E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
45.01
A miało być tak pięknie

Bezpłatny fragment - A miało być tak pięknie


Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8189-536-1
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 45.01
Kup po „cenie czytelnika”

Pobierz bezpłatnie

Wstęp

Zawsze chciało mi się śmiać, gdy oglądałem przesłodzone cukierkowe pocztówki sprzed I wojny światowej z obrazkami pokazującymi świat za sto lat, gdy czytałem przewidywania futurologów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX–wieku i wtedy, gdy przyglądałem się takim mega produkcjom jak „Odyseja Kosmiczna 2001” czy klasyczny „Star Trek” z Williamem Shatnerem.

Wszystkie one naiwnie przewidywały, że technika będzie rozwijać się w nieskończoność i posłuży wyłącznie dobru całej ludzkości.

Czasy się zmieniły i zmieniła się fantastyka — pojawił się „Elektroniczny morderca” czyli znany wszystkim „Terminator”, „Star Trek” stał się bardziej ciemny i drapieżny, zobaczyliśmy replikatory w seriach „Stargate” i brutalny świat „Obcego” i „Łowcy Androidów”, a seria „Ciemnego Lasu” przekonała nas, że nie warto ujawniać położenia Ziemi we wszechświecie.

W fantastyce nie ma już tak pięknych chwil jak wtedy, gdy z SeaQuestem odkrywaliśmy bogactwo oceanów, zaś Ziemia 2 otwierała przed nami swoje dziewicze podwoje. Brakuje tej nadziei, optymizmu i pasji, z jakimi kapitan Dylan Hunt odbudowywał Wspólnotę Planet, Voyager szukał drogi do kwadrantu Alpha, a rasa ludzka walczyła z Dominium i Taylonami.

Wszystko się skomercjalizowało. Większość obecnych dzieł powtarza znane od lat schematy i służy jedynie napychaniu kabzy wielkim korporacjom. To jest smutne, ale smutniejsze bywa to, jak często obecni producenci walczą z wiernymi fanami, dzięki którym istnieją.

To są fakty oczywiste i bezsporne, równocześnie nadal śmiem twierdzić, że pomimo zmian w naszej mentalności i bolesnej konfrontacji radosnego wizjonerstwa z twardymi zasadami ekonomii, ludzkimi słabościami i wewnętrznymi demonami wciąż szukamy w fantastyce tej dawnej dziecięcej naiwności głęboko wierząc, że ma ona nieść przesłania, koniecznie do czegoś prowadzić i pokazywać dobro, samo dobro i tylko dobro.

Ja podchodzę do tego tematu trochę inaczej i często fascynuje mnie wyłącznie zabawa w tworzenie alternatywnych światów i nawiązywanie do znanych powszechnie faktów.

Dokładnie takie szesnaście opowiadań przygotowałem – czasem wydają się nielogiczne albo infantylne, czasem przedstawiają koszmar, jakim może stać się nasza obecna rzeczywistość, czasem są od niej całkowicie oderwane albo pokazują ją w krzywym zwierciadle.

Są one ułożone w kolejności chronologicznej, od starszych do nowszych, być może bardziej rozbudowanych i doskonalszych.

Część z nich ma oczywiście pewną puentę i przekaz, w ostatecznym rozrachunku nie one jednak są najważniejsze — mam nadzieję, że lektura tego zbiorku zachęci przede wszystkim do zabawy umysłowej i rozmyślań typu „a co by było, gdyby…”.

Dziękuję za cierpliwość osobom, które przedstawiały swoje opinie o wersjach roboczych, w tym przede wszystkim Finkli, regulatorom (zapis z małej litery w formie oryginalnej), NoWhereManowi i Dawidowi Wiktorskiemu.

Tylko tyle i aż tyle…

Polisa

Ogromny Airbus A300 majestatycznie poderwał się z pasa i powoli zaczął wznosić się w niebo. Maszyna pięła się w stronę wschodzącego słońca, którego promienie ślizgały się po oślepiającej bieli skrzydeł, błękitnych wstawkach na ogonie i biało–czerwonym wzorze na kadłubie. Po kilku sekundach samolot schował podwozie, delikatnie przechylił na prawe skrzydło i skierował w stronę wyznaczonego korytarza powietrznego niknąc z oczu zagorzałym pasjonatom, którzy stali tuż za końcem pasa i siatką ogrodzenia lotniska.

Niektórzy z nich zajęli dobre miejsca jeszcze w nocy, a po starcie zaczęli głośno klaskać i komentować wygląd legendy, która właśnie wróciła do służby po słynnym lądowaniu bez podwozia.

