz wielkie dzięki… ale…
— Ale co?
— Jesteś kibicem, kibicką?… Tamten dres…
— Tamten dres to też kamuflaż — przerwała mu szybko — bezpieczniej w nim biegać. — Chyba też już wiesz, że w stolicy musisz przykładać więcej uwagi do swojego stroju, prawda? — zapytała, wskazując na niego.
Kiedy nic nie powiedział, zapytała znowu:
— Co tu w ogóle robisz? Czemu gapisz się na trawnik? Wiesz, tu raczej nie jest zbyt ładnie — mrugnęła.
— Nieważne — odburknął pod nosem i chciał odwrócić się do niej tyłem.
— Zaczekaj. Coś ty taki nerwowy? — A po chwili dodała:– Jaga jestem. Znaczy Jagoda. Ale wolę Jaga. Tylko jak rzucisz suchara w stylu Baba Jaga, walnę cię w zęby. Przysięgam.
— Kuba — zrewanżował się krótko.
Pokiwała głową i dość nieoczekiwanie powiedziała:
— Wiem.
— Wiesz?
— Tak, wiem. To znaczy nie znałam twojego imienia, ale chyba wiem, kim jesteś, Kubuś.
Nim zdążył zareagować, klepnęła go w ramię i nagle krzyknęła:
— 175! Też jedziesz? To długa, Kubuś, długa.
Pobiegli.
Rozdział 4
Istvan
Akademickie życie przypominało Kubie pociąg. Tak, dobrze słyszycie, właśnie pociąg. Pędziło przed siebie i wystarczyła chwila nieuwagi, aby stracić z oczu coś lub kogoś. Chociaż nowa znajoma intrygowała, Jakub nie zrobił nic, aby poznać ją lepiej. Dlaczego? Był młody. Był niedoświadczony. Nie wiedział po prostu, jak się zachować. Czekał. Tylko że przecież pociąg nie czeka.
Kolejowe analogie nie były przypadkowe. Tak jak w pociągu poznaje się ciągle nowych pasażerów, tak poznawało się ludzi w domu studenckim, gdzie wciąż wpadało się na nieznane twarze. Było o to tym łatwiej, że Kuba nie lubił długo przesiadywać w pokoju. Na papierosa zawsze wychodził na korytarz.
— Po co smrodzić tam, gdzie się śpi — powtarzał kolegom.
To właśnie wtedy poznał chłopaka z drugiej strony korytarza. To wtedy wsiadł do ekspresu Warszawa — Budapeszt.
Istvan nie przypominał swoich rodaków. Pewnie przez te włosy. Wysoki i chudy jak tyczka Węgier był fanem szamponów koloryzujących. Kolor włosów zmieniał jak Mariusz dziewczyny. Od jasnego blondu, przez krwistą wiśnię, aż po fascynujący lazur. Kiedy Kuba spotkał go pierwszy raz, Istvan był akurat w fazie blondyna.
Nietypowy Węgier podobał się dziewczynom. Ba, podobał się wszystkim. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu miał taki urok łobuza, do którego lgnie każdy. Niby wiesz, że chłopak robi źle, ale wciąż wybaczasz mu kolejne błędy. Niby złościsz się na niego, ale sam nie wiesz kiedy złość ulatnia się jeszcze szybciej, niż się pojawiła. Taki typ.
Znajomość z Węgrem nie trwała nawet trzech dni, a Jakub czuł, że nowy kolega okręcił go sobie wokół palca. Nie było w tym przesady. W środku nocy stał kilka pięter niżej i razem z krewkim Madziarem kopali w drzwi, wrzeszcząc:
— Wyjdź, kurwa! Chodź tu, złodzieju, i oddaj pieniądze.
Kiedy godzinę wcześniej Istvan zdradził Kubie, że chłopak z czwartego roku prawa wziął pieniądze, obiecał zdać za Istvana egzamin, a potem koncertowo go oblał, Jakuba ogarnął słuszny gniew.
— Idziemy — powiedział tylko tyle i pociągnął Węgra za sobą.
Po wszystkim czuł straszny wstyd. Co sobie myślał? Dlaczego tak się zachował? Alkohol nie mógł być wytłumaczeniem. Ot, po prostu taki urok nowego kolegi. Najważniejsze, że nocna akcja była skuteczna. Student pieniądze oddał, a Istvan obiecał sobie, że tym razem sam przygotuje się do egzaminu.
— Dzięki, Kubusz — powiedział młody Węgier. Kubusz. Tak już zostało.
***
Kuba czekał na windę, kiedy poczuł klepnięcie w plecy. Odwrócił się i zobaczył roześmianą twarz Mariusza.
