E-book
9.56
drukowana A5
49.01
Abrakadabra

Bezpłatny fragment - Abrakadabra

Dyptyk apokaliptyczny. Tom 1.


Objętość:
282 str.
ISBN:
978-83-8189-903-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 49.01

1. Wybrani pod namiotami

1

— Wykonało się… — Rezajasz złożył enigmatyczny raport z wykonanego zadania.

Złość wyrwanego z łóżka Konstantego, który chwilę wcześniej położył się spać po przyjęciu z okazji swych sześćdziesiątych szóstych urodzin, mieszała się z ulgą, że przedostatnia przeszkoda na drodze do uskutecznienia latami wdrażanego projektu przestała istnieć.

— Obiekt został wywieziony na taczkach — dodał Rezajasz cynicznym tonem profesjonalisty.

Konstanty machinalnie uzupełnił notatkę. Policzył dyski, sprawdził czy każdemu towarzyszy transkrypcja, wziął głęboki oddech i przykrył kartonowe pudełko wieczkiem. Długo trzymał na nim swe zimne dłonie spracowane latami pisania raportów i tworzenia projektu w ramach wirtualnego świata, który już niedługo miał zastąpić coraz bardziej niewydolny System. Miał w zwyczaju, po zamknięciu projektu, ceremonialnie oklejać skrzynkę z aktami starą taśmą klejącą, na której, niczym gwóźdź do trumny, przybijał pieczątkę. Relikt ten przemycił ze swej dawnej firmy, rozwiązanej kilkanaście lat wcześniej. „Biuro Analiz Inspektoratu VII, Al. Jerozolimskie 66/6, Rzym.”

Konstanty był człowiekiem przywiązanym do tradycyjnych wartości; miał swoje rytuały i słabości. Komputer? Tak, ale musi być też na papierze… Czipy? No dobra, ale tu, dla siebie, niech będzie pieczątka. Stara dobra budżetówka: śmieją się z tych przestarzałych metod działania. Niech się śmieją. I tak ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Konstanty, wybity ze snu, odłożył wieczko i pieczątkę, sięgnął do jednej z fiszek w skrzynce i wydobył z niej leciwą płytkę.

— Przeżyjmy to jeszcze raz — westchnął i pogładził brodę, jakby jeszcze przed snem chciał podelektować się dobrą robotą starej sprawdzonej szkoły.

Włączył nagranie na odtwarzaczu red-lite który kiedyś „kupił” od jakiegoś żebraka za porcję ciepłego hot-rat’a i nabijając fajkę zapadł się w fotelu wyściełanym skórą z dzika.

— „… Darek, tym razem przesadziłeś. Przecież jak im każesz na majtkach pisać jakieś mitologiczne hasła, to gdzieś to musi schnąć… no i budzi zainteresowanie. Każdy internat ma swoje sprzątaczki”, — Konstantemu łezka zakręciła się w oczach — Jak dzieci, jak dzieci… — mruknął, pociągnął nieco Amfory i przez dym dłuższą chwilę przyglądał się mrugającemu płomykowi świecy.

2

Ponad tysiąc mil od niepozornego domku Konstantego, w wielkim namiocie na Polach Elizejskich dosłownie wrzało. Rozwścieczony tłum jeszcze do niedawna potulnych owieczek, teraz niczym stado wilków węszył, kogo następnego pożreć. Na mównicę wszedł właśnie Rezajasz i czule objął dwójkę trzynastoletnich chłopców, jednak szybko rozluźnił swe objęcia i pewnym ruchem chwycił stojący nieopodal mikrofon, osierocony świeżym usunięciem Guru Dariusa. Instrument ten tak zrósł się z wiecznie uśmiechniętym obliczem przywódcy najprężniejszej kongregacji na wschód od Edenu, że teraz, przy beznamiętnych ustach Rezajasza i na tle jego ciemnych okularów pasował do nowej twarzy Zgromadzenia jak przysłowiowa pięść do nosa. Tuba zmieniła proroka. Dla tłumu nowym prorokiem był niewątpliwie Rezajasz.

— Prowadź, bracie, hallelujach! — ryknął jeden ze starszych. Odpowiedzią było przeciągłe „haaaaaleeeeluuuuuuujaaaaaa” niczym z seansów afrykańskich słynnego ewangelizatora zza między.

— Widzę, że ty, Judaszu, jeszcze liczysz na jakąś taryfę ulgową! — Rezajasz podniósł w górę ręce. — Widzę jak rugasz Dariusza za te obrzydlistwa… ale czy potępiasz jego czyn? Niee! Ciebie nie przerażają majtki kleryków z napisem AMOR, które mieli zakładać by pojechać na stypendium do Rzymu!