Serwis maszyny wykonano w zakładach, w których niegdyś powstała. Trwał on dokładnie rok i trzy miesiące, w tym czasie gigant został rozebrany, a następnie odbudowany w nowej, znacznie ulepszonej wersji.

Obecnie nie było go zbyt mocno słychać, nie pozostawiał czarnych smug spalin i mknął po bezchmurnym niebie niczym duch, którego pcha niewidzialna ręka postępu i nieposkromiona wiara geniuszu ludzkiego.

Była to zasługa najnowszej generacji silników, prawdziwego majstersztyku i pokazu kunsztu inżynierów z przeróżnych krajów.

Nowe jednostki spalały mniej paliwa niż starsze modele, miały znacznie poprawioną budowę i generowały o trzydzieści procent większą moc.

Ich produkcja stała się prawdziwą żyłą złota dla koncernu Rolls–Royce, który zyskał zamówienia na kolejne lata, miał wspaniałe perspektywy rozwoju i szansę na sprzedaż drogich licencji.

Złośliwi twierdzili, że zawarcie kontraktów było kontrolowane przez rząd, który miał wymuszać niekorzystne dla wytwórcy zapisy. Mówili, że może chodzić o gigantyczne podatki z tytułu produkcji i dystrybucji i w świetle kolejnych przecieków i artykułów w prasie stawało się to bardzo prawdopodobne.

Idealnie pasowały tutaj stare i znane słowa: „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”, niemniej gra toczyła się nie tylko o ogromne pieniądze, ale również o przetrwanie gatunku ludzkiego, który starał się zachować rozwój równocześnie oszczędzając cenne paliwo i ochraniając coraz bardziej zanieczyszczone środowisko naturalne.

Samolot z rewolucyjnymi silnikami Trent 2000 wzniósł się w końcu do wysokości przelotowej. W sterylnie czystej kabinie wciąż panowała cisza i spokój, a nieliczni pasażerowie czytali albo drzemali.

Mężczyzna siedzący na miejscu 21D uporczywie wpatrywał się w długonogą stewardessę, która w przejściu między rzędami pchała wąski metalowy wózek z przeróżnymi napojami i przekąskami.

— Do you want sandwich? Cheese or chicken? Would you like to drink something?” — Dobiegały do niego powtarzane po wielokroć te same pytania.

Westchnął pod nosem.

Miała wdzięczny głos, była zdecydowanie w jego typie i poruszała się z niezwykłą klasą i kocią gracją.

— Ehhh — westchnął żałując, że nie mógł się z nią umówić.

Siedział i siedział, a jego myśli — jak na złość! — krążyły nie tylko wokół pięknej dziewczyny, ale przede wszystkim wokół jego byłej i tego, co działo się w ich nieudanym związku, który tyle razy próbował reanimować.

Nagle jego serce zamarło, a żołądek podszedł do samego gardła. Rozejrzał się gwałtownie i otworzył ze zdziwienia usta łapczywie łapiąc powietrze.

Zwariowałem — przeszło mu przez myśl. Ja pierdolę, mam zwidy i zwariowałem! Albo umarłem i to koniec!

Mrugał oczami, ale to nic nie dało.

Nadal znajdował się w jakimś samolocie, ale z pewnością nie był to nowoczesny Airbus.

Wszystko tu drżało niczym paralityk w trakcie ataku.

Inny był dźwięk silników, zaś część pasażerska znacznie mniejsza i bardziej okrągła niż w A300. Umieszczono w niej tylko dwa, nie sześć rzędów siedzeń. Ściany zrobiono z metalu nie z plastiku, a nad głowami ludzi brakowało zamykanych schowków.

Wyjrzał przez okno.

Małe srebrne skrzydło i niewielki silnik ze śmigłem.

Próbował dopasować to co widział do tego co powinien był widzieć, nic jednak się nie zgadzało.

Spojrzał na fotel przed nim i serce biło mu coraz szybciej, gdy nerwowo przerzucał rzeczy, które tam włożono:

Magazyn pokładowy Swiss z września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego, listę towarów wolnocłowych, torebkę na wymioty, listę awaryjną DC3 i opakowanie po batoniku.

Kurna, co jest grane?

Gwałtownie rozpiął sprzączkę pasa i gorączkowo zaczął sprawdzać kieszenie spodni. Nie wyczuł komórki, klucze wyglądały na te same, a portfel…

Portfel był całkiem nowy i zrobiony z najprawdziwszej skóry.

To nie moje, do jasnej cholery, kto mi to podrzucił?

Trzymał skórzane cudo w rękach nerwowo przesuwając palcami po przyjemnej w dotyku fakturze, potem pod wpływem impulsu zbliżył je do twarzy i powąchał, równocześnie zamykając oczy. To było oszałamiające przeżycie i prawdziwa uczta dla zmysłów i Józef zaczął żałować, że nigdy nie było go stać na zakup takiego cacka, równocześnie przypomniały mu się opowieści ludzi, których skazywano za kradzież, gdy znajdowali czyjeś portfele.

