AGATA Złowieszczy szept
Od autora
Ta historia nie powstała po to, by straszyć.
Powstała po to, by przypomnieć, że zło rzadko krzyczy.
Częściej siedzi cicho.
Obserwuje.
Czeka.
Napisałem tę książkę z myślą o tych, których głos został kiedyś zagłuszony strachem.
O tych, którym wmówiono, że mają milczeć.
I o tych, którzy mimo wszystko przeżyli.
Jeśli po przeczytaniu tej historii poczujesz niepokój,
to znaczy, że ona spełniła swoje zadanie.
Bo czasem właśnie niepokój jest pierwszym krokiem do uważności.
A uważność potrafi ratować życie.
Cytat
„Najgorsze nie jest to, co człowiek przeżyje.
Najgorsze jest to, co musi w sobie uciszyć, żeby przeżyć.”
Rozdział 1
Lato wchodziło do miasteczka bez pukania.
Nie pytało, czy ludzie są gotowi. Po prostu przyklejało się do ścian, wpełzało w okna, rozgrzewało asfalt tak, że powietrze nad drogą drżało jak przezroczysta woda.
Była środa. Taka zwykła środa, która mogłaby być czwartek albo poniedziałek — wszystko jedno, bo w lipcu dni są do siebie podobne jak te same reklamy w radiu.
Agata wyszła z domu kilka minut po siódmej. Zrobiła to w pośpiechu, ale nie takim nerwowym. Po prostu w rytmie poranka: klucze, drzwi, szybkie sprawdzenie kieszeni — telefon, portfel, gumka do włosów — i ten automatyczny, półprzytomny ruch, kiedy człowiek poprawia plecak na ramieniu.
Na schodkach przystanęła na sekundę. Ziewnęła. Powietrze było ciepłe już od rana, nienaturalnie ciepłe, jakby noc w ogóle nie istniała, tylko była przerwa w świeceniu słońca.
Z ogródka sąsiadów dobiegało stukanie. Pan Roman, w koszulce na ramiączkach, od rana tłukł młotkiem w coś, co wyglądało jak rozklekotane krzesło. Miał minę człowieka, który wierzy, że świat da się naprawić gwoździem.
Agata spojrzała na niego, ale nie odezwała się. Nie miała jeszcze głosu. W tej części dnia jej słowa leżały głęboko, jakby w kieszeni, do której trudno sięgnąć.
Zeszła z chodnika na ulicę. W miasteczku ulica była “główna” tylko z nazwy — jedna prosta, kilka bocznych, rząd niskich domów, warzywniak, kiosk, apteka, piekarnia i kościół z wieżą, która górowała nad wszystkim jak palec mówiący: patrzę na ciebie.
Szła spokojnie. Za spokojnie, jak na kogoś, kto powinien się spieszyć.
W sumie powinna.
Egzaminy.
Słowo brzmiało jak coś ciężkiego, co człowiek nosi w plecaku razem z książkami. Tylko tego nie dało się wyjąć i położyć na biurku. To siedziało w środku i robiło swoje: ciągnęło w dół.
Kiedy była już na wysokości sklepu z farbami i narzędziami, usłyszała szybkie kroki za sobą, a potem głos.
— Agata! Ej, Agata!
Odwróciła się. Beata biegła lekko, jakby poranek ją nakręcał. Włosy miała związane byle jak, parę kosmyków wymknęło się spod gumki. Usta pomalowane błyszczykiem, paznokcie zrobione — zawsze. Beata była taka, że nawet kiedy mówiła “nie chce mi się”, to wyglądała, jakby właśnie wychodziła z reklamy.
No w końcu — rzuciła Beata, łapiąc oddech. — Myślałam, że znowu śpisz z twarzą w poduszce jak trup.
Dzięki za troskę — mruknęła Agata.
Beata szturchnęła ją łokciem.
Nie bądź taka, dobra? To jest dzisiaj ważne. Nie możesz mi tu umrzeć emocjonalnie o siódmej rano.
Agata spojrzała na nią spod przymrużonych powiek.
Ja nie umieram emocjonalnie. Ja po prostu… istnieje.
Aha. Istnieje. Jak roślina w doniczce.
Coś w tym stylu.
Beata parsknęła śmiechem, od razu wyciągając telefon.
Czekaj, muszę ci coś pokazać. Widzisz to?
Na ekranie był filmik — ktoś tańczył, ktoś się śmiał, ktoś kręcił kamerą jak opętany. Agata poznała tę salę. Poznała te światła. Poznała nawet fragment czyjejś sukienki.
No nie… — wymamrotała. — Ty to wrzuciłaś?
Ja? Nie, ja tylko udostępniłam. To wrzuciła Ola z drugiej klasy. Patrz, tu! Tu jest ten moment, kiedy ty prawie się wywaliłaś.