W namiocie zapadła cisza. Ireneusz, choć był przecież prawą ręką Dariusza, to jednak pomimo nagłego upadku Guru, wciąż cieszył się opinią człowieka bez skazy.

— Tak jak Amor jest czytanym wspak wyrazem Roma, tak ty jesteś drugą stroną medalu, którym jest przywództwo tego zgromadzenia! Nie, ciebie nie przerażały czyny Dariusza, tylko to, że się wydadzą! Bóg dyktuje mi właśnie jak rozmawiasz z Przywódcą. Jest 6 czerwca… Mam mówić dalej?

Ireneusz pobladł. — Skąd ten człowiek może wiedzieć o tym telefonie? Czyżby Dariusz się wygadał? — zachodził w głowę. Prawa ręka Guru był w głębi duszy człowiekiem wierzącym. Po prostu, życie zmusiło go do tej postaci cynicznego realizmu, w której jest miejsce na akceptację zła by osiągnąć jakieś dobro. Wspierał Dariusza nie widząc dla niego alternatywy. Tak jak nie widział alternatywy dla samego Zgromadzenia tu, na Wschód od Edenu. Gdyby nie te wszystkie Namioty, wokół byłyby same wymioty. Rezajasz denerwował go: człowiek zagadka z tajemniczą przeszłością. Odkąd przybył wciąż jątrzył, rzucał podejrzenia, wszystkiego się czepiał, a najbardziej ludzi mających w Zgromadzeniu autorytet, prowokował, pouczał, dzielił, zrażał i rżnął głupa. Miał w sobie sporo tupetu i nawet jak ktoś go zmiażdżył, to bynajmniej nie zgasił: on wciąż mantrował. I miał swoich zwolenników, i to coraz więcej. Cóż, przeciętny wierzący nie myśli, tylko wierzy. A asertywność popłaca. Ireneusza zastanawiało jednak, skąd człowiek ten tyle wiedział. Czasem, gdy Rezajasz sugerował to czy tamto, pewnym ludziom nieźle szło w pięty, zupełnie jakby ten wiedział co mówi. Wreszcie dzisiejszy wieczór i auto da fe Dariusza. Może zatem…? — A jeśli Rezajasz JEST prorokiem? — pomyślał i to nagłe olśnienie sprawiło, że zaciskająca się na szyi Ireneusza pętla stała się jakby czułym objęciem anioła.

Gdy więc wściekły tłum linczował osobę numer 2 w Zgromadzeniu, ten błogosławił Rezajaszowi kreśląc znak krzyża swą właśnie stratowaną ręką.

— Chwała Panu, alleluja! Dzięki ci Panie za Brata Rezajasza! Bracie, prowadź! — ryczała sala.

Wierni wznieśli ręce ku niebu i mamrocząc pod nosem niezrozumiałe wyrazy zaczęli rytualnie obracać się w podskokach wokół swojej osi.

— Bracia i siostry… — zaczął Rezajasz. Wierni ucichli. — Bóg wskazał mi naszego nowego przywódcę…

— Re-za-jasz! — rozległo się jednomyślnie pod plastikowym sklepieniem, powtarzane coraz głośniej przez wyrokujący tłum.

— Bracia … — wierni znów natychmiast ucichli — Bóg chce by naszym nowym guru był brat Tewu.

3

Tewu był częstym gościem Konstantego na Alejach Jerozolimskich Dalekiego Wschodu od Edenu. Kiedyś jak zwykle kradł akumulatory z parkingów pod osłoną nocy, gdy przypadkowo przyłapany został przez funkcjonariuszy, którym właśnie zachciało się wyjść z radiowozu, by rozprostować kości. Kapitan kazał oszczędzać benzynę, a siedzieć bez ruchu w aucie to i zimno, więc wyszli, a tu ktoś wyciąga akumulator i zamiast do domu niesie go do innego wozu. Podeszli, a tam w bagażniku kilka innych takich urządzeń. Wpadł. Na komisariacie rozpaczał, że ojciec go zabije jak go wsadzą. Kapitan rutynowo zaproponował mu współpracę, którą Tewu ochoczo przyjął, a że ojciec Tewu był organistą, jego akta wraz z notatką kapitana o przydatności obiektu znalazły się z urzędu w Inspektoracie VII. Tak poznali się z Konstantym.