— Co tam, Kubuś? Balujemy dzisiaj?
— Nie, daj spokój. Ile można? Pouczyć się muszę.
Mario przewrócił oczami, ale nie skomentował studenckiego zapału młodszego kolegi. Kiedy wsiedli do windy, rzucił tylko w przestrzeń pytanie:
— Ciekawe, czy Istvan zdał egzamin?
Węgier tematem egzaminu zamęczał całe piętro. Chyba już każdy się zastanawiał, jak pójdzie Istvanowi. Jakub też pomyślał o tym przez chwilę. Dosłownie przez chwilę. Myśli zagłuszyło głośne dudnienie. Im wyżej wędrowała winda, tym dudnienie stawało się trudniejsze do zignorowania. Zbliżali się do dziesiątego piętra. Hałas uniemożliwiał im rozmowę. Najpierw zobaczyli nogi. Dużo nóg. Były tylko one.
W wąskim okienku nie znalazło się miejsce na nic innego. Winda zatrzymała się cicho i drzwi stanęły otworem. Mariusz i Kuba podjęli próbę wbicia się w roztańczony tłum. Cierpliwie przedzierali się w stronę pokoju 101. Gdy byli już blisko, ponad gwar rozmów i dudnienie muzyki wzniósł się głośny krzyk:
— Mario! Kubusz! Choczcze do mnie! Bawimy szę! Bawimy!
Tak, dobrze rozumiecie. Istvan zdał egzamin.
***
Impreza zyskała status legendy. Jeszcze długo wspominano poegzaminacyjną celebrę Istvana. Może dlatego, że całe piętro cierpiało potem przez dwa tygodnie. Gdy następnego dnia Jakub wyszedł na porannego kac-papierosa, zastał Węgra wpatrzonego smutno w ścianę.
— Co jest, Istvan?
— Zobac, Kubusz, telefon.
— Ale co telefon? — Jakub nie zrozumiał.
— No zobac! Jakisz zlodziej szluchawkę ukradl!
Rzeczywiście. Telefon wiszący na ścianie kłuł w oczy smętnie zwisającym kablem pozbawionym słuchawki. Dziesiąte piętro odcięto od świata.
— Pijaki piepsone — rzucił nie wiadomo do kogo Węgier.
Jeszcze chwilę wpatrywał się w zniszczony aparat i nagle szybko podszedł i chwycił go dłońmi. Jakub nie zdążył zareagować. Wyrwany telefon wylądował na podłodze.
— Co ty, Istvan?!
— A na czo taki telefon? — Madziar wzruszył ramionami i pomaszerował w stronę zsypu.
Kiedy wracał, otworzyły się drzwi windy. Ze środka wyszedł Pan Stefan, złota rączka pierwszego deesu. Zrobił kilka kroków i zamarł. To, co trzymał w ręku, spowodowało, że Kuba i Istvan zniknęli szybko w swoich pokojach. Pan Stefan został. Jeszcze długo wpatrywał się w ścianę, gdzie powinien wisieć aparat telefoniczny. Dłoń coraz mocniej zaciskała się na przygotowanej do wymiany słuchawce.
Tak, dziesiąte piętro odcięto od świata.
Rozdział 5
Dolary w parku
Helmut szedł tak szybko, że mogło się wydawać, iż przed czymś ucieka. Nerwowe ruchy i posyłane do tyłu ukradkowe spojrzenia tylko to potęgowały. Z imprezy wyszedł jako pierwszy, a to nie zdarzało się często. Ba, tak naprawdę coś takiego nie miało miejsca nigdy.
Skąd właściwie takie imię? Helmut? Chłopak nie był Niemcem. Miał za to ciotkę. Bogatą. Ta od lat mieszkała w Hamburgu i gdy dwadzieścia lat temu rodzina zaprosiła ją na chrzestną, miała tylko jeden warunek. Imię dziecka. Tak na świat przyszedł Helmut.
Cierpiał od zawsze. Wyzwiska i złośliwe żarty towarzyszyły mu każdego dnia. Było w tym też trochę zazdrości. Pieniądze. Tych nigdy Helmutowi nie brakowało. Ciotka sumiennie wywiązywała się ze swoich obietnic. Z czasem wyzwisk było stopniowo mniej, a kiedy chłopak trafił na studia, odkrył, że nietypowe imię stało się atutem. W stolicy, gdzie każdy chciał się wyróżniać, niemieckie imię i pieniądze potrafiły wiele.