Durny jesteś, bo nie wiadomo gdzie lecisz i przejmujesz się pieprzonym portfelem. — Zawsze coś go blokowało przed wszystkim co niosło ryzyko, w końcu jednak chciał mieć oględziny za sobą i wbrew sobie gwałtownie rozpiął zewnętrzne zapięcie i rozłożył całość.

No to po herbacie. Działaj młody — stwierdził otwierając oczy i zabrał się do przeglądania zawartości.

Przez całą szerokość portfela biegła przegródka, w której znalazł kilkanaście papierowych euro i franków, jak również książeczkowy papierowy dowód na nazwisko Müller i wejściówkę do opery z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego. Nigdzie nie było kieszonki na bilon, za to z przodu w poziomych przegródkach znajdowało się kilka kart kredytowych, również wystawionych na nazwisko Müller.

Alles Müller oder was — przypomniała mu się stara natarczywa reklama z telewizji.

Przyglądał się dokumentom wystawionym na obce nazwisko i niewątpliwie swojej własnej twarzy, gdy usłyszał dokładnie nad sobą:

— Do you want sandwich with cheese or chicken? Would you like to drink something?

— Eeeee. — Zapomniał języka w gębie patrząc na słusznej wielkości biust, który wylewał się z granatowego kostiumu jakieś dwadzieścia centymetrów od jego oczu.

Dopiero po dłuższej chwili zamknął portfel, skulił się jakby złapano go na gorącym uczynku i wydukał po niemiecku:

— Sandwich mit, mit Käse bi, bitte und, und Wasser mit, mit Gas.

Widziała czy nie? — strzelił się w głowę. Durak ty, dumna była, jak się gapisz w te jej cyce. Cyce jak donice. Takiego wała widziała. Zdjęcia są twoje i nie mogła nic widzieć.

Stewardessa najwyraźniej była przyzwyczajona do dziwactw pasażerów, bo bez mrugnięcia okiem podała kanapkę z serem i małą plastikową szklankę, którą postawił na stoliku, niemal wylewając.

Cholera jasna! Weź się w końcu w garść chłopie!

Był informatykiem. Zamknął oczy i po typowej dla siebie fazie paniki zaczął logicznie analizować całą sytuację.

Wiedział, że wsiadł do samolotu z Warszawy do Zurychu. Było to w dwa tysiące siedemnastym. Pamiętał tłok w terminalu, rzęsisty deszcz, który wciąż padał, i narzekania pasażerów na dyktaturę małego kurdupla.

A potem nagle znalazł się tutaj… gdziekolwiek to było…

Jedz. Śmieciowe żarcie, ale żarcie. Potrzebujesz energii i nie wiadomo, kiedy będziesz miał kolejne. Zbieraj też dane, im więcej, tym lepiej.

Zjadł szybko swoją przekąskę i wypił wodę.

Na początek — bagaż. Czy mam jakiś bagaż podręczny?

Złożył stolik i energicznie wstał. Otwarta przestrzeń nad głowami pasażerów nadawała się co najwyżej na małe aktówki. Nie znalazł tam nic ciekawego, a nad jego siedzeniem nie było nawet walizki ani torby na laptopa, jedynie maska tlenowa i czyjś płaszcz.

Po plecach znów przebiegł mu lodowaty dreszcz, do tego nogi zrobiły jak z waty i po głowie krążyło coraz więcej nagłych myśli.

Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty, tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty… Kurczę, co wtedy było? PRL, Gierek chyba też. Duże fiaty, drużyna Górskiego, Polska w finale Mistrzostw Świata… Nie, to było raczej później  myślał gorączkowo. Bokobrody, pekaesy, autosany, ogórki i parówki, ja pierdolę! Nie ma laptopów, nie ma empetrójek, nie ma YouTube, Netflixa ani Google’a. Boże, na jakim zadupiu ja jestem? Dobrze chociaż, że Müller a nie Miller, bo Millerowie zawsze dostają po dupie.

Oparł się ciężko o półkę, znowu uspokoił oddech, potem usiadł i machinalnie zapiął pas.

Główkował i główkował, ale nic mądrego nie wymyślił.

Od huku silników rozbolała go głowa, dodatkowo w tym samolocie było zdecydowanie za duszno, a winna była pasażerka, która dwa rzędy dalej paliła śmierdzącego kiepa. Nikomu to nie przeszkadzało, więc Józef nie miał pojęcia czy powinien wstać i stanowczo poprosić ją o zgaszenie śmierdziucha, czy nie.