Ojciec Tewu czasem po kilku głębszych opowiadał o słabościach proboszcza i kleryków z parafii w niespokojnej robotniczej dzielnicy, co żywo interesowało Konstantego. Na początku Tewu wykonywał gigantyczną pracę praktycznie za darmo, ale z czasem się wycwanił: widocznie zrozumiał, że posterunkowi popełnili błąd nie kierując sprawy o akumulatory nawet do kolegium, więc w zasadzie teraz nie mieli go czym szantażować, bo po sprawie nie pozostał żaden formalny ślad, poza ową notatką kapitana, którą jak pokazało życie, łatwo było w sytuacjach spornych zakwestionować. Sprawy w sumie jakby nie było.

Tewu stał się człowiekiem ambitnym. Z opowieści ojca wiedział, jakie to fajne życie być pasterzem: wikt i opierunek za friko, mir w narodzie, kontakty z biznesem, a jaka władza, panie?! Wstąpił do seminarium, w którym zaprowadził wojskową falę. Był człowiekiem, który wiedział czego chce. Kariera Tewu szła błyskawicznie, w czym skromny swój udział miał Konstanty. W owych czasach przemian, Tewu stał się kimś więcej niż myślał że będzie: okrzyknięto go pionierem ekumenii. Paradoksalnie, gdy organizacja, której funkcjonariuszem był Tewu chyliła się ku upadkowi, Konstanty wdrażał właśnie arcyważny projekt pod kryptonimem „Nowy tron — nowy pastorał”. I tak, gdy powstało Zgromadzenie, Tewu był tym właściwym człowiekiem we właściwym miejscu. Rozumiał, że właściwie tylko Konstanty może mu dalej pomagać w duchowej karierze. Konstanty doskonale zaś rozumiał, że Tewu może mu pomóc w jego projekcie systemowym. Pierwszy pomógł drugiemu. Pora by drugi pomógł pierwszemu.

Guru Zgromadzenia był dla Konstantego niesterowalny. Ale Guru już nie ma… i jest luka do wypełnienia i sprawa do załatwienia. A Zgromadzenie jest kluczowe dla Sprawy.

Konstanty popatrzył na zegarek. To już pół godziny od telefonu Rezajasza. Wariant tego wieczora omawiali i trenowali tygodniami. Jeśli nie było niespodzianek, Tewu powinien już być na czele ruchu. Pora na telefon do Rezajasza.

— Czy kropka nad i postawiona?

— Stoi.

— Czy sytuacja rozwija się przewidywalnie?

— Niezupełnie — Konstanty, którego niewiele w życiu potrafiło zaskoczyć, był najwyraźniej … zaskoczony. — Ireneusz nie dość, że nie stawiał oporu, to jeszcze dał mi błogosławieństwo. Wygląda na to, że teraz to ja jestem kandydatem, nie Tewu. Miała być wojna na innym froncie. Tego nie ćwiczyliśmy.

— Czekam na was obu.

— Ale oni tu teraz też czekają. Chcą mnie. Tewu musi teraz im jakoś zaimponować. Stoi i mówi. Niezbyt imponująco… Nie za bardzo chcą go słuchać. Wywołują mnie co i rusz.

— Wymyśl coś, ja wiem, że Bóg nakazał tydzień na przemodlenie tematu. Bądźcie tu jak najszybciej.

Rezajasz chwycił swą lewicą prawicę Tewu, uniósł ją w górę i stali tak chwilę niczym pomnik na czołówce Mosfilmu.

— Zgoda buduje, bracia! Razem podźwigniemy to Zgromadzenie. Bierzemy się za tą stajnię Augiasza. Praca przed nami wielka. Przyznam, że nie wiem co należy teraz zrobić. Cała ta sytuacja zaskoczyła mnie równie mocno jak nas wszystkich. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, musimy wsłuchać się w głos Boga. Dajmy sobie siedem godzin na modlitwę. — To rzekłszy, Rezajasz wykrzywił usta w grymasie bólu i zamknął oczy. Zmienionym głosem, jakby był medium przekazującym wiadomość z zaświatów kontynuował. — Bądź jak rumak Al-Burak i weź proroka Tewu w nocną podróż do Jerozolimy…

Nie czekając na reakcję zgromadzenia, świadom, że oczy wiernych z całego świata, oglądających to wydarzenie na ekranach zbawienie.tv, patrzą teraz na nich, zdecydowanym ruchem pociągnął za sobą zdezorientowanego Tewu i wyleciał na zaplecze ołtarza, skąd wezwał taksówkę na lotnisko.

4

Kilka godzin później, na parkingu jerozolimskiego lotniska, Tewu i Rezajasz wsiedli do samochodu. Za godzinę należało zameldować się z powrotem na odprawie w podróż powrotną. Czasu było więc tyle tylko, by odbyć krótką roboczą naradę bez świadków i nie można było sobie pozwolić na ogólniejsze rozważania ani analizę ubiegłego wieczora. W aucie czekał już Konstanty z golarką w lewej i paczką w prawej ręce. Bez słowa wyciągnęli baterie z komunikatorów, a Konstanty rutynowo włączył zappera.