Prawie się wywaliłam, bo mnie popchnęłaś.
Bo byłaś drewniana. — Beata zrobiła minę niewinnego aniołka. — Drewno się pcha, żeby się ruszyło.
Agata przewróciła oczami, ale kącik ust jej drgnął.
Ty jesteś niemożliwa.
Jestem realistyczna. A poza tym… — Beata nachyliła się konspiracyjnie — …widziałam, kto na ciebie patrzył.
Agata od razu zrobiła tę minę, której nienawidziła, bo zdradzała za dużo.
Nikt.
Nikt? Dobra, to ja jestem papieżem. On się gapił jak w obrazek.
Beata…
No co? Mówię prawdę. A prawda jest taka, że Kamil patrzył. I to tak, że ja się aż poczułam niekomfortowo.
Agata poczuła, że robi jej się ciepło — ale nie od słońca.
On się nie gapił.
On się gapił. Tak, jakby miał w oczach “proszę, odwróć się jeszcze raz”.
Agata chciała coś odpowiedzieć, ale w tym momencie z bocznej uliczki wyszła trzecia dziewczyna.
Kasia.
Szła wolniej niż Beata, jak zawsze. Miała słuchawki, ale zdjęła jedną, kiedy ich zobaczyła.
Hej — powiedziała spokojnie.
O, nasza Kasia. — Beata od razu zmieniła ton na teatralny. — Powiedz, że widziałaś, jak Kamil się gapił.
Kasia uniosła brew.
Na co?
Na Agatę.
Nie wiem. Nie śledzę czyichś gałek ocznych.
Kasia, błagam, ty jesteś jak kamera monitoringu. Ty wszystko widzisz.
Ja widzę, ale nie komentuję. To różnica.
Agata uśmiechnęła się słabo. Kasia była… inna. Nie w złym sensie. Po prostu miała w sobie coś, co sprawiało, że nie panikowała nawet wtedy, kiedy wszyscy inni wariowali.
Ruszyły razem. Trzy dziewczyny na tle miasteczka, które udawało, że jest bezpieczne.
Przeszły obok piekarni. Zapach świeżych bułek uderzył jak miękki cios.
Umieram z głodu — jęknęła Beata. — Jak ja mam myśleć na egzaminie, skoro mój żołądek gra marsza żałobnego?
Mogłaś zjeść — zauważyła Kasia.
Mogłam, ale po co, jak człowiek się stresuje? — Beata poprawiła pasek plecaka. — Poza tym, ja mam plan. Po egzaminach idziemy na lody. I ja biorę największy kubek, jaki istnieje.
Ty zawsze bierzesz największy — mruknęła Agata.
Bo ja mam wielkie serce.
Wielki apetyt.
To też.
Kasia spojrzała na Agatę.
Uczyłaś się?
To pytanie zabrzmiało zwyczajnie, ale Agata poczuła, jak w środku coś jej się napina.
Trochę.
“Trochę” to ile? — Beata natychmiast weszła w tryb przesłuchania.
No… — Agata odchrząknęła. — Przeczytałam to, co było.
Agata.
Co?
Ty zawsze “czytasz to, co było”.
I żyję.
Jeszcze żyjesz. — Beata machnęła palcem jak nauczycielka. — Kasia, powiedz jej, że obleje.
Kasia wzruszyła ramionami.
Może nie obleje. Może egzamin będzie prosty.
Nie będzie — powiedziała Beata od razu. — W tym kraju nic nie jest proste. Nawet kupienie biletu na autobus wymaga doktoratu.
Agata parsknęła.
Beato, ty dramatyzujesz.
Ja nie dramatyzuję. Ja przygotowuję psychikę na najgorsze. Jak człowiek się nastawi, że będzie tragedia, to potem jest tylko przyjemne zaskoczenie.
Szły dalej, wąską ulicą, gdzie domy stały blisko siebie. W oknach wisiały firanki, a w ogródkach rosły kwiaty, które wyglądały, jakby ktoś je podlewał codziennie z obowiązku.
W tym miasteczku ludzie wszystko robili z obowiązku.
Obowiązek był religią.
Kiedy skręciły w stronę szkoły, w oddali widać było budynek — stary, szary, z odrapaną elewacją, ale dumny, bo szkoła zawsze była “ważna”.
Agata zwolniła.
Z jakiegoś powodu serce zaczęło jej bić szybciej, jakby coś w niej wyczuło, że ten poranek nie jest tylko porankiem.
Beata mówiła dalej, szybko, bez przerwy, jak zawsze.
Dobra, to teraz najważniejsze. Po egzaminach idziemy nad rzekę czy do parku?