W akademiku na Żwirkach bywał często. Studiował tuż obok na archeologii i w obu deesach miał wielu znajomych. Dziś wracał z imprezy od Jakuba Parcama, kolegi z tej samej grupy ćwiczeniowej. Impreza jak impreza. Zwykła i raczej dość nudna. Helmut starał się ją urozmaicić w dobrze znany sobie sposób. Mała torebeczka sproszkowanych, halucynogennych grzybków i krótka wizyta w łazience miały w tym pomóc. Tylko że to właśnie one stały się powodem szybkiej ucieczki z imprezy.
Miłośnik grzybków zaszył się w łazience i w kabinie prysznicowej wydzielał sobie dawkę odpowiednią do miłej zabawy, kiedy nagle zorientował się, że nie jest tu sam. Brunetka była w jego typie. Szczupła, seksowna i uśmiechnięta. Na dodatek naga. Co z tego? Kabina prysznicowa była zamknięta, a w przenikanie przez ściany nie wierzył. Przez chwilę ciało młodego chłopaka zareagowało prawidłowo. Bliskość kobiecych wdzięków zwiększyła ciśnienie krwi, a ta pobudziła to, co zazwyczaj budzi u zdrowych mężczyzn. Rozkojarzony Helmut wziął o jeden niuch za dużo, odepchnął niecierpliwe dłonie i, ścigany złośliwym śmiechem, wypadł z łazienki.
— Ej, gdzie uczekas, psysztojniaku? — Usłyszał za sobą głos o dziwnym akcencie.
Nie obejrzał się. Nie zatrzymał. Nie czekał nawet na windę, tylko w panice pobiegł schodami, ścigany zdumionym spojrzeniem wołającego Istvana. Prysznicowa zjawa mocno go wystraszyła, lecz po prawdzie bał się czegoś innego. Wiedział, że przesadził z grzybkami, i chciał jak najszybciej znaleźć się w domu.
Kiedy w parku po raz kolejny obejrzał się za siebie, poczuł, że raczej nie zdąży. Dwie tolkienowskie wieże płonęły, a między nimi na błoniastych skrzydłach unosił się ogromny smok. Widok przerażał swoją magiczną potęgą. Szok splątał mu nogi. Wykonał kilka niezdarnych kroków i runął na trawnik tuż obok ścieżki.
Poczuł się dziwnie. Żadnego bólu. Upadek został zamortyzowany przez coś miękkiego. Miękkiego i szeleszczącego. Jego ręce zniknęły aż po łokcie. Zdumiony patrzył w dół i długo mrugał oczami. Były wszędzie. Pieniądze. Gdzie nie spojrzał — otaczały go dolary.
Skąd? Jak? Dlaczego? — jedna myśl goniła drugą i następne: — Może z samolotu? Tak, na pewno z samolotu! Spieszyć się, spieszyć, nim wyprzedzą mnie inni! — huczało mu w głowie.
Dłonie wyciągnęły się szybko i chciwie zaczęły napełniać kieszenie. Kiedy zabrakło w nich miejsca, Helmut rozsunął kurtkę i wpychał za nią kolejne zielone banknoty. Jak najwięcej. Jak najszybciej. Póki skrzydlata paskuda nie zorientuje się w bogactwie mokotowskiego parku. Przecież smoki kochały złoto i kosztowności. Na pewno nie pogardzą też dolarami.
Jeszcze kilka garści. Byle szybciej i więcej. Ostatnie spojrzenie i szok malujący się w chciwych oczach. Szum skrzydeł, gwałtowny podmuch i gorąca fala uderzyły w twarz Helmuta. Padł na plecy i zniknął gdzieś w dewizowej stercie. Zamknął oczy i nie widział już niczego. Po chwili zachrapał.
***
Jakub nie narzekał, że wczorajsza impreza skończyła się wcześnie. Kiedy zniknął Helmut i jego magiczne torebki, towarzystwo zaczęło się wykruszać. Kuba nie lubił takich akcji. Potrafił bawić się bez wspomagaczy. Prawie. Hołdował tradycji i tolerował tylko alkohol. Wczoraj nie tknął nawet tego. Obudził się wypoczęty, a zapał szybko przerodził się w chęć biegania.
Poczuł to szybciej niż zazwyczaj. Pierwsze przebiegnięte metry i zastrzyk endorfin zrobił swoje. Czuł się jak młody Bóg, jakby nigdy miał się nie zatrzymywać. Nogi niosły go spokojnym tempem, a Kuba rozglądał się wokół, ciesząc oczy kolorytem jesiennego krajobrazu. Pole Mokotowskie wypiękniało. Kolory oszałamiały. Mówi się, że jesień to czas umierania i depresji. Może i tak, ale nie dziś. Nie dla Jakuba.