— Na łyso! — rzucił do Rezajasza, który w takich sytuacjach nie zwykł zadawać zbędnych pytań.

Gdy głowa Rezajasza była już ogolona, Konstanty wręczył mu komplet odzieży, otworzył paczkę z galaretowatą tkanką i wyjął z niej sprej.

— Przebieraj się i wychodzimy. — Gdy Rezajasz w pośpiechu wkładał nowy strój, Konstanty opryskał wnętrze samochodu czerwonawą cieczą. — Idziemy — zakomenderował i wyszedł pozostawiając na siedzeniu ową paczkę z rodzajem galarety w środku.

— Przeczytaj i zjedz — Konstanty przekazał ostatnie instrukcje Tewu. Przeczytawszy, nowy namaszczony mesjasz odruchowo złożył kartkę, ale utkwiony w niego wzrok Rezajasza przypomniał mu o konsumpcji papieru, co niechętnie ale uczynił.

— Powiedz aaa… — upewnił się Rezajasz z urzędowym uśmiechem. Spokojny o właściwe miejsce dowodu w trawiennej niszczarce, Konstanty dał Tewu bilet na podróż powrotną, a sam z Rezajaszem poszedł w drugą stronę.

5

Na lotnisku niedaleko Pól Elizejskich Tewu został natychmiast obskoczony przez dziennikarzy. Za barierkami tłum wiernych wiwatował na cześć nowego Proroka, którego Pan cudem uratował od śmierci w dzisiejszym zamachu terrorystycznym na lotnisku w Jerozolimie, w którym zginął pierwszy męczennik Zgromadzenia: Rezajasz…

6

Zgromadzenie czuwało na modlitwie przez cały czas nieobecności Tewu i Rezajasza na Polach Elizejskich. Proszono Boga o rozeznanie, zarówno w językach znanych jak i nieznanych. Dla zebranych to, że Bóg jest tam, gdzie zgromadziło się choć kilku wierzących, było jedną z oczywistości, podobną do tych, które kazały im wierzyć, że moc modlitwy wielu jest większa niż prośba jednostki. A przecież zebranych nie było kilku, a raczej kilka tysięcy wybranych. Zresztą, Bóg, który nie spełnia próśb, traciłby wiele na obiektywnie pojmowanym sensie swego istnienia.

Skądinąd, modlitwa nie może pozostać niespełniona: nawet jeśli wydaje się, że Bóg nie posłuchał i prośby nie spełnił, to oznacza jedynie, że co najwyżej jeszcze jej nie spełnił, ale niebawem to uczyni. Jeśli jasne jest, że stało się inaczej niż oczekiwaliśmy prosząc Boga, to najpewniej winni jesteśmy my sami, bo niewłaściwie prosiliśmy. Może mieliśmy nieczyste sumienie? Może prosiliśmy o złe rzeczy? Może za dużo chcemy, a może najzwyczajniej nie wiemy kogo prosić o wstawiennictwo, albo wyznajemy jakieś bluźnierstwa, które zamykają boże uszy na nasze prośby? Tego poranka, radość z ocalenia Tewu mieszała się ze starannie skrywanym żalem, że Bóg zabrał proroka Rezajasza. Skrywanym, bo w gruncie rzeczy wydawało się, że jeszcze tak niedawno niejeden głos w uwielbieniu dziękował Bogu za brata, przez którego przemawia Boża Wiedza.

— Bóg daje, Bóg zabiera. Niezbadane są wyroki Boskie, ale kim my jesteśmy, by się z nimi nie godzić? — zagrzmiał Tewu powoli i uważnie wodząc wzrokiem po zebranych. Gdy utkwił w kimś wzrok, ten zazwyczaj spuszczał go ku ziemi. — On zginął także za nasze błędy. — nadużywanie słowa grzech było już trochę niemodne. — Dziękujemy ci, Panie, za to, że zabrałeś go do siebie. I w ten sposób dałeś nam orędownika, dzięki któremu moc naszej modlitwy będzie teraz większa! Tak jak patriarchowie, jak Mesjasz, jak apostołowie, on pomoże przygotować nam miejsce w niebie.

— Tak, bracia, to przez nasze grzechy zginąć musiał brat Rezajasz — zawołał Ireneusz, opromieniony choć zmaltretowany.

— Mów za siebie, stręczycielu — rzucił ktoś zrezygnowanym tonem.