Zależy, czy będzie padać — powiedziała Kasia.
Nie będzie padać. Ma być słońce. Ja sprawdzałam trzy razy.
Sprawdzanie pogody trzy razy nie zmienia pogody — mruknęła Kasia.
Zmienia moje poczucie kontroli.
Agata zatrzymała się nagle.
Idźcie beze mnie — powiedziała.
Beata od razu się odwróciła.
Co?
Zaraz do was dołączę. Muszę coś… załatwić.
Co załatwić? — Beata zmrużyła oczy. — Ty nie brzmisz, jakbyś miała coś załatwiać. Ty brzmisz, jakbyś miała robić coś głupiego.
Nic głupiego — ucięła Agata.
Kasia spojrzała na nią uważniej, jakby próbowała zobaczyć coś pod spodem.
Na pewno?
Agata skinęła głową, trochę za szybko.
Tak. Serio. Idźcie.
Beata westchnęła.
Dobra, ale szybko. Słuchaj mnie teraz uważnie, bo mówię to jako twoja przyjaciółka, która nie chce cię potem reanimować: nie możesz się spóźnić. Jeszcze jeden raz i oblejesz.
Agata podniosła dłoń w geście przysięgi.
Nie bój się. Tym razem nie obleję.
Oby, bo ja nie będę cię wyciągać z dołka emocjonalnego. — Beata odwróciła się i ruszyła z Kasią. — Kasia, pilnuj, żeby ona przyszła.
Kasia tylko skinęła głową w stronę Agaty, ale zanim odeszła, powiedziała cicho:
Po prostu przyjdź.
Agata patrzyła, jak znikają za rogiem. Słońce świeciło mocno. A ona nagle poczuła się dziwnie samotna, jakby świat zrobił krok w tył.
Przeszła na drugą stronę ulicy. Sklepik był mały, wciśnięty między dwa budynki. Nad drzwiami wisiał szyld, trochę krzywy. W środku zadzwonił dzwonek, kiedy weszła.
Chłód był przyjemny. Pachniało plastikiem, chemią i słodkimi napojami.
Za ladą stała kobieta w średnim wieku, z włosami upiętymi w ciasny kok. Przerzucała gazetę z programem telewizyjnym, jakby w nim była odpowiedź na wszystkie problemy świata.
Agata ruszyła między półki. Wzięła butelkę wody, potem odstawiła. Sięgnęła po jakiś kolorowy napój, wahała się.
Z tyłu sklepu brzęknęły butelki. Ktoś wszedł czy wyszedł? Nie była pewna. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy oddech — ale to mógł być po prostu wentylator.
W końcu wzięła napój. Zwykły. Nic szczególnego.
Podeszła do kasy.
To wszystko? — zapytała sprzedawczyni tonem, który brzmiał jak rutyna, nie pytanie.
Agata skinęła głową.
Kobieta nabiła cenę.
Agata zapłaciła. Monety zabrzęczały.
Powodzenia na egzaminach — rzuciła sprzedawczyni, nawet na nią nie patrząc.
Dzięki — odpowiedziała Agata odruchowo.
Wyszła.
Dzwonek zadzwonił.
Słońce uderzyło ją w oczy, tak mocno, że zmrużyła powieki. Przez chwilę wszystko było białe, jakby świat był prześwietlony.
Zrobiła kilka kroków w stronę szkoły.
I wtedy usłyszała dźwięk silnika.
Samochód podjechał wolno. Zbyt wolno. Jak ktoś, kto nie chce zwracać uwagi, ale jednocześnie ma pewność, że może sobie na to pozwolić.
Agata odwróciła głowę instynktownie.
To był zwykły samochód. Taki, jakich pełno. Koloru… szarego? Ciemnego? W ostrym słońcu barwy mieszały się i kłamały.
Auto zatrzymało się przy krawężniku.
Sekunda.
Drzwi od strony pasażera otworzyły się gwałtownie.
Agata cofnęła się odruchowo, ale już było za późno.
Ktoś złapał ją od tyłu, mocno, pewnie. Jakby robił to nie pierwszy raz. Ramię zacisnęło się na jej klatce piersiowej, coś przycisnęło jej usta. Poczuła zapach — nie perfum, tylko coś bardziej surowego: pot, materiał, metal.
Chciała krzyknąć. Krzyk ugrzązł w gardle.
W tej jednej chwili zrozumiała, że nikt nie zdąży zareagować. Że ludzie widzą tylko to, co chcą widzieć.
Świat zamienił się w szarpnięcie.
Nogi oderwały się od ziemi.
Butelka wypadła jej z ręki i potoczyła się po chodniku, stukając o krawężnik.
Ktoś wciągnął ją do środka.