Dziwny mały styrany życiem samolocik, dziwne dokumenty na inne nazwisko, ubrania retro i palacze. Wciąż nie wiedział, jak się tu znalazł, ani co go czekało.

Mógł tylko czekać.

Założył, że nie należało robić problemów ani nikogo pytać, bo zapewne od razu znalazłby się w jednym z obcisłych wdzianek z gustownym zapięciem z tyłu, które można znaleźć u każdej szanującej się dominy.

Nagle zapaliły się światełka zapięcia pasów, które tutaj znajdowały się na bocznej ścianie.

— Ladies and gentlemen. Ten minutes to landing — odezwał się męski głos.

Stewardesa przeszła i sprawdziła wszystko z iście stoickim spokojem, a dosłownie chwilę potem samolot ostro zanurkował.

Mężczyzna poczuł się jak na wesołym miasteczku, gdy ujeżdżał metalowego byka i jak wtedy, gdy zjeżdżał z osiemdziesięciometrowej wieży. Wróciły złe wspomnienia i dlatego chwycił się kurczowo fotela i zamknął oczy. Zrobiło mu się niedobrze, na szczęście jednak nie zwymiotował i wytrzymał nawet wtedy, gdy maszyna uderzyła w ziemię i raz się od niej odbiła, aby po chwili znowu znaleźć się na ziemi.

W końcu!

Otworzył oczy, zamrugał i z obawą wyjrzał przez okienko.

Lotnisko na szczęście wyglądało na stary dobry Zurych, nie zgadzały się tylko samochody obsługi i… stojące tam maszyny. Na płycie znajdowało się wiele antycznych samolotów ze śmigłami, było tam też kilkanaście odrzutowców, a niektóre z nich miały płaskie i dziwne silniki zaraz przy kadłubie.

Boże, to Comety z pierwszej serii! — zdał sobie sprawę, dostrzegając nietypowe kwadratowe okienka.

Znał je z filmów National Geographic i na pewno nie mógł się pomylić.

Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty, Comety, DC3. To było przerażające, ale przynajmniej układało się w jakąś spójną całość.

Kołowali do terminala, do którego podłączono rękaw. Spokojnie czekał, aż wszyscy wysiądą, potem wziął, jak się okazało, jego płaszcz, wysiadł i ruszył do punktu odbioru bagażu.

Był ciekaw, czy ma coś ze sobą. Czekał cierpliwie, w końcu po kilkunastu minutach na pasie znajdowała się już tylko jedna czarna walizka.

„Müller” — przeczytał przywieszkę.

Zabrał walizkę i jak gdyby nigdy nic przeszedł przy zielone wyjście przy celnikach.

Za drzwiami stał szofer w pełnej liberii z kartką „Herr Müller”. Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie na widok Józefa, więc ten wzruszył ramionami i podszedł. Chciał o coś zapytać, ale szofer chwycił bagaż, a potem przyłożył palec do ust w jednoznacznym geście milczenia, skłonił się z szacunkiem i pokazał ręką, żeby iść za nim.

Powoli przeszli do limuzyny na parking dla VIP–ów, gdzie oczywiście większość limuzyn wyglądała jak z lat siedemdziesiątych, a na nich czekał rolls–royce rocznik pięćdziesiąty dziewiąty.

Błyszcząca czerń podkreślała elegancję pojazdu, który wyglądał jakby wyjechał z fabryki.

Wsiadł do środka poprzez otwarte usłużnie drzwi i wręcz zapadł się w wygodnym siedzisku uważnie rozglądając. Wnętrze było niezwykle luksusowe i wykończone naturalną skórą, a na barku czekał przygotowany kieliszek z alkoholem. Chwycił naczynie i dokładnie przyjrzał się jego zawartości. Skosztował.

Cydr. Doskonały. Chłodny. Klarowny. Jeden z mocniejszych. Dokładnie tak, jak lubił.

Uśmiechnął się do kierowcy, który uważnie patrzył na niego w lusterku.

Zaczął powoli pić ten doskonały napój, podczas gdy klasyczna muzyka dodawała nastroju. To był Wagner, którego uwielbiał.

Kierowca odwzajemnił uśmiech, następnie zamknął szybę oddzielającą go od przedziału pasażerskiego.

Ruszyli.

Auto wręcz płynęło nad jezdnią, muzyka uspokajała, a on patrzył się na powoli przesuwające się za oknami budynki.

Był coraz bardziej senny. W końcu — nawet nie wiedział, kiedy — zasnął.


***


Pierwszy rzucił mu się w oczy wielki ptak, który siedział na drzewie i czyścił skrzydła.