— Zgromadzenie cierpiało, cierpi i być może jeszcze cierpieć będzie przez błędy swego przywództwa — ciągnął Tewu — i dlatego tak ważne jest, by na jego czele stali ludzie czyści, prawdomówni i moralni. Czy nie pamiętacie dziejów Narodu Wybranego? Dopóki król był moralny, Lud Obietnicy trwał w dobrobycie i potędze…

— Ameeen!

— Challelujach!

— Dbajmy o to, by Pan nasz nie musiał się mścić nad potomstwem naszym do jedenastego pokolenia, ale nawet jeśli tej zemsty doświadczymy my albo dzieci nasze, to pamiętajmy, że samiśmy sobie winni, bo tolerowaliśmy zło w naszych szeregach!

W tym momencie do Ireneusza podeszło kilku starszych zboru i grzecznie, acz stanowczo pokazali mu drzwi. Ten w pokorze udał się ku wyjściu. Patrzył przed siebie, jakby w siną dal, wzrokiem osoby świadomej swych win.

— Przepraszam cię Boże, przepraszam bracie, wybacz siostro — mówił do mijanych współwyznawców. — Wybacz Panie. To prawda, nie można… Nie można zła zaprzęgać do słusznej bożej sprawy. To droga donikąd — Ireneusz mówił coraz ciszej i mniej zrozumiale.

Kongregacja wzniosła się na wyżyny wyrozumiałości i przebaczenia — tym razem nikt nie opluł brata ani w jakikolwiek inny sposób go nie sponiewierał. Jedynie drzwi zamknęły się za Ireneuszem z wiele mówiącym hukiem.

— Tak, bracia i siostry. My wszyscy dobrze wiemy, że nie jesteśmy bez grzechu. My to akceptowaliśmy. My sami wybraliśmy takich ludzi…

Tu Tewu przerwał i wymownie rozejrzał się dłuższy czas po sali w sposób łudząco podobny jak kilkanaście minut wcześniej, zanim zaczął mówić. Po kilku chwilach, gdy Tewu dalej nic nie mówiąc rozglądał się po społeczności, ludzie zaczęli szemrać. Zdawało się, że przedmiotem ich ściszonych i urywanych uwag były inne osoby z przywództwa.

— Powiedzcie mi bracia i siostry, skąd wśród nas tak mała moc modlitwy? — Tewu jakby czytał w myślach. — Wy wiecie. Powiedzcie to na głos!

— Trzeba zapytać Bazylego! — krzyknął ktoś.

Tewu ponownie rozglądnął się po arenie. Wkrótce rozglądać zaczęli się prawie wszyscy. Już wiedzieli kogo wzrokiem szukał Tewu. Cisza stawała się nieznośna. Przerwanie jej było kwestią czasu i wyczuwało się, że jej przerwanie będzie oskarżeniem.

— No i gdzie teraz jesteś Bazyli?! — Tewu retorycznie rozglądał się dalej, a tym samym podtrzymywał nieznośne napięcie.

— Nie ma śmiałości spojrzeć nam w twarz!! — zakrzyknął ktoś z drugiego końca sali niż wierny, który wcześniej wywołał do tablicy Bazylego.

— Bracie, to poważne oskarżenie! Nie rzucajmy słów na wiatr. W czym i dlaczego poczułeś się oszukany przez brata Bazylego? — natychmiast odezwał się Tewu.

Podniósł się szum, który przez dłuższą chwilę czynił niezrozumiałym jakiekolwiek próby wyjaśniania postawionego zarzutu. Gwar ten był mieszanką prób odpowiedzi na pytanie Tewu, jak i polemiki z tymi odpowiedziami. Tewu zdawał sobie sprawę, że Bazyli i Walenty byli trudniejszymi przeciwnikami niż Ireneusz. Ten był miękkim pragmatykiem. Tamci pozyskali w zgromadzeniu wielu zwolenników swym radykalizmem i spójnym systemem przekonań na temat wiary. Teraz, w sytuacji kryzysowej, miało się okazać, na ile opanowane i spójne rozumowanie Bazylego działa na wiernych ogarniętych trwogą i emocjami. Tewu wyczekiwał, aż reakcja zgromadzonych stanie się klarowniejsza, aż przewagę zyskają zwolennicy lub przeciwnicy Bazylego.

— To ktoś tu jeszcze go broni?! To was nie dziwi, dlaczego Rezajasz musiał umrzeć? Dlaczego Bóg nas nie posłuchał? Dlaczego nie uchronił Rezajasza? A kiedy to ostatnio robiliśmy jakąś krucjatę modlitewną?! — wykrzyczał wreszcie ten sam, którego o wyjaśnienia wcześniej poprosił Tewu.