Drzwi trzasnęły.
Silnik zawył.
Agata próbowała się wyrwać, uderzyć, kopnąć — ale było ciasno, ktoś był silniejszy, ktoś był przygotowany. Zobaczyła fragment deski rozdzielczej, potem czyjąś dłoń, potem nic, bo coś znów przycisnęło jej twarz.
Ostatnie, co zobaczyła przez szybę, to słońce i niebo.
Czyste. Niebieskie. Obce.
A potem wszystko odpłynęło.
Kiedy się obudziła, nie wiedziała, ile czasu minęło. Minuta? Godzina? Dzień? W ciemności czas nie miał sensu.
Leżała na czymś twardym. Podłoga była zimna i wilgotna. Powietrze pachniało ziemią, pleśnią i czymś jeszcze — starym, zatęchłym. Jakby to miejsce długo czekało na kogoś takiego jak ona.
Spróbowała się poruszyć.
Ból przeszył ją w barku.
Wstrzymała oddech.
Wokół była czarna cisza, ale nie taka zwykła. To była cisza, która ma uszy.
Agata przełknęła ślinę. Gardło miała suche.
— Halo? — wyszeptała, ale głos brzmiał obco, jakby nie należał do niej.
Nie było odpowiedzi.
Tylko gdzieś w oddali… bardzo cicho… metaliczny dźwięk. Jakby ktoś przesunął coś ciężkiego. Jakby drzwi.
Agata zamarła.
I wtedy zrozumiała jedną rzecz, prostą i brutalną:
Tu nie ma szkoły.
Tu nie ma egzaminów.
Tu jest tylko ona — i ktoś, kto postanowił, że od tej chwili świat będzie wyglądał inaczej.
Rozdział 2
Zegar w sali numer siedem tykał głośniej, niż powinien.
Beata zauważyła to dopiero wtedy, gdy minęło pięć minut od rozpoczęcia egzaminu, a puste krzesło obok niej nadal było puste. Próbowała skupić się na kartce przed sobą, na pytaniach, na słowach, które znała, ale wzrok co chwilę uciekał w bok. Na miejsce, gdzie zawsze siedziała Agata.
— Zaraz przyjdzie — pomyślała.
— Na pewno utknęła w sklepiku. Albo zagadała się z kimś na korytarzu.
Takie rzeczy się zdarzały. Agata miała talent do bycia „za chwilę”. Zawsze „już”, zawsze „zaraz”. Beata uśmiechnęła się pod nosem, ale uśmiech szybko zniknął.
Minęło kolejne pięć minut.
Kasia siedziała dwa rzędy dalej. Odwróciła głowę tylko raz, krótko, jakby nie chciała, żeby ktoś to zauważył. Spojrzała na puste krzesło. Potem na Beatę. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
I w tej sekundzie obie pomyślały to samo.
To już za długo.
Nauczyciel — pan Nowak — chodził między ławkami. Stary, wysoki, z miną człowieka, który widział już setki takich poranków i tysiące takich twarzy. Egzaminy nie robiły na nim wrażenia. Ludzie robili.
Zatrzymał się przy pustej ławce.
A gdzie jest Agata Krajewska? — zapytał spokojnie, bez podejrzeń. Ot, formalność.
Beata uniosła głowę pierwsza.
Ona… — zawahała się. — Ona była z nami rano.
Pan Nowak spojrzał na nią uważniej.
Była?
Tak — wtrąciła Kasia szybko. — Szła z nami do szkoły.
— I?
Beata poczuła, jak serce przyspiesza. Nienawidziła kłamać. Kłamstwo zawsze miało smak metalu.
Poszła do sklepiku — powiedziała. — Po drugiej stronie ulicy. Miała zaraz wrócić.
Nauczyciel zmarszczył brwi.
I nie wróciła?
Może… — Beata szukała słów. — Może źle się poczuła. Albo wróciła do domu.
Pan Nowak milczał przez chwilę. Spojrzał na zegar.
To egzamin — powiedział w końcu. — Każda minuta się liczy.
Wiem — odpowiedziała Beata za szybko.
Proszę pisać dalej — rzucił, ale w jego głosie pojawiło się coś nowego. Cień.
Ruszył w stronę biurka.
Beata opuściła wzrok na kartkę, ale litery zaczęły jej się rozmazywać. Długopis ślizgał się po papierze bez sensu. Myśli uciekały.
Agata nigdy by nie wróciła do domu bez słowa.
Nigdy.
Kasia poprawiła się na krześle. Nogi miała napięte, dłonie zimne. Próbowała oddychać wolno, ale klatka piersiowa nie chciała współpracować.
Spóźnia się — powtarzała sobie.
Tylko się spóźnia.
Ale zegar nie kłamał.