Biegacz pokonał już niezły dystans, kiedy coś mocno go rozproszyło. Zgubił krok i niemal się wywrócił. Patrzył przed siebie niepewnie. Sterta liści. Niby nic dziwnego w jesiennym parku. Tylko że coś mu się w niej nie podobało. Podchodził powoli i ostrożnie. Jeszcze dwa, trzy kroki i nagle krzyknął przestraszony. Z liści wystawała ręka. Jeszcze kilka kroków i ręka przeszła w ludzkie ciało. Wytrzeszczył oczy.
— Helmut? — zawołał i opadł na kolana. — Helmut! Obudź się, chłopie! Hej, hej… Helmut!
Zatopiony w liściach chłopak wciąż nie dawał znaku życia. Kuba w desperacji uderzył go w twarz. Raz, drugi, trzeci. Ulga. Helmut otworzył oczy. Przez chwilę patrzył nieprzytomnym wzrokiem i nagle wrzasnął.
— Smok! Smok! — wołał co chwilę, cofając się na tyłku przed Jakubem.
— Ej, uspokój się, facet. Coś ty ćpał! Uspokój się, mówię. To ja, Kuba — mówił cierpliwie i wreszcie zobaczył, że spojrzenie kolegi staje się przytomniejsze. — Co za smok, Helmut? — mrugnął okiem i zaśmiał się głośno.
— Nieważne.
— No powiedz.
— Oj tam. Schiza miałem takiego, że smok na mnie leci. Akademiki wasze spalił i potem na mnie się rzucił.
— Tfu, żebyś kurde w złą godzinę tego nie wypowiedział. — Jakub podał mu rękę i pomógł wstać. — Dobrze, że liśćmi się przykryłeś, bo byś, kurde, zamarzł, głupolu.
— Liśćmi? — Helmut zaczął się szybko obmacywać po całym ciele.
Kuba pomyślał, że dopadła go jakaś delirka. Tak to przynajmniej wyglądało, a słowa zdawały się to potwierdzać.
— Gdzie dolary? — zapytał Helmut.
— Co?
— Gdzie dolary? — załkał, wyciągając z kieszeni kolejne liście.
— Aleś się, bracie, zaprawił. Chodź, odprowadzę cię na przystanek. Albo na postój taksówek, co? Masz jakieś pieniądze? Nie, nie dolary — dodał kpiąco, widząc, jak kumpel wyciąga liście zza kurtki. — Masz przy sobie trochę złotówek?
Rozdział 6
Pożar
Wiedział, że to sen, lecz ta wiedza niewiele mu dawała. Nie potrafił wyrwać się z koszmaru. Było jak zawsze. Nocne majaki towarzyszące mu od dzieciństwa. Wierne niczym pies, którego tak bardzo chciał mieć, a na którego nigdy nie zgadzali się rodzice. Wystarczyło tylko przyłożyć głowę do poduszki i zamknąć oczy. Wierny towarzysz pojawiał się niemal natychmiast. Koszmar zaczynał się zawsze bardzo niewinnie. Przyjemnie nawet. Bawił się z kolegami na podwórku otoczonym przez cztery bloki. Ich mały świat. Dobrze znany i bezpieczny. Zabawa trwała długo. Bawili się tak dobrze, że mały Kubuś przegapił zachodzące słońce. Może do prawdziwego zachodu było jeszcze daleko, lecz otaczające ich wieżowce szybko przyciągały mrok. Nie lubił go. Mroku. Bał się jej. Ciemności. Radość z zabawy w przeciągu chwili przeradzała się w niepokój. Od niego blisko było już do strachu. Ten ostatni szybko przywoływał panikę. Trzy siostry. Trzy niechciane towarzyszki dziecięcej zabawy. Niepokój, strach i panika.