To wyraźnie poruszyło tłum. Tewu zauważył, że przytakujących było chyba więcej niż stukających się po głowie lub machających rękami ze zniecierpliwienia.

— No właśnie, bracia i siostry, no właśnie — tłum uspokoił się wyczekując, co do powiedzenia w tej sprawie ma nowy przywódca. — Jak Bóg ma nas posłuchać, jak ma nam błogosławić, jeśli MY SAMI nie wierzymy w sprawczą moc modlitwy??!! — tu przerwał i uważnie spoglądał na reakcje kongregacji.

Wielu zamyśliło się i Tewu wyczuł wśród zebranych skruchę i rachunek sumienia, że wydają się przeżywać wątpliwości co do mocy swojej wiary.

— No więc gdzie jesteś teraz Bazyli?! Najpierw kpisz z nas mówiąc, że Bóg nie jest złotą rybką, a potem widzisz, jakiego bigosu narobiłeś i uciekasz nie chcąc świecić oczami?? — zagrzmiał Tewu, pewny, że kongregacja przychyla się do potępienia popularnego lidera.

— A ty bracie coś się taki odważny zrobił? Czy dlatego, że Bazyli nie jest ci w stanie odpowiedzieć? A może spodziewałeś się zastać go tu modlącego się do złotej rybki? — zdecydowanym głosem zareagował ktoś z przodu sali.

Tewu wiedział jak postępować w takich sytuacjach: jak ktoś cię przygwoździł, to udaj, że nic się nie stało. Ten człowiek stoi z przodu, pewnie większość zebranych i tak go nie słyszała.

— Dokładnie, bracie! Taki odważny był Bazyli, prawda? Odważny do czasu! Do czasu, aż Bóg nie stracił cierpliwości i nie zabrał od nas tego, którego dla naszego wybawienia do nas posłał — Rezajasza!!

Grupa stojących wokół krytyka potępiania Bazylego popatrzyła po sobie i zaczęła kierować się ku wyjściu. Tewu z napięciem przyglądał się przez dłuższą chwilę postawie grupy swoich przeciwników. Zachował jednak niewzruszony spokój, a nawet ostentacyjnie oparł się łokciem o pulpit i odprowadził wzrokiem grupę bojkotujących jego wywody.

Okazało się, że dołączyło do nich kilkanaście, może kilkadziesiąt osób i to jedynie z przodu areny. Już wiedział, że duża większość sali nie zrozumiała krytycznych wobec niego uwag. A ponieważ, towarzysz przedmówcy odwrócił się, tym razem w stronę zebranych z tyłu namiotu tak, jakby chciał coś powiedzieć, Tewu, nie czekając aż tamten przemówi, przystawił mikrofon jak najbliżej swych ust i krzyknął:

— Ach to taka jest wasza recepta na niedolę!! Najłatwiej po prostu wyjść! Umyć ręce! Uciec od piwa jakie się nawarzyło! Namieszać w głowach i zostawić innych przed Bogiem i niech się tłumaczą. Wy się nawet nie chcecie tłumaczyć, wy po prostu uciekacie jak te szczury. Ale okręt wcale nie tonie!! Nie dość żeście szczurami to jeszcze szczurami zdezorientowanymi! Żal mi was! Idźcie i rozliczcie się przed Bogiem!

Kilkunastu spośród wychodzących, zwłaszcza tych stojących dalej od wyjść, zwolniło kroku i odwróciło się w kierunku Tewu widząc, że są osamotnieni. Wyjście teraz odebrane byłoby jako tchórzostwo i usytuowanie się poza nawiasem zgromadzenia, czego przecież wielu zwolenników Bazylego nie chciało.

— Szkoda, że tego nie widzisz Bazyli! Zachowywałeś się jakbyś miał tu rząd dusz, a kim się okazałeś?! Mącicielem bez poparcia w Zgromadzeniu. Proszę bardzo! Policzcie się! Raz, dwa …osiem! Tylu was jest! Promil! Ale za to promil, którym upiłeś tą społeczność. Taaak! Tylko to wam pozostało! Uciec z podkulonymi ogonami! Ale Bóg was znajdzie!

Ten, kto zdążył ewakuować się przez zakończeniem mowy Tewu miał szczęście. Ci wciąż przeciskający się do wyjścia stali się obiektem nieskrywanych drwin współwyznawców, których mijali. Teraz już było za późno by zostać i udawać, że się tylko zmieniało miejsce stania.

— Wypad z baru diabli synu! Nie trzeba nam tu ludzi małej wiary!