Widziałem oooorłaaa cień…

Zaśmiał się, potem jego uwagę przykuł ośnieżony szczyt górski i pasące się na łące na zboczu krowy z wielkimi dzwonkami, które wyglądały jak żywcem wyjęte z przewodnika dla turystów.

Jezu, to jakieś Alpy, Niemcy pewnie, a może Austria. Jak się nazywał ten słynny Polak co tam był? Zaraz, zaraz… — Otworzyła mu się jakaś klapka w pamięci — …a, Szczepan Brzęczyszczykiewicz czy jakoś tak.

Chciał ruszyć rękami i nogami, ale nie mógł.

Co u licha…

Wracała mu jasność widzenia i myślenia i zaczął rozglądać się widząc coraz więcej szczegółów.

Był sam w pokoju z pięknym widokiem na góry, w którym postawiono dwa skórzane fotele, kanapę, łóżko i szklany stolik, na parkiecie położono tkane dywaniki, a na ścianie powieszono reprodukcję „Słoneczników” Van Gogha i ogromny płaski telewizor.

Siedział na starym podrapanym fotelu dentystycznym przymocowanym na stałe do podłogi. Przypięto go szerokimi brązowymi skórzanymi pasami, miał również założony wenflon i podłączone elektrody.

Coś mu mówiło, że tak wygląda prywatna klinika dla bogaczy i przygotowanie do zabiegu, na który niekoniecznie może chcieć się zgodzić.

Z boku stała ogromna studyjna kamera, taka jak na starych programach „Sonda” albo „Wielka gra”. Był ubrany w szpitalne ciuchy z dziurą na tyłku i czuł, że ma założony cewnik, a to tylko potwierdzało niewesołe przypuszczenia.

Nie pamiętał ostatnich dni, a właściwie coś jakby mu świtało w głowie, że leciał jakimś samolotem i jechał jakąś limuzyną, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd i dokąd, bo wszystko było jak za mgłą.

Przychodziły mu na myśl różne rzeczy — mądre i głupie. Analizował je, strojąc głupie miny i gapiąc się w archaiczny obiektyw, a regularne pikanie doprowadzało go do szału.

Wiedział, że ktoś mógł porwać go dla jego cennych organów. To było najbardziej oczywiste — ale też nie do końca przekonywujące — rozwiązanie. Miał swoje lata i lepiej byłoby te organy wyhodować.

Lepiej i taniej.

Inna możliwość była taka, że oni, kimkolwiek byli, wypompują z niego całą krew, a potem zabiją. Rozpuszczą, potną, podziabią. Nikt nigdy nie dowie się, że tu był.

Mógł być królikiem doświadczalnym, który skona w męczarniach.

Tak działo się w filmach.

Była jeszcze możliwość, że zostanie bohaterem programu kosmicznego i spłonie w blasku fleszy. Tak się składało, że po serii katastrof wahadłowców NASA wiele firm próbowało na szybko stworzyć swoje pojazdy i szukało ochotników, którzy mieli ochotę posadzić dupę na setkach ton wybuchowego paliwa i polecieć w górę niczym struś pędziwiatr.

Może wyślą go na orbitę w jakimś klonie nazistowskiej MW 18014?

To była oczywiście głupota, ale różne takie rzeczy przychodziły mu do głowy, bo to maskowało jego wzrastający niepokój. Myślał i rozglądał się niepewnie, gdy usłyszał pukanie. Uznał, że nie będzie mówił „proszę”, tymczasem pukanie się powtórzyło, a chwilę później do pokoju wszedł blondynek w białym szpitalnym kitlu.

— Dzień dobry — odezwał się najczystszą polszczyzną. — Przepraszam, że pan czekał. Najpierw zrobię kilka prostych badań, a potem wszystko wyjaśnię.

— Co to za miejsce? Dlaczego jestem związany?… — Zaczął zadawać pytania, ale dał sobie spokój, bo blondynek dotrzymał słowa i ignorował go, powoli wyjmując sprzęt z szafki pod telewizorem.

Obserwował, jak tamten zachowuje się jak prawdziwy lekarz — wprawnie zakłada mu czarną opaskę do mierzenia ciśnienia, sprawdza tętno, świeci małą latarką w oczy i pobiera próbkę krwi.

— Proszę otworzyć usta.

Postanowił się zbuntować i nic nie robić, i zacisnął zęby.

— Proszę pana, mogę pana zmusić. — Lekarz odwrócił się i wymownie pokazał na przyrząd przypominający maskę do tortur. — Ja tylko wykonuję swoją pracę i bez tego sprzętu będzie nam obu łatwiej.