Minęło piętnaście minut. Potem dwadzieścia.
Egzamin trwał, ale napięcie w sali gęstniało jak powietrze przed burzą. Ktoś zakaszlał. Ktoś inny poprawił krzesło. Puste miejsce obok Beaty stało się dziwnie widoczne, jakby ktoś je podświetlił.
Pan Nowak podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz. Wrócił po chwili, marszcząc czoło.
Kontynuujemy — powiedział. — Bez paniki.
Ale to słowo już padło. Panika.
Beata poczuła, jak w żołądku robi się jej ciasno.
Kiedy egzamin wreszcie się skończył, nikt nie zerwał się z miejsca tak jak zwykle. Uczniowie wychodzili wolniej, ciszej. Szepty przemykały między ławkami.
— Widziałeś Agatę?
— Nie.
— Może zasłabła.
— A może w ogóle nie przyszła.
Beata i Kasia wyszły razem.
Ona nie przyszła — powiedziała Beata półgłosem, kiedy znalazły się na korytarzu. — Coś jest nie tak.
Poczekajmy chwilę — odpowiedziała Kasia. — Może zaraz się pojawi.
Czekały.
Pięć minut. Dziesięć.
Dzwonek ogłosił przerwę. Korytarz zapełnił się hałasem, ale dla nich wszystko było jak za szybą. Beata co chwilę zerkała w stronę wejścia. Kasia stała nieruchomo, oparta o ścianę.
Dzwonię do niej — powiedziała Beata i wyciągnęła telefon.
Sygnał. Jeden. Drugi.
Abonent chwilowo niedostępny.
Może ma wyciszony — mruknęła.
Spróbuj jeszcze raz — powiedziała Kasia.
Spróbowała.
To samo.
Kurwa… — wyrwało się Beacie, zanim zdążyła się powstrzymać.
Beata — syknęła Kasia. — Spokojnie.
Jak mam być spokojna? Ona nigdy nie wycisza telefonu. Nigdy.
Kasia przygryzła wargę.
Może padła bateria.
O siódmej rano? — Beata spojrzała na nią ostro. — Nie.
Nie dokończyła.
Na końcu korytarza pojawił się pan Nowak. Tym razem szedł szybciej. Zatrzymał się przed nimi.
Dziewczyny — powiedział. — Chodźcie ze mną.
Beata poczuła, jak kolana robią się miękkie.
Coś się stało? — zapytała Kasia.
Dyrektor chce z wami porozmawiać.
Gabinet dyrektora pachniał kawą i starym drewnem. Na ścianach wisiały dyplomy, zdjęcia klas sprzed lat, twarze ludzi, którzy już dawno wyjechali albo zapomnieli o tym miejscu.
Dyrektor siedział za biurkiem. Obok niego stała sekretarka, z telefonem w dłoni.
Usiądźcie — powiedział spokojnie.
Beata usiadła pierwsza. Kasia chwilę się wahała.
Dziewczyny — zaczął dyrektor. — Od rana próbujemy ustalić, dlaczego Agata Krajewska nie pojawiła się na egzaminie. Pan Nowak mówi, że była z wami w drodze do szkoły.
Tak — powiedziała Beata. — Szła z nami.
I co się stało?
Beata przełknęła ślinę.
Poszła do sklepiku. Naprzeciwko szkoły. Miała zaraz wrócić.
O której to było?
Kilka minut przed egzaminem.
Dyrektor spojrzał na zegarek.
To było ponad czterdzieści minut temu.
Cisza.
Dzwoniłyście do niej? — zapytał.
Tak — odpowiedziała Kasia. — Nie odbiera.
Dyrektor spojrzał na sekretarkę. Ta skinęła głową.
Próbowaliśmy skontaktować się z jej mamą — powiedział. — Na razie bez skutku.
Beata poczuła, jak coś w niej pęka.
Ona by nie… — zaczęła. — Ona by nie zniknęła tak po prostu.
Dyrektor wstał.
Spokojnie. Jeszcze nic nie wiemy.
Ale powiedział to zbyt oficjalnie. Zbyt szkolnie.
Sekretarka uniosła słuchawkę.
Halo? — powiedziała. — Tak… Dzień dobry, pani Krajewska? Tu szkoła.
Beata i Kasia spojrzały na siebie.
Tak… tak, rozumiem… — sekretarka słuchała, a jej twarz powoli traciła kolor. — Nie, nie przyszła dziś do szkoły. Tak, próbujemy to wyjaśnić.
Zapanowała cisza, która dudniła w uszach.
Dobrze — powiedziała sekretarka w końcu. — Proszę przyjechać jak najszybciej.
Odłożyła słuchawkę.