Obserwuje szybko zapadające ciemności i zaczyna biec w kierunku klatki. Ta ginie w nieprzeniknionym mroku. Wyciąga małą rączkę, aby wymacać włącznik światła. Traci cenne sekundy. Sen w jego życiu powtarzał się już tyle razy, że od wielu lat wie w nim, że światło się nie zapali. Mimo to zawsze próbuje. Zawsze traci czas. Może gdyby raz się przełamał. Gdyby choć raz spróbował zmienić senną rzeczywistość… może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Może zdążyłby dobiec do schodów. Może nawet je pokonał i skrył się w azylu własnego mieszkania. Do przełamania nie dochodzi nigdy. Tej nocy, jak wielokrotnie wcześniej, znów próbuje zapalić światło. Znajduje włącznik. Pstryka raz za razem. Ciemność nie daje jednak za wygraną. Zrezygnowany, postanawia pokonać schody po omacku. Kiedy stawia stopę na pierwszym stopniu, słyszy za plecami przeraźliwy zgrzyt. Piwniczne drzwi otwierają się szeroko i chociaż wydaje się to niemożliwe, mrok klatki schodowej jeszcze się pogłębia. W panice rzuca się naprzód, jednak nie udaje mu się pokonać kolejnych stopni. Mocne szarpnięcie ściąga go ze schodów i chłopiec ląduje plecami na zimnej posadzce. Nim zdąży krzyknąć, czuje kolejne szarpnięcie i coś ciągnie go w dół. Do piwnicy. W jeszcze większą ciemność. Początkowo nie widzi nic. Za to coś czuje… Dłonie zaciśnięte na jego chudej szyi. Brakuje powietrza. Zaczyna się dusić. Wtedy wyostrzone zmysły organizmu walczącego o życie wyłapują kolejny bodziec. Zapach. Smród właściwie. Przykra woń spalonych szmat, chemikaliów i nie wiadomo czego jeszcze. Otacza go dym. Kaszle w próbie złapania oddechu. Znikają gdzieś duszące go ręce. Sam już nie wie, czy tu były. Może to dym go dusi? Czuje, że umiera. Załzawione oczy, otwarte szeroko, wreszcie coś dostrzegają. Mrok ustępuje czerwieni. Krew? A może ogień? Stąd ten dym? Błysk. Podmuch gorąca i Kuba budzi się z krzykiem. Łapczywie chwyta duże hausty powietrza. Oddycha. Żyje. Tej nocy już nie zaśnie.
***
Zmęczenie szybko daje o sobie znać. Na wykładzie powieki opadają mu tak często, że zamiast słuchać profesora, skupia się tylko na tym, aby nie zasnąć. Zajęcia z kartografii ma na szczęście w pobliskim budynku Wydziału Geologii. Rzut beretem do akademika. To bardzo kusi. Tak bardzo, że ulega tej pokusie. Zamiast iść na przystanek i tłuc się w zatłoczonym 175 aż na Krakowskie Przedmieście, wraca do siebie. Nudny wykład z filozofii nie wytrzymuje porównania z wczesnym obiadem.
Kuba siedzi na parapecie i czeka, aż wlany na patelnię olej ogrzeje się na tyle, by wrzucić do niego pokrojoną kiełbasę. Ogień hipnotyzuje. Niebiesko-żółte płomienie tańczące na gazowym palniku uspokajają. Może za bardzo. Powieki znów opadają. Przychodzi sen. Drugi raz w tak krótkim czasie. Rzadkość. Na dodatek w ciągu dnia. Kolejna nowość. Wszystko inne jest już takie jak zawsze. Podwórko, zachód słońca i klatka schodowa pogrążona w mroku. Powietrza! Tak trudno oddychać! Dym atakuje nos i gardło studenta. Kiedy piwniczny mrok ustępuje błyskającej czerwieni, pojawia się coś nowego. Coś, czego w znanym, sennym koszmarze nie było nigdy.
Bip, bip, bip, bip — ostry dźwięk budzi chłopaka.
Jakub patrzy przerażony i przez jedną krótką chwilę ma wrażenie, że sen stał się rzeczywistością. Dym. Wszędzie dym. Na suficie błyska czerwienią czujka i alarmuje wysokimi dźwiękami.
— Kurwa — zaklął głośno, zauważając źródło dymu.
Olej na patelni zapłonął od zbyt hojnie rozkręconego kurka i dym wypełnił już całą kuchnię. Kuba nie czekał. Zakrył patelnię i szybko zdusił ogień. Jeszcze więcej dymu. Zakasłał. Z oczu pociekły łzy. Nie było jednak czasu na rozczulanie. Czujnik wciąż wściekle hałasował. Chwycił patelnię, wrzucił na nią kiełbasę i szybkim sprintem pokonał krótki odcinek korytarza. Nim otworzyła się winda, był już w swoim pokoju.
Nasłuchiwał przez drzwi podniesionych głosów. Najpierw krzyki babki z recepcji. Szybko dołączały do tego głosy studentów, zaniepokojonych zadymionym korytarzem.
Wyjść? — myślał intensywnie. — Czy zostać i udawać, że mnie nie ma?
Szybko otworzył drzwi i dołączył do sporej grupki.
— Co to za dym? Pali się? Co się dzieje? — udawał krzykliwie zainteresowanie.
— To z kuchni. Ktoś obiad przypalił i zwiał.
— Debil — podsumował głośno Kuba. Głośno i jak najbardziej szczerze.
Postał jeszcze chwilę, pogadał, ponarzekał i posłuchał gniewnych głosów nawołujących do poszukiwań podpalacza. Kiedy pomysł samozwańczych detektywów z dziesiątego piętra upadł, odetchnął. Nikomu już nie chciało się tropić kucharza pierdoły. Wrócił do pokoju i popatrzył na patelnię wrzuconą do zlewu i porozrzucane smętne kawałki kiełbasy.