Naziści też tylko wykonywali rozkazy — mimo niewesołego skojarzenia skapitulował i kilka sekund później tego żałował, czując jak tamten niezbyt delikatnie puka we wszystkie ubytki.

— Tu niedługo się rozszczelni, a ta plomba, o ta tu, też do wymiany.

Jakby oglądał zęby u konia.

— Doskonale. — Tamten w końcu odłożył narzędzia. — To tylko kilka korekt i będzie pan jak nowy. Proszę się jednak nie martwić. Ma pan pełen pakiet i wszystko doprowadzimy do ładu.

— Ale jaki pakiet? Nic nie rozumiem! — wybuchł: — Rozwiążcie mnie. Leciałem samolotem i nagle wszystko się zmieniło. Dlaczego jestem związany?!

Tamten sprawdził coś na tablecie, który przyniósł, a następnie powiedział tonem przyjaznego lekarza domowego, który przyszedł do ciężkiego przypadku:

— Przepraszam, myślałem, że psycholog z działu przeniesień już z panem rozmawiał. No dobrze. Jestem lekarzem, a nie fachowcem od całej procedury. Wiem tylko, że nie możemy przedłużać życia, możemy za to powodować, że nasi klienci żyją wiecznie. Piękna sprawa. Znajdujemy sobowtóra w innym świecie i przenosimy go tutaj, a następnie łączymy jego wspomnienia ze wspomnieniami naszego klienta. Bezbolesne. Jak mówiłem, pełen pakiet.

— Tutaj… czyli gdzie, do jasnej cholery?!

— Do Szwajcarii oczywiście. Mamy najlepszy pakiet na świecie, a pan wybrał Sanitas, który zwraca koszty wszystkich zabiegów korygujących pana sobowtórów. I to całkiem za darmo.

— Jaki pan? Jakich sobowtórów? Ja tego naprawdę nie rozumiem! Nie chcę się z nikim łączyć. Nic nie wybierałem i dajcie mi spokój! — Próbował być spokojny, ale ze zdenerwowania drgała mu szczęka.

— Proszę się nie denerwować. Przepraszam ponownie, jestem przyzwyczajony do tego, że rozmawiam z naszym drogim klientem. Pana mogę tylko zapewnić, że wszystko będzie absolutnie bezbolesne i nie poczuje pan żadnych skutków ubocznych.

— Jezu, człowieku i ty jesteś lekarzem? Na Polaka? Nie jestem amebą, tylko żywym człowiekiem. Sumienia nie masz? — Zaczął się rzucać.

— Spokojnie. — Tu lekarz sprawdził coś na tablecie. — Józefie, nie denerwuj się. Nie masz wyboru. To już się stało.

— Czyli teraz mogę zginąć — Józef pokazał, że potrafi błyskawicznie zmieniać temat — a wy mnie wskrzesicie?

— W pewnym sensie. Po przeprowadzeniu procedury będziemy mogli wskrzesić osobowość i wspomnienia w nowym ciele. Czasem trzeba jeszcze zrobić jakieś korekty, żeby wyglądał pan jak poprzednik, ale to detal. Oczywiście wszystko jest w pakiecie i za nic nie trzeba dopłacać.

Wrócił do pana — zauważył związany i dodał: — A jeśli się zabiję?

— To samo.

— A jak nie chcę?

Jego rozmówca posmutniał.

— Proszę pomyśleć, jakie możliwości pan zyskuje. Sobowtóry są najczęściej młodsze. Może pan wielokrotnie przeżyć ten sam wiek i zdobyć doświadczenia wielu innych osób, może pan mieć więcej dzieci, a na dodatek jest pan na równi z gwiazdami. Keanu Reeves. Nicolas Cage. Sylvester Stallone. Bruce Willis. Hugh Grant… A nawet… — Lekarz przestał wyliczać na palcach i uśmiechnął się szeroko, zawieszając głos — …a nawet Chuck Norris i Jennifer Lawrence. Oni wszyscy korzystają z naszych usług i są z nich niezwykle zadowoleni.

— Jezu, człowieku! Ja mam rodzinę i dzieci, nie chcę mieć nic wspólnego z waszym jakimś tam chorym programem. Odeślijcie mnie, bo was pozwę! — Zaczął krzyczeć, próbując oswobodzić się z pasów.

Lekarz milczał, by po chwili zaaplikować mu jakiś środek.

Józef nie wiedział, co tamten mu wstrzyknął. Powoli przyszło otępienie. Czuł, że odpływa, więc zapytał resztką sił:

— Możecie? Czy możecie mnie odesłać?

— To częste pytanie. Z tego, co się orientuję, światy dzieli duża bariera i z przeniesieniem wiąże się konieczność użycia ogromnej energii. Nie można tego zrobić ot tak.