Matka Agaty jest w drodze — powiedział dyrektor. — Dziewczyny, zostańcie tu jeszcze chwilę.
Beata siedziała nieruchomo. Kasia ścisnęła dłonie.
W tej chwili żadna z nich jeszcze nie użyła słowa porwanie.
Jeszcze nikt go nie wypowiedział na głos.
Ale ono już tam było.
W powietrzu.
Między spojrzeniami.
W pustym krześle w sali numer siedem.
Rozdział 2 (ciąg dalszy)
Matka Agaty przyszła szybciej niż ktokolwiek się spodziewał.
Drzwi do szkoły otworzyły się gwałtownie, jakby ktoś pchnął je zbyt mocno, a potem natychmiast tego żałował. Kobieta stanęła w progu, lekko zdyszana, z torebką zsuniętą z ramienia. Miała na sobie zwykłą kurtkę, tę „na szybko”, włosy spięte byle jak, jakby wyszła z domu bez patrzenia w lustro.
Gdzie ona jest? — zapytała od razu.
Głos miała spokojny. Za spokojny.
Dyrektor podszedł pierwszy.
Pani Krajewska, proszę usiąść — powiedział łagodnie. — Jeszcze nic nie wiemy.
Jak to nic? — Matka Agaty spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała słów. — Przecież miała być na egzaminie.
Tak — wtrąciła Beata szybko. — Szła z nami rano.
Kobieta odwróciła się w jej stronę.
— Szła z wami?
— Tak. Normalnie. Rozmawiałyśmy.
— I gdzie ona jest teraz?
Zapadła cisza.
Kasia odezwała się cicho:
Poszła do sklepiku. Naprzeciwko szkoły. Miała zaraz wrócić.
Matka Agaty zmrużyła oczy, jakby próbowała coś sobie przypomnieć.
Ona czasem tak robi — powiedziała po chwili. — Jak się stresuje.
Stresuje? — Beata podniosła głowę.
Tak. Przed egzaminami. — Kobieta westchnęła i opadła ciężko na krzesło. — Wychodzi, chodzi. Czasem po parku. Czasem po osiedlu. Mówi, że musi „pooddychać”.
Dyrektor skinął głową.
To możliwe. Dzieci reagują różnie.
To słowo — dzieci — zawisło w powietrzu niezręcznie.
Ona nie jest dzieckiem — powiedziała matka Agaty, ale bez agresji. Raczej jakby broniła czegoś, co jeszcze przed chwilą było normalne.
Oczywiście — odparł dyrektor. — Proponuję tak: sprawdzimy okolice szkoły. Park, sklepik, drogę do domu.
Ja pójdę — powiedziała Beata od razu, podnosząc się. — Znamy miejsca, gdzie ona chodzi.
Kasia skinęła głową.
My też — dodała. — Razem.
Matka Agaty spojrzała na nie uważnie. Przez chwilę wyglądała, jakby miała coś powiedzieć, ale tylko przytaknęła.
Dobrze — powiedziała. — Tylko… proszę. Dajcie znać, jeśli ją zobaczycie.
Wyszły razem na korytarz.
Tam właśnie pojawił się woźny.
Był niski, krępy, w roboczej koszuli, z twarzą, którą wszyscy znali, ale nikt nigdy nie zapamiętywał. Człowiek-tło. Człowiek-od-kluczy. Przy pasku spodni miał pęk kluczy — ciężki, metaliczny, dźwięczny. Każdy krok powodował cichy brzęk.
Kasia zauważyła go od razu.
Klucze.
Dużo kluczy.
A przy nich — mała ozdoba. Serduszko. Czerwone, plastikowe, trochę dziecinne. Coś, co kompletnie nie pasowało do reszty.
Dziwne — pomyślała.
I od razu o tym zapomniała.
— Coś się stało? — zapytał woźny, zerkając na ich twarze.
— Szukamy koleżanki — powiedziała Beata. — Nie przyszła na egzamin.
— Aaa… — mruknął. — Może się spóźniła.
— Może — odpowiedziała Kasia.
Woźny wzruszył ramionami i ruszył dalej, klucze zabrzęczały.
Serduszko poruszyło się lekko.
Kasia patrzyła za nim przez sekundę dłużej, niż powinna. Sama nie wiedziała dlaczego.
Potem wyszły.
Słońce wciąż świeciło. Ludzie przechodzili obok szkoły, jak zawsze. Ktoś niósł siatki z zakupami, ktoś inny rozmawiał przez telefon. Normalność była wręcz obraźliwa.
Zaczęły od sklepiku.
Sprzedawczyni pamiętała Agatę.
Tak, była — powiedziała. — Kupiła napój. Nic dziwnego.
Wyszła sama? — zapytała Beata.
Sama.