Chrzanić to. Idę do chińczyka — pomyślał.
Czekając na windę w zasmrodzonym korytarzu, nie czuł wyrzutów sumienia. Prawie.
***
Wieczorem chciał szybko iść spać. Ten dzień dał mu wystarczająco w kość. Jak na złość Mariusz miał fazę na zabawę. Kuba niekoniecznie.
— A Władek gdzie? — zapytał z nadzieją.
Na imprezowanie nie miał ochoty, ale gdyby napił się z Ruskiem, może dowiedziałby się czegoś więcej o dziwnej przygodzie pod prysznicem czy o nieskładnych ostrzeżeniach Władka. Poza tym to jego starszy kolega ze studiów. Trzeci rok archeologii. Zawsze to więcej tematów do rozmowy.
Trzy lata tu mieszka. A może on znał… — tylko tyle zdążył pomyśleć Jakub.
— W robocie. Na budowie. Skurwysyn silny jak niedźwiedź. Dopóki nie będzie przymrozków, to się z nim nie napijesz. Oni tam do późnej nocy robią.
— No ale Kubuś… ze mną się nie napijesz?
— Nooo…
— I taki entuzjazm mi się podoba! — mrugnął Mariusz.
— A, Kubuś… masz fajki? Głupio tak bez fajek przy wódce. Ja zapomniałem kupić. Ale odkupię, nie martw się. Kupię i wtedy moje będziemy palić.
Rozmowę przerwało głośne pukanie i otwarcie drzwi. Weszło dwóch chłopaków z końca korytarza, których Mariusz zaprosił na partyjkę pokera. Na szczęście mieli papierosy. Impreza toczyła się leniwie. Kuba szybko się znudził.
— Pijcie, chłopaki, sami. Idę w kimono.
Zapalone światło, gwar w pokoju, dym i muzyka zza okna zupełnie mu nie przeszkadzały. Szybko zaadaptował się do akademickiego życia. Nie minęło nawet dziesięć minut, jak zapadł w sen pozbawiony złych majaków. Niestety nic nie trwa wiecznie.
***
Znów dopadł go ten sam koszmar. Trzeci raz w tak krótkim czasie. To zdarzało się niezwykle rzadko i zawsze zwiastowało coś niedobrego. Śmierć ojca. Śmierć brata i wreszcie śmierć matki.
Znowu tu był. Blokowisko znajome z dzieciństwa. Późny wieczór. Paniczne próby włączenia światła. Głodny mrok wylewający się z piwnicy. Coś czy ktoś ciągnący go w dół, w ciemność. Brak tchu. Dym. Coraz więcej dymu. Czerwień. I nagle coś nowego. Piekący ból policzka. Uderzenie. Następne. Ciało Kuby podryguje na wszystkie strony. Krzyki.
— Obudź się! Obudź się, kurwa!
Jakub zamrugał, zaskoczony. Nad nim nachylał się Mariusz i, trzymając go za ramiona, silnie potrząsał.
— Obudź się — wołał, a widząc, że Kuba otworzył oczy, wrzasnął: — Musisz wstawać!
— Mario, daj spokój. Jest noc. Chcę spać. Koniec picia. Ty też…
Uderzenie z liścia przerwało jego słowa.
— Musimy się ratować! — I kolejny strzał w twarz: — Wstawaj, kurwa, pali się, pali!
Kuba oprzytomniał w jednej chwili. To, że kumpel strzelił go w pysk, pomogło. Otrzeźwiło. Dało do myślenia. Nagle zakasłał. Pokój wypełniony był dymem. Przez chwilę bez sensu pomyślał, że chyba jednak zapomniał o tej patelni. Potrząsnął głową i zaczął myśleć logiczniej. Zewsząd dobiegały dźwięki czujek przeciwpożarowych. Ponaglany przez kolegę, zerwał się z łóżka. Wybiegli na korytarz. Jeszcze więcej dymu. Prawie nic nie było widać. Zaczęli biegać niemal po omacku i walić pięściami w drzwi, z których nikt jeszcze nie wyszedł. Szybko dołączali do nich inni.
— Ratujcie się! Wstawajcie! Pali się! Pożar! — niosło się korytarzem.
Później bieg. Nie wszyscy zmieścili się na raz do dwóch wind. Paniczny bieg schodami. W dół, byle dalej od dymu. W dół i wreszcie na zewnątrz. W zimną ciemność listopadowej nocy. Dym, mrok i błyskająca czerwień. Nadciągnęła kawaleria. Straż pożarna była już na miejscu.