— Powiedz, no powiedz w kogo tak naprawdę wierzysz! — takie mniej więcej uwagi szły w kierunku tych, którzy nie zdążyli zaprzeć się Bazylego w taki sposób, by nikt tego nie zauważył.

Tewu wyraźnie się uspokoił. Już wiedział, że ma rząd dusz. Pora wykazać się wielkodusznością i pozyskać wielu spośród tych zwolenników Bazylego, którzy bali się wyjść, ale którzy zostawszy w Zgromadzeniu mogli w najlepszym razie pozostawać jego — Tewu — ukrytymi wrogami.

Warto też uczynić jakiś gest wobec wszystkich zdezorientowanych nową sytuacją. W końcu, wrócą do domu, przemyślą co się stało i jeszcze gotowi pomyśleć, że na czele Zgromadzenia stanął ktoś kierujący się prywatą czy nienawiścią. Tego Tewu nie chciał.

— Czy myślicie, że Mesjasz byłby z was dumny w tej chwili? Nie trzeba nam nienawiści. Ci, którzy się pogubili, nich sobie idą, bo jeszcze wygubią nas! Krzyżyk im na drogę. Czy wczorajszy lincz na Ireneuszu był nam potrzebny? Pewnie już dziś go żałujecie. Po co to było? On i bez tego zrozumiał swój błąd. Serce mi się dziś kroiło gdy patrzyłem jak wychodzi z Namiotu. To był obraz człowieka załamanego, który uświadomił sobie bezsens tego, co latami robił. Oni też sobie to uświadomią. Choć będzie już dla nich za późno…

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, akty werbalnej przemocy natychmiast ustały. Nastąpiła dłuższa chwila coraz większej ciszy, w której zebrani uświadamiali sobie zachodzącą w nich przemianę. Czuli jak sprawy, które nie dawały im spokoju, nagle stawały się oczywiste. Wyraźne już stawało się wzrastające poczucie wagi tej chwili, chwili oświecającej, swego rodzaju katharsis. Zebrani czuli, jak stają się lepsi, jak narasta w nich zrozumienie, jak Bóg wyciąga ich z błędu rękoma cudownie ocalałego z ataku Tewu. Siły zła nienawidzą ludzi Bożych. Dlatego musiał zginąć Rezajasz. Dlatego Tewu tak się zradykalizował, ale i on przecież jest tylko człowiekiem. Nieobca mu litość i współczucie dla grzeszników.

— Bracia i siostry — zaczął powoli. Czuł jak wierni wpatrzeni w niego czekają na prawdę, na całą prawdę i na wskazanie kierunku.

Zwłaszcza w takiej sytuacji, trudno samemu uporządkować myśli. „Kimże zresztą jestem, ja: szary Kowalski… A jednak Ja, Kowalski, Kowalska, jestem miły, miła, Bogu, i ten posyła do mnie mesjasza, posyła proroka. I nawet jak siły zła zabiją bożego posłańca, to pojawi się inny. Tam, gdzie rozlał się grzech, tam tym bardziej rozlała się łaska.” myśleć mógł w takiej chwili, i zapewne myślał, niejeden członek Zgromadzenia.

— Jesteśmy ludźmi. Tylko i aż ludźmi. Tylko ludźmi, więc popadamy w błąd. Ale też jesteśmy aż ludźmi, bo Bóg dał nam coś bardzo cennego. Stoimy wyżej niż reszta stworzenia i jesteśmy powołani do tego, by posiąść ziemię. Mamy więc swego rodzaju moc od Boga, mamy misję i powołanie. Mamy też narzędzia do tego celu, a najważniejszym narzędziem jest rozum — tu Tewu zrobił wielce wymowną przerwę i sięgnął po dzbanek z wodą. Powoli napełnił szklankę do połowy — No więc umiłowani patrzcie na tę szklankę. Myślicie pewnie, że jest w połowie pełna… I pewnie nie przychodzi wam do głowy, że jest w połowie pusta. To tak jak z naszą ludzką mądrością… Niektórym się zdaje, jacy to my jesteśmy mądrzy. Rzeczywiście, wiemy więcej, o wiele więcej niż tysiące lat temu, kiedy uczeni w piśmie myśleli, że zjedli wszystkie rozumy i wydali na śmierć Tego, którego Bóg posłał do nas, by mówić nam prawdę… Tak… I to daje zadufanym w swą „mądrość” moralne prawo stawiać się ponad Boże Wyrocznie. Ze niby mają Rozum, że są Mądrzy. W takich momentach jak ten widać, ile warta ta ich mądrość: zamiast przybliżać nas do zbawienia, wiedzie nas na potępienie. Bo Bożej Mądrości nie trzeba wymyślać. Ona już jest. Trzeba tylko ją dobrze zrozumieć — tu napił się wody z na wpół pustej szklanki. — Nawet prostaczek jest w stanie czerpać strumieniami z tej mądrości, bo najważniejsze jest rozeznanie! Owce słyszą głos swego pasterza i każdy z Was może wiedzieć, kiedy Bóg do niego, czy do niej przemawia. Dlaczego w chwili takiej jak ta, w momencie poznania bożych wyroków, wiemy, że Rezajasz był od Boga, a Bazyli od Jego przeciwnika? Dlaczego teraz słuchacie mnie w Bożym pokoju ducha, podczas gdy niepokój i oburzenie owładnęło waszymi sercami gdy siły przeciwnika uciekały w popłochu, bo Bóg je rozproszył kompromitując ich przywódcę? — tu dopił wodę do końca. — Odpowiedź jest prosta: otóż my jesteśmy od Boga i wy to widzicie, a oni są od Diabła i wy też to widzicie. A widzicie to, bo czujecie, jak baran … jak owca — szybko się poprawił — która wyczuwa głos pasterza, że my posługujemy się językiem jaki znacie, a oni mówią głosem jakiego nie znacie!