Nie wyglądała na zdenerwowaną?
Dziecko, wszyscy są zdenerwowani przed egzaminami.
Park był pusty.
Ławki nagrzane, trawa sucha. Przeszły ścieżkami, którymi chodziły setki razy. Miejsca, gdzie siedziały, gadały, śmiały się, planowały.
Tu zawsze siada — powiedziała Beata, wskazując ławkę pod drzewem. — Jak chce być sama.
Ławka była pusta.
Kasia poczuła, jak coś zaczyna ją uciskać pod żebrami.
Idziemy na osiedle — powiedziała. — Może poszła w stronę domu.
Szły szybko. Beata co chwilę wyciągała telefon, dzwoniła, sprawdzała. Bez skutku.
To bez sensu — powiedziała nagle. — Ona by już była w szkole. Albo zadzwoniła.
Może zgubiła telefon — próbowała Kasia.
Nie. — Beata zatrzymała się. — Ona nigdy go nie gubi.
Stały chwilę w ciszy.
Kasia… — Beata spojrzała na nią. — A jeśli coś się stało?
Kasia chciała powiedzieć nie, ale słowo nie chciało wyjść.
— Jeszcze nie — odpowiedziała w końcu. — Jeszcze nie panikujmy.
Wróciły do szkoły po godzinie.
Matka Agaty stała przy wejściu. Rozmawiała z dyrektorem. Kiedy zobaczyła dziewczyny, jej twarz drgnęła.
— I? — zapytała.
Beata pokręciła głową.
Nigdzie.
Kobieta zacisnęła palce na pasku torebki.
Może… — zaczęła. — Może poszła dalej. Może po prostu chodzi.
Ale mówiła to już bardziej do siebie niż do nich.
Dyrektor odchrząknął.
Pani Krajewska…, jeśli do końca dnia się nie odnajdzie…
Nie dokończył.
Nie musiał.
Kasia spojrzała na drzwi szkoły. Na korytarz. Na miejsce, gdzie przed chwilą przechodził woźny z kluczami.
I nagle, zupełnie bez powodu, pomyślała:
To nie jest zwykłe spóźnienie.
Rozdział kończył się ciszą.
Taką, która zapada, kiedy wszyscy jeszcze próbują wierzyć, że świat działa normalnie —
Choć już zaczyna się rozpadać.
Rozdział 3
Dom po południu był nienaturalnie cichy.
Matka Agaty weszła do środka i od razu wiedziała, że coś się nie zgadza. Nie było tupotu kroków na schodach, nie było muzyki dochodzącej z pokoju córki, nie było tego charakterystycznego rzucania plecaka w kąt, które zawsze ją irytowało, a dziś nagle wydało się czymś, za czym można by tęsknić.
— Agata? — zawołała odruchowo.
Odpowiedziała jej cisza. Gęsta, lepka, jakby dom wstrzymał oddech.
Zdjęła buty, powiesiła kurtkę. Wszystko robiła mechanicznie, jakby ciało wiedziało, co robić, a głowa została gdzieś daleko. Zajrzała do kuchni, potem do łazienki. W pokoju Agaty łóżko było nietknięte, biurko zasłane notatkami. Telefonu nie było.
Usiadła na brzegu łóżka.
Pewnie poszła się przejść — pomyślała.
Zawsze tak robiła, kiedy się stresowała.
Egzaminy. To słowo wróciło jak echo.
Wyciągnęła telefon i zaczęła dzwonić.
Najpierw do siostry.
Nie, nie widziałam jej — odpowiedziała po drugiej stronie. — Może jest u koleżanek?
Potem do sąsiadki.
Nie, nie wychodziła tędy.
Potem do matki Beaty.
Beata mówiła, że były razem rano… tak… rozumiem.
Każda rozmowa kończyła się tak samo. Uprzejme współczucie. Bezradność. Słowa, które nic nie znaczyły.
Spróbowała zadzwonić do Agaty.
Sygnał. Jeden. Drugi.
Abonent chwilowo niedostępny.
Po trzeciej próbie ręka jej zadrżała.
Odbierz… — szepnęła do telefonu, jakby to mogło coś zmienić.
Nie zmieniło.
Usiadła w kuchni, opierając łokcie o stół. Zegar na ścianie tykał głośno. Zbyt głośno. Każda sekunda była jak uderzenie.
Może wróci.
Może po prostu chodzi.
Drzwi zadzwoniły.
Podniosła się gwałtownie. Serce podskoczyło.
Ale to były Beata i Kasia.
Stały niepewnie w progu, z plecakami na ramionach, z twarzami, które nie wiedziały, jak się zachować.
Dzień dobry… — zaczęła Beata.
Wejdźcie — powiedziała matka Agaty.