Tłum gęstniał. Niewyspani i wystraszeni studenci patrzyli, jak strażacy znikają, połykani przez ciemność akademickiego holu. Noc była mroźna. Wyrwani ze snu młodzi ludzie zbijali się w zwartą grupę w poszukiwaniu upragnionego ciepła. Tylko jedna osoba wyrwała się z uścisku tłumu. Kuba nie znosił ludzi w zbyt dużych ilościach. Tłum źle na niego wpływał. Wycofał się tyłem i stał samotnie, drżąc z zimna. Klapki, bokserki i cienka koszulka nie zapewniały żadnej ochrony. Owiał go mroźny podmuch. Zaszczękał zębami. Kiedy na plecach poczuł przesuwające się opuszki palców, szybko walące do tej pory serce niemal się zatrzymało. Odwrócił się z krzykiem i stanął twarzą w twarz z nieznajomą dziewczyną.
— Hej, hej, spokojnie. To ja. Spokojnie — Usłyszał, ale wcale go to nie uspokoiło.
Nie znał jej. Był wystraszony. Jakby znalazł się w dalszej części swojego koszmaru. W części, która nigdy się jeszcze nie wydarzyła.
— Hej, to ja — powtórzyła nieznajoma.
Nie próbowała go już dotykać, widząc, jak nerwowo zareagował wcześniej. Wciąż przemawiała spokojnym tonem. Wtedy ją poznał. Nie miała makijażu. Nie dostrzegł więc charakterystycznych ciemnych cieni i czarnej szminki. Kiedy jednak lekko odwróciła głowę i twarz uwolniła się od mroku, zobaczył w niej coś znajomego. Tatuaż. Pajęczyna odchodząca od prawego oka.
— Jaga? — wydukał niepewnie.
— A któżby inny? — Szeroki uśmiech ozdobił twarz brunetki. — Chodź ze mną — wyszeptała.
— Dokąd?
— Do mnie.
— Do ciebie? — zapytał głupio.
— Do mnie. Głuptasie, przecież ty zaraz zamarzniesz.
Zadygotał mocno na potwierdzenie tych słów. Wyciągnęła rękę i powtórzyła:
— Chodź ze mną.
— Ale…
Nie pozwoliła skończyć:
— Nie martw się. Nie myśl. Chodź ze mną. Dziś jestem sama w pokoju.
Powoli wracała mu przytomność i zaczynał dostrzegać otoczenie. Tłum z jego akademika. W większości — niekompletnie ubranych, młodych ludzi. Strażacy rozdający termiczne koce. Inna, mniejsza grupka gapiów z drugiego budynku. Między nimi drobna brunetka z wyciągniętą ręką. Chwycił ją. Mocno. Nie puszczał. Kiedy odwróciła się i wolno zaczęła iść w stronę drugiego deesa, podążył za nią, wciąż trzymając mocno drobną i ciepłą dłoń.
Rozdział 7
Czarna Wdowa
Długo nie mógł zasnąć. Pożar, szok i zmęczenie powinny znieczulić go od razu. Powinny. Gonitwa myśli wciąż jednak nie ustawała. Może dobrze by było z nią porozmawiać? Wypytać? Przecież właśnie tego chciał. Miał dużo pytań. Co o nim wiedziała? Skąd go znała? Przyjazd autobusu kilka dni temu przerwał rozmowę, a potem dziewczyna nie chciała ciągnąć tematu. Teraz, kiedy nadarzyła się okazja, stchórzył. Może zbyt wiele się wydarzyło tego dnia i nocy? Zamiast rozmowy bezskutecznie próbował zasnąć. Zresztą czy to dziwne? Po tym, co się stało? I nie, nie chodziło wcale o pożar.
Kiedy znaleźli się z Jagą w jej pokoju, ta zaordynowała szybką kurację. Mimo protestów zapakowała go pod kołdrę i przykryła po samą szyję. Miał się wygrzewać. Światło zgasło, ale przecież duże miasta nie zasypiają nigdy. Warszawa też nie pogrąża się w ciemności żadnej nocy. Delikatny blask, który sączył się przez okienne szyby, pozwalał dość dobrze widzieć. Szelest ubrania przesuwającego się po skórze nie pozwolił Kubie zamknąć oczu. Widział, jak Jaga zrzuca z siebie wszystko. Widział, jak bierze do ręki dwuczęściową piżamę i staje obok drugiego łóżka. Wyraźnie się waha.
— Śpisz? — Usłyszał cichy szept.
Głos był tak delikatny, że chłopak spokojnie mógłby go zignorować. Udawać, że śpi. Wtedy zapewne wszystko potoczyłoby się inaczej. Zdradziły go dreszcze. Kiedy zadygotał z zimna, uznał, że głupio będzie pozorować sen.