— „Raz, dwa, trzy, już zamarzłam na tej ulicy.” — Więźniowi przypomniał się stary tekst, który wybełkotał, dziwiąc się, że w ogóle jeszcze może mówić.

— Gdyby popracował pan kilkanaście lat i podwyższył składki, to kto wie… może dostałby pan opcję deluxe zamiast premium. — Doktor powiedział to tak beznamiętnie, jakby czytał instrukcję i nie był świadomy, co dzieje się obok niego.

— „Wszędzie bandyci i złodzieje, zaraz mnie zgwałcą! Mam nadzieję” — wymruczał przywiązany, mając przed oczami młodą i śliczną polską aktorkę, która kiedyś miała przyjemność wypowiedzieć te słowa.

— Bez deluxe możemy zaproponować jedynie świat ciemny. Piekło. Czyściec. Mrok. Różnie go ludzie nazywają, na pewno jednak nie jest tam zbyt miło — dokończył lekarz.

— „Moi goryle się pochowali, tata pewnie ich wywali” — podsumował Józef, uśmiechając się jak szaleniec, potem jego głowa opadła bezwładnie na oparcie fotela, a ciało zwiotczało.

— Proszę pana, proszę pana, pan się uspokoi! — Medyk zamrugał gwałtownie, rozejrzał się, spoliczkował pacjenta, wobec braku reakcji zaświecił latarką w jego oczy i podał kolejny środek, po którym mężczyzna wygiął się, złapał łapczywie powietrze i zaczął wrzeszczeć i rzucać:

— La–la–la! Kurwa zła! Bandyci, złodzieje, przez was zaraz ocipieję! LA!!! LA!!! LA!!! LA!!! Mordercy, chuje niemyte, cipy pospolite i gówniarze, ja wam wszystkim tu pokażę!

— Proszę pana, to nie pomoże. — Lekarz tym razem popatrzył z politowaniem i zażenowaniem na ten kiepski popis sztuki krasomówczej, a potem znów wstrzyknął coś do kroplówki podłączonej do ręki Józefa.

I Józef zasnął.


***


Gdy się obudził, zobaczył, że zajmuje się nim młodziutka dentystka o pięknych oczach i rozkosznie zaokrąglonych kształtach. Nie mógł nic zrobić, bo go unieruchomiono, włączając w to usta, szyję i język. Bolało jak diabli, ale mógł tylko czekać, aż kobieta skończy borować i robić różne inne poprawki.

Potem przyszła kosmetyczka i fryzjer. Oni również się nie odzywali. Próbował kilka razy wydać jakieś dźwięki i skłonić ich do reakcji, ale pokazywali tylko gestem, że muszą milczeć.

Po ich wyjściu nic się nie działo. Siedział i siedział na tym przeklętym fotelu i zastanawiał się, czy zwariował, czy jeszcze nie.

W końcu znowu zasnął.


***


Obudził się, gdy w pokoju nie było nikogo. Na czole miał przyklejoną gumową opaskę, a jego usta i nos zasłaniała przezroczysta maska do oddychania.

Przyszedł znany już Józefowi lekarz i zaczął mówić:

— Panie Josephie, zaczęliśmy transfer wspomnień. Proszę się odprężyć, wtedy wszystko będzie łatwiejsze. Pański mózg nie zostanie oczywiście uszkodzony, dostał już pan odpowiednie środki na poprawę pamięci.

Mężczyzna zaczął się rzucać, ale medyk odkręcił zawór z gazem, który był przesyłany rurką do jego maski.

Poczuł zapach fiołków i zaczął odpływać.

To już trzeci raz dzisiaj, jakaś mania czy co? — to było ostatnie, co przyszło mu do głowy…


***


Joseph Müller obudził się późnym wieczorem w łóżku pokoju hotelowego.

Jakbym tu już był, zaraz, zaraz, ale co to za miejscowość i jak się tu znalazłem?

Pamiętał, że tydzień temu leciał na konferencję biznesową, ale lot się opóźnił. Musiał wtedy skorzystać z samolotu rejsowego, a DC3 nie miały zbyt dobrej opinii. Były małe i hałaśliwe, a jego firma przypadkiem miała szansę na wygryzienie ich z rynku.

Tak się szczęśliwie składało, że w koncernie Airbus reprezentował Szwajcarię pracując tam jako jeden z głównych szefów. Rok temu otworzyli projekt A300. Odrzutowiec, który miał zmieść z powierzchni ziemi Lockheeda i Boeinga. Samolot zrodzony z marzeń, który będzie lepszy niż wszystko inne na świecie.

Teraz był trochę zdezorientowany, bo dalej nie wiedział, jak tu się znalazł ani jaki jest dzień tygodnia. Ostatnie, co pamiętał, to przejażdżka na narty, skok z helikoptera i facet, który wyciągał broń.