Usiadły w salonie. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Szukałyśmy jej — powiedziała Kasia w końcu. — W parku. Na osiedlu. Przy sklepiku.
I? — zapytała matka, choć znała odpowiedź.
Beata pokręciła głową.
— Nigdzie.
Kobieta przymknęła oczy. Tylko na moment.
Ona czasem tak… — zaczęła, ale głos jej się załamał. — Czasem chodzi, jak się stresuje.
Wiem — powiedziała Beata szybko. — Ale ona by już wróciła. Albo zadzwoniła.
To zdanie zawisło w powietrzu.
Matka Agaty wstała.
Jedziemy na policję.
Beata otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Kasia skinęła głową.
Komenda była szara i chłodna. Pachniała papierem i kawą. Na ścianach wisiały tablice informacyjne, jakby ktoś próbował wytłumaczyć chaos świata w punktach.
Policjant dyżurny spojrzał na nich znad biurka.
W czym mogę pomóc?
Chcę zgłosić zaginięcie córki — powiedziała matka Agaty.
Te słowa zabrzmiały jak coś obcego, jakby nie pasowały do jej ust.
— Wiek?
— Szesnaście lat.
Policjant uniósł wzrok.
— Proszę usiąść.
Zaczęły się pytania.
Imię, nazwisko. Data urodzenia. Wzrost. Kolor włosów. Kolor oczu. Znaki szczególne. Ubranie, w którym wyszła z domu.
Ciemne spodnie… jasna bluza… plecak czarny, z małym breloczkiem…
Jaki breloczek? — zapytał policjant.
Taki… z napisem. Prezent.
Beata ścisnęła dłonie. Kasia patrzyła w podłogę.
O której była widziana ostatni raz?
Rano. W drodze do szkoły.
Z kim?
Z koleżankami.
Czy zdarzało jej się uciekać z domu?
Matka Agaty spojrzała na policjanta ostro.
Nie.
Czy mogła chcieć się ukryć?
Nie.
Czy miała konflikty?
Każdy ma konflikty. Ale nie takie.
Policjant notował. Spokojnie. Bez emocji.
Zgłosimy to jako zaginięcie osoby małoletniej — powiedział w końcu. — Procedura rusza od razu.
Słowo procedura brzmiało sucho. Beata miała ochotę krzyknąć, że to nie procedura, tylko Agata.
Minęły godziny.
Wieczór. Noc.
Telefon milczał.
Dopiero następnego dnia zadzwonił policjant.
Proszę przyjechać — powiedział krótko. — Coś znaleźliśmy.
Plecak leżał w krzakach, kilkaset metrów od sklepiku. Czarny, lekko zabrudzony. Jakby ktoś go po prostu odrzucił.
Matka Agaty wiedziała, zanim ktokolwiek coś powiedział.
To jej — wyszeptała. Policjant skinął głową.
Potwierdzimy to oficjalnie, ale… tak.
Beata poczuła, jak kolana się pod nią uginają.
Ona nigdy by… — zaczęła, ale nie dokończyła.
Plecak był pusty. Bez telefonu. Bez dokumentów.
Zabezpieczamy monitoring — powiedział jeden z funkcjonariuszy.
Nagranie było słabej jakości. Sklepik. Drzwi. Agata wychodząca z butelką w ręku. Słońce. Chwila. Potem samochód.
Drzwi się otwierają. Szarpnięcie. Obraz się trzęsie.
Widać auto — powiedział policjant. — Marka i kolor.
A tablice? — zapytała matka Agaty.
Policjant pokręcił głową.
Nie.
Beata zasłoniła usta dłonią.
To porwanie — powiedziała cicho Kasia.
Nikt jej nie poprawił.
Policjant zatrzymał kadr na butelce leżącej na chodniku.
To też zabezpieczymy — powiedział. — Każdy szczegół się liczy.
Matka Agaty stała nieruchomo.
Świat się zawalił.
A to był dopiero początek.
Rozdział 4
Trzeciego dnia poszukiwań policja była już zmęczona.
Nie w ten spektakularny sposób, który widać w filmach, gdzie ktoś rzuca papierami i krzyczy, że ma dość, ale w ten cichy, duszny sposób, który wdziera się w myśli, kiedy człowiek za długo patrzy w te same notatki i te same obrazy. Zmęczenie objawiało się drobiazgami. Ktoś pił trzecią kawę, choć pierwsza jeszcze nie ostygła. Ktoś inny zapominał, co miał sprawdzić, i wracał po chwili do tego samego biurka, udając, że to było celowe. Telefon dzwonił często, ale prawie nigdy nie przynosił nic nowego.
Sprawdzano każdy sygnał. Każdą plotkę. Każde niepewne zgłoszenie.