— Nie. Nie śpię. — Wyszło dość niewyraźnie, bo zęby zaczęły mu szczękać.
— Zimno ci?
— Tak. Trochę.
Widział, jak waha się jeszcze chwilę. Stoi przy sąsiednim łóżku z piżamą w ręku. Wreszcie zdecydowała. Odłożyła piżamę i zbliżyła się do Kuby. Stała tak chwilę w ciszy. Patrzył przez przymknięte oczy. Niewiele widział w półmroku, lecz i tak się zawstydził. Zacisnął powieki i obiecał sobie, że nie będzie się gapić. Wtedy usłyszał szelest kołdry i powiew chłodu, kiedy ta uniosła się odrobinę. Na tyle, żeby szczupłe ciało dziewczyny wsunęło się pod przykrycie. Uczucie chłodu zniknęło. Leżał na wznak z walącym sercem i nie wiedział, jak się zachować. Jaga położyła się na boku plecami do niego.
— Kuba?
— Tak?
— Nie zrozum mnie opatrznie. Ale tak się nie rozgrzejesz. Musisz się rozebrać.
— Co?
— Spokojnie, jest ciemno. Zdejmij wszystko z siebie i przytul się do mnie. Spokojnie, jest ciemno. Tylko tak się rozgrzejesz. Oddam ci swoje ciepło, tylko musisz się przytulić do mnie nagi. Spokojnie. To tylko, żebyś się rozgrzał — wyrzucała z siebie zdanie jedno za drugim.
Szybki, nerwowy szept miał chyba uspokajać. Nie wiadomo tylko kogo. Jakub nie poczuł się uspokojony. Serce biło mu jeszcze szybciej.
— Kuba?
— Tak?
— Zrób wreszcie, o co proszę. To dla twojego dobra.
Szelest ściąganej koszulki i bokserek utonął gdzieś pod kołdrą. Jeszcze chwila i chłopak przekręcił się na bok. Przysunął się do dziewczyny i niezdarnie objął ją lewą ręką. Wylądowała na drobnej piersi. Wystraszył się i cofnął dłoń, lecz ta została zdecydowanie przyciągnięta na poprzednie miejsce.
— Nic nie szkodzi — wyszeptała — musisz się rozgrzać.
Czuł, jak pod palcami twardnieje niewielki sutek. Wmawiał sobie, że to przez jego zimną rękę. Leżeli przytuleni. Rzeczywiście działało. Zrobiło mu się odrobinę cieplej. Po chwili chłód zdawał się zniknąć, jakby nigdy go nie było. Ciepło i bliskość kobiecego ciała zrobiły swoje. Z przerażeniem poczuł erekcję. Przyszła tak szybko, że nie zdążył się odsunąć. Poczuł, jak jego penis napiera na ciepłe pośladki.
— Nie. — Usłyszał, kiedy próbował cofnąć biodra. — Nie odsuwaj się. Proszę — dodała po chwili.
Wrócił na swoje miejsce. Czuł walenie serca i pulsowanie w kroczu. Nie wiedział, co myśleć. Odezwać się? Ale co powiedzieć?
— Kuba, mogę mieć prośbę?
— Jasne.
— Popieść mi sutek ręką. Tylko delikatnie.
— Ale…
Nie pozwoliła mu dokończyć.
— Proszę. Proszę, zrób to dla mnie.
Kto odmówiłby takiej prośbie? Na pewno nie Jakub. Na pewno nie tej nocy. Usłyszał, jak zmienia się rytm oddechu Jagody. Stał się szybszy, głośniejszy.
— Możesz go wsunąć między uda.
Zrozumiał. Tak było zresztą wygodniej. Bawili się tak niewinnie dwie, może trzy minuty, kiedy usłyszał szept:
— Cieplej ci?
— Tak.
Kołdra poleciała na bok i zsunęła się na podłogę. Kuba zobaczył, że Jaga wychyla się z łóżka i sięga do szafki.
— Połóż się na plecach — Usłyszał.
Nie protestował. Po chwili poczuł, jak jego członek otaczają ciepłe i wilgotne usta. Jęknął tylko i zaczął głośno oddychać. Kiedy przerwała, podniósł głowę, żeby zobaczyć, co się stało. Dziewczyna włożyła coś do ust i znów się pochyliła. Odczucia uległy zmianie. Członek otoczyła gumowa osłonka.
O cholera, zakłada mi gumę ustami — zdążył tylko pomyśleć, kiedy jego sprzęt wniknął w nią głęboko wraz z rozwijaną prezerwatywą.