Wzdrygnął się i rozejrzał po pokoju.

Piękny widok z okna na góry, dobrze zaopatrzony barek, wygodne łoże.

Sekretarka się postarała — pomyślał z uznaniem. Nie pamiętał jej, ale jako prezes na pewno musiał mieć sekretarkę. To było oczywiste.

Usłyszał pukanie do pokoju.

— Chwileczkę — krzyknął, następnie wstał, założył elegancką błękitną koszulę i popielate spodnie, podszedł do drzwi i szeroko je otworzył.

Stał tam mężczyzna w drogim garniturze od Armaniego, który miał przy sobie całkiem ładny czarny neseser z krokodylej skóry.

— Dzień dobry panie Müller — odezwał się najczystszą polszczyzną zniżając głos tak, żeby nie usłyszała go idąca korytarzem kobieta w czerwonej sukni. — Jestem lekarzem w tej placówce i przepraszam, że pan czekał. Przeprowadzę kilka podstawowych badań, a potem wyjaśnię, jak się pan tutaj znalazł.

— Nie rozumiem nic z tego, co pan mówi. Proszę tu zaczekać, a ja coś potwierdzę.

Mężczyzna wyglądał na spokojnego i budzącego zaufanie i pokazał identyfikator, więc Müller zostawił przy nim lekko uchylone drzwi, a następnie podniósł słuchawkę telefonu stojącego na stoliku przy łóżku.

— Recepcja, słucham. — Usłyszał miły kobiecy głos.

— Dzwonię z pokoju, z pokoju… Właściwie nie wiem, z którego. Chciałbym zapytać, czy wysyłali państwo do mnie lekarza.

— Apartament dla VIP–ów? Jak najbardziej, doktor Pawlovsky.

To mu wystarczyło. Odłożył słuchawkę i kiwnął tamtemu, że może wejść.

Lekarz założył mu na ramię opaskę do mierzenia ciśnienia, sprawdził tętno, zaświecił małą latarką w oczy, pobrał próbkę krwi i dokładnie obejrzał jamę ustną.

— Doskonale, tylko kilka korekt i będzie pan jak nowy. To, co powiem, może być szokujące. Miał pan poważny wypadek dokładnie tydzień temu. Proszę się jednak nie martwić. Ma pan pełen pakiet i wszystko doprowadziliśmy do ładu.

— Ale jaki pakiet? Nic nie rozumiem.

— Pakiet opieki zdrowotnej oczywiście, najlepszy z możliwych. Proszę o kontakt, gdyby źle się pan poczuł albo potrzebował jakiejkolwiek pomocy. — Lekarz podał mu wizytówkę i dodał: — Może pan dzwonić całą dobę, a ja z przyjemnością odpowiem na każde pytanie. Czy chce pan teraz coś wiedzieć?

— Ale ja… Ja nic nie pamiętam!

— Uderzył się pan w głowę. To niestety częsty skutek uboczny. Proszę odpoczywać i dużo pić. Czy coś jeszcze?

— Nie, dziękuję.

— Doskonale, wobec tego życzę miłego dnia.

Lekarz wyszedł, a on otworzył wino z barku. Popijając je, długo myślał o tym, co usłyszał, a potem ponownie podniósł słuchawkę.

— Recepcja, słucham. — Usłyszał ten sam miły kobiecy głos

— Dzwonię z pokoju dla VIP–ów. Chciałbym zamówić coś do jedzenia.

— Czy wybrał pan coś z karty?

— Jeszcze nie. Może to, co ostatnio? — Nie wiedział nawet, gdzie leży karta, ale postanowił nie dać tego po sobie poznać.

— Doskonały wybór.

Odłożył słuchawkę, następnie wstał i rozejrzał się po szafie, gdzie zobaczył idealnie skrojone garnitury i równo ustawione buty.

Usłyszał pukanie do pokoju.

Szybcy są!

— Pańska kolacja, sir. Risotto, ślimaki i bombowa niespodzianka. — Brodaty kelner w okularach wtoczył wózek, przykryty fantazyjnie opadającą białą serwetą, dokonał prezentacji głównego dania, zapalił świece, ukłonił się i wyszedł, ustępując miejsca mężczyźnie w garniturze.

Jakbym go już gdzieś widział… — pomyślał o wychodzącym kelnerze i równocześnie zapytał jegomościa w gajerze: — Przepraszam, a kim pan jest?

Ten w ogóle się nie zdziwił, co było dziwne samo w sobie, niemniej odpowiedział usłużnie:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 45.01
Kup po „cenie czytelnika”

Pobierz bezpłatnie