Tu zrobił pauzę, wzniósł ręce do góry i zamknął oczy. Zgromadzenie uczyniło podobnie.

— Daj mi Panie skromność, bym nie wynosił się nigdy ponad Twoje Prawa, które przekazałeś nam w swoim Słowie i w mądrości Jego strażników. Daj mi Panie być Twymi ustami, bym wiernie przekazywał Twoją wolę, niezanieczyszczoną moimi płytkimi ambicjami. Daj mi pokorę i wierność raz poznanej prawdzie…

— Amen! — zagrzmiała kongregacja. Tewu opuścił ręce i otwarł oczy.

— Czyż nie po to właśnie powstało to Zgromadzenie? Czy nie po to by przywrócić wierność Bożej Woli i odsunąć tych, którzy zawłaszczyli ją dla swej prywaty, ufni w swoją ludzką, pożal się Boże, mądrość? Więc powróćmy ad fontes, do fundamentów. Budujmy na tym, co pewne i niemylne. A kiedy pobłądzicie, módlcie się o proroków, takich jak Rezajasz, by wyprostowali drogi wasze, amen!

7

Długo siedział Tewu, rozparty na Dariuszowej skórzanej sofie służbowej. Siedział nieruchomo i rozglądał się po biurze wikariatu. Zdawało się, że wypoczywa; coś takiego z niego zeszło, że razem z tym czymś skończył się na chwilę napęd do jakiegokolwiek działania. Dziwne uczucie: swego rodzaju błogostan i spełnienie, ale i ciężar zadań do wykonania, który na moment skutecznie unieruchomił go w owej sofie. Cóż, nie czas na emeryturę. Tewu ociężale podniósł się i zabrał się za przeglądanie pomocy pastoralnych: leksykonów, ściąg na kazania, dokumentacji zborowej. Westchnął i przeglądnął bilans finansowy oraz notatki za ostatnie miesiące.

— Oho ho! Ładnie! Sto milionów! Tyle co roczny przychód — mruknął pod nosem przeglądając pierwszą z brzegu umowę darowizny. Nie wyglądał na zaskoczonego. Było tajemnicą poliszynela, że większość wpływów z tych umów była nominalna. Faktycznie odpały od nich sięgały ok. procenta, ale nikt tego nie sprawdzał. Nie było takiego obowiązku. — Ot i praktyczne miłosierdzie: „„każdemu kto ma, będzie dodane. Każdemu kto nie ma zostanie zabrane nawet to, co sądzi, że ma…” Zachichotał.

Zaraz obok dostrzegł wydruk punktów do najbliższego, niedoszłego kazania.

— „Dziesięcina, łaski za jej oddawanie, przekleństwa za uchylanie się od niej…” — Tewu przeczytał początek listy i z wykrzywionym uśmiechem na twarzy dodał — Zapamiętaj durniu, Bóg błogosławi tym co mają. A najbardziej tym co mają i coś tam dają. Dobra, pora oddać co cesarskie…

Tewu zarzucił na siebie kurtkę, a szyję owinął szalikiem w czerwono-czarnych barwach klubu Guard d” Saint Elizee. Przed wyjściem dobrze pociągnął dżinu z piersiówki. Na zewnątrz czekał już transport.

— Arena Miłości — rzucił taksówkarzowi.

8

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 49.01